Moje greckie lato - Isabelle Broom - ebook
Opis

Holly Wright ma za sobą kilka złych lat. Teraz jest pewna, że uporała się z przeszłością. Zbudowała wokół siebie mur i perfekcyjnie opanowała sztukę trzymania ludzi na dystans – nawet swojego  chłopaka,  Ruperta.

Nagle dostaje list. I jej poskładane z takim trudem życie staje na głowie: nieznana ciotka zapisała jej w spadku dom na greckiej  wyspie!

Zdumiona i zaintrygowana Holly zostawia Londyn, pracę, Ruperta i jedzie do Grecji. Nie spodziewa się, że pozna tu sekret, który rozdzielił jej rodzinę. I wśród piękna przyrody i serdecznych, otwartych ludzi spotka przystojnego Aidana, który stanie się nie tylko jej przewodnikiem po wyspie. A mapa narysowana przed laty przez dwie dziewczynki poprowadzi ją nie tylko do odkrycia tajemnicy  z  przeszłości…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja stylistyczna

Joanna Złotnicka

Korekta

Alicja Jedynak

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

©disigner/Shutterstock

Tytuł oryginału

My Map of You

Copyright © 2016 by Isabelle Broom

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6366-3

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Mamie

Jeżeli uwięzisz prawdę i

Prolog

Dziewczynka podciągnęła kolana pod brodę i zanurzyła bose stopy w mokrym piasku. Fala pędziła do brzegu i zatrzymała się tuż przed czerwonym wiaderkiem i łopatką, które mama i tata kupili jej rano. Były czerwone, żeby pasowały do nowego kostiumu kąpielowego w białe kropki. Jej siostra miała taki sam, ale niebieski. To głupie, uznała Jenny. Każdy wie, że niebieski jest dla chłopaków, a chłopaki śmierdzą. Za to czerwony to kolor, który noszą królowe, kolor, na który nie można nie zwrócić uwagi. Jenny kojarzył się ze skrzynkami pocztowymi w Kent i z budką telefoniczną na rogu ich ulicy. Jej ulubiony kolor.

Wyciągnęła nogi przed siebie i zachichotała, kiedy pienista grzywa kolejnej zawziętej fali połaskotała ją w podeszwy stóp. W oddali widziała siostrę, która w jednej ręce ściskała żółte wiaderko, a drugą zbierała muszelki. Trochę bez sensu, pomyślała Jenny, bo mama nigdy nie pozwoliłaby zabrać im ze sobą do Kent tych cuchnących drobiazgów. Myśl o domu ją zasmuciła. Nie chciała wracać tam, gdzie codziennie pada, a uciekające z pola krowy zostawiają wielkie płaskie placki na ulicach – chciała zostać tutaj, na tej wyspie, gdzie słońce migocze na powierzchni morza jak gwiezdny pył i jest tak gorąco, że można jeść lody na śniadanie, jeżeli tylko ma się ochotę. Wpatrując się w dal ponad oceanem, zauważyła, że jedna z wynurzających się z wody wysp wygląda zupełnie jak żółw. Żółwiowa wyspa!

– Sandy! – krzyknęła, zrywając się z przejęcia na równe nogi. – Patrz tam!

Zanim dobiegła do siostry, Sandra też zauważyła wyspę i już chciała namawiać mamę i tatę, żeby wypożyczyli łódkę i je tam zabrali.

– To może być najfajniejsze miejsce na całym świecie – powiedziała do Jenny, która natychmiast zrobiła najsurowszą minę, jaką mogła.

– Nie bądź głupia – ofuknęła ją.

Lekka bryza podwiała wszystkie kosmyki, które wysmyknęły się z warkocza Sandy, i zarzuciła je jej na twarz. Jenny się roześmiała, bo siostra wyglądała jak wariatka.

– To na pewno jest najfajniejsze miejsce na świecie – powiedziała poważnym tonem jak mama, kiedy była zła. – Jak dorosnę, przyjadę tu i zamieszkam na zawsze.

– Ja też – powiedziała Sandy, łapiąc ją za rękę. – Możemy mieszkać tu razem.

Rozdział 1

List przyszedł w środę.

Był maj i Londyn z trudem otrząsał się ze śladów wyjątkowo wilgotnego kwietnia. Niebo było zasnute szarymi chmurami jak owcze runo i turyści musieli kupować foliowe peleryny po zawyżonej cenie w sklepach z pamiątkami, którymi oblepione były nabrzeża Tamizy. Wszystko wskazywało na to, że dzień będzie nijaki, że przemknie niezauważony, jak pusta kartka wśród innych zapisanych stron.

List jednak sprawił, że ten dzień miał triumfalnie otwierać listę dni najważniejszych.

Holly czekała, aż jej wzrok powoli oswoi się z ciemnością. Wiedziała, że jest późno, bo odgłosy ruchu ulicznego przycichły, tylko od czasu do czasu przejeżdżający autobus albo ciężarówka wprawiały w drgania wieszaki w jej szafie. Niektórzy nazywali to godziną duchów – porę między trzecią a piątą nad ranem, kiedy czysta, bezwzględna ciemność pochłania miasta, miasteczka i wioski, wdzierając się w szpary i pod drzwi.

Ale to był Londyn, tutaj nigdy nie było zupełnie ciemno. Holly leżała w ciszy na poduszce i widziała, jak stłumione światło latarni wyciąga swoje blade palce przez szparę w zasłonach i sięga do niej przez kołdrę. Rupert poruszył się obok niej, światło się załamało i rozproszyło. Odwrócił głowę w jej stronę, widziała zarys jego pełnych warg i ciemny wzór włosów poprzyklejanych bezładnie do czoła.

W jej mieszkaniu zjawił się sporo po północy, oparł się o dzwonek i wyśpiewywał bzdury przez domofon. Znów wybrał się na drinka z kumplami z biura, ale Holly nie miała mu tego za złe. Właściwie cieszyła się, że zajął jej myśli, gdy zataczając się po drodze na górę, złożył niezdarny wilgotny pocałunek w pobliżu jej warg. Odkąd wróciła z pracy, wiedziała, że dziś nie będzie mogła zasnąć.

Na bezsenność cierpiała, odkąd skończyła kilkanaście lat, i zaczęła ją traktować jak jakąś istotę – podobną do trolla postać, która zgarbiona siedzi po turecku na piersi, zanurza lodowate palce w jej wnętrzu i ściska za serce. Bezsenność brała się z niepokoju, a niepokój karmił się bezsennością, tworząc błędne koło męczarni. Ciężko było ją pokonać za pierwszym razem, a teraz wróciła i rozgościła się na dobre. Sfrustrowana Holly czuła, że sztywnieje. Kołdra nagle wydawała się ciężka i przygniatała jej ciało.

Rupert zaczął się lekko ślinić – bańka śliny nadymała się i spłaszczała w kąciku jego otwartych ust. Holly wyczuła w jego oddechu charakterystyczny metaliczny zapach częściowo strawionego alkoholu i odwróciła twarz w stronę miejsca na podłodze, gdzie leżała jej torba; torba, w której był list.

Metaforyczny ciężar tego listu i jego treści był tak wielki, że Holly właściwie nie zdziwiłaby się, gdyby deski podłogowe pod dywanem się zarwały i na środku Hackney powstał lej, który wciągnąłby ją i Ruperta do kanalizacji. Widziała wystający róg koperty, ciemnoszary w ciemnej sypialni, i pomyślała, jak niewinnie wyglądała, kiedy na nią natrafiła, wciśnięta między rachunek za gaz i reklamę taniej pizzy. To była koperta z przezroczystym foliowym okienkiem z przodu, taka, jakich używają banki i szpitale, a jej nazwisko i adres zostały wydrukowane na kartce w środku. Zagraniczny znaczek pocztowy zauważyła dopiero, gdy ją otworzyła.

Kiedy przeczytała oba listy i obejrzała zdjęcie, przez długi czas siedziała i wpatrywała się w dziurę, która pojawiła się na narzucie okrywającej starą sofę. Wydziergała ją parę lat temu, ale od dawna nie miała w rękach drutów ani właściwie żadnych przyborów do szycia. W tej chwili dopadła ją jednak nagła potrzeba, żeby wszystkie odnaleźć. Rzuciła zawartość koperty na stolik kawowy i przekopała kartony pod łóżkiem, aż znalazła przybory, których potrzebowała do zacerowania dziury.

– Skup się na tym – powiedziała do siebie. – Listem zajmiesz się później.

Podziałało, na jakiś czas. Była bardzo pomysłowa, jeżeli chodzi o znajdowanie odskoczni od myśli. Cały wieczór zdołała zapełnić dziwnymi czynnościami, a pomysły wyczerpały jej się dopiero, gdy Rupert stanął w drzwiach. Z wizją kolejnych kilku godzin błogiego odkładania sprawy przywitała go o wiele bardziej wylewnie niż zwykle, a zachwycony Rupert z radością poddał się – co prawda dość niezdarnie – jej zalotom. Niestety, pijany i zmarnowany zawsze szybko zasypiał, więc teraz leżała w łóżku i nie mogła zasnąć, a skóra dosłownie świerzbiła ją z niepokoju.

Wzięła głęboki oddech, zamknęła oczy i spróbowała skupić myśli na czymś innym – czymkolwiek – ale w jednej chwili przed oczami stanął jej list.

Kochana Holly,

pewnie mnie nie pamiętasz, ale ja myślę o Tobie codziennie. Byłam przy Tobie w dniu, kiedy się urodziłaś…

– Nie – powiedziała na głos i słysząc dźwięk, podskoczyła w cichym pokoju.

Rupert wymamrotał coś niezrozumiale, a bańka śliny pękła, kiedy ułożył się inaczej na poduszce. Holly wstrzymała oddech, bo nie chciała go obudzić. Dopytywałby, dlaczego nie śpi, dlaczego policzki ma mokre od łez, a nie była gotowa, żeby mu powiedzieć.

Czekała, aż jego oddech odzyska miarowy rytm, a potem wysunęła rękę spod kołdry i wzięła telefon komórkowy z nocnego stolika. Była za piętnaście piąta. Poczeka do wpół do szóstej, a potem wstanie i pójdzie pobiegać. Tak, przebieżka odpędzi trolla bezsenności i pozwoli jej skupić się na czymś innym. Ta myśl podniosła ją na duchu na tyle, że się rozluźniła, powieki jej opadły i w końcu, jakimś cudem, sen się zakradł i ją porwał.

Sen zawsze zaczynał się tak samo: od strachu.

Wiedziała, że musi otworzyć drzwi i przekroczyć próg, ale wiedziała też, że jeżeli to zrobi, jej życie, takie, jakie zna, się skończy. Nigdy nie będzie w stanie zapomnieć sceny, która czekała za drzwiami, jednak nigdy nie mogła powstrzymać siebie we śnie, żeby nie pójść dalej. Kiedy jej dłoń znalazła się na klamce, strach zaczął rosnąć w jej gardle jak sterta petów w popielniczce, scena wirowała i migotała. Nagle miała przed sobą ocean i odległą postać na horyzoncie…

Kilka godzin później stała przy oknie w małym salonie i patrzyła przed siebie, na złowieszczą czarną chmurę przedzierającą się w stronę centrum miasta. Majowe słońce toczyło przegraną bitwę z uparcie ponurą wiosną i wszystko wyglądało jak zabarwione na szaro. Wilgotne palce Holly zaczęły rozdzierać kopertę, którą ściskała w dłoniach. Słyszała, jak gdzieś w oddali, w głębi mieszkania, Rupert pod prysznicem wyśpiewuje głośno piosenkę Springsteena. Zwykle wywoływało to uśmiech na jej twarzy, ale nie dziś.

Skoro czytasz ten list, to muszę Ci z przykrością powiedzieć, że nie żyję…

Pokręciła głową. Przeczytała list dopiero raz, ale te słowa najwyraźniej zapuściły korzenie głęboko w jej świadomości. Zamknęła oczy, lecz były tam nadal, oślepiały jak wypisane w czarną listopadową noc przez dziecko, które dorwało się do zimnych ogni.

Woda w łazience przestała lecieć i Holly usłyszała, jak Rupert smarka. Jak na zawołanie, po drugiej stronie okna niebo się otworzyło i deszcz zadudnił w szybę. Przycisnęła do niej nos i patrzyła w milczeniu, a jej oddech zostawiał półksiężyc pary.

– Skarbie? – Rupert stał w korytarzu przy sypialni. – Lepiej się zbieraj, dochodzi ósma.

Dlaczego wysłała jej ten list teraz, stanowczo za późno?

– Idę, misiu – odezwała się melodyjnie, starając się, żeby jej głos brzmiał normalnie. Wsunęła kopertę do torebki, żeby usunąć ją z zasięgu wzroku, podreptała do sypialni i posłała swojemu chłopakowi najbardziej przekonujący uśmiech, na jaki mogła się zdobyć.

– Znowu pada. – Ściągnęła szlafrok i sięgnęła po ołówkową spódnicę.

– Powinniśmy się stąd wyrwać gdzieś na słońce. – Rupert przystanął i objął ją czule w talii. – Chłopaki gadali wczoraj o Ibizie, tam są na pewno niesamowite kluby.

– Uhm – wymruczała, wkładając bluzkę. Najgorszy pomysł, na jaki mogłaby wpaść, to tydzień imprezowania na Balearach – miała dwadzieścia dziewięć lat, nie dziewiętnaście.

– Seksownie wyglądasz w tej spódnicy – skomplementował ją.

Przyglądał się jej w lustrze, nakładając wosk na swoje bujne włosy. Holly uwielbiała, jak na niego działa. Choć minął rok, wystarczyło, że rzuciła mu zalotne spojrzenie, a już zdzierał z niej ubranie. Ich oczy spotkały się w lustrze, a ona uśmiechnęła się do niego. Kiedy patrzył na nią tak jak w tej chwili, przymykając powieki, z rozchylonymi wargami, nadal była przejęta. Podniecało ją to, że ma nad nim taką władzę, ale myśl, że miałaby się zapomnieć i poczuć to, co najwyraźniej czuje on… Cóż, to ją przerażało.

Rupert rzucił krawat na łóżko i podszedł do niej dużymi krokami.

– Pieprzyć spotkanie o dziewiątej – wymruczał, zanurzając twarz w jej szyi. Zebrał jej włosy w jedną dłoń i wprawnie rozpiął zamek drugą.

Holly zesztywniała na sekundę, a potem odwróciła głowę, żeby go pocałować, i wydała z siebie posłuszny jęk rozkoszy, kiedy wygiął ją nad łóżkiem. Po kilku minutach było po wszystkim.

– O Boże, muszę lecieć – rzucił, zapinając się. Był zaczerwieniony i wyglądał na szczęśliwego.

Holly poprawiła mu włosy, gdy wkładał marynarkę.

– Do zobaczenia wieczorem, laleczko – powiedział i zniknął.

W mieszkaniu zapadła cisza, a Holly robiła, co mogła, żeby zebrać myśli. Żywiołowa demonstracja namiętności Ruperta trochę pomogła, ale teraz list znów pojawił się w jej świadomości i domagał się uwagi niczym rozwydrzony kilkulatek.

Powoli, niechętnie podeszła do torby i pogmerała w środku, szukając koperty. Zignorowała złożone kartki obu listów, wytrząsnęła fotografię i czekała, aż serce opadnie jej na żołądek.

Na zdjęciu był dom, mały, kwadratowy, z kremowego kamienia, z wypukłymi płytkami z terakoty na dachu i balkonem z drewnianą balustradą.

Ale to nie dom ją przestraszył, tylko fakt, że wyglądał dokładnie tak, jak model domu należący do jej matki. Jenny Wright nie była zwolenniczką przechowywania rzeczy, o ile nie są absolutnie niezbędne, ale ten mały model domu zatrzymała aż do samego końca. Spoglądając na jego zdjęcie, Holly poczuła się, jakby nawiedził ją duch, jakby ją przeniknął.

Gdy kilka minut później zadzwonił telefon, nadal wpatrywała się w zdjęcie. To Aliana informowała ją radośnie, że, jak zwykle, spóźni się do pracy, i pytała, czy Holly może ją zastąpić.

Kiedy odpisała „tak”, uświadomiła sobie, że sama się spóźni, jeśli się nie pospieszy. Obiecała sobie, że listem zajmie się w porze lunchu, obiegła pokój, zbierając swoje rzeczy, a potem zatrzasnęła za sobą drzwi.

Rozdział 2

Jak wielu ludzi zarabiających na życie w stolicy Wielkiej Brytanii, Holly nie wybrała sobie Londynu na miejsce zamieszkania, ale raczej wylądowała w nim po ostatniej przeprowadzce z mamą. Chociaż było to jedyne miejsce, które mogła nazwać domem ze względu na lata, które w nim spędziła, nigdy tak do końca nie czuła się tu jak w domu. Czasami zatrzymywała się nagle wśród tłumu pędzących ludzi i zastanawiała się, co ona tu, do cholery, robi. Nienawidziła pośpiechu, wiecznego hałasu, śmieci i obcesowości, a jednak tu była.

Pracowała w Camden w centrali wielkiego internetowego sklepu odzieżowego o nazwie Flash. Wraz z zespołem kilkunastu innych osób tworzyła opisy ułatwiające sprzedaż artykułów i umieszczała je na stronie internetowej. Praca nie była tak twórcza, jak by chciała, ale niewymagająca, a czasem nawet przyjemna. Zarabiała przeciętnie, dodatkowych przywilejów miała niewiele, ale mimo wszystko czuła się szczęściarą, że ma pracę.

Najgorszą rzeczą we Flash była niewątpliwie kierowniczka Fiona, pozbawiona poczucia humoru i sucha jak paczka starych płatków kukurydzianych. Fakt, wredna szefowa to banał, a jednak ją to spotkało.

Wsunęła się na swoje miejsce dokładnie, gdy zegar wskazywał dziewiątą trzydzieści, i od razu pojawił się mail od Fiony z poleceniem, żeby przerobiła cały tekst do najnowszej linii spodni Palazzo. Super.

– Co to za mina? – syknęła Aliana dziesięć minut później, a przestraszona Holly mało nie spadła z krzesła.

– Skąd się wzięłaś, do diabła? – syknęła i wytarła herbatę, którą rozlała po całym biurku.

– Z podłogi – odpowiedziała Aliana, śmiejąc się, kiedy zobaczyła minę Holly. – Przecież nie mogłam pokazać tej starej wydrze, że się spóźniłam, prawda?

Aliana czuła wobec Fiony to samo co Holly.

– Kto się spóźnił?

Fiona wyskoczyła nie wiadomo skąd, jak ponura figurka z pudełka z niespodzianką.

– Nikt. – Aliana uśmiechnęła się słodko.

– Dlaczego masz wyłączony komputer? – burknęła Fiona, której drżały płatki nosa. Włosy miała uczesane w straszny kok, a jej twarz okalała linia nieroztartego dokładnie podkładu.

– Zepsuł się. – Aliana nadal się uśmiechała.

Fiona się skrzywiła.

– Proszę nadrobić piętnaście minut w porze lunchu – warknęła i odeszła z powrotem do swojego gabinetu.

– Powinna w końcu znaleźć sobie faceta – jęknęła Aliana, wystawiając język w stronę oddalających się pleców Fiony. – Nigdy nie znałam nikogo tak drętwego jak ona.

Holly kiwnęła głową.

– Fakt, jest trochę sztywna. Może przydałaby jej się dobra impreza.

– No, ja jej nie zabiorę! – prychnęła Aliana, trzeci raz myląc się przy wpisywaniu hasła, i zaklęła na system, który od razu ją zablokował.

Holly wpatrywała się w spodnie na ekranie: ciemnoniebieskie we wzór paisley, dopasowane w talii, ze zwiewnymi szerokimi nogawkami. Podziwiała krój po raz milionowy, odkąd zaczęła pracę we Flash, zastanawiając się, dlaczego już nie szyje sobie ubrań. To była jedyna rzecz w czasie tych potwornych mrocznych lat, która trzymała ją przy zdrowych zmysłach. Nawet Ru…

– Jak tam ten twój seksowny facet? – odezwała się Aliana. Czekała na linii z działem pomocy IT, a była wyjątkowo niecierpliwa.

– Świetnie. – Holly lekko się rozluźniła. – Przywiózł mi szlafrok z Japonii. Jedwabny, haftowany w te ichnie orchidee i…

– Kosztował majątek? – przerwała Aliana. – Na pewno.

Holly doskonale zdawała sobie sprawę, że Rupert ma dobrą pracę – był księgowym w korporacji – i że jest bardzo dobrze sytuowany, ale drażniło ją, że Aliana wszystkie jego pozytywne cechy sprowadzała do tego, że ma pieniądze.

– Nie pytałam. – Pociągnęła nosem. – To był chyba wcześniejszy prezent urodzinowy.

– No tak. – Aliana rozejrzała się na boki. – Wielka trzydziestka. Jak się z tym czujesz? Strasznie się cieszę, że ja mam jeszcze całe pięć lat. To znaczy, nie gniewaj się, ale chcę wyjść za mąż, zanim skończę trzydziestkę.

– Nie gniewam się – skłamała Holly. – I zupełnie się tym nie przejmuję, szczerze mówiąc. Po prostu kolejne urodziny, jak każde inne. Nie chcę z tego robić wielkiego halo.

– Oj, Rupert na pewno zrobi wielkie halo – powiedziała Aliana z nieskrywaną zazdrością w głosie. – Pewnie zabierze cię na narty do Verbier albo kupi ci pierścionek z brylantem.

Holly się roześmiała.

– No co? Na pewno już to zrobił i będziesz musiała odszczekać swoje słowa – ciągnęła Aliana, przerywając na chwilę, żeby poczarować faceta po drugiej stronie linii. Kiedy już się zalogowała, zignorowała przepełnioną skrzynkę mailową i otworzyła Facebooka.

– Nieźle. Sorry, Hols, ale twój chłopak to niezłe ciacho.

Holly spojrzała na zdjęcia na ekranie Aliany. Był na nich Rupert w czasie ostatniej delegacji do Japonii. Z podwiniętymi rękawami błękitnej koszuli i krzywym, lekko podchmielonym uśmiechem na twarzy był naprawdę przystojny.

– Fakt – przyznała z uśmiechem.

– Gdybyś kiedyś, no wiesz, się nim znudziła czy coś… Auć! – Dziurkacz, którym Holly rzuciła przez biurko, odbił się o rękę Aliany i upadł na podłogę.

Holly nie zajęła się listem w porze lunchu, bo Aliana zaciągnęła ją do sklepu po wrap z falafelem („Są takie pyszne, kochana. Orgazm w ustach”.), a potem do salonu manikiuru. Holly oparła się pokusie, żeby też go sobie kupić. Lunch przygotowała poprzedniego wieczora i przyniosła ze sobą do pracy. Wrapy z falafelem wyglądają pysznie i pachną bosko, ale po co wydawać na jeden cztery i pół funta, skoro za ułamek tej ceny można zrobić kanapki z tuńczykiem i majonezem?

Poranna ulewa na szczęście minęła, ale niebo nadal było ciężkie od gęstych chmur w kolorze płytek chodnikowych. Camden robiło, co się da, żeby wszczepić do dzielnicy trochę koloru – słynęło z ekstrawagancko ozdobionych fasad i grup punków z jaskrawymi irokezami. Holly mijała ich jak otępiała i pozwalała koleżance wypełniać ciszę niepohamowanym potokiem pełnej podniecenia paplaniny.

Gdy wróciły, Aliana, która dla wygody zapomniała, że miała odrobić poranne spóźnienie, została wezwana do gabinetu Fiony. Szefowa nagrodziła ją ogłupiającym zadaniem: usunąć cały stary asortyment ze strony internetowej.

Holly było żal koleżanki, ale cieszyła się z ciszy i spokoju. Zawsze pracowało jej się o wiele lepiej, kiedy mogła się wyłączyć i skupić. Jednak zamiast myśleć o tkaninach i szwach, złapała się na tym, że znów myśli o matce.

Kiedy była mała, Jenny Wright, która jeszcze nie zaczęła zaglądać do butelki, wymyślała dla córki bajki na dobranoc, żeby pomóc jej zasnąć – Holly miała z tym kłopoty już jako dziecko. Jedna z tych bajek opowiadała o wróżce Hope, która, według opisu mamy, miała blond włosy związane w kucyki i niebieską sukienkę z różowymi halkami pod spodem. Gdy tańczyła, spódnica i halki wirowały tak szybko, że sukienka wydawała się fioletowa. Holly zawsze podobała się ta myśl, bo fiolet był jej ulubionym kolorem – nawet dziś miała go na sobie.

Holly do tej pory, ilekroć miała szczególnie ciężki dzień albo znalazła się w sytuacji, która ją przerażała, przywoływała Hope. Pozwalała jej tańczyć w myślach i obserwowała, jak jej spódniczka wiruje coraz szybciej. Teraz siedziała przy biurku i wpatrywała się w ekran, ale widziała tylko swoją przeszłość i czuła obecność Hope tak wyraźnie jak wiele lat temu, gdy nie miała jeszcze pojęcia, jak przerażające może stać się życie.

– Telefon ci dzwoni. – Aliana podjechała do niej na krześle i praktycznie ją trąciła. Wzburzona Holly wyrwała koleżance komórkę, ledwie zauważając, że Hope zamienia się w kolorową smugę.

– Cześć, skarbie! – To był Rupert. Zawsze dzwonił do niej mniej więcej o tej porze, gdy alkohol wypity do obiadu zaczynał działać na niego nasennie. W pewnym sensie było go jej żal, bo często musiał chodzić na spotkania z klientami, którzy oczekiwali, że będzie ich zabawiał. Ale właściwie sam też się przy tym dobrze bawił.

– Słychać, że jesteś zmęczony – powiedziała ze współczuciem, jak zawsze.

– Wypiłem trochę do obiadu – przyznał. – No i gadaliśmy z chłopakami, że jeszcze byśmy się napili, jak skończymy. Piszesz się?

Spotkanie z chłopakami oznaczało ostre picie, późny powrót do domu i konieczność odłożenia wszystkiego, co związane z zawartością koperty, na następny dzień.

– Tak – powiedziała, nagle podekscytowana. – Tam, gdzie zawsze?

– No, tak mi się wydaje… – Ktoś po drugiej stronie linii rozpraszał Ruperta. – Dam ci znać, gdybyśmy się przenosili. Do zobaczenia, laleczko.

– Czyli wieczorem wychodzisz? – Aliana nawet nie próbowała udawać, że nie podsłuchiwała.

Holly kiwnęła głową.

– Nie mam żadnych planów…

– Oj, na litość boską, nie rób takiej miny – zbeształa ją Holly. – Możesz iść ze mną.

Z Alianą szanse na to, że uda jej się wrócić do domu przed północą, zmniejszyły się z nikłych do zerowych. Zalała ją fala ulgi, zabierając melancholijne myśli, które dręczyły ją przez cały dzień. Orzeźwiona i w bojowym nastroju odwróciła się z powrotem do swojego monitora i stwierdziła, że natchnienie, na szczęście, wróciło.

Rozdział 3

Holly potrzebowała wielu lat i niewielu nieudanych prób, żeby sobie uświadomić, że całe te „związki” to tylko gra. Wystarczy się dowiedzieć, czego oczekuje druga strona, i jej to dawać. Proste.

Zdecydowała, że chce spełniać oczekiwania Ruperta, jakieś pięć minut po tym, jak się poznali. Wpadł na nią w barze – dosłownie – wylał jej na sukienkę czerwone wino, zawstydzony wymamrotał coś na przeprosiny i obiecał, że następnego dnia zabierze ją na zakupy, żeby jej to wynagrodzić. Kiedy spotkali się w porze lunchu przed stacją Bond Street, przeciągnął ją po dizajnerskich butikach, jeden po drugim, i kazał mierzyć sukienki, które kosztowały setki funtów.

Holly, dorastając, nie miała nic i szyła sobie ubrania z ciuchów kupionych okazyjnie w second handach, więc tego popołudnia czuła się jak główna bohaterka komedii romantycznej. Nigdy nie była materialistką, ale kiedy pozwalała temu pewnemu siebie mężczyźnie prowadzić się od wieszaka do wieszaka i gasić jej protesty na widok cen, czuła się zdemoralizowana jak nigdy wcześniej. Kilka godzin później, patrząc na Londyn z okna baru Paramount na najwyższym piętrze Centre Point, gdy stuknęli się kieliszkami szampana, spojrzała na swoją nową sukienkę z metką Burberry i po raz pierwszy od dawna poczuła, że znalazła się na ścieżce prowadzącej w dobrym kierunku.

Rupert delikatnie wyjął jej z dłoni kieliszek i odstawił na stół, musnął palcami jej policzek, a potem pochylił się, żeby ją pocałować, a ona powiedziała sobie, że nie może zrobić nic, co mogłoby odstraszyć tego mężczyznę. W tej chwili rozkwitła zupełnie nowa Holly, ochrzczona bąbelkami szampana i smakiem pocałunku Ruperta. Z początku bardzo łatwo było go uszczęśliwiać: po prostu go słuchała. On z przyjemnością opowiadał o sobie, a ona z przyjemnością słuchała historii jego życia. Mówił o swoim dzieciństwie (przestronny dom na wsi pod Kent, dość konserwatywni rodzice i jeden starszy brat), o pracy (księgowy w dużej firmie w City), a nawet o swoich dawnych związkach. Franny, dziewczyna z uniwersytetu, była jego pierwszą miłością i złamała mu serce, gdy rzuciła się w wir podróży i zakochała w australijskim surferze. Po niej miał kilka dziewczyn, które poznał dzięki kontaktom zawodowym. Wśród obraźliwych określeń pod adresem jego byłych znalazły się „kompletnie stuknięta”, „tępa do bólu” i „cholerna dręczycielka”.

Holly bardzo szybko zorientowała się, że Rupert nie przepada za łatwymi dziewczynami, więc potrafiła czekać nawet trzy dni, zanim odpisała mu na wiadomość, i udawała, że nie ma czasu na połowę randek, na które ją zapraszał. I właśnie dzięki temu, że kreowała się na nieprzystępną i nie uganiała się za nim, nie mógł się jej oprzeć. Zdawała sobie sprawę, że wszystkie te gierki nie są najzdrowszym podejściem, ale z tego, co na temat związków przeczytała w czasopismach i w Internecie, robili tak wszyscy. Udawać kogoś innego nauczyła się już wiele lat temu.

Oczywiście Rupert w końcu zapytał o jej dzieciństwo (powiedziała, że rodzice zginęli w wypadku), pracę (w tej kwestii była szczera) i poprzednie związki (miała kilku chłopaków, ale nigdy nie była zakochana). Była na tyle bystra, by wiedzieć, że mężczyzna z ego tak wielkim – choć czarującym – jak Rupert będzie zachwycony myślą, że może być jej pierwszą miłością. Zresztą nie był to tak do końca bajer, bo naprawdę nigdy wcześniej nie była zakochana. Kiedy po mniej więcej sześciu miesiącach znajomości zdobył się na odwagę i wyznał jej miłość, bez żadnych oporów również powiedziała mu te dwa krótkie słowa. Wprawdzie nie było fajerwerków ani chwili olśnienia, kiedy uświadomiła sobie, że jest zakochana, ale uznała, że lepszego kandydata na pierwszą miłość trudno byłoby znaleźć.

Na spotkanie spóźniły się prawie dwadzieścia minut, bo Aliana uparła się, że zmyje makijaż i nałoży go jeszcze raz od nowa, a zadanie okazało się skomplikowane ze względu na długie akrylowe paznokcie, jakie sobie założyła w czasie przerwy na lunch.

– No, jesteś, kochanie. – Rupert zerwał się ze stołka, kiedy z Alianą przeciskały się przez zatłoczony bar do miejsca, gdzie jemu i jego czterem kumplom udało się zająć stolik. Przytulił ją, swobodnie przesunął dłonią po jej pupie i lekko ścisnął. – Myślałem o tym poranku przez cały dzień – wyszeptał. – Nie mogę się doczekać, aż będziemy w domu…

Holly pocałowała go przelotnie w policzek.

– Pamiętasz Alianę. – Odwróciła się i objęła koleżankę.

Rupert uśmiechnął się szeroko i pochylił się, żeby dać jej buziaka.

– Aliana, miło cię widzieć! Całe wieki, co? Ale Holly lubi mieć mnie tylko dla siebie.

– Nie dziwię się. – Aliana odwzajemniła buziaka z zalotnym chichotem, który wydobył się z jej pomalowanych na różowo ust.

Holly udało się nie przewrócić oczami. Okrążyła ich, żeby przywitać się z kumplami Ruperta.

Toby, który posturą przypominał niedźwiedzia, wstał pierwszy. Otoczył Holly ramionami i przytulił, wskutek czego jej twarz znalazła się pod jego spoconą pachą.

– Dobrze wyglądasz – powiedział, uwolniwszy ją z uścisku. – Uwielbiam fiolet, pasuje do ciebie.

Zakłopotana Holly wygładziła dłońmi spódnicę i uśmiechnęła się do niego. Pomimo woniejących pach miała słabość do Toby’ego – był serdeczny, miły i bezwstydnie głośny. W odróżnieniu od swojej dziewczyny, chłodnej i ponurej.

– Penelope, jak się masz? – powiedziała do niej Holly.

Penelope przyglądała jej się surowo znad krawędzi kieliszka z winem. Kiedy pierwszy raz się spotkały, Holly uznała, że Penelope celowo była wobec niej niegrzeczna, ale Rupert zapewnił, że nie, po prostu dziewczyna jego najlepszego kumpla ma taki „zabawny sposób bycia”.

– Jako tako, chociaż ten bar chyba zamienił się w zoo – odpowiedziała teraz. Nie wysiliła się, by wstać, ale wysłała Toby’ego po kieliszek, żeby Holly mogła się z nią napić pinot grigio.

Clemmie i Boris też nie wstali, przywitali ją tylko serdecznym uśmiechem. Holly, której zawsze bardzo zależało na akceptacji innych, często łapała się na tym, że w towarzystwie wciela się w inną wersję siebie – bardziej pewną siebie i hałaśliwą niż prawdziwa Holly.

– Po szczeniaczku? – zaproponował Rupert, który w końcu uwolnił się od Aliany.

Propozycja wywołała entuzjazm; Holly również cieszyła perspektywa zapomnienia po odpowiedniej ilości alkoholu.

– I co, Holly, myślałaś już o swoich urodzinach? – spytała Clemmie. – W końcu to wielka trzydziestka.

– Boże, nie przypominaj mi – jęknęła Holly.

– Chyba powinniśmy się odstrzelić i wybrać w jakieś miłe miejsce – powiedziała Clemmie, delikatnie trącając łokciem Penelope.

W czarno-białym kombinezonie i jaskrawopomarańczowych szpilkach wyglądała na przesadnie wystrojoną, przynajmniej tak uważała Holly. Ale miło jej było, że Clemmie i Penelope zaliczają ją do swojego kręgu.

– Wy, dziewczyny, znacie najlepsze miejsca – powiedziała w nadziei, że dobrze przyjmą komplement. – Ja nie mam zielonego pojęcia!

– Jest nowy pub przy Spitalfields Market – zaproponował Boris. – Trzeba mieć tajne hasło, żeby wejść, kompletna bzdura, ale chodzę tam z klientami, na pewno mógłbym to załatwić.

– Kiedy dokładnie masz urodziny? – spytała Penelope. Nie wyglądała na podekscytowaną, ale jej chyba nigdy nic nie ekscytowało.

– Trzydziestego czerwca – powiedział Rupert, wracając z tacą tequili.

Holly policzyła szybko i zorientowała się, że kupił po dwie dla każdego. Prawie słyszała, jak jej wątroba płacze na znak protestu.

– Nieźle, dobry jesteś – powiedziała Penelope z kamienną twarzą. – Toby o moich nigdy nie pamięta, i to po pięciu latach.

– Bzdura! – Twarz Toby’ego przybrała niekorzystny czerwonobrązowy odcień.

– Łatwo zapamiętać, bo tego dnia się poznaliśmy – powiedział Rupert, puszczając w obieg sól.

Holly pokraśniała z radości i uśmiechnęła się do niego. Nie mogła uwierzyć, że są ze sobą już prawie rok – przez całych dwanaście miesięcy nie zrobiła nic, czym mogłaby to zepsuć.

Clemmie powąchała swoją pierwszą tequilę i się skrzywiła. Z blond lokami wokół twarzy wyglądała jak rozzłoszczony amor.

Boris objął ją i musnął nosem w policzek. Holly nigdy nie widziała, żeby Clemmie zachowywała się szczególnie wylewnie wobec Borisa, ale to najwyraźniej w najmniejszym stopniu go nie zrażało. Ona i Rupert też nie słynęli z publicznego okazywania sobie uczuć, ale on po paru głębszych robił się wylewny.

Aliana nie czekała na innych i już żuła plasterek cytryny, z załzawionymi z wysiłku oczami. Wymieniła nad stołem spojrzenie z Rupertem i puściła do niego oko, a potem uniosła kieliszek.

– Zdrowie!

Po trzech kolejnych tequilach, dwóch dużych kieliszkach białego wina i garści oliwek na kolację lekko oszołomiona Holly siedziała w zamkniętej kabinie damskiej toalety z rozłożonymi na kolanach dwoma listami. Nie przewidywała czegoś takiego. Alkohol, zamiast ją rozluźnić, odwrócić myśli od rewelacji, które ciążyły jej na sercu, pozbawił ją resztek samokontroli i w rezultacie – obijając się po drodze o krawędzie paru stolików – wylądowała tutaj, z dala od ciekawskich oczu Ruperta i jego kumpli.

Nie była gotowa na przyswojenie treści tych listów, nie mówiąc już o tym, żeby powiedzieć o nich Rupertowi. Teraz wyjęła ten napisany na maszynie, ulegając pragnieniu, które przez cały dzień wierciło w jej mózgu gorącą dziurę.

Droga Panno Wright!

Piszę do Pani z kancelarii Olympus Solicitors na Zakintos. Moja klientka, pani Sandra Wright, poleciła, abym przekazała Pani załączony list w wypadku jej śmierci. Z przykrością informuję, że zmarła.

Holly szukała w sobie jakichś emocji, nie czuła jednak nic. Ta Sandra nosiła to samo nazwisko co ona, więc prawdopodobnie były spokrewnione, ale Holly nigdy jej nie poznała. Czytała dalej.

Pani Wright zapewniła nas, że wszystko, co musi Pani wiedzieć, znajduje się w jej liście do Pani, ale zostaliśmy upoważnieni, aby poinformować Panią, że jej dom na Zakintos, wraz z ruchomościami, należy teraz do Pani. W razie jakichkolwiek pytań prosimy o kontakt.

Jeszcze raz przekazujemy wyrazy współczucia z powodu Pani straty.

Z poważaniem,

Takis Boulos

Dom? Jej własny dom? Prawdopodobnie ten ze zdjęcia, które matka trzymała przez całe życie jako ozdobę i które Holly widziała w dzieciństwie setki razy. Zdążyła otworzyć drugi list, ten od Sandry, kiedy rozległo się głośne pukanie.

– Holly, jesteś tam?

Pod drzwiami zobaczyła czubki szpilek Aliany.

– Już wychodzę – odpowiedziała, chowając listy i pociągając za spłuczkę.

– Wsiąkłaś na dobre – rzuciła Aliana oskarżycielskim tonem, gdy Holly podeszła do rzędu umywalek.

– Miałam rewolucję – skłamała Holly. – Pewnie tequila.

Aliana dołączyła do niej i wyjęła z torebki szminkę.

– Clemmie jest taka słodka – oznajmiła, starając się złapać spojrzenie Holly w lustrze. – Powiedziała, że powinnam z wami wyjść, no wiesz, na twoje urodziny.

Holly już miała dość swoich urodzin, chociaż został do nich ponad miesiąc. Najchętniej spędziłaby ten wieczór z Rupertem w domu albo wyszła z nim na kolację do pobliskiego pubu. Chciała czegoś prostego. Ale wiedziała, że Rupert wykorzysta okazję, żeby urządzić wielkie przyjęcie, i nie ma sensu go od tego odwodzić, bo wbił już to sobie do głowy.

– Powinnaś – rzuciła do Aliany i wsunęła dłonie pod suszarkę, która zagłuszyła jej odpowiedź. Nagle poczuła się wyczerpana. Zeszłej nocy udało jej się zasnąć kilka godzin przed dzwonkiem budzika. Pod oczami utworzyły jej się ciemne podkowy, tusz do rzęs już dawno starła.

– Wyglądasz strasznie – oznajmiła Aliana, jakby czytała jej w myślach.

Holly zdobyła się na blady uśmiech.

– Dzięki. Kiedy ma się takich przyjaciół, nie potrzeba wrogów.

Obie zachichotały i napięcie opadło. Widać było, że Aliana jest bardzo pijana. Miała zamglone oczy i wypieki na policzkach. Podobnie jak Holly, miała oliwkową karnację i ciemne włosy, ale w odróżnieniu od naturalnych loków Holly, włosy Aliany były tak proste, że wyglądały, jakby co rano traktowała je prostownicą. Były też znacznie dłuższe; kilka razy chwaliła się nawet, że w dzieciństwie mogła na nich siadać. Drobna, ale z krągłościami na swoim miejscu, miała figurę, która przyciągała męskie spojrzenia, a przy tym była rozczulająco nieświadoma efektu, jaki może wywoływać. Holly, podobnie jak wszyscy, którzy znali Alianę, nie potrafili zrozumieć, dlaczego tak atrakcyjna kobieta umawia się z tak beznadziejnymi facetami. Wprawdzie biła od niej pewność siebie, ale Holly podejrzewała, że Aliana albo wcale nie jest taka przebojowa, za jaką chce uchodzić, albo po prostu ma fatalny gust, jeżeli chodzi o facetów.

Stojąc teraz w łazience, Holly poczuła przypływ czułości. Wzięła więc koleżankę pod rękę i wróciły razem do stolika. Ścienny zegar wskazywał jedenastą, ale Rupert rozochocony nie zwracał uwagi na późną porę.

– Jeszcze jedna butelka, drogie panie? – spytał, wyciągając z wiaderka z lodem pustą.

Holly westchnęła.

– Niech będzie.

Rozdział 4

Skarbie, obudź się.

Holly jęknęła. Druga butelka wina była bardzo złym pomysłem.

– Dalej, Hols, musimy o czymś porozmawiać.

Otworzyła oczy i zobaczyła rozmazane kontury postaci Ruperta, pochylającego się nad nią z czymś, co, jak poczuła, było filiżanką kawy. Zaburczało jej w brzuchu na znak protestu.

– Nie śpię. – Wysiliła się na uśmiech i odchyliła do tyłu, żeby usiąść. Dopiero wtedy zobaczyła jego minę. – Co się stało?

Z lekkim poczuciem winy na twarzy wsunął dłoń do kieszeni szlafroka i wyjął kopertę, którą ostatnio widziała na dnie swojej torebki.

Zapadła potworna cisza.

– Miałam ci o tym powiedzieć – odezwała się, nie patrząc mu w oczy. – Tylko nie chciałam, żeby dowiedzieli się inni, to wszystko.

Rupert zrobił minę, która upodobniła go do małej rannej foki. Holly, czując, że zaczyna w niej wzbierać irytacja, wzięła głęboki oddech.

– Naprawdę miałam zamiar ci powiedzieć – powtórzyła.

– Więc powiedz.

Rupert siedział teraz na brzegu łóżka, swoim ciężarem więżąc ją pod kołdrą. Holly wyczuwała w nim niepokój, gdy pił kawę i czekał. Wiedziała, że zachowuje się niedorzecznie. Przecież to jej kochany, słodki Rupert – chciał tylko, żeby była z nim szczera. Ale w kwestii rodzinnej historii Holly utkała tak misterny gobelin fantazji, że bała się, że pociągnięcie za jakąkolwiek nitkę zniszczy idealny obraz, który z takim wysiłkiem stworzyła.

– Wygląda na to, że mam ciotkę – wydusiła. – Której nigdy nie poznałam. – Była przekonana, że Rupert jej przerwie i spyta dlaczego, ale tego nie zrobił. Mówiła dalej. – Ta ciotka mieszkała na greckiej wyspie o nazwie Zakintos. No i zostawiła mi tam dom.

Rupert uniósł brew.

– Więc chyba jestem teraz właścicielką domu. – Próbowała się roześmiać, ale odgłos przypominał raczej trzaśnięcie drzwiami.

Rupert skrzywił się i odstawił kubek.

– I to wszystko? Cały wielki sekret, o którym nie mogłaś powiedzieć wczoraj naszej paczce?

Holly uśmiechnęła się, żeby ukryć irytację z powodu słowa „paczka”, którego użył. Chciała wstać, ale nagle poczuła się skrępowana myślą, że zobaczy ją nagą. Gdy pijani wrócili do jego mieszkania, uprawiali niezdarny seks i teraz dostrzegła swoje majtki na podłodze pod drzwiami.

– Przeżyłam lekki szok – wyjaśniła. – Nie byłam gotowa powiedzieć o tym komukolwiek poza tobą.

Chciała, żeby zabrzmiało to jak komplement, i chyba jej się to udało. Twarz Ruperta lekko złagodniała, przysunął się do niej i ujął jej dłoń w swoje.

– Rozumiem, Hols. Nie szkodzi, że mi nie powiedziałaś, ważne jest, że masz dom. Szkoda tylko, że grecka gospodarka jest ostatnio taka niestabilna. Możesz czekać wieki, żeby dostać za niego godziwe pieniądze.

Holly, która wzięła łyk swojej szybko stygnącej kawy, o mało się nie udławiła. Jej nawet nie przeszło przez myśl, że mogłaby sprzedać dom – jedyną rzecz, jaka została jej po prawdziwej rodzinie, nawet jeśli ta rodzina postanowiła nie utrzymywać kontaktu, aż będzie za późno.

– Postanowiłam tam polecieć – oznajmiła. Nie zdawała sobie sprawy, że ma taki zamiar, dopóki nie wypowiedziała tych słów głośno. – Muszę polecieć na Zakintos i zobaczyć ten dom.

– Nie mogę wziąć teraz urlopu. – Rupert patrzył na nią, marszcząc czoło. – Czeka mnie transakcja, którą trzeba bardzo umiejętnie przeprowadzić.

– Więc polecę sama – powiedziała cicho. Myśl o tym, że miałaby myszkować po domu zmarłej ciotki z Rupertem, przyprawiła ją niemal o mdłości. A jeżeli jest tam coś, co obciąża jej mamę? A jeżeli ciotka była zdziwaczałą zbieraczką i mieszkała wśród chwiejących się stosów gazet sprzed dekady i w niewyobrażalnym brudzie? Podciągnęła kołdrę pod szyję.

– No cóż, jeśli jesteś do tego przekonana. – Rupert znów ścisnął ją za rękę. – Naprawdę chciałbym być tam z tobą. Jesteś pewna, że to nie może poczekać?

Pokręciła głową.

– No, trudno. – Rupert w końcu wstał. – Skoczę pod prysznic. Ty też się lepiej zbieraj. Zostawiłem paracetamol na półwyspie w kuchni.

Gdy tylko zniknął w łazience, podbiegła do drzwi, podniosła majtki z podłogi i schowała je do torebki. W korytarzu leżał stos czystych ręczników, więc owinęła się jednym i poszła do kuchni.

Rupert jest pod pewnymi względami idealny, pomyślała, łykając dwie tabletki przeciwbólowe, które dla niej zostawił. Ale bywa też idiotą. Nie rozumie, że sensacją nie jest to, że ciotka zostawiła jej dom, lecz to, że w ogóle miała ciotkę.

Nalała wody do czajnika i otworzyła lodówkę, a potem znów ją zamknęła i usiadła na jednym z niewygodnych stołków barowych Ruperta. Potrzebowała kilku minut, żeby uzmysłowić sobie, że jest zła. Była tak zszokowana konfrontacją, że nie od razu do niej dotarło, że Rupert szperał w jej torbie. Prywatność była dla niej rzeczą najświętszą na świecie. Nie mogła uwierzyć, że Rupert tak jawnie nadużył jej zaufania. Wszystko mówiło jej, żeby iść do łazienki i na niego nakrzyczeć, ale tak postąpiłaby dawna Holly. Tę Holly zostawiła za sobą dawno temu. Gdyby Rupert zobaczył jej prawdziwą twarz, nie musiałaby się martwić, że grzebie w jej torbie, bo najprawdopodobniej zniknąłby z jej życia. To, że uznał, że może grzebać w jej rzeczach, jest tylko jej winą. Podporządkowała mu się w we wszystkim, więc dlaczego miałby uważać inaczej?

Nalała do szklanki wody z kranu, zmusiła się, żeby wypić ją duszkiem, i wzięła kilka głębokich oddechów. Czerwona mgła znikła, wróciło trzeźwe myślenie. Pewnie szukał tabletek przeciwbólowych i przypadkiem trafił na kopertę. Była pijana, kiedy wchodzili do domu, więc może torba jej upadła i listy się wysypały. On tylko chciał być uprzejmy i włożyć je z powrotem, ale ciekawość wzięła górę.

Złapała się na tym, że zgrzyta zębami, gdy Rupert stanął za nią z torsem mokrym po kąpieli i pocałował ją lekko w policzek.

– Będę musiał iść dziś na kolację do starych – powiedział, jakby całkiem zapomniał o rozmowie na temat jej ciotki i domu w Grecji. – Mój brat przyleciał z Dubaju i chcą nas ugościć.

– To miłe. – Holly była zdziwiona, że nie zabrzmiało to jak warknięcie. Nadal miała na sobie tylko ręcznik.

– Zaprosiłbym cię – dodał, wycierając nogi, a potem przeniósł ręcznik na włosy. – Ale to spotkanie rodzinne.

Holly widziała państwa Farlington-Clark tylko raz – kilka miesięcy po poznaniu Ruperta – ale spotkanie nie wypadło najlepiej. Umówili się na lunch we francuskiej restauracji na Strand i Holly jakimś cudem wystrzeliła przystawkę ze ślimaków nad stołem tak, że spadła na jedwabną bluzkę mamy Ruperta. Nie była zaskoczona, że więcej jej nie zapraszano.

– Nie szkodzi. – Obeszła go i skierowała się do łazienki. – Wieczorem i tak powinnam szukać lotów.

– Chcesz lecieć do Grecji? W tym tygodniu?

Holly z trudem powstrzymała drżenie nóg pod ciężarem groźnego spojrzenia Fiony. Widać było, że szefowa też imprezowała wczorajszego wieczoru, bo była w jeszcze gorszym nastroju niż zwykle.

– Sprawy rodzinne – powiedziała Holly. Chyba właśnie to się mówi w takich sytuacjach.

Fiona patrzyła na nią gniewnie przez, jak jej się wydawało, całe dziesięć minut, aż w końcu z irytacją kiwnęła głową.

– Dobrze – warknęła. – Wprowadź wniosek urlopowy do systemu, a ja go zatwierdzę. Ale na przyszłość staraj się mnie informować z większym wyprzedzeniem.

Holly obiecała zostawić szczegółową listę zasad postępowania dla swojego czasowego zastępcy i wyszła z gabinety Fiony. Chociaż rozmowa była bardzo nieprzyjemna, poczuła ulgę. Miło było postawić na swoim, nawet w tak drobnej rzeczy jak ta.

Aliana, która nadal była na błogim etapie dwudziestolatki, kiedy kaca można wyleczyć szklanką wody i trzema godzinami snu, wparowała rano do pracy jak świergoczący mały elf. Jak było do przewidzenia, była wniebowzięta, gdy Holly wyjawiła jej powód swojego spotkania z szefową.

– Dom w Grecji? Ale jazda!

Holly się uśmiechnęła.

– Chyba tak.

– Jeszcze raz: na jakiej wyspie? – Aliana siedziała w gotowości z dłońmi na klawiaturze.

– Zakintos – powtórzyła Holly. – Ty chyba jedna z wysp jońskich…

– Masz na myśli Zante? – Aliana właściwie wykrzyknęła ostatnie słowo. Dave z działu reklamy, który akurat przechodził obok, tak się przestraszył, że o mało nie rozlał herbaty. – Zante to jedna z najbardziej imprezowych wysp greckich. Byłam tam, jak skończyłam studia, totalny odjazd!

– Jesteś pewna? – Holly się skrzywiła. Nie wyglądało to na miejsce, które wybrałaby do życia starsza kobieta. A może jej ciotka była szaloną imprezowiczką? Uśmiechnęła się na myśl o zniedołężniałej staruszce w fartuszku w kwiaty wyginającej się na parkiecie. Ale kto powiedział, że była stara? Uśmiech Holly ulotnił się jak smutny dmuchawiec, kiedy sobie przypomniała, że jej matka miała zaledwie trzydzieści osiem lat, gdy zmarła. Możliwe, że ciotka Sandra była jej młodszą siostrą.

Czekając, aż Aliana wyszuka zdjęcia hotelu, w którym mieszkała, Holly zastanawiała się, na co zmarła jej ciotka. W liście o tym nie wspomniano.

– Jest! – Aliana obróciła się razem z fotelem. – Laganas to najlepsze miejsce. Przy głównej drodze są bary, kluby i restauracje, a w dole plaża.

Holly wstała i zerknęła na zdjęcia na monitorze Aliany. Plaża wyglądała na wąską i brudną.

– Nie sądzę, żeby dom był tam – powiedziała, marszcząc nos. – Poczekaj, w torebce mam adres.

– Szkoda, że nie mogę jechać z tobą – westchnęła Aliana, przerzucając zdjęcia błękitnego nieba i zielonych wzgórz. – Ale Fiona nigdy nie dałaby nam jednocześnie urlopu.

Holly zignorowała jej uwagi.

– Jest, wpisz Lithakia.

Aliana posłusznie wpisała nazwę i po chwili obie aż jęknęły na widok zdjęć złotej plaży, krystalicznej niebieskiej wody i bezchmurnego nieba. To już bardziej prawdopodobne, pomyślała Holly, gdy na kolejnych fotografiach pokazały się kolorowe kwiaty i hektary gajów oliwnych. Aliana zachichotała, kiedy natknęła się na zdjęcie drobnej siwowłosej staruszki, która miała na sobie długą czarną suknię i trzymała na postronku osła.

– Tak możesz wyglądać za kilka lat – powiedziała do Holly, uchylając się, żeby uniknąć odwetowego kuksańca.

– Ej! – obruszyła się Holly. – Jadę tam na dwa tygodnie, nie na czterdzieści pięć lat!

– Ładnie się opalasz? – spytała Aliana. – Na pewno.

– Właściwie nie wiem – odpowiedziała szczerze Holly. – Nie pamiętam, żebym jako dziecko wyjeżdżała na wakacje za granicę, a z Rupertem wyrwaliśmy się tylko na narty. A tu nigdy nie świeci słońce.

– Nie musisz mi mówić. – Aliana wyciągnęła szczupłe ręce i westchnęła. – Ja jestem bledsza niż księżyc w starym westernie.

– Co za poezja – rzekła Holly z uśmiechem.

– Jak sobie poradzi Rupert, gdy cię nie będzie? – spytała Aliana, wbijając wzrok w monitor. – Chyba nie będzie wiedział, co ze sobą począć, jest taki zakochany.

– Powiedział, że będzie bardzo zajęty w pracy – odparła Holly.

Jak na zawołanie, jej komórka zaczęła wibrować na biurku. Zdjęcie Ruperta, uśmiechniętego w narciarskich goglach na głowie, wypełniło wyświetlacz.