Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moja mroczna strona - Gabrielle Zevin

Corleone w spódnicy, mafia, honor i przygoda! Doskonała wizja przyszłości, świetnie skonstruowany świat i dużo... czekolady! Akcja serii rozpoczyna się w 2083 roku w zdewastowanym Nowym Jorku. Czekolada i kawa są nielegalne, produkowane i dystrybuowane przez mafijne rodziny, które miasto podzieliły na swoje dystrykty. Papier jest trudno osiągalny, a woda racjonowana. Główna bohaterka Anya, niezwykle przebojowa 16-latka, córka największego bossa czekoladowego, zostaje wplątana i oskarżona o otrucie swojego chłopaka smakołykami czekoladowymi produkowanymi przez jej rodzinę.

I tom „czekoladowej” trylogii.

Opinie o ebooku Moja mroczna strona - Gabrielle Zevin

Fragment ebooka Moja mroczna strona - Gabrielle Zevin

Ga­briel­le Ze­vin

MOJA MROCZ­NA STRO­NA

Przełożyła Anna Gren

Tytuł ory­gi­nału: All The­se Things I’ve Done

Co­py­ri­ght © 2011 by Ga­briel­le Ze­vin

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Anna Gren, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa, MMXIV

Dla mo­je­go ojca Ri­char­da Ze­vi­na, który wie wszyst­ko

„Czy sam zo­stanę bo­ha­te­rem ni­niej­szej po­wieści, czy miej­sce to zaj­mie kto inny, następne roz­strzygną stro­ni­ce”1.

Roz­dział IBro­nię swo­je­go ho­no­ru

W noc po­prze­dzającą mój pierw­szy rok w no­wej szko­le – miałam za­le­d­wie szes­naście lat – Ga­ble Ar­sley oświad­czył, że chce pójść ze mną do łóżka. Nie w od­ległej ani na­wet bli­skiej przyszłości. Na­tych­miast.

Prawdę mówiąc, mój gust, jeśli cho­dzi o mężczyzn, po­zo­sta­wiał wie­le do życze­nia. Pociągali mnie chłopcy, którzy nie mie­li w zwy­cza­ju o co­kol­wiek pro­sić. Tacy jak mój oj­ciec.

Wróciliśmy właśnie z ka­fej­ki, która znaj­do­wała się w pod­zie­miach kościoła przy Uni­ver­si­ty Pla­ce. W tam­tych cza­sach ko­fe­ina była za­ka­za­na, po­dob­nie jak mi­lion in­nych sub­stan­cji. Li­sta nie­le­gal­nych pro­duktów ciągnęła się bez końca (były na niej między in­ny­mi pa­pier, na który trze­ba było mieć spe­cjal­ne po­zwo­le­nie, te­le­fon z ka­merą, cze­ko­la­da i tak da­lej). Pra­wo zmie­niało się tak szyb­ko, że łatwo było popełnić przestępstwo zupełnie nieświa­do­mie. Ale to nie miało wiel­kie­go zna­cze­nia. Chłopcy w nie­bie­skich mun­du­rach nie da­wa­li już rady. Mia­sto było na skra­ju ban­kruc­twa. Według mnie zwol­nio­no około sie­dem­dzie­sięciu pięciu pro­cent za­trud­nio­nych w służbach porządko­wych. Po­li­cjan­ci, którzy nadal byli na służbie, nie mie­li cza­su przej­mo­wać się na­sto­lat­ka­mi na ko­fe­ino­wym haju.

Po­win­nam się była domyślić, co się święci, kie­dy Ga­ble za­pro­po­no­wał, że od­pro­wa­dzi mnie do domu. Tra­sa z ka­wiar­ni na Za­chod­nią Ulicę Dzie­więćdzie­siątą była dość nie­bez­piecz­na, szczególnie w nocy, ale Ga­ble nig­dy dotąd mnie nie od­pro­wa­dzał. Miesz­kał bliżej cen­trum. W każdym ra­zie uzna­wał, że jakoś so­bie radzę, sko­ro jesz­cze mnie nie za­bi­to.

We­szliśmy do miesz­ka­nia, które należało do mo­jej ro­dzi­ny prak­tycz­nie od za­wsze, to zna­czy od 1995 roku, kie­dy uro­dziła się moja bab­cia Ga­li­na. Ga­linę, którą na­zy­wa­liśmy „Naną”, ko­chałam jak ni­ko­go na świe­cie. Te­raz moja bab­cia zajęta była umie­ra­niem w swo­im po­ko­ju. Była naj­starszą i naj­bar­dziej scho­ro­waną osobą, jaką kie­dykolwiek znałam. Kie­dy otwo­rzyłam drzwi miesz­ka­nia, od razu usłyszałam dźwięk apa­ra­tu­ry, która pod­trzy­my­wała pracę jej ser­ca i resz­ty or­ga­ni­zmu. Je­dy­nym po­wo­dem, dla którego nie wyłączy­li jesz­cze ma­szyn, jak w przy­pad­ku in­nych moc­no scho­ro­wanych osób, było to, że bab­cia od­po­wia­dała za mo­je­go star­sze­go bra­ta, moją młodszą siostrę i mnie. Jej umysł nadal świet­nie funk­cjo­no­wał. Cho­ciaż Nana była przy­ku­ta do łóżka, nic nie mogło umknąć jej uwa­dze.

Tam­te­go wie­czo­ru Ga­ble wypił chy­ba sześć espres­so, w tym dwa zmie­sza­ne z pro­za­kiem (który też był nie­le­gal­ny!) – i dosłownie go roz­no­siło. Nie mam za­mia­ru go uspra­wie­dli­wiać, próbuję tyl­ko wyjaśnić kil­ka spraw.

– Aniu – po­wie­dział, roz­luźniając kra­wat i sia­dając na ka­na­pie. – Wiem, że ma­cie w domu cze­ko­ladę. Oddałbym za nią wszyst­ko. No da­lej, kot­ku, po­ra­tuj ta­tu­sia.

Prze­ma­wiała przez nie­go ko­fe­ina. Po niej Ga­ble sta­wał się inną osobą. Nie zno­siłam, kie­dy mówił o so­bie „tatuś”. To był pew­nie cy­tat z ja­kie­goś sta­re­go fil­mu. Miałam ochotę po­wie­dzieć mu: „Nie je­steś moim ta­tu­siem. Masz sie­dem­naście lat, na Boga”.

Cza­sem to mówiłam, ale najczęściej ma­chałam ręką. Mój praw­dzi­wy tatuś ma­wiał, że jeśli nie na­uczysz się ma­chać ręką na pew­ne spra­wy, spędzisz całe życie, walcząc. Ga­ble chciał wejść do mo­je­go miesz­ka­nia głównie dla­te­go, że miał ochotę na cze­ko­ladę. Po­wie­działam mu, że do­sta­nie je­den kawałek, ale po­tem ma się zmyć. Następne­go dnia był początek roku szkol­ne­go (ja byłam w gim­na­zjum, a on w li­ceum) i chciałam złapać trochę snu.

Cze­ko­ladę trzy­ma­liśmy w po­ko­ju Nany. Sejf, o którym nie wie­dział nikt oprócz nas, znaj­do­wał się w gar­de­ro­bie. Prze­chodząc obok łóżka bab­ci, usiłowałam być ci­cho. Ale nie było ta­kiej po­trze­by. Ma­szy­ny, do których podłączo­no Nanę, szu­miały głośno jak me­tro.

Za­pach w po­ko­ju bab­ci ko­ja­rzył mi się ze śmier­cią. Była to kom­bi­na­cja sałatki ja­jecz­nej, która stała tam cały dzień (mięso z kur­cza­ka było wy­dzie­la­ne), woni zbyt doj­rzałych me­lonów (owo­ce były rzad­kością), za­pa­chu sta­rych butów i środków do czysz­cze­nia (można je było kupić po oka­za­niu spe­cjal­ne­go ku­po­nu). Weszłam do wnęki, która była gar­de­robą bab­ci, od­garnęłam na bok jej płasz­cze i wstu­kałam szyfr. Za pi­sto­le­ta­mi leżała cze­ko­la­da – in­ten­syw­nie czar­na, z orze­cha­mi la­sko­wy­mi, pro­duk­cji ro­syj­skiej. Scho­wałam do kie­sze­ni cze­ko­la­do­wy ba­to­nik i za­mknęłam sejf. Za­nim wyszłam z po­ko­ju, za­trzy­małam się, żeby pocałować bab­cię w po­li­czek. To ją obu­dziło.

– Aniu – za­skrze­czała. – O której wróciłaś?

Od­po­wie­działam, że je­stem w domu już od ja­kie­goś cza­su. Nana nie miała po­czu­cia cza­su. Tyl­ko by się zmar­twiła, gdy­by wie­działa, gdzie byłam. Po­pro­siłam, żeby wróciła do snu, i prze­pro­siłam, że ją obu­dziłam.

– Mu­sisz od­po­czy­wać, Nano.

– Po co? I tak wkrótce cze­ka mnie wiecz­ny od­po­czy­nek.

– Nie mów tak. Będziesz jesz­cze długo żyła – skłamałam.

– Jest różnica między „by­ciem żywym” a „życiem” – po­wie­działa Nana, a po­tem zmie­niła te­mat. – Ju­tro pierw­szy dzień szkoły.

Byłam zdzi­wio­na, że o tym pamiętała.

– Weź so­bie duży kawałek cze­ko­la­dy z sza­fy. Do­brze, Anusz­ko?

Zro­biłam to, o co pro­siła. Odłożyłam na miej­sce cze­ko­la­do­wy ba­to­nik, który miałam w kie­sze­ni, i wzięłam inny, ale iden­tycz­ny jak tam­ten.

– Ni­ko­mu nie po­ka­zuj cze­ko­la­dy – po­wie­działa Nana. – I nie dziel się z ni­kim, chy­ba że to ktoś, kogo na­prawdę ko­chasz.

„Łatwiej po­wie­dzieć, niż zro­bić” – pomyślałam, ale obie­całam, że będę o tym pamiętać.

Pocałowałam bab­cię jesz­cze raz w bla­dy po­li­czek i ci­cho za­mknęłam za sobą drzwi. Ko­chałam Nanę, ale nie mogłam długo wy­trzy­mać w tym okrop­nym po­ko­ju.

Kie­dy wróciłam do sa­lo­nu, Ga­ble’a tam nie było. Wie­działam, gdzie go znajdę.

Leżał roz­ciągnięty na moim łóżku. Stra­cił przy­tom­ność. Na tym właśnie po­le­gał pro­blem z ko­fe­iną. Wy­star­czyło tyl­ko trochę i po­ja­wiał się przy­jem­ny szum w głowie. Ale jeśli wzięło się za dużo, było po wszyst­kim. Przy­najm­niej tak to wyglądało w przy­pad­ku Ga­ble’a. Kopnęłam go w nogę, ale nie­zbyt moc­no. Nie ocknął się. Kopnęłam jesz­cze raz, moc­niej. Jęknął i przewrócił się na ple­cy. Zde­cy­do­wałam, że po­zwolę mu się chwilę prze­spać. W ra­zie cze­go mogłam się położyć na ka­na­pie. Ga­ble wyglądał bar­dzo kusząco, kie­dy spał. Wy­da­wał się bez­bron­ny jak mały chłopiec albo szcze­nia­czek. W ta­kim sta­nie lubiłam go naj­bar­dziej.

Wyjęłam z sza­fy szkol­ny mun­du­rek i położyłam na krześle przy biur­ku, żeby był go­to­wy na następny dzień. Spa­ko­wałam ple­cak i nałado­wałam swoją elek­tro­niczną ta­bliczkę. Po­tem zjadłam kawałek ciem­nej cze­ko­la­dy. Smak był in­ten­syw­ny, ale sko­ja­rzył mi się z drew­nem. Resztę ba­to­ni­ka owinęłam w sre­ber­ko i scho­wałam do szu­fla­dy na później. Byłam za­do­wo­lo­na, że nie muszę się dzie­lić z Ga­ble’em.

Pew­nie się za­sta­na­wia­cie, dla­cze­go Ga­ble był moim chłopa­kiem, sko­ro nie miałam ocho­ty dzie­lić się z nim cze­ko­ladą. Otóż z Ga­ble’em się nie nu­dziłam. Był trochę groźny i z tego po­wo­du wy­da­wał się atrak­cyj­ny dla ta­kiej głupiej dziew­czy­ny jak ja. Poza tym nie miałam po­zy­tyw­nych męskich wzorców – dzięki mo­je­mu ta­tu­sio­wi, niech go Bóg ma w swo­jej opie­ce. Dzie­le­nie się cze­ko­ladą to nie taka so­bie zwy­czaj­na spra­wa, na­prawdę trud­no ją było zdo­być.

Po­sta­no­wiłam wziąć prysz­nic, żeby nie robić tego rano. Kie­dy półto­rej mi­nu­ty później wyszłam z łazien­ki (wszyst­kie prysz­nice miały spe­cjal­ne licz­ni­ki, po­nie­waż woda nie­ustan­nie drożała), Ga­ble sie­dział na moim łóżku ze skrzyżowa­ny­mi no­ga­mi i połykał ostat­ni kawałek mo­je­go ba­to­ni­ka.

– Hej! – zawołałam, otu­lając się moc­niej ręczni­kiem. – Zaj­rzałeś do mo­jej szu­fla­dy!

Ga­ble miał ślady po cze­ko­la­dzie na kciu­ku, pal­cu wska­zującym i w kąci­kach ust.

– Nie szpe­rałem w two­ich rze­czach. Po pro­stu wy­czułem za­pach cze­ko­la­dy – wyjaśnił, przeżuwając.

W końcu prze­stał ru­szać szczęką i przyglądał mi się przez chwilę.

– Ślicz­nie wyglądasz, Aniu. Schlud­nie.

Owinęłam się moc­niej ręczni­kiem.

– Sko­ro już się obu­dziłeś i zjadłeś cze­ko­ladę, po­wi­nie­neś iść.

Ga­ble ani drgnął.

– No, da­lej, rusz się! – po­wie­działam ostrym to­nem, ale nie pod­niosłam głosu.

Nie chciałam obu­dzić ro­dzeństwa ani Nany.

I wte­dy Ga­ble za­pro­po­no­wał seks.

– Nie – od­po­wie­działam i zaczęłam żałować, że wzięłam prysz­nic, gdy na moim łóżku leżał groźny, na­fa­sze­ro­wa­ny ko­fe­iną chłopak. – Ab­so­lut­nie nie.

– Dla­cze­go? – spy­tał.

A po­tem wy­znał, że jest we mnie za­ko­cha­ny. Był pierw­szym chłopa­kiem, który mi to po­wie­dział. Nie miałam w tych spra­wach doświad­cze­nia, ale wy­czułam, że Ga­ble nie mówi praw­dy.

– Chcę, żebyś so­bie po­szedł – po­wie­działam. – Za­czy­na­my ju­tro szkołę i obo­je po­win­niśmy się wy­spać.

– Nie mogę te­raz iść. Jest po północy.

Mimo zwol­nień w służbach porządko­wych w mieście wy­zna­czo­no go­dzinę po­li­cyjną dla miesz­kańców, którzy nie skończy­li osiem­na­stu lat. Była za kwa­drans dwu­na­sta. Skłamałam i po­wie­działam Ga­ble’owi, że zdąży, jeśli się po­spie­szy.

– Nie zdążę, Aniu. Mo­ich ro­dziców nie ma w domu. A two­ja bab­cia się nie do­wie, że tu prze­no­co­wałem. Zgódź się i bądź dla mnie miła.

Pokręciłam głową i spróbowałam wyglądać jak ktoś nie­ugięty. To ra­czej trud­ne, kie­dy ma się na so­bie żółty ręcznik w kwiat­ki.

– Właśnie po­wie­działem, że cię ko­cham. Czy to nie ma dla cie­bie zna­cze­nia? – spy­tał Ga­ble.

Za­sta­no­wiłam się chwilę i doszłam do wnio­sku, że nie.

– Nie­spe­cjal­nie. Wiem, że tak na­prawdę nie miałeś tego na myśli.

Ga­ble spoj­rzał na mnie swo­imi dużymi, ale tępymi oczka­mi. Miał taką minę, jak­bym zra­niła jego uczu­cia albo coś w tym sty­lu. Po­tem chrząknął i spróbował in­nej me­to­dy.

– Słuchaj, Aniu, je­steśmy ze sobą pra­wie dzie­więć mie­sięcy. Nig­dy z ni­kim tyle nie byłem. No więc… cze­mu nie?

Wy­mie­niłam ar­gu­men­ty. Po pierw­sze, byliśmy za młodzi. Po dru­gie, nie ko­chałam go. I po trze­cie, i naj­ważniej­sze, nie chciałam sek­su przed ślu­bem. Byłam porządną ka­to­licką dziew­czyną i wie­działam, dokąd pro­wa­dzi tego typu za­cho­wa­nie: pro­sto do piekła. Dla wyjaśnie­nia: wie­rzyłam szcze­rze (i nadal wierzę) w ist­nie­nie nie­ba i piekła, i to nie w sen­sie abs­trak­cyj­nym. Ale o tym później.

W oczach Ga­ble’a było trochę sza­leństwa – może przez to, co zjadł. Pod­niósł się z łóżka i pod­szedł do mnie. Zaczął mnie łasko­tać pod pa­cha­mi.

– Prze­stań – po­pro­siłam. – Poważnie, Ga­ble, to nie jest za­baw­ne. Chcesz, żebym upuściła ręcznik.

– Dla­cze­go wzięłaś prysz­nic, sko­ro nie chciałaś...

Za­po­wie­działam mu, że za­cznę krzy­czeć.

– I co wte­dy? – spy­tał. – Two­ja bab­cia prze­cież nie wsta­nie z łóżka. Twój brat to nie­do­rozwój. A sio­stra jest dziec­kiem. Tyl­ko ich prze­stra­szysz.

Część mnie nie wie­rzyła, że to się dzie­je w moim domu. Że po­ka­załam Ga­ble’owi, jaka je­stem bez­myślna i bez­rad­na. Za­cisnęłam ręcznik pod pa­cha­mi i z całej siły po­pchnęłam Ga­ble’a.

– Leo nie jest nie­do­ro­zwo­jem! – krzyknęłam.

Usłyszałam, że na końcu ko­ry­ta­rza otwie­rają się drzwi, a po­tem roz­legły się kro­ki. Leo, który był tak wy­so­ki jak kie­dyś tata (miał sześć stóp i pięć cali wzro­stu), stanął w pro­gu mo­je­go po­ko­ju, ubra­ny w piżamę ze wzor­kiem w pie­ski i kości.

Cho­ciaż czułam, że dam so­bie radę, ucie­szyłam się na wi­dok bra­ta jak nig­dy dotąd.

– Hej, Aniu! – Leo uścisnął mnie i zwrócił się do mo­je­go pra­wie już byłego chłopa­ka: – Cześć, Ga­ble. Słyszałem hałas. Chy­ba po­wi­nie­neś już iść. Obu­dziłeś mnie, ale nic nie szko­dzi. Będzie go­rzej, jeśli obu­dzisz Nat­ty, bo ona ma ju­tro szkołę.

Leo od­pro­wa­dził Ga­ble’a do drzwi wyjścio­wych. Uspo­koiłam się do­pie­ro wte­dy, gdy usłyszałam, jak Leo za­trza­sku­je drzwi i blo­ku­je je łańcu­chem.

– Twój chłopak nie jest zbyt miły – po­wie­dział Leo, kie­dy wrócił.

– Wiesz co? Też tak myślę – od­parłam.

Pod­niosłam pa­pier­ki po cze­ko­la­dzie, które zo­sta­wił Ga­ble, i zgniotłam je w kulkę. Nana uważała, że je­dy­nym chłopcem w moim życiu, który zasługi­wał na cze­ko­ladę, był mój brat.

Pierw­szy dzień szkoły był ka­ta­strofą. Wszy­scy już wie­dzie­li, że Ga­ble Ar­sley i Ania Ba­lan­chi­ne ze­rwa­li ze sobą. To było iry­tujące. Nie miałam za­mia­ru być jego dziew­czyną po tym, jak się bez­na­dziej­nie za­cho­wał po­przed­nie­go wie­czo­ru, ale chciałam, żeby wszy­scy wie­dzie­li, że to ja ze­rwałam z Ga­ble’em. Chciałabym zo­ba­czyć, jak Ga­ble płacze, krzy­czy albo prze­pra­sza. Odeszłabym od nie­go i nie odwróciłabym się, a on by wołał mnie po imie­niu. Coś w tym sty­lu, ro­zu­mie­cie?

Muszę przy­znać, że plot­ki roz­chodzą się z oszałamiającą prędkością. Młod­sze na­sto­lat­ki nie mogły mieć własnych te­le­fonów, lu­dzie w moim wie­ku nie mie­li pra­wa do pu­bli­ko­wa­nia tekstów w in­ter­ne­cie ani nig­dzie in­dziej bez spe­cjal­ne­go po­zwo­le­nia, a także nie mo­gli wysłać e-ma­ili bez spe­cjal­nej opłaty. A mimo to wszyst­ko wie­dzie­li. Cie­ka­we kłam­stwo roz­chodzi się znacz­nie szyb­ciej niż smut­na, nud­na praw­da. Za­nim zaczęła się trze­cia lek­cja, hi­sto­ria roz­pa­du mo­je­go związku była już jak wy­ry­ta na ka­mien­nej płycie, choć nie ja to zro­biłam.

Opuściłam czwartą lekcję, żeby pójść do spo­wie­dzi.

Kie­dy weszłam do kon­fe­sjo­nału, zo­ba­czyłam nie­wy­raźną syl­wetkę mat­ki Pio­usi­ny. Możecie wie­rzyć lub nie, ale była ona pierwszą ko­bietą księdzem w Szko­le Świętej Trójcy. Cho­ciaż żyliśmy w no­wo­cze­snych cza­sach i lu­dzie byli oświe­ce­ni, wie­lu ro­dziców pro­te­sto­wało, kie­dy w zeszłym roku Rada Krajów Za­mor­skich zgłosiła kan­dy­da­turę mat­ki Pio­usi­ny. Lu­dziom nie od­po­wia­dała kon­cep­cja ko­biety księdza. Święta Trójca była szkołą ka­to­licką i należała do naj­lep­szych szkół na Man­hat­ta­nie. Ro­dzi­ce, którzy płaci­li gi­gan­tycz­ne cze­sne, chcie­li gwa­ran­cji, że at­mos­fe­ra szkoły się nie zmie­ni, nie­za­leżnie od tego, ja­kie na­stro­je za­pa­nują na zewnątrz.

Uklękłam i się przeżegnałam.

– Pobłogosław mnie, mat­ko, al­bo­wiem zgrze­szyłam. Minęły trzy mie­siące od mo­jej ostat­niej spo­wie­dzi…

– Co cię tra­pi, córko?

Po­wie­działam jej, że przez cały ra­nek miałam nie­czy­ste myśli do­tyczące Ga­ble’a Ar­sleya. Nie wy­mie­niłam jego imie­nia i na­zwi­ska, ale przy­pusz­czałam, że mat­ka Pio­usi­na wie, o kogo cho­dzi. Wszy­scy w szko­le wie­dzie­li.

– Czy za­mie­rzasz mieć z nim sto­su­nek? – spy­tała. – Czy­ny są większym grze­chem niż myśli.

– Wiem, mat­ko – po­wie­działam. – To się nie wy­da­rzy. Cho­dzi o to, że ten chłopak roz­pusz­czał plot­ki na mój te­mat. Nie­na­widzę go i chciałabym go zabić albo przy­najm­niej zra­nić.

Mat­ka Pio­usi­na roześmiała się w taki sposób, że po­czułam się urażona.

– Czy to wszyst­ko? – spy­tała.

Po­wie­działam jej, że kil­ka­krot­nie pod­czas tego lata wzy­wałam imię Pana nada­rem­no. Działo się to głównie w cza­sie usta­no­wio­nych przez bur­mi­strza ogra­ni­czeń związa­nych z używa­niem kli­ma­ty­za­cji. Aku­rat w dniu, kie­dy nie mie­liśmy pra­wa do ko­rzy­sta­nia z kli­ma­ty­za­cji, pa­no­wał naj­większy w sierp­niu upał. Były czter­dzieści trzy stop­nie Cel­sju­sza, a licz­ne ma­szy­ny, do których podłączo­no Nanę, pod­wyższały jesz­cze tem­pe­ra­turę w miesz­ka­niu, za­mie­niając je w ist­ne piekło.

– Coś jesz­cze?

– Jesz­cze jed­na rzecz. Moja bab­cia jest bar­dzo cho­ra i cho­ciaż ją ko­cham… – po­wie­działam z trud­nością – cza­sa­mi chciałabym, żeby umarła.

– Nie chcesz pa­trzeć, jak ona cier­pi. Bóg wie, że nie życzysz jej źle, moje dziec­ko.

– Cza­sem zda­rza mi się źle myśleć o zmarłych.

– O kimś kon­kret­nie?

– Głównie o moim ojcu. Cza­sem też o mat­ce. Cza­sa­mi też…

Mat­ka Pio­usi­na prze­rwała mi.

– Być może trzy mie­siące to zbyt długa prze­rwa między jedną spo­wie­dzią a drugą, moja córko – stwier­dziła i roześmiała się zno­wu.

Zde­ner­wo­wało mnie to, ale mówiłam da­lej. Zbliżałam się do naj­trud­niej­szej części.

– Cza­sem wstydzę się mo­je­go bra­ta Leo, po­nie­waż on jest… To nie jego wina. Leo jest naj­wspa­nial­szym, naj­bar­dziej ko­chającym bra­tem, ale… Sio­stra pew­nie wie, że on jest trochę opóźnio­ny w roz­wo­ju. Dzi­siaj chciał od­pro­wa­dzić mnie i Nat­ty do szkoły, ale po­wie­działam mu, że bab­cia po­trze­bu­je go w domu i że spóźni się do pra­cy. To oczy­wiście kłam­stwa.

– Czy to wszyst­ko?

– Tak – od­po­wie­działam, po­chy­lając głowę. – Z całego ser­ca żałuję za moje grze­chy zarówno obec­ne, jak i przeszłe.

Po­tem zmówiłam akt żalu.

– Roz­grze­szam cię w imię Ojca, Syna i Du­cha Świętego – po­wie­działa mat­ka Pio­usi­na.

Po­pro­siła, abym zmówiła Zdro­waś Ma­rio i Oj­cze nasz. Była to nie­zwy­kle łagod­na po­ku­ta.

Po­przed­nik mat­ki Pio­usi­ny, oj­ciec Xa­vier, sto­so­wał znacz­nie su­row­sze kary.

Wstałam. Miałam za­miar od­sunąć czer­woną ko­tarę, kie­dy mat­ka Pio­usi­na zawołała:

– Aniu, za­pal świeczkę za du­sze swo­jej mat­ki i swo­je­go ojca, którzy są w nie­bie.

Odsłoniła ko­tarę i dała mi dwa ku­po­ny na świe­ce.

– Prze­cież mamy je oszczędzać – mruknęłam z nie­za­do­wo­le­niem.

Nawał bez­sen­sow­nych kar­tek i znaczków (czyż nie ka­za­no nam oszczędzać na pa­pie­rze?), ar­bi­tral­ny sys­tem punk­to­wy i wciąż zmie­niające się za­sa­dy spra­wiły, że usta­wy o ra­cjo­no­wa­niu stały się nie do wy­trzy­ma­nia i nie sposób było za nimi nadążyć. Nic dziw­ne­go, że wie­lu lu­dzi za­opa­try­wało się na czar­nym ryn­ku.

– To ma swo­je do­bre stro­ny. Możesz do­stać tyle ho­stii, ile tyl­ko chcesz – po­wie­działa mat­ka Pio­usi­na.

Wzięłam kar­tecz­ki i po­dziękowałam jej.

„Świe­ce nic tu nie po­mogą” – pomyślałam gorz­ko.

Byłam pew­na, że oj­ciec jest w pie­kle.

Dałam ku­po­ny za­kon­ni­cy trzy­mającej wi­kli­no­wy ko­szyk i pudełko z bo­na­mi, a po­tem weszłam do ka­pli­cy i za­pa­liłam świeczkę za duszę mat­ki.

Po­mo­dliłam się o to, żeby mama nie tra­fiła do piekła, cho­ciaż wyszła za mąż za głowę przestępczej ro­dzi­ny Ba­lan­chi­ne’ów.

Za­pa­liłam świeczkę za duszę ojca.

Po­mo­dliłam się, żeby w pie­kle nie było bar­dzo źle, na­wet mor­der­com.

Tak bar­dzo za nimi tęskniłam.

Scar­lett, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, cze­kała na mnie w holu przed ka­plicą.

– Pan­na Ba­lan­chi­ne opuściła zajęcia z szer­mier­ki pierw­sze­go dnia szkoły – po­wie­działa, biorąc mnie pod ramię. – Nie martw się. Kryłam cię. Wytłuma­czyłam, że we­zwa­no cię w kwe­stiach or­ga­ni­za­cyj­nych.

– Dzięki, Scar­lett.

– Nie ma pro­ble­mu. Już wiem, jak będzie wyglądał ten rok. Idzie­my do stołówki?

– A co in­ne­go mamy do ro­bo­ty?

– Możesz spędzić resztę roku szkol­ne­go, ukry­wając się w koście­le.

– Może zo­stanę za­kon­nicą. Złożę przy­sięgę i wy­ka­suję mężczyzn z mo­je­go życia.

Scar­lett odwróciła się i zmie­rzyła mnie spoj­rze­niem.

– Nie, two­ja twarz nie pa­su­je do ha­bi­tu.

W dro­dze do stołówki Scar­lett opo­wie­działa mi, co Ga­ble mówił lu­dziom na mój te­mat. Domyśliłam się wszyst­kie­go wcześniej. Twier­dził, że ze­rwał ze mną, po­nie­waż myślał, że je­stem uza­leżnio­na od ko­fe­iny. Poza tym uważał, że byłam „kimś w ro­dza­ju dziw­ki”, i uznał, że początek roku szkol­ne­go to do­bry czas na „wy­wa­le­nie śmie­ci”. Po­cie­szyłam się myślą, że gdy­by tata żył, praw­do­po­dob­nie kazałby zabić Ga­ble’a.

– No więc wiesz – dodała Scar­lett. – Bro­niłam two­je­go ho­no­ru.

Byłam pew­na, że Scar­lett właśnie tak się za­cho­wa. Nie­ste­ty, nikt jej nig­dy nie słuchał. Lu­dzie uważali, że moja przy­ja­ciółka jest zwa­rio­waną dziew­czyną z kółka dra­ma­tycz­ne­go. Miała opi­nię ślicz­nej i nie­obli­czal­nej.

– W każdym ra­zie – po­wie­działa – wszy­scy wiedzą, że Ga­ble Ar­sley to przygłup. Ju­tro nikt nie będzie o tym pamiętał. Lu­dzie plot­kują, bo nie mają praw­dzi­we­go życia. Poza tym jest początek roku i nic cie­ka­we­go jesz­cze się nie wy­da­rzyło.

– Ga­ble stwier­dził, że Leo to nie­do­rozwój. Mówiłam ci o tym?

– Nie! – od­po­wie­działa Scar­lett. – To okrop­ne.

Stałyśmy przed podwójny­mi drzwia­mi, które pro­wa­dziły do stołówki.

– Nie­na­widzę go – po­wie­działam. – Nie­na­widzę go całym ser­cem.

– Wiem – zgo­dziła się Scar­lett, po­py­chając drzwi. – Tak na­prawdę nig­dy nie ro­zu­miałam, co w nim wi­dzisz.

Była dobrą przy­ja­ciółką.

Stołówka miała ścia­ny po­kry­te drew­nia­ny­mi pa­ne­la­mi i li­no­leum tworzącym biało-czarną sza­chow­nicę. Czułam się tam jak sza­cho­wy pio­nek. Zo­ba­czyłam, że Ga­ble sie­dzi przy oknie u szczy­tu jed­ne­go z długich stołów. Był odwrócony ple­ca­mi do drzwi, więc mnie nie zo­ba­czył.

Tego dnia w menu były la­sa­gne, których nie cier­piałam. Czer­wo­ny sos przy­po­mi­nał mi krew i fla­ki, a ser ri­cot­ta – sub­stancję białą mózgu. Trochę się na tym znam, bo wi­działam fla­ki i mózg. W każdym ra­zie stra­ciłam ape­tyt.

Kie­dy usiadłyśmy, po­pchnęłam tacę w stronę Scar­lett.

– Chcesz?

– Jed­na por­cja w zupełności mi wy­star­czy, dzięki.

– No do­brze, może po­roz­ma­wiaj­my o czymś in­nym – za­pro­po­no­wałam.

– Nie chcesz roz­ma­wiać o…

– Nie wy­ma­wiaj jego imie­nia, Scar­lett Bar­ber!

– …o tym przygłupie – do­po­wie­działa Scar­lett i obie się roześmiałyśmy. – W mo­jej gru­pie z fran­cu­skie­go po­ja­wił się nowy, bar­dzo atrak­cyj­ny chłopak. Wygląda jak praw­dzi­wy mężczy­zna. Jest wy­so­ki, nie wiem, jak to określić… O, męski. Ma na imię Go­odwin, ale mówią na nie­go Win. OMB, no nie?

– Co to zna­czy?

– To taki skrót. Tata mówił mi, że to chy­ba zna­czy „nie­sa­mo­wi­te”. Albo coś w tym sty­lu. Nie był pe­wien. Spy­taj swoją bab­cię, do­brze?

Skinęłam głową. Tata Scar­lett był ar­che­olo­giem i za­wsze pach­niał jak śmiet­nik, po­nie­waż spędzał całe dnie, kopiąc na te­re­nach z od­pa­da­mi. Scar­lett da­lej mówiła o no­wym chłopa­ku, ale tak na­prawdę jej nie słuchałam. Nie ob­cho­dziło mnie to. Od cza­su do cza­su kiwałam głową i ob­ra­całam na ta­le­rzu wstrętne la­sa­gne.

Ro­zej­rzałam się po stołówce. Ga­ble po­chwy­cił moje spoj­rze­nie. To, co się wy­da­rzyło w następnej chwi­li, pamiętam jak przez mgłę. Choć Ga­ble później temu za­prze­czał, wydało mi się, że ob­da­rzył mnie szy­der­czym uśmie­chem i szepnął coś do ucha dziew­czy­nie, która sie­działa po jego le­wej stro­nie – była to pierw­szo- lub dru­go­kla­sist­ka, więc jej nie znałam – a po­tem obo­je zaczęli się śmiać. Chwy­ciłam ta­lerz z nie­tkniętą, ale wciąż gorące la­sa­gne (zgod­nie z no­wy­mi prze­pi­sa­mi je­dze­nie pod­grze­wa­no do tem­pe­ra­tu­ry osiem­dzie­sięciu stop­ni Cel­sju­sza, żeby uniknąć groźnych epi­de­mii bak­te­ryj­nych). W następnej chwi­li biegłam po biało-czar­nym li­no­leum jak osza­lały bi­skup. Sos po­mi­do­ro­wy i ri­cot­ta wylądowały na głowie Ga­ble’a.

Ga­ble wstał, prze­wra­cając krzesło. Sta­liśmy twarzą w twarz. Czułam, jak­by wszy­scy lu­dzie zni­kli ze stołówki. Ga­ble zaczął krzy­czeć, wy­po­wia­dając pod moim ad­re­sem słowa, których tu nie powtórzę. Nie mam ocho­ty cy­to­wać długiej li­sty jego wy­zwisk.

– Ska­zuję cię na wiecz­ne potępie­nie – po­wie­działam.

Ga­ble wy­ko­nał taki ruch, jak­by chciał mnie ude­rzyć, ale się po­wstrzy­mał.

– Nie je­steś tego war­ta, Ba­lan­chi­ne. Je­steś szu­mo­winą po­dob­nie jak twoi zmar­li ro­dzi­ce. Wolę pa­trzeć, jak cię za­wieszą w pra­wach ucznia.

Opusz­czając stołówkę, Ga­ble bez­sku­tecz­nie próbował ze­trzeć z włosów sos po­mi­do­ro­wy. Był na nim całym. Uśmiechnęłam się.

Pod ko­niec ósmej lek­cji do­stałam wia­do­mość, że po zajęciach mam się sta­wić w ga­bi­ne­cie dy­rek­tor­ki. Większości uczniów udało się uniknąć kłopotów pierw­sze­go dnia szkoły, więc przed ga­bi­ne­tem cze­kało dosłownie parę osób. Drzwi były za­mknięte, co ozna­czało, że w środ­ku już ktoś był. Na ka­na­pie w holu sie­dział długo­no­gi chłopak, którego nie znałam. Se­kre­tar­ka po­wie­działa mi, żebym zajęła miej­sce. Chłopak miał na głowie sza­ry wełnia­ny ka­pe­lusz, który zdjął, kie­dy prze­cho­dziłam. Spoj­rzał na mnie kątem oka.

– Bójka, tak?

– Tak, można to tak na­zwać.

Nie byłam w na­stro­ju do no­wych zna­jo­mości.

Chłopak skrzyżował ręce na ko­la­nach. Miał na pal­cach zgru­bie­nia. To mnie na­gle za­cie­ka­wiło. Wi­docz­nie za­uważył, że mu się przyglądam, bo spy­tał, na co patrzę.

– Na two­je ręce – od­po­wie­działam. – Są znisz­czo­ne jak na chłopa­ka z mia­sta.

Roześmiał się i wyjaśnił:

– Po­chodzę z północy sta­nu. Mie­liśmy farmę. Stąd pęche­rze. A zgru­bie­nia od gry na gi­ta­rze. Nie je­stem do­bry, ale lubię grać. Resz­ty nie umiem wytłuma­czyć.

– Cie­ka­we – po­wie­działam.

– Cie­ka­we – powtórzył. – Je­stem Win, tak przy oka­zji.

Odwróciłam się, żeby na nie­go spoj­rzeć. Więc to był ten nowy, o którym mówiła Scar­lett. Miała rację. Pa­trze­nie na nie­go ra­czej nie było męką. Wy­so­ki i szczupły. Opa­lo­na skóra i bar­czy­ste ra­mio­na. Co miało pew­nie związek z życiem na far­mie, o której wspo­mniał. Łagod­ne, błękit­ne oczy i usta stwo­rzo­ne ra­czej do uśmie­chu niż gry­ma­su. To nie był mój typ.

Chłopak wyciągnął rękę, a ja wyciągnęłam swoją.

– An… – zaczęłam.

– Ania Ba­lan­chi­ne, wiem. Wszy­scy dziś o to­bie mówią.

– Hm – mruknęłam. Po­czułam, że się czer­wie­nię. – Więc pew­nie myślisz, że je­stem wa­riatką, szmatą, nar­ko­manką i ma­fijną księżniczką. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go ze mną roz­ma­wiasz!

– Nie wiem, jak tu, ale tam, skąd po­chodzę, je­steśmy ostrożni w oce­nia­niu lu­dzi.

– Dla­cze­go tu je­steś? – Zmie­niłam te­mat.

– To bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne py­ta­nie, Aniu.

– Cho­dzi mi o to, dla­cze­go sie­dzisz przed tymi drzwia­mi. Zro­biłeś coś złego?

– Wy­bierz właściwą od­po­wiedź. A: rzu­ciłem kil­ka ostrych uwag na teo­lo­gii. B: dy­rek­tor­ka chce po­gawędzić z no­wym dzie­cia­kiem na te­mat no­sze­nia ka­pe­lu­sza w szko­le. C: z po­wo­du pla­nu lek­cji. Po pro­stu je­stem zbyt in­te­li­gent­ny na uczest­ni­cze­nie w niektórych zajęciach. D: byłem na­ocz­nym świad­kiem sce­ny, w której pew­na dziew­czy­na wyrzu­ciła la­sa­gne na głowę swo­je­go chłopa­ka. E: dy­rek­tor­ka zo­sta­wiła swo­je­go męża i chce uciec ze mną. F: żadna z powyższych od­po­wiedzi. G: każda z powyższych od­po­wiedzi.

– Byłego chłopa­ka – bąknęłam.

– Do­brze wie­dzieć – po­wie­dział.

W tym mo­men­cie drzwi ga­bi­ne­tu dy­rek­tor­ki otwo­rzyły się i na ko­ry­tarz wy­szedł Ga­ble.

Jego twarz była jesz­cze za­czer­wie­nio­na w miej­scach, gdzie wylądował sos. Na białej ko­szu­li miał pla­my. Wie­działam, że jest wściekły.

Rzu­cił mi nie­przy­jem­ne spoj­rze­nie i szepnął:

– Nie było war­to.

Dy­rek­tor­ka wy­sunęła głowę zza drzwi.

– Pa­nie De­la­cro­ix – zwróciła się do Wina. – Czy miałby pan coś prze­ciw­ko temu, żebym naj­pierw po­roz­ma­wiała z panną Ba­lan­chi­ne?

Win wy­ra­ził zgodę i weszłam do ga­bi­ne­tu. Dy­rek­tor­ka za­mknęła drzwi.

Wie­działam, co się wy­da­rzy. Miałam przez resztę ty­go­dnia pełnić dyżur w stołówce. Mimo wszyst­ko nadal uważałam, że war­to było wy­rzu­cić la­sa­gne na głowę Ga­ble’a.

– Pro­ble­my na­tu­ry oso­bi­stej należy roz­wiązywać poza Szkołą Świętej Trójcy, pan­no Ba­lan­chi­ne – po­wie­działa dy­rek­tor­ka.

– Tak, pani dy­rek­tor.

Oczy­wiście mogłabym wspo­mnieć, że Ga­ble próbował mnie zgwałcić na rand­ce po­przed­nie­go wie­czo­ru, ale wy­da­wało się to bez­ce­lo­we.

– Chciałam za­wia­do­mić twoją bab­cię Ga­linę, ale wiem, że nie cie­szy się do­brym zdro­wiem. Nie ma po­trze­by jej nie­po­koić.

– Dziękuję, pani dy­rek­tor. Je­stem bar­dzo wdzięczna.

– Mar­twię się o cie­bie, Aniu. Na­prawdę. Jeśli tego ro­dza­ju za­cho­wa­nie sta­nie się regułą, znisz­czysz swoją re­pu­tację.

Tak jak­by nie wie­działa, że miałam złą re­pu­tację od uro­dze­nia.

Kie­dy wyszłam z ga­bi­ne­tu, moja dwu­na­sto­let­nia sio­stra Nat­ty sie­działa obok Wina. Wi­docz­nie Scar­lett po­wie­działa jej, gdzie mnie szu­kać. A może Nat­ty sama na to wpadła – nie po raz pierw­szy za­pro­szo­no mnie do ga­bi­ne­tu dy­rek­tor­ki. Nat­ty miała na głowie ka­pe­lusz Wina. Naj­wy­raźniej zo­sta­li so­bie przed­sta­wie­ni. Z mo­jej sio­stry była niezła flir­cia­ra! Nie bra­ko­wało jej uro­ku oso­bi­ste­go. Miała długie, lśniące czar­ne włosy. Ta­kie jak moje, tyle że całkiem pro­ste. Ja miałam nie­sfor­ne loki.

– Prze­pra­szam, że za­brałam two­je miej­sce w ko­lej­ce – po­wie­działam do Wina.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Od­daj Wi­no­wi ka­pe­lusz – zwróciłam się do Nat­ty.

– Do­brze w nim wyglądam – od­parła, trze­począc rzęsami.

Zdjęłam ka­pe­lusz z jej głowy i wręczyłam go Wi­no­wi.

– Dziękuję za ba­by­sit­ting – po­wie­działam.

– Prze­stań mnie in­fan­ty­li­zo­wać – za­pro­te­sto­wała Nat­ty.

– In­te­re­sujące słowo – sko­men­to­wał Win.

– Dziękuję – od­parła Nat­ty. – Tak się składa, że znam ich mnóstwo.

Żeby zro­bić na złość sio­strze, wzięłam ją za rękę. Za­nim weszłyśmy do holu, odwróciłam się i po­wie­działam:

– Wy­bie­ram C. Je­steś zbyt mądry, żeby uczest­ni­czyć w zajęciach.

Win mrugnął, a może mi się tyl­ko wy­da­wało.

– Nie po­wiem ci.

Nat­ty wes­tchnęła.

– Och. To mi się po­do­ba.

Przewróciłam ocza­mi i wyszłyśmy na dwór.

– Na­wet o tym nie myśl. On jest dla cie­bie za sta­ry.

– Tyl­ko czte­ry lata różnicy – po­wie­działa Nat­ty. – Spy­tałam go.

– To duża różnica wie­ku. Masz dwa­naście lat.

Spóźniłyśmy się na au­to­bus, którym zwy­kle wra­całyśmy do domu. Następny był do­pie­ro za go­dzinę, zgod­nie z no­wym roz­porządze­niem władz mia­sta. Chciałam być w domu, za­nim Leo wróci z pra­cy. Zde­cy­do­wałam, że będzie szyb­ciej, jeśli pójdzie­my przez park. Tata opo­wie­dział mi kie­dyś, że w cza­sach jego dzie­ciństwa w par­ku były drze­wa, kwia­ty, wie­wiórki i je­zio­ra, po których lu­dzie pływa­li w łódkach ka­noe, sprze­daw­cy ofe­ro­wa­li wszel­kie wy­obrażalne rze­czy do je­dze­nia, działało zoo, w le­cie od­by­wały się loty ba­lo­na­mi, kon­cer­ty i przed­sta­wie­nia, a w zi­mie jaz­da na łyżwach i san­kach. Te­raz było tu in­a­czej. Je­zio­ra wyschły albo zo­stały osu­szo­ne i pra­wie cała roślin­ność wy­marła. W par­ku nadal stało kil­ka posągów po­kry­tych graf­fi­ti, połama­nych ławek i opusz­czo­nych bu­dynków, ale trud­no było so­bie wy­obrazić, że kto­kol­wiek chciałby tam spędzać czas dla przy­jem­ności. Dla Nat­ty i dla mnie park był półmi­lo­wym od­cin­kiem, który chciałyśmy po­ko­nać tak szyb­ko, jak to możliwe. Po za­pad­nięciu zmro­ku gro­ma­dziły się w nim męty z całego mia­sta. Nie mam pojęcia, dla­cze­go park zmie­nił się na gor­sze, ale w mieście roiło się od ta­kich miejsc. Przy­czyn było kil­ka: brak fun­du­szy, wody i or­ga­ni­za­cji.

Nat­ty była na mnie wściekła za to, że użyłam w obec­ności Wina słowa „ba­by­sit­ting”, i nie chciała ze mną roz­ma­wiać. Szłyśmy przez Wiel­ki Traw­nik (kie­dyś pew­nie rosła tam tra­wa). Na­gle Nat­ty puściła się pędem przed sie­bie i prze­biegła z dwa­dzieścia pięć stóp.

Po­tem pięćdzie­siąt.

Po­tem sto.

– Prze­stań, Nat­ty! – krzyknęłam. – To nie­bez­piecz­ne! Masz się trzy­mać bli­sko mnie!

– Prze­stań mówić na mnie Nat­ty. Przy­po­mi­nam, że mam na imię Na­ta­lia, Anno Le­oni­dow­no Ba­lan­chi­ne. I po­tra­fię się sobą zająć!

Zaczęłam biec i próbowałam ją do­go­nić, ale Nat­ty szyb­ko się od­da­liła. Po chwi­li le­d­wo ją wi­działam, była małym punk­ci­kiem w szkol­nym stro­ju. Biegłam co­raz szyb­ciej.

Nat­ty zbliżała się do oszklo­nej części wiel­kie­go bu­dyn­ku, w którym kie­dyś było mu­zeum sztu­ki (obec­nie działał tam klub), i zna­lazła się w nie­cie­ka­wym to­wa­rzy­stwie.

Zo­ba­czyłam chu­de­go jak szcza­pa dzie­cia­ka w łach­ma­nach. Iro­nia losu spra­wiła, że miał na so­bie sta­ry jak świat pod­ko­szu­lek z na­pi­sem „Fa­bry­ka Cze­ko­la­dy Ba­lan­chi­ne”. Przyłożył pi­sto­let do głowy mo­jej sio­stry.

– A te­raz buty – po­wie­dział pi­skli­wym głosem.

Nat­ty chlipnęła i schy­liła się, żeby roz­wiązać buty.

Spoj­rzałam na chłopa­ka. Był wy­chu­dzo­ny, ale bar­czy­sty. Uznałam, że dam so­bie z nim radę. Ro­zej­rzałam się i spraw­dziłam, czy nie ma wspólników. Byliśmy sami. Pro­blem sta­no­wił pi­sto­let i dla­te­go na nim się sku­piłam. To, co zro­biłam w następnej chwi­li, może się wydać sza­lo­ne, ale stanęłam między chłopa­kiem a Nat­ty, zasłaniając ją swo­im ciałem.

– Aniu! Nie! – krzyknęła moja sio­strzycz­ka.

Tata na­uczył mnie paru rze­czy o pi­sto­le­tach, więc wie­działam, że broń tego dzie­cia­ka nie miała ma­ga­zyn­ka. In­ny­mi słowy – żad­nych na­boi, chy­ba że je­den tkwił w ko­mo­rze. Założyłam jed­nak, że nie było go tam.

– Dla­cze­go nie za­cze­pisz kogoś równe­go so­bie? – spy­tałam chłopa­ka.

Był trzy cale niższy od Nat­ty. Te­raz wi­działam go z bli­ska i wydał się jesz­cze młod­szy, niż myślałam – mógł mieć osiem albo dzie­więć lat.

– Za­strzelę cię – za­gro­ził chłopak. – Zro­bię to.

– Tak? – spy­tałam. – Chciałabym to zo­ba­czyć.

Chwy­ciłam pi­sto­let za lufę. Chciałam wy­rzu­cić go w krza­ki, ale nie mogłam po­zwo­lić, żeby chłopak go od­szu­kał i ter­ro­ry­zo­wał ko­lej­ne oso­by. Scho­wałam pi­sto­let do to­reb­ki. Był całkiem ładny. Gdy­by działał, pew­nie obie z Nat­ty już byśmy nie żyły.

– Rusz się, Nat­ty. Od­bierz mu swo­je rze­czy.

– Jesz­cze nic nie wziął – po­wie­działa moja sio­stra.

Była roz­dy­go­ta­na.

Skinęłam głową. Podałam Nat­ty chu­s­teczkę, którą trzy­małam w kie­sze­ni, i po­le­ciłam, żeby wy­tarła nos.

W tym mo­men­cie nie­doszły przestępca wy­buchnął płaczem.

– Od­daj mój pi­sto­let!

Chłopiec rzu­cił się na mnie, ale był słaby, pew­nie z głodu. Po­czułam, że to sama skóra i kości.

– Posłuchaj, przy­kro mi, ale zgi­niesz, jeśli będziesz wy­ma­chi­wać lu­dziom przed no­sem tym ze­psu­tym pi­sto­le­tem.

To była praw­da. Nie byłam je­dyną osobą, która mogła za­uważyć brak ma­ga­zyn­ka w pi­sto­le­cie. Ktoś inny pew­nie zdzie­liłby dzie­cia­ka między oczy bez za­sta­no­wie­nia. Czułam się źle, od­bie­rając tę broń, więc dałam mu wszyst­kie pie­niądze, które miałam przy so­bie. Nie było tego zbyt wie­le, ale pomyślałam, że przy­najm­niej chłopak kupi so­bie pizzę na wieczór. Dzie­ciak przyjął pie­niądze bez na­mysłu. Po­tem wy­krzy­czał obelgę pod moim ad­re­sem i zniknął w głębi par­ku.

Nat­ty podała mi rękę. Szłyśmy w mil­cze­niu, aż zna­lazłyśmy się w bez­piecz­nej od­ległości od Piątej Alei.

– Dla­cze­go to zro­biłaś, Aniu? – szepnęła Nat­ty, kie­dy cze­kałyśmy na światłach. Jej głos z tru­dem prze­bi­jał się przez hałas mia­sta. – Dla­cze­go dałaś mu to wszyst­ko po tym, jak próbował mnie okraść?

– Bo on miał mniej szczęścia niż my, Nat­ty. A tata za­wsze mówił, żeby oka­zy­wać współczu­cie tym, którzy mają mniej szczęścia.

– Ale tata za­bi­jał lu­dzi, praw­da?

– Tak – przy­znałam. – Tata był skom­pli­ko­waną osobą.

– Cza­sem nie mogę so­bie przy­po­mnieć, jak wyglądał – wy­znała Nat­ty.

– Wyglądał jak Leo – po­wie­działam. – Też był wy­so­ki. Miał ta­kie same czar­ne włosy. Ta­kie same nie­bie­skie oczy. Tata miał su­ro­we spoj­rze­nie, a Leo ma w oczach łagod­ność.

Kie­dy do­tarłyśmy do miesz­ka­nia, Nat­ty poszła do swo­je­go po­ko­ju, a ja zaczęłam się rozglądać za czymś na ko­lację. Nie byłam uta­len­to­waną ku­charką, ale gdy­bym nie go­to­wała, wszy­scy umar­li­byśmy z głodu. Może oprócz Nany, która do­sta­wała je­dze­nie przez rurkę. Kar­miła ją pra­cow­ni­ca opie­ki społecz­nej o imie­niu Imo­gen.

Za­go­to­wałam sześć kubków wody, zgod­nie z in­strukcją na opa­ko­wa­niu, i wrzu­ciłam do niej ma­ka­ron. Przy­najm­niej Leo będzie za­do­wo­lo­ny. Ma­ka­ron z se­rem był jego ulu­bioną po­trawą. Za­pu­kałam do jego po­ko­ju, żeby prze­ka­zać dobrą wia­do­mość. Nie było od­po­wie­dzi, więc otwo­rzyłam drzwi. Leo pra­co­wał w kli­ni­ce we­te­ry­na­ryj­nej na nie­pełnym eta­cie. Po­wi­nien był wrócić do domu przed dwie­ma go­dzi­na­mi, ale pokój świe­cił pust­ka­mi. Za­stałam w nim tyl­ko ko­lekcję plu­szo­wych lwów. Pa­trzyły na mnie py­tająco swo­imi mar­twy­mi, pla­sti­ko­wy­mi ocza­mi.

Poszłam do po­ko­ju Nany. Spała, ale ją obu­dziłam.

– Nano, czy Leo mówił, że gdzieś się wy­bie­ra?

Nana sięgnęła po strzelbę, którą trzy­mała na łóżku, i wte­dy zo­rien­to­wała się, że to ja.

– Och, Aniu, to ty. Prze­stra­szyłaś mnie, dzie­wusz­ko.

– Prze­pra­szam, Nano. – Pocałowałam ją w po­li­czek. – Leo nie ma w jego po­ko­ju. Za­sta­na­wiałam się, czy gdzieś po­szedł.

Nana się zamyśliła.

– Nie – po­wie­działa w końcu.

– Czy Leo wrócił z pra­cy? – spy­tałam, ukry­wając znie­cier­pli­wie­nie.

Naj­wy­raźniej Nana miała je­den z tych dni, kie­dy myślała po­wo­li. Minęły wie­ki, za­nim udzie­liła od­po­wie­dzi.

– Tak. – Mil­czała przez chwilę. – Nie. – Ko­lej­na pau­za. – Nie je­stem pew­na. – Zno­wu pau­za. – Jaki dziś mamy dzień ty­go­dnia, dzie­wusz­ko? Stra­ciłam po­czu­cie cza­su.

– Po­nie­działek – od­po­wie­działam. – Pierw­szy dzień szkoły, pamiętasz?

– Wciąż po­nie­działek?

– Już pra­wie się skończył, Nano.

– Do­brze. Do­brze. – Uśmiechnęła się. – Jeśli jest po­nie­działek, to ten bękart Ja­kow mnie od­wie­dził.

Cho­dziło o praw­dzi­we­go bękar­ta. Ja­kow (wy­ma­wia­ne jako Ja­kof) Pi­ro­zh­ki był sy­nem z nie­pra­we­go łoża przy­rod­nie­go bra­ta mo­je­go ojca. Ja­kow przed­sta­wiał się jako Jacks i był czte­ry lata star­szy od Leo. Nie lubiłam go od cza­su, gdy na ro­dzin­nym we­se­lu po upi­ciu się wódką Smir­noff próbował do­tknąć mo­ich pier­si. Miałam wte­dy trzy­naście lat, a on pra­wie dwa­dzieścia. Obrzy­dli­we. Mimo to za­wsze trochę współczułam Jack­so­wi, po­nie­waż wszy­scy w ro­dzi­nie pa­trzy­li na nie­go z góry.

– Cze­go chciał Pi­ro­zh­ki?

– Chciał zo­ba­czyć, czy przy­pad­kiem nie umarłam – od­po­wie­działa Nana.

Roześmiała się i wska­zała stojący na pa­ra­pe­cie wa­zon z ta­ni­mi różowy­mi goździ­ka­mi. W wa­zonie była odro­bi­na wody. Do­pie­ro te­raz za­uważyłam kwia­ty.

– Brzyd­kie, praw­da? Tak trud­no kupić kwia­ty w dzi­siej­szych cza­sach i on przy­no­si coś ta­kie­go. Ale li­czy się gest. Może Leo jest z tym bękar­tem?

– Nieład­nie tak o nim mówić, Nano.

– Och, Anusz­ko, nig­dy bym tak nie po­wie­działa w jego obec­ności – za­pro­te­sto­wała bab­cia.

– Cze­go Jacks może chcieć od Leo?

Jacks za­wsze igno­ro­wał mo­je­go bra­ta albo oka­zy­wał mu po­gardę.

Nana spróbowała wzru­szyć ra­mio­na­mi. Było to trud­ne, biorąc pod uwagę, jak bar­dzo ogra­ni­czo­ne miała ru­chy. Za­uważyłam, że opa­dają jej po­wie­ki. Ścisnęłam ją za rękę.

Nie otwie­rając oczu, po­wie­działa:

– Daj mi znać, kie­dy znaj­dziesz Le­oni­da.

Wróciłam do kuch­ni, żeby pil­no­wać ma­ka­ro­nu. Za­dzwo­niłam do pra­cy Leo, żeby spraw­dzić, czy nadal tam jest. Po­wie­dzie­li mi, że wy­szedł jak zwy­kle o czwar­tej. Leo skończył dzie­więtnaście lat. Był trzy lata star­szy ode mnie, ale czułam się za nie­go od­po­wie­dzial­na. I wie­działam, że to się nig­dy nie zmie­ni.

Niedługo przed śmier­cią oj­ciec wymógł na mnie pewną obiet­nicę. Mu­siałam przy­rzec, że będę się opie­ko­wać Leo. Miałam wte­dy tyl­ko dzie­więć lat, tyle co dzi­siej­szy na­past­nik z par­ku. Byłam zbyt młoda, żeby zro­zu­mieć, na co się zga­dzam.

– Leo jest łagodną istotą – po­wie­dział tata. – On nie pa­su­je do tego świa­ta, dzie­wusz­ko. Mu­si­my zro­bić wszyst­ko, żeby go chro­nić.

Skinęłam głową. Nie ro­zu­miałam, że to zo­bo­wiąza­nie na całe życie.

Leo nie uro­dził się „inny”. Nie różnił się od swo­ich rówieśników. Był od nich lep­szy, jak twier­dził oj­ciec. In­te­li­gent­ny, ko­pia taty z wyglądu i – co naj­ważniej­sze – pierw­szy syn. Tata dał mu swo­je imię. Leo na­zy­wał się Le­onid Ba­lan­chi­ne ju­nior. Kie­dy miał dzie­więć lat, mama za­brała go sa­mo­cho­dem na Long Is­land w od­wie­dzi­ny do swo­jej mamy, a mo­jej bab­ci. Ja i sio­stra (miałam pięć lat, a ona dwa) byłyśmy wte­dy prze­ziębio­ne i mu­siałyśmy zo­stać w domu. Tata zgo­dził się nami zająć, ale wątpię, czy się poświęcił. Nie tra­wił bab­ci Pho­ebe. To on miał być ofiarą za­ma­chu.

Mama zginęła na miej­scu. Dosięgły ją dwa strzały przez szybę. Kule musnęły jej kasz­ta­no­we, pachnące mio­dem loki i wbiły się w piękne czoło.

Sa­mochód, który pro­wa­dziła, ude­rzył w drze­wo. Po­dob­ne ude­rze­nie za­li­czyła głowa Leo.

Przeżył, ale nie był w sta­nie mówić. Ani czy­tać. Ani cho­dzić. Oj­ciec wysłał go do naj­lep­sze­go cen­trum re­ha­bi­li­ta­cyj­ne­go, a później do naj­lep­szej szkoły dla dzie­ci upośle­dzo­nych. Stan Leo się po­pra­wił, ale brat już nig­dy nie był taki jak kie­dyś. Po­wie­dzia­no nam, że będzie miał umysł ośmio­lat­ka. Zda­niem le­ka­rzy mój brat miał wiel­kie szczęście. Była to praw­da. Wie­działam, że Leo się męczy z po­wo­du swo­ich ogra­ni­czeń, ale mimo opóźnie­nia umysłowe­go nie naj­go­rzej so­bie ra­dził. Do­stał pracę i miał opi­nię do­bre­go pra­cow­ni­ka. Był do­brym bra­tem dla Nat­ty i dla mnie. Po śmier­ci Nany Leo miał zo­stać na­szym opie­ku­nem – do cza­su, aż skończę osiem­naście lat.

Dodałam sos se­ro­wy do ma­ka­ro­nu i właśnie za­mie­rzałam za­dzwo­nić na po­licję (cho­ciaż wie­działam, że nie­wie­le to da), kie­dy usłyszałam dźwięk otwie­ra­nych drzwi.

Leo wszedł do kuch­ni.

– Ro­bisz ma­ka­ron z se­rem, Aniu! – Objął mnie. – Mam naj­lepszą siostrę na świe­cie!

Ode­pchnęłam go łagod­nie.

– Gdzie byłeś? Tak się mar­twiłam. Jeśli gdzieś wy­cho­dzisz, mu­sisz po­wie­dzieć bab­ci albo na­pi­sać mi kartkę.

Leo po­smut­niał.

– Nie gnie­waj się, Aniu. Byłem z ro­dziną. Po­wie­działaś, że mogę się wi­dy­wać z ro­dziną.

Pokręciłam głową.

– Nie. Cho­dziło mi o Nanę, Nat­ty i mnie. Naj­bliższą ro­dzinę. To zna­czy…

– Wiem, co to zna­czy – prze­rwał mi Leo. – Nie mówiłaś, że cho­dzi o naj­bliższą ro­dzinę.

Byłam pew­na, że właśnie to mu po­wie­działam, ale machnęłam ręką.

– Jacks twier­dził, że nie będziesz miała nic prze­ciw­ko temu – mówił da­lej Leo. – On jest naszą ro­dziną. Po­wie­dział, że się zgo­dzisz.

– Nic dziw­ne­go. Był z wami ktoś jesz­cze?

– Tłuścioch. Byliśmy u nie­go.

Sier­giej „Tłuścioch” Mie­do­wu­ka był ku­zy­nem mo­je­go ojca i właści­cie­lem ka­wiar­ni, w której byłam z Ga­ble’em po­przed­nie­go wie­czo­ru. Tłuścioch był gru­by, co w na­szych cza­sach było rzad­kością. Lubiłam go tak jak inne oso­by z dal­szej ro­dzi­ny, ale po­wie­działam, że nie chcę, aby Leo prze­sia­dy­wał w jego lo­ka­lu.

– Cze­go oni od cie­bie chcie­li, Leo?

– Byliśmy na lo­dach. Tłuścioch za­mknął swój bar i po­szliśmy na lody. Jacks miał… Jak to się na­zy­wa, Aniu?

– Ku­po­ny.

– Tak, właśnie!

Znając mo­je­go ku­zy­na, sam zro­bił te ku­po­ny.

– Ja zamówiłem tru­skaw­ko­we.

– Mhm.

– Nie złość się, Aniu.

Leo spoj­rzał na mnie z taką miną, jak­by się miał roz-płakać. Wzięłam głęboki wdech i spróbowałam się opa­no­wać. Mogłam stra­cić kon­trolę przy Ga­ble’u Ar­sleyu, ale przy Leo ta­kie za­cho­wa­nie było nie­do­pusz­czal­ne.

– Sma­ko­wały ci lody?

Leo skinął głową.

– Po­tem po­szliśmy… Obie­caj, że nie będziesz zła.

Skinęłam głową.

– Po­szliśmy do Klu­bu Ba­se­no­we­go.

Klub Ba­se­no­wy znaj­do­wał się na West End Ave­nue, w bu­dyn­ku z końca XX wie­ku. Za­nim nastąpił pierw­szy kry­zys z do­stawą wody i za­mknięto ba­se­ny, była tam pływal­nia dla ko­biet. Te­raz w klu­bie spo­ty­ka­li się człon­ko­wie ro­dzi­ny (czy­li „sie­mii” albo in­a­czej przestępczej ro­dzi­ny Ba­lan­chi­ne’ów). Pew­nie mało płaci­li za wy­na­jem.

– Leo! – krzyknęłam.

– Mówiłaś, że nie będziesz się gnie­wać!

– Do­brze wiesz, że nie wol­no ci cho­dzić do za­chod­niej dziel­ni­cy. Po­wi­nie­neś był naj­pierw komuś o tym po­wie­dzieć.

– Wiem, wiem. Ale Jacks twier­dził, że wie­lu lu­dzi chce mnie po­znać. Mówił, że oni są z ro­dzi­ny i że nie będziesz zła.

Ogarnęła mnie taka wściekłość, że nie mogłam wy­krztu­sić słowa. Ma­ka­ron z se­rem ostygł i nada­wał się już do zje­dze­nia, więc zaczęłam go nakładać do mi­sek.

– Umyj ręce i po­wiedz Nat­ty, że ko­la­cja go­to­wa.

– Proszę, Aniu, nie złość się na mnie.

– Nie je­stem zła nacie­bie.

Właśnie za­mie­rzałam wymóc na Leo obiet­nicę, że już nig­dy nie wróci do tego miej­sca, kie­dy oznaj­mił:

– Jacks po­wie­dział, że mógłbym pra­co­wać w Klu­bie Ba­se­no­wym. Wiesz, in­te­res ro­dzin­ny.

Po­wstrzy­małam się z tru­dem, żeby nie cisnąć ma­ka­ro­nem o ścianę. Wie­działam, że nie ma sen­su złościć się na mo­je­go bra­ta. Nie mówiąc już o tym, że dwa pełne okru­cieństwa ata­ki złości z wy­ko­rzy­sta­niem ma­ka­ro­nu w ciągu jed­ne­go dnia to byłaby gru­ba prze­sa­da.

– Po co ci to? – za­py­tałam. – Prze­cież lu­bisz pra­co­wać w kli­ni­ce.

– Tak, ale Jacks uważa, że po­wi­nie­nem pra­co­wać dla ro­dzi­ny. – Leo za­milkł na chwilę. – Jak tata.

Pokręciłam szyb­ko głową.

– Sama nie wiem, Leo. W Klu­bie Ba­se­no­wym nie ma zwie­rzaków do głaska­nia. Idź po Nat­ty, do­brze?

Pa­trzyłam, jak Leo wy­cho­dzi z kuch­ni. Na pierw­szy rzut oka nie było widać, że coś jest z nim nie w porządku. A może zro­bi­liśmy zbyt wielką sprawę z jego ka­lec­twa? Niewątpli­wie mój brat był przy­stoj­ny i sil­ny. I tak na­prawdę do­rosły. A to oczy­wiście mnie prze­rażało. Bo dorośli lu­dzie mie­wa­li kłopo­ty. Niektórzy da­wa­li się wy­ko­rzy­sty­wać. In­nych zsyłano na Wyspę Ri­ker­sa. Jesz­cze inni kończy­li znacz­nie go­rzej – ginęli.

Napełniając szklan­ki wodą, za­sta­na­wiałam się, co mój przy­szy­wa­ny ku­zyn za­mie­rzał i w ja­kim stop­niu okaże się to dla mnie pro­ble­mem.

Roz­dział IIZo­staję uka­ra­na. De­fi­niuję słowo „re­cy­dy­wa”. Zaj­muję się spra­wa­mi ro­dzin­ny­mi

Naj­gorszą częścią dyżuru w stołówce pod­czas lun­chu było no­sze­nie far­tu­cha. Far­tuch był wiel­ki i czer­wo­ny. Wyglądałam w nim jak gru­ba­ska. Far­tuch miał z tyłu zmy­wal­ny na­pis: ANIA BA­LAN­CHI­NE PO­WIN­NA NAD SOBĄ PA­NO­WAĆ. Z początku nie było widać na­pisu, bo zasłoniły go moje włosy. Ale po­tem ka­za­no mi założyć na nie siatkę. Nie pro­te­sto­wałam. Siat­ka była naj­wy­raźniej ko­niecz­nym ele­men­tem stro­ju ku­char­ki.

Kie­dy zbie­rałam tace i kub­ki mo­ich ko­legów i koleżanek z kla­sy, Scar­lett pa­trzyła na mnie ze współczu­ciem. To tyl­ko po­gar­szało sprawę. Wolałabym odbyć po­kutę bez świadków.

Z wia­do­mych po­wodów zo­sta­wiłam sto­lik Ga­ble’a Ar­sleya na sam ko­niec.

– Nie mogę uwie­rzyć, że uma­wiałem się z kimś ta­kim – po­wie­dział Ga­ble stłumio­nym głosem, jed­nak na tyle głośno, że go usłyszałam.

Miałam ochotę to sko­men­to­wać, ale tyl­ko się uśmiechnęłam i nic się nie ode­zwałam. Dyżurny w stołówce mu­siał być ci­cho.

Za­brałam wózek z ta­ca­mi do kuch­ni, a po­tem wróciłam do stołówki, żeby zjeść swój lunch. Miałam dosłownie dwie mi­nu­ty. Scar­lett się prze­siadła. Za­uważyłam obok niej Wina. Moja przy­ja­ciółka po­chy­liła się w jego stronę i śmiała się z tego, co mówił. Bied­na Scar­lett. Nie po­tra­fiła flir­to­wać w sub­tel­ny sposób. Miałam prze­czu­cie, że to nie po­działa na Wina.

Tak na­prawdę nie chciałam się do nich dosiąść. Pach­niałam stołówką i śmie­cia­mi. Scar­lett kiwnęła na mnie.

– Aniu! Tu­taj!

Po­deszłam do niej.

– Świet­nie wyglądasz z tą sia­teczką na włosach! – po­wie­działa.

– Dzięki – od­parłam. – Chy­ba będę tak cho­dzić. Far­tuch też so­bie zo­sta­wię. – Po­sta­wiłam tacę na sto­le i oparłam ręce na bio­drach. – Ale przy­dałby się pa­sek. – Zdjęłam far­tuch i położyłam go na ławce.

– Aniu, po­znałaś Wina? – spy­tała Scar­lett.

Pod­niosła jedną brew, dając mi do zro­zu­mie­nia, że to właśnie o nim wcześniej mi mówiła.

– Po­zna­liśmy się przed ga­bi­ne­tem dy­rek­tor­ki. Ania miała kłopo­ty – od­po­wie­dział Win.

– Je­stem spe­cja­listką od kłopotów – dodałam.

Zaczęłam jeść za­pie­kankę wa­rzywną w sposób, jak mi się wy­da­wało, dys­tyn­go­wa­ny. Je­dze­nie miało odrażający za­pach, ale umie­rałam z głodu. Kie­dy za­dzwo­nił dzwo­nek, Win i Scar­lett opuścili stołówkę, a ja sku­piłam się na błyska­wicz­nym je­dze­niu. Na­gle za­uważyłam ka­pe­lusz Wina.

Kie­dy za­brzmiał dru­gi dzwo­nek, Win wrócił do stołówki. Podałam mu ka­pe­lusz.

– Dzięki – po­wie­dział.

Byłam pew­na, że so­bie pójdzie, ale usiadł na krześle na­prze­ciw­ko mnie.

– To nie było w porządku zo­sta­wiać cię tu­taj samą.

– Daj spokój. Spóźnisz się. – Na­brałam je­dze­nie. – Poza tym lubię prze­by­wać w swo­im to­wa­rzy­stwie.

Win skrzyżował ręce na ko­la­nach.

– Na tej lek­cji mam sa­mo­dzielną naukę.

Spoj­rzałam na nie­go.

– Jak chcesz.

Win po­do­bał się Scar­lett. Nie było mowy, żebym star­to­wała do fa­ce­ta, który po­do­bał się mo­jej przy­ja­ciółce. Na­wet jeśli miał ta­kie in­try­gujące dłonie. Oj­ciec na­uczył mnie lo­jal­ności.

– Jak po­znałeś Scar­lett? – spy­tałam.

– Na fran­cu­skim – od­po­wie­dział i nie dodał nic więcej.

– Skończyłam na dziś – oznaj­miłam.

Chciałam, żeby Win już po­szedł.

– Za­po­mniałaś o czymś – po­wie­dział.

Zdjął siatkę z mo­ich włosów. Musnął kciu­kiem moje czoło i uwol­nił loki.

– Ład­nie ci w tej sia­tecz­ce, ale wolę cię bez niej.

– Och – mruknęłam.

Po­czułam, że się czer­wie­nię, i na­tych­miast się opa­no­wałam. Ten flirt za­czy­nał mnie wku­rzać.

– Dla­cze­go prze­pro­wa­dziłeś się do tego mia­sta?

– Mój oj­ciec zo­stał zastępcą pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go.

Wszy­scy wie­dzie­li, że pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny Si­lver­ste­in to ma­rio­net­ka. Był zbyt sta­ry i scho­ro­wa­ny, aby co­kol­wiek zdziałać. Zastępca miał władzę taką jak sam pro­ku­ra­tor i nie mu­siał się przej­mo­wać wy­bo­ra­mi. Wi­docz­nie spra­wy miały się nie naj­le­piej, sko­ro spro­wa­dzo­no kogoś aż z Al­ba­ny.

We­zwa­no człowie­ka z zewnątrz, więc naj­wy­raźniej za­no­siło się na zmianę reżimu. Według mnie to ozna­czało zmianę na do­bre, bo w mieście nie mogło już być go­rzej. Nie pamiętałam, co się stało z po­przed­nim zastępcą pro­ku­ra­to­ra, ale pew­nie to co zwy­kle: był nie­kom­pe­tent­ny albo kradł. A naj­praw­do­po­dob­niej obie te rze­czy na­raz.

– Twój tata jest no­wym su­per­gliną?

– On myśli, że uda mu się tu wszyst­ko na­pra­wić – od­po­wie­dział wy­mi­jająco Win.

– Życzę mu po­wo­dze­nia.

– Tak, jest trochę na­iw­ny. – Win wzru­szył ra­mio­na­mi. – Uważa się za ide­alistę.

– Hej, mówiłeś, że po­cho­dzisz z ro­dzi­ny far­merów.

– Mówiłem o mat­ce. Ona jest inżynie­rem śro­do­wi­ska i spe­cja­li­zu­je się w sys­te­mach na­wad­niających. Jest wróżką, która po­tra­fi wy­ho­do­wać zboże bez wody. Oj­ciec był pro­ku­ra­to­rem ge­ne­ral­nym w Al­ba­ny.

– To jest… Skłamałeś!

– Nie. Od­po­wie­działem po pro­stu na two­je py­ta­nie. Pamiętasz chy­ba, że spy­tałaś, skąd się wzięły pęche­rze na mo­ich dłoniach. Na pew­no nie stąd, że oj­ciec jest pro­ku­ra­to­rem.

– Myślę, że nie wspo­mniałeś o nim, bo do­brze wiesz, kim był mój oj­ciec, i…

– I? – prze­rwał mi Win.

– I może pomyślałeś, że nie będę się chciała ko­le­go­wać z chłopa­kiem, którego ro­dzi­na stoi po prze­ciw­nej stro­nie niż moja.

– Je­steście miłośni­ka­mi Czer­wo­nej Gwiaz­dy?

– Za­cze­kaj, nie po­wie­działam…

– Wy­co­fuję swo­je słowa. I prze­pra­szam, jeśli po­czułaś się oszu­ka­na. – Win pa­trzył na mnie z lek­kim roz­ba­wie­niem. – To niezła teo­ria, Aniu.

Oznaj­miłam, że muszę wra­cać do kla­sy, co było zgod­ne z prawdą.

Byłam już pięć mi­nut spóźnio­na na hi­sto­rię XX-wiecz­nej Ame­ry­ki.

– Do zo­ba­cze­nia – po­wie­dział Win, wkładając swój ka­pe­lusz.

Pan Be­ery na­pi­sał na ta­bli­cy: „Ci, którzy nie pamiętają hi­sto­rii, będą ją po­wta­rzać”. Nie byłam pew­na, czy ta uwa­ga miała być in­spi­rująca i prak­tycz­na. A może na­uczy­ciel dawał nam do zro­zu­mie­nia w sposób żar­to­bli­wy, że po­win­niśmy się uczyć.

– Aniu Ba­lan­chi­ne – po­wi­tał mnie pan Be­ery. – Miło, że do nas dołączyłaś.

– Prze­pra­szam, pa­nie Be­ery. Miałam dyżur w stołówce pod­czas lun­chu.

– Pan­na Ba­lan­chi­ne jest żywym do­wo­dem na ist­nie­nie ta­kich pro­blemów w społeczeństwie, jak: zbrod­nia, kara i re­cy­dy­wa. Jeśli mi po­wiesz, dla­cze­go tak jest, nie poślę cię do ga­bi­ne­tu pani dy­rek­tor po bi­le­cik dla spóźnial­skich.

Pan Be­ery był moim na­uczy­cie­lem za­le­d­wie je­den dzień, więc nie miałam pojęcia, czy żar­tu­je.

– Aniu, cze­ka­my.

Od­po­wia­dając, po­wstrzy­małam się od szy­der­cze­go uśmie­chu.

– Kry­mi­na­li­sta zo­sta­je uka­ra­ny za swo­je zbrod­nie, ale sama kara jest przy­czyną no­wych zbrod­ni. Dyżur w stołówce był moją karą za wszczęcie bójki. Kara spra­wiła, że spóźniłam się na lekcję.

– Ding-ding-ding-ding! Daj­cie na­grodę tej ko­bie­cie – po­wie­dział pan Be­ery. – Pan­no Ba­lan­chi­ne, proszę zająć miej­sce. A te­raz, chłopcy i dziewczęta, czy możecie mi po­wie­dzieć, cze­go do­ty­czył Szla­chet­ny Eks­pe­ry­ment?

Ali­son Whe­eler pod­niosła rękę. Była to ślicz­na ru­dowłosa dziew­czy­na, która świet­nie nada­wała się na kla­so­we­go rzecz­ni­ka.

– Na mo­ich lek­cjach nie mu­si­cie pod­no­sić ręki. Trak­tuję te zajęcia jak dys­kusję.

– Uhm, tak – zgo­dziła się Ali­son, opusz­czając rękę. – Szla­chet­ny Eks­pe­ry­ment to inna na­zwa pierw­sze­go eta­pu pro­hi­bi­cji, który trwał w la­tach 1920–1933. W cza­sie pro­hi­bi­cji sprze­daż i kon­sump­cja al­ko­ho­lu zo­stały za­ka­za­ne w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

– Bar­dzo do­brze, Ali­son. Czy znaj­dzie się ktoś na tyle odważny, by zgadnąć, dla­cze­go wspo­mniałem na początku zajęć o Szla­chet­nym Eks­pe­ry­men­cie?

Próbowałam zi­gno­ro­wać to, że wszy­scy ucznio­wie na mnie pa­trzy­li.

W końcu Chai Pin­ter, kla­so­wa plot­kar­ka, po­wie­działa:

– Może w nawiąza­niu do tego, że dziś za­ka­za­ne są cze­ko­la­da i ko­fe­ina?

– Ding-ding-ding-ding! Nie je­steście tacy tępi, na ja­kich wygląda­cie – oznaj­mił pan Be­ery.

Przez resztę zajęć mie­liśmy wykład o pro­hi­bi­cji. Pan Be­ery mówił o zwo­len­ni­kach wstrze­mięźliwości. Uważali oni, że za­kaz spożywa­nia al­ko­ho­lu w ma­gicz­ny sposób roz­wiąże ta­kie pro­ble­my społecz­ne, jak bie­da, okru­cieństwo, przestępczość i tak da­lej. Zwo­len­ni­cy wstrze­mięźliwości od­nieśli zwy­cięstwo, przy­najm­niej na pe­wien czas, po­nie­waż ich so­jusz­ni­ka­mi sta­li się człon­ko­wie in­nych potężnych or­ga­ni­za­cji. Al­ko­hol był tyl­ko pre­tek­stem.

Nie byłam eks­per­tem od cze­ko­la­dy. Za­kaz jej spożywa­nia wpro­wa­dzo­no, za­nim się uro­dziłam, ale ist­niały oczy­wi­ste po­do­bieństwa. Tata za­wsze mi po­wta­rzał, że w je­dze­niu cze­ko­la­dy nie ma nic złego. Cho­dziło o to, że cze­ko­la­da stała się częścią fi­nan­so­wej ma­chi­ny tak samo jak je­dze­nie, nar­ko­ty­ki, zdro­wie i pie­niądze. Nasz kraj wy­brał cze­ko­ladę, po­nie­waż rząd mu­siał cze­goś za­ka­zać, a bez cze­ko­la­dy mógł się obejść. Tata po­wie­dział kie­dyś: „Każde po­ko­le­nie pcha wózek po swo­je­mu”.

Myślałam właśnie o ta­cie, kie­dy zdałam so­bie sprawę, że pan Be­ery wymówił moje imię.

– Aniu, może nam po­wiesz, dla­cze­go Szla­chet­ny Eks­pe­ry­ment zakończył się całko­witą klęską?

Zmarsz­czyłam brwi.

– Dla­cze­go pan pyta właśnie mnie?

Chciałam to od nie­go usłyszeć.

– Tyl­ko dla­te­go, że mil­czałaś przez jakiś czas – skłamał pan Be­ery.

– Bo lu­dzie lubią al­ko­hol – od­po­wie­działam bez­myślnie.

– To praw­da, Aniu. Ale cho­dzi o coś jesz­cze. O coś, co być może ma związek z two­im życiem.

Za­czy­nałam nie­na­wi­dzić tego człowie­ka.

– Po­nie­waż za­ka­za­nie cze­go­kol­wiek pro­wa­dzi do zor­ga­ni­zo­wa­nej przestępczości. Lu­dzie za­wsze znajdą sposób, żeby do­stać to, cze­go chcą. I za­wsze będą ist­nie­li kry­mi­na­liści, którzy im tego do­starczą.

Za­dzwo­nił dzwo­nek. Ucie­szyłam się, że będę mogła stamtąd wyjść.