Molo śmierci - Maciej Żurawski - ebook + książka

Molo śmierci ebook

Maciej Żurawski

3,0
28,04 zł

lub
Opis

Bałabym się spacerować po Molo śmierci. Bałabym się spędzać wakacje w pełnym cinkciarzy i alfonsów Sopocie opisanym przez Macieja Żurawskiego. Ale chciałabym zatańczyć z jego bohaterką Ewą, pod warunkiem, że działoby się to w SPATiF-ie, a jej żakiet iskrzyłby się w nocnym świetle dokładnie tak, jak w tej książce, gdzie każdy taniec może zakończyć się śmiercią (lub miłością). A jak skończył się tamtego lata '85, kiedy "wódka była ciepła, bo noc była ciepła"?. Trzeba wejść na molo, szukać znaków, jak major Zgrobel i jego szemrane towarzystwo. Może tam znajduje się odpowiedź?
– Agnieszka Wolny-Hamkało

Powieść Molo śmierci Macieja Żurawskiego polecam gorąco, ponieważ – podobnie jak poprzednia książka o losach majora Kazimierza Zgrobla – przenosi nas wprost do lat osiemdziesiątych. Kryminalna akcja zawiązuje się tym razem w Sopocie i Trójmieście, a czasami prowadzi do bardzo wysoko wówczas postawionych osób. Wiele jest obecnie stylizujących na "czasy PRL-u" opowieści, ale Molo śmierci zachwyca autentyzmem realiów i języka tamtego okresu. Bardzo chciałbym zobaczyć adaptację na ekranie telewizora przygód kogoś pomiędzy Borewiczem a Bondem. Tymczasem proszę czytać, a ja może głośno przeczytam w radio.
– Robert Gonera

Maciej Żurawski (ur 1964 r.) – dziennikarz, dokumentalista, reżyser, wokalista i założyciel grupy Siła Przebicia. Autor wielu reportaży i cyklicznych programów telewizyjnych (Niech żyje kino – TVP Wrocław). Reżyser kilkudziesięciu filmów dokumentalnych (m.in. Mój Mikstat – nagroda Fundacji Kultury, 1995 – Czyż nie dobija się konia, Światy Jana Jakuba K., Szklane domy pani Zosi) oraz teledysków do utworów Lecha Janerki, jak i zespołu Świetliki. Twórca cykli dokumentalnych (Paragraf 148 – kara śmierci i Nieznane katastrofy). Dyrektor artystyczny Festiwalu Scenarzystów Filmowych INTERSCENARIO. W 2016 roku zadebiutował opowiadaniem Syrenka Matki Boskiej opublikowanym w Chimerze. W tym samym roku ukazała się jego debiutancka powieść Czarna Wołga, polecana przez magazyn Newsweek w artykule Cała Polska czyta latem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 320




MOlo śmierci

Maciej Żurawski

Molo śmierci

Liberum Verbum

Copyright © 2019 Maciej Żurawski

Wrocław 2019

ISBN:978-83-66358-28-7

Skład i korekta: Liberum Verbum

Projekt okładki: Zbigniew Zebar

Redakcja: Zbigniew Zebar

WydanieI

Liberum Verbum

50-078 Wrocław

ul. Leszczyńskiego 4

www.liberumverbum.com.pl

liberum-verbum.sklepypasejo.com.pl

[email protected]

Agnieszka szła w kierunku morza, przyciskając do piersi ogromną figurę ze styropianu. Spływająca krew sprawiała, że szachowy pion wyglądał jak gałka lodów oblana malinowym sokiem.

Pod powiekami migotały resztki snu z martwą żoną w roli głównej. Przez iluminator zobaczył pas lotniska w Gdańsku. Przed terminalem czekał samochód, który dowiózł go do Sopotu. Zameldował się w „Grand Hotelu”. Godzinę później szedł deptakiem w kierunku molo. Przeciskał się przez tłum turystów i fanów sopockiego festiwalu. Słońce niemiłosiernie prażyło. Na kościelnej wieży wybijała godzina jedenasta. Major Kazimierz Zgrobel, oficer śledczy Komendy Głównej MO, uwielbiał to miasto. Pierwszy raz był tutaj pod koniec lat sześćdziesiątych. Zaprosił go znajomy prowadzący wczasy dla nauczycieli w liceum mieszczącym się przy ulicy Książąt Pomorskich. Ogromny gmach z czerwonej cegły zbudowano przed wojną. Dwieście pedagogicznych ciał gnieździło się w salach lekcyjnych przerobionych na wczasowisko. Przyjechał wtedy bez świeżo poślubionej Agnieszki i dobrze zapamiętał tamten pobyt. Umieszczono go w pakamerze, na co dzień służącej jako szkolna portiernia. Było ciasno i ponuro, ale miał nieskrępowaną swobodę ruchów. Wieczorki zapoznawcze, duża ilość wczasowiczek i klimat sprawiły, że po raz pierwszy zdradził żonę. Z niejaką Marysią, nauczycielką muzyki z Sieradza. Romans trwał pół turnusu i umarł śmiercią naturalną. Uśmiechnął się na to wspomnienie. Po prawej stronie dostrzegł kolejkę amatorów słynnych lodów „Od Włocha”. Stanął karnie na końcu i spojrzał na zegarek. Pozostało dwadzieścia minut do spotkania z porucznikiem z tutejszej komendy. Przypominał sobie pobyt z lat siedemdziesiątych. Urlop w „Edenie”, resortowym ośrodku wypoczynkowym MSW. To było ich ostatnie wspólne lato, w trakcie którego Agnieszka zaczęła się zmieniać, jej zachowanie stawało się coraz bardziej irracjonalne. Ale i tak było pięknie – pomyślał i kupił dwie gałki malagi.

Poszedł w kierunku molo. Przy bramkach dopadła go woń ryby. Poczuł nieznośny głód i tęsknie spojrzał w kierunku pobliskiej smażalni. Zapłacił za bilet i, przezwyciężając łakomstwo, wszedł na najdłuższy pomost wychodzący w morze. Umówił się z porucznikiem przy punkcie FOTO MOLO. Wyliniały kucyk, miniaturowy samochodzik na pedały i koło ratunkowe z napisem: „Pamiątka z Sopotu” przyciągały dzieciaki jak magnes.

Starszy mężczyzna, z aparatem LAICA zawieszonym na szyi, uwijał się wśród tłumu spragnionego fotki z wakacji. Dostrzegł porucznika MO popijającego przez słomkę cytronetę.

 – Major Kazimierz Zgrobel z Warszawy. – przedstawił się i wyciągnął rękę.

Milicjant wrzucił foliowy woreczek do kosza i zasalutował.

 – Panie majorze, porucznik Zawieja melduje się na rozkaz.

 – Dziękuję, kolego. Zanim pokażecie mi miejsce zbrodni, proponuję zjeść po rybce, w końcu jesteśmy nad morzem.

W pobliskiej smażalni zamówili flądrę z chlebem. Oczyszczał mięso z ości i kropił sokiem z ćwiartki cytryny. Słuchał opowieści o zbrodni, z powodu której znalazł się w tym mieście. Wczoraj rano na dolnym pomoście molo odkryto zwłoki mężczyzny. Leżał na brzuchu, z raną postrzałową na wysokości lewej łopatki. Denat był gitarzystą szwedzkiej grupy rockowej, która za dwa dni miała wystąpić w Operze Leśnej. Na festiwalu INTERWIZJA SOPOT ‚85. Skończyli konsumpcję i Zawieja zaprowadził go na miejsce zabójstwa. Fale rozbijały się o drewniane pale. Wiatr się wzmagał, a morze stawało się coraz zuchwalsze. Patrzył na miejsce zbrodni, czując na twarzy morską bryzę.

 – Dziękuję wam. Nic więcej nie znajdziemy. Przyślijcie po mnie samochód za dwie godziny.

 – Osobiście odbiorę pana majora.

 – Dobrze. Pojedziemy na komendę i przejrzę akta sprawy. Później zajrzymy do prosektorium.

Poszedł niespiesznie plażą w kierunku Łazienek Północnych i skręcił do „Grand Hotelu”. Rozpakował walizkę i wszedł pod prysznic. Lecąc porannym samolotem, czuł, że sprawa będzie nietypowa. Zabójstwo członka zagranicznej grupy muzycznej było niewygodne dla władz. Raz jeszcze, na spokojnie, postanowił obejrzeć miejsce zbrodni. Zamierzał napić się kawy w hotelowym barze, lecz wszystkie stoliki były zajęte przez międzynarodowe towarzystwo. Zszedł z tarasu na plażę. Zdjął buty, skarpetki i podwinął nogawki. Lawirując wśród ciżby plażowiczów, dotarł na brzeg morza. Łagodne fale chłodziły stopy, a on, mrużąc oczy, patrzył na statki stojące na redzie.

 – Lody Bambino, lody dla ochłody! – wykrzykiwał mężczyzna w białym fartuchu i z przewieszoną przez ramię drewnianą skrzynką.

Kwilenie mew, furkot plastikowych samolocików i gwar dobiegający z plaży sprawiły, że zapadł w stan dziwnego letargu.

Miał ochotę położyć się na piasku i zasnąć. Przebiegła gromadka dzieci i rzuciła się z rumorem do wody. Przemoczony od stóp po czubek głowy pogroził dzieciakom i poszedł na molo. Na dolnym pomoście metodycznie oglądał każdą jego część i kątem oka dostrzegł kawałek papieru wciśnięty w szparę pomiędzy deskami. Schylił się i wyłuskał precyzyjnie złożoną w kostkę kartkę ze ściennego kalendarza. Rozpostarł ją i ujrzał nakreśloną czerwonym tuszem datę – trzynasty sierpnia 1985 roku. Delikatnie obracał papier w dłoniach. Na odwrocie, gdzie umieszczano porady i przepisy kulinarne, narysowano symbol tarczy strzelniczej. Bardzo mały, prawie mikroskopijny. Złożył kartkę na pół i schował pomiędzy okładki dowodu osobistego. Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni „Dziennik Bałtycki”. Obok winiety „Proletariusze Wszystkich Krajów Łączcie Się” widniała data: 11 sierpnia 1985. Kartka z kalendarza wskazywała dzień, kiedy denat miał wystąpić ze swoim zespołem. Idąc nadmorskim deptakiem, zastanawiał się, na ile istotny jest ten kawałek papieru. Nauczony doświadczeniem wiedział, że może być to jeden z ważniejszych tropów, a w takim razie do następnego zabójstwa pozostały dwa dni. Znalazł wolną ławkę i zapalił papierosa. Przypomniał sobie, jak spacerował tutaj z żoną i bywał na dancingach w pobliskich Łazienkach Północnych. Podczas tamtego pobytu pomógł rozwiązać sprawę zabójstwa znanego tenisisty. Wróciły wspomnienia, które od roku kończyły się obrazami śmierci. Agnieszka okazała się wielokrotną morderczynią, którą sam zlikwidował. Wytłumaczył sobie, że działał jak snajper, który zabija wrogiego snajpera w imię wyższej konieczności, oszczędzając przyszłe ofiary. Zapalił kolejnego carmena i wracał do rzeczywistości. Deptakiem sunęli wczasowicze zajęci swoimi sprawami. Na podjeździe hotelu, w nieoznakowanym radiowozie, czekał Zawieja.

 – Pojedziemy najpierw zobaczyć akta.

 – Tak jest. Śledztwo nadzoruje nominalnie kapitan Zamaro z komendy w Gdańsku, ale będzie mógł dojechać dopiero pojutrze.

 – Tak ważna sprawa i nie ma czasu?

 – Mają proces Skorpiona na głowie. Seryjnego zabójcy kobiet. Dlatego wezwali pana majora. Musimy sobie sami radzić.

Popatrzył na miejscowego gliniarza. Opalany i wysportowany wyglądał raczej na ratownika niż na stróża prawa. Słońce niemiłosiernie raziło. Opuścił na przednią szybę wąski ochraniacz, ustawiając go pod odpowiednim kątem. W małym lusterku zobaczył swoją twarz.

Od czasu, kiedy zaczął siwieć, nie lubił patrzeć. Kobiety twierdziły, że dodaje mu to uroku. Miał inne zdanie i z trudem akceptował taki stan. Nigdy jednak nie zniżyłby się do farbowania włosów. Uważał tę czynność za niegodną mężczyzny, tak samo jak zaczeski, dopinki i tupeciki. Wjeżdżali do Górnego Sopotu. Wśród drzew migały przedwojenne wille zdobne w strzeliste wieżyczki.

 – Ładnie mieszkacie w tym Zoppot – zażartował.

Zawieja uśmiechnął się i zrobił mu wykład o nadmorskiej architekturze.

 – Skąd tyle wiecie?

 – Studiowałem dwa lata na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.

 – I co się stało?

 – Ojciec zginął w katastrofie promu na Motławie. Zostaliśmy bez środków do życia i przerwałem studia. Trzeba było pomóc mamie.

 – Mam propozycję. Wygląda na to, że spędzimy ze sobą trochę czasu. Mówmy sobie po imieniu.

 – Jeżeli jest takie życzenie, to proszę bardzo. Pan major da się zaprosić wieczorem do SPATiF-u?

 – Umawiamy się na dwudziestą. A – i mam na imię Kazimierz.

 – Marek.

Zaparkowali przed ogromną, trzypiętrową kamienicą. Jego uwagę przykuła stalowa konstrukcja, karkołomnie osadzona na strzelistym dachu.

 – Niezła maszyneria – skonstatował ze zdziwieniem.

Zawieja spojrzał na maszt.

 – Trochę duży, ale musieli zainstalować. Wiatr łamał antenę i zrywał łączność.

Powitał ich komendant i zaproponował koniaczek, z jedną powtórką. Zgrobel zaprosił go na wieczór do SPATiF-u. Kurzeja, bo tak się nazywał tutejszy szef, odmówił z żalem, był już wcześniej umówiony.

 – Pan kapitan rozumie, że idziemy tam służbowo. Musimy popytać o nieboszczyka.

 – Rozumiem. Mam tylko prośbę. Nie nadwyrężajcie budżetu.

 – Na wszystko będą rachunki.

 – Właśnie tego się obawiam. – Kurzeja posmutniał.

 – Proszę się nie obawiać. Będziemy się oszczędzać.

Pożegnali się z komendantem i przeszli do pokoju Zawiei. Zgrobel popijał kawę i czytał akta sprawy Erica Gustafsona, denata znalezionego wczesnym rankiem na molo. Miał przy sobie dokumenty i sporą sumę dewiz.

Odpadał motyw rabunkowy. Przeglądając jego paszport zauważył, że był częstym gościem w Polsce.

Dużo koncertował albo robił interesy, pewnie podejrzane – pomyślał. Przywołał Zawieję, który zdążył się przebrać w cywilne ubranie.

 – Trzeba sprawdzić cinkciarzy i popytać „mewki”. Nasz klient musiał mieć z nimi konszachty.

 – Już to zleciłem.

 – Dobry jesteś.

 – Staram się. – Uśmiechnął się i dodał: – Mam pomysł. Zaprośmy na wieczór porucznik Ewę Korzycką z gdańskiej obyczajówki. Jest najlepiej zorientowana w tym środowisku.

Zgrobel kiwnął głową i podsunął mu kartkę znalezioną na molo. Zawieja uważnie badał papier i zatrzymał wzrok na symbolu tarczy strzelniczej. Cmoknął z niedowierzaniem.

 – Nie jest dobrze… można powiedzieć, że mamy lekko przerąbane.

 – Zgadza się. Wygląda na to, że do kolejnego zabójstwa zostały dwa dni. Musimy sprawdzić, co się dzieje z tym szwedzkim zespołem i czy zamierzają wystąpić na festiwalu?

 – Umówiłem ich na jutro. O dwunastej. W „Grand Hotelu”.

 – Pamiętaj o tłumaczu.

 – Nie ma takiej potrzeby, mówię biegle po angielsku.

 – Doskonale. Pojedziemy teraz zobaczyć ciało, a później zajrzymy do Opery Leśnej.

Minęli Sopot Wyścigi i po dłuższej jeździe zaparkowali przed Szpitalem Uniwersyteckim w Gdańsku Wrzeszczu. Poczuł dreszcz, wsiadając do windy. Zjeżdżali do mieszczącego się w piwnicach prosektorium. Poprosił porucznika, by wywołał patologa na korytarz. Od śmierci Agnieszki starał się unikać zimnego pomieszczenia. Nie zawsze się to udawało, tym razem miał szczęście. Zza wahadłowych drzwi wytoczył się zwalisty mężczyzna.

 – Strzelał z daleka. Od tyłu. Jakieś sto, sto trzydzieści metrów. Rana wlotowa na przestrzał. Na wysokości lewej łopatki. Zgon nastąpił sześć, siedem godzin od momentu znalezienia zwłok. Ponieważ odkryli go o siódmej rano… to musiał zginąć koło północy. Gdzieś tak.

 – Coś szczególnego?

 – Gdyby było, to bym przekazał – żachnął się.

Krojczy wpatrywał się w Zgrobla.

 – Pana to znam, tylko wtedy naszywki porucznika były.

 – Tak mówicie?

 – Poznaliśmy się przy sprawie znanego tenisisty, robiłem obdukcję.

Rozpoznał go w otulinie tłuszczu. Napuchnięta, rumiana twarz nie pozostawiała złudzeń, co do skali spożycia spirytusu. Nie ufał mu.

 – Muszę obejrzeć ciało – zdecydował.

 – Proszę. Po co tylko to wywoływanie na korytarz – burknął lekarz.

Uważnie oglądał rozkrojonego Szweda. Sprawdził jego dłonie i dostrzegł resztki czerwonego lakieru.

 – Tego nie zauważyliście, że malował paznokcie?

Doktor podszedł i schylił się nad denatem.

 – Faktycznie – przyznał. – Pedał jakiś, czy cóś?

 – Raczej nie, ale to może być istotny ślad.

Zawieja, który trzymał się z boku, zbliżył się i wyszeptał:

 – Grają glam rocka. Mieli wspólną trasę z Davidem Bowie.

Patolog podszedł do szpitalnej szafki i wyciągnął słoik spirytusu.

 – Napijecie się panowie. Cholernie ciężki dzień.

 – Nie pijam z partaczami, a gdyby były jeszcze jakieś rewelacje, to dajcie natychmiast znać do Sopotu – powiedział bezbarwnym tonem.

Wkurzył się. Przypomniał sobie, że podczas sprawy znanego tenisisty, pan doktor nie był uprzejmy. Stanęli przed szybem windy.

 – Co to jest ten „glam rock”?

Zawieja wyjaśnił, że to kolorowa, ozdobna i mocna muzyka. Wiązał się z nią specyficzny kostium i makijaż.

 – Aha, czyli taki szwedzki „Kiss” – stwierdził Zgrobel. – Pamiętasz grupę „Kiss”? – podsumował niejako.

Wracając do Sopotu, rozmawiali o zespołach, głównie zagranicznych.

 – Na polskiej muzyce, też się znasz?

 – Pewnie, i znam parę osób ze środowiska.

Samochód skręcił z obwodnicy w stronę Opery Leśnej. Po obu stronach biegnącej ku górze drogi, sunął tłum festiwalowiczów. Niektórzy, pomimo wczesnej pory, nieśli zwinięte koce i parawany. To najwytrwalsi fani, a noce bywały chłodne. Wieczorem miał się odbyć kabareton. Wiedział, że tego typu imprezę monitoruje Służba Bezpieczeństwa, więc ich obecność nie była konieczna.

Zaparkowali z tyłu sceny, tuż przy ogrodzeniu z metalowej siatki, za którym stały wozy transmisyjne Telewizji Polskiej i zagraniczne auta artystów. Pokazali legitymację ochroniarzowi, który dokładnie przeliterował nazwiska i wpisał do brulionu oprawionego w gruby karton.

 – Gdzie znajdziemy organizatorów?

 – Na scenie. Trwa próba. Po prawej stronie sceny jest ich kanciapa, może ktoś tam będzie.

Mijali wóz transmisyjny, gdy z wnętrza wyłonił się reżyser festiwalu i dostrzegł Zgrobla.

 – Kazik, co ty tutaj robisz?

Major obejrzał się, rozpoznając kumpla. Znali się z niejednej popijawy w Warszawie. Zgrobel mieszkał w stolicy zaledwie od roku, ale gładko wszedł w tamtejsze towarzystwo. Przywitali się serdecznie i opowiedział, co ich sprowadza do amfiteatru. Reżyser podrapał się po głowie.

 – Słyszałem plotki, ale nie wiedziałem, że to takie poważne. Z tego, co wiem, ten szwedzki zespół nie odwołał występu, wiesz, jaka to jest dla nich kasa!

 – Niestety, na jutrzejszym koncercie, a przede wszystkim pojutrze, będą moi ludzie. Rozumiesz powagę sytuacji, na scenie wystąpi potencjalna ofiara.

 – Z mojej strony nie ma sprzeciwu. Tylko bez mundurów, jeśli można?

 – Zobaczymy, co da się zrobić.

 – Porozmawiajcie z ludźmi z Pagartu. Pakamera jest po prawej stronie amfiteatru.

 – Będziesz wieczorem w SPATiF-ie?

 – Może się tak zdarzyć, ale będzie ciężko. Mamy bankiet w Łazienkach Północnych. Zapraszam.

Pomieszczenie Pagartu było małe, za plażowym stolikiem siedziała brzydka, ale bardzo uczynna dziewczyna. Potwierdziła występ szwedzkiej grupy i przyjęła do wiadomości ich polecenia. Wracali do centrum.

 – Ilu masz zaufanych ludzi?

 – Dwóch.

 – To dobierz jeszcze dwóch i wytłumacz, na czym polega dyskrecja. Umów na jutro w komisariacie po spotkaniu ze Szwedami.

Zawieja popatrzył na zegarek.

 – Załatwione. Jest po szesnastej. Chcesz odpocząć?

 – Później. Teraz musimy zebrać fakty w całość. Znasz miejsce, gdzie napijemy się dobrej kawy i porozmawiamy spokojnie?

 – O tej porze będzie to trudne, ale spróbujemy.

Zaparkowali nieopodal Monciaka. Dzieliło ich zaledwie kilka przecznic od tłumu płynącego w górę i w dół. Ta willowa część Sopotu była zupełnie inna. Spokój i cisza sprawiały, że słychać było śpiew ptaków. Łagodny pomruk maszerujących wczasowiczów przypominał, że są nadal w modnym kurorcie. Podeszli do willi skrytej za wypielęgnowanym żywopłotem. Zawieja otworzył furtkę z kutego żelaza. Na frontonie wisiała drewniana tablica z wypalonymi literami układającymi się w napis: „Willa Anna”. Patrzył na szyld i zatęsknił za Anią, miłością z lat szkolnych. Rok temu odnowili znajomość i gdyby nie przenosiny do Warszawy, zapewne byliby razem. Zapisał w pamięci, że musi wysłać pocztówkę. Z miłych rozmyślań wyrwał go porucznik. Wskazywał wejście na drewniany taras biegnący wzdłuż budynku. Weszli w przeszklone wnętrze z kilkoma stoliczkami otwierające się na ogromny pokój urządzony w secesyjnym stylu. W prawym rogu stał bar ze stolarką powyginaną w fantazyjne motywy roślinne. Usiedli i zmówili kawę z koniakiem. Usłyszał syk ciśnieniowego ekspresu. Błogosławił siły, które przydzieliły porucznika do jego sprawy.

 – Niezłe miejsce. Naprawdę. Pamiętam takie z Wrocławia.

 – Wiedziałem, że ci się spodoba.

 – Dość pieszczot. – Zgrobel wyciągnął notes i długopis. Pojawiła się apetyczna kelnerka z zamówieniem; upił łyk kawy. – Wygląda to tak: mamy denata i wiemy kim był. Motyw rabunkowy odpada. Miał przy sobie dolary i paszport. Zastrzelono go z dużej odległości. Z broni długiej. Kuli nie mamy. O ile dobrze wyczytałem z akt?

 – Nie znaleziono jej – potwierdził Zawieja.

 – Załatw nurka na jutro. Niech sprawdzi dno pod pomostem. Może będziemy mieli szczęście?

Przywołał kelnerkę i zapytał o telefon. Wskazała na drzwi prowadzące do recepcji. Porucznik poszedł zadzwonić, a on zamówił kolejne kawy. Czekał i palił papierosa. Do sąsiedniego stolika przysiadło się spore towarzystwo. Padła nazwa szwedzkiego zespołu, a później nazwisko ofiary. Bacznie nasłuchiwał. Zauważył to jeden z mężczyzn, ubrany w luźno układającą się koszulę z indyjskimi motywami. Nerwowo poprawił rzemienne wisiory i szeptem powiedział coś do towarzystwa. Zniżyli ton. Sytuacja zrobiła się niezręczna. Wstał i się przedstawił.

 – Major Zgrobel, i przepraszam za podsłuchiwanie, po prostu, usłyszałem nazwisko ze sprawy, którą prowadzę. Nie byłem w stanie się powstrzymać.

Patrzyli niechętnie. Zaproponował, że się przysiądzie. Zaczęli się zbierać. Wrócił do swojego stolika.

 – Kapitanie, miło pana widzieć.

Od strony baru nadchodził znakomity wrocławski gitarzysta Aleksander Mrożek. Szedł w towarzystwie wokalistki i aktorki.

 – Ja to się dopiero cieszę. I nie kapitan, tylko major.

 – Pięknie, pięknie. Gratuluję awansu.

Okazało się, że „Stalowy bagaż” za dwa dni gra na sopockim festiwalu i został zakwaterowany w pensjonacie. Mrożek przedstawił artystkę, która wyśpiewała przebój „Podaj cegłę”. Zaprosili go do stołu. Dziwnym trafem towarzystwo przestało się spieszyć. Zamówił szampana. Podziwiał panią Izę w serialu „Strachy” w reżyserii Stanisława Lenartowicza. Była boska – pomyślał i zrobiło mu się ciepło na duszy.

Wrócił Zawieja. Dowiedzieli się, że denat grał na gitarze prowadzącej i był bardzo namiętnym Szwedem. Rok temu, w czasie trasy po Polsce, wyrwał dzidzię gitarzyście „Lady Pank”. Zrobiła się afera i doszło do rękoczynów. Zgrobel przeczuwał, że to właśnie Mrożek zastąpi ofiarę. Wszystko się potwierdziło. Żegnając się, nachylił się nad nim i cicho powiedział:

 – Jak będziesz grał ze Szwedami… zapierdalaj z gitarą po scenie jak pershing.

Głupio zabrzmiało, ale tylko na takie ostrzeżenie potrafił się zdobyć, a wiadomo, że ruchomy cel jest trudniejszy do trafienia. W czasie jazdy do „Grand Hotelu” zapytał porucznika, co udało się mu załatwić.

 – Próbowałem się dodzwonić do kapitanatu portu, żeby zamówić nurka. Dlatego trwało to tak długo.

 – Będzie?

 – Rano zacznie poszukiwania.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła osiemnasta. W hotelowym pokoju zdjął marynarkę i położył się na łóżku. Koronkowa firanka falowała w podmuchach wiatru.

Zasnął i przebudził się gwałtownie. Skrzypiała podłogowa klepka. Chwycił pistolet leżący na nocnym stoliku i przeładował.

 – Jak mnie zastrzelisz, to będzie kupa.

Zobaczył nad sobą twarz przyjaciela. Z miejscowych służb.

 – Kurwa, chcesz żebym dostał zawału?! – Upuścił broń na pościel.

 – Starzejesz się, misiu. – Mirek poklepał go po ramieniu.

 – Spierdalaj – odburknął, na więcej nie było go stać.

Wstał i uściskali się serdecznie. Patrzył na kumpla i zastanawiał się, jak się tutaj dostał. Pamiętał, że przekręcił klucz w zamku.

 – Główkuj, główkuj. – Przyjaciel zaśmiał się.

Podszedł do drzwi. Sprawdził, czy są zamknięte.

 – Jak? – zachodził w głowę.

 – Przez pokój obok. Balkony są połączone, mój ty Sherlocku.

Zgrobel wyjrzał na balkon i zrozumiał, że Mirek go nie wkręca.

 – Starzeję się.

Zawsze sprawdzał różne możliwości ewakuacji. Odurzony morskim powietrzem zaniedbał tego.

 – Dupa ze mnie – stwierdził.

Mirek Kręcina pracował w kontrwywiadzie Marynarki Wojennej. Zajmował się rozpracowywaniem morskich szlaków przemytu narkotyków, innymi sprawami również. Zgrobel opowiedział o Szwedzie i zapisał na kartce jego dane.

 – Zrobię, co będę mógł. Teraz to chyba musisz iść do SPATiF-u?

 – Kurwa, wy naprawdę wszystko wiecie.

 – Taka praca, przyjacielu. Byłbym zapomniał, mam coś dla ciebie.

Podał mu kaburę wykonaną z mocnego materiału. Zapinaną na rzep.

 – Prosto z Ameryki. Idealna na upały. – Podciągnął nogawkę i pokazał identyczną.

Zgrobel patrzył zachwycony na cudeńko. Dotąd widział coś takiego tylko na zachodnich filmach. Przymierzył zapasowy pistolet. Pasował idealnie. Podwinął nogawkę i owinął kaburę wokół łydki. Wstał i przeszedł się po pokoju. Broń tam była, ale nie przeszkadzała w chodzeniu. Trwała mocno na stanowisku.

 – Genialne i proste. Dzięki, zawsze miałem z tym problem, zwłaszcza w upały.

 – Wszyscy je mamy.

Przyjaciel odprowadził go pod Monciak.

 – Chodź ze mną. Zapraszam na koszt tutejszego komisariatu. – Zgrobel nie zamierzał puścić przyjaciela.

 – Kiedy indziej. Dostaliśmy cynk i mam robotę w Gdyni.

Czekaj wiadomości. Zadzwonię do hotelu albo na komendę.

Ucieszył się, gdy pojawił się tak z znienacka. Od przyjazdu zastanawiał się, jak go namierzyć. Problem rozwiązał się sam. Wszedł na deptak, o tej porze wszyscy chcieli się tam pokazać i zwartą ciżbą poruszali się nieogarniętym ruchem. Skręcił w prawo i wszedł do domu towarowego PSS „Społem”, na monopolowym kupił piersiówkę wiśniówki i trzy paczki marlboro sprzedawane po cenach komercyjnych. Ściągnął marynarkę, od kiedy miał nową kaburę mógł sobie na to pozwolić. Przeciskał się przez tłum spacerowiczów, najgorsze były dzieci, nieprzewidywalne, idące swoim rytmem. Pot kleił mu koszulę do ciała. Na szczęście SPATiF był niedaleko. Wszedł po stromych schody i zapukał do drzwi.

 – Zamknięte. Impreza prywatna – oznajmił bramkarz.

Pokazał legitymację. W środku przelewał się dziki tłum. Z trudem dotarł do baru. Wcisnął się pomiędzy dwie dobrze zbudowane blondyny i zamówił gin z tonikiem. Panie rzucały wymowne spojrzenia. Zagadnął i rozmowa zaczęła nabierać rumieńców. Nagle damy zniknęły. W ich miejsce pojawiła się śliczna brunetka w żakiecie z cekinami, obcięta na chłopczycę. Zafascynowany przyglądał się klasycznym rysom. Odezwała się pierwsza.

 – Pan major straciłby za dużo pieniędzy. Drogie są, chociaż podobno warte tego.

 – Skąd pani mnie zna?

 – Porucznik Ewa Korzycka, panie majorze.

Ujął jej dłoń i poczuł elektrykę płynącą przez ciało.

 – Bardzo mi miło. Kazimierz Zgrobel. Proszę mi mówić po imieniu.

 – Tak od razu?

 – Właśnie, i dziękuje za ostrzeżenie.

Doznał nowego otwarcia. Zrozumiał, że nie wyśle pocztówki do Ani. Zaczął tokować, a był w tym dobry. Pani porucznik usadziła go, jak rączego konia.

 – Panie majorze, mam męża.

Miał w dupie jej męża. Wiedział, że prędzej czy później będzie jego kobietą.

Zapadła niezręczna cisza, którą przerwał Zawieja.

 – Widzę, że się poznaliście?

Korzycka kojarzyła Szweda. Przemycał pornografię, pół roku temu złapali go z kilkoma świerszczykami. Nie było podstaw do zamknięcia. Dostał wysoką grzywnę i od tego czasu był czysty. Była jeszcze sprawa z „mewkami”, którym załatwiał zaproszenia na zachód. Niewiele więcej wiedziała, ponieważ śledztwo było w toku.

 – Narkotyki?

 – Nie. W każdym razie, nic o tym nie słyszałam. Za to lubił panienki. Miał też kontakty z cinkciarzami, którym sprzedawał walutę.

Zamierzał jak najdłużej przeciągnąć bytność pięknej pani porucznik, a przy okazji zbadać sprawę. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Zapytał siedzącego obok porucznika:

 – Mamy szansę na służbowy samochód?

 – O tej porze będzie trudno, ale mogę załatwić taksówkę na rachunek.

 – Tak zrobimy. Teraz jest odpowiednia pora, by pojechać do „Maxima” i trochę się rozejrzeć.

Zawieja posmutniał.

 – Nie martw się, zdążymy na bankiet. W Łazienkach i tak zabawa zacznie się dopiero po północy. Pojedziesz z nami? – Pytanie skierował już do Ewy. – Masz w końcu najlepsze rozpoznanie w tym środowisku.

 – Jestem do dyspozycji przez całą noc.

Zrozumiała, jak to zabrzmiało i szybko dodała:

– Oczywiście służbowo.

 – To się jeszcze zobaczy – mruknął pod nosem.

Dopił gin i zapłacił należność w barze. Zamiast rachunku dostał bloczek kelnerski z wpisaną kwotą i pieczątką lokalu. Popatrzył zdziwiony.

 – Będzie się zgadzało. Na mur beton, panie władzo – uśmiechnął się barman.

Major przecisnął się do wyjścia i zszedł po skrzypiących schodach. Czekali na niego na skraju deptaku. Noc była piękna, sierpniowa. Mury oddawały ciepło nagromadzone w ciągu dnia, a delikatne podmuchy wiatru rozganiały parne powietrze. Założył marynarkę, a Ewa chwyciła jego ramię. Szli w kierunku postoju taksówek. Czuł zawistne spojrzenia wczasowiczów. Zazdrościli panowie, ich małżonki przypominające wieloryby odziane w rodzime przetwórstwo tekstylne – nienawidziły.

 – Ładnie wyglądacie razem. Pasujecie do siebie – zauważył Zawieja.

Przed laty spacerował tutaj z Agnieszką. Piękni i młodzi, szczególnie żona, była Miss Dolnego Śląska. Wtedy też czuł jadowity wzrok. Zawieja przyśpieszył, by odnaleźć właściwą taksówkę. Oni szli niespiesznie, ciesząc się swoją obecnością. Pomyślał, że taka sytuacja, to znak od losu. Ustalili, że do „Maxima” wejdzie dwadzieścia minut po nich. Wykorzysta fakt, że nikt go nie zna. Uda polonijnego biznesmena, z którym Szwed umówił się na spotkanie i rozpyta o niego. Oni w tym czasie ogarną informatorów. Taksówka zatrzymała się kilkanaście metrów przed nocnym klubem. Zaczekał aż wejdą do lokalu i poszedł w kierunku morza. Wąską ścieżką pomiędzy wydmami dotarł na piaszczystą plażę. Zapalił papierosa i patrzył na migoczące światła Gdyni. Czuł delikatne podmuchy wiatru. Schylił się i zagarnął dłonią chłodny piasek. Rozchylił palce, ziarenka przesypały się pomiędzy nimi. Tęsknił za czymś nieokreślonym, łagodnym i ciepłym. Przypomniał sobie smutne oczy mamy, gdy dowiedziała się o jego wyjeździe do Warszawy.

 – Dam radę, synku. Najważniejsze, żebyś był szczęśliwy.

Nie był szczęśliwy. Zmuszono go do przeprowadzki, a wszelkie plany diabli wzięli. Wyciągnął piersiówkę wiśniówki. Próbował nie nadużywać alkoholu – w tej pracy było to prawie niemożliwe. Palił, pił i dyszał jak smok. Gdy dopadały go bóle w klatce piersiowej, starał się nie myśleć o nich. Miał swoje lata, a tryb życia sprawiał, że można było je pomnożyć razy półtora. Czuł potworne znużenie i najchętniej rzuciłby wszystko w diabły. Zszedł z plaży, przeciął nadmorski bulwar i poszedł do „Maxima”. Zapłacił za wejście i znalazł się w legendarnym lokalu owianym nie najlepszą sławą. Didżej puszczał kawałek „Lady Pank”, który rozsławił to miejsce na całą Polskę. Pląsało rozbawione towarzystwo i śpiewało: „U Maxima w Gdyni, znów cię widział ktoś...”. U sufitu wirowała srebrna kula. Pod oknem wychodzącym na taras dostrzegł Zawieję. Stanął przy barze i zamówił najdroższą whisky. Zobaczył Ewę w stadzie „mewek” kręcących się pośrodku parkietu. Cekiny żakietu połyskiwały w dyskotekowych światłach, a smukłe ciało zdawało się unosić w powietrzu. Patrzył zafascynowany.

 – Jeszcze jedną? – usłyszał.

 – Tak jest. – Położył na blacie kwotę, która dwukrotnie przekraczała należność.

 – Nie za dużo? – Barman nakrył dłonią banknoty.

 – W sam raz – powiedział, ściszając głos. – Szukam macherów od waluty.

Tamten spojrzał na niego smutnymi oczami i skinął głową w kierunku obszernej loży, w której siedziało kilku mężczyzn.

 – O kogo mam pytać?

 – O nikogo, i tak za dużo powiedziałem.

Zgrobel pokazał na butelkę whisky w szklanej witrynie.

 – Podaj ją do ich stolika. Dokładnie za siedem minut.

Zapłacił i poszedł wzdłuż tanecznego podestu do loży. Przystanął i przyglądał się rozbawionym cinkciarzom. Nosili kolorowe jedwabne koszule, złote łańcuszki i elektroniczne plastikowe zegarki. Po prostu – królowie życia. Wśród nich wyróżniał się szpakowaty, szczupły mężczyzna. Dobrze skrojona biała marynarka leżała idealnie, podkreślając zdrową opaleniznę. Złota Omega lśniła na przegubie. Zrozumiał, że to właśnie z nim musi porozmawiać. Z foteli podniosło się dwóch dobrze zbudowanych byczków. Stanęli przed nim, a jeden z nich warknął.

 – To nie kino frajerze, nie ma na co filować.

Postanowił odpuścić wersję z polonijnym biznesmenem i przedstawił się. Jeden z goryli wrócił do stolika i pochylił się nad bossem. Dokładnie w tym momencie podeszła kelnerka, postawiła butelkę na stole i wskazała na majora, uprzedzając ich pytania. Szpakowaty mężczyzna nakazał wstać siedzącemu obok cinkciarzowi i zaprosił go gestem dłoni.

 – Witam. Niepotrzebnie się władza wykosztowała. Mamy dość własnych płynów.

 – To tak na dobry początek.

 – Szczerbic jestem, ale wszyscy mówią do mnie Szczerba. W czym mogę pomóc naszej kochanej milicji? – Uśmiechnął się szeroko, ukazując śnieżnobiałe zęby.

Zgrobel wyciągnął korek z plastikową nakładką i rozlał whisky do szklanek.

 – Szukam informacji o pewnym Szwedzie. Nazywał się Gustafson. Wiem, że robiliście wspólne interesy.

Król cinkciarzy słuchał uważnie. Otworzył srebrną papierośnicę i poczęstował go rothmansem, ze zwiniętą wokół ustnika złotą banderolą.

 – Dlaczego pan major mówi o nim w czasie przeszłym?

 – Dlatego, że znaleźliśmy go martwego.

Szczerbic wyszeptał coś do siedzącego obok mężczyzny, który natychmiast wykonał obliczenie na kalkulatorze Wyskoczył wynik i pokazał wyświetlacz szefowi. Zapadła cisza. Król waluty napełnił szklankę wódką i wypił jednym haustem. Uspokoił się i powiedział przez zaciśnięte zęby:

 – Nie maczałem w tym palców. Nie zabija się złotej kury, poza tym był nam winien kupę szmalu.

 – Pożyczył?

 – Nie, dostał zaliczkę na poczet interesów.

Chciał mu wierzyć. Zresztą, jego tłumaczenie brzmiało logiczne. Mimo to postanowił drążyć temat:

 – Ten Szwed był bardzo kochliwy. Może skrzywdził jakąś panienkę i ktoś się zemścił?

 – Nie robię za alfonsa, kurewstwo mnie brzydzi… no chyba że chodzi o stronę konsumpcyjną. Co do „mewek”, to władza musi porozmawiać z Szarym. On się nimi opiekuje i ogarnia całe Trójmiasto.

 – Gdzie go znajdę?

 – Teraz urzęduje w Sopocie. Wiadomo, festiwal – i tam jest najlepsze żniwo.

Pożegnał się i idąc w kierunku wyjścia, szukał wzrokiem swoich ludzi. Wyszedł na zewnątrz. Stali nieopodal, paląc papierosy. Zawieja potwierdził słowa Szczerby. Ewa dodała, że Szwed za wysoką prowizję załatwiał zaproszenia do krajów Europy zachodniej i obiecywał pracę w ekskluzywnych burdelach. Trzy dziewczyny skorzystały z jego oferty. Po dotarciu na miejsce miały wysłać pocztówki. Kartki nie nadeszły. Najważniejsza jednak okazała się informacja, że działania Gustafsona wkurzyły Szarego. Tracił źródło zarobku.

 – Jedziemy do Łazienek Północnych. Pani porucznik rozpyta dziewczynki, a my zajmiemy się Szarym. – Zapukał w szybę samochodu i zbudził taksówkarza.

Czuł ciepło siedzącej obok Ewy. Gdy Zawieja chciał o coś zapytać, przerwał mu.

 – Nie tutaj, porozmawiamy na miejscu.

Nie ufał taksówkarzowi, a przede wszystkim chciał się skupić na damie. Przysunął się delikatnie i udawał, że śpi. Po chwili, naprawdę zasnął. Obudził go dźwięk łamanego taksometru. Zostawił porucznikowi pieniądze i przypomniał o rachunku. Wspięli się po żelbetonowych schodach, zakręconych jak skorupa ślimaka. Weszli na rozległy taras.

 – Czego się napijesz?

 – Dwie wódeczki. Dobrze mi to zrobi. – Uśmiechnęła się.

Poszedł tam, gdzie kłębił się największy tłum. Przeciskając się przez morze sępów, dopchał się do bufetu. Resztki jedzenia smętnie tkwiły na ceratowych obrusach, wino i wódka karnie stały w szeregach szklanych naczyń, po czym błyskawicznie znikały. Zdążył dotknąć kilku kieliszków. Wódka była ciepła, bo noc było ciepła. Wycofał się i poszedł do baru. Wręczył napiwek. Dostrzegł Zawieję wchodzącego na taras i przywołał go gestem dłoni. Porucznik podał mu rachunek za taksówkę.

 – Powiedz, jak ci się udało dostać do Szczerby?

 – Po prostu, powiedziałem prawdę. Nikogo nie udawałem.

 – Że też zechciał z tobą rozmawiać. Oni nie przepadają za nami.

 – Ma się swoje sposoby.

 – I co?

 – Najważniejsze, że się poznaliśmy. Co się nam jeszcze przyda.

Rozpieczętował butelkę zimnej wódki, którą doniósł barman. Poprosił o jeszcze jeden kieliszek i rozlał alkohol.

 – Rozejrzyj się za Szarym. Gdybyś namierzył gitarzystę „Lady Pank”, to daj znać.

 – Tak jest. Może jeszcze po jednym, i jak załatwiłeś zimną wódkę?

 – Czary. Kolejna tajemnica życia.

Przez chwilę układał słowa, które chciał mu przekazać.

 – Spotykamy się jutro, około dziesiątej. Dużo wersji się zrobiło i trzeba to przegadać. Teraz przepraszam, ale pani porucznik czeka na chłodną wódeczkę. Jak skończysz, to dołącz do nas.

Manewrował wśród tłumu z pełnymi kieliszkami w jednej ręce i butelką wódki w drugiej. Kłaniał się ludziom. Niektórych nie znał, nie pamiętał, ale chciał być grzeczny. Ewę otaczał wianuszek mężczyzn. Rozpoznał wśród nich znanego artystę estradowego i aktora w jednym, który opowiadał pyszną anegdotę o milicjantach. Podał jej kieliszki. Wypiła jeden po drugim. Nachyliła się i wyszeptała:

 – Są trzy moje podopieczne, ale mówią to samo. Co robimy?

 – Czekamy i na razie mamy fajrant. Gdybyś zauważyła Szarego, to daj znać. Może później przejdziemy się po plaży kawałek?

 – Może to będzie nad morzem? – Uśmiechnęła się.

Artysta zakończył anegdotę, wywołując ogólne rozbawienie. Kiedy dostrzegł majora, podszedł i przywitał się serdecznie.

 – Cieszę się, że cię widzę – powiedział i zwrócił się do towarzystwa: – Panie i panowie pozwolą, że przedstawię: przyjaciel, gwiazda warszawskiej dochodzeniówki i specjalista od mokrej roboty.

Zgrobel rozlał wódkę do kieliszków i postawił butelkę przy donicy z fikusem. Pojawił się Zawieja i odwołał go na bok. Namierzył gitarzystę „Lady Pank”, w głębokim stanie upojenia. Nie nadawał się do rozmowy, a co dopiero do przesłuchania. Menadżer oświadczył, że przyjechali trzy godziny temu z Krakowa, gdzie wczoraj wieczorem grali koncert.

 – I dobrze. Odpada wersja z urażonym muzykiem. Pozostają inne wersje, inni kochankowie i mężowie. Mamy jeszcze wkurwionego alfonsa, pornografię, stręczycielstwo i co tam jeszcze znajdziemy. Swoją drogą, nieźle nawywijał ten Szwed – i to pod waszym nosem.

 – To nie jest łatwy teren – żachnął się porucznik Zawieja – w sezonie liczba mieszkańców zwiększa się trzykrotnie. Paradoksalnie, obsada komisariatu się zmniejsza, bo ludzie idą na urlopy.

 – Masz rację, nie pomyślałem o tym – uspokoił go.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza w nocy. Nie czuł zmęczenia i nie był pijany. Wiedział jednak, że to czas ewakuacji.

 – Jeżeli masz ochotę, to porozglądaj się jeszcze i widzimy się rano. Pamiętaj o dodatkowych ludziach.

Pożegnał się i podszedł do Ewy.

 – Czekam na dole, obok tych przeklętych schodów.

Ohydna żelbetonowa konstrukcja, jak całe Łazienki Północne, wybudowane na początku lat siedemdziesiątych w twórczym amoku architektów epoki „wczesnego Gierka”. Wychodząc, pomachał reżyserowi zajętemu emablowaniem właścicielki najpiękniejszego uśmiechu w krajach demokracji ludowej. Zszedł po karkołomnych schodach. Siadł na murku i zapalił papierosa. Myślał o porucznik Korzyckiej. Postanowił rozegrać sprawę uczciwie. Nie zaciągnie jej pierwszego dnia do łóżka. Zrobi to jutro albo pojutrze. Będzie strategiem chytrym i podstępnym. Rozegra mistrzowską partię. Wstał i rozochocony poszedł w kierunku morza. Stanął na wilgotnym piasku. Patrzył na pasemka piany migające w oddali. Tyle zostało z ogromu Bałtyku, resztę trzeba było sobie wyobrazić. Usłyszał kroki. Odwrócił się w nadziei, że to Ewa. Mylił się. W jego stronę szło dwóch napakowanych byczków. Stanęli przed nim. Jeden z nich, ubrany w podkoszulek z napisem: AWF GDAŃSK, grzecznie oświadczył:

 – Pan Szary prosi o spotkanie z panem majorem.

 – Pan Szary, to może mi… panowie wiedzą, co mi może?

 – Wiemy – odpowiedzieli chórem.

 – To powiedzcie szefowi, że spotkam się z nim jutro, na komisariacie i o tej godzinie, którą sam wyznaczę.

Dostrzegł schodzącą Ewę. Przeszedł między nimi i pomachał jej ręką. Ten w koszulce AWF pobiegł za nim.

 – Panie majorze, chwileczkę. Sprawa jest naprawdę pilna.

Przystanął i zaczekał.

 – Pan Szary przeprasza, ale jutro wyjeżdża z Sopotu. Na parę dni. Wie, że pan go szuka i chciałby wyjaśnić kilka nieporozumień. Prosił o przekazanie, że chodzi o krótką rozmowę. Czeka niedaleko. W plażowym koszu – przekonywał młody człowiek.

Popatrzył na Ewę. Taka sytuacja idealnie wpisywała się w jego plan.

 – Zaczekajcie.

Podszedł i chwycił jej rękę. Pocałował czule okolice łokcia.

 – To są ludzie Szarego. Muszę się z nim spotkać. Odprowadzę cię do taksówki i wrócę do nich.

 – Pójdę z tobą. Mam broń.

 – Też mam. Po za tym, nic mi nie grozi. Załatwię to sam.

 – Jak uważasz. Taksówka nie będzie potrzebna. Mieszkam niedaleko, za kortami tenisowymi. Pójdę sama.

 – Nie ma takiej możliwości – uniósł się honorem.

Przywołał młodzieńców i zwrócił się do tego, który prawie się nie odzywał.

 – Odstawisz panią pod same drzwi.

Milczący dotąd byczek uśmiechnął się obleśnie i sepleniąc, wydukał:

 – Nie ma sprawy. Pani będzie zabezpieczona do samego domu.

 – I nic nie kombinuj, bo stracisz cojones.

Szli chłodną plażą.

 – Naprawdę studiujesz wychowanie fizyczne?

 – Tak.

 – Wcześnie tam zaczynacie.

 – Każdy radzi sobie, jak może.

 – Daleko jeszcze?

Zapłonęły pochodnie wokół złączonych plażowych koszy. Podszedł bliżej i zobaczył mężczyznę siedzącego w jednym z nich. W drugim sadowiły się młode dziewczęta w kostiumach plażowych. Stał tam jeszcze rozkładany stolik. Ustawiono na nim butelkę szampana i cztery kieliszki. Szary wstał i podał mu rękę. Nie był taki bezbarwny. Wręcz przeciwnie. Żelowane włosy ściśle przylegały do kształtu czaszki. Golf w kolorowe pasy wpuścił w lniane, jasne spodnie. Na szyi lśnił srebrny łańcuch. Wieńczył go emblemat tarczy strzelniczej. Zauważył, że mimo pewnej elegancji, wygląda na niezłego buraka. O dziwo, odezwał się poprawną polszczyzną.

 – Majorze, proszę spocząć obok pięknych dam. Gdyby było ciasno, chętnie wezmę jedną do siebie.

Usiadł obok dziewcząt. Naprawdę były ładne i drżały z zimna. Jednej kazał się przesiąść, a drugą okrył marynarką. Szary odkorkowywał szampana. Morze szumiało swoim rytmem. Słuchał najważniejszego alfonsa w Trójmieście, trzymając kieliszek bąbelków.

 – Tak naprawdę, to już dawno powinniśmy go wyeliminować. Jednak zabójstwo – to problemy… Nie lubię ich. Mam swoje poletko i nie wpierdalam się na uprawy innych. Pan major rozumie. Wkurwił mnie tymi trzema panienkami, ale przełknąłem zniewagę – rzeczowo mówił Szary.

Nie ufał mu i jednocześnie wierzył. Sprzeczność, która występuję w naturze. Intrygował go wisior, w kształcie tarczy strzelniczej. Pomyślał, że gdyby zlecił zabójstwo Szweda, nie założyłby go na dzisiejszy wieczór. Chyba że był idiotą. Nie wyglądał na takiego. Prędzej ktoś celowo chciał skierować na niego podejrzenie.

 – Jeżeli nie ty, to daj mi jakiś trop… późno jest – powiedział stanowczo.

Szary rozlał szampana.

 – Proszę zainteresować się zaginionymi „mewkami”. Jedna z nich miała zazdrosnego narzeczonego. To człowiek Szczerby… Jeżeli już jesteśmy w temacie, to którą pan major wybiera?

Miał ochotę na obydwie. Młode, piękne, idealnie zbudowane. Szczególnie upodobał sobie tę siedzącą obok. Niezbyt duże piersi i wiotkość, którą uwielbiał. Nie mógł nic zrobić. Jutro wiedziałoby całe Trójmiasto, a przede wszystkim pani porucznik.

 – Dziękuje, ale mam inne plany.

Szary wstał i podszedł do niego. Położył mu rękę na ramieniu.

 – Nówki, blaszki nieśmigane. Prosto z Kaliningradu. Proszę się nie obawiać… nikt się nie dowie.

 – Nie przeginaj, kolorowy. Powiedziałem swoje. – Zdjął rękę z ramienia, a potem brzegiem morza wrócił do hotelu.

Całą drogę myślał o kurewce i czuł pęczniejący narząd w nogawce. Na szczęście, kiedy wchodził do recepcji, po erekcji nie było śladu. Odkapslował butelkę wody sodowej i usiadł na łóżku. Nie podobał mu się Szary, z drugiej strony nie wierzył w jego winę. Postanowił nie wykluczać go z kręgu podejrzeń. Sięgnął po słuchawkę telefonu i zamówił budzenie na ósmą trzydzieści. Wstał i otworzył drzwi balkonowe. Nauczony porannym doświadczeniem zbudował małą barykadę z krzeseł. Rozebrał się, umył zęby i położył na łóżku. Zasnął natychmiast.

Stał zanurzonypo szyję w wodzie. Zaplątane w wodorosty nogi uniemożliwiały pływanie. Próbował iść. Stopy ślizgały się w mule. Widział ogromną falę nadchodzącą z oddali. Siedzące na głowie mewy krzyczały donośnie i boleśnie dziobały jego twarz.

Przebudził się i gwałtownie usiadł na łóżku. Wyciągnął spod poduszki pistolet. Bał się snu, który rozpływał się w rzeczywistości. Za oknem wydzierały się rybitwy i mewy. Przeciągnął się i poszedł pod prysznic. Zszedł na śniadanie. Jak na tutejsze warunki, było wcześnie. Dochodziła ósma rano. Jadalnia była pusta. Podał kelnerowi bloczek i wyszedł na taras. Przy jedynym zajętym stoliku siedziała sławna piosenkarka. Pomachała do niego i zawoła słabiutkim głosem:

 – Zapraszam do siebie.

Podszedł bliżej. Ucałował dłoń i usiadł obok. Podkrążone oczy i szara cera zdradzały nieprzespaną noc.

 – Bardzo chciałam poznać. Wiele słyszałam o panu, majorze. Jeszcze w Warszawie. No i proszę, wreszcie zdarzyła się okazja.

Kelner przyniósł śniadanie i postawił na stoliku. Odszedł, a ona sięgnęła do dużej, kolorowej torby, skąd dyskretnie wydobyła butelkę ginu.

 – Napijemy się? – zapytała i dodała: – Późno się położyłam, a przez te cholerne ptaszyska prawie nie spałam. Tylko ten płyn może mnie uratować.

Skinął głową, przełykając kęs kajzerki, i upił łyk gorącej kawy.

 – To tak samo jak ja. Muszę przyznać, że cieszę się ogromnie z naszej znajomości. Bardzo lubię pani piosenki.

 – Miło mi to słyszeć. Mówmy sobie po imieniu.

Gin parował równo z wodą sodową. Pomimo wczesnej pory słońce tłoczyło upalne powietrze.

 – Słyszałam, że prowadzisz sprawę zamordowanego Szweda?

 – Zgadza się.

 – To był niezły drań. W zeszłym roku uwiódł moją chórzystkę i porzucił. Wszystko w przeciągu pięciu dni. Naobiecywał złotych gór. Tak, że biedna dziewczyna prawie popełniła samobójstwo. Chłopcy z zespołu szykowali się, żeby spuścić mu łomot, ale się ulotnił skubany. Teraz ma za swoje. Wcale go nie żałuję.

 – Ta dziewczyna nadal występuję z tobą?

 – Nie. Przeżyła taką traumę, że rzuciła śpiewanie i zniknęła.

 – Pamiętasz jej nazwisko?

 – Oczywiście, ale ona tego nie zrobiła.

Wiedząc do czego zdolne są kobiety, poprosił o dane. Zanotował i pożegnał się:

 – Dziękuję za miłe towarzystwo. Muszę niestety lecieć do pracy. Taka karma. Do zobaczenia na koncercie.

 – O nie, dzisiaj mam wolne od śpiewu. Zobaczymy się zapewne na jakiejś wódeczce. Wieczorem.

Wrócił do pokoju. Zamontował kaburę na łydce i zabezpieczył broń. Dochodziła dziewiąta. Szedł nadmorskim bulwarem, przecinanym przez grupy plażowiczów złaknionych słońca. Żałował, że nie może położyć się we własnoręcznie wykopanym grajdole i, osłonięty kolorowym parawanem, wystawić się na działanie świetlistych promieni. Potrzebował odpoczynku. Zwłaszcza po wydarzeniach zeszłego roku, po tym, co stało się we Wrocławiu, miał tylko dwa tygodnie wolnego. Po przeprowadzce do stolicy rzucono go na głęboką wodę. Myśleli pewnie, że nawał pracy ukoi jego stratę. Po części mieli rację. Harował tak, że brakowało czasu na myślenie. Nowe kobiety i znajomości wyzwalały w nim pokłady adrenaliny. Pozwalało mu to zasuwać jak mały traktorek. Teraz poczuł zmęczenie. Przyrzekł sobie, że po zakończeniu śledztwa wyjedzie na urlop. Dotarł do deptaka, zaczekał aż zmienią się światła i poszedł w kierunku stacji kolejki elektrycznej. W połowie drogi znajdowały się delikatesy słynące z doskonałego zaopatrzenia. Przypomniał sobie kabanosy, które można czasami było tam dostać. Zobaczył porucznik Korzycką wychodzącą z zakupami. Podbiegł do niej i chwycił siatki na zakupy.

 – Odprowadzę piękną panią do domu. – Ukłonił się szarmancko.

Ucieszyła się na jego widok.

 – Martwiłam się, z Szarym nigdy nic nie wiadomo.

 – Zupełnie niepotrzebnie. Jestem dużym chłopcem. Chodź. Opowiem po drodze, czego się dowiedziałem.

 – Nie wracam jeszcze do domu. Mam sprawy do załatwienia w mieście, ale chętnie napiję się kawy.

Czuł się jak młokos. Miał w sobie uczucie, które pierwszy i ostatni raz doznał w wieku szesnastu lat. To było pierwsze zakochanie i pierwszy orgazm. Przeżywany tysiąckroć. Nawet przy Agnieszce, w początkach ich znajomości, nie było to tak intensywne. Zaprowadziła go na taras lokalu, który mieścił się naprzeciwko kościoła św. Jerzego. Zamówił dwie kawy. Opowiedział o spotkaniu z Szarym i dziewczynie, którą uwiódł Szwed. Ewa zapisała nazwisko na serwetce.

 – Przepraszam na moment. Muszę na chwileczkę wyjść. Przy okazji zadzwonię i dowiem się czegoś o chłopaczku od Szczerby.

Odeszła, a on poczuł nieznośne ssanie w żołądku. Tęsknił. To jest chore. Opanuj się, bo przesrasz całą sprawę – upomniał sam siebie.

Uspokoił się. Patrzył na idących deptakiem ludzi. Sunęli w górę i w dół. Nieprzerwanym potokiem. Większość mężczyzn szła w sandałach nałożonych na szarobure skarpety. Utyte niewiasty odziane w spodniumy i kretonowe kreacje ciągnęły za ręce niesforne dzieci. Niosły parawany, koce i dmuchane koła ratunkowe. Niekiedy zdarzył się krokodyl lub kaczuszka. Wśród płynącego tłumu zauważył kapitana Żurowskiego z małżonką. Jego najbliższy współpracownik z wrocławskiej komendy kąsał ogromną pulpę waty cukrowej. Major aż podskoczył z radości i wychylił się przez barierkę tarasu.

 – Młody, spójrz w górę.

Nie usłyszał. Zgrobel zbiegł na deptak i wcisnął się w falującą masę przechodniów. Pożeglował w kierunku kumpla. Chwycił jego ramię i powiedział rozkazującym tonem:

 – Poproszę wasze dokumenty, obywatelu.

Żurowski obrócił się oburzony z zamiarem powiedzenia czegoś przykrego. Kiedy zobaczył, kto go zatrzymał, roześmiał się głośno.

 – Ale niespodzianka. Majka, zobacz kogo nam przywiało.

Uściskali się serdecznie.

 – Skąd się tutaj wziąłeś? – zapytał Młody.

 – Praca, mój drogi, ale widzę, że u was pełnia sezonu urlopowego.

 – Tak jest. Przyjechaliśmy wczoraj i zamierzamy się byczyć, opalać i kąpać w morzu. Taki mamy plan.

Nie widzieli się od wyjazdu z Wrocławia. Utrzymywali kontakt telefoniczny, który z czasem stawał się coraz rzadszy. Stęsknił się i był ciekaw plotek z dawnej pracy.

 – Musimy się koniecznie spotkać. Na spokojnie. Znajdziecie czas pojutrze. Teraz, niestety, czeka mnie niezła tyrka.

 – Idealnie. My natomiast wybieramy się do Opery Leśnej. W końcu jest festiwal. Pojutrze jest wieczorek zapoznawczy w naszym ośrodku. Wpadniesz, pogadamy, a przy okazji zakręcimy nóżką.

Okazało się, że mieszkają w domu wczasowym, gdzie spędził przed laty urlop ze swoją żoną. Żegnając się, podał numer do „Grand Hotelu”. Telefon resortowego ośrodka znał na pamięć. Wrócił na taras. Ewa czekała przy stoliku, paląc papierosa.

 – Znajomi?

 – Mój dawny podwładny z Wrocławia.

Zegar na kościelnej wieży wybijał dziesiątą. Musiał się spieszyć. Chwycił jej dłoń.

 – Jesteś mi potrzebna w tym śledztwie. Jeżeli się zgodzisz, załatwię ci przydział do naszej sprawy.

Uśmiechnęła się i skinęła głową.

 – Zadzwoń do Gdańska. Do obyczajówki. Rozmawiaj z kapitanem Kołodziejem. Jeżeli chodzi o faceta od Szczerby, to będę miała pełne dane na popołudnie.

Wyrwała kartkę z notesu, na której zapisała prywatny numer telefonu.

 – Czekam na rozkazy. W domu.

 – Zadzwonię. Przygotuj się na wieczór. Pomożesz nam w Operze Leśnej.

Szybkim krokiem poszedł na stacji kolejki elektrycznej. Miał szczęście. Na postoju stały dwie taksówki. W gabinecie Kurzei położył rachunki na biurku. Komendant przejrzał je i podpisał.

 – Cieszę się, że pan major nas nie zrujnował. Proszę pójść z nimi do kasy. Pani Bożenka od razu wypłaci należność.

 – Doskonale, przy okazji odbiorę diety. Mam nadzieję, że je przesłali.

 – Gdyby było coś nie tak, to służę pożyczką. – Kurzeja wyciągnął z biurka znajomą butelkę koniaku i rozlał złocisty płyn.

 – Jak się panu majorowi u nas pracuje? Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku?

 – Ma pan świetnych ludzi, a porucznik Zawieja to prawdziwy skarb.

Kurzeja pęczniał z dumy.

 – Dziękuję. Jeżeli pan major się nie pogniewa, to proponuję przejście na ty i proszę się nie śmieć. Mam na imię Wieńczysław.

 – Ładne. I nie widzę w tym nic śmiesznego.

Przypomniał sobie Wieńczysława Nieszczególnego , postaćz książek Edmunda Niziurskiego. Dlatego jeszcze bardziej go polubił. Wypili „na drugą nóżkę” i zapytał, czy zna kapitana Kołodzieja z Gdańska. Okazało się, że to jego dobry kolega. Zgrobel objaśnił sytuację, kładąc nacisk na wątki śledztwa związane ze środowiskiem prostytutek. Poprosił o interwencję w sprawie przeniesienia porucznik Korzyckiej. Mógł to załatwić drogą służbową, ale wiedział, że trwałoby to dłużej. Wieniek, jak nazwał go pieszczotliwie w myślach, podniósł słuchawkę i wykręcił numer na tarczy telefonu.

 – Tutaj Kurzeja – połączcie mnie z kapitanem Kołodziejem z gdańskiej obyczajówki.

Nadeszło połączenie i zaczął mówić:

 – Witaj, Heniu, jest u mnie przyjaciel z Warszawy i mamy do ciebie taką sprawę…

Po chwili, wszystko było załatwione. Zgrobel podziękował i poszedł odebrać pieniądze. Pani Bożenka wypłaciła też diety pobytowe, dzięki czemu miał spory zapas gotówki. W pokoju Zawieja pisał coś na dużej laminowanej tablicy. Podszedł bliżej. Zobaczył precyzyjnie rozrysowane wersje ich śledztwa.

 – Skąd macie to cudeńko, i nie mów, że to jest zmywalne – zdziwił się.

 – Jak