Wydawca: Biblioteka Analiz Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 489 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moje trzy wina z Siulą - Krzysztof Ruciński

„Opowiadania Ruty to jego własna wizja lat 80. Wizja prowokująca; ja nie tak pamiętam nasze granie z Gedeonem, tydzień w Bułgarii, wypadek Kujawy, moje własne zderzenie z Cyganami. Nie jest to historia zespołu, raczej kilka scen pociągniętych do absurdu, w których widać jednak nasze emocje i uwikłania. Z wódki i ganji, miłości i zdrady, opresji systemu a nawet śmierci wyłania się prawda o życiu w tamtych latach. To więcej niż historia zespołu.”

Opinie o ebooku Moje trzy wina z Siulą - Krzysztof Ruciński

Fragment ebooka Moje trzy wina z Siulą - Krzysztof Ruciński

Moje trzy wina z Siulą

Moje trzy wina z Siulą

Krzysztof Ruciński

(Symeon Ruta)

Jirafa Roja

Warszawa 2008

© Copyright by Krzysztof Ruciński, 2008 © Copyright by Jirafa Roja, 2008

Redakcja: Korekta:

Łukasz Gołębiewski Marta Brzozowska

Rysunek na okładce: Mariusz Nowak

Projekt okładki: Zdjęcie autora: Łamanie:

Druk i oprawa:

Ruta&Nowak Carmela Iscla

Tatsu

tatsu@tatsu.pl

Sowa – druk na życzenie www.sowadruk.pl

Zdjęcia pochodzą z kolekcji prywatnej autora.

ISBN 978-83-61154-04-4

www.jirafaroja.pl

Wydanie I Warszawa 2008

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Cytat

Oddaj mi moje ciało, jest moje, jest moje To nie jest rzecz, z którą zrobić byś mógł, co chcesz

Moje ciało jest święte To właśnie w nim żyję

Pier Paolo Pasolini,Calderón

Czytelniku!

Zbiór, jaki trzymasz w tej chwili w dłoni, nie powstał wczoraj, ani nie został napisany w przypływie nagłej twórczej euforii. Najstarsze opowiadanie pochodzi z lat osiemdziesiątych, najnowsze ukończyłem w zeszłym roku i trudno mi już dzisiaj prześledzić, a przede wszystkim wytłumaczyć, mechanizmy i emocje związane z ich tworzeniem. Jak każdy, przeszedłem długą drogę tylko po to, by stać się tym kim jestem obecnie; styl oraz tematy moich opowieści ilustrują być może kilka etapów mojego życia. Nie jest to jednak autobiografia, ani historia efemerycznego zespołu, jaki przez lata współtworzyłem. Na pewno nie historia obiektywna, raczej moja własna wizja tego kim byłem gdzieś i kiedyś, jeśli nim kiedykolwiek byłem

Nie spodziewaj się znaleźć w tej książce cennych encyklopedycznych informacji lub sensacji ze świata muzyki. Mimo iż osadzone w jednym czasie i zamkniętej (geopolitycznie) przestrzeni, moje opowiadania są literacką fikcją, tworzoną na bazie realnych przeżyć z perwersyjną przyjemnością i premedytacją Jedyna prawda, jaką chciałem w nich przekazać to prawda o kruchości naszych uczuć oraz iluzorycznej naturze długiej serii snów i urojeń, które — z braku lepszych pomysłów — nazywamy życiem. Jest to też hołd złożony pewnej epoce, pewnemu miastu i pewnej dzielnicy, a także ludziom, którzy zdawali nam się niezbędni i niezastąpieni, a którzy już nigdy do nas nie powrócą.

Historie, jakie za chwilę zaczniesz czytać, mogą wydać ci się brutalne, cyniczne, niemoralne, masochistyczne, narcystyczne i pełne bezwstydnego ekshibicjonizmu. Zapewne takie są. Kluczem do ich zrozumienia, akceptacji, do swobodnego poruszania się w ich gęstej i często zamglonej atmosferze jest personalna wizja polskiego społeczeństwa lat osiemdziesiątych wraz z jego paradoksami, hipokryzją i długo nie spełnianymi nadziejami. Nie ma w nich jednak żadnej politycznej ambicji, ani moralnej czy socjalnej misji, raczej prosta nadzieja, że gdzieś z gęstwiny liter, spomiędzy znaków, pauz i linii wyłania się pytanie o drogę, o metodę, o decyzje jakie każde z nas musi samotnie podejmować wessane w próżnię własnej wolności.

Chciałbym dedykować ten zbiór naszym wszystkim pięknym zmarłym, których mam nadzieję choćby na chwilę obudzić: Agnieszka Łotkowska, Polo, Mariusz Kujawa, Dresiak, Janek Wiliszewski, Kochany, Paweł Wilecki, Rysiek Sarbak, Dave i Stephanie z Montrealu oraz Mirek Breguła (który sam był świadkiem śmierci Kujawy w naszym koncertowym autobusie!) powinni czuć się zaproszeni. Nie mogę zapomnieć o kolegach z zespołu, którzy będą musieli przetrawić moją subiektywną wizję kilku wydarzeń w jakich sami uczestniczyli, ani o Siuli, którego uznałem za autentyczny symbol naszej dzielnicy, jaka — na dobre i na złe — uformowała mnie blisko trzydzieści lat temu

Przede wszystkim jednak, chciałem dedykować tę książkę mojemu ojcu. On zawsze wierzył, że sposród wszystkich szkodliwych i nieistotnych rzeczy, jakimi się w życiu zajmowałem, pisanie było tą najmniej nieistotną i najmniej szkodliwą.

Krzysztof Ruciński,

Montreal, kwiecień 2008

NIEZAPOWIEDZIANA WIZYTA

Dla Jarka i Kasi, którzy byli ze mną tamtego upiornego grudniowego poranka. Pamięci Pussy i Wilfreda Bammenhoffa. Dla mojej Mamy.

Doktor powoli, leniwie, dokładnie opłukiwał ręce brudne od ropy i śliny pod strumieniem gorącej wody. Przyglądał się swoim palcom, różowym i pulchnym, śledził bieg błękitnych żył rysujących pod skórą przedramienia niewyraźną mapę tętniących rzek. Myślał o psie, który na pewno zdechnie tej nocy z milczącym żalem w oczach, kiedy usłyszał jęk żeliwnej furty podwórza i poprzez pomalowaną na biało szybę ujrzał zarys zbliżającej się męskiej sylwetki. Oszklone drzwi przedsionka uchyliły się bezszelestnie i, wraz z mroźnym powiewem niosącym wirujący kłębek błyskawicznie topniejącego śniegu, do gabinetu wsunął się miękko młody mężczyzna z dużą torbą turystyczną w ręce. Doktor natychmiast zakręcił kurek i chrząknął, szykując głos do rozmowy po kwadransie milczenia, wjakim trwał od wyjścia ostatniego klienta. Wycierał dłonie w białą szmatkę służącą jako ręcznik i przyglądał się obojętnie młodemu człowiekowi, który uważnie zasunął za sobą drzwi, jak gdyby bojąc się wtargnąć zbyt brutalnie w senną atmosferę ambulatorium.

Był to młody chłopak — nie miał jeszcze dwudziestu lat — ubrany w jeansową kurtkę stalowego koloru i szare spodnie pokryte ledwie widocznym geometrycznym wzorem. Przybysz zmarszczył nos, uderzony zapachem psiego strachu i uryny, którą doktor wytarł ze stołu tuż przed jego nadejściem, po czym podszedł do szerokiego biurka pod oknem i opuścił torbę na krzesło bardzo delikatnym, czułym wręcz, ruchem

– Dzień dobry—powiedział cicho, rzucając szybkie spojrzenie przez okno, za którym świt rozpraszał ciemność i odsłaniał powoli ulicę pokrytą brudną warstwą mokrego śniegu. — Nie wiem, czy nie przyszedłem za późno.

– Nie, właśnie przed chwilą skończyłem zabieg — odparł doktor spokojnie i dopiero po chwili dotarła do niego dwuznaczność zdania, jakim chłopak rozpoczął rozmowę. Chrząknął raz jeszcze, kryjąc zakłopotanie i zapytał:

– Co tam mamy? Pieska? — ruchem głowy wskazał torbę, delikatnie poruszającą się na krześle.

– Nie. To kotka. Chodzi o zabieg sterylizacji. Mama dzwoniła do pana przedwczoraj

Twarz doktora przeciął szeroki uśmiech, choć pod tym grymasem kryło się kolejne zakłopotanie. Nie pamiętał żadnej kotki, ani telefonicznej rejestracji, podszedł jednak do biurka i z udaną obojętnością przerzucił palcami kilka kartek w kalendarzu. Zmarszczył brwi.

– Kotka, kotka, kotka, kotka… — powtarzał w zamyśleniu. — Cóż, musiałem zapomnieć zanotować.

Dawno przekroczył już pięćdziesiątkę i jego pamięć bywała zawodna, pierwszy raz jednak zdarzyło mu się nie zanotować umówionej wizyty w kalendarzu, który zawsze stał na biurku obok telefonu; wydało mu się to co najmniej dziwne. Chrząknął po raz trzeci i chciał powiedzieć coś na ten temat, w oczach chłopaka ujrzał jednak bolesny błysk, lękliwy nakaz, prośbę, która zamknęła mu usta i kazała podejść do blaszanego stołu na środku gabinetu

– Wyciągnij ją z torby i daj tu, na stół — powiedział krótko.

Chłopak odsunął zamek błyskawiczny jedną ręką, drugą chwytając czarną główkę, która natychmiast wychyliła się z ciemnej pochwy i, trzepiąc uszami, lękliwie wpatrywała się w swojego pana

– Spokojnie, spokojnie — szeptał chłopiec, wyciągając kotkę z torby za kark, jak iluzjonista łowiący gołębie z kapelusza. Prawą ręką podtrzymywał kota od dołu, za podwinięty ogon i tylne łapy, w ten sposób przeniósł go na stół i zamarł w oczekiwaniu, nie wypuszczając z dłoni puszystego karku. Doktor z podziwem przyglądał się pięknej samicy o gęstej, czarnej sierści, długim ogonie i żółtych, przenikliwie patrzących oczach. Kotka miauknęła i zwinęła się w kulkę, zniewolona lękiem i pewnym chwytem pana. Nie wyrywała się, jakby w instynktowny sposób rozumiejąc konieczność takiego postępowania. W czasie, gdy doktor przygotowywał zastrzyk usypiający, chłopak czule głaskał kota po stroszącym się futerku i szeptał do ucha niedosłyszalne zaklęcia, mające rozluźnić napięte nerwy pupila.

– Przytrzymaj ją teraz mocno. Koty lubią się wyrywać przy zastrzykach — polecił weterynarz, po czym natarł sierść na grzbiecie kotki watą nasączoną spirytusem i energicznym ruchem wbił igłę w miękką skórę na wysokości lędźwi zwierzęcia. Kotką wstrząsnął gwałtowny dreszcz bólu, a z jej krtani dobiegł długi, przeszywający skowyt. Doktor ostrożnie dociskał tłoczek strzykawki, przez plecy przeszła mu jednak niepokojąca fala chłodu. Dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, iż chłopak przez cały czas wpatruje się wjego twarz, że czuje na swoich powiekach – mając wzrok opuszczony na grzbiet zwierzęcia—intensywne, natarczywe spojrzenie pełne napięcia i nieufności

Dostrzegał coś dziwnego w twarzy tego chłopca. Długie, ciemne włosy, nie czesane i nie myte chyba od dawna, pozbijane miał w cienkie skołtunione strąki. Żółte światło jarzeniowych lamp brzęczących pod sufitem, w połączeniu z szarą barwą budzącego się dnia, dawało jego cerze niezdrowy odcień, a całości obrazu dopełniały drobne kobiece dłonie i żółtozielone oczy, w senny sposób upodabniające chłopaka do kota, którego przyniósł

– Ile lat ma kotka? — zapytał doktor przyjaźnie, szykując drugą dawkę leku, nie udało mu się jednak zupełnie rozluźnić głosu

– W marcu skończy cztery—padła swobodna odpowiedź. — Rodziła już nie raz. Czasem dwa razy w roku.

Chłopak, gdy mówił, sprawiał wrażenie bardzo młodego; zaniedbane paznokcie i ciemny meszek pod nosem potwierdzały tę ocenę.

– Tak tak… Tyle kłopotu z tymi małymi — mruczał doktor jakby do siebie, wbijając igłę po raz drugi. Tym razem poszło mu znacznie lepiej, mimo iż kot znów zaskowyczał, a chłopak nie spuszczał wzroku z jego czoła, patrząc uparcie i przenikliwie.

Zapadła cisza. Kotka trzymana silnym chwytem właściciela zasypiała powoli, raz po raz wstrząsana gwałtownymi drgawkami, a doktor schował strzykawki do pojemnika i przygotowywał miskę z narzędziami na stoliku pod ścianą. Chłopak rozluźnił uścisk dłoni i kotka oparła głowę o blat stołu, opadając bezwładnie na lewy bok. Teraz obydwaj czekali bezczynnie, stojąc twarzą w twarz po przeciwnych stronach stołu, z uwagą przyglądając się zasypiającemu zwierzęciu.

Cóż to za dziwny poranek, myślał doktor, spoglądając z ukosa w okno, czy dzisiaj w ogóle się nie rozjaśni?

Zegar na biurku tykał głośno, a dwaj mężczyźni przy stole wymieniali między sobą krótkie spojrzenia nie napędzane niczym szczególnym, obojętnie przerzucali wzrok z kota na siebie, z siebie na okno, z okna na plakaty zdobiące seledynowe ściany, na wielką szachownicę psich portretów wiszącą nad drzwiami prowadzącymi na zaplecze, na szkice koni na przeciwległej ścianie, by wreszcie powrócić do siebie nawzajem i czarnej kotki nieruchomiejącej na stole.

Doktor dotknął palcami szyi zwierzęcia i poczuł nagły zawrót głowy. Ciało kota było sztywne i chłodne, a oczy powoli znikały pod mleczną błonką zachodzącą na wąskie jak paznokieć czarne źrenice. Musiał wykonać jakiś niekontrolowany gest, gdyż chłopak, przyglądający się dotychczas biurku na którym doktor utrzymywał pedantyczny porządek, odwrócił gwałtownie głowę i oparł się obiema rękami o stół, pochylając lekko w stronę doktora.

– Coś nie tak? — zapytał krótko.

Coś było nie tak, mimo iż rutynowa procedura, jaką zastosował przy usypianiu zwierzęcia weterynarz, była prosta i nienaganna. Osłabiony organizm, może jakieś ukryte schorzenie; pewne było, że kotka umierała, pozwalała umykać życiu, niezdolna teraz do utrzymania go epileptycznie rozedrganymi łapkami

– Cholera! Cholera, co jest?! — zaklął doktor pod nosem i szybkim ruchem sięgnął do miseczki po małą strzykawkę ze środkiem pobudzającym. — Co jej jest?

Chłopak patrzył na kotkę ze spokojem. Jego oczy wyrażały chłodne zainteresowanie, lekkie napięcie zdradzały tylko pulsujące przy zaciśniętych szczękach mięśnie. Wodził martwym wzrokiem za dłońmi doktora, który właśnie wyciągnął strzykawkę z szyi zwierzęcia i napełniał ją po raz drugi

Niebezpieczna huśtawka, myślał weterynarz, najpierw kota za dobrze uśpić, a potem budzić go końską dawką. Kolejnego szoku może nie wytrzymać serce. Czuł, że obecność chłopca mu przeszkadza. Wolałby pozostać sam ze swoją pacjentką lecz wiedział, że nie może wyprosić go teraz za drzwi. Palące spojrzenie gościa paraliżowało ruchy doktora, chociaż nie po raz pierwszy w wieloletniej praktyce zaskakiwała go nieprzewidziana reakcja zwierzęcego organizmu

Co będzie, jeśli nie wytrzyma, roztrząsał w myślach. Przecież to tylko kotka, była za słaba na normalną dawkę nasennika, a on nie mógł tego przewidzieć. Z drugiej strony, po co to wszystko? Nie raz rodziłaby jeszcze kocięta i swobodnie biegała po ogrodach, zamiast zdychać na stole operacyjnym, bezbronna i poniżona

Czoło pokrył mu chłodny pot. Nieruchomy chłopak po drugiej stronie stołu, mrużący swoje kocie oczy nad umierającym ciałem nie dawał mu spokoju. Doktor odrzucił strzykawkę i szybkimi, energicznymi ruchami dłoni zaczął ugniatać klatkę piersiową zwierzęcia, czując jak kości uginają się pod jego palcami.

Ożyj, bydlaku, błagał w milczeniu, zaczynając rozumieć, że prowadzi go teraz już coś więcej niż zawodowy obowiązek, że czuje w długich paznokciach chłopaka po tamtej stronie jakąś groźbę, niejasne ostrzeżenie, prośbę i rozkaz jednocześnie. Paznokcie chłopca zagłębiły się wyraźnie w cienkiej warstwie blachy pokrywającej stół; doktor odniósł wrażenie, iż chłopak ściska blat całą siłą swoich kobiecych dłoni, jakby wyzwalał w ten sposób energię potrzebną do ożywienia kotki, i właśnie wtedy poczuł pod palcami pierwsze delikatne uderzenia serca

Uderzenia były słabe lecz doktor uczepił się ich, przywarł do nich, słyszał jak pulsują w jego własnych skroniach. Chłopak odsunął się krok od stołu i patrzył, nieruchomy jak posąg. W kotce tliło się życie, mała iskra, którą można było rozdmuchać w płomień, więc doktor włożył w to wskrzeszenie całą swoją wolę i wyobraźnię. Wiedziony instynktem i doświadczeniem, bez wahania przyłożył usta do wyschniętego pyszczka i wdmuchnął w kocie płuca sporą dawkę zaczerpniętego przed chwilą powietrza. Dotknął dwoma palcami tętnicę na szyi i, czując poprawę, powtórzył zabieg kilkakrotnie. Po chwili kotka była już bezpieczna

– Wszystko dobrze, no, już dobrze… — uspokajał siebie samego weterynarz Cieszył się, że kotka przeżyła; w końcu, zawsze czuł się lepiej gdy udało mu się uratować zwierzę, tym razem jednak było to coś więcej. Chłopak wyglądał na zadowolonego, i doktor odczuł z tego powodu wyraźną ulgę. Trudno było ogarnąć sekwencję pastelowych doznań przenikających jego własną świadomość w ciągu minionych sekund, odebrał jednak jako pewnik niepokojącą aurę, którą tworzyli wokół siebie chłopak i kotka. Tak, oboje, to jasne, chłopak z kotką uzupełniali się wzajemnie, osiągając energetyczne porozumienie poza świadomością weterynarza, jakby nadawali na wspólnej częstotliwości, która bardzo przeszkadzała doktorowi. Było za późno, żeby się wycofać. Właściwie, nawet przez chwilę nie istniała taka możliwość

Powrót do rutynowych czynności. Pasy, którymi trzeba umocować łapy kotki w metalowych uchwytach przy narożnikach stołu. Nożyczki i maszynka z żyletką, by usunąć sierść z podbrzusza. Ukrzyżowany, bezwładny Chrystus, nagi i owłosiony z ogonem. Wąskie szparki zakrytych białą mgłą oczu i powolne, dokładne cięcie skalpelem zanurzonym w tłuszczu brzucha po rękojeść, nie dłuższe jednak niż dwa, może trzy centymetry Dalej wszystko miało pójść bez żadnych problemów, zwyczajny zabieg jakich wiele: podwiązać jeden z jajników, wyciąć tkankę łączną drugiego, by w końcu uważnie zaszyć ledwie krwawiącą jamkę rozpuszczalną chirurgiczną dratwą

Chłopak stał nad kotem i milczał, śledząc wzrokiem uwijające się różowe palce, które, mimo wszelkich prób kontroli, drżały niespokojnie Zabieg zbliżał się do końca, i doktor, im mniej zostało mu do zrobienia, tym większej nabierał pewności, że kiedyś już czuł na swoich dłoniach podobne spojrzenie, że poznaje to palące świerzbienie na skórze, a nawet więcej, że kiedyś już operował to ciało, że poznaje — cóż za absurd! — te wnętrzności, mdlący zapach delikatnie wydzielający się z kocich trzewi Czuł też wyraźnie, że zaczyna coraz intensywniej odbierać ich falę, że chłopak z kotką chcą mu coś przekazać, coś mu dać do zrozumienia, odkurzyć w nim jakąś zasnutą pajęczynami komórkę pamięci. Cały ten zabieg, ta niezapowiedziana wizyta, mimo jej oczywistej realności, była tylko pretekstem zmuszającym go do spojrzenia w żółtozielone oczy, prowokującym rozładowanie czegoś, co poza świadomością doktora spiętrzało się między nimi. Chciał jak najszybciej zakończyć tę sprawę, usiąść samotnie za biurkiem i czekać aż zagotuje się woda na herbatę, by potem wrócić do psich robaków i suchych nosów. Właśnie sypał na świeże, gotowe już szycie dezynfekujący proszek z małej fiolki, kiedy chłopak odezwał się cicho

– Pracował pan kiedyś w ambulatorium Akademii Rolniczej, prawda?

Było to zbędne pytanie. Obydwaj wiedzieli, że to prawda, i doktor nie widział powodu, dla którego miałby zaprzeczyć. Dopiero niedawno, wraz z kilkoma kolegami otworzył tę prywatną spółdzielnię, by leczyć zwierzęta na własny, nie państwowy, rachunek

– Już kiedyś kroił pan mojego kota — powiedział chłopiec, a twarz jego stała się blada jak papier. Lodowaty dreszcz przeszedł doktora po krzyżu

– Doprawdy? — zapytał szorstko, broniąc się, gdyż nie było go stać na żadną rozsądną odpowiedź.

– Moja kotka miała przepuklinę.

Doktor chrząknął po raz kolejny tego ranka.

– Czy to ona? — mruknął odpinając jeden z pasków krępujących przednie łapy zwierzęcia. Usiłował przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni leczył kota z przepukliny lecz w głowie miał pustkę

– Nie, ale pochodziła z tej samej podwórkowej rodziny. Czarna kotka o żółtych oczach, taka sama jak ta tutaj

Doktor nerwowo odpinał kolejne pasy, zaczynając rozumieć z lękiem, że — chociaż nie pamiętał tamtego zabiegu — zapach, jaki czuł dzisiaj pochylając się nad otwartym kotem, był zapachem przepukliny. Czuł, że boi się dalszej rozmowy.

– Nasza kotka męczyła się bardzo, więc przyszliśmy do pana któregoś dnia, ja i moja młodsza siostra — ciągnął chłopak bezbarwnym, nagle zmęczonym głosem. — Miałem nie więcej niż jedenaście lat, a moja siostra dziewięć; w ambulatorium czuć było mocno zwierzęcymi wydzielinami, paliły się jasne szpitalne lampy. Potraktował nas pan jak asystentów i kazał trzymać nam kotkę za łapy, cały czas, w trakcie zabiegu. Uśpił ją pan niedokładnie, przeciął skalpelem brzuch i zaczął wyciągać żółtą cuchnącą maź pełnymi garściami. Wyciągał ją pan i wyciągał, myśleliśmy, że nigdy się to nie skończy. Kotka raz po raz wyszarpywała się, unosiła głowę i patrzyła zamglonymi oczami na mnie lub na siostrę, która znosiła to wszystko bardzo dzielnie. Wielka szpitalna lampa świeciła mi prosto w oczy, bolała mnie głowa i było mi niedobrze. Wtedy zaproponował pan sterylizację, żebyśmy nie mieli już więcej kłopotów z małymi, a my zgodziliśmy się bez chwili namysłu, skoro była możliwość zrobienia tego przy okazji. W połowie zabiegu musiałem wyjść z sali, bo przed oczami miałem czarne plamy, a pan żartował, że moja siostra jest dzielniejsza ode mnie Wyszedłem na dwór i nacierałem twarz śniegiem nie mogąc zwymiotować; był grudzień i poprzedniej nocy padało. W domu, kotka leżała w kącie pokoju i miauczała, a w nocy zdechła na kolanach mojej siostry

Przez dłuższą chwilę w gabinecie panowała grobowa cisza. Doktor usiadł za biurkiem i wystukiwał palcami bezgłośnego marsza na okładce kalendarza. Patrzył uważnie na chłopca, jego nagły monolog odsłonił przed weterynarzem przyćmione, bliżej nie sprecyzowane obrazy, dodając mu, wbrew jego własnym przeczuciom, odrobinę odwagi

– To było tak dawno — powiedział doktor cichym głosem. — Dzieci na wszystko patrzą inaczej.

– Tak, z pewnością ma pan rację — odparł krótko chłopak, jakby w ogóle nie chciał słuchać wyjaśnień mężczyzny za biurkiem. — Czy mam przyjść z nią do zdjęcia szwów za jakiś czas? — zmienił nagle temat.

– Nie — odpowiedział doktor z wyraźną ulgą — szwy same się rozpuszczą. Dziś kotka będzie jeszcze w szoku po nasenniku, trzeba na nią uważać, od jutra jednak powinna szybko wracać do siebie. Dam ci jeszcze maść, żeby rana lepiej się goiła.

Długą chwilę siedzieli w milczeniu, czekając aż kotka odzyska świadomość, by następnie, po krótkich oględzinach, umieścić ją z powrotem w torbie turystycznej, w której została przyniesiona

– Ile się panu za to wszystko należy? — zapytał w końcu chłopak, chowając do kieszeni kurtki fiolkę z żółtą maścią na ranę

– Nie, nie — odpowiedział szybko doktor wyrwany z zamyślenia. — Zostawmy to, proszę…

Chłopak podniósł torbę z krzesła. Chwilę stał nieruchomo, patrząc na weterynarza. Powoli, jakby niechętnie, ruszył w kierunku wyjścia

– Bardzo się cieszę, że dzisiaj się panu udało, doktorze — rzucił od drzwi, uśmiechając się delikatnie i szybko wyszedł z gabinetu, zostawiając za sobą chłodny powiew z kilkoma wirującymi płatkami śniegu oraz doktora, który — zapatrzony w swoje odbicie w ciemnej szybie okna — z dużym zdumieniem spostrzegł, że na dworze ciągle jeszcze nie zrobiło się jasno

ROK WILKA

Koło bezsilnie wirowało w błocie, rozpędzając się wzbijało fontannę brudnej wody na wysokość pół metra, za każdym razem gdy Harnaś przyciskał pedał gazu. Silnik zawodził rozpaczliwym rykiem, jakby prosząc, błagając, grożąc na przemian, opona nie znajdywała jednak oparcia w grząskiej gliniastej nawierzchni i samochód stał niezdarnie, z przekrzywionym zadem, na środku leśnej drogi. Franek przyniósł kawałek spróchniałego pniaka z pobocza, by podłożyć go pod koło, a Harnaś dusił i dusił na gaz, kurczowo trzymając się kierownicy, z zawziętością godną lepszej sprawy

– Noż kurwa mać! — zaklął po raz kolejny tego popołudnia. — Wytracę resztki paliwa zanim ujadę pół metra!

– To przestań gazować bez sensu! — Franek był zły, gdyż kolejna fontanna ochlapała mu nogawki do kolan. — Pozwól nam podłożyć tę belkę, do diabła!

Silnik zamilkł i Harnaś wysiadł na chwilę, a ja pomogłem Frankowi umocować kawał drewna i kilka kamieni w kałuży, w której tonęła opona. Starałem się nie dotykać kolanami gliny, chociaż buty i nogawki i tak miałem już ciężkie, pokryte mażącymi grudami

– Pieprzona zima — rzucił niechętnie Franek, — już wolę śnieżne burze i mrozy stulecia. Nie byłoby wtedy takich problemów

– Wtedy w ogóle bym nie zapalił. Przy minus dziesięć ta Skarpeta zamienia się w kupę złomu — odparł Harnaś i rozmowa urwała się

Las pochylał się nad nami ponuro, nieprzyjaźnie. Czarne korony drzew ogołocone z liści poruszały się na wietrze klekocąc gałęziami, niczym uwiędłe palce plastikowych szkieletów z noworocznej szopki. Docierały do nas odległe pohukiwania leśnych ptaków, co jakiś czas odnosiliśmy wrażenie, iż zaczyna kropić

– Jeśli nie ruszymy do zmroku, wilki przyjdą nam powiedzieć dobranoc — rzucił Harnaś od niechcenia, zasiadając z powrotem za kierownicą. Jak zawsze, nie było wiadomo, czy mówi serio, czy żartuje.

Tym razem poszło całkiem dobrze. Wóz zaskowyczał i zakaszlał, kałuża zachlupotała, a ja i Franek odsunęliśmy się dwa kroki do tyłu, czując że coś się dzieje W tym momencie podłożona przez nas bela podskoczyła do góry, jeden z kamieni wystrzelił w naszym kierunku, a samochód oddalił się nagle, pozostawiając nas owianych duszącym błękitnym obłokiem Harnaś zatrzymał samochód nie opodal i nie wyłączając silnika czekał aż usadowimy się w środku; ja z tyłu, na poodzieranym z tapicerki twardym siedzeniu, a Franek wygodniej, na odchylanym fotelu z przodu. Jechaliśmy powoli, starannie omijając kałuże i piaszczyste góry, co jakiś czas z trudem pokonując głębokie koleiny wyżłobione w błocie przez ciągniki.

– Ciekawe co nastąpi prędzej — rzucił znad kierownicy Harnaś. — Skończy mi się benzyna, czy znowu się w coś wpierdolę?

Jechaliśmy po alkohol do ludzi, których nie znałem. Zbierali wódkę na chrzciny czy wesele planowane na wiosnę, ale w czasie świąt chętnie odsprzedawali co nieco potrzebującym z okolicznych gospodarstw i studenckich stanic, by później odkupić wszystko z nawiązką za zarobione w ten sposób pieniądze. Sylwestrowa impreza w bazie w Błotach skończyła się nad ranem, ludzie pobudzili się około południa skacowani i w fatalnych nastrojach; jeśli zabawa miała trwać, należało dowieźć towar i nakręcić towarzystwo od początku. Żaden z nas nie doszedł jeszcze w pełni do siebie; jeśli dodać do tego fakt, iż w Syrenie Harnasia nie można było wierzyć żadnym wskaźnikom ani urządzeniom, problem paliwa wyglądał poważnie

Rzeczywiście, nie ujechaliśmy daleko. Po niecałym kilometrze krętą drogą przez kołyszący się las, silnik zakrztusił się, pierdnął, i zgasł ostatecznie, nieczuły na żadne próby reanimacji i ponownego odpalenia

– Czy ty, kurwa, Harnaś, naprawdę nie wiesz ile masz benzyny w baku?! — wykrzyknął Franek unosząc w górę ramiona w pięknym aktorskim geście, jak ktoś komu zrobiono wielką osobistą przykrość — No powiedz, człowieku!

– Naprawdę — odparł Harnaś spokojnie. — Przecież mówiłem wam, że nie dojedziemy. To wyście się uparli na tę wódkę

– W porządku — starałem się rozładować napięcie, — pójdziemy piechotą

– Czy ty wiesz, ile to jest jeszcze kilometrów?! — krzyczał Franek z rozpaczą w głosie.

– Trzy. Może cztery — powiedział Harnaś. — To pół godziny drogi. Gorzej, że po benzynę będę musiał iść do leśniczego. A potem wracać po auto.

– Nazwij je lepiej autkiem. Moje maczboksy lepiej by się prowadziły — zakończył Franek z sarkazmem, ale wspomnienie szczęśliwego dzieciństwa trochę go rozpogodziło

Marsz leśną drogą trwał długo i był monotonny. Zimowa sceneria nie ofiarowała nic, na czym można by było oprzeć wzrok, nudna brunatna głębia zdawała się nie mieć dna, gdzieniegdzie błyskały łachy szarego śniegu, a skupiska iglastych drzew dodawały odrobinę zgniłej zieleni smętnej pastelowej panoramie. Raz po raz przeskakiwaliśmy głębokie kałuże. Franek klął jak najęty. Było nam zimno, gdyż przekonani iż wyruszamy na samochodową przejażdżkę, nie zabraliśmy ciepłych kurtek. Jedynie Harnaś — ostrzegał nas przecież, że nie dojedziemy—wziął ze sobą wojskową kurtę w maskujące plamy. Być może zawsze trzymał ją na tylnym siedzeniu, tak, na wszelki wypadek. Na jednym z łagodnych, kolistych zakrętów Franek przystanął pomiędzy drzewami, a my szliśmy dalej zostawiając za sobą cichnący chlupot strumienia spływającego po pniu. Minęła jednak dobra minuta zanim Franek dogonił nas, trzymając wysoko w powietrzu szklaną lufkę nabitą do pełna zgniłozielonym, jak iglaste drzewa, zielem

– Przypalimy? — zapytał, drugą ręką wiercąc w kieszeni w poszukiwaniu zapalniczki.

– A wytarłeś łapki? — spytał Harnaś nie odwracając się za siebie

– Daleko jeszcze? — zapytałem, niejako z obowiązku, rozcierając zziębnięte dłonie

Dym zadławił mnie nieprzyjemnie; zakaszlałem lekko, nie potrafiąc utrzymać go w płucach Zaciągnąłem się tylko raz, nie chcąc, aby spuchnięcie czasu zamieniło mi pozostałą część drogi w wielogodzinną wędrówkę. Harnaś w ogóle nie palił.

Gdy doszliśmy do gospodarstwa zrobiło nam się raźniej. Ogrodzenie sklepane z nierównych sękatych belek obiegało duży piaszczysty dziedziniec. Potężny owczarek o czarnej sierści miotał się po podwórku ujadając wściekle, ryjąc łapami głębokie bruzdy w mokrym piasku. Od stalowej furtki na dwóch zawiasach, zamkniętej za pomocą gumowego kabla zakręconego pomiędzy słupkiem ogrodzenia a górną belką bramki, biegła wyłożona cegłami dróżka, prowadząca na próg białego budynku. Dom był surowym piętrowym klockiem, trochę jak z dziecięcych rysunków; drzwi pośrodku i okna umieszczone symetrycznie po obu stronach, trójkątne poddasze oszpecone otynkowanym na szaro kominem; w głębi, za czarnymi kikutami owocowych drzew, kryły się małe drewniane szopy z dachami wyłożonymi blachą; pewnie spiżarka, garaż, kurniki

Drzwi domu uchyliły się bezszelestnie, pozwalając jednemu z obłoconych gumiaków osunąć się bezwładnie w kierunku sieni. Na progu stanął stary człowiek ubrany w zielone spodnie od wojskowego dresu i głęboko wycięty biały podkoszulek. Lewą rękę oparł o framugę na wysokości głowy, prawa spoczywała luźno na czymś, co z tej odległości, w mroku mieszkania, wyglądało jak niezgrabna laska lub gruby sękaty kij. Krzyknął ostro na psa, który natychmiast ucichł, nie przestając biegać

– Szczęśliwego Nowego Roku! — zawołał w jego kierunku Harnaś.

– Szczęśliwego, szczęśliwego. — odpowiedział skrzekliwym głosem stary, przyglądając się nam długo i uważnie

– Mamy mały interesik do syna — mówił Harnaś nie zrażony chłodnym powitaniem.

– Poza tym, chciałem pożyczyć jakieś naczynie, żeby nabrać paliwa od leśniczego

Stary cofnął się krok w głąb mieszkania, po czym pojawił się znowu, wzuł ciężkie chodaki, zostawiając na progu podarte skórzane papcie i zszedł powoli po dwóch betonowych stopniach na brunatny ceglany chodnik.

– Lukas, tu! — rzucił wyciągając rękę, a pies podbiegł do niego i usiadł u jego stóp, dając się chwycić za nabitą stalowymi ćwiekami obrożę

– Wejdźcie — powiedział do nas stary, a ja odniosłem wrażenie, iż nie sprawia mu szczególnej różnicy, czy mówi do nas czy do psa. — Wejdźcie do środka — dodał i w milczeniu patrzył, jak Harnaś mocuje się z gumowym kablem przy bramce, a potem popycha furtę i wchodzi na chodnik prowadząc nas za sobą Pies drgnął, napinając wszystkie mięśnie, ale stary spokojnie trzymał go przy ziemi.

– Wchodźcie do środka. Ja to zrobię — rzucił ostro, zwalniając Franka z mozolnego obowiązku zakręcania kabla z powrotem na słupku ogrodzenia Przemaszerowaliśmy powoli obok niego, nieśmiało spoglądając w jego suchą twarz. Była bardzo pomarszczona i niewiarygodnie wąska, długa, koścista, z niedogolonymi okruchami rudosiwego zarostu rozrzuconymi nieregularnie na policzkach i wokół sinych, nieprzyjaźnie zaciśniętych ust. Jego błękitne oczy nieruchomo patrzyły przed siebie, zdawało mi się, że przecinamy pole widzenia starego nie zauważani, niewidzialni, jakby był ślepcem. Bujna grzywa siwych włosów mocno wygolonych z tyłu powiewała na wietrze, jego koścista dłoń zaciśnięta na obroży psa drżała lekko, grube żyły gęsto oplatały twarde mięśnie. Lukas dyszał i odsłaniał dziąsła we wściekłym grymasie. Język dygotał mu pomiędzy zębami, a okrągłe piwne oczy z wyrazem infantylnego niezrozumienia śledziły każdy nasz ruch. Można było odnieść wrażenie, iż zimny i suchy stary przelał całą swoją energię w zwierzę warujące u jego nogi. Kolor psich tęczówek przypomniał mi nagle kolor moich własnych oczu z okresu dzieciństwa, zanim wyblakły nieco i przybrały zielonkawy odcień. Spomiędzy tylnych łap Lukasa, ułożonych poprawnie w siedzącej pozycji, wyłaniał się włochaty członek z obnażoną czerwoną żołędzią. Zastanowiłem się czy to możliwe, że pies odczuwa swoją nienawiść do nas jako silny seksualny bodziec, czy raczej nie zaspokojony od dawna popęd potęguje jego naturalną agresję

Z dużą ulgą zanurzyliśmy się w ciepłym wnętrzu domu. Przekroczyliśmy leżący kalosz i stanęliśmy w sieni, niezdecydowanie wycierając buty w szmaty rozłożone na podłodze. Stary zamknął za nami drzwi wejściowe i zapalił światło, pomarańczowa jasność spływająca z czteroramiennego żyrandola nad naszymi głowami w zaskakujący sposób rozsypała cienie po przedpokoju Dopiero po chwili dostrzegłem długą myśliwską fuzję opartą o ścianę wytapetowaną leśnym widokiem. Strzelba wyglądała jak nowa, jasne drewno kolby o opływowym kształcie przypominało subtelnie wyprofilowaną deskę elektrycznej gitary, a soczysta czerń naoliwionej lufy błyszczała w świetle żarówek, zdając się poruszać lekko, jak leniwe ciało tłustego węgorza Stary ujął lufę pełną garścią, unieruchomił jej złudne drgania swą kościstą dłonią i trzymał ją sztywno przy nodze, tak jak psa przed chwilą, równocześnie manipulując stopami, by zzuć chodaki i ponownie założyć pantofle Jasne było, iż nie na lasce opierał się wtedy, gdy otworzył drzwi by powitać nas z progu.

– Stach — rzucił tym samym nieczułym tonem. — Goście

Z pokoju w głębi wyłonił się niewysoki mężczyzna, który zawołał z ręką wyciągniętą w naszym kierunku:

– Chodźcie, chodźcie! Wytrzyjcie dobrze buty i wchodźcie tutaj!

Głos Stacha był miękki i znacznie cieplejszy od głosu starego. Jego nalaną, okrągłą twarz przeciął szeroki uśmiech, dolną wargę wydął rubaszny grymas, górna ginęła niewidoczna pod gęstym wąsem precyzyjnie podciętym w zakręcone czubeczki na wysokości kącików ust. Pełne poliki i podwójny, błyszczący od potu podbródek pokryte były smugami błękitnego zarostu. Widać go było wyraźnie, chociaż Stach z pewnością golił się tego poranka. Podał każdemu wilgotną, pulchną dłoń, szarpiąc nią zamaszyście w uścisku i wpuścił nas przed sobą do pokoju, pozwalając nam zaciągnąć się zapachem taniej wody kolońskiej oraz wonią tytoniu, jakie biły od niego intensywnie.

– Siadajcie przy stole — polecił, ale Harnaś chwycił go za ramię

– Chodź, Stachu, mamy do ciebie biznes — powiedział, ciągnąc gospodarza z powrotem w kierunku sieni, po czym obaj zniknęli za drzwiami. Usiedliśmy na twardych krzesłach przy szerokim stole i rozejrzeliśmy się po salonie.

– Niezły odjazd… — wyszeptał Franek, oblizując spieczone wargi Widać było, że ma porządną czapkę

Pokój przytłoczył nas ciężarem ścian obwieszonych myśliwskimi trofeami; bogate poroża pięły się jak kościste pnącza z drewnianych tarcz w kierunku sufitu, rzucając fantazyjne cienie w świetle szklanego żyrandola, podobnego do tego, jaki wisiał w przedpokoju. Znad migającego niewyraźnymi barwami wyciszonego telewizora patrzył na nas tępym wzrokiem pary szklanych paciorków wmontowanych w oczodoły szczeciniasty łeb dzika. Pysk i nozdrza pokryte miał szczelnie lakierem, lewy kieł złamany był w połowie. Boczną ścianę pokoju podpierał szeroki kredens, którego półki uginały się pod ciężarem kryształów, a obok niego drzemała nieduża kanapa przykryta kocem w pasy Znad niej, uwieczniony na kolorowej fotografii oprawionej w szkło i drewniane ramki, błogosławił domostwo papież. Na podłodze, obok dywanu w kwieciste wzory, leżało kilka borsuczych skór, widać było wyraźnie ślady strzałów, jakimi zabito zwierzęta, okrągłe dziury wielkości dwudziestogroszówki.

Siedzieliśmy długą chwilę, rozglądając się po pokoju bez słowa. Zatrzaśnięcie drzwi wejściowych i ujadanie Lukasa pozwoliły nam domyślić się, że Harnaś wyruszył z kanistrem po benzynę do leśniczego. Stach pojawił się w drzwiach pokoju z uśmiechem na twarzy, zadowolony, wyglądał jakby cieszył się z naszej wizyty. Ubrany w białą koszulę, przez którą przebijały naramki podkoszulka oraz cienie kręconych włosów na piersi, wyglądał niezwykle oficjalnie. Czarne spodnie od garnituru i wypastowane brązowe buty, których nie zdejmował w mieszkaniu, przypomniały mi o święcie jakie mieliśmy tego dnia. Podobnie wyglądał mój ojciec, gdy wybierał się na mszę w niedzielne poranki. Swoje gęste włosy Stach zaczesywał na mokro — albo na tłusto — do tyłu, niesforny kosmyk opadał mu jednak na czoło. Nie było w nim nic ze starego, tylko zimne błękitne oczy sugerowały, że jest jego synem

Usiadł na krześle na przeciwko mnie i, uśmiechając się ciągle, spojrzał w telewizor. Ktoś mówił coś z przejęciem, ale nie było słychać słów

– Imponujące — wystękał Franek, wciąż wodząc wzrokiem po ścianach dookoła. — I wy to wszystko… sami?

Stach spojrzał na niego i odgarnął kosmyk z czoła.

– Tak—odparł bez przejęcia. — To wszystko my z ojcem. Się chodzi i się strzela — dodał po chwili.

Wyglądał bardziej jak aptekarz, niż myśliwy. Było w jego ciele coś lejącego, miękkiego, lepkiego Pulchne paluszki bawiły się lnianą serwetką, na której stał pusty kubek po herbacie

– Zmarzliście, co? — zapytał niemal troskliwie. — Macie szczęście, że zima nie jest ostra tego roku, ale i tak można zziębnąć

– Szliśmy ze trzy k ilometry przez te błota — poskarżył się Franek.

– Ojciec poda butelkę i kieliszki — polecił Stach krótko.

– Napijemy się pod ten Nowy Rok.

Nie zauważyłem kiedy stary wszedł do salonu i usiadł na kanapie za moimi plecami. Poczułem nagły niepokój, bezpodstawny właściwie, zdając sobie sprawę z tego że, nieświadomy niczego, byłem przez niego obserwowany. Stary uniósł się powoli, podszedł do kredensu, otworzył barek zamykany na klucz i wyciągnął półlitrową butelkę Wyborowej, a potem uchylił szklaną szybę, by zgrabnym chwytem palców wolnej ręki wydobyć z jednej z półek trzy kryształowe kieliszki o bogato zdobionych nóżkach

– Kiedy się czeka na dzika, trzeba czasami przeleżeć pół dnia w błocie, albo śniegu — Stach nawiązał do skargi Franka.

– Spać się chce, zimno jak cholera, ale ręka nie może zadrżeć przed strzałem To bracie, sprawa życia i śmierci

Ręka nie drżała mu, kiedy nalewał wódkę z butelki. Robił to z dużą wprawą, nonszalancko, lejąc do kieliszków z pewnej wysokości. Sprawiało mu to przyjemność. Zastanowiłem się nad tym, jakiego rodzaju przyjemność odczuwał, gdy pakował sarnie dwie kule pod lewą łopatkę ze stanowiska w zabłoconym rowie. Stary usiadł z powrotem na kanapie, dokładnie pod błogosławiącym papieżem i patrzył na nas słuchając, nic nie mówiąc. Przesunąłem się z krzesłem w stronę Franka, żeby nie mieć starego zupełnie za plecami.

– Ojciec, powiedz, niech przyniesie zagryzkę i kompot — rzucił ponownie Stach, obracając kieliszek palcami w miejscu, jakby wcierał stopkę w lnianą serwetkę, którą bawił się przed chwilą. Ociągając się, sięgnęliśmy po swoje kieliszki i ostrożnie przesunęliśmy je na skraj stołu, gdyż były nalane niemal do pełna. Stary znowu uniósł się z kanapy i wyszedł z pokoju. Po chwili był już z powrotem, nic jednak nie przyniósł. Stach podniósł kieliszek i powąchał. W żółtym świetle żyrandola, wódka mieniła się złocistym odcieniem Wzniósł rękę jeszcze wyżej i przez chwilę jego potężne zdeformowane oko patrzyło na mnie poprzez płyn i szkło. Możliwe jednak, że nie patrzył na mnie, tylko na swojego ojca, a ich błękitne spojrzenia łączyły się na wysokości mojej głowy, gdyż siedziałem dokładnie w połowie odległości pomiędzy nimi. Naszła mnie nagła myśl, że być może widzą się poprzez moją głowę i nieprzyjemny dreszcz przeszedł mi po plecach.

– Do Siego Roku — rzucił Stach bez szczególnego zaangażowania i przechylił kieliszek na raz. Powtórzyliśmy jego gest z minimalnym opóźnieniem, nic jednak nie mówiąc

W tym momencie wyrosła obok mojej głowy blaszana taca trzymana przez dwie delikatne dłonie o boleśnie poobgryzanych paznokciach. Młoda kobieta w prostych długich włosach nachyliła się nade mną, stawiając na stole słoik czereśniowego kompotu, szklanki i sztućce oraz półmisek z chlebem, masłem i sporym stosem grubo pokrojonych kawałków kiełbasy.

– Dzień dobry—powiedzieliśmy z Frankiem niemal równocześnie

Kobieta odsunęła się od stołu i przez chwilę patrzyła na nas ciekawie Przyglądała się naszym skołtunionym włosom i delikatny uśmiech rozjaśnił jej bladą twarz o podkrążonych oczach. Nie można jej było nazwać ładną, chociaż zielone, przechodzące w żółć tęczówki ożywiałyjej rysy; spojrzenie miała ciepłe, spokojne; dodawałojej ono uroku. Była bardzo szczupła i niedbale ubrana jak na Nowy Rok, miała na sobie poplamiony kuchenny fartuch, w który właśnie wycierała potłuszczone kiełbasą dłonie.

Przez chwilę wszyscy czekali milcząc, nie wiedząc właściwie na co

– A pana to ja chyba skądś znam — wystrzeliła nagle w moim kierunku i figlarny ognik zapalił się jej w oczach. — Pan śpiewa piosenki w telewizji.

Franek zachichotał, a ja poczułem się zawstydzony, rozbrojony jej naiwną, bezpośrednią zaczepką.

– Zdarza mi się — odparłem skromnie.

Kobieta chciała coś jeszcze powiedzieć, ale Stach uniósł rękę w energicznym geście i natychmiast zamknęła usta, poważniejąc

– Niech idzie stąd — polecił. — Niech już stąd idzie.

Kobieta zabrała tacę i wycofała się szybko, a stary ponownie uniósł się z kanapy i wyszedł zaraz za nią, mrucząc coś pod nosem. Twarz Stacha poczerwieniała, nie byłem pewien czy sprawiła to wódka, czy aż tak rozzłościł się na kobietę. Wziął w rękę nóż, przejechał masłem po kromce chleba, po czym wepchnął w usta duży kawałek kiełbasy i żuł go powoli, łagodniejąc stopniowo

– Zagryźcie — wskazał nożem półmisek. — Dobra kiełbasa — zachęcił

– Jestem wegetarianinem — odparłem, czując że posyłam niezamierzoną strzałę w jego kierunku. — Nie jem mięsa.

Stach obdarzył mnie wtedy jednym ze swoich błękitnych spojrzeń; wyczułem w jego oczach błysk niechęci, odrazy nawet, jak gdybym popełnił gruby nietakt.

– Co jesz w takim razie? — dobiegł mnie suchy głos starego zza moich pleców. Znowu wrócił na kanapę nie usłyszany i nie zauważony przeze mnie. Stach włożył do ust kolejny kawałek kiełbasy, a Franek rozsmarowywał masło na cienkiej kromce z dużą dziurą w środku. Nie miał wiele do zrobienia.

– Warzywa, owoce, ryż, makaron, orzechy — wyrecytowałem jednym tchem. — Jem wszystko, tylko nie mięso.

Nikt nie podjął rozmowy Przyjęli moją odpowiedź, jakby ich zadowoliła Przez chwilę wsłuchiwałem się w mlaskanie Franka i Stacha. Wypełniłem szklankę kompotem i wyłowiłem największą czereśnię. Nie chciało mi się pić. Stary podszedł do stołu i chlupnął wódką z butelki do jednej z kompotowych szklanek

– Ojciec, powiedz, niech nakroi ogórka i przyniesie grzyby — polecił Stach, korzystając niejako z faktu, że stary był już na nogach

– Nie nie, nie trzeba—wzbroniłem się, widząc że to specjalnie dla mnie, ale nikt nie zwrócił uwagi na mój protest. Stary wyszedł ze szklanką w ręce, a Stach wziął delikatnie butelkę w swoje wilgotne palce, by ponownie napełnić kieliszki. Wychyliliśmy je bez wznoszenia toastu. Wódka zapiekła mnie w gardle, ale nie miałem ochoty na kompot.

Po raz drugi szczupłe palce z poobgryzanymi paznokciami pojawiły się z tacą koło mojej głowy. Kobieta w milczeniu postawiła talerz z ogórkami i słoik marynowanych grzybów obok mojego kieliszka, jakby wiedziała dla kogo je niesie. Jej włosy musnęły przy tym moje czoło. Odwróciłem się w jej kierunku, aby podziękować, słowa jednak utknęły mi w gardle. Z jej oczu, patrzących na mnie z góry, zniknęły wesołe ogniki Powieki miała czerwone, a przez prawy policzek przebiegała sina pręga, której — tego byłem pewien — nie widziałem przed chwilą. Spojrzenie jakie mi posłała speszyło mnie, kazało milczeć, wycofać się, przepraszać; czułem wyrzut w jej źrenicach, żal, może nawet złość, trwało to zbyt krótko, by zrozumieć cokolwiek prócz niewyczerpanej głębi czarnych studni w soczystej zieleni tęczówek oraz sinej pręgi biegnącej od warg do ucha Znikła tak, jak się pojawiła Nagle, za moimi plecami

Nie odprowadziłem jej wzrokiem, moje odruchowe spojrzenie gnane niepokojem odbiło się, niejako wbrew mnie samemu, od szerokiej twarzy Franka, by spocząć na tłustym podbródku gospodarza Wyglądali, jak gdyby niczego nie dostrzegli Czy to możliwe, że nie zwrócili uwagi na jej wejście? Franek z zapałem zabrał się za grzybki w occie. Stach żuł kiełbasę zadowolony. Chcąc opanować wirujące myśli, spojrzałem w telewizor. Młoda aktorka śpiewała piosenkę przy akompaniamencie gitary, ale nie było słychać muzyki ani śpiewu. Franek zapytał o poroża na ścianach, więc Stach ruszył z pierwszą myśliwską historią, rozkręcał się powoli, raz po raz odgarniał niesforny kosmyk z czoła, trochę pluł nieświadomie i rozpylał zapach wody kolońskiej przy bardziej zamaszystych gestach.

Obejrzałem się nagle za siebie, czując spojrzenie starego na karku Na kanapie nikt jednak nie siedział, tylko papież spoglądał na mnie z kolorowego zdjęcia w ramce. Tym razem, jego błogosławiące, szeroko rozłożone ręce zrobiły na mnie wrażenie zawieszonych w geście bezradności. Starego nie było w pokoju; mógł iść do łazienki, mógł iść nakarmić psa, mógł wejść do kuchni, aby uderzyć ją jeszcze raz. Byłem pewien, że uderzył kobietę wtedy, gdy wyszedł za nią mamrocząc coś pod nosem, nie mogłem jednak zrozumieć dlaczego Poczułem nagły niepokój o nią, o jej wątłe ciało owinięte poplamionym fartuchem

– Nie brakuje ci czasami miasta? — zapytał Franek, niespodziewanie zmieniając temat

Stach milczał długą chwilę, a wargi jego wydął grymas głębokiej, autentycznej pogardy.

– Miasto? Do czego mi miasto? W mieście śmierdzi — powiedział cedząc słowa. — Samo cwaniactwo i mięczaki.

– No, niezupełnie. — Franek usiłował wyjść z twarzą z niewygodnego dialogu, rozumiejąc po czasie, iż wdepnął w bardzo grząski temat.

– Ludziom w mieście zdaje się, że pojedli wszystkie rozumy — ciągnął Stach nie łagodząc tonu. — Że są tacy do przodu, czyści, kulturalni, diabli wiedzą co jeszcze. A naprawdę, dali się po prostu oswoić, odpadli od natury, stracili instynkt jaki był w nas i jest ciągle od początku świata.

Jego tyrada zupełnie zbiła nas z tropu. Ręka Franka zawisła z widelcem nad talerzem, a ja patrzyłem tępym wzrokiem na skórę pod kredensem, myśląc o tym jak bardzo oddaliłem się od natury, skoro nie mam ochoty dziurawić borsuczych karków ołowiem, ani żuć tłustej kiełbasy pokrojonej kuchennym nożem przez bladą kobietę z siniakiem na twarzy

– W mieście wszystko się rozpierdala — Stach pluł coraz mocniej, wyglądał jakby od lat czekał na tę okazję. — Gówniarze gardzą radami starszych, kobiety zdradzają mężów i nie chcą już więcej rodzić dzieci, faceci noszą babskie ciuchy i wszyscy gonią za kasą — zaśmiał się szyderczo. — Ale to już długo nie potrwa — dodał, kołysząc głową z satysfakcją.

Znowu zapadła chwila ciszy. Stach machnął ręką, jakby odganiając kolejne myśli i chwycił po raz trzeci za butelkę. Nalał wódki do kieliszków i szybko wychylił swój, nie czekając na nikogo. W jego błękitnych oczach żarzył się euforyczny płomień

– Przetrwają tylko wilki — dorzucił cicho, kończąc, albo otwierając nowy temat, którego jednak nie zdecydował się rozwinąć

– No, to za wilki! — rzucił Franek, chcąc rozładować napięcie, po czym wypił swój kieliszek powoli, z godnością.

Wypiłem szybko mój i zapytałem gdzie mogę znaleźć toaletę

– Po prawej, przy kuchni, w głębi korytarza — wyjaśnił Stach uprzejmie

Stałem w zimnej łazience, sprawiając sobie ulgę, patrząc na ciepłą parę buchającą z muszli; musiało nawalić im ogrzewanie. Słyszałem starego, jak krząta się po podwórku, rzucając raz po raz krótkie komendy Lukasowi. Przez grubą matową szybę łazienkowego okna widać było cień jego wysokiej postaci, przesuwał się powoli, niekiedy znikając nagle, jakby stary pochylał się, układając coś lub podnosząc z ziemi. Było mi niedobrze, zastanawiałem się czy nie włożyć palca do ust i nie zwymiotować, by w rytualny sposób oczyścić ciało z wódki, ganji, wczorajszego szampana, a przede wszystkim z monologu Stacha, który napełnił mnie niewytłumaczalną trwogą. Miałem ochotę spłukać to wszystko, zapomnieć, odtrącić, spławić do kanału albo Wisłą do morza, odciąć się od tego co czułem jednym głośnym opuszczeniem deski Zastanawiał mnie gniew, jaki wypełniał przemówienie Stacha, jego nagły wybuch wydawał mi się nierealny, sztuczny, bezpodstawny, zagrany; potrzebowałem tej chwili samotności w wyziębionej toalecie aby ogarnąć myśli, upewnić się, że biesiada przy stole, w której sam uczestniczę, odbywa się naprawdę, że nie jest marihuanowym majakiem wysyłającym mnie w kosmos obsesyjnych dociekań. Nie, trawa Franka nie mogła być aż taka mocna

Po cichu przymknąłem za sobą drzwi i stanąłem niepewnie w korytarzu. Powinienem był natychmiast wrócić do dużego pokoju, skąd dobiegały ciche odgłosy rozmowy. Stach znowu opowiadał o polowaniu. Moją uwagę przykuły jednak dźwięki dochodzące z kuchni, zgrzyt sztućców wrzucanych do szuflad i szum wody w zlewie, przy którym kobieta z pewnością myła naczynia Dostrzegłem ją poprzez uchylone drzwi, odwróconą do mnie tyłem, skupioną nad garnkiem, z którego dna zdrapywała coś szybkimi ruchami. Jej ciało było drobne, trochę niezgrabne pod okrywającą je sukienką i luźnym fartuchem. Nuciła piosenkę pod nosem; zapał z jakim drapała nożem garnek, energia jaką wkładała w tę pracę jaskrawo kontrastowały z apatią, jaka biła od niej przed chwilą w salonie. Kuchnia pełna była kwiatów, na oknie stały rośliny w doniczkach, a drewniane ściany nad szafkami i piecem zdobiły zasuszone bukieciki polnych ziół. Kilka naiwnych akwareli przedstawiających leśne widoki odcinało się rozwodnioną zielenią od korzennego brązu ścian, pomiędzy nimi kryły się ledwie widoczne pożółkłe fotografie rodzinne, a na lodówce stała gipsowa figurka Matki Boskiej, trzymającej w ramionach małego Jezuska z aureolą. Zrozumiałem, iż kuchnia jest jej fortecą, jej schronieniem, miejscem które nazywa swoim w tym domu pełnym myśliwskich trofeów. Tym większym jednak przerażeniem napełniło mnie przeczucie, pewność nieomal, że to właśnie tu ją bito, że tutaj wtargnął stary aby uderzyć ją, naruszył jej terytorium aby skarcić ją za to, iż pozwoliła sobie wnieść odrobinę swojej osobowości w surową, męską atmosferę salonu

Wszedłem zdecydowanie do kuchni, a kobieta, słysząc mnie, odwróciła się nerwowo, wciąż trzymając garnek i nóż w dłoniach. Jej spojrzenie było połączeniem zdziwienia i strachu; chciałem dostrzec w nim ulgę i odrobinę zainteresowania, widziałem je nawet, ale nie byłem pewien, czy są realne, czy to zaledwie projekcja pragnienia jakie ja sam czułem. Nie mówiła nic, po prostu patrzyła na mnie swoimi zielonymi oczami i czekała aż się odezwę, aż wyjaśnię powód mojego nadejścia, mojego wtargnięcia w jej kobiecą przestrzeń pośród kwiatów i akwarelek. Sina pręga na jej policzku przyjęła teraz ciemnoniebieski odcień

– Malujesz pejzaże? — zapytałem o obrazki na ścianach

Cień zmieszania przebiegł jej po twarzy, towarzyszył mu jednak delikatny uśmiech; była skrępowana lecz mile dotknięta przez sam fakt, iż ktoś je zauważył

– E, to takie nic — odparła skromnie.

Znowu patrzyliśmy na siebie. Czułem, że twarz mam rozpaloną po kilku kieliszkach wódki, po ganji oraz porannym kacu. Nie chciałem z nią nawet rozmawiać, wiedziałem że nie oddam słowami tego, co chciałbym jej przekazać: nagłego współczucia, zrozumienia jakbym znał ją od lat, nagłej troski o nią; chciałem jej po prostu pomóc. Usiłowałem mówić do niej spojrzeniem, zbudować między nami pomost, stworzyć system komunikacji bez słów, bez myśli

– Dlaczego. dlaczego pan tak na mnie patrzy? — zapytała nagle, a ja zrozumiałem, że jeśli nawet dociera do niej intensywność emocji jaką wysyłam, może ją opacznie zinterpretować, jeśli nie otrzyma kilku słów naprowadzenia.

– Uderzył cię — powiedziałem cicho. — Wszedł tu i uderzył cię

– Kto? Ojciec? — zapytała, jak gdyby nie rozumiejąc, ale sam fakt iż wiedziała o kim mówię, dowodził że mam rację Zakręciła wodę i odstawiła garnek do zlewu, wrzucając nóż do środka Zadźwięczał, jak ciężka moneta Stała nieruchomo, odwrócona do mnie bokiem

– Dlaczego? — zadałem pytanie, chociaż nie liczyłem na żadną odpowiedź

Wkomponowana w narożnik kuchni, milcząca i nieruchoma, wydała mi się piękna. Na dworze ściemniało się i jej twarz, nie oświetlona żadną lampą, sprawiała wrażenie białej, gładkiej, żarzącej się wewnętrzną jasnością, niczym twarz Madonny z nowogrodzkich ikon. Nawet kąt, w którym stała, sprawiał wrażenie płaskiego; linie ścian i sufitu, zamiast uciekać ode mnie i zbiegać w najodleglejszym punkcie, pędziły w moim kierunku, przedłużone cieniami jej włosów i fałdami sukienki, łączyły się w linii ramion i dłoni złożonych na brzuchu w geście macierzyńskiej troski

– To nie powinno tak wyglądać — powiedziałem czując, że słowa z trudem przebijają się przez gęstniejącą ciszę. — Życie powinno wyglądać inaczej…

Właśnie zastanawiałem się, jak przedstawić jej moją wizję tego, co należało jej się od życia, gdy nagle przemówiła głosem cichym lecz wypełnionym jakąś nienaturalną determinacją, opuszczając wzrok na swoje ręce czule obejmujące brzuch

– Dzięki niej nie jestem sama — nie dostrzegałem ruchu jej warg, gdy mówiła — Ale boję się, że dzień w którym przyjdzie na świat, będzie dla niej początkiem umierania — nie byłem nawet pewien, czy w ogóle to powiedziała. Czułem, że tym nagłym wyznaniem otwiera przede mną przestrzeń, wjakiej chciałem się zanurzyć, zaprasza mnie do zwiedzania, do wspólnej wibracji, dając mi przy tym do zrozumienia, iż jej pozycja w tym domu jest znacznie bardziej skomplikowana niż przypuszczałem i że istnieją tematy poza tym, który ja chciałem jej narzucić. Z trudem przełknąłem ślinę i czekałem w milczeniu, łudząc się że coś jeszcze powie.

Drzwi na podwórze trzasnęły z hukiem i kobieta drgnęła nerwowo, słysząc kroki starego w sieni. Odwróciła się szybko w stronę zlewu i odkręciła wodę. Strumień odbił się od naczyń, zalewając kuchenny blat.

– Niech pan stąd idzie — poleciła mi gwałtownie. — Niech pan już stąd idzie

Wybiegłem z kuchni w nagłej panice. W przedpokoju zwolniłem i minąłem starego ocierając wierzch dłoni w spodnie, aby pomyślał iż wyszedłem z łazienki. Nie zwrócił na mnie uwagi

W salonie powitało mnie wielkie oko Stacha; znowu patrzył na mnie poprzez pełny kieliszek, martwo, nie mrugając powiekami, jakby chciał przejrzeć mnie na wylot.

– Co tak długo? — rzucił z wesołą przyganą. — Wódka stygnie

Ponownie siedzieliśmy w czwórkę w pokoju; stary na kanapie pod papieżem, a Stach, Franek i ja dookoła stołu, wszyscy trzej muskając palcami delikatnie rżnięte stopki kryształowych kieliszków. Nie miałem już ochoty pić, nie mogłem jednak odmówić. Wdusiłem w siebie kolejną dawkę i niepewnie przełykałem ślinę, słuchając rechotu Stacha, który właśnie wzniósł toast za „chłopców z miasta”. Nie byłem pewien, czy miał na myśli nas, czyjakąś grupę dawnych znajomych ciągle godnych jeszcze szacunku, czy też po prostu generalizował, szydząc ze wszystkich, którzy nie mieli już w nawyku kłaść się co jakiś czas do rowu, aby czekać ze strzelbą na dzika Czułem poprzez stół zapach wody kolońskiej i czegoś jeszcze, co tą wodą starannie pokrywał. Pomyślałem o nich leżących razem w łóżku, każdej nocy; ujrzałem ją z twarzą białą w blasku podwórkowej latarni, wpatrzoną w sufit i wstrzymującą oddech, podczas gdy on miażdży ją swoim ciężarem, porusza się na niej, gniecie jej drobne piersi mokrymi łapskami aptekarza.

Co miała na myśli mówiąc o dziecku, o które się boi, roztrząsałem w milczeniu, udając że słucham Franka, który zawiesił głos przed pointą przaśnego dowcipu i sięgnął do słoiczka po kolejny grzybek. Czy naprawdę cokolwiek powiedziała? A jeśli tak, to czyje dziecko nosiła? Stacha? Zdałem sobie sprawę z tego, że nic nie wiem o relacjach pomiędzy ludźmi w tym domu. Stary był ojcem, to pewne, ale kobieta i Stach? Powiedziała „ojciec” mając na myśli starego, mogli więc być rodzeństwem. Jeśli tak, wizja ich wspólnej nocy w świetle podwórkowej latarni była zbędną torturą. A jeśli, poczułem paraliżujący lęk jeszcze zanim uświadomiłem sobie, co atakuje moje myśli, jaka wersja domaga się wzięcia pod uwagę, a jeśli kobieta jest córką starego i nosi w sobie dziecko Stacha? Albo samego starego?

W telewizji rozpoczął się bezgłośnie western i Stach, kręcąc czubek wąsa, przyglądał się strzelaninie. W pewnej chwili zapragnąłem wyjaśnień, chciałem wstać wywracając krzesło i waląc pięścią w stół zażądać jasnej odpowiedzi, zapytać dlaczego traktują tę kobietę tak jak ją traktują, co znaczy pręga na jej twarzy i dlaczego chociaż jedna z jej naiwnych akwarelek nie wisi tu, w salonie, pomiędzy łbami upolowanych zwierząt. Nic jednak nie powiedziałem. Siedziałem niezgrabny, ciężki, wpatrzony w telewizor tylko po to, by nie musieć patrzyć na Stacha ani na jego trofea.

Teraz