Wydawca: Ole Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moje życie od teraz - Jessica Verdi

Myślisz, że ciebie nie może to spotkać?

To był najgorszy dzień w życiu Lucy.

Serio, najgorszy z najgorszych. To wszystko już ją przerasta – chce uciec. Z domu, od własnych myśli i od własnego życia. Chce zostać zupełnie nową Lucy. Decyduje się więc na coś, co dawnej Lucy nie przeszłoby nawet przez myśl.

Teraz jej życie już nigdy nie będzie takie samo. Czy będzie mogła mieć teraz chłopaka? Co powie przyjaciołom? Czy będzie miała odwagę przyznać się rodzinie?

Jej życie jest teraz zupełnie inne. Każda chwila to dar. A tych chwil może nie być już zbyt wiele…

Ten jeden raz, który zmieni całe życie.

Opinie o ebooku Moje życie od teraz - Jessica Verdi

Fragment ebooka Moje życie od teraz - Jessica Verdi

Jes­si­ca Ver­di

Moje ży­cie od te­raz

Prze­ło­ży­ła Anna Szcze­pań­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: My Life After Now

Tłu­ma­cze­nie: Anna Szcze­pań­ska, Ro­bo­to Trans­la­tion

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Ani­ta Wid­man-Drze­wiec­ka, Ro­bo­to Trans­la­tion

Pro­jekt okład­ki: Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Skład: Ja­cek Go­lia­tow­ski, Ro­bo­to Trans­la­tion

Co­py­ri­ght © 2013 by Jes­si­ca Ver­di

Zdję­cie na okład­ce © Serg My­sh­ko­vsky /Istock­pho­to.com

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal 2013

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2013

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-317-0

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

All ri­ghts re­se­rved

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Nie znam krzywd gor­szych od tej za­ra­zy,

co we wszyst­kich swo­ich prze­bra­niach

wcie­la się w każ­de­go z nas i nie­stru­dze­nie

o każ­dym z nas roz­pra­wia.

Lar­ry Kra­mer, au­tor sztu­ki Zwy­kłe ser­ce

Spoglądając w przeszłość

Salę koła te­atral­ne­go wy­peł­niał po­wa­ka­cyj­ny gwar, ale ja­niew­zru­szo­na sie­dzia­łam z no­sem w tek­ście Ro­mea i Ju­lii.Prze­słu­cha­nie mia­ło się od­być już dziś po po­łu­dniu, lecz prze­cież przy­go­to­wań nig­dy dość.

Za­mknę­łam tekst i za­czę­łam po­wta­rzać mo­no­log z pa­mię­ci: Ro­meo! Cze­muż ty je­steś Ro­meo?1 – szep­ta­łam do sie­bie, a moje dłu­gie wło­sy jak kur­ty­na opa­da­ły mi na twarz. Tak się wcią­gnę­łam, że do­szłam aż do:

…choć­by tyl­ko ręką,

Ra­mie­niem, twa­rzą, zgo­ła ja­ką­kol­wiek

Czę­ścią czło­wie­ka?…

Do­pie­ro wte­dy zo­rien­to­wa­łam się, że za­czę­łam de­kla­mo­wać na głos. Za­chi­cho­ta­łam ner­wo­wo i za­wsty­dzo­na ro­zej­rza­łam się wo­kół. Je­dy­ną oso­bą, któ­ra zda­wa­ła się zwra­cać na mnie uwa­gę, był Ty. Mój przy­stoj­ny i jed­no­cze­śnie nie­zmier­nie uta­len­to­wa­ny chło­pak.

– Któ­rą część czło­wie­ka masz na my­śli, moja dro­ga Ju­lio?– za­py­tał prze­kor­nie, uno­sząc brew.

– Uszy, rzecz ja­sna – od­po­wie­dzia­łam nie­win­nie.

Ro­ze­śmiał się i oto­czył mnie ra­mie­niem. Przy­tu­li­łam się­do nie­go na chwi­lę, po czym szyb­ko wró­ci­łam do tek­stu.

Ty na­le­żał do star­sze­go rocz­ni­ka, był prze­wod­ni­czą­cym koła te­atral­ne­go, a jed­no­cze­śnie jed­nym z nie­wie­lu fa­ce­tów he­te­row jego sze­re­gach. Przez ostat­nie trzy lata grał głów­ne role mę­skie we wszyst­kich sztu­kach wy­sta­wia­nych przez koło te­atral­ne Ele­anor Dra­ma, a od pół­to­ra roku od­gry­wał głów­ną rolę tak­że w moim ży­ciu. Wspól­nie sta­wia­li­śmy swo­je ab­so­lut­nie pierw­sze kro­ki w nie­mal wszyst­kich aspek­tach „by­cia ra­zem”. Ty był pierw­szym chło­pa­kiem, z któ­rym się ca­ło­wa­łam poza sce­ną.

An­dre, nasz re­ży­ser, po­pro­sił wszyst­kich o uwa­gę.

– Wi­taj­cie, moi wspa­nia­li ak­to­rzy! – po­wie­dział, klasz­czącz au­ten­tycz­nym prze­ję­ciem.

An­dre spę­dził, jak zwykł ma­wiać, „swój sek­sow­ny czas”, czy­li lata osiem­dzie­sią­te, na sce­nie no­wo­jor­skiej. Przez pięć lat wy­stę­po­wał w ośmiu przed­sta­wie­niach ty­go­dnio­wo. Wkła­dał le­gen­dar­ny już kom­bi­ne­zon, a twarz ma­lo­wał w dra­pież­ne prę­gi do Ko­tów.Jed­nak do­pie­ro po pią­tym wy­stę­pie w chó­rze do nie­szczę­snejCar­rie po­sta­no­wił zre­zy­gno­wać z ak­tor­stwa na rzecz re­ży­se­rii.

– Tyle no­wych twa­rzy, tyle no­wych ta­len­tów – po­wie­dział, ki­wa­jąc gło­wą z za­do­wo­le­niem. – Wi­taj­cie w Ele­anor Dra­ma!

Ro­zej­rza­łam się po sali. An­dre miał ra­cję – w tym roku rze­czy­wi­ście było wie­le no­wych osób. Każ­dy, kto ostat­nio śle­dził wia­do­mo­ści lo­kal­ne w te­le­wi­zji czy w ga­ze­tach, do­brze wie­dział dla­cze­go.

Po­wód tej sy­tu­acji le­żał trzy mia­stecz­ka od mo­je­go ro­dzin­ne­go Ele­anor Falls. To wła­śnie tam ja­kiś skre­ty­nia­ły dzie­więt­na­sto­la­tek, któ­ry ki­blo­wał ko­lej­ny rok, stwier­dził, że wszy­scy będą mie­li nie­zły ubaw, je­śli w sali gim­na­stycz­nej swo­jej szko­ły pod­ło­ży bom­bę wła­snej ro­bo­ty. Wy­bu­chła o trze­ciej nad ra­nem w środ­ku sierp­nia, więc ni­ko­mu nic się nie sta­ło, co nie zmie­nia­ło fak­tu, że szko­ła śred­nia Bry­ce zo­sta­ła za­mknię­ta. Ad­mi­ni­stra­cja nie­źle mu­sia­ła się na­po­cić, żeby przed roz­po­czę­ciem roku szkol­ne­go roz­mie­ścić w in­nych pla­ców­kach swo­ich uczniów. Spor­tow­cy po­szli do szkół z naj­lep­szy­mi pro­gra­ma­mi spor­to­wy­mi, mi­ło­śni­cy nauk ści­słych – do szkół z naj­lep­szy­mi la­bo­ra­to­ria­mi, a dzie­cia­ki ze smy­kał­ką do ak­tor­stwa i mu­zy­ki przy­szły do nas. Do szko­ły śred­niej Ele­anor.

Na­sza szko­ła zna­na była ze sztuk wi­do­wi­sko­wych na ca­łym po­łu­dniu sta­nu Nowy Jork. Jej su­per­no­wo­cze­sna sce­na te­atral­na czę­sto była po­rów­ny­wa­na z Broad­way­em, a w cią­gu ostat­nich dwu­na­stu lat aż pięt­na­stu ab­sol­wen­tów na­sze­go pro­gra­mu dra­ma­tycz­ne­go do­sta­ło się do Jul­liard2.

Je­dy­ny pro­blem po­le­gał na tym, że wśród no­wych uczniów była ta kosz­mar­na Ely­se St. Ja­mes. Naj­bar­dziej ob­mier­z­łe, od­py­cha­ją­cei wstręt­ne wcie­le­nie…

– Lucy... – An­dre wy­trą­cił mnie z za­my­śle­nia.

Każ­dy opo­wia­dał kil­ka słów o so­bie i te­raz była moja ko­lej.

– Cześć wszyst­kim – przy­wi­ta­łam się. – Je­stem Lucy Mo­ore, mam szes­na­ście lat, a moim ulu­bio­nym mu­si­ca­lem jest Rent3.

Moi naj­lep­si przy­ja­cie­le, Co­urt­ney i Max, stwier­dzi­li, że ich ulu­bio­ny­mi sztu­ka­mi są od­po­wied­nio: Pig­ma­lion4 i The Roc­ky­Hor­ror Show5, co mówi wła­ści­wie wszyst­ko o tej dwój­ce. Ty wska­zał na Dwu­na­stu gniew­nych lu­dzi6. Poza pię­cio­ma no­wy­mi oso­ba­mi z Bry­ce do­szło tak­że trzech pierw­szo­rocz­nia­ków, któ­rym ja­kimś cu­dem uda­ło się przejść przez gę­ste sito prze­słu­chań An­dre, oraz Evan ze star­sze­go rocz­ni­ka, któ­ry wła­śnie prze­pro­wa­dził się z Ka­li­for­nii.

I wte­dy na­de­szła jej ko­lej. Od pią­tej kla­sy Ely­se i ja ry­wa­li­zo­wa­ły­śmy ze sobą o głów­ne role żeń­skie w każ­dym przed­sta­wie­niu­let­niej szko­ły ak­tor­skiej Sta­ge­do­or Ma­nor. Ely­se na­le­ża­ła do tych mu­si­ca­lo­wych księż­ni­czek, któ­re na ca­stin­gi w mie­ście przy­cho­dzą z wał­ka­mi we wło­sach i w kom­plet­nym stro­ju do tań­ca, na­wet je­śli na da­nym prze­słu­cha­niu umie­jęt­no­ści ta­necz­ne nie są wy­ma­ga­ne.

Och, za­po­mnia­ła­bym do­dać – tak na­praw­dę nie na­zy­wa­ła się Ely­se St. Ja­mes. Wła­ści­wie to już te­raz tak, po­nie­waż ofi­cjal­nie zmie­ni­ła swo­je imię i na­zwi­sko, ale kie­dy po­zna­łam „Ely­se”, na­zy­wa­ła się Am­bro­zja Schmidt. Tak. Cał­kiem se­rio.

I na ko­niec po­wiedz­my to so­bie szcze­rze – nie tyl­ko dane oso­bo­we so­bie „pod­ra­so­wa­ła”.

– Cześć, je­stem Ely­se St. Ja­mes – za­szcze­bio­ta­ła. – I strasz­nie się cie­szę, że za­czy­nam na­ukę w Ele­anor. Za­wsze chcia­łam uczyć się w kla­sie te­atral­nej – tu jej wście­kle ró­żo­we ustecz­ka po­sła­ły An­dre li­zu­sow­ski uśmiech. – Och, a moją uko­cha­ną sztu­ką – do­da­ła i po­pa­trzy­ła pro­sto na mnie – jest Ro­meo i Ju­lia. Nie mogę się do­cze­kać dzi­siej­sze­go prze­słu­cha­nia!

– Cóż, Ely­se. Bę­dziesz świet­na w roli niań­ki Ju­lii – od­po­wie­dzia­łam słod­ko.

Ide­al­nie ob­ry­so­wa­ne oczka Ely­se po­sła­ły mi za­bój­cze spoj­rze­nie.

– Igrzy­ska czas za­cząć – wy­mam­ro­tał Max.

Dwa dni póź­niej ogło­szo­no ob­sa­dę:

Ro­meo: Ty Par­ker

Ju­lia: Ely­se St. Ja­mes

Niań­ka Ju­lii: Kel­ly Or­tiz

Ka­pu­let: Max Per­ry

Pani Ka­pu­let: Co­urt­ney Choi

Mon­te­ki: Chri­sto­pher Men­do­za

Pani Mon­te­ki: Bian­ca Eli­za­beth Glo­ver

Mer­ku­cjo: Lucy Mo­ore

Ty­balt: Evan Da­vis

Ben­wo­lio: Na­than Pit­t­man-Briggs

Ksią­żę Eska­lus: Isa­ac Ste­in

Hra­bia Pa­rys: Do­mi­nick El­li­son

Oj­ciec Lau­ren­ty: Vio­let Pa­tel

Inni (spo­śród któ­rych wy­ło­nio­ny zo­sta­nie Chór oraz ob­sa­dzo­ne zo­sta­ną m.in. role Pio­tra, Sam­so­na, Pe­truc­cia, Grze­go­rza, Abra­ha­ma, Bal­ta­za­ra, Bra­ta Jana orazAp­te­ka­rza): Jo­na­than Po­ole, An­drea Wong, Ste­pha­nie Gil­mo­re, Mar­ti Espi­no­za, Ste­phen Lar­son

My­śla­łam, że mam ja­kieś zwi­dy.

Za­mknę­łam oczy, prze­tar­łam je i zno­wu otwo­rzy­łam. A jed­nak nie, ob­sa­da się nie zmie­ni­ła.

Ale prze­cież ta rola była moja! An­dre obie­cał. No, może nie do koń­ca obie­cał, ale czę­sto da­wał mi to do zro­zu­mie­nia. Bo co mia­łam po­my­śleć, kie­dy mó­wił: „Wy­bra­łem tę sztu­kęz my­ślą o to­bie, Lucy”, mru­ga­jąc przy tym po­ro­zu­mie­waw­czoi uśmie­cha­jąc się?

Spa­ni­ko­wa­na ro­zej­rza­łam się za Ty’em. Po­trze­bo­wa­łam go – on nadał­by temu wszyst­kie­mu sens. Ale nig­dzie go nie było, a wy­ni­ki ca­stin­gu szyb­ko za­czę­ły do­cie­rać do mo­jej świa­do­mo­ści.

Wy­schło mi w ustach, nogi mia­łam jak z waty. Co­urt­ney i Max wy­mie­ni­li za­nie­po­ko­jo­ne spoj­rze­nia i szyb­ko za­pro­wa­dzi­li mnie do dam­skiej to­a­le­ty. Tam się roz­kle­iłam.

– Nie­na­wi­dzę jej! Sztucz­na, głu­pia kro­wa! Cze­go ona tu szu­ka? Wszyst­ko psu­je! 

Moi przy­ja­cie­le usie­dli przy mnie na zim­nej po­sadz­ce, każ­de z nich wzię­ło mnie za rękę i za­czę­ło gła­dzić po ple­cach. Po­zwo­li­li mi wy­rzu­cić z sie­bie złość. Przy­po­mnia­ło mi się, jak po­cie­sza­li mnie w ten spo­sób trzy lata temu, ale moje my­śli prze­rwa­ło wej­ście grup­ki dziew­czyn z pierw­szych klas. Kie­dy nas zo­ba­czy­ły, za­trzy­ma­ły się.

– Ej, cie­bie nie po­win­no tu być – pi­snę­ła z obu­rze­niem jed­na z nich na wi­dok Maxa.

– No ja­sne, bo te bab­skie spra­wy są ta­aakie cie­ka­we – od­po­wie­dział, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

Dziew­czy­na ob­rzu­ci­ła wzro­kiem jego przy­li­za­ne wo­skiem wło­sy i zie­lo­ny ob­ci­sły swe­te­rek, spod któ­re­go wy­glą­da­ła ko­szul­ka z Lady Gagą. Na jej twa­rzy za­go­ścił wy­raz zro­zu­mie­nia.

– A jej co się sta­ło? – wska­za­ła na mnie.

– O nią się nie martw – od­po­wie­dział Max.

Dziew­czy­ny jesz­cze chwi­lę się na mnie po­ga­pi­ły – nadal by­łam w to­tal­nej roz­syp­ce. Po­tem wzru­szy­ły ra­mio­na­mi i wy­szły.

– Chy­ba jed­nak nie chcia­ło im się siu­siu – wy­mam­ro­tał Maxi de­li­kat­nie od­gar­nął mi wło­sy z twa­rzy.

Kie­dy moje gło­śne za­wo­dze­nie prze­szło w ci­che łka­nie, Co­urt­ney po­wie­dzia­ła: „Lucy, ko­cha­nie, za­raz za­czy­na się pró­ba z tek­stem. Idziesz?”.

Po­pa­trzy­łam na nią, a po­tem na Maxa. Uśmiech­nę­li się nie­pew­nie. Za do­brze ich zna­łam – nie chcie­li mnie tu zo­sta­wiać, ale nie mo­gli się do­cze­kać, kie­dy po­gna­ją na pró­bę. Po­czu­łam wy­rzu­ty su­mie­nia – nie mo­głam ich dłu­żej za­trzy­my­wać. Przy­tak­nę­łam, chwiej­nie sta­nę­łam na no­gach i ob­my­łam twarz chłod­ną wodą.

– Prze­pra­szam was – po­wie­dzia­łam lek­ko za­że­no­wa­na swo­ją gwał­tow­ną re­ak­cją.

– No co ty. My też uwa­ża­my, że Ely­se to głu­pia kro­wa.

Na­wet uda­ło mi się uśmiech­nąć. Max za­wsze wie­dział, jak mnie szyb­ko po­cie­szyć.

– Wiem, że to może nie to, co chcia­ła­byś te­raz usły­szeć – Co­urt­ney za­czę­ła w dro­dze na pró­bę – ale Mer­ku­cjo­to świet­na rola. Bę­dziesz naj­lep­sza.

Wes­tchnę­łam. Zwy­kle by­łam za­chwy­co­na nie­kon­wen­cjo­nal­ny­mi ca­stin­ga­mi An­dre. A Mer­ku­cjo to ge­nial­na rola. Pro­blemw tym, że na­sta­wi­łam się na Ju­lię.

Kie­dy tyl­ko we­szli­śmy na salę, An­dre wziął mnie na bok. Usie­dli­śmy w pół­mro­ku w ostat­nim rzę­dzie. Nie­zbyt uważ­nie słu­cha­łam jego wy­ja­śnień. Kar­mił mnie swo­ją wy­ku­tą na bla­chę ba­jecz­ką, że Mer­ku­cjo bę­dzie dla mnie wy­zwa­niem, a Ely­se ob­sa­dził w głów­nej roli tyl­ko dla­te­go, że nie ma w niej żad­nych pu­ła­pek i wie­dział, że so­bie po­ra­dzi. By­łam świa­do­ma tego, że to stek bzdur.

– Daj so­bie spo­kój, An­dre. Przy­znaj po pro­stu, że da­łeś jej tę rolę, bo stwier­dzi­łeś, że le­piej ją za­gra ode mnie.

Ci­sza. An­dre tępo za­ga­pił się przed sie­bie, błą­dząc nie­obec­nym wzro­kiem po sce­nie, gdzie wła­śnie trwa­ła roz­grzew­ka przed pró­bą.

– Pro­szę – po­wie­dzia­łam.

An­dre wes­tchnął.

– Na prze­słu­cha­niu wy­pa­dła świet­nie…

– No po­wiedz to. – Nie wie­dzia­łam dla­cze­go, ale chcia­łam to usły­szeć.

– Do­brze. – Nie­pew­nie skrzy­żo­wał pal­ce. – Da­łem jej tę rolę, po­nie­waż stwier­dzi­łem, że za­gra ją le­piej od cie­bie.

Vo­ilà. Szcze­ra praw­da. Mimo cięż­kiej pra­cy i przy­go­to­wań, wciąż nie by­łam dość do­bra.

Nie zro­zum­cie mnie źle – nie ocze­ki­wa­łam, że zdo­bę­dę każ­dą wy­ma­rzo­ną rolę. Prze­cież w szko­le let­niej Ely­se nie raz zwi­ja­ła­mi role sprzed nosa. Ale to nie było to samo. Te­raz je­stem w mo­jej szko­le, w moim kole te­atral­nym – to moje ży­cie. Za­wsze by­łam gwiaz­dą mo­je­go ma­łe­go świat­ka – już od pierw­szej kla­sy do­sta­wa­łam wszyst­kie naj­lep­sze role, mia­łam naj­lep­sze stop­nie na­wet z naj­trud­niej­szych przed­mio­tów i od razu zdo­by­łam chło­pa­ka, któ­ry na­praw­dę mi się spodo­bał. Ale wte­dy po­ja­wi­ła się Ely­se i w jed­nej chwi­li nic już nie było ta­kie samo.

A to był do­pie­ro po­czą­tek mo­ich pro­ble­mów.

Zapomnij o nim

Kiedy ode­szłam kil­ka kro­ków od An­dre, w ułam­ku se­kun­dy po­wzię­łam po­sta­no­wie­nie, że prze­ko­nam wszyst­kich, że jest OK… Le­piej na­wet – że je­stem wprost za­chwy­co­na. Ely­se nie mo­gła się do­wie­dzieć, jak bar­dzo za­la­zła mi za skó­rę – nie mia­łam za­mia­ru da­wać jej tej sa­tys­fak­cji.

Dla­te­go też, gdy Ty oto­czył mnie ra­mie­niem i szep­tem za­py­tał, czy wszyst­ko w po­rząd­ku, ro­ze­śmia­łam się i za­pew­ni­łam go, że cie­szę się z tej roli, po­nie­waż mogę z nią po­eks­pe­ry­men­to­wać i po swo­je­mu zin­ter­pre­to­wać. Chy­ba go prze­ko­na­łam, po­nie­waż po­ca­ło­wał mnie i po­wie­dział:

– Lucy, je­steś praw­dzi­wą ak­tor­ką. Uwierz mi, gdy­bym nie do­stał roli Ro­mea, nie przy­jął­bym tego tak spo­koj­nie.

Po­czo­chrał mnie po gło­wie, a na­stęp­nie jed­nym su­sem wsko­czył na sce­nę, do­łą­cza­jąc do po­zo­sta­łych, któ­rzy ro­bi­li już pró­bę z tek­stem.

„Wi­dzisz, An­dre – po­my­śla­łam gorz­ko – na­praw­dę do­bra­ze mnie ak­tor­ka”.

Ale już po chwi­li na­wet mnie cięż­ko było w to uwie­rzyć. Przez całe wa­ka­cje sku­pia­łam się tyl­ko na roli Ju­lii i dziw­nie się po­czu­łam, kie­dy na­gle przy­szło mi mó­wić sło­wa­mi Mer­ku­cja. Brzmia­ły dla mnie obco i wy­po­wia­da­jąc je, czu­łam, jak­by z mo­ich ust pa­da­ły ka­mie­nie. Pod­czas gdy Ely­se bez tru­du mknę­ła przez gór­no­lot­no­ści Szek­spi­ra, jak­by były co naj­mniej jej ulu­bio­ną ry­mo­wan­ką, ja po­ty­ka­łam się na każ­dym wer­sie.

Na do­miar złe­go za­czę­ła flir­to­wać z Ty’em. Na­wet spe­cjal­nie się z tym nie kry­ła. Za­lot­nie mu­ska­ła go po ra­mie­niu, szep­ta­ła coś­do ucha i chi­cho­ta­ła jak wa­riat­ka za każ­dym ra­zem, gdy coś po­wie­dział. Wszyst­ko to na mo­ich oczach. Całe po­po­łu­dnie.

Gdy­bym nie mia­ła pew­no­ści, że Ty nie jest nią za­in­te­re­so­wa­ny, od­pu­ści­ła­bym so­bie i prze­sta­ła ro­bić do­brą minę do złej gry. Jak­by Ely­se ob­ra­ła so­bie za cel ukraść mi ży­cie.

Kie­dy wie­czo­rem wró­ci­łam do domu, na sto­le w kuch­ni zna­la­złam tu­zin ró­żo­wych róż, któ­re moi oj­czul­ko­wie zo­sta­wi­li spe­cjal­nie dla mnie. Na kar­tecz­ce na­pi­sa­li: „To, co zo­wiem różą, pod inną na­zwą rów­nie by pach­nia­ło… Gra­tu­lu­je­my, Lucy!”. Opa­dłam na krze­sło, a ota­cza­ją­ca mnie słod­ka woń róż spra­wi­ła, że po pro­stu mu­sia­łam się uśmiech­nąć. Moi ta­tu­sio­wie byli chy­ba je­dy­ny­mi ge­ja­mi na świe­cie, któ­rzy nie mie­li zie­lo­ne­go po­ję­cia o te­atrze. Wie­dzia­łam, że wy­bra­li ten cy­tat tyl­ko dla­te­go, że na­wią­zy­wał do kwia­tów, któ­re były ich je­dy­nym za­in­te­re­so­wa­niem wpi­su­ją­cym sięw ste­reo­typ geja, a ja na dru­gie imię mam prze­cież Rose – czy­li róża. Ta ich peł­na do­brych in­ten­cji nie­po­rad­ność tro­chę po­pra­wi­ła mi hu­mor.

Po­szłam do sa­lo­nu, gdzie Tata i Papa sie­dzie­li zwi­nię­ci na ka­na­pie pod swo­imi ko­cy­ka­mi, oglą­da­jąc Pre­zy­denc­ki po­ker na DVD. Ze wszyst­kich ro­dzi­ców, któ­rych zna­łam, je­dy­nie moi oj­co­wie nie tyl­ko byli wciąż ra­zem, ale nadal byli w so­bie za­ko­cha­ni.

– Dzię­ki za kwia­ty – po­wie­dzia­łam, wci­ska­jąc się mię­dzy nich.

– No to po­wiedz – za­czął Papa, po­da­jąc mi mi­skę z po­pcor­nem – czy mamy przed sobą nową Ju­lię?

– Nie – od­po­wie­dzia­łam.

Tata na­ci­snął pau­zę.

– Co się sta­ło?

– Ely­se St. Ja­mes – oto, co się sta­ło.

– Skar­bie, tak mi przy­kro – po­wie­dział Tata.

To ko­lej­na rzecz, któ­rą uwiel­bia­łam w mo­ich oj­cach. Mo­żei te­atr nie­wie­le ich ob­cho­dził, ale za to ob­cho­dzi­ło ich to, że ja się nim in­te­re­su­ję. 

– Jaką rolę do­sta­łaś?

– Mer­ku­cja – od­po­wie­dzia­łam zre­zy­gno­wa­na, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Przy­najm­niej on też umie­ra na sce­nie.

* * *

Kie­dy na­stęp­ne­go dnia po­szłam do szko­ły, moja szaf­ka była cała w zdję­ciach. In­ter­ne­to­we fot­ki prze­róż­nych ak­to­rów: Lau­ren­ce Oli­vier, Ke­anu Re­eves, Ben Af­fleck, John Bar­ry­mo­re i gość, któ­ry grał Mi­cha­ela w Za­gu­bio­nych.

W kom­plet­nym osłu­pie­niu ga­pi­łam się na ten ko­laż. „Kto­to zro­bił? Co to ma zna­czyć”?

– I co ty na to? – Tuż obok usły­sza­łam głos Ty’a.

Okrę­ci­łam się na pię­cie.

– To two­ja spraw­ka?

Wsa­dził ręce do kie­sze­ni i dum­nie wy­prę­żył pierś.

– Tak. Spe­cjal­nie przy­sze­dłem wcze­śniej.

– Ale… dla­cze­go? – Chy­ba nie za­brzmia­ło to zbyt do­brze. To mia­ło być nor­mal­ne py­ta­nie, ale po­nie­waż by­łam tro­chę sko­ło­wa­na, Ty ode­brał je jak za­rzut.

Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy.

– Nie po­do­ba ci się. Wie­dzia­łem, że to głu­pi po­mysł. – Już miał za­cząć zdzie­rać zdję­cia, kie­dy za­gro­dzi­łam mu dro­gę.

– Po­do­ba mi się. Tyl­ko nic z tego nie ro­zu­miem.

– Oni wszy­scy gra­li kie­dyś Mer­ku­cja – wy­ja­śnił Ty. – Max twier­dził, że było ci bar­dzo przy­kro, że nie dali ci roli Ju­lii. Po­wie­dzia­łem mu, że ja nic ta­kie­go nie za­uwa­ży­łem, ale nie dał się prze­ko­nać. Po­my­śla­łem więc, że po­czu­jesz się le­piej, wie­dząc, że je­steś w do­brym to­wa­rzy­stwie.

Od­wró­ci­łam się do szaf­ki i jesz­cze raz się jej przyj­rza­łam. Oczy­wi­ście. John Bar­ry­mo­re grał Mer­ku­cja w fil­mo­wej wer­sji Ro­me­ai Ju­lii z lat 30. Gość z Za­gu­bio­nych grał w fil­mie z Di­Ca­prio. Lau­ren­ce Oli­vier pew­nie grał Mer­ku­cja w te­atrze – był czas, kie­dy grał we wszyst­kich sztu­kach Szek­spi­ra.

Moc­no zła­pa­łam Ty’a za rękę.

– Dzię­ku­ję – wy­szep­ta­łam.

* * *

Mi­nę­ły dwa ty­go­dnie. O dzi­wo, po­lu­bi­łam grać Mer­ku­cja.Ta rola fak­tycz­nie była świet­na – w za­le­d­wie czte­rech sce­nach moja po­stać mia­ła być: śmiesz­na, sek­sow­na, pro­stac­ka i gwał­tow­na.A na ko­niec mia­łam zgi­nąć w po­je­dyn­ku na mie­cze.

Czym­że jest na­zwa? To, co zo­wiem różą, pod inną na­zwą rów­nie by pach­nia­ło. Być może nie­świa­do­mie moi oj­czul­ko­wie chcie­li mi coś prze­ka­zać tym cy­ta­tem? Wciąż do nie­go wra­ca­łamw my­ślach. „Nie­waż­ne, jak coś się na­zy­wa – my­śla­łam – waż­ne, czym jest. Może i nie gram Ju­lii, ale to nie zna­czy, że nie mogę być świet­na w swo­jej roli”.

Dzię­ki roli Mer­ku­cja za­przy­jaź­ni­łam się z no­wym chło­pa­kiem, Eva­nem, któ­ry grał Ty­bal­ta. Oce­nia­jąc go po wy­glą­dzie, pew­nie nig­dy nie po­my­śle­li­by­ście, że Evan może się in­te­re­so­wać te­atrem. Na zmierz­wio­nych wło­sach no­sił bejs­bo­lów­kę, pra­wie co­dzien­nie miał na so­bie te same wy­tar­te dżin­sy, a pod­czas przerw grał na Play­Sta­tion. Ale w swo­im sta­rym kół­ku te­atral­nym ucho­dził­za guru wszel­kich sce­nicz­nych walk, więc chy­ba nie­źle tra­fi­łam,że to wła­śnie z jego ręki mia­łam zgi­nąć.

W po­szu­ki­wa­niu mie­czy do po­je­dyn­ku ze­szli­śmy z Eva­nem­do ol­brzy­miej re­kwi­zy­tor­ni w piw­ni­cy. Za­ję­ło nam to chwi­lę– mu­sie­li­śmy prze­ci­snąć się przez nie­dba­le rzu­co­ne ogrom­ne tła oraz na­rzu­ty prze­wie­szo­ne przez więk­sze me­ble. Kie­dy w koń­cu do­tar­li­śmy do mie­czy, aż przy­sie­dli­śmy na ich wi­dok.

– Ale tu tego… – wy­szep­tał Evan.

Wy­glą­da­ło na to, że w Ele­anor Dra­ma zbie­ra­li te mie­cze od cza­sów zim­nej woj­ny. Cała re­kwi­zy­tor­nia za­wa­lo­na była ster­ta­mi mie­czy każ­de­go roz­mia­ru i ro­dza­ju. Po­usta­wia­ne rzę­da­mi wzdłuż ścian, wy­sta­ją­ce z du­żych ko­szy, a na­wet dyn­da­ją­ce na su­fi­cie jak srebr­ne kan­de­la­bry.

– To od któ­re­go za­czy­na­my? – za­sta­na­wia­łam się zdu­mio­na.

Twarz Eva­na po­wo­li roz­ja­śni­ła się w uśmie­chu.

– Od pierw­sze­go z brze­gu.

Wy­cią­gnę­łam ja­kiś miecz z naj­bliż­sze­go ko­sza i dźgnę­łam nimw po­wie­trzu. Był za lek­ki, zbyt de­li­kat­ny. Wzię­łam inny. Po­ma­lo­wa­ny na czar­no nie od­bi­jał świa­tła do­kład­nie tak, jak­bym tego chcia­ła. Wy­cią­ga­łam ko­lej­ne mie­cze, ale one tak­że mnie roz­cza­ro­wy­wa­ły.

– Jak po­znam, że to ten? – wy­mam­ro­ta­łam.

Evan ob­rzu­cił mnie peł­nym po­wa­gi spoj­rze­niem.

– To on cię wy­bie­rze – po­wie­dział.

– To sklep z różdż­ka­mi Ol­li­van­de­ra, czy co?

Evan spoj­rzał się na mnie z za­gad­ko­wym wy­ra­zem twa­rzy.

– Nig­dy nie czy­ta­łeś Har­ry’ego Pot­te­ra? – za­py­ta­łam.

Ro­ze­śmiał się.

– Ja­sne, że czy­ta­łem.

– Więc, o co… – W tym mo­men­cie mój wzrok na­tknął się­na dwa le­żą­ce obok sie­bie mie­cze, osob­no za­wi­nię­te w ak­sa­mi­ti spo­czy­wa­ją­ce w prze­zro­czy­stym pla­sti­ko­wym pu­dle. Ostroż­nie od­wi­nę­łam je­den z nich. W chwi­li kie­dy moja dłoń za­ci­snę­ła się­na srebr­nej rę­ko­je­ści, zro­zu­mia­łam, że to ten.

Evan chwy­cił dru­gi miecz. Wy­da­wa­ło mi się, że wy­dał z sie­bie stłu­mio­ny okrzyk.

To były praw­dzi­we mie­cze – w od­róż­nie­niu od tych sto­so­wa­nych za­zwy­czaj w te­atrze te nie mia­ły tę­pych brzesz­czo­tów. Cię­żar mi od­po­wia­dał – po­nie­kąd czu­łam się dzię­ki nie­mu sil­niej­sza. Za­mie­rzy­łam się na Eva­na, a on nie po­zo­stał mi dłuż­ny. W chwi­li gdy skrzy­żo­wa­li­śmy lśnią­ce klin­gi, strze­li­ły pra­wie nie­do­strze­gal­ne iskry, a w na­szych uszach roz­brzmiał szczęk sta­li. Evan i ja uśmiech­nę­li­śmy się do sie­bie. To było to.

Obo­je uwa­ża­li­śmy za dziw­ne, że szko­ła w ogó­le mia­ła ta­kie mie­cze. Były jed­nak nie­sa­mo­wi­te, a my je wprost uwiel­bia­li­śmy. Dla­te­go po­sta­no­wi­li­śmy nic nie mó­wić An­dre.

Od tej pory przed każ­dą pró­bą przez pół go­dzi­ny opra­co­wy­wa­li­śmy z Eva­nem cho­re­ogra­fię na­szej wal­ki. Nie mo­gła­bym so­bie wy­ma­rzyć lep­sze­go part­ne­ra – chło­pak był praw­dzi­wym ge­niu­szem szer­mier­ki.

– On jest na­praw­dę sek­sow­ny – pew­ne­go dnia stwier­dził Max, kie­dy ra­zem z Co­urt­ney przy­glą­da­ły­śmy się Eva­no­wi.

– Przy­kro mi, pa­nie Mak­sy­mi­lia­nie – po­wie­dzia­łam – je­stem pew­na, że on jest he­te­ro.

Max wes­tchnął.

– No tak. Wszy­scy faj­ni są albo he­te­ro, albo za­ję­ci. Albo jed­no i dru­gie – tu Max wska­zał na Ty’a, któ­ry wła­śnie ćwi­czył wspi­na­nie się na bal­kon Ju­lii. Jego cia­ło tan­ce­rza po­ru­sza­ło się zwin­nie, a ja pa­trząc na nie­go, po­czu­łam, jak za­le­wa mnie fala czu­ło­ści.

Co­urt­ney pac­nę­ła prze­kor­nie Maxa w gło­wę.

– Wa­riat. Je­dy­ne, na co nie mo­że­my na­rze­kać w tym kół­ku, to brak ge­jów. To nie ich wina, że ża­den z nich ci się nie po­do­ba – Co­urt­ney wes­tchnę­ła. – Je­śli cho­dzi o mnie, to ja cier­pię na chro­nicz­ny brak per­spek­tyw mi­ło­snych. Je­śli tak da­lej pój­dzie, a wszyst­ko na to wska­zu­je, skoń­czę jako czter­dzie­sto­let­nia dzie­wi­ca.

Ro­ze­śmia­łam się.

– A co z Eva­nem? – za­py­ta­łam, ukła­da­jąc już spryt­ny planw gło­wie. – Tro­chę się za­przy­jaź­ni­li­śmy. Mam go za­py­tać, czy mu się po­do­basz?

Co­urt­ney była ni­ska, wy­jąt­ko­wo nie­śmia­ła i na do­miar wszyst­kie­go no­si­ła apa­rat na zę­bach. W kwe­stii fa­ce­tów była kom­plet­nie zie­lo­na. Od­kąd się zna­li­śmy, za­wsze ma­rzy­ła o swo­im księ­ciu z baj­ki.

Co­urt­ney po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Związ­ki w kół­ku te­atral­nym są tro­chę ka­zi­rod­cze. Zna­jąc mnie, nic z tego nie wyj­dzie, a po­tem na każ­dej pró­bie będą głu­pie sy­tu­acje. Dzię­ki, nie sko­rzy­stam.

– No nie każ­dy zwią­zek w kół­ku te­atral­nym to od razu zły po­mysł – za­pro­te­sto­wa­łam.

* * *

Ale już wkrót­ce aż za do­brze zro­zu­mia­łam, co Co­urt­ney mia­ła na my­śli. Ak­tor­skie wy­zwa­nie nu­mer dwa.

To było nie­dziel­ne po­po­łu­dnie. Sie­dzia­łam wła­śnie na pod­ło­dze w swo­im po­ko­ju, pró­bu­jąc wy­brzdą­kać pio­sen­kę Tay­lor Swift na gi­ta­rze, kie­dy Co­urt­ney przy­sła­ła mi SMS:

Sprawdź pro­fil Ely­se na FB!

Za­lo­go­wa­łam się po raz pierw­szy od wie­lu ty­go­dni, we­szłam­na pro­fil Ely­se i za­czę­łam ana­li­zo­wać na­stę­pu­ją­ce sło­wa:

Ely­se St. Ja­mesw związ­ku z Ty Par­ker.

Za­dzwo­ni­łam do Co­urt­ney.

– I co? Wi­dzia­łaś?

– Wła­śnie na to pa­trzę – po­wie­dzia­łam. – Wiesz, w su­mie jest mi jej żal. Ma pew­nie nie­zły kom­pleks niż­szo­ści, sko­ro musi kła­mać, że ma chło­pa­ka.

– Lucy… – Co­urt­ney za­czę­ła po­wo­li. – Na Fa­ce­bo­oku nie mo­żesz na­pi­sać, że je­steś w związ­ku, z kim chcesz – dru­ga oso­ba musi po­twier­dzić ten sta­tus, za­nim zo­sta­nie opu­bli­ko­wa­ny.

„Mo­ment. Ra­cja. Ale to nie mia­ło sen­su – dla­cze­go Ty miał­by się zgo­dzić na opu­bli­ko­wa­nie cze­goś ta­kie­go?” Po­wo­li w mo­jej gło­wie kształ­to­wać się za­czął inny ob­raz. Dużo bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy.

– Lucy? Je­steś tam? – za­py­ta­ła Co­urt­ney.

– Mu­szę koń­czyć – wy­szep­ta­łam. Roz­łą­czy­łam się i na­tych­miast za­dzwo­ni­łam do Ty’a.

Ode­brał już po pierw­szym sy­gna­le.

– Cześć, ko­cha­nie!

– Masz mi może coś do po­wie­dze­nia? – za­py­ta­łam.

– O co ci cho­dzi?

– Zgod­nie ze sta­tu­sem Ely­se na Fa­ce­bo­oku, je­steś z niąw związ­ku…

Tu na­stą­pi­ła dłuż­sza ci­sza.

– Ty? – po­wie­dzia­łam ła­god­nie.

– Nie są­dzi­łem, że to zo­ba­czysz – po­wie­dział. – Nie ko­rzy­stasz z Fa­ce­bo­oka.

– A co to ma do rze­czy?

Usły­sza­łam dłu­gie wes­tchnie­nie.

– Uwierz mi, nie pla­no­wa­łem tego – po­wie­dział Ty. – Na­wet mi się nie po­do­ba­ła w ten spo­sób.

– Nie pla­no­wa­łeś cze­go?

Zno­wu ci­sza. Ty nie chciał dłu­żej cią­gnąć tej roz­mo­wy. To była bo­le­sna praw­da. Ale w koń­cu za­czął mó­wić.

– W ze­szłą so­bo­tę by­łem u niej w domu. Ćwi­czy­li­śmy… te bar­dziej ro­man­tycz­ne sce­ny. Nie wiem, jak to się sta­ło, ale w pew­nym mo­men­cie za­czę­li­śmy się ca­ło­wać.

„Chy­ba żar­tu­jesz” – po­my­śla­łam. Zna­łam róż­ni­cę mię­dzy po­ca­łun­kiem sce­nicz­nym a tym praw­dzi­wym.

– Więc chcesz przez to po­wie­dzieć, że ca­ło­wa­li­ście sięz ję­zycz­kiem.

– Tak.

– Na­mięt­nie?

– Tak.

– Coś oprócz ca­ło­wa­nia? Chcę wie­dzieć.

Ty za­wa­hał się po­now­nie.

– Może tro­chę się… ma­ca­li­śmy. Ale by­li­śmy w ubra­niach– do­dał, jak­by to mia­ło po­lep­szyć spra­wę.

– Na tym jed­nym ra­zie się nie skoń­czy­ło, praw­da?

– Tak – przy­znał ci­cho.

– Kie­dy mia­łeś za­miar mi po­wie­dzieć? – za­py­ta­łam, z wy­sił­kiem opa­no­wu­jąc drże­nie gło­su, mimo iż łzy spły­wa­ły mi po twa­rzy.

– Nie wiem. Cze­ka­łem chy­ba na od­po­wied­ni mo­ment.

Nie od­po­wie­dzia­łam – roz­łą­czy­łam się.

Życie jest snem wariata

Jedna z naj­pięk­niej­szych roz­mów mo­je­go ży­cia mia­ła miej­sce rok wcze­śniej.

TY

uno­sząc się na dmu­cha­nym kole w swo­im ba­se­nie

Moja sio­stra wy­cho­dzi za mąż.

JA

sie­dząc na brze­gu ba­se­nu, za­nu­rza­jąc sto­py w wo­dzie

Na­praw­dę?

TY

Tak, po­wie­dzia­ła nam wczo­raj wie­czo­rem. Mają się po­brać w syl­we­stra w mie­ście.

JA

ura­do­wa­na

To świet­nie!

TY

nie­spo­dzie­wa­nie

Chcesz pójść?

JA

za­sko­czo­na

Z tobą? Na ślub two­jej sio­stry?

TY

Tak.

JA

pod­eks­cy­to­wa­na

Tak! Tak, tak, tak! Ale… na pew­no nie zmie­nisz zda­nia? Nowy Rok jest do­pie­ro za pięć mie­się­cy…

TY

przy­tu­la­jąc mnie do sie­bie w wo­dzie

Ja­sne, że nie zmie­nię. Ko­cham cię, Lucy.

JA

stłu­mio­ny okrzyk

TY

na­mięt­nie mnie ca­łu­je

JA

śmie­jąc się jak wa­riat­ka

Też cię ko­cham.

Ko­niec sce­ny

Ze­rwa­nie z Ty’em było z wie­lu wzglę­dów okrop­ne, ale jed­ną z naj­gor­szych rze­czy było to, jak po­wie­dzieć o tym in­nym. Nie mo­żesz prze­cież na­gle ogło­sić wszem i wo­bec, że ty i twój chło­pak, któ­ry od pół­to­ra roku czy­nił cię naj­szczę­śliw­szą oso­bą pod słoń­cem, nie je­ste­ście już ra­zem, i tyle. Będą chcie­li wie­dzieć,co się sta­ło. A przy­znać swo­im ro­dzi­com i przy­ja­cio­łom, że to on­cię zdra­dził, to na­praw­dę krę­pu­ją­ca spra­wa.

Wie­ści roz­cho­dzą się jed­nak pio­ru­nem. Po­wie­dzia­łam Ma­xo­wi i Co­urt­ney, a oni na­tych­miast po­wtó­rzy­li po­zo­sta­łym. Nie mie­li za­mia­ru plot­ko­wać – chcie­li tyl­ko wszyst­kich do­kład­nie po­in­for­mo­wać, żeby sta­nę­li po mo­jej stro­nie. Chy­ba na­wet za­dzia­ła­ło – lu­dzie za­czę­li omi­jać Ely­se sze­ro­kim łu­kiem, a na prze­rwach mię­dzy pró­ba­mi rzu­ca­li jej po­gar­dli­we spoj­rze­nia. Jed­nak cięż­ko po­czuć smak zwy­cię­stwa, kie­dy wszy­scy się nad tobą uża­la­ją. Czu­łam, że je­śli jesz­cze jed­na oso­ba za­py­ta mnie, jak się mam, albo po­wie mi, jaki pa­lan­tem jest Ty, za­cznę krzy­czeć.

Jak­by tego było mało, Ty cały czas mnie prze­pra­szał. Mała po­praw­ka: prze­pra­szał tyl­ko za to, w jaki spo­sób do­wie­dzia­łam się o jego zdra­dzie, a nie za samą zdra­dę. Sub­tel­na róż­ni­ca,ale jed­nak.

Sta­ra­łam się uwie­rzyć w po­cie­sze­nia Maxa i Co­urt­ney, że od­ży­łam po roz­sta­niu z Ty’em i że za­słu­gu­ję na ko­goś lep­sze­go, ale ja nie mo­głam prze­stać się łu­dzić, że on może zro­zu­mie swój błąd i bę­dzie chciał mnie od­zy­skać.

Wte­dy ich zo­ba­czy­łam. Ca­ło­wa­li się.

Przed pró­bą zbie­ra­li­śmy się wszy­scy na sce­nie. Nie dało się prze­oczyć, jak Ty cały się roz­pro­mie­nił na wi­dok Ely­se. Rzu­ci­li się so­bie w ob­ję­cia, jak­by nie wi­dzie­li się od stu lat, a ja bez­rad­nie pa­trzy­łam, jak Ty uj­mu­je twarz Ely­se w dło­nie i po­chy­la się, by ją po­ca­ło­wać – do­kład­nie tak, jak ro­bił to ze mną. Ten wi­dok był sto razy gor­szy od wciąż pod­su­wa­ne­go mi przez wy­obraź­nię ob­ra­zu tych dwoj­gaw po­ko­ju Ely­se.

Cała na­dzie­ja pry­sła. Po­bie­głam do domu i wy­rzu­ci­łam wszyst­ko, co przy­po­mi­na­ło mi o na­szym związ­ku. Nie­wy­ję­te jesz­cze z ra­mek zdję­cia, upo­min­ki, usu­szo­ny bu­kie­cik z bu­to­nier­ki z balu ju­nio­rów. Usu­nę­łam wszyst­kie zdję­cia Ty’a z te­le­fo­nu i za­blo­ko­wa­łam go na Fa­ce­bo­oku.

Ale nie mo­głam go usu­nąć z gło­wy. Zwłasz­cza że dzień w dzień na pró­bach mu­sia­łam ich oglą­dać, kie­dy ar­cy­na­tu­ral­nie od­gry­wa­li Ro­mea i Ju­lię. To była męka.

Je­śli cho­dzi o Ely­se, w ogó­le się do mnie nie od­zy­wa­ła. Ale sa­mo­za­do­wo­le­nie wprost od niej biło. Nig­dy nie mia­łam tak wiel­kiej ocho­ty ko­muś przy­wa­lić jak wła­śnie tej la­lu­ni z ide­al­nym no­skiem pro­sto spod skal­pe­la.

Po piąt­ko­wej pró­bie wró­ci­łam pro­sto do domu. Po­szłam­do kuch­ni z za­mia­rem zro­bie­nia so­bie ma­łej uczty na po­cie­sze­nie. Za­słu­ży­łam na kil­ka do­dat­ko­wych ka­lo­rii – prze­rwa w ak­tor­skiej die­cie mia­ła być moją na­gro­dą za ten pie­kiel­ny ty­dzień. I za wspa­nia­ły week­end bez Ely­se „Pan­ny Nisz­czy­ciel­ki”.

Po­sma­ro­wa­łam ma­słem dwie paj­dy chle­ba i po­ło­ży­łam na nich­trzy pla­ster­ki pro­duk­tu se­ro­po­dob­ne­go. Pa­tel­nia skwier­cza­łai sy­cza­ła, a ja sta­łam przed ku­chen­ką jak za­hip­no­ty­zo­wa­na – cie­pło pło­mie­nia ogrze­wa­ło moją twarz, a po­ma­rań­czo­wy pseu­do­ser mięk­ko spły­wał po chru­pią­cym chle­bie. Kie­dy już za­czę­ła mi ciek­nąć ślin­ka, usły­sza­łam do­bie­ga­ją­cy z sa­lo­nu głos Taty. Dziw­ne. Moi oj­czul­ko­wie mie­li zwy­czaj wy­cho­dze­nia w piąt­ki wie­czo­rem.

– Lu? – za­wo­łał mnie. – Mo­żesz po­dejść?

Wy­łą­czy­łam ku­chen­kę i po­szłam do sa­lo­nu.

– Co tam?

I wte­dy zo­ba­czy­łam ją. Pro­blem nu­mer trzy.

* * *

Lisa Wil­liams sie­dzia­ła wy­god­nie w wiel­kim czer­wo­nym fo­te­lu, z nogą za­ło­żo­ną na nogę, a cała jej po­sta­wa wy­ra­ża­ła prze­ko­na­nie, że jest oto u sie­bie w domu. Rzu­ci­ła mi krzy­wy uśmie­szek. Spoj­rza­łam na mo­ich oj­ców sie­dzą­cych na ka­na­pie. Tata miał przy­kle­jo­ny do twa­rzy sztucz­ny uśmiech, a Papa wy­glą­dał tak, jak­by za­raz mia­ło mu roz­sa­dzić czasz­kę. Wie­dzia­łam, co czuł.

– Co ona tu robi?

– Oj, nie­ład­nie tak trak­to­wać ma­mu­się – po­wie­dzia­ła Lisa.

– Nie je­steś moją mat­ką – od­wark­nę­łam zim­no, na­wet na nią nie pa­trząc.

Gdy­by tyl­ko to była praw­da.

Rzecz w tym, że Tata, czy­li Adam Mo­ore, na ostat­nim roku stu­diów na wy­dzia­le hi­sto­rii sztu­ki w Ko­lum­bii prze­cho­dził fazę „okre­śla­nia wła­sne­go ja”. Wdał się w krót­ki ro­mans ze swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką, Lisą, i bach – Lisa za­szła w cią­żę. Była stu­dent­ką z Wiel­kiej Bry­ta­nii, któ­ra w pla­nach mia­ła ka­rie­rę wę­drow­ne­go fo­to­gra­fa ze­spo­łów roc­ko­wych, a nie ka­rie­rę mat­ki.Ale Tata, któ­ry de­fi­ni­tyw­nie za­koń­czył swo­je eks­pe­ry­men­ty­ze związ­ka­mi he­te­ro, do­brze wie­dział, że to może być jego ostat­nia szan­sa na bio­lo­gicz­ne dziec­ko bez ucie­ka­nia się do po­mo­cy su­ro­gat­ki. Umó­wi­li się więc, że Lisa ma mnie tyl­ko do­no­sić i uro­dzi, a Tata przej­mie dal­sze obo­wiąz­ki. Obo­je do­trzy­ma­li sło­wa. Przez trzy lata, kie­dy Tata roz­wi­jał swo­ją ka­rie­rę mar­szan­da, miesz­kał ze mną u swo­ich ro­dzi­ców na Bro­okly­nie. Po­tem Tata spo­tkał Papę, czy­li ad­wo­ka­ta Se­tha Fre­ema­na, prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do na­sze­go domu z pię­cio­ma sy­pial­nia­mi w Ele­anor Falls, Seth za­adop­to­wał mnie i na­sza ro­dzi­na była wresz­cie w kom­ple­cie.

Nig­dy się nie za­sta­na­wia­łam, skąd się wzię­łam, jak ro­bi­ła to więk­szość dzie­ci, któ­re zo­sta­ły ad­op­to­wa­ne lub mają tyl­ko jed­ne­go ro­dzi­ca. Moi oj­co­wie za­wsze tak otwar­cie opo­wia­da­li mi o Li­sie,że rzad­ko mia­łam po­trze­bę za­da­wa­nia ja­kich­kol­wiek py­tań.W jed­nym z mo­ich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa sie­dzę na ko­la­nach u Taty i oglą­dam zdję­cia pięk­nej ko­bie­ty o dłu­gich, ogni­ście ru­dych wło­sach. Wte­dy po raz pierw­szy zro­zu­mia­łam, że moje kasz­ta­no­we wło­sy były do­kład­ną mie­szan­ką wło­sów Lisy i brą­zo­wych lo­ków Taty.

Jed­nak fakt, że wie­dzia­łam, kim jest moja mat­ka, nie ozna­czał, że za nią nie tę­sk­ni­łam. Co roku wy­sy­ła­li­śmy Li­sie pocz­tów­ki z wa­ka­cji i moje szkol­ne zdję­cia. Dzię­ki temu czu­łam się waż­na, wy­jąt­ko­wa. Za­wsze mia­łam na­dzie­ję, że li­sto­nosz­ka przy­nie­sie mi ad­re­so­wa­ny tyl­ko do mnie list z An­glii z po­do­bi­zną kró­lo­wej­na znacz­ku. Nig­dy się jed­nak nie do­cze­ka­łam. Pierw­szy kon­taktz Lisą mia­łam w wie­ku ośmiu lat. Wte­dy to bez za­po­wie­dzi po­ja­wi­ła się w na­szym domu.

Na po­cząt­ku nie mo­głam uwie­rzyć, że to ta sama oso­ba, któ­rą wi­dzia­łam na zdję­ciach. Była nie­sa­mo­wi­cie chu­da, jej po­ma­rań­czo­we wło­sy były ma­to­we, a twarz – za­pad­nię­ta. Po­wie­dzia­ła, że wró­ci­ła do No­we­go Jor­ku na ja­kiś rok i że po­trze­bu­je pie­nię­dzy. Stwier­dzi­ła, że nie ma do­kąd pójść. Zo­sta­ła u nas dwa dni. Spa­ła w na­szym po­ko­ju go­ścin­nym, ja­dła na­sze je­dze­nie i ko­rzy­sta­ła z na­szej ła­zien­ki. Nie przy­tu­li­ła mnie ani nie za­py­ta­ła, jaki jest mój ulu­bio­ny przed­miot. Jej nie­bie­skie oczy wciąż ucie­ka­ły­na boki w po­pło­chu. Na ni­czym – a zwłasz­cza na mnie – nie by­ław sta­nie sku­pić wzro­ku dłu­żej niż se­kun­dę. W koń­cu na­gle wy­je­cha­ła – z pie­niędz­mi w gar­ści, obie­cu­jąc, że bę­dzie z nami w kon­tak­cie. Nie dała zna­ku ży­cia przez ko­lej­nych pięć lat.

Kie­dy po­ja­wi­ła się po raz dru­gi, tak­że wte­dy zma­te­ria­li­zo­wa­ła się pod na­szym do­mem bez żad­nej za­po­wie­dzi. Wy­da­wa­ło się wów­czas, że się ja­koś po­zbie­ra­ła – mia­ła ma­ki­jaż i wy­glą­da­ła o wie­le zdro­wiej. Nie pro­si­ła o pie­nią­dze – po­wie­dzia­ła, że chce tyl­ko mnie po­znać. Tym ra­zem oj­co­wie de­cy­zję po­wie­rzy­li mnie– czy chcę, żeby Lisa po­now­nie u nas zo­sta­ła? To była moja szan­sa. Mia­łam trzy­na­ście lat, ro­sły mi pier­si i nie­daw­no po raz pierw­szy do­sta­łam okres. Po­mysł, żeby mieć obok sie­bie mamę, był nie­zwy­kle ku­szą­cy. Nie­śmia­ło przy­tak­nę­łam i Lisa się wpro­wa­dzi­ła. Było świet­nie. Za­bie­ra­łam ją na moje ulu­bio­ne przed­sta­wie­nia na Broad­wayu, a na­wet gra­łam jej na gi­ta­rze pio­sen­ki, któ­rych wła­śnie się uczy­łam. Lisa opo­wia­da­ła mi o swo­ich po­dró­żach z ze­spo­ła­mi roc­ko­wy­mi po Eu­ro­pie, Azji i Ame­ry­ce Pół­noc­nej. Cho­dzi­ły­śmy na za­ku­py i do ko­sme­tycz­ki. Przed­sta­wi­łam ją na­wet Ma­xo­wi i Co­urt­ney.

I na­gle, po ja­kimś mie­sią­cu po­by­tu u nas, Lisa znik­nę­ła.Na ku­chen­nej szaf­ce zo­sta­wi­ła li­ścik, w któ­rym wy­ja­śnia­ła,że to wszyst­ko dzie­je się zbyt szyb­ko i że nie tak wy­obra­ża so­bie swo­je ży­cie. Przez wie­le ty­go­dni za­sy­pia­łam na po­dusz­ce mo­krej od łez.

Te­raz zno­wu tu jest – sie­dzi w na­szym sa­lo­nie po raz trze­ciw moim ży­ciu.

– Co ona tu robi? – za­py­ta­łam po­now­nie.

– Lucy – po­wie­dział Tata. – Usiądź z nami.

– Od­po­wiedz na moje py­ta­nie.

– Cho­dzi o to, że… – ostroż­nie za­czął Tata – Lisa chcia­ła­by się u nas na ja­kiś czas za­trzy­mać. Chy­ba po­win­ni­śmy wszy­scy prze­dys­ku­to­wać na­sze od­czu­cia w tej kwe­stii.

Po­czu­łam, jak­bym do­sta­ła obu­chem w gło­wę. Nie by­łam w sta­nie na ten te­mat te­raz roz­ma­wiać.

– Prze­no­cu­ję dziś u Co­urt­ney – po­wie­dzia­łam i po­bie­głam na górę.

Włą­czy­łam szyb­ko kom­pu­ter, żeby skon­tak­to­wać się z Co­urt­ney­oraz Ma­xem.

– Im­pre­zu­je­my dzi­siaj – na­pi­sa­łam krót­ki e-mail, po czym wy­szłam z domu.

Balujemy!

Zro­bi­my tak: na dzi­siej­szy wie­czór Lucy Mo­ore prze­sta­je ist­nieć – bły­snę­łam moją fał­szy­wą le­gi­ty­ma­cją. – Pa­mię­taj­cie, dziś na­zy­wam się Sa­man­ta Por­ter, mam 22 lata i stu­diu­jęw Fi­la­del­fii.

Była dzie­wią­ta wie­czo­rem. Pół­noc­ną li­nią me­tra to­czy­li­śmy się w kie­run­ku cen­trum No­we­go Jor­ku. Max i ja po­wie­dzie­li­śmy ro­dzi­com, że bę­dzie­my no­co­wać u Co­urt­ney, co zresz­tą za­mie­rza­li­śmy uczy­nić, ale do­pie­ro nad ra­nem. Mama Co­urt­ney mia­ła noc­ny dy­żur w szpi­ta­lu.

– Skąd ten na­gły głód przy­gód, Luce? – za­py­tał Max.

By­li­śmy pacz­ką przy­ja­ciół, któ­ra cho­dzi­ła ra­czej do te­atru, wy­po­ży­cza­ła fil­my i prze­sia­dy­wa­ła w ka­wiar­niach. Club­bing nie był w na­szym sty­lu. Fał­szy­we le­gi­ty­ma­cje mie­li­śmy tyl­ko dla­te­go, że, jak na­ka­zy­wa­ła sta­ra do­bra tra­dy­cja koła Ele­anor­Dra­ma, koń­czą­cy szko­łę ucznio­wie prze­ka­zy­wa­li młod­szym swo­je sta­re le­gi­ty­ma­cje.

– Mnie py­tasz? – za­py­ta­łam z prze­ką­sem. – Nie je­stem Luce. Mam na imię Sa­man­ta.

Co­urt­ney i Max jak na ko­men­dę prze­wró­ci­li ocza­mi. Ale przy­najm­niej prze­sta­li mnie drę­czyć py­ta­nia­mi. Nie mie­li po­ję­cia,że Lisa wró­ci­ła, a ja nie mia­łam za­mia­ru im o tym mó­wić. Dziś wie­czór ro­bi­łam so­bie prze­rwę od mo­je­go ży­cia.

– Oczy­wi­ście, Sa­man­to – od­po­wie­dział Max.

O dzie­sią­tej go­to­wi prze­tań­czyć całą noc sta­nę­li­śmy pod­klu­bem w Chel­sea, ale oka­za­ło się, że otwie­ra­ją do­pie­ro o pół­no­cy. By­łam roz­cza­ro­wa­na. Po­win­nam była do­kład­niej spraw­dzić go­dzi­ny.

– Co te­raz? – za­py­ta­ła Co­urt­ney.

– Cóż, te­raz znaj­dzie­my so­bie inne miej­sce – od­par­łam nie­znie­chę­co­na.