Wydawca: AGORA SA Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 541 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moja najdroższa - Gabriel Tallent

Turtle Alveston ma czternaście lat i problemy z czytaniem. Potrafi za to świetnie strzelać, posługiwać się nożem i przez wiele dni wędrować po lesie, żywiąc się tym, co upoluje. W zapuszczonym domu w środku lasu wychowuje ją apodyktyczny ojciec, który wierzy, że ludzkość jest na krawędzi katastrofy. Chory z miłości izoluje córkę od otoczenia, całkowicie kontroluje jej życie, znęca się nad nią psychicznie i fizycznie. Ale Turtle wciąż jest jego ukochaną córeczką. Jego najdroższą własnością. Dziewczyna nie jest jednak bezbronną ofiarą. Żeby wyzwolić się spod władzy ojca potwora, wykorzysta przeciwko niemu wszystko, czego właśnie on ją nauczył.
Gabriel Tallent pisze szorstko, ale z wielką uwagą dla detalu. Jego świat drży od kształtów, wrażeń. Mistrzowski styl nie pozwala emocjom opaść nawet na chwilę. Najważniejsza książka 2017 roku według „Washington Post”, „USA Today”, „New York Timesa”, „Business Insider”, „La times” oraz Amazon.com i National Public Radio.

„Niektóre powieści lubimy wystarczająco, by je polecać. Ale bardzo rzadko zdarzają się takie, które zapamiętujemy na zawsze. Na mojej krótkiej liście znalazła się Moja najdroższa” – Stephen King

Gabriel Tallent nie bierze jeńców. W swojej debiutanckiej powieści dotyka jednego z ostatnich tabu naszej kultury: kazirodztwa i pedofilii. Jego bohaterka, Turtle, to młodsza siostra Lisbeth Salander – małomówna twardzielka o specyficznym zestawie umiejętności, która może liczyć tylko na siebie. Zamiast komputerem posługuje się jednak konwencjonalną bronią palną, a krzywdzi ją nie bezosobowy system, ale własny ojciec, z którym łączy ją toksyczna mieszanka miłości, strachu, wdzięczności, poczucia winy i nienawiści. Trudno się czyta, jeszcze trudniej odłożyć. Mocna rzecz” – Katarzyna Wężyk 

„«Moja najdroższa» to przerażająca powieść. Po dwustu stronach lektury złapałam się na ściskaniu pięści, jakbym miała zaraz wpaść między litery i przywalić ojcu bohaterki. Ale Turtle musiała stoczyć tę walkę sama. Wbrew ciału i ludzkiej wytrzymałości” – Sylwia Chutnik 

„Tallent napisał powieść poruszającą w czytelniku najgłębsze emocje. «Moja najdroższa» opowiada o bestii w ludzkiej skórze. Przypomina, dlaczego boimy się bestii i dlaczego tak trudno jest tę bestię porzucić” – Łukasz Orbitowski 

Opinie o ebooku Moja najdroższa - Gabriel Tallent

Fragment ebooka Moja najdroższa - Gabriel Tallent

Tytuł oryginału: My Absolute Darling

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Jaya Miceli, Krzysztof Rychter

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

MY ABSOLUTE DARLING by Gabriel Tallent

Copyright © 2017 by Gabriel Tallent

By arrangement with the author. All rights reserved.

© copyright by Agora SA 2018

© copyright for the Polish translation by Dariusz Żukowski

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2119-6 (epub), 978-83-268-2120-2 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla Glorii i Elizabeth

1

Stary dom siedzi na wzgórzu cały w płatach odłażącej białej farby, a po ramach wykuszowych okien i okrągłych drewnianych barierkach wspinają się róża i bluszcz. Różane pnącza wypaczyły deski elewacji i gęsto je oplątały. Żwirowany podjazd zaśmiecają pokryte śniedzią łuski. Martin Alveston, wielki mężczyzna w levisach i flanelowej koszuli, wysiada z pick-upa i nie oglądając się na siedzącą w szoferce Turtle, wchodzi na werandę – jego wojskowe buty głucho tupią na deskach – i otwiera szklane przesuwne drzwi. Turtle chwilę czeka, wsłuchując się w cykanie stygnącego silnika, a potem rusza za nim.

W salonie jedno z okien jest zabite blachą i grubą dyktą, do której przyczepiono tarcze strzelnicze. Dziury po kulach są tak skupione, jakby ktoś podszedł ze strzelbą i z odległości kroku wypalił strugę śrucin w sam środek tarczy. Pociski pobłyskują w postrzępionych otworkach jak woda w studni.

Jej tato stawia puszkę fasoli na starej kuchence, otwiera ją, zapala kciukiem zapałkę i włącza gaz, który najpierw pyrka, a potem powoli rozpala się pomarańczowym płomieniem, oświetlając ciemne ściany z sekwojowych desek, niepolakierowane szafki, zatłuszczone pułapki na myszy.

W kuchennych drzwiach nie ma zamka, tylko dziury po klamce i zasuwce. Martin otwiera je kopnięciem i wychodzi na niedokończoną werandę – jaszczurki biegają po oplecionym jeżynami belkowaniu, nad które wybijają się skrzypy oraz pokryta dziwnym meszkiem i wydzielająca kwaskowaty odór świńska mięta. Martin staje w szerokim rozkroku na dwóch belkach i zdejmuje z wypaczonej deski poszycia patelnię, którą tam zostawił, by szopy wylizały ją do czysta. Odkręca kran zardzewiałym kluczem nastawnym, podstawia patelnię pod mocny strumień wody i przeciera w brudnych miejscach narwanymi wiechciami skrzypu. Wraca, stawia ją na gazie, woda syczy i pryska. Z zielonej lodówki bez światełka wyjmuje dwa steki zawinięte w brązowy papier, sięga po przyczepiony do paska szeroki nóż firmy Daniel Winkler, przeciera go o dżinsy, nadziewa każdy połeć mięsa na ostrze i kolejno kładzie na patelni.

Turtle podskakuje i siada na blacie kredensu – szorstkie sekwojowe deski noszą stare ślady po młotku, którym wbijano w nie gwoździe. Spomiędzy pustych puszek wyławia sig sauera, odciąga zamek i spogląda na miedzianą łuskę w oknie komory. Wycelowuje z broni na próbę i odwraca się, żeby sprawdzić, co on na to, a on stoi wsparty ręką o szafkę i uśmiecha się zmęczonym uśmiechem, nie podnosząc wzroku.

Gdy miała sześć lat, polecił jej założyć kapok, by tłumił uderzenia kolby, uprzedził, że ma nie dotykać gorących łusek, i kazał strzelać z powtarzalnego rugera kaliber 22, więc strzelała, siedząc przy stole i opierając broń o zrolowany ręcznik. Dziadek musiał usłyszeć strzały po drodze ze sklepu monopolowego, bo stanął w drzwiach, ubrany w dżinsy, szlafrok frotte oraz skórzane sandały z frędzelkami, i powiedział:

– Do diabła, Marty!

Tato siedział na krześle obok Turtle, czytając Badania dotyczące zasad moralności Hume’a, ale odłożył książkę okładką do góry nogami i powiedział: „Idź do swojego pokoju, kruszynko”, więc Turtle poszła na górę skrzypiącymi schodami bez barierki i podstopnic, o sękatych stopniach z sekwoi, starych i tak powyginanych od kiepskiego leżakowania, że pod wpływem naprężenia gwoździe prawie całkiem powychodziły z legarów. Mężczyźni siedzieli na dole w milczeniu – dziadek się jej przyglądał, a Martin wodził opuszkiem palca po literach wytłoczonych na grzbiecie książki. Na górze, leżąc na łóżku z płyt wiórowych, nakryta wojskowym workiem, słyszała, jak dziadek mówi: „Do diabła, Martin, tak nie można wychowywać dziewczynki”, a tato przez długi czas nie odpowiadał, ale w końcu stwierdził:

– Daniel, nie zapominaj, że to mój dom.

Jedzą steki niemal w milczeniu, a na dnie wysokich szklanek z wodą osiadają ziarnka piasku. Między nimi na stole leży talia kart z dżokerem na pudełku: pół jego twarzy wykrzywia szaleńczy uśmiech, drugie pół nosi grymas smutku. Gdy Turtle kończy jeść, odsuwa od siebie talerz, a ojciec się jej przygląda.

Jest wysoka jak na czternastolatkę, pająkowata i szczupła, choć szeroka w biodrach i barkach. Szyję ma długą i żylastą. Najbardziej przykuwają uwagę jej oczy, niebieskie, o migdałowym kształcie, niemal zbyt wielkie w szczupłej twarzy o wyrazistych kościach policzkowych oraz skrzywionych, łatwo odsłaniających zęby ustach – to brzydka twarz, wie o tym, ale niepospolita. Ma gęste blond włosy z pojaśniałymi od słońca pasemkami. Jej skórę pokrywają miedzianobrązowe piegi. Na dłoniach oraz wewnętrznych stronach przedramion i ud widać błękitne żyły.

Martin mówi:

– Idź, przynieś słówka, kruszynko.

Wyciąga niebieski zeszyt z plecaka i otwiera na stronie z ćwiczeniami ze słownictwa na ten tydzień, które starannie przepisała z tablicy. Martin kładzie rękę na zeszycie i przysuwa go ku sobie. Zaczyna czytać z listy:

– Spektakularny – mówi i spogląda na nią. – Strofować.

Jedno po drugim odczytuje kolejne słowa. Potem mówi:

– O, to ten zestaw. Numer jeden. „Puste miejsce – lubił pracować z dziećmi”.

Odwraca zeszyt i przesuwa ku niej. Ona czyta:

1. _______ lubił pracować z dziećmi.

Przegląda spis słówek, wyginając palce u stóp zaparte o deski podłogi. Tato na nią patrzy, ale ona nie zna odpowiedzi. Mówi:

– „Podejrzany”. Może to „podejrzany”.

Tato unosi brwi, a ona wpisuje ołówkiem:

1. Podejrzany lubił pracować z dziećmi.

Martin znów przysuwa sobie zeszyt i patrzy na stronę.

– No dobrze – mówi – to teraz spójrz na numer dwa.

Przesuwa zeszyt w jej stronę, a ona patrzy na drugie zdanie.

2. _______ został zabrany przez policję.

Turtle słyszy, jak Martin oddycha przez skrzywiony nos, a każdy jego oddech jest dla niej nie do zniesienia, bo go kocha. Bada spojrzeniem jego twarz, każdy szczegół, i myśli: ty suko, dasz radę, ty suko.

– Popatrz – mówi tato. – Spójrz.

Wyjmuje jej ołówek spomiędzy palców i dwoma płynnymi ruchami skreśla „podejrzany”, a w to miejsce wpisuje „pediatra”. Oddaje jej zeszyt i pyta:

– Kruszynko, co będzie pod dwójką? Przed chwilą to czytaliśmy. Masz to przed oczami.

Turtle patrzy na stronę, która stała się teraz najmniej istotną rzeczą w całym pokoju, i wypełnia ją niecierpliwość. Martin łamie ołówek i kładzie obie połówki przed notesem. Ona nachyla się nad kartką i myśli: głupia, głupia, głupia, gówno potrafisz. On drapie paznokciami po zaroście.

– No dobra. – Martin garbi się ze zmęczenia, przeciąga palcem po plamce krwi na swoim talerzu. – No dobra, w porządku, dosyć na dzisiaj, już dość. Co z tobą nie tak? – Po chwili kręci głową. – Nie, w porządku, wystarczy. – Turtle siedzi w milczeniu z rozczochranymi włosami rozsypującymi się jej na twarz, a on rozchyla usta i przesuwa żuchwę w lewo, jakby sprawdzał działanie stawu.

Sięga po sig sauera i kładzie go przed nią. Następnie przyciąga ku sobie talię kart i przekłada ją do drugiej ręki. Podchodzi do zabitego okna, staje przed podziurawionymi od kul tarczami, wyjmuje karty z pudełka, wybiera waleta pik i trzymając go obok twarzy, pokazuje jej z przodu, z tyłu i z boku. Turtle siedzi z dłońmi ułożonymi płasko na stole i patrzy na broń. Martin mówi:

– Nie bądź małą pizdą, kruszynko. – Stoi w całkowitym bezruchu. – Zachowujesz się jak mała pizda. Chcesz mi tu pokazać, że jesteś małą pizdą, kruszynko?

Turtle wstaje, przybiera właściwą pozycję i zgrywa muszkę z prawym okiem. Wie, że równo trzyma pistolet, kiedy górna krawędź muszki wygląda jak brzytwa – gdy skrzywi go trochę w górę, dostrzeże połysk na jej górnej powierzchni. Pilnuje, żeby ta krawędź była jak włos, i myśli: ostrożnie, ostrożnie, dziewczyno. Widziana z boku karta jest celem grubości paznokcia. Kładzie palec na spuście wyregulowanym do siły nacisku dwóch kilogramów, bierze wdech, płynnie wydycha powietrze i strzela. Górna część karty opada, wirując jak klonowy nosek. Turtle stoi w bezruchu, lekko drżą jej ramiona. Martin kręci głową, próbując ukryć uśmiech, i dotyka kciukiem ust. Potem wyjmuje kolejną kartę i ją unosi.

– Nie bądź mi tu pizdeczką, kruszynko – mówi, czekając. Kiedy Turtle się nie porusza, dodaje: – No, do cholery, kruszynko.

Turtle kładzie kciuk na kurku. Zna to wrażenie, kiedy broń dobrze leży jej w rękach, i teraz stara się wyczuć, czy wszystko jest w porządku. Krawędź szczerbinki jest szeroka jak jego twarz, lśniąca zielenią trytowa muszka ma rozmiar jego oczu. Przez chwilę, kiedy celuje tam, gdzie patrzy, niebieskie oko Martina zawisa nad cienkim, płaskim horyzontem szczerbinki. Turtle czuje, jak skurcze szarpią jej żołądkiem niczym rybą na haczyku, która wyrywa się między trzciny. Lekko wciska spust, dalej nie ma już żadnego luzu, i myśli: cholera, cholera, nie patrz na niego, nie patrz. Nawet jeśli obserwuje ją nad muszką pistoletu, jego twarz nie zmienia wyrazu. Turtle mierzy w drżącą, rozmywającą się w oczach kartę. Wykonuje płynny wydech i strzela. Karta się nie porusza. Spudłowała. Dostrzega otwór w tarczy znajdującej się o szerokość dłoni od jego twarzy. Spuszcza kurek i obniża broń. Na rzęsach ma jasne koronki łez.

– Spróbuj przycelować – mówi Martin.

Turtle stoi w całkowitym bezruchu.

– Strzelasz znowu czy jak?

Turtle odciąga kurek, unosi broń do dominującego oka – trzyma ją równo, widzi, jak zgrywają się lśniące kropki na muszce i szczerbince, końcówka lufy jest tak stabilna, że można by na niej postawić monetę. Za to karta wykonuje bardzo drobne ruchy w górę i w dół. To drżenie współgra z rytmem jego serca. Turtle myśli: nie patrz na niego, nie patrz mu w twarz. Patrz na muszkę, na jej górną krawędź. W ciszy po wystrzale Turtle zwalnia spust, aż słyszy cyknięcie. Martin demonstracyjnie ogląda nieuszkodzoną kartę. Mówi:

– Tak właśnie myślałem – po czym rzuca kartę na podłogę, wraca do stołu, siada naprzeciw Turtle, bierze książkę, którą wcześniej odłożył, i się nad nią nachyla. Na tarczy strzelniczej za jego plecami ślady po kulach są tak skupione, że dałoby się je zakryć monetą.

Turtle stoi i patrzy na niego przez trzy uderzenia serca. Wyjmuje magazynek, wyrzuca nabój z komory i chwyta go w locie, przesuwa zamek w tylne położenie, po czym popycha pistolet, magazynek i pocisk na stół obok swojego brudnego talerza. Nabój z turkotem zatacza szeroki łuk. Martin ślini palec i przekłada stronę. Turtle stoi i czeka, aż na nią spojrzy, ale on nie podnosi wzroku, a ona się zastanawia: czy to już wszystko? Idzie na górę do swojego pokoju, w którym wrażenie półmroku potęgują niepolakierowane deski podłogi i pnącza bluszczu wciskające się między ramy zachodniego okna.

Tej nocy Turtle czeka na swoim łóżku z płyt wiórowych przykryta wojskowym śpiworem i wełnianymi kocami, przysłuchując się, jak szczury wyjadają resztki z brudnych naczyń w kuchni. Czasami dobiega ją ciche „szuk, szuk, szuk”, gdy siedzący na stosie talerzy gryzoń drapie się w szyję. Słyszy, jak Martin chodzi z pokoju do pokoju. Na wbitych w ścianę kołkach wiszą jej Lewis Machine & Tool AR-10, Noveske AR-15 i Remington 870 – strzelba powtarzalna kaliber 12. Każda broń nadaje się do innego celu. Starannie poskładane ubrania leżą na półkach, skarpetki – w okutej skrzyni u stóp łóżka. Kiedy raz zostawiła nieposkładany koc, zabrał go na podwórze i spalił, mówiąc: „Tylko zwierzęta nie dbają o dom, kruszynko, tylko zwierzęta nie dbają o swój jebany dom”.

Rankiem Martin wychodzi z pokoju, zapinając pas w dżinsach, a Turtle otwiera lodówkę i wyjmuje karton jajek oraz piwo. Rzuca mu butelkę. Martin otwiera ją o kant kredensu, pije. Stoi w rozpiętej flanelowej koszuli. Mięśnie brzucha poruszają się, gdy przełyka. Turtle kolejno rozbija jajka o blat, unosi dłoń, palcami powiększa pęknięcie i połyka zawartość. Skorupki wrzuca do dwudziestolitrowego wiadra na kompost.

– Nie musisz mnie odprowadzać – mówi, ocierając usta.

– Wiem – odpowiada Martin.

– Naprawdę nie musisz – powtarza.

– Wiem, że nie muszę.

Odprowadza ją na autobus: ojciec i córka idą koleinami drogi, a między nimi pas zieleni porośnięty kępami drżączki. Na poboczach – kolczaste, niezakwitłe kępy ostrożnia. Martin przyciska piwo do piersi, a palcami wolnej ręki zapina koszulę. Czekają razem w żwirowanej zatoczce, którą obrastają lilia ognista i amarylis o zwiniętych pączkach. Przez żwir tu i ówdzie przebijają się kwiaty pozłotki kalifornijskiej. Z położonej na dole plaży dochodzi zapach butwiejących glonów, a z odległej o dwadzieścia metrów zatoczki – mieszanina organicznych smrodów. W zatoce Buckhorn woda jest bladozielona, tylko wokół skalnych kolumn formują się białe kurtynki. Dalej wody oceanu przybierają jasnoniebieską barwę i idealnie zlewają się z odcieniem nieba – nie widać linii horyzontu ani żadnych chmur.

– Popatrz na to, kruszynko – odzywa się Martin.

– Nie musisz ze mną czekać – odpowiada Turtle.

– Tylko popatrz, to dobre dla duszy. Patrzysz i myślisz: niech to szlag. Uczyć się to zbliżać się do prawdy. Mieszkasz na końcu świata i myślisz sobie, że oglądanie takich widoków uczy cię czegoś o życiu. Wiesz, o co mi chodzi?

– Tak, tato.

– Lata mijają, a ty przez cały ten czas myślisz, że wykonujesz ważną egzystencjalną pracę: patrzeniem powstrzymujesz ciemność. Pewnego dnia uświadamiasz sobie, że nie wiesz, na co do cholery właściwie patrzysz. Rzeczy są wyjątkowe w swojej osobliwości, niepodobne do niczego poza samymi sobą, a całe to rozmyślanie było tylko wyrazem pychy – każda twoja myśl mijała się z niewytłumaczalną istotą rzeczy, jej ogromem, obojętnością. Latami oglądasz ocean i zdaje ci się, że on coś znaczy, ale on nie znaczy nic.

– Nie musisz tu ze mną przychodzić, tato.

– Niech mnie, uwielbiam tę lesbę – mówi Martin. – A ona mnie. Widzę, jak na mnie patrzy. Zobacz. Prawdziwa miłość.

Autobus sapie, objeżdżając podnóże wzgórza Buckhorn. Martin z łobuzerskim uśmiechem unosi butelkę piwa, pozdrawiając siedzącą za kierownicą kobietę, która w ogrodniczkach Carhartt i traperskich buciorach wydaje się ogromna. Odpowiada mu niewzruszonym spojrzeniem. Turtle wchodzi po schodkach do autobusu i rusza alejką między siedzeniami. Kobieta spogląda na Martina, a on z uniesionym piwem kręci głową i mówi:

– Ale z ciebie sztuka, Margery. Ale z ciebie sztuka.

Margery zamyka obramowane gumową uszczelką drzwi i autobus rusza z szarpnięciem. Turtle spogląda w okno i widzi Martina z uniesioną na pożegnanie dłonią. Siada na wolnym siedzeniu. Elsie odwraca się ku niej, opiera brodę na oparciu i mówi:

– Twój tato jest taki super.

Turtle patrzy przez okno.

Na drugiej lekcji Anna przechadza się w tę i we w tę przed klasą. Wilgotne czarne włosy związała w kucyk. Pianka do surfingu wisi za jej biurkiem i ocieka do plastikowego kosza. Poprawiają testy z ortografii i Turtle, nachylona nad kartką, pstryka długopisem, trenując w ten sposób naciskanie języka spustowego bez ściągnięcia w lewo czy w prawo. Dziewczyny rozmawiają wysokimi, cichymi głosami i Turtle, gdy tylko może, odwraca się w krześle, by wyczytać jakieś słowa z ruchu ich ust.

– Julio – zwraca się do niej Anna – czy mogłabyś przeliterować nam słowo „synekdocha” i podać jego definicję? A potem przeczytać ułożone zdanie?

Chociaż poprawiają testy i leży przed nią kartka innej uczennicy, którą Turtle podziwia po kryjomu, spoglądając na nią czasem z ukosa i gryząc palce, i chociaż ma przed sobą słowo „synekdocha” napisane zgrabnym pismem za pomocą kolorowego gel pena, nie potrafi tego zrobić. Zaczyna literować:

– S-Y-K... – po czym przerywa, nie umiejąc wyjść z tego labiryntu. Powtarza: – S-Y-K...

Anna mówi łagodnym tonem:

– Fakt, to trudne słowo, Julio. Synekdocha, S-Y-N-E-K-D-O-C-H-A, synekdocha. A czy ktoś chce nam powiedzieć, co ono oznacza?

Rilke, ta druga, znacznie od niej ładniejsza dziewczyna, podnosi rękę, a jej różowe usta układają się z ekscytacji w O.

– Synekdocha: figura stylistyczna, w której część reprezentuje całość. „Korona tego nie aprobuje”.

To z nią Turtle wymieniła się testami i teraz Rilke odpowiada z pamięci, nie patrzy na leżący przed nią test, bo test Turtle jest pusty, poza pierwszą linijką: „Podejrzany. Prawdopodobnie przestępca. Podejrzany został zabrany przez policję”. Turtle nie wie, jak część może reprezentować całość. Nie ma to dla niej sensu, podobnie jak zdanie: „Korona tego nie aprobuje”.

– Bardzo dobrze – mówi Anna. – Kolejne słowo o greckim rodowodzie, podobnie jak...

– Och! – Ręka Rilke wystrzeliwuje w górę. – „Sympatyczny”.

Turtle siedzi na niebieskim plastikowym krześle, gryząc knykcie. Śmierdzi mułem z Potoku przy Rzeźni. Nosi poszarpany podkoszulek i dżinsy podwinięte do połowy bladych łydek, na których widać fragmenty suchej skóry. Pod jednym z paznokci ma brązowy brud po syntetycznym oleju maszynowym. Palce pachną teraz jego prehistoryczną wonią. Lubi wcierać olej w stal gołymi rękami. Rilke obok każdej pustej linijki na teście Turtle postawiła mały, zgrabny X i teraz nakłada błyszczyk na usta, a Turtle myśli: co za zdzira. Tylko spójrzcie na tę zdzirę. Na zewnątrz omiatane wiatrem pole cętkują plamki kałuż, popielatą gliniastą ziemię przecina zalany wodą rów, a dalej zaczyna się ściana lasu. Mogłaby do niego wejść i nikt by jej więcej nie znalazł. Obiecała Martinowi, że tego nie zrobi. Już nigdy.

– Julia – mówi Anna. – Julia!

Turtle odwraca się powoli i patrzy na nią z wyczekiwaniem.

Anna bardzo łagodnie mówi:

– Julio, proszę, skup się na lekcji.

Turtle kiwa głową.

– Dziękuję – mówi Anna.

Kiedy słychać dzwonek na długą przerwę, wszyscy uczniowie wstają, a Anna podchodzi do stolika Turtle. Kładzie dwa palce na blacie i z uśmiechem unosi trzeci, prosząc gestem, by poczekała. Turtle patrzy na wychodzących uczniów.

– No tak... – mówi Anna. Przysiada na stoliku, milcząca i uważna. Przenika spojrzeniem jej twarz i prawie wszystko może z niej wyczytać. Przesuwa wzrokiem po dziewczynie, myśląc: lubię ją, i rozważa, jak najskuteczniej do niej dotrzeć. Dla Turtle jest to zupełnie niezrozumiałe, bo nienawidzi Anny i nigdy nie dała jej żadnego pretekstu, by ją lubiła – nawet Turtle nie lubi samej siebie. Myśli: ty kurwo.

– No to powiedz – odzywa się znowu Anna – co sądzisz o tym teście?

Na jej twarzy pojawia się pytający wyraz – przygryza wargę, unosi brwi, a wilgotne kosmyki włosów uciekają z jej kucyka.

– Julia?

Według Turtle, dziewczyny wychowanej w północnej części wybrzeża, Anna mówi z chłodnym, afektowanym akcentem. Turtle nigdy nie była na południe od rzeki Navarro ani na północ od Mattole.

– Tak? – pyta Turtle. Pozwoliła, by cisza trwała zbyt długo.

– Co myślisz o teście?

– Nie poszedł mi zbyt dobrze – odpowiada.

– A czy zrozumiałaś którąś z definicji?

Turtle nie wie, czego Anna od niej chce. Nie, nie zrozumiała, i nauczycielka na pewno jest tego świadoma. Na każde pytanie, które może zadać, istnieje tylko jedna odpowiedź: Turtle jest beznadziejna.

– Nie – odpowiada. – Nie zrozumiałam żadnej definicji. Chociaż nie, zrozumiałam pierwszą. „Podejrzany został zabrany przez policję”.

– I jak sądzisz, dlaczego tak jest?

Turtle kręci głową – nie potrafi tego wyjaśnić i nie da się zmusić do mówienia rzeczy, których nie ma na myśli.

– A może zostałabyś raz na długiej przerwie – proponuje Anna – i zrobimy sobie razem karteczki do nauki?

– Ale ja się uczę – odpowiada Turtle. – Nie wiem, czy to coś pomoże.

– A co twoim zdaniem mogłoby pomóc?

Anna zadaje pytania, udaje, że tworzy jakąś bezpieczną przestrzeń, ale takiej przestrzeni nie ma.

– Nie wiem – mówi Turtle. – Przerabiam wszystkie słówka z tatusiem. – W tym momencie dostrzega konsternację w oczach Anny i wie, że popełniła błąd, bo żadna inna dziewczyna ze szkoły w Mendocino nie powiedziałaby „tatuś” – mówią do ojców po imieniu albo „tato”. Mówi dalej: – Przerabiamy je i chyba po prostu powinnam przerabiać je trochę dłużej sama.

– Więc chodzi o to, że twoim zdaniem powinnaś poświęcić na to nieco więcej czasu?

– Tak.

– A jak uczysz się z tatą? – pyta Anna.

Turtle się waha. Nie uniknie odpowiedzi, ale wie, że musi być ostrożna.

– No, po prostu je razem czytamy – mówi.

– Jak długo?

Turtle chwyta palec dłonią, strzela kłykciem, unosi spojrzenie i mówi:

– Nie wiem, może z godzinę?

– Naprawdę? – pyta Anna. – Uczycie się przez godzinę każdego wieczora?

– No... – mówi Turtle. Anna się jej przygląda. – Prawie każdego – dodaje. Musi ochronić te chwile, gdy czyści broń, siedząc przed kominkiem, Martin czeka przy lekturze, a blask żaru ucieka z paleniska, pada na ich twarze i oświetla część pokoju, lecz ciemność jest zbyt głęboka, by ją całą rozświetlił.

Anna mówi:

– Będziemy musieli o tym porozmawiać z Martinem.

– Chwilkę. Potrafię przeliterować „synekdochę” – odpowiada Turtle.

– Julio, musimy porozmawiać z twoim tatą – powtarza Anna.

– S-Y-K... – mówi Julia i przerywa, wiedząc, że literuje błędnie, że ona sama to jeden wielki błąd, i za żadne skarby nie potrafi sobie przypomnieć, co dalej. Anna patrzy na nią chłodno, pytająco, i Turtle odpowiada jej spojrzeniem, myśląc: ty suko. Wie, że jeśli będzie się dłużej opierać, jeśli znowu się odezwie, to może coś zdradzić.

– Dobrze – mówi. – Dobrze.

Po szkole idzie do sekretariatu i siada na ławce. Ławka stoi na wprost lady, za którą jest biurko sekretarki i krótki, pomalowany na zielono korytarz do gabinetu dyrektora. Za jego drzwiami Anna mówi:

– To dobra dziewczyna, Dave, ale potrzebuje pomocy – prawdziwej, konkretnej pomocy, której ja jej nie zapewnię. Mam w klasie trzydziestkę uczniów, na litość boską.

Turtle siedzi, strzelając kłykciami, a sekretarka rzuca jej szybkie, poirytowane spojrzenia znad komputera. Turtle nie słyszy zbyt wyraźnie, ale Anna mówi podenerwowanym, głośnym tonem:

– Myślisz, że mam ochotę rozmawiać z tym człowiekiem? Posłuchaj – mizoginia, izolacja, nadopiekuńczość. To trzy wściekle mrugające czerwone lampki. Chciałabym, żeby porozmawiała z pedagogiem, Dave. Dziewczyna jest wyrzutkiem i jeśli nic z tym nie zrobimy, a ona pójdzie do liceum, problem się pogłębi. Teraz możemy jeszcze nadrobić zaległości – wiem, już się staraliśmy, ale musimy postarać się bardziej. A jeśli naprawdę dzieje się coś złego...

Turtle czuje, jak zaciska jej się żołądek. Chryste, myśli.

Sekretarka z głośnym stukiem wyrównuje plik dokumentów o biurko i rusza w stronę korytarza, dyrektor Green coś mówi, a Anna odpowiada mu z irytacją:

– Nikomu to niepotrzebne? Jak to, nikomu niepotrzebne? Mówię tylko, że mamy różne możliwości... No, nie, mówię tylko...

Sekretarka staje pod drzwiami i puka, po czym otwiera, wkłada głowę do środka i mówi:

– Julia już tu jest. Czeka na tatę.

Zapada nagła cisza. Sekretarka wraca do biurka. Martin otwiera drzwi, spogląda na Turtle i podchodzi do lady. Kobieta mierzy go wzrokiem.

– Proszę – mówi, wskazując plikiem papierów, że może wejść. Turtle wstaje i idzie za nim obok biurka i przez korytarzyk. Martin puka jeden raz i otwiera drzwi.

– Proszę wejść, proszę – mówi dyrektor Green. To ogromny mężczyzna o różowej twarzy i wielkich różowych dłoniach. Sadło zwisa mu nad paskiem plisowanych beżowych spodni. Martin zamyka drzwi i staje wyprostowany, równie wysoki i niemal tak szeroki jak one. Ma na sobie niedopiętą flanelową koszulę, spod której wyzierają obojczyki. Długie brązowe włosy związał w kucyk. Klucze zaczynają mu przecierać kieszeń. Nawet gdyby Turtle tego nie wiedziała, dostrzegłaby, że Martin ma przy sobie broń, po tym, jak układa się jego koszula i w jaki sposób usiadł na krześle. Ale ani dyrektorowi Greenowi, ani Annie nie przychodzi to do głowy. Nie przypuszczają nawet, że ktoś może nosić ze sobą broń, i Turtle się zastanawia, czy ona również nie widzi rzeczy, które dostrzegają inni. Ciekawe jakich?

Dyrektor Green bierze miseczkę pełną nadziewanych czekoladek Hershey’s i podsuwa ją najpierw Martinowi, który odmawia gestem dłoni, a potem Turtle, która tylko siedzi w bezruchu.

– Co tam u pana, jak mija dzień? – pyta, odstawiając miseczkę z powrotem na biurko.

– Ech – odpowiada Martin. – Bywało lepiej.

Turtle myśli: źle odpowiedział, tak się nie mówi, ale co ty możesz wiedzieć, jesteś tylko zwykłą suką.

– A ty, Julio? Co u ciebie?

– Wszystko dobrze – odpowiada Turtle.

– Tak, no cóż, jestem pewny, że to trochę stresująca sytuacja – mówi dyrektor Green.

– No i...? – mówi Martin, ponaglając go gestem.

– Przejdźmy do rzeczy, dobrze? – mówi dyrektor Green. Do nowych nauczycieli wszyscy zwracają się po imieniu, ale dyrektor jest od nich starszy o pokolenie, może dwa. – Mimo naszej ostatniej rozmowy Julia nadal ma problemy w szkole i martwimy się o nią. Dostaje słabe oceny. Rozumienie tekstu czytanego też nie idzie jej za dobrze. Ma kłopoty z testami. Ale naszym zdaniem prawdziwym problemem nie jest brak umiejętności, tylko przeświadczenie... Jak by to ująć? Przeświadczenie, że szkoła nie jest przyjaznym miejscem. Sądzimy, że musi poczuć się tu dobrze – poczuć, że tu przynależy – i dopiero wtedy pokaże, co umie. Naszym zdaniem w tym właśnie tkwi problem.

– Pracowałam trochę z Julią – odzywa się Anna – i myślę, że...

Martin nachyla się w krześle, splata dłonie i jej przerywa:

– Nadrobi materiał.

Turtle cała sztywnieje z zaskoczenia. Patrzy na Martina i myśli: co ty robisz? Chciałaby, żeby spojrzał na Annę, spojrzał jej prosto w oczy – a wie, że to potrafi – dzięki czemu ona poczuje się dobrze i przestanie przejmować całą sprawą.

Anna mówi:

– Julia ma problemy zwłaszcza z innymi dziewczynami. Zastanawialiśmy się, czy nie mogłaby porozmawiać z Mayą, naszą pedagog. Wielu uczniów taka rozmowa bardzo podnosi na duchu. Naszym zdaniem Julia wiele zyska, wiedząc, że jest w szkole przyjazna dusza, ktoś, komu może się zwierzyć...

Martin mówi:

– Nie możecie uzależnić promocji Julii od spotkania z pedagogiem. Więc co możemy zrobić, żeby przeszła do następnej klasy?

Kieruje wzrok na dyrektora Greena. W Turtle narasta przerażenie, ale ona je tłumi, bo choć nie rozumie, co się dzieje, to może Martin rozumie. Myśli: tatusiu, co ty robisz?

– Martin, chyba zaszło nieporozumienie – mówi Anna. – Nie zatrzymamy Julii na następny rok. Obcięto nam budżet na szkołę letnią i praktycznie nie mamy możliwości objęcia ucznia indywidualnym tokiem nauczania, więc wszystkich przepuszczamy do liceum. Ale jeśli ukończy gimnazjum bez dobrych przyjaciół i z taką zdolnością uczenia się i czytania jak teraz, będzie łapać kiepskie stopnie, a potem nie dostanie się do dobrego college’u. Dlatego tak ważne jest, żeby rozwiązać te problemy teraz, w kwietniu – do końca roku jest jeszcze trochę czasu. Chodzi wyłącznie o dobro Julii. Według nas cotygodniowe spotkania z kimś, z kim mogłaby porozmawiać, powinny pomóc rozwiązać ten problem.

Martin nachyla się, jego krzesło skrzypi. Odnajduje spojrzenie dyrektora Greena i patrząc mu w oczy, rozkłada ręce, jakby pytał: „Skoro nie będzie żadnych konsekwencji, to co my tu, do diabła, robimy?”.

Dyrektor Green patrzy na Annę. Martin też na nią spogląda, jakby się zastanawiał, jaki ma sens poświęcanie jej uwagi, po czym znów zwraca się w stronę dyrektora Greena. Zakłada, że Green tu szefuje i że to on jest twardym orzechem do zgryzienia. W jego oczach Anna jest zbyt natrętna i zbyt bezsilna. Turtle nie rozumie, czemu tak sądzi. Po wszystkich wcześniejszych rozmowach spostrzegła, że Martin nie robi na dyrektorze Greenie żadnego wrażenia. Dyrektor jest zupełnie nieporuszony. Turtle wie, że Green ma kosookiego syna z zespołem Downa, jest szefem tej placówki od ponad dwudziestu lat, a Martin nie mówi jego językiem. Nic, co powie, nie przekona dyrektora. Najważniejsze podczas tego spotkania to być uprzejmym i pokazać, że Turtle się stara, a Martin przejmuje opinią nauczycieli, ale on tego nie robi, nie mówi właściwych rzeczy, tylko próbuje zastraszyć dyrektora Greena, tak jak usiłował to zrobić już wcześniej.

– Martin – mówi Anna – jestem bardzo oddana pracy z Julią i robię wszystko, co możliwe, żeby przygotować ją do liceum, ale pewnych barier nie przeskoczę, a ona w szkole nie angażuje się w lekcje i jest zdekoncentrowana.

– Panie Green – mówi Martin, jakby w odpowiedzi na argumenty Anny. Dyrektor marszczy brwi, przechyla się lekko na bok w fotelu i splata dłonie na ogromnym brzuchu. – Powodzenie Julii nie zależy od tego, czy będzie otoczona specjalną troską albo opieką terapeuty. To nie jest szczególnie skomplikowane. Zajęcia szkolne ją nudzą. Żyjemy w ekscytujących i strasznych czasach. Na Bliskim Wschodzie trwa wojna. Stężenie dwutlenku węgla w atmosferze sięga czterystu części na milion. Jesteśmy w samym środku szóstego wielkiego wymierania gatunków. W następnej dekadzie przekroczymy szczytowy punkt na krzywej Hubberta. Może już go nawet przekroczyliśmy, a bez ropy będziemy dalej eksploatować złoża gazu ziemnego, co stanowi inne, choć nie mniej poważne zagrożenie dla wód gruntowych. Mimo wszystkich waszych wysiłków nasze dzieci często sądzą, że woda cieknie z kranu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie wiedzą, że pod naszym miastem znajduje się warstwa wodonośna, że jest już prawie wyczerpana i że nie mamy żadnego planu zaopatrzenia miasta w wodę, kiedy wyschnie. Większość z nich nie wie, że pięć z ostatnich sześciu lat było najgorętszych w historii. Wyobrażam sobie, że są zainteresowani własną przyszłością. Zamiast tego moja córka rozwiązuje testy z pisowni. W ósmej klasie. Czy was to dziwi, że myśli o innych rzeczach?

Turtle patrzy na niego i próbuje zobaczyć go oczami dyrektora Greena i Anny. Nienawidzi tego, co się przed nią odsłania.

Dyrektor Green sprawia wrażenie, jakby inni rodzice nieraz wyrażali już te same obiekcje w jeszcze bardziej stanowczy sposób. Mówi:

– Cóż, Marty, to nie do końca tak. Uczniowie zdają ostatni test z pisowni w piątej klasie. Ósmoklasiści uczą się słów o greckiej i łacińskiej etymologii, a to właśnie one są potrzebne do zrozumienia i wyrażenia zjawisk, o których opowiadasz.

Martin wpatruje się w niego. Dyrektor mówi dalej:

– Choć oczywiście oczekujemy, że będą poprawnie pisać.

Martin się nachyla – Colt 1911 wybrzusza tył jego flanelowej koszuli na wysokości nerki – i choć zachowuje spokój, gest ten wyraża siłę i dominację. Wydaje się, że obaj mężczyźni ważą mniej więcej tyle samo, lecz o ile ogromny dyrektor przelewa się przez fotel, Martin siedzi sztywno jak skała. Turtle wie, że celem tego spotkania jest okazanie dobrej woli i wysłuchanie trosk nauczycieli. Martin chyba tego nie rozumie.

– Sądzę – mówi – że powinniśmy pozwolić Julii samodzielnie nawiązywać relacje z rówieśnikami i zajmować się pracą domową w sposób, jaki uzna za najlepszy. Nie możecie za pomocą nakazu zrobić z niej ekstrawertyczki. Nie możecie kazać jej chodzić do psychologa ani uznać, że nuda i brak zainteresowania nużącym programem to choroba. Więc nie powiem jej, że potrzebuje specjalnej troski, i nie pozwolę, by inni jej to wmówili. Wsłuchuję się w wasze wątpliwości, czy poradzi sobie z obowiązkami licealnymi, ale jestem niemal pewny, że liceum będzie korzystną odmianą po otępiających testach pisowni i pozbawionych fabuły książkach dla dzieci. Julia podoła wyzwaniom, które przyniesie przyszły rok. Jednak przyjąłem wasze troski do wiadomości: tu i teraz zapewniam, że znajdę więcej czasu, by pomóc Julii w nauce, i wypracuję z nią umiejętność uczenia się, której, jak uważacie, nie ma. Znajdę na to czas co wieczór i w weekendy.

Dyrektor Green zwraca się do Julii:

– Julio, co o tym sądzisz? Chciałabyś się spotkać z Mayą?

Turtle siedzi sztywna z otwartymi ustami i ma ochotę strzelić kłykciem. Wodzi spojrzeniem od taty do Anny. Chciałaby jakoś udobruchać nauczycielkę, ale nie może się przeciwstawić Martinowi. Wszyscy na nią patrzą. Mówi:

– Anna naprawdę chce mi pomóc, tylko ja jej chyba na to nie pozwalam. – Wszyscy w pokoju wydają się zaskoczeni. – Myślę – ciągnie – że powinnam trochę ciężej pracować, być trochę bardziej otwarta na pomoc Anny i może uważniej jej słuchać. Ale nie chcę się z nikim spotykać.

Gdy spotkanie dobiega końca, jej tato wstaje, otwiera przed nią drzwi i razem idą do pick-upa. Wsiadają bez słowa. Martin kładzie rękę na zapłonie i w zamyśleniu patrzy w boczne okno. W końcu mówi:

– To szczyt twoich ambicji? Być niepiśmienną małą piczą?

Uruchamia silnik i gdy wyjeżdżają z parkingu, Turtle powtarza sobie słowa: niepiśmienna mała picz. Ich znaczenie trafia ją znienacka, jakby konserwa tkwiąca w puszce z pluskiem wypadła na talerz. Różnym częściom jej osoby, które pozostają dla niej bezimienne i niezbadane, on nagle nadaje nazwę, a wtedy ona w tej nazwie bardzo wyraźnie dostrzega siebie i się nienawidzi. Martin zmienia biegi pełen milczącego, buzującego gniewu. Turtle nienawidzi się, nienawidzi tej niedokończonej, niezałatanej dziury. Wjeżdżają na żwirowany podjazd, Martin parkuje przed werandą i wyłącza silnik. Wchodzą razem po schodkach na górę. Tato wchodzi do kuchni, bierze piwo z lodówki i otwiera je o blat kredensu. Siada przy stole i zeskrobuje kciukiem jakąś plamkę. Turtle klęka i kładzie głowę na jego wyblakłych niebieskich dżinsach. Mówi:

– Przepraszam, tatusiu.

Przesuwa palcami po białych powyciąganych nitkach i opiera twarz o wewnętrzną stronę jego uda. On siedzi, nie patrząc na nią, z piwem między kciukiem i palcem wskazującym, a ona zastanawia się rozpaczliwie, co może zrobić – ta mała, dziurawa dziewczynka, dziurawa i niepiśmienna.

Martin mówi:

– Nawet nie wiem, jak zacząć. Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Ludzkość sama się zabija. Robi to powoli, skutecznie, wspólnie sra we własną wannę i obsrywa cały świat, bo nie potrafi przyjąć do wiadomości, że on istnieje. Ten tłuścioch i ta sucz – oni tego nie rozumieją. Ustawiają ci poprzeczki, przez które masz skakać, i każą ci myśleć, że tak to właśnie jest na świecie. Że składa się z poprzeczek. Ale tak nie jest i nie możesz tak myśleć. Świat to zatoka Buckhorn i Parów przy Rzeźni. To jest świat, a ta szkoła to... cienie, zakłócenia. Nigdy o tym nie zapominaj. Ale musisz bardziej uważać. Jeśli się potkniesz, zabiorą mi ciebie. Więc co ja ci właściwie mówię...? Że szkoła to bzdura, ale i tak musisz grać według ich reguł? – Patrzy na nią, jakby szacował jej inteligencję. Potem wyciąga rękę, ujmuje ją za podbródek i mówi:

– Co się dzieje w tej twojej małej główce?

Obraca jej głowę w jedną i drugą stronę, wpatruje się w nią uważnie. W końcu mówi:

– Wiesz, ile dla mnie znaczysz, kruszynko? Ratujesz mi życie każdego ranka, gdy wstajesz z łóżka. Słyszę twoje ciche kroki na schodach i myślę: to moja dziewczynka, to dla niej żyję.

Przez chwilę milczy. Ona kręci głową, a serce przepełnia jej złość.

Tej nocy czeka w ciszy i nasłuchuje z ostrzem scyzoryka przytkniętym do twarzy. Cicho go otwiera i zamyka, przytrzymując kciukiem listwę zwalniającą, żeby nie pstryknęła. Słyszy, jak jej tato chodzi z pokoju do pokoju. Turtle odcina sobie półksiężyce paznokci. Kiedy on się zatrzymuje, ona zamiera w bezruchu. Martin stoi w ciszy w salonie na dole. Turtle powoli i ostrożnie zamyka scyzoryk. Strzela kłykciami palców stóp, naciskając je piętą. Martin wchodzi po schodach i ją podnosi, a ona oplata go ramionami, gdy niesie ją w dół, a potem przez pogrążony w mroku salon do swojej sypialni, gdzie cienie olchowych liści wyostrzają się i rozmywają na ścianie, a ich ciemnozielone woskowate kształty rysują się w szybie. Brązowe deski podłogi są spękane jak od uderzeń siekiery, niedokończona listwa podłogowa z sekwojowego drewna urywa się, odkrywając pod ścianą czarną szczelinę, za którą są fundamenty bez rur kanalizacyjnych i gdzie potężne belki ze starych drzew wydają zapach przypominający czarną herbatę, rzeczne kamienie i tytoń. Kładzie ją, opuszki jego palców łaskoczą jej uda, jej żebra rozchylają się i zwierają w rytm oddechu. Każde skryte w cieniu zagłębienie, każda wypukłość – nieskazitelnie biała. Myśli: zrób to, chcę, żebyś to zrobił. Leży, wiedząc, że to może się stać w każdej chwili, i patrzy w okno na małe zielone szyszki olch, i przychodzi jej do głowy: to właśnie ja, te gęste myśli oraz krwawy szpik wydrążonych kości udowych i połączonych, delikatnie wygiętych kości przedramion. On przykuca nad nią i ochrypłym, pełnym zachwytu głosem mówi: „A niech cię, kruszynko, a niech cię”. Kładzie dłonie na łagodnych rogach jej kości biodrowych, na jej brzuchu, na twarzy. Ona patrzy, nie mrugając. Martin mówi: „A niech cię”, przebiega pobliźnionymi palcami po jej splątanych włosach, a potem ją odwraca i teraz ona leży twarzą w dół, i w tym czekaniu na przemian chce i nie chce. Pod jego dotykiem jej skóra ożywa, a ona zatrzymuje to wszystko w prywatnym teatrze umysłu, gdzie każda rzecz jest dozwolona, a ich dwa rzucone na prześcieradło cienie się łączą. Martin przeciąga dłonią po jej udzie, ujmuje pośladek i mówi: „A niech cię, a niech cię”, po czym przesuwa ustami po kręgach, całuje każdy z nich, wyczekuje każdego, i znów głosem przytłumionym od emocji mówi: „A niech cię”. Jej nogi są rozchylone, ukazując szczelinę, która prowadzi do ciemnej jamy wnętrzności i on sądzi, czego jest pewna, że to właśnie cała prawda o niej. Chwyta garść jej włosów i odkłada je na poduszkę, by odsłonić kark – bawiąc się drobnymi kosmykami, mówi szorstkim głosem: „A niech cię”. Ona gardło ma przyciśnięte do poduszki, pełne papierowych wilgotnych liści, jakby sama nasączała je niczym zimna jesienna plucha, lodowata woda smakująca pieprzem i sosną, dębowymi liśćmi i zielonym aromatem polnej trawy. On sądzi, że rozumie jej ciało i faktycznie – zdradziecko – tak jest.

Kiedy on śpi, ona wstaje i samotnie idzie przez dom, przytrzymując nabrzmiałe krocze, by zatrzymać w nim uciekające ciepło. Kuca w wannie, patrzy na miedzianą armaturę, polewa się zimną wodą, a jego nasienie, przypominające pajęczą sieć rozpiętą między palcami, klei się nawet pod strugą bieżącej wody i wydaje tylko gęstnieć. Staje przy porcelanowym zlewie, myje ręce, a w swoim lustrzanym odbiciu widzi oczy ojca. Kończy się myć, zakręca miedziany, ornamentowany kurek i spogląda w ten przetykany białymi nitkami błękit, w czarny otwór źrenicy, która się sama rozszerza i zwęża.

2

Gdy znad zroszonych traw podnosi się mgła, Turtle zdejmuje z kołków Remingtona 870, wciska zatrzask i odciąga chwyt. W komorze widać zieloną łuskę naboju. Zamyka zamek, kładzie sobie strzelbę na ramię, schodzi na dół i wychodzi z domu tylnymi drzwiami. Zaczyna padać deszcz. Krople opadają z sosen, drżą na liściach pokrzyw i paproci. Turtle przechodzi po belkach tarasu i brnie w dół zboczem wzgórza, na którym wśród butwiejących pni poruszają się traszki o szorstkiej skórze i smukłe salamandry. Piętami miażdży rozmiękłą warstwę liści mirtu i wygniata ślady w czarnej glebie. Ostrożnie trawersami schodzi do źródła Potoku przy Rzeźni, gdzie rosną paprocie o ciemnych łodygach i liściach niczym zielone łzy, splątane nasturcje wydają ożywczy, wilgotny aromat, a skały pokryte są łuskami przylaszczek.

Potok wylewa się z omszałej szczeliny w zboczu wzgórza, a jego spadający strumień wyrył w nagiej skale pod spodem wielką sadzawkę pełną zimnej, klarownej, żelazistej wody i latami rozmiękających kłód. Turtle siada na nich, zdejmuje ubrania, odkłada strzelbę i wślizguje się do kamiennego basenu: przychodzi tu, by zaznać specyficznego rodzaju ukojenia, takiego, jakie znaleźć można w zimnych miejscach – czystych, chłodnych i żywych. Wstrzymuje oddech i schodzi na dno zbiornika, przyciąga kolana pod brodę, jej włosy rozpływają się na boki jak wodorosty, a wtedy otwiera pod wodą oczy, patrzy w górę i pod powłoką skrapianej deszczem tafli sadzawki widzi wielkie sylwetki pływających traszek o rozczapierzonych palcach, złotoczerwonych brzuchach i leniwie poruszających się ogonach. Są powyginane i zniekształcone, jak wszystkie rzeczy oglądane pod wodą. Zimno dobrze jej robi, przywraca jasność myśli. Wynurza się, wychodzi na stertę kłód i czując, że do ciała powraca ciepło, obserwuje okalający ją las.

Wstaje i ostrożnie wspina się zboczem wzgórza, małymi kroczkami we wzmagającym się deszczu przechodzi po podłogowej belce werandy, po czym wchodzi do kuchni, gdzie zaskoczona czarnoogoniasta łasica unosi głowę i patrzy na nią z łapą zawieszoną nad talerzem pełnym starych wołowych kości.

Kładzie strzelbę na kredensie, podchodzi do lodówki i staje mokra w jej otwartych drzwiach, z włosami przylepionymi do pleców i policzków. Rozbija jajka o krawędź blatu kredensu, wlewa sobie zawartość prosto do ust, a skorupki wyrzuca do wiadra na kompost. Słyszy, jak Martin wychodzi z sypialni i idzie korytarzem. Wchodzi do kuchni i ponad jej ramieniem patrzy przez otwarte drzwi na padający deszcz. Turtle się nie odzywa. Opuszcza dłonie na blat. Na strzelbie perlą się krople. Woda błyszczy na zielonych rowkowanych łuskach nabojów w bocznej ładownicy.

– No tak, kruszynko – mówi, spoglądając poprzez nią. – No tak...

Turtle odkłada karton jajek. Wyjmuje piwo i rzuca mu butelkę, a on ją chwyta.

– Czas iść na autobus?

– Nie musisz mnie odprowadzać.

– Wiem.

– Naprawdę nie musisz, tatusiu.

– Wiem o tym, kruszynko.

Nic już nie mówi. Stoi przy kredensie.

Idą razem drogą w nasilającym się deszczu. Koleinami płynie woda, niosąc sosnowe igliwie. Zatrzymują się na końcu prowadzącego do ich domu podjazdu. Przy pokruszonej krawędzi asfaltu kłosy tomki wonnej i dzikiego owsa chylą się pod naporem deszczu, a po ich łodygach pnie się powój. Słyszą szum Potoku przy Rzeźni dźwięczący echem w przepuście pod drogą stanową Shoreline. Na stalowoszarym oceanie białe grzywy rozbijają się o czarne skalne kolumny.

– Popatrz tylko, jaki skurwiel – mówi Martin, a ona patrzy przed siebie, nie rozumiejąc, co ma na myśli: zatoczkę, ocean, kolumny skał? Słyszy, jak stary autobus zmienia biegi, wyjeżdżając zza zakrętu. – Uważaj na siebie, kruszynko – mówi Martin ponurym głosem. Autobus staje z jękiem, drzwi otwierają się w akompaniamencie syku i głuchego szurania gumowych uszczelek. Martin salutuje kobiecie za kierownicą, trzymając butelkę przy piersi i zachowując powagę w obliczu jej kpiarskiego uśmiechu. Turtle wchodzi po schodkach i rusza między siedzeniami gumowanym, podświetlonym chodniczkiem, którego rowki wypełnia teraz deszczówka, a twarze uczniów są jak niewyraźne białe plamy rozproszone wśród ciemnozielonych winylowych krzesełek. Autobus rusza, a Turtle siada na wolnym miejscu.

Ilekroć pojazd zwalnia, woda spływa w przód pod siedzeniami w żłobieniach gumowego chodnika, a uczniowie z obrzydzeniem podnoszą stopy. Turtle siedzi i patrzy, jak woda cieknie pod nią, niosąc odprysk różowego lakieru do paznokci. Rilke siedzi po drugiej stronie przejścia z kolanami opartymi o tył siedzenia przed nią, czyta książkę i przesuwa kosmyki włosów w dłoniach, aż między jej palcami zostają króciutkie kitki. Jej płaszcz London Fog ocieka wodą. Turtle zastanawia się, czy gdy zakładała go do szkoły, pomyślała: dobra, wezmę go, ale muszę na niego uważać. Taki deszcz nie pasuje do pory roku, ale nie słyszała, żeby ktoś o tym mówił. Chyba nikt poza nią i tatusiem się tym nie przejmuje. Zastanawia się, co pomyślałaby sobie taka Rilke, gdyby zobaczyła ją w nocy, kiedy siedziała pod gołą żarówką w swoim pokoju o ścianach z surowych desek z wykuszowym oknem wychodzącym na wzgórze Buckhorn i nachylona nad rozłożoną bronią starannie układała każdą część – czy coś by z tego zrozumiała? Nie, myśli sobie, oczywiście, że nie. To jasne. Nikt nie rozumie nikogo.

Turtle ma na sobie stare levisy, pod nimi czarne wełniane rajstopy Icebreaker, na górze zaś lepiący się od wilgoci podkoszulek, flanelową koszulę, oliwkową, stanowczo za dużą wojskową kurtkę i czapeczkę z daszkiem. Myśli sobie: oddałabym wszystko, żeby być tobą. Wszystko. Ale to nieprawda i Turtle o tym wie.

Rilke mówi:

– Masz fajną kurtkę.

Turtle odwraca wzrok. Rilke dodaje szybko:

– Ale ja mówię serio. Nie mam nic podobnego, wiesz? Takiego stylowego i retro.

– Dzięki – odpowiada Turtle, szczelniej okrywając ramiona i wkładając dłonie w rękawy.

– Masz takie stylowe ciuchy, coś jak Kurt Cobain plus military shop.

– Dzięki – odpowiada Turtle.

Rilke ciągnie dalej:

– Anna nieźle po tobie jedzie na tych testach ze słówek.

– Jebana Anna, głupia dziwka – mówi Turtle. Ramiona ma skryte w ogromnej masie kurtki. Wilgotne od deszczu dłonie o zbielałych kłykciach wciska między uda. Rilke parska śmiechem, lustrując przód i tył autobusu. Ma bardzo długą szyję otoczoną prostymi, błyszczącymi kosmykami czarnych włosów. Turtle nie wie, jak to możliwe, że są takie błyszczące, takie proste, skąd się bierze ten połysk, ale Rilke ponownie odwraca się ku niej z roziskrzonym spojrzeniem, zakrywając usta dłonią.

– O Boże – mówi – o Boże!

Turtle się jej przygląda.

– Boże – powtarza Rilke, nachylając się konspiracyjnie. – Nie mów takich rzeczy!

– Dlaczego? – pyta Turtle.

– Przestań, Anna jest bardzo miła – mówi Rilke, wciąż nachylona.

– To pizda – stwierdza Turtle.

Rilke pyta:

– Słuchaj, a może chciałabyś coś czasem porobić?

– Nie – mówi Turtle.

– Okej – odpowiada po chwili Rilke. – Fajnie się gadało. – Po czym wraca do lektury.

Turtle odwraca się od niej, patrzy na siedzenie przed sobą, a potem spogląda przez pokryte warstwą wody okno. Dwie dziewczyny nabijają cybuch fajki z dmuchanego szkła. Autobus dygoce i wibruje. Prędzej bym cię, myśli Turtle, rozerżnęła od dupy po jebane gardełko, niż się z tobą przyjaźniła. Głęboko w kieszeni trzyma składany nóż Kershaw Zero Tolerance z odkręconym klipsem mocowania. Myśli: ty dziwko, siedzisz tam z tym swoim lakierem na paznokciach i miziasz się po włosach. Nawet nie wie, czemu Rilke to robi – po co ogląda końcówki kosmyków? Co tam jest do oglądania? Wszystkiego w tobie nienawidzę, myśli. Nienawidzę, jak mówisz. Nienawidzę twojego dziwkarskiego głosiku. Ledwie da się usłyszeć to popiskiwanie. Nienawidzę cię i nienawidzę tej śliskiej małej małży między twoimi nogami. Turtle patrzy na Rilke i myśli: jasna cholera, ona naprawdę przygląda się tym włosom, jakby to było coś ciekawego.

Gdy dzwonek ogłasza długą przerwę, Turtle, pluszcząc butami, schodzi wzgórzem na boisko. Brnie w kierunku bramki, deszcz falami omiata zalaną murawę. Boisko otacza czarny od wody las, drzewa są rachityczne i poskręcane, cienkie jak tyczki, bo rosną w kiepskiej glebie. Wąż pończosznik zakosami przecina taflę wody z dumnie uniesioną głową – jest czarny z zielonymi i miedzianymi paskami, ma wąską, żółtą szczękę, czarny pyszczek i lśniące czarne oczy. Przecina zalany rów i już go nie ma. Turtle ma ochotę iść naprzód, zerwać się do biegu. Chce przemierzać przestrzeń. Odejść, ruszyć w las – to jak otworzyć bębenek w rewolwerze życia, zakręcić nim i zatrzasnąć. Obiecała Martinowi, obiecywała wiele razy. Nie może ryzykować, że ją straci, jednak, myśli Turtle, przecież tak się nie stanie. Nie zna tego lasu na wylot, ale dość dobrze. Stoi na środku pola, patrzy w las i myśli: do diabła, do diabła z tym.

Słychać dzwonek. Turtle odwraca się i patrzy na szkołę na szczycie wzgórza. Niskie budynki, zadaszone łączniki, gromady gimnazjalistów w wodoodpornych kurtkach, przepełnione, tryskające wodą rynny.

[...]