Wydawca: Poligraf Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 150 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moje pożegnanie z Tajlandią - Ludwik J. Wnukiewicz

Tajlandia. Kraj marzeń wielu, wielu ludzi, a ja przyjechałem tu do pracy, na kontrakt w hucie miedzi w Rayong. […]
Prawie dwa lata przebywania z mieszkańcami Tajlandii to wielka lekcja w moim ponadpięćdziesięcioletnim życiu. Lekcja cierpliwości i pokory, doświadczeń życiowych, materialnych i tych wewnętrznych − psychicznych. One właśnie są moim największym bogactwem wyniesionym z pobytu w Tajlandii. Nigdy nie należy mówić „nigdy”, ale w moim przypadku uważam ten dwuletni pobyt w tym kraju za zamknięty rozdział w życiu.
(fragment książki)

„Nie mam duszy artysty i nie potrafię malowniczo opisywać, ale chciałem jak najwięcej przekazać i starałem się to zrobić jak najlepiej”.
Ludwik J. Wnukiewicz

Opinie o ebooku Moje pożegnanie z Tajlandią - Ludwik J. Wnukiewicz

Cytaty z ebooka Moje pożegnanie z Tajlandią - Ludwik J. Wnukiewicz

Koh Samet to wymarzona wysepka dla turystów ceniących spokój nad wszystko. Na wschodnim i  północnym wybrzeżu jest wiele szerokich plaż, gdzie palmy i  inne egzotyczne dla nas drzewa rosną tuż nad wodą. Piasek na plażach jest srebrzystobiały i  z  tego powodu wiele nazw ośrodków wypoczynkowych do tego nawiązuje. Wzdłuż brzegów wśród drzew ciągną się niezliczone puby, restauracje i  knajpki serwujące wszystko to, co potrzebne jest do życia przybywającym tu tłumnie turystom.

Fragment ebooka Moje pożegnanie z Tajlandią - Ludwik J. Wnukiewicz

Rok pierwszy

 

 

1. Powitanie Tajlandii

 

29 maja 2005 roku – niedziela – no i stało się to, co miało się wydarzyć rok wcześniej. Po długich zabiegach udało mi się przyjechać do bardzo egzotycznego dla nas kraju, do kraju, do którego wraca się, jeśli już ktoś był w nim chociaż raz.

 

Sielankowa atmosfera Tajlandii

 

Tajlandia. Kraj marzeń wielu, wielu ludzi, a ja przyjechałem tu do pracy, na kontrakt w hucie miedzi w Rayong. Niedaleko stąd, mniej więcej sześćdziesiąt kilometrów na północny zachód, leży urocze wypoczynkowe miasto Pattaya, dokąd tysiące turystów z całego świata przyjeżdżają po wypoczynek, słońce, relaks i wiele innych przyjemności.

Po długiej i dość ciężkiej podróży jestem bardzo zmęczony, ale po chłodnym prysznicu można się szybko zregenerować.

Wieczorem jest dość chłodno, około 30°C, i wieje lekki wiaterek. Ciekawość nowego miejsca ciągnie mnie do wyjścia do miasta. Pierwsze wrażenie jest szokujące, mimo późnej pory na głównej ulicy jest bajecznie kolorowo. Tysiące samochodów, setki ludzi na motocyklach, na których jeżdżą głównie młodzi. Jeżdżą zadziwiająco sprawnie, nawet po trzy, cztery osoby na jednym skuterze! Później, już po dłuższym pobycie w tym kraju mogłem się przekonać, jak ważnym środkiem transportu są motocykle, i mogłem dokładniej zaobserwować „ułańskie” umiejętności kierowców.

Byłem tu, w Tajlandii, z krótką, kilkudniową wizytą miesiąc temu, na początku kwietnia.

Było tu wtedy wielu rodaków z mojego miasta, którzy pracowali w hucie jako doradcy techniczni przy jej uruchomieniu. Teraz jestem kompletnie sam, nie jako doradca, ale jako manager na dwuletnim kontrakcie. Czeka mnie ciężka życiowa próba, ale jestem dobrej myśli. Wiele razy w swoim życiu przechodziłem już ciężkie próby. Głęboko wierzę w opatrzność, że i tym razem mnie nie zawiedzie!

Tak to już jest w moim życiu, że do wszystkiego musiałem dochodzić ciężką pracą. A są ludzie – szczęściarze, którym wszystko się dobrze układa, ale co tam – życie trzeba brać takim, jakim jest i wierzyć, że będzie dobrze!

Gdyby tak nie było, to cóż warte byłoby życie?

Już podczas poprzedniej, krótkiej wizyty w Tajlandii zauroczył mnie ten kraj, zresztą, tak jak i wielu innych ludzi. To z pewnością jeden z piękniejszych zakątków tego świata.

Tym razem, podczas mojego bardzo długiego pobytu mam nadzieję poznać dużo lepiej ten uroczy i egzotyczny dla nas kraj. Może nawet kiedyś pokuszę się napisać o tym coś w rodzaju książki − kto wie?

Wczoraj Tajlandia przyjęła mnie na lotnisku w Bangkoku nawet dość „chłodno”, było około 35°C i nie było słońca w samo południe! Oczywiście wilgotność powietrza jest tu bardzo wysoka, taka, że człowiek nie poci się tylko wtedy, gdy nic nie robi i przebywa w klimatyzowanym pomieszczeniu.

Wieczorem, już po przyjeździe do hotelu wysłuchałem około godzinnego koncertu stworzonek – oceniając je po wydawanych odgłosach – zbliżonych do naszych cykad. Dawały donośny koncert znad pobliskich zarośli nad rzeką, która płynie tuż pod oknami hotelu.

Z balkonu mojego pokoju widać drzewa swoim wyglądem przypominające eukaliptusy, sięgają dachu siedmiopiętrowego budynku naszego hotelu. Hotel jest średniego standardu, ale jest wygodny i jest tu wszystko co potrzebne do życia, łącznie z niezbędną w tych warunkach klimatyzacją. Wszechobecna wilgotność powietrza daje się niestety odczuwać również w pokoju hotelowym.

 

Dziś znów po zapadnięciu zmroku stworzonka zwane przeze mnie „cykadłami” dały prawie godzinny koncert swoich umiejętności, ale − albo mi się tylko tak wydawało, albo był już mniej donośny.

 

Może po prostu zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Do wszystkiego można się w życiu przyzwyczaić. Już mnie tak nie dziwi lewostronny ruch uliczny. Na początku myślałem, że trudno mi będzie poruszać się lewą stroną, bo w końcu ponad trzydzieści lat jeżdżę po prawej stronie ulicy, ale jak mogłem się nieco później przekonać, nie jest to wielki problem.

Lewostronny ruch to pozostałość po posiadłościach zamorskich Korony Brytyjskiej w tych stronach świata.

2. Hotel i praca

 

Dziś miałem dzień aklimatyzacji. Jutro już nie, rozpoczynam pracę w hucie. Oby się wszystko dobrze ułożyło!

Byłem już wiele razy poza domem i rodzinnym krajem. Nawet na dłuższy czas opuszczałem rodzinę, ale nigdy nie byłem tak kompletnie sam, zdany tylko wyłącznie na własne siły.

Musiałem trochę ogarnąć pokój hotelowy i nieco dostosować go do moich potrzeb, no ale miałem chociaż trochę zajęcia w tej samotności i czas oczekiwania na jutrzejsze wydarzenia szybciej mi upłynął.

Hotel nazywa się Wiang Walee i jest całkiem znośny. Obsługa jest miła, tylko ze znajomością języka angielskiego jest trochę gorzej. Jest tylko jedna młoda pani o imieniu Sally, która mówi po angielsku i praktycznie z tego powodu zmuszona jest przebywać w hotelu przez cały dzień. Dla mnie to dobrze, bo przynajmniej mam z kim zamienić kilka zdań. W przyszłości będę musiał nauczyć się podstawowych zwrotów w języku tajskim, żebym czuł się bardziej swojsko w tym kraju.

Jest druga w nocy. Po przespaniu może godziny nie mogę dłużej spać. Może to wpływ różnicy czasu, a może efekt niedobrych wiadomości od bliskich.

Życie jest okrutne, jak mówią słowa pewnej piosenki: „życie jest pasmem przypadków ze skłonnością do upadków”, i coś w tym jest!

Najważniejsze, żeby tylko bilans tych dobrych i złych przypadków wychodził na zero, a najlepiej na plus dla dobrych. Leżąc tak w łóżku, gdy już od kilku godzin nie mogłem spać, miałem istną galopadę myśli. Przecież większość, nawet zdecydowana większość tych upadków spowodowana jest złą wolą ludzi, a życie nasze jest tak krótkie i można, a nawet powinno się przeżyć je jak najlepiej. Wystarczy być trochę lepszym, bardziej życzliwym dla innych.

W zaświaty nic ze sobą nie zabierzemy.

To jest ciężka noc dla mnie i dzień też tak się zapowiada – a może mile mnie zaskoczy?

I zaskoczył mnie – pozytywnie. Mimo że był bardzo ciężki, to jednak był całkiem sympatyczny dzień, bez większych problemów.

Pierwszy dzień w pracy, na obczyźnie, wśród obcych, ale miłych ludzi, którzy potrafią docenić czyjeś zalety. Po pracy byłem wykończony i po kąpieli tak szybko zasnąłem, że nie słyszałem „cykadiady” z zarośli. A może wróciłem do hotelu za późno? Nie zauważyłem tego.

 

W nocy znowu nie mogłem długo zasnąć, a po dwóch lub trzech godzinach obudziłem się, ale naprawdę czułem się tak zmęczony, że nawet nie mogłem napisać kilku zdań.

 

Budda siedzący…

 

…leżący

 

…i w różnych pozach

 

...oraz twarz 43-metrowego Buddy w Świątyni Leżącego Buddy w Bangkoku

 

To wszystko przez tę różnicę czasu.

Jest rok 2548! To nie jest fikcja; po prostu w Tajlandii 13 maja zaczął się rok 2548.

Te – bagatela − 543 lata to różnica między narodzinami Buddy i Chrystusa. Dla większości ludzi na świecie różnica niezauważalna. Drobnostka, tylko 543 lata Budda urodził się wcześniej. Tak przynajmniej mówi historia i trzeba temu wierzyć.

Dziś też nie miałem łatwego dnia, no ale cóż – chyba już tak musi być. Mam głęboką wiarę i nadzieję, że nadejdzie czas żniw i dobre samopoczucie wróci. Chociaż i tak nie jest źle!

Niedługo weekend i może zregeneruję siły.

Piątek, jutro i pojutrze mam wolne, ale dzisiejszy dzień w pracy był ciężki. Gdyby wszystkie dni miały tak wyglądać, to byłoby fatalnie! Tajowie chcą pracować i pracują wydajnie, ale z organizacją pracy jest już dużo gorzej. Trzeba będzie dużo zmienić, ale to bardzo trudne zadanie. Mam jednak nadzieję, że powoli mi się to uda.

 

Wczoraj byłem nad morzem na „Kanary Bay”. Do „Kanarów” to jeszcze trochę daleko, ale mogłem się zrelaksować. Tajowie są bardzo mili, uprzejmi. Wszędzie zapraszają do towarzystwa. Chyba będę musiał szybko się uczyć ich języka. Nie są natarczywi jak inni południowcy. Jestem tu praktycznie jedynym białym w okolicy. Chociaż z tym białym to nie jest tak do końca prawda. Po dzisiejszym leżeniu przez kilka godzin na falochronie zbudowanym z potężnych kamieni opalenizną przewyższam już niejednego tubylca. Strach pomyśleć, co będzie po roku lub dłuższym pobycie. Muszę zacząć chronić moją skórę.

Wieczorem po zmroku, tuż po 18, poszedłem na długi spacer. Zawsze tak robię, gdy pracuję poza rodzinnym krajem. Mogę wtedy – przechadzając się po bocznych uliczkach i zakamarkach – pozaglądać w obejścia domów, a nawet i do ich wnętrza. Bardzo dużo można podpatrzeć, wyciągnąć wnioski i nauczyć się czegoś nowego. Nie bez powodu mówi się, że podróże kształcą. Święta prawda pod każdym względem.

3. Tajowie i ich sposób bycia

 

Tajowie to w większości bezpośredni, weseli ludzie, którym do życia niewiele potrzeba.

Bardzo proste, żeby nie powiedzieć prymitywne niektóre domy są skromnie wyposażone, chociaż zdarza się, że i przed takim domem stoi piękne auto.

Klimat jest tu stały, przyjazny dla każdej formy życia. Praktycznie wszystko można uprawiać i zbierać przez cały rok. Mimo że do szczytu pory deszczowej jest jeszcze dość daleko – będzie od lipca do października – to deszczu nie brakuje. W ciągu ostatniego tygodnia były dwie lub trzy potężne ulewy.

 

Jutro poniedziałek. Zaczynam nowy tydzień pracy. Tak jak zawsze i tym razem mam nadzieję, że wszystko w pracy ułoży się jak najlepiej. Dużo od tego zależy w naszym życiu.

Choć pracowałem już wiele razy poza rodzinnym krajem – w Kazachstanie, Niemczech, Szwecji – to nigdy nie musiałem mieć takiej determinacji do pracy. Życie mnie czasem nie rozpieszcza.

 

No i minął kolejny tydzień pracy bez większych problemów. Były, co prawda, ale drobne i na pewno jeszcze będą. Ważne, żeby wytrwać. Mogę powiedzieć, że pracuję „siedem godzin” dziennie – od siódmej rano do siódmej wieczorem, a czasem jeszcze dłużej. Ale w końcu przyjechałem tu głównie po to, żeby pracować. Kultura pracy Tajów różni się znacznie od naszej. W wielu przypadkach są oni pozytywnie nastawieni do moich decyzji. Muszę ich jednak czasem długo i cierpliwie do tego przekonywać. Początkowo są zachwyceni trafnością decyzji i moimi „słusznymi racjami”. Ale tylko z początku, bo zwykle już po kilku lub kilkunastu minutach temat wraca do mnie, okazuje się bowiem, że trzeba trochę popracować i wyszukują wiele powodów – czasem bardzo śmiesznych – żeby pozostawić sprawę po staremu, wszystko tak, jak było. A wszystko po to tylko, żeby się nie przepracować, minimum dodatkowego wysiłku. Po trosze to się im nie dziwię, klimat wyjątkowo nie służy wysiłkowi fizycznemu, szczególnie gdy się pracuje w hucie. No ale cóż mam zrobić, muszę ich przekonywać do słuszności moich poleceń, ponieważ wiem dokładnie z praktyki, czym kończą się sytuacje, w których ustępuję. Wtedy problem zwykle wraca do mnie z wielokrotną siłą.

Dziś już sobota. Znowu zrobiłem sobie długi popołudniowy spacer. To znaczy trochę pochodziłem, trochę pojeździłem skuterami, trochę minibusami, których tu jeździ bardzo dużo i są stosunkowo tanie. Wszędzie tu pełno skuterów i małych odkrytych taksówek, które kursują różnymi trasami, tam gdzie potrzebują dojechać ludzie. Za pięć, dziesięć bahtów można objechać miasto, tylko kierowcy skuterów żądają coraz to wyższych opłat.

 

Dziś tak intensywnie już się nie opalałem jak tydzień temu. Jeszcze mi nie zeszła poprzednia opalenizna. Trochę za mocno się opaliłem ostatnim razem. W południe słońce świeci tu prostopadle, tak, że nie widać własnego cienia, trzeba go szukać pod stopami.

Przejażdżki, szczególnie minibusami, też dają wiele pożytku. Jeżdżą po całych okolicach, różnymi trasami. Można zobaczyć życie Tajów od podwórka. Widać wtedy, jak niewiele potrzeba tym ludziom do życia.

Już myślałem, że przyzwyczaiłem się do „cykadiady” z pobliskich zarośli nad wodą, tuż za oknem, ale nic z tego. Dziś znów tuż po zachodzie słońca dały donośny koncert. Może w ciągu tygodnia przychodzę do pokoju po prostu za późno?

Jutro planuję krótką wycieczkę poza miasto, jeszcze nie wiem gdzie dokładnie, może na jakąś pobliską wysepkę? Rano podejmę decyzję, muszę się dobrze z tym przespać.

Próbowałem, ale nie udało mi się tym razem. Chciałem dotrzeć do pobliskiej wysepki Koh Saket, na którą jest tylko jedno połączenie, łódź wypływa raz dziennie o piątej rano i powraca o piątej po południu, nie jest to wyspa turystyczna, więc łodzie nie kursują częściej.

W następną sobotę spróbuję dopłynąć na jakąś większą, bardziej atrakcyjną turystycznie wysepkę. Myślę o Koh Samet, ale to już nie jest tak dziewicza wyspa, jak Koh Saket, ale trudno.

 

Piękno zatoczek niezliczonych wysp i wysepek

4. Spacery

 

Dziś postanowiłem spacerować, wszyscy się dziwią, że to lubię. Tajowie nie przepadają za spacerami, wolą jeździć samochodami, to mniej męczy w tym upale. Może i ja powinienem pomyśleć o jakimś aucie?

Nawet jeden z osiadłych tu Anglików zdziwił się, że chodzę tak daleko, i zaoferował mi podwiezienie na postój taxi. Nie chciałem odmawiać i przy okazji trochę po drodze porozmawialiśmy. Ma, jak się okazało, firmę budowlaną i na brak pracy nie narzeka.

Wczoraj wieczorem zauważyłem tu po raz pierwszy księżyc. Był bardzo słabo widoczny, a na dodatek i gwiazdy tu jakieś całkiem inne. Brakuje Wielkiej Niedźwiedzicy, Gwiazdy Polarnej i wielu innych, a w ogóle to nocą wszystko na niebie świeci jakoś słabiej.

Tylko słońce grzeje wciąż bardzo mocno.

W nocy przeszła kolejna ulewa − krótka, ale bardzo gwałtowna. Nie wyobrażam sobie pełni pory deszczowej!

Do klimatu powoli się przyzwyczajam, do krajobrazu też. Już coraz mniej uwagi zwracam na wielkie palmy, lasy kauczukowe, plantacje bananów czy ryżu.

 

Pora deszczowa i zalane wodą ulice w Bangkoku

5. Skandynawska egzotyka

 

Niedziela. Właśnie wróciłem do hotelu. W telewizji na tajskim kanale pokazują program o odległym, egzotycznym kraju. Podziwiają Szwecję.

Urocze uliczki Sztokholmu, daleką północ za kołem podbiegunowym i urokliwe domki, wyglądające wszystkie prawie jednakowo, eleganckie i zarazem przypominające z daleka domki kempingowe nad wodą.

Pogranicze z Finlandią, rzeki, jeziora pełne ryb i oczywiście typowe dla Skandynawii sauny na wolnym powietrzu z podgrzewaną ciepłą wodą. Piękna sceneria na zewnątrz domów, wokół śnieg, mróz, a oni sobie siedzą w ciepłej wodzie zanurzeni po szyję i popijają piwo!

Pełna egzotyka dla Tajów!

Znam Szwecję, Finlandię, zwiedziłem też Norwegię. Pracowałem tam prawie dwa lata i z prawdziwą przyjemnością obejrzałem ten program w tajskiej telewizji. Przy okazji odżyły miłe wspomnienia, ale nie o tym chciałem opowiedzieć.

 

Miałem piękny weekend. Trochę żal było mi opuszczać Koh Samet, ale gdy widziałem w oddali na lądzie piękne góry oddzielające Tajlandię od Kambodży, przestałem żałować. Wiedziałem, że wrócę tu jeszcze nie raz! Wiedziałem też, że w tych górach w dżungli są wspaniałe miejsca z pięknymi wodospadami, które muszę zobaczyć. Takie mam plany i zrobię wszystko, żeby je jak najszybciej zrealizować.

Tajlandia to dla mnie wielkie, wspaniałe odkrycie.

Wyspa Koh Samet nie zajmuje dużego obszaru, chociaż pod względem popularności jest to druga lub trzecia wyspa należąca do Tajlandii. Nie ma na niej wielkich kurortów, wysokich hoteli jak w innych miejscowościach turystycznych, a wszystko to dzięki lokalnej ludności, której udało się obronić przed nawałem turystów i globalizacją. Utworzono tu park krajobrazowy, co przysłużyło się wyspie z nawiązką. Chociaż jest tu niemal wszystko, co można spotkać w cywilizowanym świecie, to niska, tradycyjna i nawiązująca do kultury tajskiej zabudowa ukryta jest w gęstych zaroślach, tak że z oddali, z lotu ptaka lub z morza wyspa wydaje się jakby niezamieszkana, wręcz bezludna.

Dróg na