Moje Zakręty - Darek Rogers - ebook
Opis

To, co tutaj przedstawiłem to tylko małe fragmenty moich przeżyć, moich podróży, moich obserwacji, moich frustracji, moich radości, mojej miłości oraz kilka czarnobiałych fotografii namalowanych przeze mnie muzycznych obrazów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 96

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Darek ‌Rogers

Moje Zakręty

© Darek Rogers, 2016

To, co ‌tutaj przedstawiłem to tylko małe ‌fragmenty moich przeżyć, moich ‌podróży, ‌moich ‌obserwacji, moich frustracji, moich ‌radości, mojej miłości ‌oraz kilka ‌czarnobiałych ‌fotografii ‌namalowanych przeze ‌mnie ‌muzycznych obrazów. Sam do ‌końca nie jestem przekonany, ‌czy wybrałem te ‌właściwe, ale ‌jestem przekonany, ‌że było ‌warto przeżyć to, czytając, ‌raz jeszcze.

ISBN 978-83-8104-041-9

Książka powstała w inteligentnym ‌systemie wydawniczym ‌Ridero

Życie ‌pełne zakrętów ma swój ‌smak i nie jest ‌nigdy ‌nudne, ‌ale można przy ‌tym zachować przyzwoitość — ‌Darek Rogers

Rozdział IWiersze i teksty ‌piosenek — ‌wybrane przypadkowo

Maluj swój świat

Żyjesz w niespokojnych latach,

Czasami przeszłością, czasami do przodu,

Czasami z dnia na dzień nie oglądając się wstecz

Wciąż szukasz swojej drogi, chcesz dokądś dojść

Ktoś zadaje pytania, Ty nie szukasz odpowiedzi

Choćbyś bardzo się starał i tak nikogo to nie

obchodzi.

Kiedyś polecisz sam do nieba bram w swoim śnie

Wyprostujesz zakręty, wygładzisz wzgórza

w myślach swoich

Nie musisz tłumaczyć, zrobisz jak chcesz, dla siebie,

czy dla innych

Miłe fragmenty życia zostaną zawsze zapisane

w Tobie

Dziwne zdarzenia, niedokończone rozmowy, złote

strumienie,

Wiatr wiejący do Ciebie muzyką z każdej odległej

nawet strony.

Po co komu dłoń, która nie trzyma innej dłoni,

Po co komu oczy, które nie spotkają innego wzroku

Po co komu przyjaźń martwa w samotności

Po co, tak często wymawiane.

Kiedy ktoś powie nie warto, ty to zrób

Kiedy ktoś powie przestań, ty dalej mów

Struny ktoś zabierze Ty sobą graj

Maluj zawsze sam swój własny świat.

W dniu urodzin

Przepraszam, z góry, pierwszy raz,

choć myśli dziwne wokoło,

Przepraszam, niewiele kosztuje mnie,

a proste nigdy nie jest,

Przepraszam, za to, co napisałem,

że właśnie dzisiaj to śpiewam

Przepraszam, za tu i teraz

że nie umiałem inaczej

Przepraszam, wielokrotnie, a jakby raz

za przypomnienie ile już dzisiaj

za przypomnienie ile już dzisiaj

ile już dzisiaj masz lat, ile masz lat

Życia opowieść

Idziesz przez świat, kochasz ludzi

Czasami ktoś zatrzyma Ciebie

Chce z Toba razem iść

Chce z Toba razem iść

Dajesz mu wszystko, czego nie ma

Czy możesz więcej, pokarze czas

Pokarze czas, czas pokarze

To takie miłe coś komuś dać

Bez słowa, tak po prostu

Zawieje ciepły wiatr

Zrozumienia, zrozumienia i miłości

Zatrzymać czas, niejeden chce

Różnych sposobów się imając

Twoja opowieść, nigdy

Nigdy nie zakończy się, nie zakończy się.

Tak łatwo

Zburzyć można tak łatwo

Zbudować trudniej jest

Na Świecie pełnym fałszu

Cierpienia, bezsensu i łez

Jedno słowo za dużo powiedziane

Jeden niewłaściwy gest

Szyderczy uśmiech za plecami

Uwolnić od tego nie można się

Mówić już nie chce nikt

Słuchać już dawno przestano

Czasami tylko znajdzie się ktoś

Kto wyszepta słowa — nie pozwalam

Wygodniej jest żyć nam z boku

Pokazać palcem, odwrócić wzrok

Przywalić komuś znienacka

Przecież lustro zasłonięte jest.

Twój mózg

Szalony pojazd myśli twoich

Przemknął ulicą marzeń i snów

Jedynym przejściem nieoznaczonym

Przefruniesz kiedyś na drugi brzeg

Doczekasz spełnień marzeń i snów

Siedząc w kawiarni naprzeciwko

W szalonym tempie łyków stu

Kwiatów nie tylko w butonierce

Kumple, telewizor i piwko

Czy tylko na to ciebie stać

Olewaj wszystko i wszystkich wokoło

Nie dbaj o stolik, przy którym jesz

O książki nigdy nieprzeczytane

O tornister i mózg swój też.

Postanowienie

Budzisz się rano i postanawiasz,

źycie swe zmienić od dzisiaj

Ścielisz łóżko, myjesz zęby,

Sprzątasz wczorajszy zły dzień.

Wyprasowany na glanc i uczesany

Zjadasz wzorowo mleczną zupkę

Idziesz do szkoły wcześniej niż zwykle

I w pierwszej ławce robisz notatki

Ale po lekcjach koleś cię woła

No i dziewczyny machają do ciebie

Chwilę pomyślisz o tym poranku

I postanowisz.. od jutra zmiana.

Już czas zmienić świat

Już czas, a może nie.

A może nie, a może nie.

A może nie.

Zimowy sen

Wystarczy dotyk, ciepłe wspomnienie

Uśmiech, dwa słowa mailem wysłane

I czasem tylko głos twój w słuchawce

Pomoże przetrwać kolejny poranek

Szaro za oknem, rozwiane myśli

Ostatnie ptaki już odlatują

Szeleszczą liście pod stopami

Puste ławeczki w parku moim

I tylko czasem usłyszę Twój głos

Gdzieś w tłumie na deptaku

Zatrzymam się, rozejrzę się

To tylko w mojej głowie gra

Wiosna nadejdzie przecież po zimie

W blasku porannych promyków

Z długiego snu Świat się obudzi

I będzie jak dawniej- cieplutko- powiesz.

Koperta

Pokręcone jest całe życie

Pokręcony cały świat

Ci, co biorą i ci, co dają

Kręcą też, nakręcają nas.

Koniak przechodni, koniak przechodni

Zostały flaszki, płyn wylał się.

Wszyscy chcą wyrwać kopertę

Nie wszystkim dawać się chce

Światem kręcą mali ludzie

Twarze w chmurach schowali swe

Niech wsadzą sobie koperty te

I niech mnie więcej nie kręcą

Wolę spić tanie winko swoje

I się nim mocno nakręcić.

Firmówka

Z ławki w mym parku zsunął się ktoś,

Pijany, naćpany taki jak ty gość,

Nie wiedział gdzie jest odpłynął w dal

Przechodząc obok pomyślałem nie jest mi żal.

Koło mego domu siedzi sobie ktoś,

Leży przed nim kapelusz i w nim jeden grosz

Szare oczy wpatrzone na mnie przenikliwie

Spoglądam przez ramię i nie jest mi żal.

Ktoś wpadł pod auto inny z mostu spadł

Młoda dziewczyna przyćpała na śmierć

Ktoś wziął znów w łapę za obiecanki

Oglądasz to wszystko i nie jest ci żal.

Nie rusza nas nic

Nie wiemy gdzie iść

Firmówka nasz znak

Prowadzi nas dziś.

Wielorybi paw

Czasem ogarnia mnie chęć

Nieodparta i nieracjonalna

Wyjść na ulicę sobie ot tak

I dać po prostu komuś w twarz

Potem do knajpy pójść

I upijając się jak świnia

Nie obrażając przy tym świń

Wypuścić pawia jak z wieloryba

I tak przez resztę życia

Utrzymując swój stan błogi

Nie dopuszczając do kaca

Spijając napoje wyskokowe

Bo cóż warte jest nasze

Trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość

Wyschnięte wokoło słone jeziora

I tylko wódzia wytrzyma to wszystko

Pech

Pechowy dzień otworzył oczy

I zajrzał do pokoju twego

Jak zwykle wstałeś lewa nogą

Nie przykładając się do tego

Siedząc na kubkiem z herbatą

Słuchając wiadomości i jakiejś chały

Przygryzasz bułeczkę maślaną

Jak zawsze odpływasz myślami

Jak zwykle dzień zleci ci cały

Na piciu, jedzeniu, słuchaniu

Nie zrobisz nic sensownego

Poranny pech na noc ci zostanie.

Uśmiech

Wychodzisz rano ze swojej klatki

Przechodzisz przez swoja ulicę

Kłaniasz się znajomym odwracając głowę

Szarość ogarnia Ciebie znowu.

Pochmurne dni przyjmij z pokorą

Idąc do Słońca się śmiej

Zarzuć na ramie obłok różowy

Nie deptaj trawników, będzie ci lżej

Uśmiechnij się do siebie,

Uśmiechnij się do siebie,

Zostaw grymas innym

Marzenie

Psa wyprowadzasz na spacer

Masz w końcu chwilę dla siebie

Żona nie rzęzi nad głową

Dzieci nie mącą spokoju.

Dzieci nie mącą spokoju.

Uśmiech pojawi się na twarzy

Patrząc na ławkę z dziewczętami

Wciągniesz swój brzuszek sprężysz krok

Zapomnisz o wszystkim ważnym

Piękne wokoło są alejki

kwiaty w parku pachnące

Ptaszki świerkają, świerszcze bzykają

żona i dzieci wołają.

Cafe shop

Otwarte granice, można jechać, gdzie się chce

Spakuję walizę wyjdę z domu

Bez telewizji, radia, prasy będę szedł

Do cafeshopu gdzie czeka ktoś mnie

Jesteś, jesteś, jesteś wolny

Bez zakazów i nakazów

wszystkich tych i tamtych bzdur

Co trzymały cię. Co trzymały cię. Co trzymały cię.

Do cafe shop wjadę otwarty

kelner mi poda kolor ziemi

zagra kapela bluesa znad Warty

I kolorowa muzyka ogarnie mnie.

Jesteś wolny, jesteś wolny

Bez zakazów, bez nakazów

I wszystkich tych bzdur

Co trzymały cię.

Oddajcie Księżyc

Na zawsze jajami związani

małe okrągłe kaczory dwa

Do końca niespełnieni

zadyma wokoło to ich plan

Już od najmłodszych lat

Lekką ręką chcieli brać

Nie dając w zamian nic

Pustych frazesów pełna garść

Głupawe miny z telewizora

budzą nas rankiem kładą spać

zewsząd ciemność Świat spowija

brakuje blasku, zabraknie nas.

Oddajcie Księżyc złodzieje

Oddajcie Księżyc i już

Bez jego blasku, bez jego blasku

Smutny jest nasz Świat.

PRL — bis

Cztery kotlety ziemniaczane

Podała kelnerka na jednym talerzu

Ogórek kiszony, ziemniaki bryzgane

Przy tobie z wydętych szerokich ust

z wydętych szerokich ust

Schabowy zamawiasz w sklepie

kiełbaski pachnące miętą

Z bułeczką od Krasińskiego

Dostajesz ryj świński uśmiechnięty

ryj świński uśmiechnięty

I w elektrycznym czeka cię przygoda

Gdzie kable stoją wyprostowane

Z długopisami w swych małych dłoniach

Na nosie, na nosie ci grają

Wszyscy donoszą na wszystkich

Siedząc wieczorem przy świecy

Długopis jak zawsze rozgrzany

Adresat wszystkim jest znany

Kochany Dres

Poszedłeś z dziewczyna z sąsiedniej ulicy

Na disco grające muzykę nieznaną

Podałeś jej colę z lodem i piwem

Łańcuch na szyi błyszczał jak nowy

DJ ogolony na łysą pałę

Puszczał muzykę techno- polową

Panienki piszczały, grzały gorzałkę

Kolesie w łańcuchach coś znowu wciągali

Gościu bez szyi porwał dziewczynę

spadaj! powiedział i dał w ryja

wstałeś z parkietu, przyszła poprawka

łańcuch straciłeś i przednie zęby

Dres, dres nasz kochany

Dres, dres nasz kochany

Trzy paski na boku

Orzech wyprasowany

Miłość, muzyka

Powieki opadają same

Cholernie spać się chce

Tyle nocy nieprzespanych

Wszystkiego odechce się

Leżysz w wyrku na wznak

I robić nie chcesz już nic

Przespałeś swój najlepszy czas

Na margines wypadłeś już

Codzienne pukanie do drzwi

Każdy pomóc tobie chce

A ty w kolorowym śnie

Staczasz na samo dno się

Nie ma dla ciebie już nic

Wartości spłynęły kanałem

Do rzeki pełnej nicości

Z brzegiem poszarpanym

Zbyt wielu takich jak ty

Samotnie zasnęło w mroku

A przecież to takie proste

Miłość, muzyka i spokój.

Praca

Nie pójdę więcej do pracy

Dla niego nie zrobię już nic

Wypiję poranną pachnącą kawę

Resztki godności obronię dziś.

Usiądę w głębokim fotelu

Spojrzę przez okno w dal

Policzę obłoki na niebie

Dla siebie to będę miał

Smuga cienia za drzewami schowana

Marząca by przeżyć poranne promienie

Wyparuje gdzieś poza horyzont

Nie zostawi nawet wspomnienia

Wyjdę z domu bosymi stopami

Przejdę się po soczystej zieleni

W parku ławeczki ktoś pomalował

Przyszedł do pracy, biedny ziemianin.

Mała

Przychodzisz tu zwykle w każdą noc

Wypijasz szklaneczkę brandy z lodem

Zamieniasz z barmanem parę słów

Szukasz jej wzrokiem lustrując salę

Mała mulatka przyszła tu kiedyś

Zajęła twoje miejsce przy barze

Wypiła szklankę twojego napoju

I zostawiła zapach.....wspomnienie

Pamiętasz ją jakby przez mgłę

I to Cię jeszcze tu trzyma

Ocierając się o nocną tajemnicę

Którą tutaj mała zostawiła

Siedzisz przy barze jak zawsze

Spokojny o dziś i jutro swoje

Oczy jak zwykle rozmarzone

Mała jak mgiełka przy jest tobie.

Winko

Siedzisz jak zwykle na ławce przed sklepem

Spijasz swe winko bez marki i szaty

Studzisz powoli wrzące półmyśli

Pogrążasz się na swoim dnie

Pogrążasz się na swoim dnie

Znika powoli brzeg za horyzontem

Wir ciemności wciąga Ciebie znowu

Nieważne czy oczy masz otwarte

Nie widzisz nic, nie widzi Ciebie nikt.

A kiedy Słońce przywróci cię życiu

I głowa jak żona naparza znowu

Wzrok wytęż poszukaj swój koszyk

I kup swoje winko bez marki jak ty.

I kup swoje winko bez marki jak ty.

Etykieta przylepiona

W metrykę wpisana

Zmienić już nic, Nie może Ciebie

Zmienić już nic, Nie może Ciebie

Promienie

Ciepła dłoń podana przez lustro

Ogrzewa zmarznięte serce twoje

Wieczorny przypływ przynosi uczucie

Odchodzi jak zawsze ze wschodem słońca

Próbujesz obudzić się kolejny raz

W porannym brzasku pierwszych promieni

Zatrzymać w sobie choćby małe okruchy

Obrazy zamglone gdzieś w oddali

Żaluzja życia przesłoni słońce

Może uczucie zagości w twym domu

W ciemności przytulisz je mocno do siebie

Zegar na ścianie zatrzyma się znowu.

Zegar na ścianie zatrzyma się znowu.

Zegar na ścianie zatrzyma się znowu.

Kolory

Scena już znika za powiekami

Muzyka ściszona gdzieś w oddali

Nie nucisz już nawet jej dokładnie

Szum wiatru we włosach gra

Wypadłeś z obiegu, bo chciałeś tego

Wylądowałeś gdzieś na zadupiu

Gdzie rytm twój wyznacza paru facetów

W czarno- czerwonych strojach

Nie wrócisz już tutaj nawet przypadkiem

Nie czeka na ciebie ze słowem już nikt

Wszystko wokoło zmieniło barwy

Na szare i szaro- zielone

Stary przyjaciel stoi na scenie

Od dawna utwory śpiewa Twoje

Tłum ludzi faluje muzyka ich niesie

A ciebie już nie ma, już nie ma

Kolory zmieniają się

Jak liście spadają

Kolory zmieniają się

A Ty, a Ty nie

Przestroga

Panienki przychodzą na koncert

Takie, że aż zapiera dech

Musisz odśpiewać swoją kwestię

Choć zerwałbyś do nich się

Stoisz z mikrofonem w dłoni

Język jakoś plącze się

I tylko dotrwać do końca

Kasa potrzebna ci jest.

Zaprosisz je wszystkie do siebie

Niezwykłe dziewczyny z koncertu

Położysz na wielkim łożu

Namiętność rozgrzeje twoje serce

Poranek, koszmarem się okaże

Bez głowy znowu obudzisz się

Bez kasy, pamięci i smaku

Z piekącą częścią ciała na d.

Swojsko

W pokojach hotelowych gwar

Windziarz naciska góra — dół

Beznamiętny portier wita nas

Smutny boy otwiera drzwi

Pokój przed tobą jak z obrazka

Ogromne łoże pełne kwiatów

I widok, widok z okna

Tłum w szarych taksówkach

Szampan z truskawką, masło z kawiorem

Siedząc w fotelu spoglądam przez ramię

Ktoś rozsypuje na stoliku drobne

Smutne oczy patrzą na ciebie

Kolejna szklanka do dna wypita

Różowo już robi się wokoło

Szarość za uśmiechem znika

Po Polsku, swojsko, wesoło.

Teatr

Teatr otwarty, zamknięta scena

Światła przygasły, wyłączony mikrofon

I ty stojący samotnie gdzieś z tyłu

Nie doczekałeś niczego znowu

Jak zwykle nie załapałeś się

Teksty kłują białe koszule

Możesz je śpiewać paru kolesiom

Takim jak ty, gdzieś za kotarą

W twym świecie przyjemnych zdarzeń

Dopiszesz kolejne słowa do snów

Ogromny samochód bez tablic

Przejedzie po gryfie gitary Twojej

Nie zagrasz już nic na strunach

Ochrypły głos odleciał gdzieś

Stoisz za parawanem wydarzeń

Usiąść nie masz nawet już gdzie.

Poseł

Przyszedł do mnie gość, smutny gość

Zapukał z łoskotem do drzwi

Blachą przed oczyma mignął mi

I musiałem z nim razem iść

Przed blokiem stała duża buda

I w blasku świateł jak z dyskoteki

Musiałem wsiąść do niej do środka

Sąsiedzi bili brawo, śmieli się w głos

Zawieźli mnie do wielkiej chaty

Gdzie nie ma klamek i szyb

Dookoła otaczają mnie szare kraty

I znów aplauz zewsząd i śmiech

Jeszcze wczoraj byłem na górze wygrany

Otaczał mnie przyjaciół szczerych tłum

Nikt cię nie ruszy, bo jesteś nasz mawiali

A dzisiaj smutny i samotny jak pies.

Inwigilacja

Kiedy wyjdziesz z brudnej klatki na ulicę

swego miasta

w którym żuli coraz więcej, po wypiciu tanich winek

śpi na brudnych ławkach,

smród i odór wali zewsząd, brud totalnie nas zalewa

ale w górze gdzieś na murze przyczepiona jest

kamera

Władza odnawia fasady i kwietniki przy urzędach

dobra jest w igrzyskach letnich w telewizji

i gazetach

Scena zawsze taka sama, stadion, dom Kultury,

Śledzi to i rejestruje kamer w mieście kilkanaście

bo gdziekolwiek się odlejesz rejestracja jest na

taśmie

Stare odrapane hale, pustej dzisiaj już fabryki

kiedyś życiem tu dudniło była kasa, puste sklepy

I ci sami w garniturach zamienili się sumieniem

napełnili puste sklepy kasą, którą nam zabrali

i co nam zafundowali — kamer pełno na budynkach

na urzędach i ulicach,

Tylko ludzi jakoś mało w pustych halach tej fabryki

Pozostało tylko echo zapisane gdzieś na dysku.

Sterty kurzu wiatr przenosi pomiędzy halami

Ludzie dzisiaj siedzą w domach i gotują tanią zupę

Władza za to żyje super i funduje nam wciąż nowe

Trzecie oko, co zapisze myśli wszystkich na

komputer

Inwigilacja, inwigilacja, Inwigilacja, inwigilacja

To jest duma mego miasta, To jest duma mego

miasta

Wesoły bar

Wesoły gościu przyszedł do baru

Gdzie smętnie siedziałeś z kumplami

Pokazał kilka śmiesznych sztuczek

Uśmiech na twarzach się pojawił

Jakiś ponurak stanął w drzwiach

Przerwa — krzyknął… i kuflem dostał

Impreza na wysokich obrotach

Jakaś dziewczyna tańczy przy rurce

Ludzie przychodzą zewsząd nowi

Wszyscy weseli i tańczący,

Kapela rock and rolla przygrywa

Piwko szerokim strumieniem się leje

Zabawa, zabawa do rana samego

Nie kończy się nigdy już wiesz

Kiedy przekraczasz próg tego baru

Troski odchodzą na zawsze… hen.

Zmiany

Wyszedł gość z baru chwiejnym krokiem

Trzymając w ręce niewinność swoją

Myślał o statkach nad małą zatoką

Górach wysokich, księżycu i raju.

Wędrował przez brudne swoje ulice

W dziurawych butach i płaszczu starym

Pomyślał o trudnych problemach swoich

Które zostawił innym, których się pozbył.

Nie wróci już tutaj do swego stolika

Zatrzasnął za sobą na zawsze drzwi

Podpalił mosty, zaorał swoją ulicę

I zniknął w nowej otchłani swej.

Potrzeba zostawić za sobą to wszystko

i zmienić, zmienić coś w nas.

Marietta — o takiej jednej…

Wesołe knajpki za każdym rogiem

W moim domu przy mojej ulicy

Przechadzasz się po nich z uśmiechem

Nie zawsze dopijając złocisty napój

Wokoło twarze pełne namiętności

Nie mogą od ciebie oderwać wzroku

Muzyka gra tobie we włosach

Otacza ciebie z każdej strony

To lubisz, to lubisz Marietta

Aplauz i grad dzikich spojrzeń

Promienie rozdajesz wszystkim wokoło

Promienie zachodzącego słońca.

Wzrok twój obietnice rozdaje

Na ulicy, w tramwaju i na koncercie

Tłok przy sąsiednich stolikach się robi

Kiedy zastygasz na krótką chwilę

Wybierasz, zdobywasz ranną zwierzynę

Bez woli, bez walki, bez zbędnych słów

I tylko myśli nie dopuszczasz

Że kiedyś, wyludni się tu, wyludni się tu

Zapal jointa

Na północy miasta jest szalone miejsce te

Gdzie każdej nocy menele, panienki i paru grajków

Schodzą się, do takiego miejsca przyciąga ich sen

Na haju jest kolorowo, wszystkim możesz być

Kelnerem, profesorem, sprzątaczem czy bufetową

Mieć wybór to piękna rzecz, lecz ty, weź bibułkę i sobie skręć

Nie myśl, co będzie rano żyj tym, co jest dziś

W kolorowym bluesie dojedziesz do nirwany

Poezja myśli i uczuć przemknie przez twój mózg

Jak zawsze będziesz sam. Jak zawsze będziesz sam.

Zapal jointa, zapal jointa sobie

I nie oglądaj, nie oglądaj się wstecz

Słuchaj muzy mój kolego

W kłębach dymu mój śpiew

Puchar

Stanąłeś w kolejce po bilet na scenę

Marzyłeś niewinnie o szczytach sławy

Liczyłeś oklaski, co były dla ciebie

Blask jupitera, cień znikał powoli

I zostałbyś sam ze swoim marzeniem

Chodził jak zawsze samotnie do domu

Ktoś z tłumu wypchnął ciebie na scenę

Podał gitarę, nakarmił muzyką

Puchar przechodni dostałeś od tłumu

Twój wyczyn uwiecznił fotograf

Znajomym jest dzisiaj każdy wokoło

Nie chodzisz samotnie do domu.

Czas

Niedościgniony obraz twój

Negatyw nigdy niewywołany

I słowa, brakujące w zdaniu

Za późno powiedzianym

Myśli rozwiane w mroku

Pędzące w przeciwne strony

I sen, którego nie było

W muzyce niedokończonej

Mgiełka unosząc ramiona

Odsłania dzień bez słońca

Trawa skoszona i beton

Białe kwiaty rozsypane

Czas wrócić dokończyć obraz

Wywołać zdjęcia, dopisać słowa

I myśli, myśli zatrzymać

W pełnym słońcu się obudzić

Zatrzymaj się, stój i patrz

Do siebie przytul czas

Orzeł

Ogarnia mnie znów beznadzieja

Szare ulice, brud i kurz

Tyle tu jeszcze do zrobienia

Mnóstwo pomysłów,

Flaszeczkę wezmę na ukojenie

Siądę na ławce w parku moim

Obejrzę sobie dno jej różowe

Świat znów zobaczę w kolorach

Ruszę przed siebie piechotką

Ukłonię się starszej pani

Uśmiechy wokoło rozdawał będę

Wesoły jak dawniej pośród ludzi

Szarość jesieni obdarzę kolorem

I serce na dłoni podam każdemu

Rozepnę koszulę, wyciągnę ramiona

Jak orzeł będę szybował.

Przemiana

Rozstałem się wczoraj z procentami

knajpą, kumplami i panienkami

Wróciłem do domu niezwykle

Kolacja pachnąca czekała mnie

Wypiję poranna z mlekiem kawę

Po raz pierwszy bez bólu głowy

Moje oczy nie są przekrwione

Ręce nie wylewają już napojów

Wesoły jestem cały dzień

Uśmiechy rozdaje już wszystkim

Staruszce pomagam przez jezdnie przejść

Śniadanie podaje Tobie do łóżka

Co można więcej chcieć od życia

Co można więcej chcieć od Ciebie

Co można więcej chcieć od Siebie

Co można, co można więcej chcieć

Pięć minut

Szmal, który chce zmienić każdego

Jednym da szczęście innych zgubi

Zostałeś właśnie tym innym

Trawa i piwko wygrały z tobą

Przychodzisz wieczorem do tego baru

Przynosisz ze sobą swoją gitarę

Czekasz jak zawsze na moment

By zagrać pomiędzy piwami

Przed tobą magik wyciąga królika

Z cylindra i wstążki z rękawa

Za tobą dziewczyna już czeka

Rozebrać się za kasę

Wychodzisz z gitarą na scenę

Blask świateł oślepia cię znowu

Nie możesz wydobyć żadnego słowa

Gitara rytmicznie śpiewać zaczyna

Słowa twej piosnki już płyną

Po gwarnej, zadymionej sali

Usta bywalców powoli milkną

Kufelek odstawił już każdy

Zaczynasz swoje wieczorne pięć minut

I marzysz by nie ostatnie

Masz w pamięci ostatnie lata

Na dworcu grać możesz zawsze

Na linie

Kolejny dzień za tobą został

Oddalasz się od celu znów

Wszystko dla ciebie takie proste

Nieważne, bzdurne, parę słów.

Chciałbyś zacząć od początku

Nowe zabawki kupujesz już

Ale spoglądasz wciąż do tyłu

Parę drobiazgów starych jest tu.

Nie umiesz sam postanowić

O tak koniecznej zmianie tej

Porządek zrobić chcesz to z jednej

Zostawić stare z drugiej złej.

I tak na kładce nad przepaścią