Wydawca: Burda Książki Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

Moje zdrowe przepisy. Część II ebook

Beata Pawlikowska  

3.66666666666667 (6)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 149 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moje zdrowe przepisy. Część II - Beata Pawlikowska

Zaczęłam gotować, bo chciałam być zdrowa.

Kiedy sprawdziłam w jaki sposób produkowana jest „żywność” sprzedawana w sklepach, zrozumiałam, że chyba nie mam wyjścia. Muszę nauczyć się gotować i stworzyć takie przepisy, które będą szybkie, łatwe i zdrowe.

I takie są przepisy w tej książce.

Każde danie gotuje się samo. Ja tylko wkładam do garnka składniki w odpowiedniej kolejności i wracam pół godziny później, kiedy jedzenie jest gotowe.
I jest pyszne!

Opinie o ebooku Moje zdrowe przepisy. Część II - Beata Pawlikowska

Fragment ebooka Moje zdrowe przepisy. Część II - Beata Pawlikowska

O prze­cin­kach

Lubię prze­cin­ki. Daję im ar­ty­styczną wol­ność, nie­skrępo­waną sche­ma­tem. Prze­ci­nek mówi cza­sem więcej niż słowo, za­trzy­mu­je myśl, od­dzie­la zna­cze­nia, a cza­sem na­da­je im nowy sens.

Także wte­dy kie­dy zni­ka.

I dla­te­go prze­cin­ki w tej książce są po­sta­wio­ne i znik­nięte zgod­nie z ar­ty­styczną wol­nością, wbrew za­le­ce­niom ko­rek­ty i na moją od­po­wie­dzial­ność.

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion

© 2014 Bur­da Pu­bli­shing Pol­ska Sp. z o.o.

Spółka Ko­man­dy­to­wa. All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © 2014 for the text, pho­tos, dra­wings and re­ci­pes

by Be­ata Paw­li­kow­ska

Bur­da Pu­bli­shing Pol­ska

Sp. z o.o. Spółka Ko­man­dy­to­wa

ul. Ma­ry­nar­ska 15, 02-674 War­sza­wa

Dział han­dlo­wy: tel. (48 22) 360 38 38, fax (48 22) 360 38 49

Sprze­daż wysyłkowa: Dział Obsługi Klien­ta, tel. (48 22) 360 37 77

Tekst, ry­sun­ki, zdjęcia oraz prze­pi­sy: Be­ata Paw­li­kow­ska

Pro­jekt okładki: Be­ata Paw­li­kow­ska i Ma­ciej Szy­ma­no­wicz

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: Be­ata Paw­li­kow­ska i Ma­ciej Szy­ma­no­wicz

ISBN 978-83-7778-921-6

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urządze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wystąpie­niach pu­blicz­nych tyl­ko za wyłącznym ze­zwo­le­niem właści­cie­la praw au­tor­skich

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

ROZDZIAŁ 1Pia­sko­wy pies

Kie­dyś jadłam wszyst­ko, co można kupić w skle­pie – mięso, ryby, słody­cze, jo­gur­ty, słone pa­lusz­ki, białe bułki, ser, szynkę, piłam wino, kawę i soki w kar­to­nach.

A po­tem prze­stałam.

Nie dla­te­go, że przeszłam na dra­styczną dietę.

Dla­te­go, że zaczęłam myśleć.

I zaczęłam spraw­dzać co na­prawdę znaj­du­je się w je­dze­niu, które w sie­bie wkładam i w jaki sposób za­war­te w nim sub­stan­cje działają na mój or­ga­nizm.

Wyszłam z bar­dzo pro­ste­go i lo­gicz­ne­go założenia: to co jem musi mieć wpływ na to jak się czuję. Tyl­ko jaki?…

Czy ist­nie­je możliwość, że je­dze­nie może mieć wpływ na moje sa­mo­po­czu­cie? Na nastrój? Na to czy mi się do­brze pra­cu­je? Na chęć do życia i działania? Na od­wagę w po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji? I na kon­se­kwencję w ich re­ali­zo­wa­niu?

I czy może mieć wpływ na to jak szyb­ko łapię prze­ziębie­nia? Na to, że nie lubię zimy? Na wygląd mo­jej skóry? Na wy­pa­da­nie włosów?

No i w ogóle na wszyst­ko, co składa się na mnie, taką, jaka je­stem tu i te­raz?

Może?…

Och, tak, i to na­wet nie wiesz jak bar­dzo.

Nie­spo­dzie­wa­nie uświa­do­miłam so­bie, że podróże po świe­cie to świet­na lek­cja różnych me­tod odżywa­nia. Wte­dy też za­uważyłam, że ist­nieją bar­dzo wyraźne różnice między ludźmi w zależności od tego, cze­go jest naj­więcej w ich kuch­ni. In­a­czej wyglądają, in­a­czej się za­cho­wują, mają inny błysk w oku.

Zaczęłam na to zwra­cać świa­do­mie uwagę i porówny­wać to co jedzą, z tym jak wyglądają i na co najczęściej cho­rują.

Po­tem przy­po­mniałam so­bie jak ja się czułam w różnych kra­jach. Gdzie podróżowa­nie wy­da­wało mi się trud­ne, a gdzie miałam tyle ener­gii, że bie­gałam przez cały dzień z apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym nie czując zmęcze­nia.

I znów od­kryłam, że naj­le­piej czułam się tam, gdzie było naj­zdrow­sze, pro­ste, gorące je­dze­nie – na śnia­da­nie, obiad i ko­lację.

Zaczęłam wyciągać pro­ste, lo­gicz­ne wnio­ski. Na­pi­sałam o tym dokład­niej w pierw­szym to­mie, czy­li „W dżungli zdro­wia”.

Nie­daw­no byłam na otwar­ciu no­we­go baru wegańskie­go w War­sza­wie. Przy­szli tyl­ko ci, którzy byli za­in­te­re­so­wa­ni taką kuch­nią. Roz­ma­wia­liśmy, je­dliśmy szpi­nak i ko­tle­ty wa­rzyw­ne, aż na­gle zo­rien­to­wałam się, że wszy­scy lu­dzie w tym ba­rze mają jedną wspólną cechę. Mają jasną, pro­mienną skórę. Na­prawdę. Taką, jak­by pod nią krył się wewnętrzny blask. Przy­sięgam.

Twa­rze lu­dzi, którzy jedzą mięso i twa­rze lu­dzi, którzy są we­ge­ta­ria­na­mi, mają zupełnie inną skórę. Sprawdź sam. To jest naj­prost­sze doświad­cze­nie, ja­kie można prze­pro­wa­dzić w każdym miej­scu na świe­cie.

A wiesz dla­cze­go tak jest?

Bo lu­dzie mięsożerni w na­szej za­chod­niej cy­wi­li­za­cji mają też całkiem inną duszę niż we­ge­ta­ria­nie. In­a­czej są w niej rozłożone ważności, pra­gnie­nia i świa­do­mość.

Za­raz to wyjaśnię.

Kie­dyś je­chałam sa­mo­cho­dem z moim do­brym zna­jo­mym. Była chy­ba so­bo­ta albo nie­dzie­la po południu. Pamiętam ciepłe po­wie­trze, kładące się na as­fal­cie pro­mie­nie słońca i pra­wie pu­ste uli­ce. Roz­ma­wia­liśmy o jego byłej żonie, świeżym roz­sta­niu, roz­wo­dach i małżeństwach, aż na­gle on krzyknął:

– Ojej, bie­da­czek!

Prze­je­cha­liśmy właśnie obok mar­twe­go psa leżącego na po­bo­czu.

– O, bied­ny pie­sek! – powtórzył Ja­rek z praw­dzi­wym żalem w głosie.

Spoj­rzałam na nie­go z za­sko­cze­niem. Mar­twy pies. Pew­nie ktoś go prze­je­chał. Czym tu się przej­mo­wać? Tym bar­dziej że przed chwilą roz­ma­wia­liśmy o tym dla­cze­go małżeństwa się roz­pa­dają i cze­mu lu­dzie, którzy kie­dyś przy­sięgali so­bie miłość, po­tra­fią być później dla sie­bie tak bez­li­tośni. Oszu­ki­wać, kłamać, sto­so­wać szan­taż emo­cjo­nal­ny i więzić sie­bie wza­jem­nie w związkach. Kto by się przej­mo­wał mar­twym psem?…

Wte­dy tego nie ro­zu­miałam.

Te­raz myślę zupełnie in­a­czej.

Wte­dy byłam zajęta tyl­ko sobą. W prak­ty­ce byłam skon­cen­tro­wa­na wyłącznie na za­pew­nia­niu so­bie tego, cze­go po­trze­bo­wałam do lep­sze­go sa­mo­po­czu­cia. Nie ob­cho­dziło mnie tak na­prawdę nic, co nie wiązało się z za­spo­ka­ja­niem mo­ich po­trzeb. To było z piętnaście lat temu, ale do dzi­siaj pamiętam pe­wien sen, który dużo o mnie mówił i wte­dy bar­dzo mnie po­ru­szył.

Śniło mi się, że jeżdżę mo­to­rem po mieście i załatwiam różne spra­wy. Robię za­ku­py, spo­ty­kam różne oso­by, prze­noszę ja­kieś pa­kun­ki, przy­go­to­wuję się do podróży. A krok w krok za mną cho­dzi pies. Nie znałam tego psa. Był duży, w ko­lo­rze pia­sko­wym, z fa­lującą sierścią.

Cho­dził za mną i chciał być mój.

A ja mówiłam, że nie chcę mieć psa.

A on mówił:

– Ale ja ci będę we wszyst­kim po­ma­gał.

– Ale ja nie po­trze­buję po­mo­cy – od­po­wia­dałam.

– Ale ja się na­uczę mówić po ludz­ku, żeby było łatwiej – na­ma­wiał mnie pies.

– Ale ja nie chcę mieć psa – od­po­wia­dałam i kręciłam głową.

Wsia­dałam na mo­tor i je­chałam da­lej. Pa­ko­wałam ogórki do siat­ki, a tam znów był ten pies i mówił:

– Będę nosił za cie­bie spra­wun­ki.

– Nie, dziękuję – od­po­wia­dałam upar­cie.

– Ale ja na­prawdę będę ci bar­dzo przy­dat­ny – pro­sił pies.

– Ale ja nie po­trze­buję psa, na­prawdę! – po­wta­rzałam.

– Na­uczyłem się jeździć na mo­to­rze! – prze­ko­ny­wał i miał na głowie kask.

– Nie, dziękuję, na­prawdę!

Je­chałam da­lej, ale gdzie­kol­wiek się po­ja­wiłam, on tam był. Pa­trzył na mnie i znów mówił, że na pew­no mi się przy­da. A ja od­po­wia­dałam:

– Nie, dziękuję. Ja nie po­trze­buję psa.

Aż w pew­nej chwi­li on stanął na­prze­ciw­ko mnie i po­wie­dział:

– Ale ja po­trze­buję cie­bie!

Za­mu­ro­wało mnie. Nig­dy wcześniej w taki sposób o tym nie myślałam. Za­wsze tyl­ko za­sta­na­wiałam się cze­go ja chcę, co będzie dla mnie przy­dat­ne i jak to zdo­być. Aż tu na­gle we śnie po­ja­wia się ktoś, kto mówi mi wprost, że to, cze­go ja po­trze­buję, jest równie ważne jak to, cze­go po­trze­buje on!

Ro­zu­miesz?

Cho­dzi o to, żeby zna­leźć równo­wagę pomiędzy sobą a świa­tem. Dbać o sie­bie, trosz­czyć się o swo­je po­trze­by i spełniać swo­je ma­rze­nia. Ale jed­no­cześnie być też otwar­tym na to, cze­go pragną i po­trze­bują inni.

To jest bar­dzo łatwe i bar­dzo trud­ne jed­no­cześnie.

Uwa­ga, to jest bar­dzo ważne:

Tak długo jak nie poukładasz so­bie wszyst­kie­go we własnej du­szy, będziesz się mio­tał między dwie­ma skraj­nościa­mi. Będziesz cza­sem aż do bólu sku­pio­ny na so­bie, ego­istycz­nie żądając, żeby inni lu­dzie spełnia­li two­je ocze­ki­wa­nia i do­sto­so­wy­wa­li się do two­ich żądań i wy­ma­gań.

A po­tem będziesz czuł po­trzebę od­da­nia sie­bie in­nym, będziesz się poświęcał, za­nie­dby­wał własne po­trzeby, żeby tyl­ko dać komuś przy­jem­ność i za­spo­ko­je­nie.

A czy wi­dzisz, że w obu tych skraj­nych przy­pad­kach podświa­do­mie trak­tu­jesz in­nych in­stru­men­tal­nie i zwy­czaj­nie wy­ko­rzy­stu­jesz ich do swo­ich celów?

Naj­pierw żądasz, żeby inni spełnia­li two­je ocze­ki­wa­nia. Szan­tażujesz, sta­wiasz wy­ma­ga­nia, wa­run­ki, określasz ocze­ki­wa­nia i wyrażasz swo­je nie­za­do­wo­le­nie z tego, że jest nie tak, jak byś chciał. Nie tak, jak ty żądasz. Nie tak, jak so­bie życzysz.

A po­tem masz wy­rzu­ty su­mie­nia. I wte­dy używasz in­nych, żeby je stłumić, żeby ich nie słyszeć i po­czuć się le­piej. Więc poświęcasz się, narażasz własne zdro­wie albo i życie, sta­jesz się najsłod­szym i naj­bar­dziej uczyn­nym człowie­kiem pod słońcem, żeby za­skar­bić czyjąś wdzięczność. To jest ma­ni­pu­la­cja. Wiem, że nie ro­bisz tego ce­lo­wo i nie piszę tego po to, żeby wywołać w to­bie po­czucie winy. To jest działanie two­jej podświa­do­mości, nie­za­leżne od two­jej ra­cjo­nal­nej woli. Podświa­do­ma ma­ni­pu­la­cja, która ma dla cie­bie zdo­być lepszą sa­mo­ocenę i po­czucie bez­pie­czeństwa.

Ro­zu­miesz?

Mio­ta­nie się między skraj­nościa­mi nie ma nic wspólne­go z praw­dziwą do­bro­cią, ze szcze­rym współczu­ciem, czy­li z umiejętnością zro­zu­mie­nia sy­tu­acji, w ja­kiej znaj­du­je się ktoś inny.

Praw­da leży pośrod­ku, czy­li w umiejętności osiągnięcia równo­wa­gi pomiędzy sobą a in­ny­mi.

ROZDZIAŁ 2Małgo­sia i Piotr

Two­im obo­wiązkiem jest dbać o swo­je zdro­wie i życie.

Kie­dy je­steś zdro­wy i sil­ny, po­tra­fisz ja­sno myśleć i po­dej­mo­wać ra­cjo­nal­ne de­cy­zje. Tyl­ko wte­dy je­steś w sta­nie sku­tecz­nie pomóc komuś, kto tej po­mo­cy po­trze­bu­je.

Ro­zu­miesz?

Kie­dy dbasz o sie­bie, czy­li kie­dy świa­do­mie po­dej­mu­jesz ta­kie de­cy­zje, żeby od­po­wied­nio dużo spać, zdro­wo jeść i pro­wa­dzić ak­tyw­ny tryb życia, je­steś w sta­nie wewnętrznej har­mo­nii ze swo­im or­ga­ni­zmem. Tyl­ko wte­dy możesz być także w har­mo­nii ze świa­tem zewnętrznym.

I wte­dy nie wy­ma­ga to od cie­bie żad­ne­go wysiłku, bo dzie­je się po pro­stu w sposób na­tu­ral­ny.

Mówiąc in­a­czej: kie­dy za­opie­ku­jesz się swo­im or­ga­ni­zmem w taki sposób, żeby do­star­czać mu re­gu­lar­nie do­bre­go, zdro­we­go pożywie­nia, wody i tle­nu, to twój umysł, du­sza i ciało będą działały w naj­lep­szy możli­wie sposób. Będziesz miał ja­sne myśli, czy­sty umysł, ra­dosną duszę i zdro­we ciało.

Wte­dy w naj­lep­szy możliwy sposób będziesz mógł się opie­ko­wać swo­imi dziećmi, psa­mi, ko­ta­mi i in­ny­mi oso­ba­mi, za które je­steś od­po­wie­dzial­ny.

I na­prawdę to wszyst­ko zależy głównie od tego co jesz, co pi­jesz, ile śpisz i ile cza­su spędzasz na świeżym po­wie­trzu.

NA­PRAWDĘ.

Myślisz, że niektórzy lu­dzie są mądrzej­si od cie­bie? Że im wszyst­ko łatwiej przy­cho­dzi, że mają więcej szczęścia, więcej in­te­li­gen­cji, więcej siły woli i in­nych za­let, które ty też chciałbyś mieć?

Na­prawdę?

A czy byłbyś gotów włożyć trochę wysiłku w zdo­by­cie dla sie­bie ta­kie­go faj­ne­go życia?

Se­rio?

Czy gdy­bym podała ci spraw­dzo­ny, gwa­ran­to­wa­ny sposób na to, żeby mieć więcej siły, więcej od­wa­gi, więcej mądrości, więcej wewnętrznej mocy, więcej po­mysłów, więcej kon­se­kwen­cji w działaniu, więcej in­te­li­gen­cji, więcej szczęścia, więcej radości, to czy chciałbyś ten sposób wypróbować?

Wy­obraź so­bie, że nie mu­sisz płacić tysiąca do­larów za po­zna­nie tej ta­jem­ni­cy. Masz ją za dar­mo, dostępną na­tych­miast, bez żad­nych zo­bo­wiązań.

Kil­ka mie­sięcy temu po­znałam pana Pio­tra. Kon­kret­ny Ślązak z Cho­rzo­wa. Jak umówiliśmy się na 9.50 w ho­te­lu, to był o 9.45, żeby się nie spóźnić. Jak za­py­tałam jak długo je­dzie się z ho­te­lu do par­ku, bez wa­ha­nia od­rzekł:

– Czte­ry mi­nu­ty.

Kie­dy za­py­tałam jak długo pie­cze chleb, od­rzekł:

– Sześćdzie­siąt pięć mi­nut.

Nie go­dzinę ani nie „coś około sześćdzie­sięciu mi­nut”, tyl­ko dokład­nie mi­nut sześćdzie­siąt pięć.

Pan Piotr ma własne przed­siębior­stwo, żywe spoj­rze­nie, żonę i dwo­je do­rosłych dzie­ci. I ma też pew­ne nie­zwykłe od­kry­cie.

Ale za­cznę od początku.

Jego żona, za­wsze uśmiech­nięta Małgo­sia, za­uważyła, że mąż jakoś gru­bie­je od pew­ne­go cza­su. Trze­ba mu kupić nowe, większe spodnie. Na­wet prze­sta­je się mieścić w fo­te­lu. A brzuch ma już taki wiel­ki, że za chwilę nie będzie w sta­nie zo­ba­czyć czubków swo­ich butów. I po­sta­no­wiła jakoś temu za­ra­dzić.

– No! – wtrącił się pan Piotr ze śmie­chem. – To praw­da! Ważyłem co­raz więcej! I co­raz trud­niej było mi się po­ru­szać!

– No ale dla­cze­go? – za­py­tałam. – Co pan jadł?

Roześmiał się z pew­nym zakłopo­ta­niem, jak­by trochę wsty­dli­wie.

– Po pra­cy wra­całem do domu – zaczął. – Sia­dałem przed te­le­wi­zo­rem i jadłem żółty ser z ma­jo­ne­zem. No tak, wie pani, kroiłem żółty ser w kawałki i ma­czałem w słoiku z ma­jo­ne­zem.

– No i słody­cze! – do­rzu­ciła Małgo­sia. – Przed snem sia­da­liśmy so­bie i wci­na­liśmy różne cze­ko­lad­ki.

– No! Dużo tego było!

– No i po­tem?…

– No i pomyślałam, że muszę jakoś tego mo­je­go męża namówić do zmia­ny. I za­pi­sałam nas wszyst­kich na wi­zytę u die­te­ty­ka.

– Zgo­dził się?

– Wszedłem do ga­bi­ne­tu i po­wie­działem: jeżeli pan mi każe prze­stać pić kawę i jeść mięso, to od razu wy­chodzę!

– I co on na to?

– Po­wie­dział, że nie muszę. No to zo­stałem.

– I do­stał jadłospis roz­pi­sa­ny na każdy dzień.

– Pięć posiłków dzien­nie. I przy każdym było na­pi­sa­ne co zjeść, o której go­dzi­nie i ile.

– I za­sto­so­wał się pan do tych za­le­ceń?

– Przez pierw­szy ty­dzień było dosyć ciężko – przy­znał pan Piotr. – A po­tem już łatwo. Ale naj­dziw­niej­sze było to, jak wszyst­ko od razu się zmie­niło! No, po pro­stu wszyst­ko!

– Ale co dokład­nie?

– No, choćby to, że wcześniej mu­siałem co­dzien­nie położyć się na drzemkę po południu, bo byłem tak zmęczo­ny, że po pro­stu padałem z nóg. Co­dzien­nie. Po pro­stu przy­cho­dził taki mo­ment, że już nie dawałem rady. A od kie­dy zmie­niłem dietę – jak ręką odjął! Po pro­stu jak­by mi ktoś odjął dzie­sięć lat!

– No i prze­stałeś chra­pać! – zawołała Małgo­sia. – Boże, jak on wcześniej chra­pał! W całym domu było słychać! Na­wet dzie­ci mi mówiły: Mamo, jak ty możesz spać w nocy?! Bo na­wet u nich w po­ko­jach było słychać to chra­panie!

– No, to było nie­sa­mo­wi­te! Po pro­stu z dnia na dzień prze­stałem chra­pać! Tyl­ko dla­te­go, że zmie­niłem je­dze­nie!

Śmia­li się obo­je ser­decz­nie i głośno. Pan Piotr kle­pał się po ko­la­nach, a Małgo­sia pa­trzyła na nie­go z dumą.

– No i jesz­cze coś – przy­po­mniał so­bie pan Piotr. – Bo wcześniej ciągle cier­piałem na zgagę. I za­wsze w domu pod ręką mu­siały być ta­blet­ki na zgagę, bo wie­działem, że jak coś zjem, to od razu będę się źle czuł.

– I też przeszło? – domyśliłam się.

– No po pro­stu, nig­dy bym nie uwie­rzył!!! Le­kar­stwa na zgagę wy­rzu­ciłem do ko­sza, bo prze­stały mi być po­trzeb­ne!

– Tak, tak – uśmie­chała się pani Małgo­sia. – Po pro­stu samo przeszło jak zaczął się le­piej odżywiać.

– Zrzu­ciłem dwa­dzieścia kilo przez pierw­szy rok! A po­tem jesz­cze czte­ry ki­lo­gra­my. A naj­bar­dziej nie­zwykłe jest to, jak zmie­niło się moje sa­mo­po­czu­cie! Jem te­raz mniej niż kie­dyś, ale mam więcej siły! I więcej ocho­ty, żeby coś zro­bić! I to wszyst­ko tyl­ko z je­dze­nia!

– A uwie­rzyłby pan gdy­by ktoś panu po­wie­dział kie­dyś, że wy­star­czy zmie­nić sposób odżywia­nia się, żeby czuć się le­piej, mieć więcej siły i chęci do działania? – za­py­tałam.

– No, pew­nie nie! Cho­ciaż nie wiem – po­pra­wił się pan Piotr. – Może wte­dy jesz­cze nie byłem na to go­to­wy. Tak jak te­raz nie je­stem go­to­wy, żeby prze­stać jeść mięso. Ale te­raz już nie mówię, że nig­dy tego nie zmie­nię, bo te­raz już wiem, że wszyst­ko jest możliwe!

– A jak­by ci ktoś po­wie­dział jesz­cze pięć lat temu, że będziesz sam piekł w domu chleb, to byś uwie­rzył? – roześmiała się Małgo­sia.

– O, nig­dy! – zawtórował jej pan Piotr. – Nig­dy w życiu! Ja i pie­cze­nie chle­ba? No coś ty?!

– A te­raz? Raz w ty­go­dniu wy­ra­bia cia­sto z za­kwa­sem, raz, dwa, od­sta­wia do wyrośnięcia, po­tem zno­wu wy­ra­bia, do­da­je różnych na­sion i co tam jest pod ręką, wsta­wia do pie­ca i mamy własny chleb!

– Z su­szoną żura­winą, z orze­cha­mi, ostat­nio dodałem też ro­dzyn­ki – uzu­pełnił pan Piotr. – A za­kwas mamy od pani Pe­la­gii z Pod­la­sia. I to od niej się zaczęło.

– Przy­wo­zi­liśmy od niej spe­cjal­nie do­mo­we wędli­ny, do­bre wa­rzy­wa i świeży chleb. A po­tem pomyśleliśmy – a gdy­by tak mieć własny za­kwas i robić własny chleb?

– No właśnie! – śmiał się pan Piotr. – Gdy­by mi ktoś kie­dyś po­wie­dział, że tak się zmie­nię, to bym nie uwie­rzył! Ale te­raz czuję się tak do­brze, jak nig­dy przed­tem! I to wszyst­ko tyl­ko z je­dze­nia!

Za­py­tałam cię przed chwilą czy gdy­bym podała ci spraw­dzo­ny sposób na to, żeby mieć więcej siły, więcej od­wa­gi, więcej mądrości, więcej wewnętrznej mocy, więcej po­mysłów, więcej kon­se­kwen­cji w działaniu, więcej in­te­li­gen­cji, więcej szczęścia, więcej radości, to czy chciałbyś ten sposób wypróbować.

Co wte­dy pomyślałeś?

Że tak?

No to proszę bar­dzo:

Jedz zdro­wo – pełno­war­tościo­we, nie­wiel­kie, ciepłe posiłki kil­ka razy dzien­nie.

Śpij tyle, ile po­trze­bu­je twój or­ga­nizm.

Spędzaj co naj­mniej go­dzinę na świeżym po­wie­trzu.

TO JEST NA­PRAWDĘ TA­KIE PRO­STE.

Dzięki temu twój umysł, two­ja du­sza i two­je ciało działają bez przeszkód i bez ogra­ni­czeń.

Two­ja du­sza się cie­szy.

Twój umysł osiąga pełen po­ten­cjał.

Two­je ciało samo re­gu­lu­je swoją wagę, sta­je się spraw­ne i szczupłe.

Na­prawdę.

ROZDZIAŁ 3O sno­bach i dziw­no­lud­kach

Kie­dyś myślałam, że we­ge­ta­ria­nie to nie­szko­dli­wi wa­ria­ci, którzy usiłują coś za­ma­ni­fe­sto­wać za po­mocą je­dze­nia. Albo ogra­ni­czają so­bie dietę, żeby podświa­do­mie po­pra­wić po­czu­cie własnej war­tości. A we­ga­nie? To tacy trochę bar­dziej na­wie­dze­ni lu­dzie, którzy nie mają większych zmar­twień, więc zaj­mują się zwierzątka­mi, kwiatka­mi i od­ma­wiają so­bie nie tyl­ko mięsa, ale także mle­ka, sera i ja­jek.

Tak kie­dyś myślałam. Gdy­by mnie ktoś wte­dy za­py­tał, to od­po­wie­działabym oczy­wiście ja­kimś ład­nym, okrągłym zda­niem – że każdy ma pra­wo do wy­bo­ru i że sza­nuję de­cy­zje in­nych lu­dzi. Ale w głębi du­szy chy­ba trochę się z nich naśmie­wałam i tak na­prawdę uważałam ich trochę za mi­to­manów, trochę za za­gu­bio­nych dziw­no­ludków, trochę za nie­szko­dli­wych sza­leńców.

Trochę może na­wet nimi po­gar­dzałam za to, że – jak mi się wy­da­wało – prze­sa­dzają z dbałością o sie­bie, są zbyt de­li­kat­ni i udają nie­win­nych.

To nie były ra­cjo­nal­ne myśli mo­je­go świa­do­me­go umysłu, a tyl­ko podświa­do­me opi­nie po­wstałe z różnych ste­reo­typów, uprze­dzeń i szczątko­wych in­for­ma­cji, ale to właśnie one rządziły w mo­jej du­szy.

To było bar­dzo daw­no temu. Piszę o tym te­raz, bo wiem, że praw­do­po­dob­nie też tak myślisz. Nie obu­rzaj się. Nie za­rzu­cam ci ni­cze­go złego. Zo­bacz – sama naj­pierw przy­znałam się, że dopóki nie­wie­le wie­działam na te­mat we­ge­ta­rian, trak­to­wałam ich z pobłażaniem, po­li­to­wa­niem i lek­ce­ważąco. I robiłam to nie dla­te­go, że byłam złym człowie­kiem, ale dla­te­go, że w mo­jej podświa­do­mości ist­niał taki właśnie nie­praw­dzi­wy, znie­kształcony, kpiący ob­raz kogoś, kto wy­rze­ka się mięsa, żeby coś na tym zy­skać.

I te­raz.

Wiem, co możesz o mnie pomyśleć. Wiem, że możesz czuć do mnie niechęć, bo być może po­czu­jesz się za­ata­ko­wa­ny. Może pomyślisz, że je­stem sza­lejącym ak­ty­wistą, który za wszelką cenę chce wszyst­kich zmu­sić do tego, żeby też prze­sta­li jeść mięso. Albo pomyślisz, że się wywyższam, bo chcę ci udo­wod­nić, że mój punkt wi­dze­nia jest lep­szy od two­je­go, a ja je­stem lep­szym człowie­kiem niż ty.

Tak nie jest.

Sza­nuję twój wybór.

Chcę ci tyl­ko po­wie­dzieć co zro­zu­miałam w życiu na te­mat we­ge­ta­ria­ni­zmu.