Moja przygoda z Norwegią - Anna Siwek - ebook
Opis

Ta książka powstała w wyniku mojego zauroczenia Norwegią. Pięknem krajobrazów, które nie mają sobie równych w świecie, ludźmi i ich kulturą. Przejechaliśmy kamperem trasę od Oslo do Nordkapp, zatrzymując się po drodze w co ciekawszych miejscach, i to wystarczyło, aby się w tym kraju zakochać. Ten tekst to osobista relacja z podróży wzbogacona o wiadomości z historii Norwegii, odwołania do literatury i własne spostrzeżenia. Jest to również owoc dociekań i szukania odpowiedzi na takie pytania, jak np.: dlaczego popularnymi kolorami malowania domów są czerwony i ochra, skąd żołnierze polscy znaleźli się w Narviku w czasie II wojny światowej, dlaczego Pokojową Nagrodę Nobla przyznaje się w Oslo. Podobnie jak moje poprzednie pozycje podróżnicze ta również stanowi świetne uzupełnienie przewodników i jest skierowana do wszystkich, którzy wybierają się do Norwegii lub chcą po prostu poszerzyć swoją wiedzę o tym kraju i przeżyć wakacyjną wyprawę wraz ze mną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 198

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Trasa podróży Oslo – Nordkapp

Już od dawna wszyscy nam mówili, że musimy pojechać do Norwegii. Kiwaliśmy głowami, że bardzo chcemy, po czym jechaliśmy tam, gdzie cieplej, taniej i ciekawiej, i gdzie „naprawdę” jest co zobaczyć i zwiedzić. Norwegię zawsze odkładaliśmy na później. Tak było co roku, aż do ostatniej wiosny, kiedy to któregoś dnia mój mąż usiadł przed komputerem, obejrzał parę widoczków z fiordami, wszedł na strony wypożyczalni kamperów i tak się zapalił do wyjazdu, że w ciągu tygodnia zrobił dla nas rezerwację. Jedyne, czego potem żałowaliśmy, to że na tak krótko, zaledwie dwa tygodnie. Ale wydawało się, że spokojnie „ciachniemy” tę Norwegię w 14 dni, bo co tam jest do oglądania – parę fiordów i już. Dziś, kiedy piszę te słowa, myślę, że to jeden z najpiękniejszych krajów, w których byłam, i dwa tygodnie to stanowczo za mało, żeby wszystko zobaczyć. Aż słów mi brakuje, by opisać, jak tam pięknie. Przejechaliśmy kamperem trasę od Oslo do Nordkapp i wszędzie, gdzie byliśmy, zachwycaliśmy się krajobrazem i pięknymi widokami. I to nie jedna kraina, ale cały kraj jest zjawiskowo uroczy. Wydaje się, że trawa jest tam soczystsza, lasy zieleńsze, a góry bardziej wyniosłe i tajemnicze. Jeśli do tego dodać granat fiordów, łany przydrożnych liliowych kwiatów i przecudne zachody słońca, które nie są tylko krótkim momentem przed wieczornymi ciemnościami, ale spektaklem trwającym na niebie przez parę godzin, to można się zakochać. Taka właśnie jest Norwegia – piękna jak marzenie.

Dzień 1. Pierwsze wrażenia

Oslo – okolice Vinstra

Do Oslo wylatujemy w najbardziej ruchliwy weekend lata, ostatnią sobotę lipca. Na lotnisku tłoczno. Od razu idziemy do wskazanego wyjścia, skąd ma odlecieć nasz samolot. Siadamy koło przemiłej rodzinki, o skórze ciemnej jak czekolada – mama, tata i trójka dzieci, każde z plecaczkiem w misie. Zastanawiam się, po co lecą do Oslo. Czyżby na wakacje? Kątem oka widzę, jak ojciec z poważną miną wyjmuje z torby paszporty i… nie mam wątpliwości, są norweskie. Nie mogę powstrzymać ogarniającego mnie spontanicznego zdumienia. A więc ta rodzinka wraca do Norwegii do swojego domu! Aha… W zasadzie to nie powinno mnie dziwić. W Norwegii liczącej 5,3 mln1 mieszkańców, 16% to emigranci; najwięcej jest Polaków (ok. 90 tys.), potem Litwinów i Szwedów, ale zaraz za nimi plasują się Somalia i Pakistan. Inny kolor skóry przestał być więc wyznacznikiem miejsca zamieszkania. Pierwsze spotkanie z Norwegią – dosyć zaskakujące, ale to właśnie lubię w podróżach.

W Oslo, na lotnisku Gardermoen, czeka na nas przedstawicielka firmy, w której wypożyczyliśmy kamper. Wsiadamy wraz z nią do furgonetki i jedziemy do siedziby firmy. Po drodze pytamy o różne sprawy związane z podróżowaniem w Norwegii. Nasza przewodniczka potwierdza, że wiele najbardziej ruchliwych odcinków dróg, jak również wjazd do większych miast oraz przejazd przez niektóre tunele i mosty, są płatne. Wyjaśnia nam, że system pobierania opłat jest całkowicie elektroniczny, a bramki można spotkać jedynie na nielicznych odcinkach dróg prywatnych. Każdy samochód jest wyposażony w AutoPASS – urządzenie przyczepione do przedniej szyby, przez które kamery przy drogach odczytują dane pojazdu i automatycznie pobierana jest stosowna opłata. Osobom mieszkającym w Norwegii takie urządzenia są przysyłane do domu za darmo wraz numerem konta, na które trzeba awansem wpłacić określoną kwotę na przejazdy, a potem ją regularnie uzupełniać. Jeśli się nie ma takiego urządzenia, kamera odczytuje rejestrację i rachunek za przejazd przyjdzie po jakimś czasie na adres właściciela pojazdu, również za granicę. Planując podróż samochodem z zagranicy, można się wcześniej zarejestrować w systemie EPC (Euro Parking Collection), i wtedy faktury za opłaty drogowe otrzymamy szybciej, a także będzie możliwy wgląd w nasz rachunek przez Internet. Taka rejestracja nie jest jednak obowiązkowa. Kiwamy głowami z aprobatą, bo to usprawnienie bardzo nam się podoba. Jeszcze dobrze pamiętam, jak parę lat temu na wakacjach we Francji musieliśmy stać w upale w godzinnych zatorach na autostradach, żeby zapłacić za przejazd. To był koszmar. Na szczęście świat poszedł do przodu.

Przed naszym kamperem

Skoro taka w tej Norwegii nowoczesność, pytamy o płatności gotówką. Wtedy nasza przewodniczka, nieco zmieszana, ujawnia, że właściwie to pochodzi z Finlandii, tu jest dopiero od dwóch miesięcy i od tego czasu jeszcze za nic nie płaciła gotówką, wszystko kartą, więc nawet nie wie, jak wygląda korona norweska. Niby to nas nie szokuje, ale jednak. Bo jak można nie wiedzieć, jak wyglądają pieniądze w kraju, w którym się przebywa? Jak widać, można. Wszystko staje się dziś takie wirtualne, że coraz trudniej to ogarnąć. Głowa puchnie. Za chwilę jednak wpadamy znowu w osłupienie, tym razem w „drugą stronę”. Nasza przewodniczka mówi, że w całej Norwegii jest jedynie 75 km autostrad! Głównie w okolicach Oslo i większych miast. Z tą nowoczesnością więc nie przesadzają. Ale bez obaw. Norwegowie mają świetne drogi ekspresowe, a ruch drogowy należy do najbezpieczniejszych na świecie. Nie jeździ się natomiast szybko. Ograniczenie prędkości na autostradach to 100 km/h. Poszaleć raczej nie można.

W siedzibie firmy zostajemy przejęci przez młodego człowieka (mam ochotę zapytać, ile ma lat, bo wygląda na szesnaście), który zaprasza nas na krótki filmik edukacyjny o tym, jak obsługiwać kamper. Chłopak nosi koszulę firmową, która ma żenująco przykrótkie rękawy, jakby z niej wyrósł. Nie mogę się powstrzymać od myślenia, że skoro Norwegowie są tacy bogaci (wiadomo, mają ropę), to mogliby mu kupić koszulę w większym rozmiarze. Najwyraźniej jednak chłopak się tym nie przejmuje, w każdym razie nie sprawia takiego wrażenia, jakby te za krótkie rękawy w ogóle mu przeszkadzały. Mówi świetnie po angielsku i po filmie jeszcze raz sam nam wszystko pokazuje i objaśnia, żebyśmy na pewno umieli obsługiwać ten nasz nowy domek na kółkach. Uczymy się, jak opróżniać toaletę chemiczną, spuszczać „szarą” wodę, składać stół (żeby zrobić z niego łóżko), przełączać lodówkę na gaz (kiedy nie działa motor) itp. Kiedy już wszystko wiemy, wsiadamy i możemy jechać. Najpierw po zakupy.

Pierwszym sklepem, przy którym się zatrzymujemy, jest Kiwi Mini Prix. Sprzedawcy są bardzo mili, uprzejmie pokazują nam, że masło leży u nich tam gdzie mleko, w zupełnie innym miejscu niż sery i jogurty, ale to, co najbardziej rzuca mi się w oczy – to ich strój. Są ubrani w jaskrawe zielone bluzki w paski, a do tego mają spodnie w kratkę, również w krzykliwych zielonych kolorach. Wyglądają w tym jak klowni w cyrku, a nie sprzedawcy. Sklep nazywa się Kiwi, więc zielony jest stosowny, ale jakoś wesoło mi się robi, jak na nich patrzę. A już myślałam, że Norwegowie są śmiertelnie poważni i nie mają za grosz poczucia humoru. Widać byłam w błędzie.

Po zakupach jedziemy autostradą (tym kawałkiem, który jest koło Oslo) na lotnisko o nazwie Rygge, leżące na południowym wschodzie, 60 km od Oslo. Odbieramy następnych uczestników naszej wyprawy – Olka i Zbyszka. To nasi synowie, już dorośli, którzy zgodzili się spędzić z nami wakacje, a przylecieli tu z Londynu. Kiedy jesteśmy w komplecie, wsiadamy do kampera i tą samą drogą, którą tu przyjechaliśmy, jedziemy w kierunku Lillehammer, na północ. Wyprawa oficjalnie się zaczęła.

Wszystko jest dla mnie nowe, więc uważnie przyglądam się widokom za oknem. A tam zielono. Trawa jest tu tak soczysta i zielona, że momentami mam wrażenie, że aż sztuczna. Nie widać ani jednego żółtego źdźbła. Okolice Oslo to w ogóle przepiękne tereny. Łagodne wzgórza, w większości porośnięte lasami, gdzieniegdzie tylko mignie złoty kwadrat pola ze zbożem. Dużo sosen, świerków i brzóz. Nawet bardzo dużo brzóz, więcej niż u nas. Ich białe pnie odcinają się od zielonego tła, a uroku i koloru dodają liliowe kwiaty, rosnące na poboczach i na skrajach lasów. Ponieważ są bardzo charakterystyczne, więc zainteresowałam się i znalazłam ich polską nazwę – to wierzbówka kiprzyca, po norwesku zwana geitrams. Spotkać ją można również w Polsce, szczególnie w rejonach górskich i podgórskich. Ma piękny intensywnie różowy kolor, kwitnie obficie, a ponieważ rośnie w kępach, sprawia wrażenie jakby „kipiała” albo „płonęła”. Dodanie do nazwy wierzbówki członu „kiprzyca” wydaje się więc jak najbardziej uzasadnione. W Ameryce Północnej roślina jest znana pod nazwą fireweeds, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „płonący chwast”, ale okazuje się, że ta nazwa pochodzi raczej od jej upodobania do porastania terenów spalonych lasów niż od wrażenia, że coś płonie. Wierzbówkę kiprzycę można spotkać w całym pasie okołobiegunowym, na Alasce, w Kanadzie, w Rosji, ale myślę, że Norwegię sobie szczególnie upodobała, bo przez następne dwa tygodnie będziemy ją spotykać niemal wszędzie.

Wiadukty na autostradzie pod Oslo

Co rusz mijamy wiadukty nad autostradą. Każdy jest inny – jedne mają łuki, inne pomysłowe rusztowania, jeszcze inne filary, ale wszystko proste, taki skandynawski elegancki minimalizm. Architekci dołożyli wszelkiej staranności, aby konstrukcje współgrały z krajobrazem i go nie zakłócały. Z daleka wydaje się, że są zrobione z drewna, a w każdym razie wyglądają bardzo ekologicznie. Przy drodze nie ma również żadnych reklam, które by zaśmiecały te zielone kontemplacyjne pejzaże. Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo reklamy potrafią zeszpecić krajobraz. Tu przy drodze stoją tylko znaki drogowe, a jedyną napotkaną przez nas „reklamą” było czarno-białe zdjęcie dziewczyny, której połowa twarzy była zamazana – to ostrzeżenie, żeby nie jechać za szybko. Potem widziałam jeszcze podobne dwa zdjęcia – w jednym chodziło o zapinanie pasów, w drugim o niezapominanie, że drogę dzieli się z rowerzystami. Poza tym zero nachalnych billboardów, kłujących w oczy. Nic do nas nie krzyczy, nic nas nie atakuje, aby coś koniecznie kupić i czegoś nie przegapić. Jakby w tym kraju nie istniał kapitalizm z jego promocjami, dyskontami i walką o klienta. Chyba już zapomniałam, że tak w ogóle może być. Można za to zawiesić wzrok gdzieś na dalekim horyzoncie i tak sobie spokojnie jechać, napawając się piękną scenerią.

Za Oslo droga prowadzi wzdłuż wielkiego jeziora i coraz silniej do mnie dociera, że nasze wakacje się zaczęły. Mijamy mariny z jachtami, góry przeglądające się w gładkiej toni jezior, przydrożne zagajniki, pola i pojedyncze domy. Na zewnątrz na pewno pachnie wodą, łąką i lasem. Na drodze coraz mniej samochodów i ciężarówek, a coraz więcej kamperów.

Pierwszą kolację jemy na parkingu przy drodze E6, jakieś 50 km za Lillehammer, w pobliżu miejscowości Vinstra. Jest tu oczywiście WC i drewniane stoliki do piknikowania, ale niestety za zimno, żeby jeść na zewnątrz. Na postoju stoją jeszcze trzy kampery i dwa samochody, wszyscy siedzą w środku. Jeśli ktoś wyściubi nos, to tylko po to, aby podejść do tablicy informacyjnej zachwalającej turystyczne uroki tego rejonu lub skorzystać z wychodka. Kłania się i na tym koniec. Cicho. Nikt nie śpiewa i nie krzyczy, wszyscy zachowują się tak, żeby sobie wzajemnie nie przeszkadzać. Taka niepisana reguła bardzo mi się podoba, tylko już sama nie wiem, czy nazywać to regułą, czy też po prostu wysokim poziomem kultury osobistej.

Nasz kamper jest dla nas jeszcze „czymś nowym”, więc uczymy się, jak się w nim poruszać, żeby nie wchodzić sobie w drogę. Jest bardzo wygodny, aczkolwiek tylko dwa miejsca na przodzie są naprawdę przystosowane do długich samochodowych podróży. Reszta pasażerów musi siedzieć przy stole, co nie jest zbyt wygodne na dłuższą metę. Teoretycznie jest tu sześć miejsc do spania; dwa na górze, nad szoferką, dwa na złożonym stole i dwa w tyle kampera. Olek od razu wybiera dla siebie górę, Zbyszek musi się pogodzić z tym, że będzie spał na złożonym stole, za to ma szeroko. Oczywiście stół jest wyłożony poduszkami, więc ma miękko i wygodnie, ale na dzień posłanie trzeba składać. Ja z Jackiem zajmujemy tył. Kamper jest wyposażony również w toaletę, natrysk, kuchnię elektryczną, zlew i lodówkę, a nawet ma ogrzewanie gazowe. Rozpakowujemy się, wybieramy sobie szafki i różne schowki, których tu pełno, układamy ubrania, buty, mapy, kosmetyki i wszystkie inne niezbędne rzeczy, które ze sobą wzięliśmy. Nie opuściła nas pierwsza euforia, cieszymy się, że jesteśmy razem i że zwiedzimy Norwegię. Robimy wspólnie kolację, to znaczy, ja się krzątam, a reszta rodziny siedzi i czeka, wpatrując się przy tym w swoje smartfony. Od czasu do czasu burkną coś w odpowiedzi na moje pytanie albo wymienią się informacjami, kto ze znajomych co wkleił na Facebooku. Trochę dyscyplinuję całe towarzystwo, każę im pokroić pomidory i jest, no… po rodzinnemu.

Śpimy też na tym parkingu. W Norwegii istnieje prawo „Allemansretten” – jest to prawo każdego człowieka do korzystania z darów natury, które pozwala na rozbicie namiotu w teoretycznie dowolnym miejscu, pod warunkiem że nie zakłóca to spokoju innych i nie narusza prywatności właściciela. To samo dotyczy kamperów – pełna swoboda. W praktyce wygląda to trochę gorzej – będziemy spotykać parkingi z tabliczkami informującymi, że nie można tam zostawać na noc, więc ta zasada nie jest w pełni respektowana. Jednocześnie, będziemy widywać również stojące na dziko w lesie kampery, które na pewno zatrzymały się tam na noc. Na szczęście, na tym postoju nie ma tabliczki, która by zabraniała zatrzymywania się tu na noc, więc zostajemy.

Niby duży ten kamper, ale jakoś mi tu ciasno, aż mnie coś ściska w brzuchu. Zapominam, gdzie co włożyłam, do której szafki, a tu co krok szafka albo schowek. Szukam piżamy i nie mogę znaleźć. Zastanawiam się, co mam zrobić z tą stertą ubrań i rzeczy na łóżku, która już nigdzie się nie mieści. Zmywanie tutaj to zmora, nawet jeśli jest ciepła woda i zlew. Nie ma gdzie odstawiać mokrych naczyń, a nikt nie chce ich wycierać. Wszystkie szafki są zamykane na specjalne przyciski, które uniemożliwiają otwarcie ich podczas jazdy, ale to zawsze utrudnienie i trzeba pamiętać o wciśnięciu guziczka po zamknięciu. Nie narzekam, tylko się przyzwyczajam. Jakoś to wszystko ogarnę. Bo tak ogólnie, to strasznie fajnie jest. Aha, chleb mają tu bardzo dobry, prawie jak w Polsce. O 22:30 na dworze nadal jasno. Ściemnia się dopiero o 23:00. Idziemy spać.

1 Dane z 2016 r.

Dzień 2. Park Jotunheimen

Vinstra – fiord Geiranger

Startujemy z parkingu równo o 10:00. Tego pierwszego dnia musieliśmy dać sobie pospać, żeby poczuć, że to wakacje. Przygotowania do podróży, pakowanie, sama podróż – zawsze to dosyć męczące i stresik był, choćby nie wiem jak dobrze człowiek się zorganizował i jak dokładną zrobił listę rzeczy do wzięcia. Po śniadaniu, na które gotujemy jajka na twardo (pierwsze podczas tej wyprawy), zasiadamy w naszym domku na kółkach i wyjeżdżamy z parkingu.

Pierwszy przystanek to stacja benzynowa Shella i jest to zarazem nasze pierwsze spotkanie z norweskimi trollami. Przy stacji bowiem witają nas wielkie i szpetne, choć niepozbawione uroku, figury baby i dziada, które gapią się na nas swoimi malowanymi, nieco zadziwionymi oczętami, jakby pytając, po co tu przyjechaliśmy.

Kim właściwie są i skąd się wzięły trolle? Otóż trolle to człekokształtne postacie wywodzące się z mitologii nordyckiej. Były brzydkie, złośliwe i głupie, i wyrządzały szkody ludziom i zwierzętom. Trolle różniły się między sobą charakterem i wyglądem. Były duże i małe, żyły w trudno dostępnych dla człowieka miejscach: w jaskiniach, lasach i górach, ale również i na morzu. Niektóre ze starości porastały lasem. Zajmowały się wydobyciem i gromadzeniem srebra, złota oraz kosztowności. Były bardzo chciwe i skąpe. Nie znosiły światła słonecznego, dlatego pojawiały się wyłącznie w nocy; troll, który na czas nie schował się przed promieniami słońca, zamieniał się w kamień. Żeńskim odpowiednikiem trolla była huldra. Trolle znalazły swoje miejsce w literaturze, po raz pierwszy pisano o nich już w 1220 roku. Żyjący w XIX wieku norwescy pisarze Peter Christen Asbjørnsen i Jørgen Moe przedstawili je jako wielkie i silne, a przy tym złośliwe i niebezpieczne istoty, które miały ogromne nosy i oczy jak cynowe talerze. Trolle były wrogo nastawione zarówno do ludzi, jak i bogów, i ożywiały się, czując zapachkrwi chrześcijanina (!). Dzisiaj najwięcej ich w literaturze fantasy i na półkach sklepów z pamiątkami. Można tylko podziwiać, jaki użytek Norwegowie potrafili zrobić z tych dziwacznych stworów i jak je przekształcili w narodowe maskotki, kupowane przez turystów w tysiącach sztuk. Współczesne trolle może i nadal są złośliwe i głupie, ale Norwegom na pewno sprzyjają.

Przy stacji jest również mały ogródek z rzeźbami, wśród nich obowiązkowy renifer. Jest też plakat z ładnym widoczkiem, a na nim napis „Rakfisk”. W pierwszym momencie myślę, że to nazwa tutejszej krainy geograficznej, ale po sprawdzeniu w słowniku okazuje się, że to danie norweskie przygotowywane z kiszonego pstrąga – tj. moczonego w solance przez trzy dni. Na pewno spróbuję, ale na razie odpuszczamy. Tankujemy, robimy pamiątkowe zdjęcia i jedziemy dalej.

Trolle

Zjeżdżamy z E6 na boczną drogę nr 257 i niedługo potem dojeżdżamy do miejscowości Heidal. Przy drodze wyłania się spośród drzew piękny drewniany kościół. Początkowo myślałam, że to jeden z tzw. stavekirke, budowanych w Norwegii między XI a XII wiekiem. W ich konstrukcji stosowano słupy nośne, po norwesku zwane „stav” – stąd ich nazwa. Po polsku mówi się o nich „klepkowe” lub „słupowe”, ewentualnie „masztowe”. Kościoły te były budowane bez użycia gwoździ, za pomocą złączy ciesielskich, czyli odpowiednio wyprofilowanych kawałków drewna, które składało się ze sobą na zakładkę, tworząc połączenie. Mają one po parę dachów, jakby do głównego budynku dobudowywano następne pomieszczenia, tylko coraz niższe. Dachy pokryte są gontem przypominającym smoczą łuskę, a kalenice zwieńczają smocze głowy z długimi językami. Takich kościołów było kiedyś w Norwegii tysiąc, ale do dziś zachowało się tylko trzydzieści. W Polsce również mamy jeden egzemplarz – to świątynia Wang w Karpaczu, która w połowie XIX wieku została przeniesiona tu właśnie z Norwegii, z miasta Vang – stąd jej nazwa.

Zatrzymujemy się koło kościoła, ale okazuje się, że ten tutaj powstał dużo, dużo później, w 1941 roku. Przy drzwiach wisi plakat, reklamujący koncert, który ma się tu wkrótce odbyć. O godzinach nabożeństw informacji brak. Koncerty w kościołach to rzecz normalna, ale ten brak grafiku mszy wprawia mnie w lekką konsternację. Być może lokalni mieszkańcy doskonale wiedzą, o której odprawiane są nabożeństwa, ale przecież są jeszcze przyjezdni. Kościół jest zamknięty, więc niestety nie udało nam się wejść do środka. Obeszliśmy go za to dookoła. Do kościoła przylega cmentarz, który stanowi dla mnie coś w rodzaju kompromisu między amerykańską wygodą a chrześcijańską tradycją dekorowania grobów. Tutejsze groby nie są przykryte poziomymi płytami, stoją na nich jedynie pionowe nagrobki, z których każdy jest nieco inny niż pozostałe, i przy każdym posadzone są kwiaty, również inne. Przestrzeń między nimi wypełnia trawnik, który łatwo skosić elektryczną kosiarką.

Niedaleko kościoła stoją domy z dachami porośniętymi trawą. Już zdążyłam zauważyć, że w tym rejonie takich domów jest sporo. Nie wiem, czy zwiastują one nową rewolucję w budownictwie, która do nas szybciej czy później dotrze, czy też jest to jakieś tymczasowe widzimisię lokalnych ekologów, które tutaj stało się modne. Z tego, co się o tych dachach dowiedziałam, to na pewno posiadają one wiele zalet. Mają wysoki współczynnik termoizolacji, dzięki czemu domy są cieplejsze. Są bardzo dźwiękochłonne, a więc w domach jest ciszej. Do tego zwiększają areał powierzchni zielonych, co skutkuje lepszym pochłanianiem pyłów i szkodliwych substancji oraz poprawą mikroklimatu. Nie można również zignorować względów estetycznych. Zielony ogród, choćby na dachu, zawsze jest miły dla oka, a przy okazji domy z takimi dachami wyglądają ciekawie, jakby były ubrane w zielone kapelusze. Same plusy. Tylko musi być jakiś powód, dlaczego nie rozpowszechniły się gdzie indziej. Ale o tym cicho. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zazwyczaj na rzeczy są pieniądze. Ale czy tak jest i tym razem? Nie wiem. Aby dachy-ogrody spełniały swoją rolę, muszą być stale zielone i zadbane. W Skandynawii pada co pięć minut i o suszy słyszeli tu chyba jedynie w telewizji. A u nas? Wystarczy spojrzeć na trawniki w dużych miastach w upalne lato. Jeśli tak miałyby wyglądać „zielone” dachy, to chyba wolę czerwoną dachówkę.

W ogóle tutejsze