Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 460 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moje podróże z lotką - Jadwiga Ślawska-Szalewicz

O działaczach sportowych wiemy niewiele, rzadko się wypowiadają,

jeszcze rzadziej pozwalają nam poznać swą pracę

od kulis. Często są to ludzie oddani całym sercem sportowcom,

którzy wraz z medalami zagarniają sławę, nie zostawiając

nic swemu zapleczu.

PASJONUJACA LEKTURA DLA WSZYSTKICH

ZAINTERESOWANYCH ZYCIEM SPOŁECZNYM

W POLSCE POWOJENNEJ

Jadwiga Ślawska-Szalewicz pokazuje świat

sportu od kuchni, kreśli obraz PRL-u i ludzi,

którzy tak jak ona, oddali sportowi całe

swoje życie.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk

 

Jedną z ekip zagranicznych była reprezentacja

Anglii, w składzie kilkunastu chłopców i dziewcząt

w wieku do dziewiętnastu lat. Przyjechali

z opiekunem, trenerem o imieniu Jack. Wszystko

szło dobrze do momentu, gdy okazało się, że

Jack zapomniał zabrać ręcznik. Przyszedł do

Beaty i w sali, przy wszystkich polskich VIP-ach

powiedział, że muszą pójść do miasta kupić ręcznik

i to jak najszybciej, bo za godzinę ma trening

z zawodnikami w hali głównej. Beata zrobiła

oczy jak spodki, przyszła do mnie i zapytała:

– Jadwiga, co ja mam zrobić?

Polacy, którzy usłyszeli prośbę Jacka, ryczeli ze

śmiechu! Łzy płynęły im po policzkach – on chce

iść do sklepu! A niby do którego? Kupić ręcznik!

Sami byśmy poszli i nabyli ten luksusowy towar,

gdyby był dostępny. My ryczymy, a Jack stoi i nie

rozumie, co takiego śmiesznego powiedział. Jest

rok 1988, wszyscy wiedzą, co jest w sklepach.

W hotelu w Soczewce ręczników ręczników nie ma.

Opinie o ebooku Moje podróże z lotką - Jadwiga Ślawska-Szalewicz

Fragment ebooka Moje podróże z lotką - Jadwiga Ślawska-Szalewicz

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright for the Polish edition © 2017 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2017 Jadwiga Ślawska-Szalewicz

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Danuta Śmierzchalska

Korekta: Jolanta Kucharska, Anna Parcheta, Agnieszka Jeż

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Skład i łamanie: Wojciech Stukonis

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8117-024-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Prolog

Dziewczynka z lotką

Dziewczynka na obrazie jest ubrana jak mieszczka. U jej pasa wiszą nożyczki, w prawej ręce trzyma drewnianą rakietę naciągniętą strunami wykonanymi z jelit kozła, w lewej lotkę – korek z powbijanymi kolorowymi piórami z ogona koguta. Obraz La fillette au volant – Dziewczynka z lotką – namalował Jean-Baptiste Siméon Chardin w roku 1737.

W XVIII wieku w sztuce dominowało rokoko. Wiele obrazów przedstawiało eleganckie karnawały, erotyczną nagość i romantyczne schadzki. Realny świat był niemal nieobecny. Chardin jako pierwszy w malarstwie francuskim zaprezentował nurt, który można określić mianem „mieszczańskiego realizmu”, dzięki czemu jego prace wyróżniały się spośród innych XVIII-wiecznych malowideł. Rzadko szukał tematu w świecie dworskim czy arystokratycznym. Prawie nigdy nie sięgał do mitologii, nie tworzył też obrazów religijnych. Przez całe długie życie przedstawiał z upodobaniem sceny rodzajowe z życia niższej klasy mieszczańskiej. Malował kobiety zajęte gospodarstwem domowym, a pokazując je, nie wahał się przed okazaniem sympatii skrzętnym zapracowanym gosposiom. Nawet przy ciężkiej pracy były schludne, powiedziałabym nawet, że na swój sposób pociągające. Wiele lat po śmierci Chardina bracia Goncourt, charakteryzując jego sztukę, mieli napisać: I czemuż kobieta ze stanu trzeciego nie miałaby na tych obrazach rozpoznać siebie samej? Malarz nie zapomina o najmniejszym szczególe jej stroju, ukazuje zakasane rękawy, fartuch, chustkę na ramionach, nożyczki przytroczone do pasa, chłopski złoty krzyżyk na szyi, pasiastą spódnicę, rakietę i lotkę do le volant (…) maluje ją w kuchni, jak przygotowuje jarzynę na zupę, jak namydla i pierze bieliznę, jak powraca z targu, niosąc w koszyku pieczeń na niedzielny obiad…

Do scen rodzajowych Chardina pozowały zwykłe dziewczęta, na poły służące, na poły rezydentki wychowujące się w domu Chardinów. Biografowie odnotowują dwie spośród nich, w tym Agnès Roland, która prawdopodobnie prowadziła mu gospodarstwo po śmierci pierwszej żony Marguerite Saintard. Pozowała ona do obrazów: Kobieta obierająca brukiew, Kobieta zmywająca rondle, Kobieta piorąca czy też bardzo lubianego przez nas Dziewczynka z lotką. Jego kopia wisi w naszym domu namalowana 250 lat po powstaniu oryginału.

Pierwszy raz zobaczyłam ją podczas dorocznego kongresu europejskiego badmintona. Kopię obrazu wręczono Rinie de Beer, Holenderce, która kończyła działalność w europejskim badmintonie. Ach, jakże mi się podobał ten mały reprint! Byłam zachwycona tak bardzo, że postanowiłam odszukać oryginał, kupić katalog i oczywiście zamówić kopię obrazu. Moje poszukiwania były długie, trwały i trwały. Ale byłam uparta! Dziewczynka z lotką to obraz, który dla badmintona jest symbolem. Symbolem le volant, wolanta, gry, która służyła uciesze i zabawie arystokracji na dworze króla Ludwika XIV zwanego Królem Słońce.

Będąc ponownie w Paryżu w 1993 r., odwiedziłam muzeum w Luwrze, gdzie znajduje się kilka obrazów Chardina. Miałam nadzieję, że być może tym razem uda mi się obejrzeć ten, który tak mocno związany jest z naszym sportem. Niestety! Dziewczynki z lotką nie było. Prowokowała mnie swoją urodą, lecz ciągle unikała.

We wrześniu 1993 r. zaproponowano mi udział w konferencji – seminarium szkoleniowym „Sport for All”. Miałam wyjechać do Florencji. Zarezerwowałam bilet lotniczy do Rzymu i już cieszyłam się na kolejną możliwość spotkania Dziewczynki z lotką we florenckiej Galerii Uffizi, zastanawiając się, czy życie niesie kolejną miłą niespodziankę, czy następne rozczarowanie. Florencja, a w niej Galeria Uffizi znajdująca się w pobliżu Piazza della Signoria… To jedno z najstarszych muzeów w Europie. W jej zbiorach są dzieła najwybitniejszych mistrzów.

Lecę dzień przed rozpoczęciem konferencji. Uroczyste otwarcie ma się odbyć następnego dnia o siedemnastej w Palazzo Vecchio, czyli Starym Pałacu, dawnej siedzibie rady miejskiej we Florencji przy Piazza della Signoria.

Rzym, lotnisko Fiumicino, przesiadka na pociąg i jestem we Florencji. Organizatorzy czekają i wiozą mnie do hotelu. Hotel della Signoria znajduje się w centrum miasta. Mam wolne popołudnie, idę na spacer, przysiadam w tawernie, aby zjeść prawdziwe spaghetti, sałatę, pomidory, popijam toskańskie wino. Mam ze sobą mapę Florencji i staram się zorientować, gdzie jest Galeria Uffizi. Okazuje się, że tylko 300 metrów dalej, to pięciominutowy spacer. Siedzę i ustalam, co będę robić w najbliższych dniach. Chcę zobaczyć jak najwięcej! Zacznę już jutro o szóstej rano, tak jak doradziła mi miła pani w recepcji hotelu. Uzbrojona w bilet i plan sal oraz wiszących tam obrazów, zajęłam się zwiedzaniem.

Do muzeum mogłam wejść o dziesiątej, ale to nic, chodziłam i chłonęłam atmosferę, przyglądałam się wieńcom powieszonym naprzeciwko wejścia. Co do licha? To wieńce żałobne, dlaczego tutaj? W końcu wchodzę. Mam plan drugiego piętra, kupiłam przewodnik. Docieram tam, gdzie chciałam, do sali nr 44. Ale co to? Przede mną strażnik, carabiniere. Nie chce mnie dalej wpuścić. Rzeczywiście ta część galerii jest odgrodzona. Nie mogę iść do sali, w której wisi Dziewczynka z lotką Chardina! Tłumaczę strażnikowi, że muszę, a on całkiem niewzruszony mówi, że nie, nie można. W końcu na moje pytanie: Per que?, odpowiada:

– Bombi, banditi buum!

Patrzę, nie rozumiejąc, jakie bomby, jacy bandyci, jakie bum? A mój obraz? A moja dziewczynka? W końcu przychodzi ktoś z obsługi piętra i zaczyna mi tłumaczyć po angielsku: Droga pani, w maju 1993 r. samochód pułapka zostawiony przy Via dei Georgofili eksplodował, wybuch spowodował uszkodzenie części pałacu, pięć osób zginęło, dlatego sale 43, 44 i 45 są zamknięte. Najpoważniejszych zniszczeń doznał Pokój Niobe, tylko częściowo udało się go odrestaurować, ponieważ freski zostały nieodwracalnie uszkodzone. Sprawców eksplozji nie udało się wykryć, ale podejrzewano o nią mafię. Obecnie trwa remont.

Przytomnieję, pytam o stan obrazu Chardina. Jest mocno zakurzony, konieczna jest renowacja, czyszczenie i uzupełnienie drobnych uszkodzeń. Za kilka miesięcy będzie prawie nowy. Za kilka miesięcy!

Minęły kolejne trzy lata. Jestem w Paryżu na Kongresie 100-lecia sportu. Oczywiście zaplanowałam zwiedzanie Luwru. Być może moja Dziewczynka z lotką spokojnie wisi teraz tu? Przecież była tylko wypożyczona na wystawę we Florencji. Przeszłam Luwr trzykrotnie, ale na próżno – obrazu nie było!

Kilka lat temu, czytając blog „Caramba” prowadzony przez Annę Turowicz, niespodziewanie trafiłam na informację. Anna, mieszkająca w Hiszpanii, w Albacete, planowała wyjazd z rodziną do Madrytu na wystawę Chardina, którego obrazy miały być prezentowane od 1 marca do 19 maja 2011 r. w Muzeum Prado! Serce zabiło i zakłuło, znowu Dziewczynka z lotką, ekspozycja w Prado, ale ja nie mogę tam być! Niestety! Opiekuję się ciężko chorym ojcem, którego stan jest silnie związany z przeżyciami po śmierci mamy w maju 2010 r. W żaden sposób nie mogę opuścić „mojego staruszka”, nawet dla Dziewczynki z lotką.

Anna była tak miła, że na moją prośbę kupiła katalog wystawy Chardina i przesłała mi pocztą. Mam w końcu swoją Dziewczynkę z lotką przynajmniej w książce! Tym razem na chwilę zapomniałam o poszukiwaniu tego jednego z najlepszych obrazów o tematyce le volant. No cóż, pewnie kiedyś niespodziewanie spotkamy się twarzą w twarz… Zobaczymy!

Warszawa, 2016 r.

Rozdział 1

Uroki dzieciństwa

Po kądzieli

Najpiękniejsze wspomnienia mojego dzieciństwa związane są z babcią Katarzyną. Odkąd pamiętam, jeździłam do niej na wakacje do wsi Obręczna. Kilka dni przed planowaną podróżą zaczynało się wielkie pakowanie. W roku 1952 moja walizka mieściła zaledwie kilka sukienek uszytych przez panią Halinkę, spodenki, sandałki i jakiś sweterek. Mama pakowała do niej także ubrania mojego brata Zbyszka, a ja obowiązkowo zabierałam do torebki małą poduszeczkę. Myślałam, że kiedy przyjdą lepsze czasy, dostanę własną lalkę i wtedy poduszeczka będzie jak znalazł. Od jej uszycia minęło już jednak sporo czasu, a lalki wciąż nie miałam… Mimo to schowałam podusię do torebki, którą zamknęłam na zatrzask, i byłam gotowa do drogi.

Spakowani, umyci i odświętnie ubrani – ja z przepisowymi warkoczami, na których końcu dyndały wstążki, z wielką kokardą motylem przypiętą do czubka głowy – czekaliśmy cierpliwie. Wreszcie ruszaliśmy! W drodze tato dźwigał walizki, mama trzymała za rękę brata i niosła torbę z jedzeniem. Mniej więcej po godzinnym marszu docieraliśmy na Dworzec Główny w Warszawie przy ulicy Towarowej. Warszawa po wojnie była bardzo zniszczona, a tramwaje i autobusy nie dojeżdżały wszędzie. Dworzec robił na nas, dzieciach, kolosalne wrażenie! Buchające parą, naoliwione, czarne lokomotywy z czerwonymi kołami większymi ode mnie, gwiżdżące na znak gotowości do odjazdu. Piękne i straszne!

Tamtego lata na dworcu panował tlok, jak zawsze, ludzi było mrowie. Wszyscy chcieli dostać się do pociągu. Ale tato był sprytny. Wszedł do wagonu po drewnianych schodkach, otworzył drzwi wprost do przedziału, ustawił walizki na półkach i zajął dla nas miejsce. Najpierw brat, a później ja wylądowaliśmy na drewnianej ławce obok mamy. Tato musiał zostać w domu i pracować na chlebek, jak tłumaczyła nam mama. Oboje z bratem bardzo lubiliśmy świeży chleb. Mógł być zaledwie polany wodą i posypany cukrem, najważniejsze, że był pachnący i miał pyszną skórkę.

Pociąg zagwizdał, trzasnęły drzwi i zaczęła się nasza wielogodzinna podróż. Mama od razu dała nam po jajku i kawałku chleba, a my, jak zaczarowani, wpatrywaliśmy się w okno. Wszystko było takie ciekawe! Tylko… dlaczego wokół tyle rozwalonych domów? Pytałam w nieskończoność, a mama cierpliwie tłumaczyła. Wojna, źli ludzie, pokój… jakoś to wszystko mieszało mi się w głowie. Wiedziałam już trochę, bo tato ciągle opowiadał o wojnie, ale dla mnie było to jeszcze nie bardzo zrozumiałe. Czasem jakiś pan albo pani wtrącali się do tych rozmów i tłumaczyli, że podczas wojny ginęli ludzie, a na naszej Woli, gdzie mieszkaliśmy, najwięcej.

W końcu, ukołysani stukotem kół, usypialiśmy. Tylko mama czuwała, wypatrując kolejnych stacji. Bała się, że przegapi przesiadkę w Starachowicach. Ale nie! Ktoś miły pomógł wystawić na peron walizki oraz mnie i mojego brata. Szliśmy za mamą, bo peron, z którego odjeżdżał nasz drugi pociąg, był daleko. Ściskałam mocno Zbyszka za rękę, w drugiej ręce jeszcze mocniej trzymałam moją torebeczkę. Potem długo, bardzo długo, nudząc się niemiłosiernie, czekaliśmy. Ale zawsze w końcu mama wołała:

– Odsuńcie się od torów, jedzie nasz pociąg!

Na peronie znów było bardzo dużo ludzi. Jakiś pan wziął brata na ręce, wstawił go do wagonu, pomógł mamie wsiąść z walizkami i na końcu w tym samym przedziale wylądowałam ja.

Teraz już nie spaliśmy, obserwowaliśmy mijane wioski. Wreszcie mama wołała:

– Minęliśmy Kunów, za chwilę Boksycka, ubierajcie się! Musimy przygotować się do wyjścia. Mijamy Boksycką i zaraz będzie Ostrowiec Świętokrzyski!

Jak my się cieszyliśmy! Na dworcu kolejowym w Ostrowcu pewnie czeka na nas ciocia Jadzia! Podekscytowana mama pouczała, które wysiada pierwsze i za co odpowiada. Pierwsza zawsze wychodziła ona, prosiła współpasażerów o podanie walizek i na końcu zawsze jacyś ludzie pomagali nam. O! I już widać furę, konia i ciocię na koźle!

Szliśmy objuczeni każdy swoją paczką. Radość, powitanie i te obrzydliwe buziaki! Nie lubiłam, gdy ktoś mnie całował. Długo się potem wycierałam.

Najważniejszy był koń Kasztan. Piękny, wielki i błyszczący. Dostaliśmy po marchewce, którą każdy z nas mógł podać mu na otwartej dłoni. Takie było nasze przywitanie z konisiem, któremu zawsze po cichu nosiliśmy cukier. Ile razy dostałam w tyłek lub po łapach! Cukier był towarem drogocennym, na przydział, nie do dzielenia się z koniem.

Usadowieni na furze, rozpoczynaliśmy ostatni etap naszej podróży do Obręcznej, wsi położonej w powiecie opatowskim w gminie Sadowie. Najbardziej lubiłam te 12 kilometrów na furze. Ciocia zawsze miała dla nas bułki montówki; dostawaliśmy po kawałku i jechaliśmy, oglądając świat z wysokości furmanki. Najtrudniejszym odcinkiem była ogromna Góra Ostrowiecka, ale Kasztan podjadał owies, więc miał dużo siły i dzielnie nas wiózł w kierunku Miłkowa, Rzuchowa i Jacentowa, aby w końcu skręcić w polną drogę z wielkimi koleinami, grząską, gliniastą podczas deszczu. Teraz na szczęście deszcz nie padał, a wąwóz, do którego wjechaliśmy koło zabudowań Mularskiego, był głęboki. Kasztan powolutku ciągnął furmankę, a ciotka Jadzia zachęcała go do większego wysiłku, wołając:

– Wio, Kasztan, wio, już niedługo, zaraz będziemy koło Wielgusa Stacha, a stamtąd tylko kawałek i nasz dom!

Kasztan stulał uszy i kiwał głową na znak: „Rozumiem, rozumiem, ale nie pospieszaj mnie, jest stromo i muszę ciągnąć was ze wszystkich sił!”.

W końcu wjechaliśmy na górę koło Wielgusa. Kasztan przystanął, a ja mogłam w myślach objąć cały obraz ramionami. Za domem Wielgusa były pola obsiewane pszenicą, żytem lub owsem, kończyły się na miedzy odgraniczającej nasze pole z sadem. Na niezbyt wysokim pagórku znajdował się dom babci Katarzyny. Stał przy drodze, przysadzisty, z wielkim słomianym dachem. Składał się z sieni, komórki, w której przechowywano domowe przetwory: kompoty, sery, masło, a od wielkiego święta, po zabiciu świni, wisiały pod powałą domowej roboty kiełbasy i boczki. Z sieni wchodziło się do wielkiej kuchni, a z niej do pokoju. Dom z zewnątrz pomalowano na niebieski kolor kontrastujący z zielenią sadu. Okna były małe, a w nich doniczki z pelargoniami. Czerwone pelargonie, wielkie baldachy, dziwnie pachnące. W kuchni i pokoju stały dwie lampy naftowe, które wymagały codziennego czyszczenia. Gdy podrosłam, odpowiadałam za czystość pięknych kloszy. We wsi nie było światła, dopiero w roku 1961 została podciągnięta linia elektryczna i zabłysły żarówki.

Babcia czekała na nas, siedząc na ławce przed domem. Szczęśliwi, umorusani nie wiadomo czym, głodni, ale cali i zdrowi, zeskakiwaliśmy z wozu. Pyszna kolacja była już gotowa: ziemniaki ze skwarkami i zimnym zsiadłym mlekiem, takim prosto z piwnicy. Oprócz tego był chleb i smalec ze skwarkami, a także smakowite ogórki małosolne.

Babcia Katarzyna

Babcia Katarzyna była spracowaną pięćdziesięciopięciolatką o twarzy pooranej zmarszczkami i żylastych rękach spuchniętych wokół stawów. W młodości musiała być piękna. Nosiła włosy „na poleczkę”: krótko obcięte na wysokości ucha, zaczesane gładko do tyłu. Odkąd pamiętam, zawsze ubierała się w ciemną bluzkę i długą spódnicę, wkładaną na białą halkę obszytą koronką. Na to zawiązywała zapaskę, zmienianą co kilka dni. Na nogi wzuwała bardzo zniszczone, wysoko sznurowane brązowe trzewiki.

Nie tylko dla mnie babcia była opoką, bez niej nie wyobrażałam sobie tego małego skromnego gospodarstwa. Zarządzała wszystkim i o wszystkim pamiętała. Mąż babci, dziadek Władysław, zmarł w 1936 r. po wypadku w Hucie Ostrowieckiej. Przyczyną śmierci była źle zoperowana ręka i postępująca gangrena. We wsi mieszkali także bracia babci: Jan, który miał dwie córki, starszą Irenę i Basię, oraz bezdzietny Antoni. Bardzo lubiłam biegać do nich, choćby na krótką chwilę.

Gospodarstwo w Obręcznej nie było duże, tylko trzy morgi, ale mnie wydawało się ogromne. Za domem stała obora z dwiema krowami, stajnia dla konia i niewielka, drewniana, rozwalająca się stodoła. Babcia i ciocia snuły plany przebudowy zarówno domu, jak i stodoły. Za tą ostatnią rozciągał się ogromny sad, w którym rosły czereśnie: tak zwane białe, czyli właściwie jasnoczerwone z ciemniejszym rumieńcem, najwcześniejsze majówki, różowe i wielkie, a także dojrzewające w czerwcu i najpyszniejsze – ciemne o nazwie Czarna Fromma, i ostatnie, zupełnie czarne, zbierane w połowie lipca. Były też wiśnie łutówki i szklanki, jabłonie papierówki, gruszki lipcówki, klapsy, śliwki uleny, renklody i węgierki. Sad był dumą babci.

Często chodziłyśmy wieczorem z płachtą, aby ukosić w sadzie koniczyny posianej z lucerną. Kosa zawsze wisiała wysoko na drzewie, aby nikt z nas nie mógł sam po nią sięgnąć. Zaczynałyśmy wykaszanie spod drzewa, aby później, podczas zrywania czereśni, nie deptać drogocennej paszy dla krów. Babcia kosiła, ja odbierałam, płachta leżała przygotowana, wiązałyśmy ją ściśle i wiązkę zarzucałam babci na plecy. Pod stodołą stała sieczkarnia, tam koniczyna była cięta razem ze słomą, mieszana i w opałkach, specjalnie plecionych koszykach z pałąkiem, zanoszona dla krów. Kasztan dostawał swój obrok. Ciężko pracował, więc należał mu się owies.

Na podwórku stał kierat, do którego zaprzęgano Kasztana, gdy trzeba było uruchomić wialnię lub naciąć więcej sieczki. Mój brat był wtedy czteroletnim chłopczykiem, nie zawsze nadążał za mną. Bardziej ciekawiły go kury, do których strzelał z procy. Nie wiem, skąd miał procę, ale w pierwszej kolejności ja dostawałam manto za to, że nie dość go pilnowałam, a kury biegały po podwórku bez ogonów. Choć że bez ogonów, to nic – one gubiły jajka, widząc Zbyszka z procą!

Byłam nieodłącznym cieniem babci. Wszędzie chodziłyśmy razem, nosiłam za nią płachty, gdy zbierałyśmy krwawnik dla kur i indyczek, nosiłam opałki, gdy szłyśmy po spady, czyli jabłka i gruszki zbierane pod drzewami. Był to przysmak krów, a nawet Kasztana. Mućka dostawała najlepsze owoce zebrane w sadzie, ponieważ była cielna. Nie wiedziałam jeszcze, co to znaczy, aż raz po takim stwierdzeniu zrozumiałam, że ma jakieś ważne zadanie do wykonania. Dopiero po kilkunastu dniach dotarło do mnie, że nosiła w sobie cielątko i należało o nią dbać. Krasula była młodsza. Obie krowy wyprowadzałyśmy do ogrodu, aby się pasły przez cały dzień. Co jakiś czas otrzymywałam poważne zadanie przeprowadzenia ich w inne miejsce, gdzie trawa była większa.

Wieczorne dojenie było rytuałem. Brałyśmy wiadra, małe drewniane stołeczki, robocze zapaski i szłyśmy do krów. Po umyciu wymion rozpoczynało się ręczne dojenie. Nie miałam siły ani umiejętności, więc najczęściej byłam podręczną. Podaj to, przytrzymaj krowę albo ogon. Bo chlastał dojącą po twarzy. Po dojeniu mleko było cedzone przez specjalny cynowy cedzak, babcia lub ciotka powolutku przelewały pieniący się płyn do centryfugi i wstawiały do zimnej wody. Mleko stało tak przez jakiś czas, nie tylko, aby się schłodziło, ale też aby można było następnego dnia zebrać śmietanę unoszącą się na wierzchu. Tak przygotowane lądowało na schodach w piwnicy. Nad ranem babcia zabierała je w dziesięciolitrowej bańce, zawiązywała w wielką chustę, która przytrzymywała bańkę na plecach, w koszyku układała jajka i serki, czasami miała w bańce śmietanę, i tak wychodziła w codzienną dwunastokilometrową pieszą podróż do Ostrowca. O ósmej była z powrotem w domu. W tym czasie spałam, nie zdając sobie sprawy, co dzieje się w „kuchence”, czyli letniej kuchni, w której odbywały się wszystkie babcine przygotowania. Dla nas ranek to była godzina powrotu naszej babuni, która przynosiła chleb, a także od czasu do czasu bułki.

Najpiękniejszy był przedwieczór. Po dojeniu krów i oporządzeniu dobytku dostawałam polecenie zamknięcia na noc kurnika i stodoły z jej szerokimi wierzejami. Wokół chałupy snuły się kuchenne dymy z gałązek sosnowych, które tak pięknie pachniały… Siedziałam na drewnianej ławce, prostej, zrobionej z bali pociętego drewna, połączonych deską, i czekałam na babcię. Przychodziła, siadała obok i opowiadała. O swojej młodości, o rodzicach, o braciach i siostrach, o tym jak ciężko pracowała przez całe życie.

Babcia była najstarszą z córek. Urodziła się w 1896 r. Dla mnie to były odległe czasy, a babcia opowiadała, że wtedy z rodzicami rozmawiała po rosyjsku. Tego to ja już nie mogłam zrozumieć, wcale! Siedziałam cichutko i słuchałam. Nie mogłam przerwać, bo to był nasz magiczny czas. Czasami babcia brała mnie za rękę, przynosiłyśmy kubeł wody i podlewałyśmy kwiaty w ogródku przed domem. Najpierw ulubiony krzak jaśminu, który rósł pod jej oknem, później floksy, które pachniały słodko i były bardzo kolorowe, białe, różowe, amarantowe, fioletowe. I georginie, wielkie kolorowe głowy wyglądające jak słońce z tysiącami różowo-czerwonych promieni. Wtedy też babcia opowiadała o kwiatach, kochała je i umiała tworzyć wspaniałe opowieści o bąkach odwiedzających ich wnętrza, o pyłkach, o pszczółkach i o wielu innych wydarzeniach, jakie przeżywały kwiaty w ciągu całego swojego życia. Na koniec, gdy już-już miała powiedzieć, że kwiaty przekwitną i staną się brzydkie, zaczynałam rozpaczać i płakać. Był to sygnał, że pora spać.

Codzienne mycie znaczyło wyciągnięcie wielkiej miednicy, nalanie wody z sagana, szorowanie, a w końcu – skok do łóżka. Spałam z ciotką. Nie bardzo to lubiłam, bo towarzyszył nam jej malutki synek, który leżał w moich nogach. I choć nie byłam wysoka, obawiałam się, czy nie zrobię mu krzywdy. Na drugim łóżku w pokoju spał wujek, a w kuchni babcia i mama z moim bratem Zbyszkiem.

Ciocia Jadzia

Moja ukochana cioteczka, po której odziedziczyłam nie tylko imię, ale też temperament, miała dwadzieścia cztery lata, była od kilku lat mężatką i szczęśliwą matką maleńkiego synka, także Zbyszka.

Ciotka zajmowała się handlem. Był jej żywiołem. Dlatego każdego dnia, w porze dojrzewania czereśni, stałyśmy na drabinach, mama, ciotka i ja, rwąc i wsypując owoce do drewnianych skrzynek. Spieszyłyśmy się, aby urwać jak najwięcej, gdyż każdy kilogram na targu był wart kilka złotych. Czereśnie obrodziły. Co prawda podczas wojennych zim przetrzebiono drzewa na opał, ale babcia każdego roku dosadzała po kilkanaście młodych drzewek, mówiąc:

– Będą rosły i owocowały, a my nie tylko będziemy je zbierać, ale też robić przetwory na zimę!

Nie umiałam dokładnie zliczyć słoików z kompotami z wiśni i czereśni, ale widziałam, że było ich bardzo dużo. Na oknie w kuchni stały też wielkie gąsiory z wiśniami zasypanymi cukrem. Jak się okazało, nie zawsze był to soki z wiśni… Kiedyś ciotka przelała płyn z gąsiora przez sito do wielkich garnków, a potem do butelek. Ja dostałam polecenie wyrzucenia wiśni na podwórko. Po jakimś czasie babcia przyszła do domu i powiedziała:

– Jadzia, coś się dzieje ze świniami. Chyba są chore, chodzą dziwnie po podwórku, przewracając się.

– Wyrzuciłyśmy im wiśnie z wielkiego gąsiora – odpowiedziała ciotka.

A babcia na to:

– O mój Boże kochany, co wyście zrobiły, ja wam tyle razy mówiłam, że tam jest nalewka z wiśni, a teraz świnie pijane jak świnie. Nogi mają poplątane, przewracają się…

Dwa razy w tygodniu w środę i piątek ciotka Jadzia jeździła furmanką na targ do Opatowa i Ostrowca, aby sprzedać zerwane czereśnie, zazwyczaj zabierała dziesięć, maksymalnie dwanaście klatek, a w każdej z nich po 15–20 kilogramów. Pieniądze zawsze oddawała babci, która po przeliczeniu chowała je w kufrze posażnym, wydając odliczoną kwotę na codzienne zakupy.

Pamiętam zbiory owoców, gdy jabłka układałyśmy w skrzynkach, przekładając trocinami lub gazetami, i wynosiłyśmy do zimnej piwnicy, wykopanej w ziemi. Głęboko, tak na kilkanaście stopni w dół. Co za przyjemny chłód panował w ziemiance! Pod ścianą leżały sterty ziemniaków, marchwi, a z drugiej strony leżały w skrzynkach jabłka zimowe: szara reneta i malinowe. Gdy krowy dawały dużo mleka, na schodach stało w kamiennych garnkach zsiadłe mleko, z którego robiono sery.

Największym wydarzeniem domowym było jednak pieczenie chleba. Ciotka wyciągała ze spichlerza wielką dzieżę zrobioną z dębowych klepek, którą babcia dostała w posagu od swojej mamy, wlewała do niej przegotowaną wodę, zdrapywała kawałki ciasta przywarte do boków, był to tak zwany zakwas, który po rozcieńczeniu rósł i zakwaszał nowe ciasto chlebowe. Babcia nazywała go bątką. Dzieża wyglądała jak duża balia, u góry była węższa niż na dole i spięta dwiema metalowymi obręczami. Bednarz, który ją zrobił, powiedział, że będzie długo służyła. I tak rzeczywiście było. Wiele lat później dzieży wciąż używano, chociaż już nie tak często jak dawniej.

Po przygotowaniu zakwasu zaczyn pięknie bąbelkował. W całej kuchni rozchodził się aromat, który uwielbiałam. Zakwas zwiększał objętość, zmieniał kolor i zapach, a po kilku dniach był już gotowy. Wtedy dosypywano mąki żytniej, wlewano ciepłą wodę i wsypywano sól, całkiem sporo. Ciotka Jadzia długo wyrabiała chleb ręką, tak aby woda i mąka dobrze się połączyły. Dzieżę ponownie przykrywano lnianą ściereczką i odstawiano w okolice komina – tak nazywała się wiejska kuchnia, nad którą była powała, a pod nią płyta komina i drzwiczki zamykane na klamkę. Za nimi stał wielki chlebowy piec, do którego wkładano chleb specjalną drewnianą łopatą. Gdy ciasto wyrosło i prawie wychodziło z dzieży, ciotka na wielkiej stolnicy formowała bochny, wygładzała, układała do ponownego wyrośnięcia. W ten sposób przygotowane lądowały w piecu.

Tak było, gdy przyjeżdżaliśmy po wojnie. Później kupiono chlebowe brytfanny, w których piekło się tak zwany chleb z formy. Najpierw węgiel drzewny rozgrzewano w kominie, a później przekładano go do pieca, aby ten odpowiednio się nagrzał. W końcu nadmiar węgla wyjmowano i wkładano chleb, układając go w formach na liściach chrzanowych. Ten rytuał też pozostał do dzisiaj w mojej pamięci. Nadal to wszystko widzę, wszystkie najdrobniejsze szczegóły, a nawet czuję zapach chleba. Wielkie pieczenie odbywało się zawsze przed żniwami. W ten sposób byliśmy odpowiednio przygotowani na trudny okres w gospodarstwie.

Zanim mogłam uczestniczyć w żniwach, musiało upłynąć jeszcze kilka lat. Tymczasem biegałam sama po wsi na bosaka, ubrana tylko w majtki, wykorzystując najmniejszą kałużę do robienia skarpetek z błota. Jaka to była wspaniała zabawa! Znikałam na całe dnie. Wykorzystywałam każdą chwilę, aby pobiec do Danusi czy Teresy lub w doły, tam gdzie był mały lasek. Czasami poniosło mnie na łąki, do małej rzeczki. Woda sięgała w niej zaledwie do kolan. Chlapałam się w upalne dni i po wielu godzinach wracałam do domu. Teresa i Danusia były moimi koleżankami, ale niestety nie mogłam się z nimi bawić całymi dniami, gdyż musiały pomagać w gospodarstwie. Towarzyszyłam im, gdy pasły krowy, plewiłyśmy też razem buraki cukrowe i ziemniaki. Uwijałyśmy się szybko, aby móc na zakończenie dnia pograć w piłkę w tak zwane dziesiątki.

Danusia często dostawała zadanie ugotowania obiadu. Wtedy nie odstępowałam jej na krok. Gdy gotowała zupę, obierałam z nią ziemniaki, marchew, pietruszkę lub buraki. Czułam się taka ważna i dumna, że mogę pomóc koleżance! Raz jednak dostałyśmy burę od matki Danusi, która kazała nam przygotować obiad, a my ugotowałyśmy bardzo szybki „garuś”, czyli zupę ze śliwek renklod zabielaną śmietaną i do tego ziemniaki kraszone słoniną. Nam nasz obiad bardzo smakował, jednak mama Danki nie była zachwycona, gdyż chłopcy wrócili z pola i chcieli zjeść coś konkretnego. Tym razem nie było!

W naszym domu nawet wtedy, gdy wszyscy byli zajęci w gospodarstwie, mogli zawsze liczyć na mnie, ośmioletnią pannę, i na mój pyszny czerwony barszcz z ziemniakami, które sama przynosiłam z piwnicy, obierałam, myłam i nastawiałam w saganie na kominie. Zresztą barszcz czerwony i buraczki były ulubionym daniem babci, więc tych potraw nauczyłam się najszybciej. Do barszczu dolewałam swojskiej śmietany, a ziemniaki w saganie polewałam przesmażoną słoninką ze skwarkami i cebulką. Obiad był gotowy.

Skrzynia posażna

Gdy dorosłam, dalej spędzałam wakacje w Obręcznej. Najczęściej przyjeżdżałam pomagać przy żniwach. Pomagaliśmy wszyscy. Wujek i ojciec kosili zboże wyostrzonymi kosami. Wujek zawsze miał w kieszeni spodni osełkę. Gdy kosa trochę się stępiła, opierał ją rękojeścią o ziemię i zaczynał ostrzyć powolnymi długimi ruchami. Ciotka Jadzia odbierała pokosy, mama kręciła powrósła, Zbyszek wiązał, a ja ustawiałam snopki w mendle. Co kilka pokosów stawaliśmy, aby napić się zimnej wody ze studni, czasami babcia donosiła zsiadłe mleko, które garnkami nabierało się prosto z glinianego dzbana. Jako że nie lubiłam mleka, piłam zimną, czyściuteńką wodę prosto ze studni. Jej pyszny smak do dzisiaj mam w ustach.

Po wykoszeniu zboża, wysuszeniu snopków stojących w mendlach trzeba było zwieźć najpierw żyto, a następnie owies, jęczmień i na końcu pszenicę. Nawet lubiłam żniwować, najgorzej było odbierać jęczmień, który miał długie wąsy przy kłosach. Łamały się i wchodziły w każdy zakamarek koszuli i sukienki, drażniąc ciało. Często po zakończonej dniówce mieliśmy pokrwawione ręce. Czasami przywoziliśmy z domu stare rękawiczki, aby uniknąć skaleczeń. Śmiesznie wyglądaliśmy, ja w kaloszach, starej flanelowej sukience, chustce na głowie podtrzymującej włosy i w zimowych rękawiczkach, lekko podartych.

Prace polowe trwały kilka tygodni. W końcu zboże było zwiezione, a ogromny stóg rósł, kiedy zaczynaliśmy młócenie kolejno zebranego żyta, jęczmienia, owsa i pszenicy. Worki, po około 50 kilogramów każdy, stawialiśmy jeden obok drugiego. W końcu zamiast młockarni pojawiała się wialnia i w ten sposób czyszczono ostatecznie ziarno. Słoma układana była w duży stóg z wierzchu okryty ogromną płachtą, tak aby deszcz mógł spływać po niej. Była potrzebną dla bydła jako podściółka.

Kiedyś, gdy zakończyliśmy zwózkę i pozostało tylko uprzątnięcie snopków, które spadły podczas pracy, oznajmiłam, że zostanę chwilę dłużej i doczyszczę wjazd do stodoły. Pracowałam widłami, zgarniając słomę w jedno miejsce, uformowałam z niej piękną dużą kopę, gdy babcia krzyknęła:

– Jadziuniu, chodź ino szybko, kartofle już ugotowane, chodź szybko, bo wystygną.

Babci nie wolno było odmawiać. Podniosłam widły do góry i szybko wbiłam je w kopę, aby móc po godzince wrócić i dokończyć robotę. Widły pięknie wbiły się w klepisko… unieruchamiając także moją prawą stopę. W żaden sposób nie mogłam jej ruszyć, chociaż nie czułam bólu. Zorientowałam się, że mam problem, więc nie krzycząc i nie wołając pomocy, stanęłam lewą nogą na prawej, mocno pociągnęłam widły do góry i… o dziwo uwolniłam stopę! Między palcami dużym i drugim miałam piękną dziurę, z której płynęła krew.

Jak błyskawica pobiegłam do domu, wołając, czy mamy jodynę, a może chociaż wodę utlenioną. Babcia Katarzyna spojrzała na mnie i spokojnie odpowiedziała pytaniem:

– A po co?

– Jak to po co, widły sobie wbiłam w nogę, wyciągnęłam je, ale płynie krew!

– Ach tak!

Babcia wyszła na podwórko, głośno krzyknęła: „Zbyszki, do domu, chodźcie szybko, trzeba Jadzi pomóc!”. Obaj bracia w jednej chwili zjawili się w kuchni. Babcia głosem nieznoszącym sprzeciwu powiedziała:

– Wyjdźcie przed dom, nasikajcie Jadzi na nogę, tam gdzie ma ranę po widłach. Szybko!

Nie trzeba im było dwa razy powtarzać, taka gratka często się nie zdarzała, aby obsikać starszą, przemądrzałą siostrę. Obydwaj zrobili to, co zarządziła babcia, i tyle ich widziałam. Po udzieleniu kilkukrotnej pomocy medycznej w następnych dniach, tym samym sposobem, rana zagoiła się w ciągu tygodnia, choć do dzisiaj mam między palcami stopy maleńki ślad po wbitych widłach.

Nie pamiętam już, kiedy natknęłam się w spichrzu na wielką skrzynię wykonaną z dębowego drewna, tak zwaną skrzynię posażną. Była piękna, pomalowana na wiśniowy kolor. Często na niej siadywałam w kuchni, słuchając opowieści rodzinnych. W swoich wspomnieniach najwyraźniej widzę nasze przygotowania do niedzielnej mszy. Wówczas, wcześnie rano, babcia otwierała swoją magiczną skrzynię i wyjmowała czarny koronkowy szal, białą halkę pod czarną spódnicę, brązowe niedzielne trzewiki i czarną bluzkę w drobniuteńkie kwiatuszki. Zawsze lubiłam towarzyszyć jej w tym niedzielnym rytuale. Dom spał, a my piłyśmy kawę zbożową i cichutko rozmawiałyśmy. Babcia, zubożała szlachcianka, która przekazała córkom umiłowanie tradycji i umiejętność prowadzenia gospodarstwa, snuła coraz to inną opowieść o rodzinnym domu i zwyczajach. Jednym z nich było wianowanie córki, czyli przygotowanie posagu, który rodzice dawali córce na dalszą drogę życia. Posag był składany przez lata do dębowej skrzyni i przekazywany w dniu ślubu. Skrzynia babci Katarzyny przechodziła od pokoleń z matki na córkę.

Wszystkie obrazy z niedzielnych opowieści przemknęły mi przed oczami, gdy wiele lat później spoglądałam na zniszczoną, kiedyś piękną dębową skrzynię, stojącą wówczas w spichlerzu, ubrudzoną mąką i śrutą. Stanowczo zażądałam od ciotki Jadzi wydania tej pokrzywdzonej przez czas pamiątki. O dziwo, nie było żadnego sprzeciwu, padło tylko pytanie:

– Po co ci taki rupieć?

A przecież w niej zamykało się całe moje dzieciństwo i dorastanie, a także opowieści babuni!

Skrzynia przyjechała do nas w stanie opłakanym, ale już wtedy wiedziałam, że znów będzie piękna! Mój mąż Andrzej kochał stolarkę. Renowacja domowym sposobem zajęła mu kilkanaście miesięcy, bo części metalowe należało zamówić u kowala, co w Warszawie nie było łatwe. Ale dziś odrestaurowana skrzynia stoi na poczesnym miejscu w naszym domu. Ilekroć koło niej przechodzę, widzę babcię wyjmującą z niej rozmaite skarby. Moja skrzynia przejdzie w posiadanie córki, a później wnuczki. I tak tradycji rodzinnej stanie się zadość.

Wraz ze starą posażną skrzynią moje wnuczki dostaną ode mnie kolekcję żelazek z duszą lub na węgle, które również przywiozłam. Od babci Katarzyny dostałam stare żelazko z kominem, którego używało się do prasowania ciężkich rzeczy, takich jak męskie spodnie czy kurtki przenicowane ze starych pelis lub płaszczy. W tym żelazku rozpalało się kawałki węgla drzewnego. Wychodziliśmy na próg i monotonnymi, płynnymi ruchami w przód i w tył machaliśmy nim, aby węgle się rozpaliły. Gdy były już rozgrzane do czerwoności, żelazko było wycierane i czekało na prasowanie. Ponieważ ciężkie rzeczy były rzeczywiście ciężkie, prasowaliśmy je zazwyczaj przez zaparzaczkę, kawałek lnianej ścierki zmoczonej w wodzie. Prasowanie żelazkiem z kominem nie było łatwe, gdyż było duże i sporo ważyło, ale materiał był doskonale doprasowany! Lżejsze było żelazko na duszę, którą wkładało się do rozpalonej kuchni, rozgrzewało do czerwoności i pogrzebaczem chwytało, aby przenieść do żelazka czekającego na kuchni. Tym prasowałam swoje białe spódnice, delikatne bluzki, a także sukienki mamy i mojej córci Agusi. Żaden nowoczesny sprzęt nigdy nie wyprasował rzeczy tak pięknie, jak moje żelazko z duszą!

Dzisiaj babunia miałaby sto dziewiętnaście lat… Poznała tylko jedną swoją prawnuczkę – moją córkę, ale wszystkie moje dziewczynki doskonale wiedzą, kto był ich praprababcią. A Agnieszka, przebywając, tak jak ja, na letnich wakacjach w Obręcznej, nie umiejąc odróżnić dwóch żyjących babć, babcię Katarzynę nazwała Starą Babcią i chodziła za nią jak cień, tak samo jak ja wiele lat temu.

Pamiętam pogrzeb babci Katarzyny w Opatowie w 1978 r., a właściwie w Kolegiacie Opatowskiej pod wezwaniem św. Marcina z Tours. Może dlatego kolegiata zajmuje w moim sercu wyjątkowe miejsce. To wspaniały zabytek architektury romańskiej. Została zbudowana w roku 1189 i od tego czasu, przez ponad osiemset lat, jest świadectwem wielkiego kunsztu średniowiecznych budowniczych.

Babcia została pochowana w tym samym grobie, w którym od kilku lat spoczywała Zosia.

Zosia

Moja siostra cioteczna Zosia, córka ciotki Jadzi, była ładną, miłą dziewczyną, młodszą ode mnie. Urodziła się w 1955 r. Zawsze wydawała mi się trochę za cicha i za spokojna, ale wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że ma ciężką wadę serca. Nasza babunia opiekowała się wnuczką najlepiej, jak umiała, ale Zosia i tak nigdy nie była żywym srebrem. Powolutku snuła się po gospodarstwie, jej matka zaś zawsze zrzędziła, że córka nie jest dość robotna. Kilka lat później, gdy Zosia chodziła już do szkoły podstawowej, nagle zemdlała w klasie. Zrobił się szum, ktoś dał znać babci, Jadzia zaprzęgła furmankę i pojechała po córkę do szkoły, ale jej nie zastała w klasie. Wychowawczyni wezwała karetkę. Badania wykazały, że serce Zosi nie pracuje prawidłowo. Zabrano ją do szpitala do Ostrowca Świętokrzyskiego. Następnego dnia Jadzia spotkała się z lekarzem prowadzącym. To, co usłyszała, nie było optymistyczne. Od tej pory moja siostra pozostawała pod opieką szpitalnych kardiologów. Po dwóch czy trzech tygodniach postawiono diagnozę, stwierdzając, że jest jeden lekarz w Warszawie, profesor Manteuffel, kardiochirurg, znakomity specjalista, który mógłby pomóc. Był rok 1968.

Miałam zaledwie dwadzieścia trzy lata, gdy ciotka zadzwoniła i powiedziała, że Zosia ma skierowanie do szpitala do Warszawy. Ponieważ telefonowała z poczty w Sadowiu, nie była zbyt rozmowna, powiedziała tylko, że zaraz wyśle skierowanie i papiery, które otrzymała od lekarzy w Ostrowcu, i prosi, abym zajęła się sprawą.

Pana profesora Manteuffla poznałam osobiście, gdy starałam się umieścić Zosię w szpitalu przy ulicy Płockiej na oddziale kardiologicznym. Nie było to łatwe zadanie. Siedziałam na korytarzu przez kilka godzin, wiedząc, że życie siostry zależy od moich umiejętności przekonywania. W końcu przyszedł jakiś lekarz, zainteresował się mną, wypytał i odszedł, zabierając skierowanie i załączone dokumenty. A potem pojawił się starszy pan z wąsikiem, w białym kitlu, na nosie miał grube okrągłe okulary, w ręku trzymał dokumentację Zosi. Zaprosił mnie do skromnego pokoju. Wypytywał szczegółowo o siostrę. Mówiłam dużo, szybko, z wypiekami na policzkach. Miły pan, siwiuteńki, o uważnym spojrzeniu, cierpliwie mnie wysłuchał. Zakończyłam swoją przydługą opowieść i na koniec widowiskowo się rozpłakałam, pewnie z nerwów. Mężczyzna wziął mnie za rękę, pogładził, uśmiechnął się takim nieobecnym uśmiechem i w końcu powiedział:

– Dziecko, no to przywieź tę swoją siostrę do nas. Zobaczymy, co się da zrobić.

Ktoś wszedł do pokoju i powiedział:

– Panie profesorze, czekamy na pana!

Panie profesorze? Boże, z kim ja rozmawiałam? W końcu nie wytrzymałam i zapytałam:

– To pan, pan jest tym profesorem? Przepraszam! Zajęłam panu drogocenny czas, dlaczego pan mi nie przerwał?

– Dziecko, tak żarliwie przekonywałaś mnie o konieczności zaopiekowania się twoją siostrą, że nie mogłem ci przerwać. Zmykaj i przywieź ją jak najszybciej. Wszystkie formalności załatwisz na izbie. Pamiętaj, jak najszybciej!

Zosia wiele razy przyjeżdżała do szpitala. Zawsze jej towarzyszyłam. Pierwszy raz, ten najważniejszy, leżała ponad trzy miesiące. Przychodziłam do niej co tydzień, poza mną oczywiście moja matka, a raz nawet na kilka godzin przyjechała ciocia Jadzia. Kiedyś Zosia znów była w Warszawie na konsultacji u profesora. Odebrałam ją ze szpitala i razem pojechałyśmy do centrum miasta. Szłyśmy koło Pałacu Kultury i Nauki, gdy zatrzymała się przy jednym z Cyganów sprzedających patelnie.

– Jadziuńku, kupię ci tę dużą, będziesz miała ode mnie pamiątkę.

– Co ty mówisz, dziewczyno? Jaka pamiątkę? – odpowiedziałam.

Zosia kupiła wielką jak bochen cygańską patelnię. Następnego dnia pojechała autobusem do Ostrowca.

Kilka dni później byłam umówiona z profesorem w szpitalu na Płockiej. Niestety, nie dawano Zosi nadziei. Profesor, pod którego opiekę trafiła, powiedział mi:

– Pani Jadwigo, rokowania są bardzo złe. Nasza Zosia ma trudną, nieoperacyjną wadę serca. Jedynie, co można byłoby zrobić, to przeprowadzić transplantację, ale niestety nie u nas…

Wiedziałam o prof. Christiaanie Barnardzie z kliniki w Kapsztadzie, który w latach sześćdziesiątych przeprowadzał pierwsze transplantacje serca, było o tym głośno w prasie i telewizji, ale dla nas było to nieosiągalne. Wyszłam ze szpitala na chwiejnych nogach. Byłam w dziewiątym miesiącu ciąży.

Zosia umarła w Opatowie, niedaleko kolegiaty. Był maj, świeciło słońce, ptaki świergotały radośnie. Wracały do domu furmanką razem z ciotką Jadzią. Kasztan przystanął na chwilę, aby odpocząć, ponieważ furmanka była ciężka. W tym miejscu akurat stał kiosk z napojami i słodyczami. Ciotka kupiła oranżadę. Zosia uśmiechnęła się, westchnęła, upadła na siedzenie, chwilę patrzyła na matkę, zamknęła oczy i zakończyła swoje krótkie, piętnastoletnie życie.

Nie byłam na pogrzebie. Dzień po wizycie w szpitalu, 20 sierpnia 1970 r., kilka godzin po rozmowie z profesorem, urodziłam córkę Agnieszkę. Moja wspaniała patelnia zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.

Moja mama Kazia

Była najstarszą z trójki babcinych dzieci, urodziła się w 1922 r. Ze względu na biedę i brak pieniędzy obydwie z Jadzią chodziły we wsi do trzyklasowej szkoły. Kazia w wieku dziesięciu lat została oddana do Iłży, gdzie pracowała jako pomoc domowa. Jednak bardzo tęskniła i po trzech latach posług wróciła do domu. Wspólnie z Jadzią, sześć lat młodszą siostrą, pomagały w domowych robotach. Ciężkie to były czasy, gdy ważne prace w stajni i oborze wykonywały takie małe dziewczynki. Jednak ktoś musiał pomagać, rodzinie się nie przelewało, a za pomoc przy żniwach czy kopaniu ziemniaków trzeba było płacić lub odrabiać w polu. Jadzia najczęściej pasała krowę. A Mućka była najważniejsza! W czasie wojny ocieliła się, miała pięknego byczka, którego babcia chowała w wielkiej tajemnicy, trzymając w stodole w specjalnie skonstruowanej piwnicy przykrytej zbożem i sianem, aby nikt z sąsiadów go nie widział. Jednak w niewyjaśnionych okolicznościach sprawa się wydała i Niemcy niespodziewanie odwiedzili gospodarstwo. Wszyscy myśleli, że będą reperkusje niepodporządkowania się władzy okupanta, skończyło się na strachu, ponieważ żołnierze Wehrmachtu zaproponowali wymianę byka na krowę.

Czas wojny był trudnym okresem dla całej wsi, „odwiedziny” gestapowców, wizyty partyzantów, życie w ciągłym napięciu, do tego strzelanina, naloty bombowe, w końcu ucieczka Mietka, jedynego syna babci, do lasu, do Batalionów Chłopskich. To wszystko nadszarpnęło jej zdrowie. Najgorsze przyszło jednak nieoczekiwanie. Pod koniec listopada dostarczono powiastkę z gminy, że najstarsza córka Kazimiera w grudniu 1939 r. ma wyjechać na obowiązkowe roboty w Niemczech. I choć Kazia miała niecałe siedemnaście lat, od tej decyzji nie było odwołania. Babcia podarowała córce, co miała najdroższego: ciepłe palto i sukienkę. Drobiazgi zostały zawinięte w chustkę i z takim ekwipunkiem dziewczyna ruszyła w świat.

Kazia nie jechała sama, towarzyszyła jej kuzynka, również wytypowana na roboty. Pociągiem, w wagonach bydlęcych, dojechały aż do Brunszwiku. Tam na stacji selekcjonowano niewolników do pracy w fabryce produkującej amunicję lub u gospodarzy niemieckich. Moja matka została wybrana przez jednego z tych ostatnich i odtąd została Katią. Jako znak rozpoznawczy musiała nosić, zawsze i wszędzie, literę P. Ostatecznie przez całą wojnę pracowała w gospodarstwie we wsi Bleckenstedt Salzgitter. Meierowie mieli córkę, jedynaczkę. Liselotte była młodsza od Kazi o cztery lata.

Z krążących po wsi opowiadań wiem, że powodem wyjazdu Kazi na roboty było odrzucenie przez babcię oświadczyn. Konkurentem był sam sołtys. To on wyznaczał ludzi do przymusowych robót w Rzeszy. Podobno babcia nie patyczkowała się i dosadnie powiedziała mu, co o nim myśli. Nieudane zaloty, pewnie i kłótnia, były przyczyną zemsty.

Po mieczu

Dziadek Benedykt

Rodzice ojca mieszkali na Woli, która zajmowała szczególne miejsce w życiu mojego dziadka Benedykta i jego całej rodziny. Dziadek opowiadał mi, jak zamieszkali w Warszawie przy ulicy Młynarskiej, jak pokochał dziewczynę z Tarczyna o imieniu Marianna, o ich ślubie i o tym, jak często tracił pracę murarza w okresie wielkiego kryzysu lat dwudziestych.

Urodził się w 1890 r. Wysoki, szczupły, niebieskooki, z włosami obciętymi na jeża. Pamiętam go starannie ubranego w podtrzymywane szelkami sztuczkowe spodnie, ciemny pasek, białą koszulę z dopinanym kołnierzykiem i ciemną marynarkę. Był mistrzem murarskim. Potrafił stawiać domy, tynkować, odnawiać ściany, malować, ale w kryzysie nie było wielkiego zapotrzebowania na fachowców takich jak on. Co kilka tygodni starał się w pośredniaku o pracę dorywczą, ale i praca, i otrzymywane z tego tytułu zarobki nie wystarczały na utrzymanie rodziny. Bardzo często zatrudniano go na kilka tygodni, ale jeszcze częściej pozostawał bezrobotny. Pewnie dlatego był bardzo nerwowy i skory do awantur. Jego krzyki słyszano w całym domu. Nie wiem, czy sprawiał to trudny charakter, czy też nerwy nie wytrzymywały codziennego napięcia. Dzieci musiały chodzić na paluszkach. Biada temu, kto się dziadkowi naraził, pocięgiel był stale w robocie, a dostawał nawet ten, który nie był winien, ale akurat znalazł się pod ręką. Jedyną osobą, którą omijały napady złości i złego humoru ojca, była córka Wiktoria, ładna, czarnobrewa, ciemnowłosa dziewczyna o pięknym głosie. Ta mogła wszystko. Owinęła sobie ojca wokół małego palca.

Benedykt, choć twardy i z natury choleryk, nade wszystko kochał ptaki. Od najmłodszych lat miał klatki z ptaszkami, które w pokoju zarówno na Młynarskiej, jak i na Ogrodowej, wisiały wokół jedynego okna. Zresztą okno było specjalnie przez niego powiększone, aby ptaki miały więcej światła. Dziadek zachęcał je do śpiewu, specjalnie pogwizdywał, dawał odpowiedni pokarm, a one w zamian za troskę odprawiały swoje trele. Na podwórku, na dachu komórki, dziadek zainstalował gołębnik. Rankiem otwierał specjalnie zbudowane woliery, aby ptaki całym stadem mogły polatać. Często dołączał do nich jakiś obcy, co sprawiało Benedyktowi wielką radość. Zgodnie z niepisanym prawem właściciel gołębia przybłędy musiał go wykupić.

Babcia Marianna

Pochodziła ze wsi Tarczyn, gdzie przyszła na świat w 1892 r. Całe życie ciężko pracowała. W 1908 r. wyszła za mąż za Benedykta, mistrza murarskiego. W posagu dostała rower i złoty zegarek z dewizką. Nie cieszyła się zbyt długo swoim majątkiem. Rower ktoś ukradł, a zegarek zabrali dziadkowi Niemcy.

Z mężem przeżyła pięćdziesiąt burzliwych lat, rodząc trzynaścioro dzieci, z których tylko czworo przeżyło. Benedykt był trudnym życiowym partnerem, ale tego dowiedziałam się znacznie później.

Babcia Marianna potrafiła robić sztuczne kwiaty, szydełkowała piękne serwety i obrusy, którymi handlowała na bazarze Kercelego, największym targowisku przedwojennej Warszawy. Można tam było kupić i sprzedać wszystko. Z opowiadań babci wynikało, że na targu handlem zajmowali się nie tylko bogaci Żydzi, ale też biedni ludzie, którzy chcieli innym biednym sprzedać stare, cerowane ubrania, zelowane buty czy inne niezwykle potrzebne rzeczy. Tutaj było wszystko, a jeżeli czegoś brakowało, handlarz umawiał się z potencjalnym klientem na dzień i godzinę, dostarczając towar. Na tym placu handlowała babcia Marianna. Swoje piękne papierowe kwiatki na długich drutach wbijała w kulę z drewna. Przyciągało to biedną klientelę, która kupowała kolorowe marzenia zamknięte w bukietach po kilka groszy za sztukę. Za możliwość handlowania na targu trzeba było uiścić niewielką opłatę, ale babcia zawsze handlowała z ręki. Nie miała stałego miejsca, nie miała budy, przechadzała się wśród straganów, zachęcając do zakupów głośnym wołaniem. Tylko handlarz miły i dowcipny miał szanse na sukces i zwiększoną sprzedaż. Po odliczeniu pieniędzy zainwestowanych w kolorowy papier i druty pozostawała skromna kwota dokładana do wydatków na życie.

Szpilorek, czyli drewniana rączka wypolerowana od ciągłego trzymania, zakończona ostrzem, był najważniejszym narzędziem babci. Służył do przekłuwania materiału i formowania kolorowego papieru. Praca odbywała się na wyrobionej desce. Ręce babci, zręczne, chociaż bardzo spracowane, potrafiły czynić cuda.

Po wojnie moja babunia również handlowała sztucznymi kwiatami, już nie na placu Kercelego, który w 1946 r. zlikwidowano, tylko na bazarze tymczasowym przy ulicy Pańskiej. Pamiętam, jak siedziała w domu przy stole, a nad jej pomysłowym warsztatem wisiała lampa na długim sznurze. Babcia dłubała kwiatek za kwiatkiem. Siadywałam wtedy na krzesełku i godzinami patrzyłam, jak wycinała, strzępiła, układała piękne słupki i główki kwiatków. Wtedy nawet nie przyszło mi do głowy, że ich sprzedaż stanowiła poważny zastrzyk pieniędzy w powojennym domowym budżecie. Cieszyłam się tylko z towarzystwa babci i z tego, że pozwalała mi na siebie patrzeć. Gdy już wykonała odpowiednią liczbę kwiatków, wstawała zmęczona od stołu i pytała:

– Chcesz coś zjeść?

Dziadek bardzo lubił boczek, więc nie mogło go zabraknąć. W ten sposób stał się on także moją ulubioną potrawą. Jadłam go wyłącznie z musztardą. Dostawałam pajdę chleba, kubek czarnej kawy z cykorią i siedziałyśmy z babcią, wspólnie jedząc.

Babcia przeżyła zaledwie sześćdziesiąt sześć lat. Pochowaliśmy ją w 1958 r. na Wolskim Cmentarzu Katolickim. Zmarła zbyt młodo, abym zdążyła nawiązać z nią głębszy kontakt.

Mój ojciec Szczepan

Choć urodził się w 1924 r. jako najmłodsze, trzynaste dziecko w rodzinie, miał zaledwie czworo rodzeństwa. Rodzina mieszkała w jednym pokoju domu przy ulicy Młynarskiej. Szczepanem zajmowała się przede wszystkim Wiśka, ukochana siostra. Siedmioletni Szczepan poszedł do Szkoły Powszechnej im. Tadeusza Czackiego nr 56 przy ulicy Żelaznej 88. Bieda zmuszała jednak dzieci do pracy. Od najmłodszych lat mój ojciec starał się pomagać w domu. Za bochenek chleba pracował w piekarni Stępkowskiego. Sprzątał, pilnował, załatwiał drobne sprawy, później bywał gońcem.

Gdy troszkę podrósł, handlował czekoladkami i cukierkami w kinie Roxy przy ulicy Wolskiej. Czasy były ciężkie, jednak kino zawsze było pełne. Ludzie chodzili na seanse, próbując oderwać się od trosk dnia codziennego. Kupowali czekoladki, cukierki irysy, czasami oranżadę. Zarobki ojca nie były zbyt duże, ale możliwość obejrzenia filmu, przy okazji handlu, stanowiła dodatkową atrakcję.

Gdy był w czwartej klasie szkoły powszechnej, jedna z nauczycielek, wychowawczyni Szczepana, która otaczała go szczególną opieką, uznała, że chłopak powinien iść do komunii. Sama go przygotowała do uroczystości, przyniosła mu garniturek swojego syna. Ubrała w pożyczone rzeczy i zaprowadziła do kościoła. Czasami podczas lekcji Szczepan niespodziewanie zasypiał. Różne były przyczyny, a to nie zjadł śniadania, a to w nocy pracował w piekarni, częste domowe awantury wyganiały też dzieci na podwórko. Wtedy nauczycielka organizowała mu darmowy talerz zupy ze szkolnej stołówki. Ojciec bardzo ją lubił, kiedyś w rozmowie z okazji rodzinnej uroczystości powiedział:

– Tylko dzięki mojej wyrozumiałej i cierpliwej wychowawczyni ukończyłem szkołę i przyjąłem komunię. Również ona wiele razy tłumaczyła mi, dlaczego powinienem się uczyć.

Ojciec bardzo ładnie śpiewał. Nie pamiętam nawet, kiedy i w jaki sposób dostał się do zespołu tanecznego tramwajarzy.

Wybuch II wojny światowej najokrutniej odczuła Wola, ciężkie walki z żołnierzami Wehrmachtu i dywanowe naloty zniszczyły dzielnicę. Tędy przechodziły wojska okupanta wspierane przez setki czołgów. Dziadek wiele mi o tym opowiadał. Nie mógł pogodzić się z tym, że jego ukochana dzielnica tak bardzo ucierpiała już w pierwszych dniach wojny. Opór stawiany przez Polaków doprowadził do zbombardowania Woli oraz okolic. Wokół były gruzy. Dom przy ulicy Młynarskiej został zniszczony. Cała rodzina została zmuszona do przeprowadzki na ulicę Ogrodową.

Działania wojenne, konieczność codziennego kopania rowów, pomoc obrońcom Warszawy, brak pracy, kryzys były przyczyną pogłębiającej się biedy – zaczęło brakować żywności. Gdy wybuchła wojna, Szczepan nie ukończył jeszcze piętnastu lat. Był jednak silny i sprytny. Nocami chodził na przedpola Woli zbierać kartofle, które z narażeniem życia przynosił do domu. Wyprawiał się po nie prawie co noc. Matka nie była zachwycona, jednak wiedziała, że dzięki temu rodzina nie głoduje. Zresztą nie tylko jej syn zbierał ziemniaki, mnóstwo innych ludzi biegało z workami na wolskie pola. Nie zwracali uwagi na niemieckie samoloty, które często nadlatywały, ostrzeliwując ich z karabinów maszynowych. Wiele osób, kobiet i dzieci, straciło życie na kartoflisku. Ojcu jakoś się udawało. Targał do domu całe wory, gromadząc zapasy na zimę. W przerwach pracował w piekarni. Ponieważ był już prawie dorosły, pomagał przy formowaniu bochenków, a także pilnował pieczenia. Właściciel piekarni Stępkowski bardzo go lubił, może dlatego, że sam nie miał dzieci? Szczepan był chętny do pracy i nigdy nie bał się nowych obowiązków, które mu powierzano.

Bardzo często biegał jako posłaniec, załatwiając różne sprawy w mieście. Kiedyś zdarzył się wypadek. Wskoczył do tramwaju, nie zauważając granatowego policjanta, który stał na platformie. Ten, nie namyślając się długo, kopnął go w twarz i chłopak wypadł z wagonu, uderzając głową o bruk. Tramwaj pojechał, ktoś młodemu pomógł wstać, ktoś zawiązał głowę chustką, ktoś zaproponował odprowadzenie do domu. W ten sposób rodzina straciła pomocnika, który jakiś czas musiał leżeć w łóżku. Na doktora i lekarstwa nie było pieniędzy, nikt z nich nie miał opłacanej Kasy Chorych i w tej sytuacji tylko opieka matki oraz jej umiejętności mogły postawić chłopaka na nogi.

Tymczasem dziadek dostał pracę. Został dozorcą domu, w którym mieszkali. Do jego obowiązków należało sprzątanie klatek schodowych, utrzymywanie czystości na podwórku i wokół budynku, zamykanie bramy o dziesiątej wieczorem i otwieranie jej o szóstej rano, w zimie zaś odgarnianie śniegu.

W tym czasie rozpoczął się psychologiczny terror wywierany przez Niemców na mieszkańców Warszawy. Ogłoszono godzinę policyjną. Zaczęły się łapanki. Zimą 1939 r. w jednej z nich znalazł się Szczepan. Wywieziono go do Niemiec. W bydlęcych wagonach dojechał aż do Brunszwiku. Po szybkiej selekcji na dworcu trafił do zakładów hutniczych Reichswerke Hermann Göring. W ten sposób rozpoczął się najtrudniejszy okres w jego życiu: ponadpięcioletnia niewolnicza praca przymusowa.

Jako robotnik w hucie wykonywał każdą zleconą pracę, bez względu na to, czy znał się na niej, czy też nie. Chociaż starał się pracować jak najlepiej, często dostawał w pysk. Czasami od swoich, częściej jednak od oddziałowego. Nikt się nie patyczkował, a uderzenia były ciężkie. Szczepan był najmłodszym Polakiem w dziale, 21 grudnia 1939 r. ukończył piętnaście lat.

Polacy pracujący w hucie mieszkali w barakach w Watenstedt, często kontrolowanych przez oddziały miejscowej policji i przez SS. Wtedy na wszystkich padał blady strach. Z opowiadań ojca wiem, że wielu jego towarzyszy zabierano nocą. Gdzie i dlaczego, nie mówiono, słychać było tylko krzyki: Raus! Raus! Niespodziewane kontrole czasami odbywały się nad ranem, ludzi z prycz wyrzucały krzyki, przekleństwa i łomot do drzwi. Biada temu, kto miał w szafce bałagan lub kradzioną żywność. Właściciela kartofla, ogórka czy pomidora wywlekano przed barak. Krótkie strzały kończyły sprawę.

W 1942 r. ojca przeniesiono do pracy w gospodarstwie ogrodniczym w Bleckenstedt. Został traktorzystą, nauczył się języka niemieckiego, marzył o kursie na prawo jazdy. Chciał być kierowcą. Prawie wszyscy miejscowi mężczyźni zostali powołani do wojska. Na wsi pozostali tylko starzy ludzie. Przymusowi robotnicy stanowili główną siłę roboczą, brakowało traktorzystów i kierowców, dlatego Szczepan mógł ukończyć kurs i został zatrudniony jako pomocnik w warsztacie samochodowym.

Przez ten cały czas utrzymywał kontakt z siostrą Wiktorią. Ukochana Wiśka w 1942 r. wyszła za mąż za Ignacego. Zgodnie z tradycją rodzinną zamieszkali na Woli, urodziła dwoje dzieci: Władysława i Elżbietę. Niestety dzieci nie przeżyły powstania warszawskiego, zginęły od wybuchu bomby, która wpadła do sąsiedniego mieszkania. Kontakt Szczepana z siostrą urwał się, kiedy po upadku powstania Wiktoria i jej mąż zostali wypędzeni z Warszawy. Razem z tysiącami innych osób dotarli do obozu przejściowego w Pruszkowie. Stąd w bydlęcych wagonach ruszyli w nieznanym kierunku. W końcu dotarli do obozu pracy przymusowej w Brunszwiku. Ciężko pracowali kolejno w cukrowni, przy usuwaniu gruzów, w fabryce czołgów, a Ignacy przy rozładowywaniu towarów.

Szczepan, już kierowca, nie wiedział, że jego siostra z mężem są bardzo blisko. Któregoś dnia otrzymał rozkaz dostarczenia żywności do jednego z obozów. Pierwszą osobą, na którą się tam natknął, była Wiktoria.

Moi rodzice

Bleckenstedt Salzgitter to nieduża wieś położona około 17 kilometrów na południe od Brunszwiku. Od momentu przyjazdu do Niemiec moja matka Kazia pracowała w gospodarstwie rolnym u Meierów. Nasilenie robót polowych zależało od pory roku. Do tego dochodziła stała praca przy krowach, w stajni, a także w domu. Kazia nie narzekała. Od małego ciężko pracowała, doskonale pamiętała służbę u Żydów w Iłży, biedę, głód, a także niekończącą się harówkę od świtu do nocy. Teraz miała własny, maleńki pokoik na poddaszu, łóżko, poduszkę i pierzynę, wielką miskę do mycia, prawie taką jak w rodzinnym domu, stałe miejsce przy stole gospodarzy i tak jak oni dysponowała własną deską do chleba nazywaną bretchen, która była używana również jako talerz. Oprócz tego miała łyżkę i widelec. Trzy razy dziennie Liselotta, Kazia i dwaj parobkowie jedli posiłki wspólnie z bauerami.

Nie mogła się skarżyć. W sytuacji, gdy inni Polacy głodowali, byli terroryzowani przez służby wewnętrzne i gestapo, ona miała całkiem nieźle. Wyrosła na ładną kobietę. Dbała o siebie, jak umiała. Wielu chłopaków ze wsi przychodziło pod dom Meierów, wielu zagadywało Kazię w czasie pracy na polu. Gospodarz wszystkim pokazywał drzwi, troszczył się o dziewczynę tak samo jak o własną córkę, kilka lat młodszą. Trzymał je jednak krótko. O wszystkim musiał wiedzieć i biada, jeżeli chciały ukryć jakiś wyskok. W domu panowały surowe zasady, które miały swoje dobre strony. Gestapo dobrze znało Meiera i wiedziało, że w jego gospodarstwie nie może się zdarzyć nic niezgodnego z regulaminem wojennym.

Na początku 1944 r. zauważono młodego przystojnego chłopaka z literką P w klapie zniszczonej marynarki, który coraz częściej przychodził pod dom Meierów, przynosząc kwiaty doniczkowe. Na schodkach prowadzących na poddasze Kazi pojawiały się hiacynty, tulipany i żonkile. Kwiatami chłopak wyrażał swój zachwyt, a ich liczba powiększała się wprost proporcjonalnie do rosnącego zainteresowania dziewczyną. W końcu zdobył się na odwagę i odbył poważną rozmowę najpierw z panną, a w końcu z Meierem. Opowiadał o swoich zamiarach, o tym, co chce robić po zakończeniu wojny, i poprosił o rękę Kazi. Ostatecznie przez ostatnie lata to niemiecki gospodarz opiekował się dziewczyną, stąd w wyobraźni młodego władza rodzicielska należała do niego. Po kilkunastu dniach moi rodzice zamieszkali razem w maleńkim pokoiku mieszczącym się w pomocniczym domu nad samym kanałem Stichkanal Salzgitter.

W Bleckenstedt życie toczyło się w miarę spokojnie. Nastroje zależały od sytuacji na obu frontach. Informacje, które po cichu docierały do przymusowych robotników zatrudnionych w okolicznych gospodarstwach oraz w fabryce broni, były dla nich optymistyczne. Wraz z nadchodzącym frontem zachodnim zbliżało się wyzwolenie.

3 lutego 1945 r.

Wieś Bleckenstedt była jedną z trzydziestu jeden wsi należących do gminy Watenstedt-Salzgitter. W tej właśnie miejscowości były wielkie zakłady Reichswerke Hermann Göring produkujące broń i amunicję dla III Rzeszy. Zakłady wojskowe wspierające dostawami broni niemiecką armię odgrywały strategiczne znaczenie podczas II wojny światowej. Dlatego też wojska alianckie wzmocniły atak lotniczy na okolice Hildesheim, Lebenstedt, Wolfenbuttel, Salzgitter i Watenstedt. Od dwudziestu godzin trwały ciężkie walki, alianci piekielnie bombardowali. Front idący z zachodu Europy przetaczał się w kierunku Łaby. Mieszkańcy wsi ukryli się w schronach. Z wyjątkiem mojej matki, ojca i niemieckiej akuszerki, która towarzyszyła mojemu przyjściu na świat. Był ranek 3 lutego, gdy matka spokojnie powiedziała ojcu, że poród chyba się zaczął. Ten, ze strachu przed bombardowaniem oraz z powodu braku umiejętności odebrania porodu, stracił głowę. Podobno biegał po maleńkim pokoiku, pytając, jak to ma być i co on ma robić.

– Wokół spadają bomby, a ty właśnie teraz chcesz rodzić nasze dziecko?! – krzyczał – Przestań, poczekaj jeszcze kilka godzin! Przecież ten poród nie może się udać! Zobacz – pokazał na okno – samoloty bez przerwy zrzucają setki bomb, sytuacja jest groźna, jestem sam, a ty w takich warunkach chcesz rodzić? Zrozum, ja sobie nie poradzę! – biadolił.

W końcu Kazia nie wytrzymała i podniesionym głosem powiedziała:

– Do cholery, po prostu wezwij akuszerkę, przecież przedostała się do nas w nocy!

W tej samej chwili do pokoju weszła kobieta, mówiąc:

– Mam już gorącą wodę, zaraz wszystkim się zajmę.

I rzeczywiście, na poręczy łóżka zainstalowała dwie grube linki, podała je rodzącej i w chwilach skurczy kazała jak najmocniej ciągnąć „lejce”, nie zapominając o oddechu. Trwało to kilka godzin. Nikt nie zwracał uwagi na odgłosy dochodzące zza okna. O jedenastej minut pięćdziesiąt, czując pewnie, że rzeczy ciekawe dzieją się wokół, postanowiłam przyjść na świat w czepku!

Natychmiast po porodzie ojciec wziął matkę na ręce. Ona, zmęczona i ledwie żywa, ściskała w ramionach mały tłumoczek. Za nimi biegła położna. Sąsiedzi pomogli uchylić właz do bunkra. Podmuch eksplodującej bomby w pobliżu rzucił ich na ziemię w piwnicy, a właz niespodziewanie zatrzasnął się, uderzając akuszerkę w głowę. W ten sposób cała czwórka znalazła się w środku. Po zakończeniu nalotów i ustaniu bombardowania, gdy rodzice wyszli z bunkra, okazało się że dom, w którym przyszłam na świat, nie istnieje, pozostał jedynie komin… Biorąc pod uwagę te i inne okoliczności, moje życie od urodzenia zapowiadało się ciekawie. Matka zawsze mówiła: „Pamiętaj, urodziłaś się w czepku, dlatego nie może ci się nic stać!”.

Walki w rejonie huty w Watenstedt trwały przez cały luty do połowy marca i były bardzo ciężkie. Trzeba było przerwać produkcję broni i amunicji. Bombardowanie okolicy miało swoje uzasadnienie, gdyż transport na front odbywał się barkami, które pływały kanałem. Chodziło o odcięcie dostaw i jednocześnie niedopuszczenie do zniszczenia kanału, który był potrzebny nie tylko wojskom III Rzeszy, ale także aliantom. Front zachodni powoli przetaczał się w kierunku Berlina. Po nalotach Meierowie ponownie przygarnęli Kazię z mężem, gdyż ich dom nie został zbombardowany. „Stara” wyszperała na strychu wózek oraz przyniosła trochę dziecinnych ciuszków.

Kilkanaście dni po porodzie odwiedziła nas akuszerka. Badanie było krótkie, a ocena mojej kondycji dobra. Otrzymałam pierwszy prezent! Piękne, porcelanowe szarobure kotki, pamiątkę przekazywaną w rodzinie położnej z pokolenia na pokolenie. Ona była samotną osobą, od lat przyjmującą porody w okolicy. Po raz pierwszy pomogła obcym – przymusowym robotnikom. Wręczając kotki, powiedziała mamie: „Niech przyniosą tej małej szczęście, niech jej towarzyszą, tak jak wszystkim poprzednim właścicielom”. Niestety, mimo całej życzliwości, jaką mnie obdarowała, kotki nie ochroniły ofiarodawczyni. Położna zginęła, a okoliczności jej śmierci nie były znane. We wsi mówiono, że zginęła za pomaganie Polakom. Szarobure kotki, mój talizman, stoją od lat w mojej serwantce.

Wracamy do Polski

Po zakończeniu działań wojennych, zgodnie z podpisaną deklaracją bezwarunkowej kapitulacji, Bleckenstedt i okolice znalazły się w brytyjskiej strefie okupacyjnej. Ślub Szczepana z Kazimierą odbył się w maleńkim kościele katolickim we wsi. W maju 1990 r. kościół był już zamknięty, a wszystkie księgi parafialne przekazano do kościoła św. Bernwarda w Salzgitter. Na dziewiątej stronie dziewiątej księgi z 1945 r., pod pozycją numer 2, znajduje się wpis o ślubie moich rodziców.

W Gospodarstwie Ogrodniczym „Gartenbaum” w Bleckenstedt Szczepan pracował do 9 maja 1945 r. W czerwcu zatrudniono go jako kierowcę w brytyjskiej jednostce UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration – Administracji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy), międzynarodowej organizacji, którą utworzono w roku 1943 r. Jej rola polegała na niesieniu pomocy dla ludności w krajach zniszczonych podczas II wojny światowej. Organizacja zajmowała się przede wszystkim dostarczaniem leków, żywności i odzieży. Ojciec, jako kierowca, wykonywał różne prace, przede wszystkim jednak rozwoził paczki żywnościowe, które dostarczał robotnikom przymusowym przebywającym w dalszym ciągu na terenie Niemiec w brytyjskiej strefie okupacyjnej.

Po długich dyskusjach rodzice ustalili, że wystąpią do władz o wydanie paszportów na wyjazd do Kanady. Przygotowanych paszportów nie odebrano, ponieważ zdecydowali się jednak na powrót do Polski. Na początku 1946 roku Kazia, Szczepan, ja, Wiktoria z synkiem Antonim oraz Ignacy zostali wraz z dwudziestoma osobami załadowani do jednego z wielu wagonów towarowych i rozpoczęli wielotygodniową powrotną podróż.

Gdy byliśmy mali, słyszeliśmy wiele opowiadań dotyczących prawie trzymiesięcznej jazdy wagonami towarowymi. Matka najczęściej opowiadała o konieczności zdobywania wody do picia i do mycia. O dziurze, jaką wyrżnął ojciec w rogu wagonu, która służyła wszystkim pasażerom za WC. Mama wiozła ze sobą miednicę, używaną przede wszystkim do kąpieli Antosia i mnie, a także do prania pieluszek. Opowiadała o piecyku, o słynnej kozie stojącej w ich wagonie, na której kilkanaście osób starało się cokolwiek ugotować. Na każdym postoju, przepinaniu i przetaczaniu wagonów mężczyźni poszukiwali jakiegokolwiek opału, aby koza grzała. Niełatwo było zorganizować zaopatrzenie i ciepłą strawę. Szczególnie, gdy chodziło o dwoje maleńkich dzieci…

Moja matka miała dużo pokarmu, a ja chętnie ssałam cyca pomimo ukończonego roku. Oczywiście problemem było umycie dziecka, utrzymanie czystości, bo o pieluszkach z prawdziwego zdarzenia nikt wtedy nie słyszał. Po przekroczeniu granicy w pobliżu Legnicy przedstawiciele urzędu powiatowego PUR zabrali repatriantom niemieckie książki pracy. PUR był Państwowym Urzędem Repatriacyjnym, który zgodnie z dekretem z 7 maja 1945 r. u odpowiadał za pomoc i „powrót wysiedlonych przez niemieckiego okupanta do poprzednich miejsc zamieszkania” oraz „przesiedlenia na tereny odzyskane ludności z innych okręgów państwa polskiego”.

Wiktoria, ich mały syn Antoś i jej mąż dojechali do Legnicy. Tu postanowili wysiąść z pociągu i pojechać do Bolesławca, gdzie mieszkała rodzina Ignacego. Rodzeństwo rozstało się na kilkanaście lat.

Po dokonaniu wszelkich niezbędnych urzędowych czynności, po otrzymaniu przydziału żywności, można było ruszyć dalej. Przyjazd do Warszawy w takich warunkach wydawał się wjazdem triumfalnym. Dojechali po dziewięćdziesięciu dniach. Pierwszy etap powrotnej podróży do Polski dobiegał końca. Teraz mogło być już tylko lepiej.