Moje serce, mój wróg - A. J. Steiger - ebook
Opis

Alvie źle się odnajduje wśród innych ludzi, ale ma to w nosie. Za długo musiała przełykać niezliczone tabletki oraz porady dorosłych: „Zaadaptuj się. Udawaj, że jesteś normalna”. To brzmi tak łatwo i banalnie, prawda?

Plan na teraz: dotrwać do osiemnastych urodzin bez większej wpadki, a będzie samodzielna i niezależna. Wolna. Jeśli jej się nie uda, trafi do państwowego ośrodka. Co się wtedy stanie z Chance’em, pozbawionym skrzydła myszołowem z zoo, w którym pracuje? To przyjaciel Alvie; ludzie są tacy przereklamowani...

Jednak los stawia na drodze dziewczyny Stanleya, kogoś tak samo dziwnego jak ona. Podpierającego się laską chłopaka o ciele kruchym jak delikatne szkło. Wbrew swojej woli Alvie zbliża się do niego, ale nie potrafi zapomnieć tego, co się stało z ostatnią osobą, którą kochała. Jeśli znajdzie siłę, by stawić czoło wrogowi, który tkwi w niej samej, może uda jej się wreszcie znaleźć w życiu szczęście?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: When My Heart Joins the Thousand

Copyright © 2018 by A. J. Steiger All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem do reprodukcji w całości lub we fragmencie w jakiejkolwiek formie.

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-8074-135-5

PROJEKT OKŁADKI: Sylwia Szyrszeń REDAKCJA: Urszula Śmietana KOREKTA: Urszula Włodarska REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

Od autorki

Po raz pierwszy zetknęłam się z Wodnikowym Wzgórzem w dzieciństwie, gdy obejrzałam film animowany z 1978 r., oddający brutalność, ale i nadzieję oraz piękno powieści Richarda Adamsa. Od razu zakochałam się w świecie królików i ich postaciach. Minęło wiele lat, a magia książki wcale dla mnie nie przeminęła.

Króliki to twardziele. Mierzą się codziennie z drapieżnikami, a jednak przystosowują się do takiego życia, walczą i trwają. Pojedyncze osobniki są słabe i żyją krótko, ale jako gatunek to potęga. Króliki reprezentują sobą siłę, wolę przeżycia i najgłębsze instynkty tkwiące w każdej żywej istocie na naszej planecie.

Taką samą twardzielką jest Alvie. Jej duchowa więź z królikami – a konkretnie z Wodnikowym Wzgórzem – była pierwszą cechą, jaką ujrzałam oczami wyobraźni i do której wracałam w czasie pisania oraz wprowadzania kolejnych, niezliczonych poprawek.

Dlatego mam ogromny dług wdzięczności wobec Richarda Adamsa, który odszedł co prawda w 2016 r., ale pozostawił po sobie coś, co przetrwa jeszcze wiele pokoleń. Wodnikowe Wzgórze to znacznie więcej niż książka fantasy – to hymn na cześć życia, przypominający nam o głębokiej, intymnej więzi z ziemią, innymi stworzeniami i każdym człowiekiem.

W wypadku królików cały proces zalotów i spółkowania zabiera łącznie trzydzieści do czterdziestu sekund.

Nie jestem królikiem, jednak gdybym była, moje życie byłoby znacznie prostsze.

– Jesteś pewna? – pyta Stanley. – Nadal możesz zmienić zdanie.

Pociągam dwukrotnie za swój lewy warkocz.

– Gdybym nie chciała, nie zadałabym ci tego pytania – mówię. Ale prawdę powiedziawszy, nie sądziłam, że się zgodzi.

Jesteśmy w motelu, w pokoju ze starym, charkoczącym grzejnikiem i seryjną reprodukcją przedstawiającą wiatrak. Stanley siedzi na brzegu łóżka, wierci się niespokojnie, obok oparł kulę. Zaciśnięte palce położył na kolanach.

Robię kilka kroków w jego stronę. Unosi ręce, ale zaraz nieruchomieje.

– Żadnego dotyku? – upewnia się.

– Żadnego. – Tak się umówiliśmy. Ja mogę go dotykać, on mnie nie.

Widzę, jak krew pulsuje mu w tętnicy na szyi. W ciągu dziesięciu sekund doliczam się dwudziestu uderzeń. To sto dwadzieścia uderzeń na minutę.

Przypuszczam, że to spadło na niego zbyt nagle. W końcu dzisiaj spotkaliśmy się po raz pierwszy. Ja jednak chcę spróbować ‒ ten jeden raz. To powinno być intuicyjne, przecież wszystkie zwierzęta to robią. Więc i ja dam radę, niemożliwe, żebym była aż tak do niczego.

Wyciągam powoli rękę i ujmuję obie jego dłonie. Wydaje z siebie dźwięk, jakby zaraz miał kichnąć – to gwałtowne wciągnięcie powietrza. Przyglądam się jego palcom, długim i szczupłym. Nie lubię, kiedy ktoś mnie dotyka, ponieważ to boli, ale gdy to ja kontroluję sytuację, dotyk staje się możliwy do zniesienia.

– Wiesz, że wszystkie jaszczurki z gatunku Aspidoscelis uniparens są samicami? Rozmnażają się przez klonowanie. Samice wzajemnie się dosiadają, żeby pobudzić produkcję jaj.

Stanley wpatruje się we mnie. Milczy.

– Z kolei u pławikoników role są odwrócone. Samica przekazuje samcowi jaja i to on je nosi, aż się wyklują młode.

Stanley kładzie sobie rękę na brzuchu.

– Pingwiny cesarskie mają tylko jednego partnera w danym sezonie rozrodczym. Para komunikuje się za pomocą konkretnych odgłosów. Samiec trąbi na samicę, aż ta go znajdzie. A potem kłaniają się sobie, stają naprzeciwko i zaczynają śpiewać.

– Śpiewają?

– Tak.

Zastanawiam się, kim ja jestem. Królikiem, hieną, gibonem? A może zupełnie innym gatunkiem. Jedno wiem na pewno ‒ nie identyfikuję się zbyt mocno z rodzajem ludzkim.

– Jesteś pewna?

Już drugi raz zadaje mi to pytanie, ale może ma do tego prawo. A jeśli zwariowałam? To może okazać się katastrofą.

– Przejdźmy do rzeczy – mówię.

1

Trzy tygodnie wcześniej

O pewnych porach dnia w moim mieszkaniu śmierdzi zjełczałym serem gouda, ale chyba nikt poza mną w całym budynku nie zwraca na to uwagi. Napisałam cztery pisma do właścicielki, pani Schultz, jednak dałam sobie spokój, bo kiedy poszłam do niej zapłacić czynsz, zauważyłam, że wkłada je wszystkie do segregatora podpisanego „Wariaci”.

Od tamtego czasu, gdy smród staje się zbyt intensywny, po prostu wychodzę do parku, siadam na ławce i gram na laptopie w go.

Mamy piątego października, godzinę siedemnastą pięćdziesiąt dziewięć. Temperatura na zewnątrz wynosi około trzynastu i pół stopnia. Cisza wypełnia moje uszy. Gdy się mocniej wsłuchuję, docierają do mnie wplecione w nią dźwięki: głuche dudnienie przejeżdżających w oddali samochodów, szelest liści na wietrze i szum krwi płynącej w moich żyłach, ale żadnych ludzkich głosów.

Naciągam na głowę kaptur bluzy, co pozwala mi ogrzać uszy, a jednocześnie nieco ukryć twarz, dając mi poczucie prywatności. Otaczający mnie park jest cichy i nieruchomy – wielka przestrzeń uśpionej zielonej trawy. Niektóre klony już zaczęły gubić krwistoczerwone liście. W znajdującym się nieopodal stawie połyskuje woda. Anas platyrhynchos ślizgają się po powierzchni, czubki samczych łebków świecą niczym oszlifowane szmaragdy z onyksowymi oczami. Gdy rozpościerają skrzydła i podrywają się do lotu, ich opalizujące niebieskoczarne lusterka odbijają od siebie światło.

Zerkam na pustą ławkę przy stawie, a potem sprawdzam, która godzina. Czekam na chłopaka z laską.

Codziennie, dokładnie o osiemnastej, chłopak mniej więcej w moim wieku – może parę lat starszy – wychodzi z pokrytego łososiowym tynkiem budynku po drugiej stronie ulicy, kuśtyka do parku i siada na ławce. Czasami czyta. Niekiedy obserwuje kaczki. Od trzech tygodni to jego utarty schemat.

Kiedy pojawił się po raz pierwszy, byłam zła, że naruszył moje terytorium. Nie miałam ochoty z nim rozmawiać – nie cierpię rozmów z ludźmi – ale też nie zamierzałam rezygnować z mojego parku. Dlatego zaczęłam się ukrywać. A potem coś się zmieniło. Stał się częścią krajobrazu, tak samo jak kaczki. Jego obecność przestała mnie drażnić, regularność jego wizyt w parku działa na mnie wręcz kojąco.

I rzeczywiście. Ledwo wybija szósta, a otwierają się drzwi i wyłania się z nich chłopak. Wygląda tak samo jak zawsze: szczupły, blady, niezbyt wysoki, z jasnobrązowymi włosami, które chyba dawno nie były podcinane. Rozpięta niebieska kurtka wydyma się na wietrze. Przyglądam się, jak idzie do swojej ławki, podpierając się laską. Siada, a ja odwracam wzrok, usatysfakcjonowana. Opieram się plecami o drzewo, otwieram laptopa, kładę go sobie na kolanach i zaczynam partię go z losowym przeciwnikiem.

Chłopak nie zdaje sobie sprawy z mojej obecności. Staram się, żeby to się nie zmieniło.

* * *

Kiedy opuszczam park, już zmierzcha. Po drodze do domu wstępuję do Quik-Martu po dwa opakowania ramenu, bochenek pszennego chleba, napój pomarańczowy i waniliową babeczkę.

Za każdym razem kupuję to samo, więc doskonale wiem, ile będzie kosztowało: sześć dolarów i dziewięćdziesiąt siedem centów. Odliczam dokładną kwotę, zanim podejdę do kasy, a potem szybko przesuwam ku sprzedawcy zakupy i pieniądze.

– Coś jeszcze? – pyta. Kręcę przecząco głową.

Moje mieszkanie znajduje się kawałek dalej. Narożny, przysadzisty budynek z cegły, z jednym mizernym drzewkiem rosnącym przed frontem. Z najwyższych gałęzi, niczym maleńka flaga, zwisa niebieska prezerwatywa. Tkwi tam, odkąd sięgam pamięcią. Na chodniku leżą bursztynowe odłamki stłuczonego szkła.

Podchodzę do drzwi i zamieram. Dostrzegam czekającego na mnie chudego, łysiejącego mężczyznę około czterdziestki. Nosi okrągłe oprawki okularów i kamizelkę z dzianiny.

– Doktor Bernhardt – mamroczę.

– Dobrze, że cię złapałem. Dzwoniłem do twojego mieszkania i dzwoniłem. Już miałem zrezygnować.

Przyciskam zakupy do piersi.

– Byliśmy umówieni w środę, a dziś jest poniedziałek. Nie spodziewałam się pana.

– Musiałem przełożyć nasze spotkanie. Próbowałem się do ciebie dodzwonić, ale nigdy nie odbierasz. Rozumiem, że nie lubisz niespodzianek, ale w związku z tym chyba powinnaś od czasu do czasu sprawdzać pocztę głosową. – W jego głosie słychać ton, który nauczyłam się identyfikować jako cierpki.

Doktor Bernhardt pracuje w opiece społecznej. To dzięki niemu mogę mieszkać samodzielnie, chociaż jestem niepełnoletnia.

– To jak, wpuścisz mnie?

Wzdycham nerwowo i otwieram drzwi.

– Dobrze.

Wchodzimy do budynku i ruszamy na pierwsze piętro. Schody wyłożone są wytartą wykładziną w wyblakłym kolorze, czymś pomiędzy beżem a błękitem, na której widnieje ciemna plama. Być może rozlany napój, a może zaschnięta krew. Tak samo jak prezerwatywa na drzewie, plama też tu już była, kiedy się wprowadziłam. Doktor Bernhardt marszczy nos, po czym przekracza plamę i wchodzi do mojego mieszkania.

Od razu przygląda się wszystkiemu badawczo. Brudne dżinsy leżą na podłodze obok stosu periodyków z sudoku. Na ławie, w otoczeniu okruszków, stoi szklanka z niedopitym napojem pomarańczowym. Sportowy stanik wisi na telewizorze.

– No wiesz, jak na kogoś, kto uwielbia porządek i rutynę, powinnaś trochę bardziej dbać o czystość – stwierdza doktor.

– Planowałam posprzątać, zanim pan przyjdzie – mamroczę. Bałagan mi nie przeszkadza, dopóki to mój bałagan. Bez problemu nawiguję we własnym chaosie.

Gdy wchodzę do kuchni, skorek pędzi do zlewu i znika w odpływie. Stawiam kupione produkty na blacie, otwieram lodówkę i chowam szklankę z sokiem.

Doktor Bernhardt zagląda mi przez ramię, przygląda się zawartości lodówki, w której znajduje się pudełko z resztkami chińszczyzny, spleśniałe resztki kanapki z szynką, tubka śmietankowego kremu oraz musztarda, i unosi brwi.

– Niezbyt zdrowo się odżywiasz.

Zamykam drzwiczki.

– Jutro wybieram się na zakupy.

– Powinnaś od czasu do czasu kupować jakieś warzywa i owoce.

– Ma pan obowiązek zgłaszania moich zwyczajów żywieniowych.

– Pamiętaj, pytania mają intonację wznoszącą. W przeciwnym razie twoi rozmówcy nie będą wiedzieć, że ich o coś pytasz[1].

Uważam, że w większości sytuacji sam kontekst wystarcza, ale powtarzam pytanie z naciskiem na dwa ostatnie słowa.

– Ma pan obowiązek zgłaszania moich zwyczajów żywieniowych.

– Nie. Tylko udzielam ci rady. Chyba wiesz, że to należy do zakresu moich obowiązków służbowych?

– Czy zadał mi pan pytanie.

– Retoryczne – odpowiada i wchodzi do salonu. – Mogę usiąść?

Kiwam głową.

Doktor zajmuje miejsce na sofie, splata palce i przygląda mi się ponad małymi, okrągłymi oprawkami okularów.

– Nadal pracujesz w zoo?

– Tak.

– Myślałaś może o podjęciu studiów?

Pytał mnie o to już kilkakrotnie i zawsze odpowiadam tak samo.

– Nie stać mnie. – Poza tym nie mam szans na stypendium, ponieważ rzuciłam szkołę. I wcale nie dlatego, że szło mi kiepsko, po prostu nienawidziłam szkoły. Mam zdany egzamin GED[2], ale większość uczelni honoruje właśnie świadectwo ukończenia liceum. – Zresztą, lubię tę pracę.

– Jesteś usatysfakcjonowana swoją obecną sytuacją?

– Tak. Jest lepsza niż jej alternatywa.

Zanim zamieszkałam tutaj, przebywałam w domu dla problematycznych nastolatków. Dzieliłam pokój z dziewczyną, która gryzła palce do krwi i budziła mnie w środku nocy, wrzeszcząc mi do ucha. Jedzenie było okropne, a zapachy jeszcze gorsze.

Uciekałam stamtąd trzykrotnie. Za trzecim razem złapali mnie, gdy nocowałam w parku, i pod zarzutem włóczęgostwa trafiłam do sądu. Na pytanie, dlaczego ciągle uciekam, odparłam, że bezdomność jest lepsza niż życie w takiej placówce. Poprosiłam o zgodę sądową na usamodzielnienie – wcześniej poczytałam sporo na ten temat – czyli prawnie usankcjonowaną możliwość samodzielnego mieszkania.

Sędzina się zgodziła, pod warunkiem że przyznany mi kurator będzie regularnie sprawdzał, jak sobie radzę. Dlatego właśnie doktor Bernhardt został moim opiekunem, przynajmniej na piśmie. Ma obowiązek odwiedzania mnie co najmniej dwa razy w miesiącu, ale poza tym nie utrzymujemy ze sobą kontaktu, co mi odpowiada.

Cały czas mam jednak świadomość, że to od niego zależy, czy trafię z powrotem do ośrodka dla nastolatków. Albo czy spotka mnie jeszcze gorszy los.

– Alvie, mogę zadać ci osobiste pytanie?

– Czy jeśli powiem „nie”, to coś zmieni.

Marszczy czoło, aż mu się brwi stykają. Jest sfrustrowany, może nawet urażony. Nie potrafię tego stwierdzić. Odwracam wzrok.

– Proszę pytać.

– Masz przyjaciół?

– Mam zwierzęta w pracy.

– Przyjaciół, z którymi możesz porozmawiać. I papugi się nie liczą.

Waham się.

– Nie potrzebuję nikogo takiego.

– Jesteś szczęśliwa?

Oczywiście to kolejne pytanie retoryczne. Raczej nie kwalifikuję się do grona osób, które większość uznałaby za szczęśliwe. Tyle że to nie ma znaczenia, szczęście nie jest dla mnie priorytetem, co innego ‒ przeżycie. Utrzymanie się przy zdrowych zmysłach. Podkreślanie, że nie jestem szczęśliwa, to jak wytykanie bezdomnemu, że nie ma sensownych planów na emeryturę. Owszem, jest w tym ziarno prawdy, ale co z tego?

– Jestem stabilna, od kilku miesięcy nie miałam załamania nerwowego.

– Nie o to pytam.

– Nie rozumiem celu tego pytania.

Doktor wzdycha.

– Nie jestem psychoterapeutą, ale moim zadaniem jest troska o twoje zdrowie i samopoczucie. Wiem, że cenisz sobie własną niezależność, jednak twoja sytuacja byłaby lepsza, gdybyś miała choć jednego przyjaciela. Kiedy ostatni raz nawiązałaś rozmowę z kimkolwiek spoza pracy?

Do tej pory nie interesował się moim życiem towarzyskim, czy też jego brakiem, dlaczego więc nagle to takie istotne?

– Nie jestem taka jak inni. Dobrze pan o tym wie.

– Uważam, że przeceniasz swoją inność. Może na dobry początek powinnaś zacząć, nie wiem, od jakiegoś chat roomu? Komunikacja internetowa bywa niezłym rozwiązaniem dla osób z dysfunkcjami społecznymi. W ten sposób możesz poznać ludzi o podobnych zainteresowaniach.

Milczę.

– Alvie, stoję po twojej stronie, czy sobie z tego zdajesz sprawę, czy nie…

Ten tekst słyszałam już nie raz, z ust wielu dorosłych osób. Dawno przestałam w niego wierzyć.

– …ale to, jak żyjesz… to nie jest do końca dobre dla ciebie. Jeśli sytuacja się nie zmieni, zasugeruję sędzinie, że możesz nadal mieszkać samodzielnie, pod warunkiem że zaczniesz chodzić na terapię.

Panika wzbiera w mojej klatce piersiowej, ale zachowuję neutralny wyraz twarzy.

– Czy to koniec na dzisiaj.

Doktor Bernhardt wzdycha.

– Chyba tak. – Podnosi teczkę i rusza do drzwi. – Do zobaczenia za dwa tygodnie – mówi, a wychodząc na korytarz, zerka przez ramię. – I wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – mówi.

Drzwi się za nim zamykają.

Po jego wyjściu stoję przez kilka minut na środku pokoju, czekając, aż zniknie ucisk między żebrami.

A potem rozpakowuję babeczkę, którą kupiłam, kładę ją na ławie i wbijam w nią świeczkę. Punktualnie o dziewiętnastej czterdzieści pięć zapalam ją i zdmuchuję.

Jeszcze tylko rok i już nie będę musiała radzić sobie z doktorem Bernhardtem ani żadnymi innymi urzędnikami. Muszę tylko dotrwać do osiemnastych urodzin, nie tracąc pracy i regularnie płacąc czynsz. A potem zyskam pełną wolność.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Alvie, jak wiele osób z zespołem Aspergera, cechuje nietypowa melodyka wypowiedzi, zwłaszcza zdań pytających, które brzmią monotonnie, bez charakterystycznej intonacji wznoszącej na końcu zdania, stąd w wypowiadanych przez nią kwestiach brak znaku zapytania [przyp. red.].

2 GED – amerykański egzamin, odpowiednik dyplomu ukończenia szkoły średniej [przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki].