Moja piękna Europa - Maciej Nowicki - ebook
Opis

Moja piękna Europa” jest książką szczególną. Jest to zbiór dziesięciu esejów o historii, zabytkach, wielkich ludziach, ale i o znakomitych potrawach i winach Europy. Ich autor, profesor Maciej Nowicki, to znany autorytet w dziedzinie ochrony środowiska, laureat wielu prestiżowych nagród krajowych i zagranicznych, były dwukrotny minister ochrony środowiska. W tej książce poznajemy jednak profesora jako człowieka od młodości zakochanego w historii, architekturze i sztuce Polski i Europy. W błyskotliwy i ciekawy sposób prowadzi czytelnika szlakami wielu swoich podróży po mniej znanych, ale pięknych i ciekawych regionach naszego kontynentu. Zaprasza do wędrówki po uroczych, średniowiecznych miasteczkach Alzacji, Apulii, czy Perigord, po zamkach w dolinie Dordogne, po Alhambrze w Grenadzie i szlaku pielgrzymkowym do św. Jakuba w Composteli. Towarzyszą w tej drodze wybitni władcy, wielcy odkrywcy nowego świata, a także osoby o wielkim autorytecie moralnym, jak dr. Albert Schweitzer. W tej literackiej podróży podziwiamy piękno pejzaży Andaluzji, Alzacji, Apulii, wybrzeży Amalfi i Dalmacji, a także wyborne wina hiszpańskie, francuskie, włoskie. A wszystko to opowiedziane jest językiem prostym i pięknym, wpisującym się w świetne tradycje polskiej eseistyki. Książka zawiera też około 120 zdjęć, ilustrujących opisywane w tekście miejsca.

Nie jest to klasyczny przewodnik turystyczny, ale opowieść o miejscach, które autora zachwyciły i ten zachwyt chciał przekazać tym, którzy chętnie podróżują po Europie szukając miejsc pięknych i ciekawych. Dla nich książka ta będzie nieocenionym przyjacielem w planowaniu podróży, uczącym i zachęcającym do odwiedzenia także mniej znanych, ale interesujących zakątków naszego kontynentu. Takiej książki brakowało dotąd na polskim rynku wydawniczym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 400

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Teresce za radość wspólnego podróżowania Maciej

WSTĘP

Europa to najmniejszy z kontynentów, czasem nawet traktowany jako półwysep Eurazji. Jest naprawdę niewielka. Jest znacznie mniejsza od Rosji i tak duża, jak Chiny czy Stany Zjednoczone, a Unia Europejska to tylko połowa jej terytorium. Ale jak żaden inny kontynent stanowi ona cudowną mozaikę krajobrazów, kultur, narodów, dzieł sztuki. Przez wieki kształtowana była przez wiele pokoleń wolnych ludzi, którzy wznosili coraz piękniejsze miasta, budowali drogi i mosty, zwiększali plony z darów ziemi. Wielokrotnie wypalana przez niszczące wojny, zawsze się odradzała – wprawdzie inna, ale wciąż piękna.

Taką Europę odziedziczyliśmy i w XXI wieku powinniśmy sobie uświadomić, że w epoce globalizacji wszyscy musimy dbać o jej znaczenie w świecie, o zachowanie pokoju i o to, aby być razem. Rozbici na kilkadziesiąt nie zawsze przyjaznych sobie państw, nie będziemy się liczyć, natomiast wspólnie możemy pozostać największą potęgą gospodarczą i polityczną świata. Aby to zrozumieć, trzeba docenić wartość naszego kontynentu i nim się zachwycić, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że to jest nasz wspólny dom. Wprawdzie każda jego część jest urządzona inaczej, ale wszystkie razem tworzą piękną i potężną budowlę. Dlatego tak ważne jest poznawanie zarówno kraju ojczystego, jak też innych krajów, z którymi łączy nas historia, tradycja, religia i kanony piękna. To ubogaca człowieka, poszerza horyzonty myślenia i pozwala poczuć się członkiem wielkiej rodziny europejskich narodów.

Od pięćdziesięciu lat podróżuję po Polsce i po Europie. Wielokrotnie w tych podróżach przekonałem się, że przewodniki, obiektywnie informując o wszystkich zabytkach, rzadko przykładają do nich oceny wartościujące. Trudno z nich wywnioskować, czy jakiś stary zamek jest tylko szacowną ruiną, czy może wspaniałą, kamienną rzeźbą w malowniczym krajobrazie. Wielokrotnie mijałem miejsca warte zwiedzenia, nic o nich nie wiedząc, jak choćby stare miasteczka pełne uroku, chociaż nie było w nich jakiegoś szczególnego zabytku.

Ale to jest nie tylko mój problem. Pytałem wiele osób chętnie podróżujących po Europie, czy znają takie miejsca jak chociażby Sarlat, Tomar, Alberobello czy Strzelno. Takich miejsc, pięknych i ciekawych, ale mniej znanych, jest w Europie bardzo dużo. Postanowiłem więc zebrać moje notatki z podróży, pisane w różnych okresach minionych lat, i ująć je w formę esejów. Chcę w nich ukazać piękno tych regionów, które rzadko odwiedzane są przez polskich turystów, choć często sąsiadują z najsłynniejszymi miejscami naszego kontynentu. Nie jest to klasyczny przewodnik, który powinien informować o wszystkich zabytkach, ale subiektywny wybór tylko tych miejsc, które mnie zachwyciły. Ten zachwyt chciałem przekazać czytelnikom, zdając sobie sprawę z tego, że wybór, jakiego dokonałem, stanowi jedynie małą cząstkę miejsc pięknych, ale mało znanych.

Opisując zwiedzane regiony, często sięgałem do ich historii, aby lepiej zrozumieć ich dzień dzisiejszy. Wiele miejsca poświęciłem przy tym epoce średniowiecza, bo przecież w swoim rozkwicie (od XI do XIV wieku) był to czas wyłaniania się Europy z mroków wieków ciemnych, czas budowania fundamentów, na których następne epoki mogły tworzyć swoje arcydzieła.

Eseje zebrane w tym tomiku nie stanowią ciągu chronologicznego czy geograficznego, można je zatem czytać jako odrębne całości. Stanowią one pierwszą z serii opowieści o ciekawych zakątkach Europy, a ich celem jest poprowadzenie czytelników szlakami, które przebyłem, zachwycając się ich urodą, zabytkami, ludźmi, miejscowymi potrawami i winami. Jest to po prostu zaproszenie do tego, aby samemu wyruszyć w fascynującą podróż po naszej małej, ale jakże pięknej Europie.

NA DRODZE DO ŚW. JAKUBA w Composteli

(serwis www.fotolia.com)

NA DRODZE DO ŚW. JAKUBA w Composteli

GENEZA PIELGRZYMEK

Najbardziej kontrowersyjną epoką w historii Europy jest średniowiecze. Do dziś wywołuje ono skrajne reakcje – od zachwytu do totalnej krytyki. Niewątpliwie jedną z ważnych przyczyn tak znacznych kontrowersji jest kontekst ideologiczny. Średniowiecze było bowiem epoką ekspansji chrześcijaństwa, a nawet więcej – wielką próbą stworzenia w Europie cywilizacji chrześcijańskiej. Już ten jeden aspekt wystarczył francuskim encyklopedystom XVIII wieku, marksistom w wieku XIX i komunistom w XX wieku do określenia średniowiecza jako epoki zacofania i przesądów, epoki przejściowej (średnio-wiecznej) pomiędzy antykiem a światłym odrodzeniem.

Z drugiej strony nie można jednak nie dostrzegać zachwycających arcydzieł kultury i osiągnięć techniki, jakie powstały w Europie w tym okresie. Zachwyt ten skłaniał często do ocen nadmiernie korzystnych dla tej epoki. Jak zwykle – prawda jest pośrodku. Bo przecież w całej historii ludzkości nie ma okresu, który można by było nazwać idealnym. Każda epoka ma swoje jasne i ciemne strony i takie też jest średniowiecze. Musimy uświadomić sobie, że była to epoka, która w Europie w ostatnich dwóch tysiącach lat trwała najdłużej, bo aż tysiąc lat! Miała wieki ciemne po upadku Imperium Romanum i okres wspaniałego rozkwitu. Każdy więc, kto mówi o średniowieczu, winien sprecyzować, jaki okres i jaki jego aspekt ma na myśli.

Niewątpliwie jednak epoka ta kryje tajemnicę, zawierającą się w pytaniu o najgłębszą i podstawową przyczynę ogromnego przyśpieszenia cywilizacyjnego, jakie dokonało się na naszym kontynencie po roku tysięcznym. Oto w ciągu trzystu lat ten wielki obszar, pełen nędzy i barbarzyństwa, przemienił się tak bardzo, że w następnych wiekach zaczął odgrywać wiodącą rolę w skali całej planety. Arab, Chińczyk czy Hindus z IX czy X wieku zapewne opisałby Europę jako kontynent barbarzyński, gdzie króluje tylko głód, nędza i choroby.

Tak przecież mogłoby pozostać na tym zachodnim skraju Eurazji, będącym łatwym łupem najeźdźców ze wschodu i północy. Tak się jednak nie stało. Europa w zadziwiająco krótkim czasie (od XI do XIV wieku) stała się silna, a dokonała tego nie dzięki swym bogactwom naturalnym, nie przez ekspansję na inne kontynenty, nie przez grabieże i podboje. Siłę swą wykrzesała z siebie, a była to siła ducha, jej duchowy rozkwit. I dlatego ten okres w historii Europy jest tak pasjonujący teraz, gdy walory umysłu znów decydują o dobrobycie narodów.

Wiele jest czynników, które przyczyniły się do tak spektakularnych postępów w rozwoju Europy, ale niewątpliwie jednym z nich jest fenomen pielgrzymek do miejsc świętych, pieszych pielgrzymek na ogromne odległości, podejmowanych corocznie przez setki tysięcy ludzi, a więc znaczącą część całego społeczeństwa. One to przyczyniały się do rozpowszechniania na obszar całego kontynentu zdobyczy techniki i sztuki, do rozwoju dróg wykorzystywanych także przez kupców i szkolarzy, do rozwoju banków i obrotu pieniądzem.

Fenomen pielgrzymek stał się ruchem masowym w XI wieku. Były trzy główne miejsca pielgrzymek: do Grobu Chrystusa w Jerozolimie, do grobu św. Piotra w Rzymie oraz do grobu św. Jakuba Apostoła w hiszpańskim mieście Compostela. O ile łatwo wytłumaczyć intencje pielgrzymów zdążających do Jerozolimy i Rzymu, to trudno wytłumaczyć fakt, że w ciągu trzystu lat kilka milionów ludzi, nawet z północnych Niemiec i Holandii, podjęło gigantyczny wysiłek, aby odwiedzić grób św. Jakuba, zamiast poprzestać na pielgrzymowaniu do pobliskich sanktuariów lub do Rzymu, czy na przykład do Wenecji, gdzie znajdowały się relikwie św. Marka Ewangelisty, czy wreszcie do Bizancjum, które było wielką skarbnicą świętych relikwii.

Przyznam, że nigdzie nie znalazłem przekonującego wytłumaczenia tego fenomenu. Być może do popularności tego celu pielgrzymek przyczyniła się urocza legenda o cudownym odnalezieniu grobu apostoła, a także doskonale zorganizowana opieka nad pielgrzymami na całej, długiej trasie. Nie wiemy też, jak ważną rolę przy podejmowaniu decyzji o wyruszeniu w drogę odgrywała, obok celu pokutnego, również chęć przeżycia przygody, poznania tajemniczych krain, a także opowieści o najeźdźcach arabskich i walkach prowadzonych z nimi przez królów katolickich.

Trzeba zresztą przyznać, że św. Jakub był jednym z najbardziej szanowanych apostołów Chrystusa. Był biskupem Jerozolimy i jako pierwszy z nich zginął tam w 44 roku, ścięty z rozkazu Heroda Agrypy. Król zakazał go pochować, jednak dwóch uczniów wykradło ciało i wyruszyło z nim łodzią bez żagli na Morze Śródziemne. Łódź przybiła do brzegu dopiero na Atlantyku, w rejonie miasta Padron, w Hiszpanii. Uczniowie pochowali święte ciało w tajemnicy i na wiele wieków nikt nie znał miejsca pochówku. Ustne podania musiały jednak krążyć wśród ludzi, bo w 813 roku świątobliwy pustelnik Pelayo miał widzenie, że oto gwiazda prowadzi go na pobliskie wzgórze, gdzie znajduje się grób apostoła. I rzeczywiście, w pieczarze, na skraju pola, odnalazł mogiłę, o czym doniósł biskupowi. W dwadzieścia lat później król Asturii Alfons II złożył hołd świętemu i polecił wybudować kaplicę, a także ufundował opactwo benedyktyńskie. On to ogłosił św. Jakuba patronem chrześcijańskiej Hiszpanii i patronem walki z niewiernymi. Już wkrótce, bo w roku 844, ten nowy patron walczył u boku następcy Alfonsa II, króla Ramiro I, w jego zwycięskiej bitwie z Maurami pod Clavijo. Od tego czasu św. Jakub uzyskał przydomek Matamoros – pogromca Maurów.

I tak oto zaczęła się rozprzestrzeniać sława tego miejsca, gdzie był pochowany święty apostoł, męczennik i orędownik u Boga dla wszystkich katolików – sława miejsca nazwanego Santiago (Sant Jakob) de Compostela. To ostatnie słowo oznacza pole, które wskazała gwiazda (campus Stelle – pole gwiezdne).

Już w X wieku notowany był tu ruch pielgrzymkowy, ale jego pełny rozkwit rozpoczął się w wieku XI. W następnym, XII wieku została spisana Księga Świętego Jakuba, bardzo poczytna w całej Europie, a mnich francuski Aymery Picaud napisał ciekawy i szczegółowy przewodnik dla pielgrzymujących do grobu św. Jakuba w Composteli. Jest to chyba pierwszy przewodnik turystyczny w Europie! Trzeba podkreślić, że już wtedy, w połowie XII wieku, na całym szlaku istniały kościoły i klasztory pielgrzymkowe, hospicja i szpitale dla pielgrzymów, dobrze utrzymane i strzeżone drogi i pobudowane mosty – a więc cała potrzebna infrastruktura, aby pomóc pielgrzymom w spełnieniu celu ich życia, jakim często była pielgrzymka do tak ważnego i odległego sanktuarium.

I tak było aż do czasu wielkiej zarazy, do połowy XIV wieku, a więc przez okres, który możemy nazwać rozkwitem Europy, nie tyle jako obszaru na mapie świata (choć to też jest ważne), ale jako idei, jako marzenia o Europie zjednoczonej, które jednak nigdy nie zostało spełnione.

Dziś już tylko niewielkie ślady pozostały po dawnych pielgrzymkach – szereg romańskich kościołów, skarbce kościelne, stare klasztory, krużganki, mosty. A jednak warto zanurzyć się w przeszłość, wczuć się w tamtą, jakże inną od naszej, atmosferę i mentalność ludzi. Warto też poznać miasta, które były kamieniami milowymi na ich trudnym szlaku wędrownym. A więc ruszam w drogę wraz z Teresą, moją wierną towarzyszką życia. Ze względu na stan zdrowia nie podróżujemy piechotą, ale jedziemy nieśpiesznie, ciekawi, czy uda się nam chociaż w małej części poznać tajemnicę szlaku do Composteli, będącą przecież częścią wielkiej tajemnicy, jaką był rozkwit Europy po roku tysięcznym.

VÉZELAY

Początek trasy wyznaczyliśmy sobie w Vézelay, w Burgundii. Nie był to wybór przypadkowy. Vézelay było bowiem w średniowieczu punktem, w którym przecinały się ważne szlaki wędrowne z Anglii i północnej Francji w kierunku Rzymu ze szlakami z Niemiec i Niderlandów w drodze do Hiszpanii.

Vézelay, położone wśród burgundzkich, falujących wzgórz, wśród pól i lasów, na grzbiecie długiego, wyniosłego wzgórza, było z daleka dobrze widoczne dla wędrowców. W starożytności zamieszkane było przez Celtów, potem opuszczone. W IX wieku benedyktyni wybrali to właśnie wzgórze na miejsce dla swego klasztoru, którego znaczenie musiało być duże, bo bezpośrednio podlegał on papieżowi. Jednak właściwy rozgłos zyskało Vézelay w 1050 roku, kiedy to jego opat ogłosił, że w krypcie kościoła odkryto grób św. Marii Magdaleny. Nie wiemy, czy było to świadome działanie, czy też błędnie odczytał on jakąś inskrypcję, dość, że odkrycie to stało się wielką sensacją, przyciągającą tłumy pielgrzymów. Dziś zapewne uśmiechamy się na myśl o łatwowierności ludzi tamtych czasów, ale godzi się wspomnieć, że po zdobyciu Jerozolimy przez Persów w 638 roku na rozkaz papieża wiele świętych relikwii przewieziono do Europy, w tym najwięcej do Francji. Nie było więc niczego niemożliwego w tym, że relikwie św. Marii Magdaleny umieszczono w Vézelay, a na przykład relikwie św. Łazarza – w pobliskim Autun. A może rzeczywiście były to relikwie świętej?

Warto podkreślić, że autentyczność tak ważnych relikwii musiała zostać potwierdzona przez papieża. W 1103 roku dokonał on tego aktu. Dopiero wtedy podjęto budowę wielkiej bazyliki, mogącej pomieścić tłumy pielgrzymujących nie tylko do Vézelay, ale przede wszystkim do Rzymu i do Composteli. Wiele grup pielgrzymkowych obierało Vézelay jako punkt zborny. W XII wieku było ono u szczytu sławy, nie tylko w Burgundii, ale i w całej Francji. Nie jest więc rzeczą dziwną, że właśnie to miejsce wybrał św. Bernard, założyciel zakonu cystersów, aby w 1146 roku w obecności króla Francji, rycerstwa i ogromnego tłumu wiernych uroczyście wezwać do drugiej wyprawy krzyżowej.

Tu też, w pół wieku później, słynny król Anglii Ryszard Lwie Serce spotkał się z królem Francji Filipem II Augustem przed trzecią krucjatą.

Sława Vézelay nie trwała jednak długo. Zgasła w 1280 roku, kiedy to mnisi z St. Maximin w Prowansji ogłosili uroczyście, że odkryli kości św. Marii Magdaleny w pobliskiej grocie. Odpowiadało to z kolei podaniu, że Maria Magdalena dokonała swego życia jako pustelniczka, być może właśnie w Prowansji.

Klasztor benedyktyński jednak nadal istniał, chociaż w XVI wieku hugonoci dokonali wielkich zniszczeń. Po rewolucji francuskiej państwo zarządziło kasatę zakonu benedyktynów, przejmując wszystkie ich majątki. Wielka bazylika popadła w ruinę, miała jednak szczęście. Oto w 1840 roku wysoko ocenił jej wartość artystyczną sam Prosper Mérimée, odpowiedzialny w rządzie francuskim za przegląd dziedzictwa narodowego. Nakazał on słynnemu architektowi Eugène’owi Viollet-le-Duc odbudowę kościoła.

W tym czasie miasteczko było niemal całkowicie opuszczone. I dziś jest nadal ciche i urocze. Z dolnego placyku, gdzie zatrzymują się autokary wycieczkowe, mozolnie idziemy w górę jedyną uliczką, która prowadzi do bazyliki. Sam kościół pobudowano w najwyższej części wzgórza, a jego wysoka wieża, widoczna z kilkunastu kilometrów, była dla pielgrzymów jak morska latarnia.

Fasada zachodnia rozczarowuje. Czuje się jej nieautentyczność. I rzeczywiście, jest ona w dużej mierze dziełem Viollet-le-Duca, który podobnie jak w Carcassonne i w wielu innych miejscach Francji swoimi pomysłami uzupełnił to, co było zniszczone.

Obszerny, mroczny przedsionek prowadzi do kościoła. Ale zanim tam wejdziemy, stajemy zachwyceni przed wielkim portalem z 1125 roku. W tympanonie, nad drzwiami, centralne miejsce zajmuje figura Chrystusa rozsyłającego apostołów do wszystkich ludów świata. Na łuku, nad tympanonem, artysta umieścił Arabów, Ormian, Turków, Etiopczyków, Żydów, w dole natomiast ludy znane tylko z ludowych podań – olbrzymów i karłów, ludzi z wielkimi uszami i ludzi o psich pyskach.

Do nich wszystkich kieruje Chrystus swoich apostołów, aby głosili Dobrą Nowinę. Wszystkich przyjmuje też z wielkimi, otwartymi dłońmi. Wspaniała to brama dla kościoła pielgrzymkowego, tym bardziej że jej kompozycja i poziom artystyczny budzą zachwyt. Portal ten bowiem jest jednym z najlepszych przykładów rzeźby romańskiej we Francji.

Równie wielkie wrażenie robi kościół. Długa, romańska nawa i rząd arkad, oddzielających ją od naw bocznych. Sklepienie kolebkowe, z rytmem biało-czarnych, kamiennych gurtów, prowadzi wzrok ku prezbiterium. Główny ołtarz, jak przystało na kościół pielgrzymkowy, otoczony jest wieńcem kolumn, za którymi znajduje się gotyckie obejście, bo ta część kościoła pochodzi z XIII wieku. W obejściu wieniec kaplic, aby umożliwić mnichom jednoczesne odprawianie kilku mszy świętych. Ten zwyczaj, wprowadzony w Cluny, rozpowszechnił się w wielu miejscach Francji i przejęty został przez wielkie katedry gotyckie.

Całość wnętrza robi wrażenie harmonii i piękna. Jest szlachetna w swojej prostocie, sprzyjającej skupieniu i modlitwie. Nie ma tu bocznych ołtarzy, nie ma natłoku dekoracji, które przesłaniają rzeczy najważniejsze. Jedyną dekoracją są płaskorzeźbione głowice półkolumn w arkadach między nawami. Ogromne tu bogactwo motywów, opartych na Biblii oraz na legendach inspirowanych obserwacją przyrody. W sumie jest tu podobno aż dziewięćdziesiąt dziewięć rzeźbionych głowic z pierwszej połowy XII wieku! Cóż za znakomita okazja do poznania sposobu podejścia rzeźbiarzy tamtych czasów do swych dzieł – nieskrępowana fantazja twórcza przy zachowaniu dyscypliny co do rozmiarów głowic.

Nocujemy w niewielkim pensjonacie pamiętającym wiele wieków, w pokoju z widokiem na bazylikę. Jest cichy, jesienny wieczór. Miasteczko szybko usypia. Na szczęście nie ma tu wielkich, hałaśliwych hoteli, a ostatnie autokary już odjechały. Znajdujemy przytulną gospodę i zamawiamy specjalności kuchni burgundzkiej – sałatę z grzankami i gorącym boczkiem oraz polędwicę z sosem roquefort. Do tego, oczywiście, kieliszek czerwonego burgunda. Jesteśmy przecież w jednym z najsłynniejszych okręgów winiarskich na świecie. Tu winnice wprowadzili starożytni Rzymianie, a od wczesnego średniowiecza sztukę tę kultywowali mnisi benedyktyńscy i cystersi. Panują tu niepodzielnie tylko dwa szczepy winne: chardonnay dla win białych (m.in. słynne wina okręgu Chablis) i pinot noir dla win czerwonych (wina z Côte d’Or i Beaujolais). Mimo tej monokultury wina bordoskie bardzo różnią się smakiem, w zależności od gleby, nasłonecznienia stoku i średniej wilgotności powietrza. Pinot noir nie jest tak ciemny, jak z krain południowych, jest raczej ubogi w garbniki, o smaku owocowym. Jakość tych win jest bardzo zróżnicowana, ale najlepsze z nich zapewniły sławę Burgundii na stołach świata.

My pijemy oczywiście wino z piwniczki oberżysty, znakomicie pasujące do potrawy z polędwicy.

AUTUN

Zaledwie osiemdziesiąt kilometrów na południowy wschód od Vézelay leży Autun. Miasto zostało założone za czasów cesarza Augusta w 10 roku naszej ery, z zamiarem zbudowania na ziemiach Gallów „małego Rzymu”. Wobec skrajnie nieprzyjaznego dla Rzymian otoczenia metropolia ta została silnie ufortyfikowana. Wały obronne posiadały pięćdziesiąt cztery wieże strażnicze i cztery kamienne bramy. Ale wewnątrz miasta oprócz wielu świątyń zbudowano też dwa teatry i amfiteatr. System akweduktów zapewniał dostawy świeżej, źródlanej wody. Jakże inne było to nowe, wytworne i wygodne dla mieszkańców miasto od ponurych i prymitywnych warowni galijskich. I o to chodziło Rzymianom. Była to bowiem realizacja ciekawej koncepcji zjednania podbitych ludów przez ukazanie im wyższości cywilizacyjnej zdobywców. A położenie miasta nie było przypadkowe. W odległości zaledwie 29 kilometrów od Autun, noszącego wtedy nazwę miasta Augusta (Augustodunum), na szczycie potężnego wzgórza Mt. Beavray, znajdowała się stolica Gallów Bibracte. To tu w 52 roku p.n.e. plemiona galijskie zjednoczyły się do obrony swych ziem przed Rzymianami i obrały za wodza Wercyngetoryksa. Jak wiemy, uległy one po długotrwałych walkach Cezarowi, a ich wódz został wzięty do niewoli. Rzymianie zajęli Galię, ale odtąd nie orężem, ale wyższością poziomu życia postanowili oni pozyskać plemiona galijskie. I okazało się, że ta rzadko spotykana strategia odniosła sukces. Oto Gallowie stopniowo przenosili się ze swojego ponurego gniazda na wzgórzu do kwitnącego, pięknego Augustodunum. W końcu Bibracte opustoszało całkowicie, gdy jego mieszkańcy dostrzegli wielorakie korzyści z kontaktów z Rzymianami. Jakże ciekawy jest to przykład pokojowych metod panowania w zdobytym kraju.

Dziś można podziwiać w Autun dwie bramy z czasów rzymskich, mocno przerobiony teatr i tajemniczą „świątynię Janusa”.

My jednak szukamy pozostałości po wiekach średnich, dlatego zaraz po przyjeździe kierujemy się ku średniowiecznej dzielnicy miasta z jej kulminacją – katedrą św. Łazarza.

Katedra zbudowana została w latach 1120–1146 dla uczczenia relikwii św. Łazarza, które w VIII wieku przywiezione tu zostały z Marsylii.

Tympanon portalu w katedrze w Autun

Sama katedra jest potężna i nieco ponura, z wysoką nawą główną flankowaną kanelowanymi pilastrami zamiast półkolumn. To niezwyczajne rozwiązanie dla stylu romańskiego świadczy o upodobaniu architekta do budowli antycznych, których tak wiele pozostało jeszcze w tamtych czasach w mieście. Najciekawsze są tu jednak rzeźby – w głównym portalu oraz w głowicach pilastrów.

Wielki portal, prowadzący do katedry od strony zachodniej, wyrzeźbiony został około roku 1135 przez mistrza Gislebertusa, który przybył tu z Vézelay. Musiał to być już wtedy sławny rzeźbiarz, mający poczucie własnej wartości, bo podpisał dzieło, umieszczając swe imię pod prawą stopą Chrystusa, a więc w sferze nieba.

W portalu przedstawiona jest tak sugestywna wizja sądu ostatecznego, że do dziś dzieło to uchodzi za jedno z najciekawszych przedstawień tego tematu w historii sztuki.

Pośrodku wielkiego tympanonu Chrystus zasiadł, aby sprawować sąd nad żywymi i umarłymi. Po jego prawej ręce zbawieni przyjmowani są przez św. Piotra do Jeruzalem niebieskiego, natomiast po lewej stronie rozgrywa się dramat – ważenie dusz przez Michała Archanioła i Szatana. Anioł z czułością obejmuje szalkę z duszą, która dzięki temu miłosiernemu gestowi jest cięższa od szalki Szatana. Ten jednak nie daje za wygraną i siłą ściąga swoje ramię wagi ku dołowi. Dramatyzm tej sceny artysta podkreślił przez przeciwstawienie smukłej, eleganckiej sylwetki anioła brutalności i szpetocie Szatana.

Ale nie zawsze wynik ważenia jest tak korzystny dla dusz na sądzie ostatecznym. Po lewej stronie tympanonu aż kłębi się bowiem tłum potępieńców.

Mistrz Gislabertus wyrzeźbił też dla katedry dziesiątki kapiteli pilastrów, jeszcze raz potwierdzając w tych dziełach swoją maestrię poprzez syntetyczne ujęcie tematu i trafność przedstawienia kilku zaledwie szczegółów, które go charakteryzują. Najlepsze z nich są przechowywane w kapitularzu na drugim piętrze, po prawej stronie prezbiterium. Tu z bliska możemy podziwiać jego zmysł kompozycji i sugestywność przedstawienia poszczególnych scen. Wzruszająca swą delikatnością Maryja z dzieciątkiem na osiołku, trzej śpiący mędrcy, budzeni przez anioła, wskazującego na gwiazdę betlejemską, czy tragedia powieszonego Judasza, którego za powrozy trzymają szatani – wszystkie te dzieła zachwycają skrótem narracji i niezwykle sugestywnym przedstawieniem środkami artystycznymi. I pomyśleć, że rzeźby te powstały w pierwszej połowie XII wieku!

PARAY LE MONIAL

Z Autun kierujemy się na południe, wędrując bocznymi drogami po bogatej i żyznej burgundzkiej krainie w kierunku małego miasteczka Paray le Monial. Tu w roku 973 został założony klasztor benedyktynów, który w 999 roku został poddany pod zwierzchnictwo pobliskiego, potężnego opactwa w Cluny. Warto więc skorzystać z okazji i powiedzieć kilka słów o znaczeniu zakonów, w tym w szczególności zakonu benedyktynów, dla rozwoju Europy w XI i XII wieku, a więc w czasie, gdy nasz kontynent budził się z letargu do wielkiego lotu w wiekach następnych.

Jest rzeczą zastanawiającą, że w czasach starożytnych w Grecji i w Rzymie idea monastyczna była niemal nieznana. Dopiero chrześcijaństwo wprowadziło ideał człowieka całkowicie poświęconego Bogu, całym swym życiem realizującego wskazania ewangeliczne. Za pierwszego chrześcijańskiego mnicha – pustelnika uważa się św. Antoniego, syna ubogiego egipskiego wieśniaka. On to, gdy miał dwadzieścia lat, pod wpływem lektury Ewangelii postanowił zerwać wszelkie więzy ze światem i żyć z dala od ludzi, pędząc w swojej samotni życie pełne surowej ascezy, fizycznej pracy i modlitwy przechodzącej w doświadczenia mistyczne. Była to druga połowa III wieku.

Kościół benedyktynów w Paray le Monial

Postawa taka wzbudziła powszechny podziw i szacunek, kierując ku jego samotni tłumy ludzi proszących o poradę, modlitwę, uzdrowienie. Święty Antoni znalazł też szybko wielu uczniów, którzy osiedlali się w pobliskich pustelniach, poddając się jego duchowemu kierownictwu. On sam umarł w roku 356 jako ponadstuletni starzec, a wkrótce potem św. Atanazy Wielki napisał jego biografię, która przyczyniła się do szybkiego rozprzestrzenienia się monastycyzmu w całym świecie chrześcijańskim, a szczególnie w Egipcie, Palestynie, Syrii i w Konstantynopolu. Już wtedy zaczęły się wyłaniać dwie jego koncepcje: anachoretyzm, czyli samotnictwo, oraz życie we wspólnocie według wzoru, jaki stanowiło opisane w Dziejach Apostolskich życie pierwszych chrześcijan w Jerozolimie. Ten drugi wzór wprowadza św. Bazyli w IV wieku, formułując pierwsze „Reguły monastyczne”. Tą drogą postępują św. Ambroży i św. Hieronim w Italii oraz św. Augustyn w Afryce Północnej, który układa „Regułę” dla zgromadzonych wokół siebie księży, żyjących w jednym domu zakonnym. Wskazuje on w tej „Regule” konieczność modlitwy, ascezy i pracy naukowej.

Ten wspólnotowy charakter zgromadzenia zakonnego został chętnie podchwycony w V i VI wieku w południowej i zachodniej Europie, podczas gdy w całej wschodniej części świata chrześcijańskiego dynamicznie rozwijał się model mnicha samotnika, ascetyka aż po krańce ludzkich możliwości, będącego zwykle wielkim autorytetem moralnym dla ludności, hierarchii kościelnej, a nawet dla cesarza Bizancjum. Model ten do pewnego stopnia przetrwał do dnia dzisiejszego w Kościołach wschodnich, wnosząc do chrześcijaństwa tak ważny element uduchowienia – wielkiej modlitwy, medytacji, ascezy i bezkompromisowego realizowania wskazań ewangelicznych.

Natomiast w zachodniej części Europy powstają liczne klasztory, a każdy z nich przyjmuje taką organizację, jaką mu nadał jego założyciel. W jednym z takich klasztorów, założonym na wyniosłym wzgórzu w środkowej Italii, Monte Cassino, w VI wieku przełożonym był św. Benedykt z Nursji. On to około roku 540 opracował dla tego klasztoru „Regułę”, która wkrótce stała się wzorem dla wielu nowych założeń klasztornych. Reguła ta, uzupełniona w IX wieku przez św. Benedykta z Aniane, została powszechnie przyjęta przez wszystkie nowe klasztory nazywane już wtedy benedyktyńskimi. Opiera się ona na trzech filarach: modlitwa, praca fizyczna i umysłowa oraz asceza, przy zapewnieniu samowystarczalności materialnej, a także przyczynianie się do rozwoju cywilizacyjnego krainy, w której mnisi działają.

Taką regułę przyjął także klasztor w Cluny w Burgundii, założony przez księcia Akwitanii w 910 roku. W akcie założycielskim książę uwolnił klasztor od wszelkiej władzy świeckiej i duchownej. Klasztor miał podlegać jedynie papieżowi, ale nawet jemu nie wolno było czerpać z dóbr klasztornych. W ten sposób powstał model silnego i zasobnego, a więc i bardzo wpływowego organizmu, zupełnie odrębnego od ściśle zdefiniowanej, feudalnej drabiny podległości, jaka obowiązywała w średniowieczu. Nic więc dziwnego, że według tego wzoru powstaje w X i XI wieku wiele innych klasztorów benedyktyńskich. Szczególną uwagę zwracano w nich na liturgię. Obrzędy stawały się coraz wspanialsze, tym bardziej że wprowadzono w tym czasie śpiew gregoriański, który od XI wieku zapisywano w gamie sześciotonowej, na czterech liniach. Dużą uwagę zwracano też na naukę mnichów oraz na przechowywanie i kopiowanie ksiąg. Szczególnie potrzebne były liczne egzemplarze ksiąg liturgicznych, ewangeliarzy i Biblii dla setek nowych parafii w chrystianizującej się Europie. Ale poza tym czytano w klasztorach i kopiowano wiele dzieł pisarzy starożytnych, greckich i rzymskich.

Klasztory benedyktyńskie pełniły też niezwykle ważną funkcję gospodarczą, promieniując na całą okolicę. Były one prekursorami nowych, bardziej wydajnych metod uprawy roli i prowadzenia hodowli zwierząt gospodarskich. Mnisi zakładali sady i ogrody warzywne, pasieki, winnice i stawy rybne, a także uczyli okolicznych mieszkańców takich rzemiosł, jak tkactwo, kowalstwo, garncarstwo, kotlarstwo itp.

Wypełniając nakazy ewangeliczne, zakładano przy klasztorach hospicja dla chorych, dla kalek, sierot i podrzutków. Na trasach pielgrzymkowych powstało wiele klasztorów głównie z myślą o opiece nad pielgrzymami, szczególnie w miejscach odludnych i trudnych do przebycia, jak na przykład przełęcze górskie.

Ten fenomen socjologiczny, tajemniczy i niepowtarzalny, jaki stanowi wybuch monastycyzmu w Europie Zachodniej, rozpoczął się w X wieku i dynamicznie rozwijał się przez cały wiek XI i XII. Niewątpliwie sprzyjało mu nowe rozwiązanie, jakie przyjęto pod koniec X wieku: że wszystkie nowe klasztory benedyktyńskie zakładane były odtąd jako córy klasztoru w Cluny. Kierowane były one przez przeorów, którzy podlegali opatowi Cluny, a ten jedynie papieżowi. Trzeba dodać, że każdy klasztor był eksterytorialny, niepodległy jurysdykcji władzy świeckiej, a więc mógł stanowić miejsce azylu dla prześladowanych. Wszystko to sprawiało, że sieć klasztorów stanowiła w średniowieczu potężną siłę moralną, gospodarczą, kulturalną i przez swą niezależność i wysoki prestiż społeczny mogła skutecznie oddziaływać na świat polityki, ekonomii i sztuki.

A sieć ta była zaiste imponująca. Pod koniec XI wieku w Europie istniało ponad 2000 klasztorów benedyktyńskich, w tym 1450 klasztorów podległych Cluny. A w każdym z nich żyło co najmniej kilkudziesięciu mnichów oraz kilkuset kleryków i osób świeckich związanych z klasztorem. W sumie było to kilkaset tysięcy osób, co stanowiło 1–2 procent całej ludności w zachodniej części Europy.

Tak wielka armia ludzi musiała mieć wpływ na postęp techniczny, gospodarczy i kulturalny całych narodów, a pietyzm dla sztuki i liturgii wpływał także na postęp w architekturze tego okresu.

Cluny miało jeszcze i to szczęście, że w całym XI wieku opatami było tylko dwóch bardzo wybitnych, mądrych ludzi. Byli nimi: św. Odilon kierujący opactwem przez pięćdziesiąt cztery lata (994–1048) i św. Hugon będący opatem przez sześćdziesiąt lat (1049–1109). Ten ostatni pasjonował się architekturą. Osobiście nadzorował budowę kilku kościołów klasztornych, zanim zdecydował się na budowę największej i najwspanialszej świątyni chrześcijańskiej do czasów powstania renesansowej katedry św. Piotra w Rzymie. Był to kościół opacki w Cluny (tzw. Cluny III). Budowla ta, ukończona w 1131 roku, miała pięć naw, 187 metrów długości i niemal 30 metrów wysokości. Od wschodu nawę główną i nawy boczne otaczał przepiękny wieniec dziewięciu absyd. Kościół posiadał aż osiem potężnych, widocznych z daleka wież. Było to bez wątpienia szczytowe osiągnięcie stylu romańskiego w skali Europy, swym ogromem, a także wystrojem wnętrza, znacznie przewyższające późniejsze, a przecież tak wielkie, gotyckie katedry Île-de-France. Zapewne dziwi, że niemal nic nie wiemy o tym architektonicznym cudzie epoki średniowiecza, a tak dobrze znamy sylwetki katedr w Paryżu, Reims czy Chartres. Milczenie to wynika zapewne z dwóch powodów – po pierwsze do dziś zachował się jedynie mały fragment tej budowli, bo reszta została po prostu rozebrana na budulec, a po drugie, decyzję o sprzedaniu kościoła na materiał budowlany wydały władze francuskie po rewolucji 1789 roku, która mieniła się rewolucją niosącą oświecenie i postęp. Wtedy też dokonano kasaty zakonu benedyktynów, przejmując wszystkie ich dobra i nagromadzone przez wieki skarby kultury. Przykład Cluny najlepiej świadczy o tym, do czego jest zdolny oślepiony ideologią wandalizm.

Ale wróćmy do Paray-le-Monial. Jego fundatorem był właśnie św. Hugon. Budowę kościoła rozpoczęto w 1090 roku jako próbę przed zbudowaniem Cluny III. Oczywiście skala budowli jest nieporównanie mniejsza, ale główne elementy stylu Cluny są już obecne – dwie poważne, piękne wieże zapraszają do wnętrza – smukłego i wysokiego. Na zbiegu nawy i transeptu potężna wieża, a od wschodu – wieniec kaplic, tak często potem stosowany w kościołach klasztornych oraz pielgrzymkowych stylu romańskiego i wielkich katedrach gotyckich.

Ale kościół ten to także znane sanktuarium maryjne. O jego randze świadczyć może fakt, że w 1986 roku pielgrzymował tu sam Ojciec Święty Jan Paweł II. Złożył on właśnie w tym miejscu hołd nie tylko Maryi, ale i całej rodzinie benedyktyńskiej, za jej ogromny wkład w tworzenie Europy prawdziwie chrześcijańskiej, opartej na ewangelicznych zasadach. Jaka szkoda, że późniejsze wieki tak daleko odeszły od tej pięknej idei!

LE PUY

Następnym znaczącym przystankiem na naszej drodze było Le Puy. Leży ono w obszernej dolinie, otoczonej szarymi, wulkanicznymi wzgórzami, wśród pól i łąk Owernii. Już w XI wieku był to ważny punkt zborny dla pielgrzymów wędrujących do Composteli z okolic Lyonu, Clermont-Ferrand i ze Szwajcarii. To wtedy miasto przeżywało największy swój rozkwit i wtedy to zbudowano wielką katedrę, klasztor i hospicjum dla pielgrzymów.

Katedra stoi na miejscu starożytnej świątyni, bo miejsce to zamieszkane było już w starożytności. Z zewnątrz zachwyca różnymi kolorami kamieni granitowych i bazaltowych, użytych do jej budowy. Pasy ciemne i jasne przywodzą na myśl kościoły Italii, ale też i szereg innych kościołów Owernii.

Ogromne wnętrze robi ponure wrażenie, bo ściany są z ciemnego tufu wulkanicznego, z którego zbudowane są okoliczne wzgórza. Teren ten bowiem jeszcze u końca epoki trzeciorzędu (a więc około dwóch milionów lat temu) był pod bardzo aktywnym działaniem wulkanów. Nic więc dziwnego, że w tej okolicy tuf wulkaniczny jest najczęściej stosowanym materiałem budowlanym. Zadziwia nietypowe dla romańszczyzny rozwiązanie sklepień. Zamiast powszechnie stosowanego sklepienia kolebkowego zastosowano tu w nawie głównej rząd sześciu wielkich kopuł. Przywodzi to na myśl kościoły Bizancjum czy też bazylikę św. Marka w Wenecji.

W głównym ołtarzu – bardzo czczona figurka czarnej Madonny. Niestety, jej oryginał został spalony w czasie rewolucji 1789 roku. Jakiż potężny wybuch nienawiści musiał w tym czasie zostać wyzwolony i umiejętnie podsycany, że nawet takie przedmioty kultu niszczono. Obecna figurka jest jedynie jej dziewiętnastowieczną kopią.

Kościół St. Michel w Le Puy(serwis www.fotolia.com)

Do katedry przylega wielki klasztor z XII wieku. Najpiękniejszą jego część stanowi krużganek – niewielki, ale malowniczy, dzięki zastosowaniu dekoracji z różnokolorowych kamieni. Również piękne proporcje kolumienek i wąskie arkady przywodzą na myśl cenne, romańskie relikwiarze.

W Le Puy są jeszcze dwa inne, znacznie wyższe wzgórza aniżeli to, na którym stoi kompleks katedralny. Na szczycie najwyższego z nich usytuowano w 1860 roku stalowy posąg Matki Boskiej (Notre Dame de France), wykonany po stopieniu armat zdobytych w wojnie krymskiej. Ze wzgórza tego rozciąga się wspaniały widok na miasto i okoliczne wzgórza. Ale znacznie ciekawsze, wręcz unikalne, jest wzgórze trzecie. Jest to pinakiel z lawy, strzelający stromo w górę do wysokości 82 metrów. Na jego szczycie w X wieku umieszczono małą świątynkę St. Michel d’Aiguilhe. Mały i nierówny teren wymusił nieregularność wnętrza, które mimo wszystko zawiera nawy, a nawet mały krużganek o uroczych, prymitywnych kolumienkach i resztkach romańskich malowideł na ścianach. Prostota, skromność, spokój – wymarzone miejsce na medytację, na pustelnię, obserwowanie z daleka ludzkiej krzątaniny i zamartwiania się.

Wieczorem błądzimy po wąskich, brukowanych uliczkach starego miasta, rozsiadłego u stóp wzgórza katedralnego i czerpiącego przez wieki z jego istnienia swoje soki witalne. Rozmawiamy o tym, jak wielkie wrażenie musiało to niezwykłe miasto robić na pielgrzymach, zdążających do Composteli.

CONQUES

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

ANDALUZJAislam i rekonkwista

Dostępne w wersji pełnej

SERCE PORTUGALII

Dostępne w wersji pełnej

Perigord i Quercykraina zastygła w historii

Dostępne w wersji pełnej

ALZACJAkraina winnic i łagodnych wzgórz

Dostępne w wersji pełnej

Z HISTORII ITALII

Dostępne w wersji pełnej

COSTIERA AMALFITANA

Dostępne w wersji pełnej

APULIAoliwki, wino i trulli

Dostępne w wersji pełnej

NA PIASTOWSKIM SZLAKU

Dostępne w wersji pełnej

NA STYKU KULTUR

Dostępne w wersji pełnej

BIBLIOGRAFIA

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja i korekta Anna Gądek

Projekt okładkiKatarzyna Gubrynowicz

O ile nie zaznaczono inaczej, zdjęcia w książce autorstwa Teresy i Macieja Nowickich

© Copyright by Maciej Nowicki, 2017

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

[email protected]

www.bernardinum.com.pl

ISBN 978-83-7823-968-0

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com