Moja wizja - Agata Młynarska, Agnieszka Litorowicz-Siegert - ebook
Opis

Miała być kimś innym. „Telewizja? O nie!” – usłyszała, gdy w rodzinnym domu ojciec odebrał telefon z propozycją, by Agata Młynarska zadebiutowała przed kamerą. Plan był inny – matura, a potem studia, najlepiej polonistyka. Prawie została nauczycielką,  ale dogoniło ja przeznaczenie. Choć biegło zakosami. Wzięła udział w konkursie na prezenterów i została finalistką, ale pracy nie dostała, nie miała jeszcze skończonych studiów. Zadebiutowała w nowym dzienniku, ale program szybko zdjęto z anteny. Została prezenterką Dwójki, ale ktoś postanowił skreślić ją z grafika dyżurów... Jej droga to przebijanie się, przez „ale”.

Samodzielność i niezależność? Tak. Jednak w tyle głowy wciąż wpływ znanego ojca i rodzinnych zasad. Telewizyjna „niepodległość”? Tak, ale w granicach wyznaczonych przez charyzmatyczną szefową Ninę Terentiew. Kariera w Polsacie? Bez wątpienia. Jednak tęsknota za byciem na wizji, prowadzeniem własnego programu. Ciągle coś, co trzeba przewalczyć, udowodnić.

Moja wizja to zapis tej drogi i dowód, że Agata to przypadek szczególny.  Brała udział w tworzeniu telewizji, która po roku 1989 rodziła się na nowo w wolnej Polsce. Z Jurkiem Owsiakiem współtworzyła Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, uczestniczyła w telewizyjnych rewolucjach – powstaniu pasma „śniadaniowego” i wprowadzeniu na antenę spektakularnych show. Prowadziła największe telewizyjne koncerty i gale, uczyła się od mistrzów. Po uszy zanurzyła się w telewizyjnej pracy na Woronicza, zna życie, które kipiało w redakcjach, ale także na korytarzach i w przystudyjnych bufetach. Na wizji przeżywała wzloty i katastrofy. Miała pomysł na to, jak nie być sztywną „panią z telewizji” i własny przepis na wykorzystanie popularności. Pomagała innym, udowadniając, że telewizja ma nie tylko misję, ale także serce.

Ze wszystkich nagród na świecie najbardziej ceni sobie Order Uśmiechu, który przyznały jej dzieci.

To książka o niej – dziennikarce, spełnionej kobiecie. Która – jak twierdzi – najlepsze lata przeżywa teraz. Ale to przede wszystkim książka o telewizji,  jej kulisach i  ludziach ją tworzących. Szczerość musi mieć klasę. „Dziennikarz to nie ksiądz, a wywiad to nie spowiedź” – pada w tekście. I ta zasada obowiązuje.

Partnerką w rozmowie z Agatą jest Agnieszka Litorowicz-Siegert. Doświadczona dziennikarka – od lat w miesięczniku „Twój STYL”. Ale także przyjaciółka Agaty, osoba o podobnej energii. Dzięki temu klimat książki jest wyjątkowy – to więcej niż wywiad-rzeka. To głęboka rozmowa o życiu. Raz zabawna, raz poważna. W każdym momencie prawdziwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 308

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK
Redakcja: ANNA MILEWSKA
Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, JACEK BŁACH, Pracownia 12A, ANETA TKACZYK
Opracowanie graficzne i projekt okładki: MAREK PAWŁOWSKI
Zdjęcie na okładce: MAREK STRASZEWSKI
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”
Tekst © by Agata Młynarska Opracowanie © by Agnieszka Litorowicz-Siegert Copyright © by Wydawnictwo Literackie, 2017
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05952-4
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Moim wnuczkom Julii i Klarzebabcia Agata

Rok 2016.

AGNIESZKA: Pewnego dnia w moim domu pojawiły się pudła i kartony wypełnione twoimi zdjęciami, wycinkami z gazet, pamiątkami. Miały zostać na rok, podczas którego powstawała nasza książka. Pamiętasz, co powiedziałam, kiedy kurier to wszystko wypakował?

AGATA: Coś w stylu: „Młynarska, oszalałaś?”. Nie spodziewałaś się, że będzie tego aż tyle. Sama byłam pod wrażeniem, kiedy przy okazji przeprowadzki do nowego mieszkania uporządkowałam i spakowałam swoje archiwum – setki fotografii, zapisków, gazet. Zbierałam to w strachu, że bezpowrotnie ulotnią się wspomnienia zdarzeń i osób, które przez blisko trzydzieści lat pracy spotkałam na swojej drodze. Praca w telewizji to zawsze „dzieło zbiorowe”. Ludzie pokazujący się na wizji nie istnieją bez pomocy redaktorów, operatorów, dźwiękowców, oświetleniowców, makijażystów itd. Książka jest więc ukłonem w stronę tych, którzy mi towarzyszyli i pomagali. A także w stronę niezwykłych osobistości telewizyjnych, od których mogłam się uczyć. A naprawdę miałam od kogo. Dziś mam wrażenie, że nie ma już tamtej telewizji, w którą weszłam ponad ćwierć wieku temu. To był czas, kiedy w „nowej Polsce” wszystko robiliśmy od początku, dokładaliśmy swoje cegiełki do historii TVP, która dla mnie zamknęła się w momencie, kiedy rok temu oddałam identyfikator i wyszłam z budynku przy Woronicza 17. Kto wie, czy nie na zawsze. Czułam, że warto coś zrobić z zawartością moich pudeł. Zadzwoniłam do ciebie, a ty powiedziałaś: „Napisz książkę”. Wracałyśmy do tego pomysłu kilka razy, w końcu uznałyśmy, że zrobimy to razem.

W tamtym momencie nie spodziewałyśmy się, że przejdziemy wspólnie przez bardzo trudny dla ciebie rok...

Tak. Początek naszej pracy zbiegł się w czasie z moim odejściem z programu Świat się kręci. Nagle stanęłam na rozstaju dróg i nie wiedziałam, w którym kierunku ruszyć dalej. Z jednej strony czułam się jak doświadczony wędrowiec, który dużo wie i potrafi. Ale z drugiej wiedziałam, że muszę się teraz zdobyć na entuzjazm debiutanta, wykrzesać nową energię, pomysły. Nie byłam przygotowana na ten moment, ponieważ odejście ze Świat się kręci wymogła sytuacja, w jakiej znalazł się program po zmianie władz w TVP. Nie tak sobie to wymarzyłam, nie tak sobie to wyobrażaliśmy. Więc serce płakało, a rozum mówił: ogarnij się i rusz do przodu. Ale to nie takie proste. Nie było tak, że telefony dzwoniły bez przerwy, sypały się propozycje. Trzeba było wykonać „rundę objazdową” po wszystkich możliwych miejscach pracy. Prowadziłam rozmowy, spotkałam się między innymi z Edwardem Miszczakiem z TVN, byłam na poważnych negocjacjach w Wirtualnej Polsce.

To był czas, kiedy przekładałyśmy nasze spotkania, szukałyśmy „okienka” w twoim kalendarzu, bo ty wciąż gdzieś biegłaś, z kimś się umawiałaś. A ja czasami myślałam: jak to możliwe, że ONA ma problemy z pracą?

W naszym fachu fortuna jeździ na pstrym koniu, który lubi wierzgać. Ale w końcu dostałam od losu bardzo dobrą kartę. Pewnego dnia zadzwoniła pani Katarzyna Kieli, prezes i dyrektor zarządzająca Discovery w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki, odpowiadająca za 112 rynków telewizyjnych. Jedna z najbardziej wpływowych kobiet branży telewizyjnej na świecie według amerykańskiego magazynu Cablefax. Pani Kasia zaproponowała, żebym została szefem rozwoju kanału TLC, działającego w ramach grupy Discovery. W sierpniu ubiegłego roku podpisałam kontrakt. W poczuciu, że wkraczam w rzeczywistość, o której wiem dużo, a zarazem niewiele. Bo nigdy nie pracowałam w zagranicznej korporacji, gdzie polem działania jest właściwie cały świat, a współpracownikami największe nazwiska z branży globalnych mediów. Tego musiałam się uczyć. Jednocześnie miałam silny atut – umiejętność robienia programów. A TLC chce wprowadzać nowe tytuły. W wiosennej ramówce, która właśnie wystartowała, mamy nowe polskie programy, w tym mój, Zmianę pełną parą, pełen emocji, empatii, dobrych uczuć. Bohaterami są pary, które z powodów codzienności i rutyny zapomniały o sile miłości, a razem ze mną mogą zmienić swoje podejście do relacji i odzyskać blask dawnego uczucia. Zawsze chciałam zrealizować taki program – blisko ludzi i jak najdalej od polityki.

Stawiając ostatnią kropkę, upewniłyśmy się, że Moja wizja jest o poszukiwaniu dobrego kierunku w życiu. Można powiedzieć, że ty go znalazłaś?

Rzeczywiście. I ma to wiele wymiarów. Jest jeszcze jeden ważny kontekst związany z okolicznościami powstawania książki. Od miesięcy przechodziłam przez wyjątkowo trudny etap życia, ponieważ toczyło się ono w cieniu choroby taty. A ta choroba, choć straszna, doprowadziła do wyjątkowego połączenia naszego rodzeństwa. Pierwszy raz od dawna, a być może pierwszy raz w ogóle, Paulina, Jaś i ja czujemy, że jesteśmy jedną siłą. Odchodzenie taty okazało się dla nas trudną lekcją życia, którą musieliśmy odrobić. Żeby się już nigdy więcej nie podzielić, nie pokłócić, nie rozstać. Wielokrotnie w chorobie taty pokonywaliśmy z nim najtrudniejsze zakręty, jednocześnie walcząc o prawo do prywatności i spokoju. Doświadczyliśmy, jak agresywny staje się świat mediów, który próbuje odebrać nam ciszę i intymność niezbędną człowiekowi stojącemu na granicy życia. To był trudny czas refleksji, powrotów do przeszłości. Książka stała się elementem tej wędrówki. Do wspomnień związanych z ojcem, mamą, domem rodzinnym, przyjaciółmi z dawnych lat. Zamyka pewien rozdział w moim życiu, po to, żebym mogła otworzyć następny.

Z rodzicami i młodszą siostrą Pauliną. Rok 1971.

.

Nastolatka w bandanie i amerykańskiej militarnej kurtce. Raczej umundurowana niż ubrana jak młoda kobieta. Dorastała w atmosferze spisku młodych intelektualistów, twórczego fermentu. Chciała studiować na uniwersytecie. Na wyjątkowym wydziale, gdzie antypaństwową bibułę studenci trzymali właściwie na wierzchu. Być gwiazdą? To marzenie na razie schowało się w podświadomości.

Sławny Wojciech Młynarski i Adrianna Godlewska – znana aktorka Teatru Rozmaitości. Rodzice, odnoszący sukcesy w świecie show-biznesu, nie chcieli dla ciebie tego samego?

Nie odczułam niczego takiego. Pamiętam, że pewnego dnia, w roku 1984 – byłam już po maturze – zadzwonił telefon (w kuchni na ścianie wisiał stacjonarny czerwony aparat Irys). Odebrał tata. Telefonował jeden z organizatorów festiwalu w Opolu. Mieli pomysł, by koncert debiutów poprowadził również debiutant. Postanowili zwrócić się do ojca z pytaniem, czy jest możliwe, bym to była ja. Czy uważa, że mam potencjał, co o tym sądzi. To była niezobowiązująca koleżeńska rozmowa. Tata mi ją potem zrelacjonował i podsumował, że to przecież nie wchodzi w rachubę. Pamiętam, że siedzieliśmy wtedy przy stole, a on tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmił, że to nie jest zajęcie dla mnie. Skończyliśmy obiad i nikt już do tej rozmowy nie wrócił.

Kojec z kocykiem w kratkę – wspomnienie dzieciństwa. Rok 1966.

Z rodzicami i dziadkiem Hieronimem Godlewskim. Warszawa, styczeń 1967.

Ciebie nikt nie zapytał o zdanie?

Nie. Z jednej strony opinia ojca była dla mnie wyrocznią, z drugiej od samego początku podświadomie czułam: kiedyś i tak stanę na scenie. W jakiś nienazwany sposób scena mnie przyciągała. Niekoniecznie dziennikarstwo i telewizja, ale estrada, duże widowiska. Fascynowało mnie to od dzieciństwa. Byłam wpatrzona w rodziców – artystów. Mama pracowała w Teatrze Rozmaitości, była tam gwiazdą, a dla mnie – najpiękniejszą kobietą świata. Wychodziła na próbę ubrana w spodnie dzwony, buty na koturnie, obcisły golf, na szyi wieszała drewniane korale. Wyglądała zjawiskowo. Dzieliła garderobę ze Stanisławą Celińską i Kaliną Jędrusik. Na ich toaletkach stały niezliczone ilości kosmetyków i buteleczki z perfumami, a wokół były porozkładane suknie, peruki i buty. Czułam się tam jak w świątyni, a mama wydawała mi się czasem boską istotą. Taka piękna, migocząca, tak cudownie śpiewała, świetnie tańczyła. Znałam na pamięć wszystkie jej role i teksty piosenek. Uwielbiałam spektakl Cień w reżyserii Jerzego Dobrowolskiego, gdzie mama występowała między innymi z Elżbietą Starostecką. Musical Happy End ze Stanisławą Celińską czy Moralność pani Dulskiej, w której grała, gdy była już w ciąży z Jasiem. Siedząc na widowni w trakcie spektaklu, bezgłośnie otwierałam usta razem z nią, umiałam powtórzyć każdy jej gest. Pamiętam ciszę, która musiała panować w domu przed każdą premierą, pamiętam mamę szykującą się do występu za zamkniętymi drzwiami. Wracała z teatru po dwudziestej drugiej, więc ja nigdy nie zasypiałam wcześniej niż o wpół do jedenastej; czekałam na jej powrót. Podobnie jak ojciec była częścią magicznego świata teatru, do którego czasami zaglądałam. Teatr Rozmaitości miał niezwykłą atmosferę. W bufecie sprzedawano niedoścignione w smaku świeżutkie bułki, latem na dziedzińcu stał fortepian. Czasem przychodziłam tam i gdzieś za kulisami odrabiałam lekcje. Kiedyś – był rok 1977, może 1978 – mama zaproponowała mi, żebym razem z nią poprowadziła zabawę choinkową dla dzieci aktorów, i to chyba był mój pierwszy publiczny występ. Prócz tej „konferansjerki” miałyśmy też wspólny popis z Pauliną. W teatrze występowały wtedy siostry Barbara i Maria Winiarskie, a tata napisał dla nich tłumaczenie piosenki, którą śpiewały niesłychanie popularne w Stanach Andrews Sisters. To była piosenka o zdunie, do dziś ją pamiętam. Zaśpiewałyśmy ją z Pauliną, miałyśmy opracowany w szczegółach ruch sceniczny, dostałyśmy wielkie brawa. Ja miałam jakieś dwanaście lat, Paulina pięć mniej.

Z rodzicami. Mama uczy pierwszych słów. Warszawa 1967.

Mając takie geny, poczułyście się na scenie jak ryby w wodzie?

Bardzo nas to bawiło. W domu organizowaliśmy spektakle z udziałem moim, Pauliny i kolegów. Pisaliśmy sztuki, wymyślaliśmy do nich obsadę i scenografię. A potem, już jako nastolatka, w roku 1978 zagrałam w serialu Rodzina Leśniewskich. Właściwie przypadkiem. Casting do filmu odbywał się na parterze domu kultury w naszym sąsiedztwie, przy ulicy Łowickiej. Tak się złożyło, że na piętrze prowadziłam akurat warsztaty taneczne dla maluchów. Instruktorka zachorowała i pani dyrektor zgodziła się, żebym ją zastąpiła. Byłam wtedy w ósmej klasie. Miałam przygotowanie, bo trzy lata chodziłam na zajęcia z baletu, chciałam zostać tancerką. Reżyser filmu – Janusz Łęski – niezbyt zadowolony z dotychczasowych rezultatów castingu, zajrzał do nas na górę: szukał dzieci, które zagrają bliźniaków Leśniewskich. Ale potrzebował także dziewczyny do roli starszej siostry i zwrócił uwagę na mnie. Zagrałam małą scenkę przed kamerą, a on powiedział, że jeśli się zdecyduje, zadzwoni do moich rodziców. Marzyłam, żeby telefon się odezwał. Kiedy w końcu tak się stało, ojciec znów stanowczo powiedział: nie. „Wykluczone, Agata musi najpierw skończyć szkołę”. Mama przekonywała: „Wiesz, co ona czuje. Pozwólmy jej to zrobić, dopilnujemy wszystkiego”. Z wypiekami na twarzy podsłuchiwałam pod drzwiami, jak dyskutują. W końcu tata uległ. Nawet napisał do tego serialu piękną piosenkę Wesołego powszedniego dnia, do której muzykę skomponował Czesław Niemen.

Na plan filmowy do Łodzi woził mnie swoim maluchem Krzysztof Kowalewski – mój filmowy ojciec, a prywatnie przyjaciel rodziców. Podczas podróży miałam za zadanie pilnować go, żeby nie zasnął za kierownicą, ponieważ był w stanie zasnąć w każdych okolicznościach. Na planie wciąż coś się działo, wybuchały lampy, zmieniano scenografię, kręciło się mnóstwo ludzi. Film realizowano w wielkiej hali, z ogromnym zapleczem technicznym, chyba była to jedna z ostatnich produkcji łódzkiej wytwórni robionych z takim rozmachem. Dla mnie przygoda życia. Poznałam tam wielu aktorów, przeżyłam nawet uczuciowe uniesienia.

Córeczka tatusia. Zakopane 1969.

Z mamą – rok później, też w Zakopanem.

Gorąco. Wakacje w Jastarni. Z mamą. Około roku 1969.

Na rękach taty najlepiej. Jastarnia 1968.

Panienka Agata na ramionach ojca i Stanisława Tyma. Zakopane 1969.

Miłość na planie?

Coś w tym rodzaju. Krzyśka, kolegę Leszka – mojego filmowego brata – grał superprzystojny Michał Zabłocki, syn Aliny Janowskiej i wybitnego szermierza Wojciecha Zabłockiego. Byłam w niego wpatrzona jak w obrazek. Grałam główną rolę, więc miałam nadzieję, że zwróci na mnie uwagę. Niestety. Okazało się, że na plan przyjechała także wcielająca się w Agatę Lucyna Brusikiewiczówna, córka aktorów Lidii Korsakówny i Kazimierza Brusikiewicza. Była piękna, miała czarne kręcone włosy, oczy jak węgle i falujący biust. Planowałam intrygę na miarę późniejszego romansu Brada Pitta i Angeliny Jolie, ale Penélope Cruz weszła mi w paradę... Jakoś to odżałowałam, bo nie było czasu na smutki. Karuzela kręciła się szybko. W jednym z odcinków Agnieszka Leśniewska, moja bohaterka, ma problem na WF-ie: nie potrafi skoczyć przez kozła – myślę, że był to kłopot wielu dziewczyn, także mój. Na „korepetycje” pojechałam do szkoły cyrkowej w Julinku, gdzie pracowali młodzi państwo Zalewscy, późniejsi założyciele Cyrku Zalewski – ona trenowała woltyżerkę, on tresował konie. Zaprosili mnie wtedy do swojego domku na kółkach, pokazali szkołę. Poznałam zupełnie inny rodzaj artystów – wędrujących, ciężko trenujących. Spotkałam państwa Zalewskich wiele lat później podczas wielkiego wydarzenia Artyści dzieciom i gdy roku 1993 prowadziłam galę cyrkową w Dwójce. To było wzruszające. Mieli już własny cyrk i luksusową przyczepę, ale pozostali tak samo życzliwymi, sympatycznymi ludźmi jak kiedyś. Takie spotkania dał mi ten serial.

Sesja z piękną mamą.

Mała modelka Zofii Nasierowskiej.

Pierwsza „konferansjerka” – z mamą podczas zabawy choinkowej w teatrze. Początek lat 70.

A czy dał ci pierwszą popularność?

Nie. Pamiętam, że „Film”, jeden z nielicznych wtedy kolorowych magazynów, opublikował fotosy z planu zdjęciowego. I to wszystko. Wówczas występ na ekranie nie budził takich emocji jak dziś. Jeśli już szukać ówczesnych „dziecięcych gwiazd”, to może byli nimi Tomasz Mędrzak i Monika Rosca – Staś i Nel z wyprodukowanego w 1973 roku filmu W pustyni i w puszczy. Rodzina Leśniewskich to było typowe kino familijne, żadna sensacja. Mimo to czułam, że zostałam dopuszczona do niezwykłej tajemnicy, zamkniętego kręgu. W Łodzi mieszkaliśmy w Hotelu Mazowieckim. Po zdjęciach aktorzy spotykali się w bufecie, wódka lała się strumieniami. Do dziś pamiętam, jak Jan Himilsbach, który zagrał tam cztery różne role, przyszedł do mnie ze szklaneczką jakiegoś białego płynu i zapytał: „Napijesz się mleczka?”. A to było mleko zaprawione alkoholem. Oczywiście odmówiłam, ale czułam, że zbliżyłam się do tej strony aktorskiego życia, do której nie dopuszczali mnie rodzice. To było coś zakazanego, niedostępnego, a ja dostąpiłam jednak pewnego wtajemniczenia.

W dniu Pierwszej Komunii Świętej. Rok 1973.

W drodze na scenę? Zajęcia z gimnastyki artystycznej. Lata 70.

Spodobało ci się życie na planie, przed kamerą?

Bardzo, ale miałam przeczucie, że aktorką jednak nie będę. Mimo że czułam się częścią świata aktorów i piosenkarzy – bywali przecież w naszym domu, wciąż się o nich mówiło, a niektórzy z nich byli jak nasza najbliższa rodzina. Pozycją obowiązkową były u nas relacje z festiwali w Sopocie i Opolu. Jeśli rodzice nie jechali tam osobiście, wszyscy razem oglądaliśmy transmisje na żywo. Zasiadaliśmy przed telewizorem, na stół wjeżdżała przygotowana przez mamę deska smakołyków. Muszę o tym wspomnieć, bo w naszym domu panowała „kultura drewnianej deski”. Zjawiało się na niej wszystko, co mieliśmy w lodówce, czyli... niewiele. Królował żółty ser, rzadziej pojawiała się kiełbasa, sporadycznie szynka konserwowa kupiona w Pewexie. Przeważnie był ten ser plus serki topione. Ale wszystko przepięknie podane, ułożone, udekorowane. Pamiętam, z jakim namaszczeniem tato brał solidny kawał sera, polewał go keczupem, który był wtedy szczytem luksusu, i pałaszował. Nam ślinka ciekła, Paulina i ja nie zawsze zdążyłyśmy się na ten ser załapać, ale widok zachwyconego pożeraniem ojca był bezcenny. Obraz spełnienia i szczęścia. Rodzinne oglądanie transmisji z festiwalu w takim właśnie entourage’u było rytuałem, wydarzeniem niemal świętym. Natychmiast uruchamiała się loża szyderców. Głównym sędzią był tata, który tonem nieznoszącym sprzeciwu wygłaszał opinie, przeważnie druzgoczące dla artystów. Nie zostawiał na nikim suchej nitki. Towarzyszył temu istny teatr parodii, absurdu, groteski. Tata komentował uszczypliwie, z ironią, a jednocześnie z klasą, w bardzo wyrafinowany sposób. Mając nas za publiczność i słuchaczy, wręcz „testował” nasz gust, obserwował, jak reagujemy. Zawsze towarzyszyły temu salwy śmiechu, a przede wszystkim radość z dworowania. Wszystkie chwyty były dozwolone, z wyjątkiem chamstwa i wulgarności, które były objęte najwyższym wymiarem kary. To wspólne komentowanie w naturalny sposób wywoływało dyskusje na temat sztuki w ogóle – co jest w piosence dozwolone, na ile wykonawca może sobie pozwolić. Dzięki temu przyswajaliśmy w lot dekalog artysty estradowego. I krystalizował się nasz gust. Ze szczególnym wyczuleniem na rozpoznawanie kiczu, banału, tandety, szmiry, a przede wszystkim amatorki. Zawsze stawiał wysoko poprzeczkę, bardzo dużo wymagał od innych, ale przede wszystkim od siebie. Powtarzał, że nie wolno odpuszczać. Miał swoich ulubionych artystów, z którymi współpracował i o nich zawsze wypowiadał się z uznaniem. Czasem wchodziliśmy z ojcem w polemikę, ale generalnie było wiadomo, że ma rację. Nie dawał nam wielkich szans.

Uczennica. Początek lat 70.

Dwunastolatka, czyli prawie kobieta. Zdjęcie zrobione 8 marca 1977 roku.

Grzeczna fryzura, grzeczna dziewczyna. Maj 1977.

Trzy Młynarskie – z siostrą Pauliną i mamą.

Na planie filmu Rodzina Leśniewskich. Agata – Agnieszka – z „Bąblami” i „Dziwnym” sąsiadem cyrkowcem. W tej roli Tadeusz Kwinta. Rok 1980.

Nastolatka, jeszcze po „tamtej” stronie obiektywu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Informacje o zdjęciach

s. 6 Fot. Radosław Nawrocki/TLC/Discovery Polska.

s. 11 Fot. Zofia Nasierowska/Reporter/East News.

s. 12 Archiwum Agaty Młynarskiej.

s. 14 Fot. Lucjan Fogiel/East News.

s. 15 Archiwum Agaty Młynarskiej.

s. 16 Archiwum Agaty Młynarskiej.

s. 17 Archiwum Agaty Młynarskiej.

s. 18 Fot. Zofia Nasierowska/Reporter.

s. 19 (lewe) Fot. Zofia Nasierowska/Reporter.

s. 19 (prawe) Archiwum Agaty Młynarskiej.

s. 20 (góra) Fot. Zofia Nasierowska.

s. 20 (dół) Archiwum Agaty Młynarskiej.

s. 21 Fot. Marek Karewicz/East News.

s. 22 Archiwum Agaty Młynarskiej.

s. 23 (góra) Archiwum Agaty Młynarskiej.

s. 23 (dół) Polfilm/East News.

s. 26 Archiwum Agaty Młynarskiej.