Moje życie z hashimoto i SIBO - Katarzyna Dziurska - ebook + książka

Moje życie z hashimoto i SIBO ebook

Katarzyna Dziurska

3,5

Opis

Życie z chorobą Hashimoto bywa trudne. Ale jest także dobra wiadomość – może być zdecydowanie lepsze, gdy o nie zawalczysz.

Kasia Dziurska. Sportsmenka i trenerka. Młoda, wysportowana i ambitna. Motywująca innych do zdrowego i aktywnego życia.

W trakcie treningów do „Dancing with the Stars. Tańca z gwiazdami” czuła się fatalnie, stała się senna i apatyczna. Mimo morderczego wysiłku – przytyła. Pojawiły się dokuczliwe dolegliwości i depresyjne nastroje.

Diagnoza spadła jak grom z jasnego nieba – hashimoto. Za chwilę wiadomość o kolejnej chorobie skrywającej się pod tajemniczą nazwą SIBO.

Trzydziestolatce, która idzie przez życie jak burza, trudno było pogodzić się z myślą, że już nigdy nie będzie całkowicie zdrowa. Jednak po etapie buntu nadszedł etap działania. Sportsmenka znalazła doświadczoną w leczeniu hashimoto lekarkę oraz dietetyczkę, której oddała kontrolę nad swoją dietą. Przede wszystkim jednak zwolniła tempo życia. Intensywne treningi zmniejszyła do minimum, zaczęła uprawiać stretching oraz pole dance. Po kilku miesiącach poczuła znaczącą poprawę.

Jestem na dobrej drodze do zdrowia – mówi Kasia Dziurska i motywuje kobiety dotknięte chorobą Hashimoto do walki o lepszą jakość życia.

W książce opowiada o trudnym doświadczeniu utraty kontroli nad własnym ciałem oraz o życiu z chorobą przewlekłą. Radzi, jak zrozumieć swoje ciało i jak pomóc mu powrócić do równowagi. Nie zabrało też informacji o tym, co czuje kobieta chora na chorobę Hashimoto i co powinni wiedzieć o chorobie jej bliscy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 171

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




WSTĘP

Skoro kupiłaś tę książkę, to albo jesteś moją obserwatorką w internecie i social mediach, albo chorujesz na hashimoto...

Tak, ja też jestem w tym klubie! Zaskoczona? Ja też dałam się zaskoczyć tej chorobie. Znałam ją z opowieści koleżanek i podopiecznych, którymi opiekowałam się jako trener personalny. W ogóle nie brałam pod uwagę tego, że będąc tuż po trzydziestce, intensywnie ćwicząc i stosując racjonalną dietę, mogę zachorować. Ja, wulkan energii, fighterka i kobieta chcąca motywować innych do zdrowego stylu życia, która potrafi zrobić ze swoim ciałem, co tylko chce? A jednak!

Piszę tę książkę, bo chcę być fair wobec Ciebie, moich obserwatorów, i przede wszystkim wobec siebie. Nie chcę żyć dalej w zakłamaniu, że jestem szczęśliwa, zdrowa i piękna – czyli taka, jaką mnie odbieracie w social mediach. JESTEM CHORA… Ta książka jest w pewnym sensie spowiedzią. Wykładam karty na stół, licząc na zrozumienie z Twojej strony. Ale także mam nadzieję, że mój przykład będzie dla kogoś lekcją i przestrogą przed podejmowaniem niewłaściwych decyzji w życiu.

Napisałam tę książkę po to, żeby innym dziewczynom było łatwiej rozszyfrować tę podstępną chorobę i nauczyć się z nią żyć.

Napisałam ją także dla siebie…

COŚ JEST NIE TAK, ale co?

Hashimoto dopadło mnie, gdy występowałam w „Tańcu z gwiazdami”. Wiem, żaden moment nie jest dobry na chorobę, ale tamten był naprawdę wyjątkowo zły. Musiałam trenować więcej niż dotychczas i przy tym robić show przed kamerą w skąpych strojach odsłaniających prawie całe ciało. Ciało, które nagle przestało mnie słuchać. Z odcinka na odcinek było coraz gorzej. Miałam coraz mniej energii i coraz większe obrzęki. Nie mogłam patrzeć na swoje opuchnięte uda, wystający brzuch, worki pod oczami. Ale zacisnęłam zęby i dobrnęłam do finału. Podobno kamera nie zarejestrowała mojego spadku formy. Przez co wtedy przechodziłam, wiem tylko ja i Emilian, mój narzeczony. Na początku bagatelizowałam symptomy, myślałam, że to stres, zmęczenie, że samo przejdzie. Jednak z każdym kolejnym dniem i tygodniem mój niepokój narastał. Wiedziałam, że jednak coś jest ze mną nie tak, ale nie wiedziałam co.

Dojście do tego zajęło mi kilka miesięcy. Odwiedziłam wielu lekarzy, którzy nie wyrażali chęci pomocy, twierdzili, że nic mi nie jest, zlecali tylko kolejne badania i odsyłali mnie z kwitkiem. Przeszłam długą drogę, by w końcu trafić na specjalistów, którzy chcą i potrafią mi pomóc.

Będąc sportswoman, motywatorką i laską, która w miarę regularnie pojawia się w TV i „pracuje swoim ciałem”, bardzo trudno zaakceptować pojawiające się nagle niedoskonałości. Przyznaję, że przez jakiś czas to było moją obsesją. Nie mogłam patrzeć na swoje zdjęcia. Z kilkudziesięciu nie potrafiłam wybrać żadnego, które nadawałoby się, aby wrzucić je do sieci. A przecież przyzwyczaiłam swoich obserwatorów do tego. Próbowałam ich przekonać, że niemożliwe staje się możliwe, jeśli naprawdę tego pragniemy. Dla mnie to też była motywacja, bo na kolejnych zdjęciach chciałam wyglądać lepiej niż na poprzednich, tymczasem było odwrotnie. Wyglądałam coraz gorzej i coraz gorzej się z tym czułam. Przestałam świecić przykładem. Zaczęłam udawać, bo codzienny kontakt z moimi obserwatorami był dla mnie jak powietrze. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że przestaję to robić!

Do tego ta koszmarna zmienność nastrojów! Kompletnie nie potrafiłam sobie z nią poradzić. W jednej chwili śmiałam się, a za chwilę zalewałam łzami.

Bardzo dbałam o to, żeby informacje o mojej chorobie pozostały moją tajemnicą. Wiedział o tym tylko Emilian. Wstydziłam się jej. Czułam się z jej powodu gorsza, niepełnowartościowa. Bałam się jej. No i bałam się tego, co powiedzą ludzie. Że będą pisać, że chyba jednak jestem kiepskim ekspertem od treningu, skoro sama doprowadziłam się do choroby, że tylko twierdzę, że jem zdrowo, bo skoro moja sylwetka tego nie odzwierciedla, więc pewnie oszukuję, Emilian obserwował sytuację, wiedział, ile kosztuje mnie robienie dobrej miny do złej gry. Uważał, że to błąd. Radził mi, bym zamiast ciągle się napinać, odpuściła sobie, odpoczęła, zajęła się sobą. Tłumaczył, że choroba nie wybiera. Zachorować może każdy. Wcale nie muszę zawsze wyglądać perfekcyjnie, ważne, żebym zaakceptowała nową sytuację i żebym przestała robić ze swojej choroby tajemnicę. Wtedy ludzie zamiast krytykować każdą moją niedoskonałość, zrozumieją, że to choroba i że ten fakt i ujawnienie prawdy pomoże innym kobietom z hashimoto w akceptacji samej siebie

Potrzebowałam kilku miesięcy, żeby dojrzeć do tego, by mówić o swojej chorobie. Najpierw sama musiałam poukładać to sobie w głowie. Ta książka odkrywa moją tajemnicę. Pisząc ją, dzielę się z Wami swoimi osobistymi doświadczeniami, ale także wiedzą na temat diagnozowania i leczenia hashimoto, którą czerpałam od najlepszych specjalistów. Postaram się odpowiedzieć na pytanie, jak żyć z hashimoto, co robić, by sobie pomóc, a nie dokładać. Wiem, że to choroba nieuleczalna, ale wierzę, że dzięki odpowiedniemu podejściu do niej i do siebie samej można ją utrzymać w ryzach i doprowadzić do remisji. Znam kobiety, które na hashimoto zrzucały winę za wszystkie swoje życiowe porażki: to, że są grube, brzydkie, nieszczęśliwe, samotne i mają kiepską pracę. Tkwią w tym przeświadczeniu i nie robią kompletnie nic, by zmienić swoje życie. Ale są i takie, które pomimo choroby żyją pełną piersią, są aktywne, szczęśliwe, realizują się zawodowo, mają udane związki, rodzą dzieci i zachowują ładną sylwetkę. Dążę do tego, by znaleźć się w tej drugiej grupie. Wierzę, że mi się to uda. Czuję, że jestem na dobrej drodze.

MOJA HISTORIA

Moim zdaniem to wcale nie przypadek, że zachorowałam na hashimoto. Gdy patrzę wstecz na swoje życie, to widzę, że sama się do tego pośrednio przyłożyłam. Żeby to zrozumieć, powinnaś mnie lepiej poznać.

Od zawsze kochałam ruch. Będąc dzieckiem, nie mogłam usiedzieć w jednym miejscu. W wieku 4 lat mama zaprowadziła mnie na pierwsze zajęcia z rytmiki i tańca do klubu tanecznego „TAN” Nidzica. Od tamtej pory już nie można było mnie zatrzymać. Klasy sportowe, zajęcia pozalekcyjne, czyli SKS-y (koszykówka, biegi na długie i krótkie dystanse), taniec, no i oczywiście nauka. Mimo tak napiętego sportowego grafiku nie pozwalałam sobie na jakiekolwiek zaległości w szkole. Zawsze miałam ambicję i potrzebę bycia najlepszą w klasie, może dlatego, że moja mama była nauczycielką w tej samej szkole i nie chciałam przynieść jej wstydu. Byłam wzorową uczennicą. W czasie całej mojej edukacji dorobiłam się tylko jednej pały! Był czas na naukę, na sport, na rodzinę i znajomych. Patrząc wstecz, widzę, że moje treningi nie były dobrze zaplanowane. Dużo sportu, mało regeneracji, nieodpowiednie jedzenie.

Dorastając, zaczęłam bardzo zwracać uwagę na swój wygląd. Mimo że nie narzekałam na powodzenie ze strony kolegów, ciągle doszukiwałam się w sobie czegoś, co mogłabym zmienić, poprawić, ulepszyć. Eksperymentowałam z ubiorem, włosami, ale najgorsze okazały się zmiany w ciele. W gimnazjum uparłam się, że muszę schudnąć, mieć szczuplejsze nogi. Postanowiłam ten cel osiągnąć za wszelką cenę. Nie pytałam nikogo o radę, po prostu zaczęłam się głodzić… Trenując bardzo intensywnie, potrafiłam całymi dniami nie jeść prawie nic. Ukrywałam przed rodzicami, że nie jem obiadów w szkole. Zamiast nich jadłam rzeczy, które mnie zapychały, np. jabłko, marchewkę albo gotową sałatkę plus dużo gorzkiej herbaty i wody. W sumie nie więcej niż 500 kcal na dobę. Organizm przyzwyczaił się do tego stanu. Nie, nie czułam głodu. Przeciwnie, nie mogłam patrzeć na jedzenie. Nie miałam wtedy pojęcia, że powinnam uzupełniać niedobory witamin odpowiednimi suplementami. Boże, jakie to było niemądre, wręcz GŁUPIE! W niecały miesiąc schudłam 10 kg, z 56 kg spadłam do 46! Dla młodego organizmu był to szok. Nie wiem, skąd brałam siłę na sport. Wcale nie wyglądałam dobrze, bo wszystko na mnie wisiało. Ale cel został osiągnięty! Wprawdzie w pogoni za szczupłą sylwetką na ponad 2 lata straciłam miesiączkę, ale specjalnie się tym nie przejęłam. Lekarze straszyli mnie fatalnymi skutkami zdrowotnymi anoreksji i przepisywali leki. Skutek był taki, że w końcu rzuciłam się na jedzenie i padłam ofiarą efektu jojo. To było do przewidzenia.

Teraz mam 31 lat i w kieszeni dyplom magistra gdańskiej AWFiS, na kierunku turystyka i rekreacja w dwóch specjalnościach: trener personalny i instruktor fitness. Na studiach byłam cheerleaderką w grupie „Cheerleaders Gdynia”. To była profesjonalna, regularnie trenująca grupa z międzynarodowymi osiągnięciami. Wystąpiłyśmy kilka razy podczas meczów NBA na zaproszenie Marcina Gortata. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, ile pracy wymaga efektowne machanie pomponami podczas meczu. Żeby zrobić to naprawdę dobrze, trzeba trenować codziennie, nawet po kilka godzin. Zaczynałyśmy od intensywnej funkcjonalnej rozgrzewki, stretchingu bądź treningu siłowego, nauki choreografii. Kilka razy w tygodniu były mecze, a w weekendy zazwyczaj jakieś eventy wyjazdowe. Bywało tak, że przed bardzo ważnymi pokazami trenowałyśmy nawet dwa razy dziennie, także w niedzielę. Ciężka praca się opłaciła, bo stałyśmy się najpopularniejszym zespołem cheerleaderek w Polsce. Dziewczyny nadal podtrzymują dobrą passę, trenują, występują i podróżują. Mam z nimi stały kontakt i bardzo im kibicuję.

Zespół był ważną częścią mojego życia przez 6 lat. Jednak w pewnym momencie zapragnęłam czegoś nowego. Czułam, że się wypalam, potrzebowałam zmiany. Chciałam zrobić coś dla siebie! Chciałam się rozwijać.

Pod koniec studiów zainteresowałam się fitnessem sylwetkowym. Byłam ciekawa tego sportu i zmian, jakie mogą zajść w wyglądzie przy regularnych i odpowiednich treningach oraz diecie. Oglądałam w internecie zdjęcia dziewczyn, które były w tym dobre. Imponowały mi ich pięknie wyrzeźbione i świetnie wyeksponowane ciała. Pomyślałam, że ja też mogłabym spróbować tej dyscypliny.

Namierzyłam na Facebooku swojego przyszłego trenera, który przygotowywał Polki do zawodów i osiągał sukcesy. Wprawdzie on mieszkał w Warszawie, a ja w Gdańsku, ale zgodził się wziąć mnie pod swoje skrzydła. Dostrzegł we mnie potencjał, ale jednocześnie uświadomił, że zdecydowałam się na ciężką pracę. Musiałam popracować nad sylwetką, szczególnie nad zmianą proporcji pomiędzy górną a dolną częścią ciała. W bikini fitness, dyscyplinie, którą wybrałam, proporcje miały kluczowe znaczenie. Ja zawsze miałam tendencje do szybkiego nabierania masy mięśniowej, miałam mocno rozbudowane nogi (wcześniej wspomniane biegi, koszykówka plus dodatkowo crossfit) i „wąską” obręcz barkową. Zaczęła się „walka” o lepszą formę.

Zastanawiasz się pewnie, jak można trenować na odległość? Można! Trener pokazał mi, jak ćwiczyć, rozpisał plan treningowy i dopasował do niego dietę. Raz w miesiącu przyjeżdżałam do niego na konsultacje. W międzyczasie dzwoniłam, pisałam, wysyłałam zdjęcia. To naprawdę dobrze działało. Wiedziałam, że jestem w dobrych rękach.

Po pół roku przygotowań stanęłam pierwszy raz na scenie. Zaczęłam startować w zawodach w wieku 25 lat, więc bardzo późno. Niektóre zawodniczki w tym wieku już kończą karierę. Wiele z nich zaczyna jako 15–16-latki. W tak młodym wieku z sylwetką można zrobić wszystko. Bardzo łatwo się ją kształtuje. Można na zawołanie schudnąć albo przytyć kilka kilogramów. Wystarczy odpowiednio zmienić dietę i plan treningowy. Wtedy nie zastanawiałam się, czy to rozsądne. Po prostu robiłam to. Teraz wiem, że traktowanie organizmu w tak bezceremonialnie przedmiotowy sposób zemści się w przyszłości. Jestem pewna, że gdyby rzetelnie przebadać dziewczyny biorące udział w zawodach, to po kilku latach od zakończenia kariery część z nich okazałaby się chora, tak jak ja. Nie mówię, że wszystkie mają hashimoto. Być może w grę wchodzą też inne schorzenia, np. choroby zapalne stawów, depresja itp.

Uważam, że uprawianie jakiejkolwiek dyscypliny sportu na poziomie zawodowym, czyli podporządkowanie mu całkowicie swojego życia, nie ma nic wspólnego ze zdrowiem.

Ja popełniłam ten błąd. Pewnie dlatego, że jestem urodzoną perfekcjonistką. Od zawsze miałam potrzebę robienia wszystkiego najlepiej. Nie na 100, ale na 200 procent! Tak mnie wychowano. Miałam świadomość, że w życiu nic nie jest za darmo, że na wszystko trzeba sobie zasłużyć ciężką pracą. Uważałam, że skoro los dał mi szansę, to nie mogę zawieść. Trenera, rodziców, którzy zawsze mi kibicowali, a nawet jeździli za mną na zawody, ludzi, którzy wierzyli we mnie, mimo że znali mnie tylko z Internetu, i tych, którzy na mnie postawili, czyli sponsorów. No i siebie samej!

W 2014 roku zaczęłam przygotowywać się do pierwszych zawodów. Wtedy jeszcze studiowałam i jednocześnie pracowałam jako instruktorka fitness. Jak patrzę wstecz, to widzę, że pogodzenie tego wszystkiego było nie lada wyczynem. Wstawałam około godziny 6 i na czczo robiłam półgodzinny trening cardio na wypożyczonym sprzęcie. Potem szybka kąpiel i śniadanie. Pakowałam do ogromnej torby sportowe buty, dwa komplety ubrań treningowych i pudełka z jedzeniem, które przygotowywałam poprzedniego dnia nocą. Biegłam na uczelnię. Po zajęciach trening taneczny, praca z podopiecznymi w klubie i siłownia. Nierzadko wychodziłam z niej ostatnia. Bywało, że obsługa już wygaszała światło. Po 22 wracałam do domu i zabierałam się za gotowanie. Jeśli plan nawalał i w ciągu dnia nie dałam rady zrobić treningu, to „dokręcałam” w domu na rowerze lub orbitreku. Nie było przebacz! Każdy dzień wyglądał tak samo, świątek – piątek czy niedziela. To samo dotyczyło diety. Jadłam tylko to, co sama sobie ugotowałam, co mi służyło, dawało odpowiednio dużo energii i nie wymagało długiej listy zakupów i czasochłonnego gotowania. Czyli cały czas to samo. Na śniadanie jajka, awokado, shake na bazie odżywki białkowej z owocami, zamiennie z tym omlet bądź płatki owsiane z odżywką i bananem plus czarna kawa. Trzy kolejne posiłki to niezmiennie ryż z kurczakiem i warzywami (najczęściej brokułem) oraz odrobiną oliwy z oliwek. Przygotowywałam go w parowarze, pakowałam do pudełek i zabierałam ze sobą, żeby w ciągu dnia zjeść bez zbędnych ceregieli. Jeśli tylko miałam czas i były ku temu okoliczności, podgrzewałam jedzenie w mikrofali. Jeśli nie, jadłam na zimno, prosto z pudełka. Zawsze miałam przy sobie sztućce. To nie była sztywno narzucona dieta, ale mój własny wybór – uwielbiałam ten styl życia. Mogłam jeść bardziej różnorodnie, ale szkoda mi było czasu na długie zakupy czy gotowanie skomplikowanych potraw. Poza tym po prostu czułam się rewelacyjnie, a forma się ciągle poprawiała. Było więc dla mnie oczywiste, że mój organizm dostaje wszystko, czego potrzebuje. Wiele razy wyjeżdżałam z cheerleaderkami za granicę, by kibicować drużynie Marcina Gortata. Nowy Jork, Phoenix, Waszyngton, Los Angeles – nawet tam nie odpuszczałam diety. Jadłam wyłącznie rzeczy, które sobie sama przygotowywałam. Zawsze pakowałam do walizki parowar, jakiś palnik, patelnię i gotowałam swoje posiłki w hotelowym pokoju. Mięso i warzywa w parowarze, ryż często w czajniku (tak, tak to jest możliwe!). Współlokatorki na początku narzekały na kuchenne zapachy, ale w końcu przywykły do moich dziwactw. Gotowałam wieczorami, a rankiem, kiedy jeszcze spały, wymykałam się do hotelowej siłowni, żeby zrobić trening. Dziewczyny mówiły nieraz: „Wyluzuj, tu za oceanem trener cię nie widzi”. Ale ja wiedziałam, że robię to dla siebie. Gdybym się złamała, czułabym się nie fair w stosunku do siebie.

Miałam świadomość, jak ważne jest jedzenie dla sportowca. Na samym początku, ze względu na dużą aktywność oraz chęć budowania sylwetki, musiałam jeść 6 razy dziennie, co strasznie mnie irytowało, bo w przerwach między posiłkami nie zdążyłam zgłodnieć. Na szczęście później wystarczyły tylko 4 posiłki.

Już wtedy mówiło się o tym, że osoby, które trzymają się diety, powinny od czasu do czasu zjeść coś zakazanego – cheat meal. To miało służyć rozładowaniu frustracji związanej z licznymi zakazami oraz pobudzać metabolizm. Trener zalecił mi, bym raz w tygodniu zjadła pizzę albo inny fast food. Tylko ja wcale nie miałam ochoty na takie jedzenie. Restrykcje naprawdę nie były dla mnie żadnym problemem, bo byłam zmotywowana i nastawiona na osiągnięcie celu. Kawałek pizzy nie był w mojej ocenie wart, by dla niego ryzykować, że popsuję coś, co dobrze funkcjonuje.

Gdy podczas konsultacji trener dowiedział się o tym, że nie cheatuję, dostałam solidny ochrzan. Oczywiście obiecałam poprawę, ale dalej robiłam swoje. Pilnowałam kaloryczności diety, bo wiedziałam, że nie wolno mi przesadzić ani w jedną, ani w drugą stronę. Gdy szykowałam się do zawodów, kaloryczność diety zmieniała się w zależności od fazy przygotowań. Zazwyczaj zjadałam 1950 kcal na dobę. Przed samym startem, na dwa, trzy dni przed, schodziłam nawet do 1500. Do tego dochodziło żonglowanie nawodnieniem, które służyło odpowiedniemu wyeksponowaniu sylwetki na czas zawodów. Na tydzień przed zawodami zaczynałam nawadniać organizm, wypijając nawet 9–10 litrów wody na dobę. Nie rozstawałam się z butelką i dosłownie co chwilę popijałam. To nie było przyjemne, szczególnie że generowało konieczność ciągłych wizyt w toalecie. Dzień przed zawodami zaczynało się odwadnianie, które kończyło się po zawodach. Racja wody zmniejszała się do maksymalnie pół litra na dobę. Bolała mnie wtedy głowa, skóra stawała się sucha i cienka jak pergamin. Nieraz stojąc na scenie, czułam potworne skurcze mięśni. Zalecone przez trenera suplementy miały wyrównywać niedobory elektrolitów, które wypłukałam podczas nawadniania, ale ich nie powstrzymywały. Organizm się buntował. Cóż, z perspektywy czasu nawadnianie i odwadnianie organizmu wydaje mi się drakońską praktyką, która na pewno nie jest obojętna dla zdrowia, szczególnie dla nerek. Jednak kilka lat temu uważano, że to bezpieczne. Wiem, że teraz dziewczyny startujące w zawodach fitnessowych też nawadniają się i odwadniają, ale nie tak drastycznie, jak robiło się to wtedy.

Przed ostatnimi zawodami, w których wzięłam udział, w moim grafiku upchnęłam jeszcze zajęcia z akrobatyki. Skąd ten pomysł? Razem z trenerem zadecydowaliśmy, że spróbuję swoich sił w fitnessie gimnastycznym! To już naprawdę był hardcore. Miałam szczęście, że byłam wtedy singielką, bo chyba żaden mężczyzna nie zniósłby czegoś takiego. Znajomi czasem próbowali mnie nawracać, mówili, że żyję jak zakonnica, że powinnam poluzować i wreszcie zacząć żyć. Ciągnęli na imprezy, do knajpy czy do kina, ale ja wolałam się wyspać. Wiedziałam, że po zarwanej nocy mój organizm będzie dochodził do siebie przez długi czas. Nie mogłam sobie na to pozwolić.

Przez wszystkie trzy sezony pracowałam bardzo intensywnie. To w sumie niedługo, więc wydaje mi się, że w fitnessie sylwetkowym osiągnęłam naprawdę sporo. W 2017 roku wywalczyłam drugie miejsce w jednych z najbardziej prestiżowych zawodów w branży fitness – Arnold Classic, organizowanych przed samego Arnolda Schwarzeneggera w fitnessie gimnastycznym, co było dla mnie ogromnym sukcesem jak na debiutantkę tej kategorii.

Mogę się też poszczycić tytułami: mistrzyni świata Fitness Figure Classic, mistrzyni Europy Ms Shape, trzykrotna mistrzyni Polski i zdobywczyni Pucharu Polski Ms Shape, 2. miejsce na Arnold Classic Europe Barcelona w Fitnessie Gimnastycznym, mistrzyni Anglii fitness Model Pro i Overall Female Winner Pro Pure Elite, Fitness Motywator Gold fitness 2015 i Super Motywator 2018.

Czy było warto? Nie da się ukryć, że chwile na podium są rzeczywiście fantastyczne. Trudno ten cudowny stan porównać do jakiegokolwiek innego. Ale to są chwile. Przez moment możesz powiedzieć sobie: tak, mam to! Zrobiłam to! Yes!!! Ale za chwilę endorfiny się rozpływają, znowu zaczyna rosnąć kortyzol. Bo stawka jest coraz większa. Nie chodzi o pieniądze, bo zawody ich nie dają, dostajesz tylko puchar. Podczas zawodów obserwujesz bardziej doświadczone i utytułowane zawodniczki, które mają sponsorów. Ty też tak chcesz! Gdy się regularnie wygrywa, to znacznie bardziej prawdopodobne. Masz świadomość, że konkurencja jest ogromna, więc nie możesz odpuścić. Dajesz z siebie jeszcze więcej, wręcz stajesz na rzęsach, by osiągnąć wymarzony cel.

Oprócz tych bezcennych momentów, gdy wygrywasz, są też kiepskie. Po pierwszych zawodach napisał o mnie jakiś portal. W komentarzach, do których nieopatrznie zajrzałam, przeczytałam o sobie: „typowy babochłop!”, ktoś inny napisał „kijem bym nie dotknął”. Przecierałam oczy ze zdziwienia. Ja babochłop? Przecież włożyłam tyle wysiłku w to, żeby pomimo intensywnego treningu zachować kobiecą sylwetkę. Jak się czyta takie rzeczy o sobie, powietrze całkowicie schodzi z człowieka, a łzy same płyną po policzkach. Przez kilka godzin myślisz tylko o tym. Może faktycznie nie nadaję się do tego, skoro tak o mnie piszą? Może powinnam dać sobie spokój?

Teraz jak o tym myślę, tylko się uśmiecham. Mam ogromny dystans i absolutnie nie przejmuję się tym, co ludzie piszą. Wiem, że stoi za tym zazdrość i zawiść. Takie teksty już na mnie nie robią wrażenia, bo znam swoją wartość. Nikt nie odbierze mi tego, co osiągnęłam, nie podkopie mojej wiary w siebie. Wtedy byłam zupełnie w innym miejscu, nie znałam tego świata ani pobudek, którymi kierują się ludzie piszący w internecie. Obojętność wobec hejterów przyszła wraz z doświadczeniem. Osoby publiczne muszą wkalkulować hejt w cenę swojej kariery.

Sportowcy w swoich kalkulacjach muszą uwzględnić też ryzyko uszczerbku na zdrowiu. Nierzadko za te ulotne chwile szczęścia, jakie przeżywają, świętując zwycięstwa, muszą potem płacić do końca życia, zmagając się z chorobą czy kontuzją. Czy gdybym zaczynając fitnessową karierę wiedziała, jakie mogą być jej zdrowotne konsekwencje, to potrafiłabym się zatrzymać w pogoni za sukcesem? Wątpię. Nie ja! Siedzenie z książką przy kominku to zdecydowanie nie mój żywioł. Zwariowałabym.

Czy żałuję? Czy chciałabym cofnąć czas? Absolutnie nie! W tamtym momencie nie myślałam o konsekwencjach, miałam cel, który osiągnęłam. Może niektóre z Was pukają się teraz w głowę, ale ja to naprawdę kochałam! To mnie nakręcało do działania. Sport ukształtował mój charakter, pomógł odpędzić czarne myśli, które dopadły mnie po śmierci mamy. Dzięki niemu stałam się silniejsza i pewniejsza siebie, wiedziałam, że mogę wszystko. Poznałam fantastycznych ludzi a z trenerem przyjaźnimy się do teraz. Dzięki swojemu uporowi i pracy jestem w tym miejscu, w którym jestem. Już nie cofnę czasu. Zamknęłam tamten rozdział swojego życia. Wyciągnęłam wnioski z błędów. Teraz staram się zmienić swoje życie na lepsze.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

HASHIMOTO. Co to takiego?

Dostępne w wersji pełnej

SIBO, co to takiego?

Dostępne w wersji pełnej

Co jeść, chorując na hashimoto?

Dostępne w wersji pełnej

Hashimoto. Życie z piętnem choroby przewlekłej

Dostępne w wersji pełnej

W ŁÓŻKU z hashimoto

Dostępne w wersji pełnej

JAK DOBRZE ŻYĆ z hashimoto

Dostępne w wersji pełnej

Trzymam za Ciebie kciuki!

Dostępne w wersji pełnej

DIETA W HASHIMOTOOdżywczo i bez frustracji

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Wstęp
Moja historia
Rozmowa z endokrynologiem: Hashimoto. Co to takiego?
Rozmowa z lekarzem internistą: SIBO, co to takiego?
Rozmowa z dietetykiem: Co jeść, chorując na hashimoto?
Rozmowa z psychologiem: Hashimoto. Życie z piętnem choroby przewlekłej
Rozmowa z seksuologiem. W łóżku z hashimoto
Rozmowa z lekarzem internistą: Jak dobrze żyć z hashimoto
Trzymam za Ciebie kciuki!
Dieta w hashimoto
Karta redakcyjna

Copyright for this edition © 2019 by Burda Media Polska Sp. z o.o.

Copyright for the text © 2019 by Katarzyna Dziurska

Burda Media Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy:

tel. (48) 22 360 38 38

fax (48) 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. (48) 22 360 37 77

Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Koper

Redakcja i korekta: Melanż

Projekt graficzny okładki i makiety: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®

Zdjęcie na okładce: Daniel Koper

Zdjęcia: archiwum prywatne autorki, unsplash.com, Olimp Sport Nutrition, Daniel Koper, www.danielkoper.com

Redaktor prowadząca: Agnieszka Radzikowska

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

ISBN: 978-83-8053-694-4

Treść książki ma charakter informacyjny i nie może zastąpić porady i opieki lekarskiej.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

www.kultowy.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk