Moja Magiczna Praga - Isabelle Broom - ebook
Opis

Dla Megan wypad do Pragi tuż przed Bożym Narodzeniem z jej przyjacielem ma być tylko inspiracją przed zbliżającą się wystawą fotograficzną.
Chce, żeby znajomość z Olliem pozostała tylko przyjaźnią. I boi się, że jeśli on pozna jej przeszłość, Megan może znów wszystko stracić…
Dla Hope to niespodzianka, jaką zaskakuje ją mężczyzna, w którym się zakochała. I byłaby to piękna niespodzianka, gdyby nie jej córka…
Dla Sophie Praga zawsze była magicznym miejscem. Czeka niecierpliwie, aż dołączy do niej Robin, jej ukochany, z którym co roku odwiedzają to romantyczne miasto. Ale jego przyjazd niepokojąco się opóźnia...
Historie trzech kobiet splatają się, gdy każda z nich odkrywa swoją własną Pragę. Tak cudownie nierealną w wirujących płatkach śniegu i tak prawdziwą, gdzie jak w życiu jest smutek i radość. A szczęście można spotkać za każdym rogiem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 440

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Renata Kuk

Agnieszka Pyśk

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© kaprik/Shutterstock

© Leonid Ikan/Shutterstock

Tytuł oryginału

A Year and a Day

Copyright © 2016 by Isabelle Broom

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6559-9

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Śnieg zaczął padać, gdy zrobiło się ciemno, a wraz z nim zapadła cisza. Ta magiczna, niemal eteryczna cisza, która chyba zawsze towarzyszy delikatnie prószącym płatkom, jakby wszyscy mieszkańcy świata zatrzymali się, żeby podziwiać ich piękno.

Jednej osoby śnieg jednak nie poruszył, nawet na niego nie patrzyła. Stała przy murku na brzegu mostu, z wilgotnym brukiem pod podeszwami butów i oddechem zamarzającym w ostrym, nieruchomym powietrzu i czuła, że przyciąga ją ciemna masa wody w dole.

Jakby to było do niej skoczyć? – zastanawiała się. Czy rzeka przebije ją swoimi lodowatymi palcami, czy ona będzie kaszleć i pluć, i wymachiwać rękami nad głową; czy może nie poczuje nic prócz ulgi? Ta druga wizja była rozkosznie kusząca. Ostatnie dni ją wyczerpały, była zmęczona. Zmęczona zamieszaniem, zmęczona niepewnością i zmęczona bólem.

Usłyszała, że zegar zaczyna bić i zamknęła oczy, a pojedyncze uderzenia wprawiały w drganie jej wnętrzności z niezamierzoną nieodwołalnością: odliczanie do beznadziei, symfonia rozpaczy. Śnieg padał teraz mocniej i nie widziała nic przez łzy.

Wystarczy podnieść nogę, przesunąć ją poza krawędź, ostatni wdech i jeden skok. W minutę może być po wszystkim.

Wysoko ponad mostem, ponad napęczniałymi od śniegu chmurami, na niebie wygodnie i dumnie rozsiadł się księżyc. Z góry świat wydawał się zaledwie kolorowym punkcikiem w oceanie czerni, jasnym kamykiem życia i miłości, i smutku, i radości. Na moście blask księżyca był wszędzie, oświetlał pomniki i sprawiał, że plamy rozmazanego złotego blasku lśniły w ciemności na niebiesko. Śnieg padał dalej.

Zegar uderzył ostatni raz, a z nim przyszła świadomość. Wzięła głęboki oddech i oparła dłonie na kamiennym murze, żeby przytrzymać się przy wspinaniu. Ale kiedy jej stopa oderwała się od ziemi, usłyszała krzyk.

To był on. Przyszedł.

1

Megan zwinęła dżinsy w kulkę i cisnęła nimi przez pokój, najmocniej jak mogła. Uderzyły o ścianę z rozczarowującym głuchym plaśnięciem i zsunęły się bezwładnie na podłogę, lądując na trzech koszulach i pięciu parach majtek, które odrzuciła już wcześniej.

W pakowaniu była zawsze dobra i się tym szczyciła. Starannie zwinięte ubrania, skarpetki wsunięte do butów, przybory toaletowe przelane do miniaturowych buteleczek i rozsądna ilość wolnego miejsca na zakupy zrobione w czasie wyjazdu.

Tym razem jednak cholernie się męczyła.

Co zabrać na wyjazd z przyjacielem, który jest mężczyzną, ale nie tym najważniejszym? Mężczyzną, który pocałował cię po pijaku wieki temu, ale z którym nie chcesz się więcej całować. Mężczyzną, który zaprosił cię na wypad do Pragi na zupełnie platonicznych zasadach, ale który z całą pewnością jest wolny. Mężczyzną, z którym przyjdzie ci spędzić sam na sam sporo czasu w ciągu pięciu najbliższych dni. Mężczyzną, z którym będziesz musiała nawet dzielić łóżko.

To było trochę dziwne.

Megan nie chciała słuchać, kiedy przyjaciele mówili jej, że to wszystko skończy się płaczem. Cholera, nawet matka ją ostrzegała.

– Nie chcę, żeby biedak cierpiał – powiedziała. Jak to mama.

Zbyła ich, mówiąc, że wszystko jest w porządku. Ollie wiedział, że głupi pocałunek był jednorazowym wyskokiem i że są po prostu przyjaciółmi.

Mimo wszystko, dziwnie.

Powinna zapakować czarną suknię z głębokim dekoltem? Wyglądała w niej ładnie i lubiła ją nosić, ale czy Ollie nie pomyśli, że to znak, że chce, żeby zwrócił na nią uwagę? Nie zachęci go mimowolnie? A co z piżamą? Jeżeli zabierze nową satynową obszytą koronką, on może to wziąć za zielone światło i będzie myślał, że ma ochotę na przyjacielskie mizianki pod kołdrą. Jedyną alternatywą był paskudny komplet składający się z koszulki z krótkimi rękawami i spodenek, który gnił w szafie od studiów. Nie chciała, żeby Ollie pomyślał, że jest niechlujna. Miała problem.

Koszulki na ramiączkach, które kiedyś były takie zwyczajne, teraz zionęły podtekstem, dżinsy, które leżały jej dobrze na pupie, nagle stały się wyzywające, a w kwestii wyboru bielizny… nie miała nawet pojęcia, od czego zacząć z tą stertą prowokujących, czerwonych płacht na rozjuszonego byka. Nie miała wyjścia, będzie musiała pójść do najnudniejszego sklepu z ciuchami w Londynie i kupić przykładną garderobę składającą się z najskromniejszych i najmniej sugestywnych ubrań, jakie mają. Super.

Telefon zabrzęczał jej w kieszeni. Wiadomość od Ollego.

„Mam nadzieję, że jesteś spakowana. Cieszę się na jutro”.

„Piwo na lotnisku o 6 rano, zgoda? Stawiasz. :-*”

O, Boże, dodał buziaka. Już się zaczęło.

Żuła wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią, aż w końcu zdecydowała się na:

„Spakowana od paru godzin, głupku. A stawiasz Ty”.

Żadnego buziaczka, o nie.

Westchnęła i porzuciła beznadziejne zadanie, jakim było pakowanie i wzięła aparat. Natychmiast zrobiła się spokojniejsza. Uwielbiała czuć jego ciężar w dłoniach, fakturę obudowy we wprawnych palcach, delikatne kliknięcie, kiedy ustawiała obiektyw w odpowiedniej pozycji i przypływ rozkoszy, kiedy w końcu naciskała wyzwalacz i utrwalała obraz. Uchwycona chwila, wspomnienie zachowane na zawsze, obraz świata, jakim go widziała. Nic nie uszczęśliwiało Megan bardziej niż robienie zdjęć i wiedziała, że fotografia zawsze będzie jej największą miłością. Żaden mężczyzna ani przyjaciele, ani nawet – jej mózg zawahał się na chwilę – rodzina nie mogła z nią konkurować. Ten aparat stanowił taką samą część Megan jak jej kończyny, skóra, włosy i dusza i wystarczyło, że go trzymała, stojąc wśród stosu rozrzuconych ubrań, żeby poczuła się lepiej.

Kiedy Ollie oznajmił, że w następnym semestrze będzie uczył swoją klasę ośmiolatków o Pradze, zaproponował Megan, żeby wybrała się z nim na wycieczkę szkoleniową w czasie tygodniowej przerwy na dokształcanie dla nauczycieli. Jako jego nieoficjalna fotografka przeprowadziła dokładne rozpoznanie przed podjęciem decyzji i miasto wydało jej się zjawiskowe. Te wszystkie brukowane uliczki, pomniki, nie wspominając o pięknej Wełtawie przepływającej przez sam środek miasta. Praga była też pełna perełek architektonicznych, nawet sprzed trzynastego wieku i Megan czuła na rękach gęsią skórkę z przejęcia za każdym razem, gdy o tym myślała.

Była pewna, że wyjazd ją zainspiruje i w końcu zacisnęła zęby, zebrała się w sobie i zarezerwowała miejsce na majowej wystawie przy South Bank tu, w Londynie. Miał to być jej pierwszy duży wernisaż w stolicy i, ponieważ do Bożego Narodzenia było tylko kilka tygodni, nieźle sobie radziła, zostawiając zapas czasu – ale tak lubiła pracować. Ustalanie terminów, tworzenie list, mobilizowanie się, żeby się zebrać i wyjść, zagospodarować jakoś dzień, osiągnąć coś, cokolwiek – to była cała Megan.

Jej telefon znowu zabrzęczał.

„Właśnie pomyślałem – może pojedziemy na lotnisko razem? Taksówka ode mnie? :-*”

Odłożyła aparat i jęknęła. Mogła winić tylko siebie za to, że zgodziła się na lot o tak nieludzkiej porze, ale nie chciała dodatkowo pozbawiać się snu, żeby o piątej rano maszerować do Ollego. I znów dodał buziaka.

„Przyjdź do mnie, będzie prościej”.

Wcisnęła „wyślij” i czekała, patrząc, jak przychodzi potwierdzenie doręczenia wiadomości. Jak przypuszczała, na odpowiedź Ollego nie musiała długo czekać.

„OK, Szefowa. :-* :-*”

Dwa buziaki?

Przez resztę popołudnia się ociągała. Stwierdziła kategorycznie, że kupowanie nudnych ciuchów, których nigdy więcej nie założy, jest skończonym absurdem, spakowała się, potem przepakowała walizkę, a później przez całe dwadzieścia minut rozważała, czy zawracać sobie głowę goleniem nóg. Kiedy była już umyta, wymuskana, spakowana i usiadła przed telewizorem z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni, dochodziła dziesiąta. Skoro Ollie miał się zjawić o piątej rano, powinna niedługo spróbować się przespać, choć zostało pół butelki czerwonego wina. Nie ma sensu zostawiać resztek, skoro wyjeżdża na pięć dni – czyste marnotrawstwo.

Na dźwięk dzwonka mało nie wylała tego, co miała w kieliszku.

– Jasna dupa – wymruczała, wzięła kij bejsbolowy, który trzymała przy szczycie schodów i owinęła się mocniej luźnym swetrem. Mieszkała w północnym Londynie od ponad dziesięciu lat i jeszcze nigdy jej nie okradli, nie napadli ani się nie włamali, ale dziewczyna, która mieszka sama, powinna dmuchać na zimne.

– Kto tam? – krzyknęła zza drzwi.

Usłyszała cichy chichot, a później znajomy głos Ollego:

– Mężczyzna z twoich najdzikszych marzeń.

Opuściła kij, uchyliła lekko drzwi i spojrzała gniewnie przez szparę na swojego przyjaciela w okularach.

– Jesteś trochę za wcześnie, nie uważasz?

– W sensie? – Ollie był na tyle przyzwoity, że przez chwilę miał zdezorientowaną minę, a Megan zauważyła, że przy nogach ma walizkę.

– Myślałam, że przyjdziesz rano.

– I że będę się tu człapał z Putney o piątej rano? Chyba mnie o to nie podejrzewałaś? Myślałem, że chciałaś, żebym u ciebie przenocował.

Nie wyglądał, jakby kłamał, i Megan otworzyła drzwi trochę szerzej.

– Będziesz musiał spać na kanapie – powiedziała, starając się nie przejmować tym, że ma na sobie puchate kapcie psy i zero makijażu.

Ollie przeciągnął walizkę przez próg, a Megan przepuściła go przodem po schodach. Powiedziała, że chce dokładnie zamknąć drzwi, ale tak naprawdę nie chciała, żeby po drodze na górę gapił się na jej tyłek. Przyłapała go na tym kiedyś, kiedy, na swoje nieszczęście, założyła bardzo obcisłe dżinsy, ale nie miała pojęcia, co go tak zauroczyło. Jeżeli miałaby wybrać jedno słowo, żeby opisać swój tyłek, byłoby nim: gigantyczny.

– Nalej sobie wina – powiedziała, gdy znaleźli się na górze, już żałując kolejnego kieliszka, który miała zamiar wypić. Ale przecież, przypomniała sobie, przez kilka najbliższych dni mogą pić, ile tylko chcą. – Praga słynie ze swoich piwiarni.

Jakby czytając jej w myślach, Ollie wzniósł „pierwszy z wielu” toastów, stukając się z nią kieliszkiem, a ona po raz pierwszy pozwoliła sobie uśmiechnąć się do przyjaciela. W Olliem podobało jej się wiele: był wysoki, miał gęste kasztanowe włosy i pamiętał, żeby je myć, miał dobrą pracę, która dostarczała codziennie wielu zabawnych anegdot, dzwonił regularnie do rodziców, nie z musu, był zabawny i był jednym z najlepszych, najbardziej lojalnych przyjaciół, jakich miała.

– Myślisz, że będzie dziwnie?

Nie zamierzała tego mówić, ale cieszyła się, że to zrobiła, gdy Ollie uśmiechnął się do niej i położył dłoń na jej ramieniu, żeby ją uspokoić.

– Nieee. – Wzruszył ramionami. – Będzie fajnie.

Zdjął już wcześniej okulary, bo mu zaparowały, jak zawsze w jej tropikalnym salonie. Grzejnik zepsuł się lata temu i ciągle był do końca rozkręcony, ale Megan, w odróżnieniu od wszystkich biedaków, którzy odważyli się wejść do jej jaskini, zdążyła się do tego przyzwyczaić.

Oczy Ollego są chyba jego największym atutem, stwierdziła. Miały jasnoorzechowy kolor, podkreślony przez piegi. Ona, dla odmiany, miała małe oczy w kolorze raczej nieinspirującej, chodnikowej szarości.

Cisza, która z niewiadomego powodu stawała się coraz głośniejsza, zrobiła się niezręczna i Megan wypełniła ją, opowiadając mu o swoich planach związanych z nową wystawą. Nie wybrała jeszcze tematu, powiedziała, ale miała nadzieję, że w Pradze znajdzie natchnienie, jakiego potrzebuje. Ale nie wyjaśniła mu, dlaczego właściwie ta wystawa tyle dla niej znaczy. To mogło poczekać na inny dzień.

– Brzmi wspaniale – powiedział Ollie, dopijając wino i rozlewając do kieliszków niewielką ilość, która została. Zawsze ją wspierał w pracy, między innymi dlatego tak lubiła jego towarzystwo. – Ale zrobimy coś wyjątkowego z okazji moich urodzin, co? – Ollie spojrzał na nią pytająco.

– Hm…

– Miesiąc temu skończyłem trzydzieści pięć lat, a na razie nie dostałem od ciebie nawet kartki. Trzydzieści pięć lat to ważny etap. Dlatego nalegam, żebyś zaprosiła mnie na kolację do najbardziej eleganckiej restauracji z gulaszem w całej Pradze.

– Idiota – powiedziała, zastanawiając się w duchu, czy zdąży ukradkiem zajrzeć do Internetu, wyszukać restaurację w Pradze i zarezerwować dla nich stolik przed wylotem. Przypuszczała, że pewnie nie.

– Tylko się z tobą droczę. – Trącił jej nogę stopą, a ona zauważyła jego jaskraworóżowe skarpetki. – A może w zamian jeszcze jedno całowanko?

Nie mogła się powstrzymać, skrzywiła się.

– Ollie… – zaczęła, ale on uniósł dłoń.

– Wiem, wiem, jesteśmy przyjaciółmi i nie będzie żadnych takich. Zapewniam cię, że tylko żartowałem, Meg.

Zmrużyła oczy, patrząc na jego rozbawioną minę.

– Tak łatwo cię wrobić – powiedział Ollie, wsuwając okulary na nos.

Megan nagle dopadło wspomnienie tego pierwszego razu, gdy siedzieli obok siebie na jej kanapie, kiedy znali się dopiero kilka godzin. Wtedy też szumiało jej w głowie od wina, ale konsekwencje były zupełnie inne.

– Gorąco tu czy mi się zdaje? – mruknęła, unosząc wzrok na Ollego, który patrzył na nią z rozbawieniem.

– Zrobiłaś się zupełnie różowa na twarzy, młoda damo – powiedział, odbierając jej kieliszek i sam wypił zawartość. – Dalej, pora spać. Jutro czeka nas bardzo długi dzień.

Zmusiła się, żeby podejść do szafy i wyciągnąć zapasową pościel, którą rzuciła na sofę obok niego i poczekała na zewnątrz na korytarzu, aż usłyszała, że zaczyna się rozbierać.

Ten wyjazd z całą pewnością będzie dziwny, uświadomiła sobie. Ale Megan Spencer najbardziej kochała wyzwania.

2

Przez długą chwilę po tym, jak córka się rozłączyła, Hope po prostu siedziała i gapiła się przed siebie. Przypuszczała, że powinna się cieszyć, że Annette nie rzuciła słuchawką, ale tego raczej nie da się już zrobić, prawda? Teraz wszyscy mają komórki. O wiele mniej dramatycznie jest uderzyć palcem w wyświetlacz niż rzucić plastikiem o plastik i usłyszeć satysfakcjonujący sygnał rozwścieczonej ciszy, ale skutek był ten sam: czuła się, jakby serce łamało jej się na kawałki.

Na stole przed nią stałą salaterka z owocami i wzięła jedną mandarynkę. Była z tych, co się łatwo obierają, które można kupić w każdym markecie w okresie przedświątecznym, ale ta swoje najlepsze chwile zdecydowanie miała już za sobą. Skórka zaczęła twardnieć, a kiedy Hope ją ścisnęła, poczuła, jak przejrzały owoc zamienia się w środku w nieprzyjemną papkę.

Tak jak ja, pomyślała – z zewnątrz twarda, a w środku papka. Ale Annette się z tym nie zgadzała – tyle powiedziała przez telefon parę minut temu, oskarżając matkę, że nie ma serca, że jest egoistką i że zniszczyła jej życie.

Hope wstała gwałtownie, zaniosła mandarynkę do kuchni i wyrzuciła ją do kosza. Wyciągnęła rękę w wąskiej przestrzeni, włączyła czajnik i przygotowała kubek na herbatę, raczej z przyzwyczajenia niż rzeczywistej ochoty, żeby się napić.

W tym mieszkaniu cały czas czuła się trochę jak część zamienna. W domu – to znaczy w drugim mieszkaniu – zawsze miała zajęcie. Trzeba było pościelić łóżka, ugotować kolację, zrobić pranie. A tu? Byli tylko we dwoje, na tak małej przestrzeni.

Sama to wybrałaś, przypomniała sobie, przyciskając saszetkę herbaty do ścianki kubka. Nie mogłaś tak dalej żyć.

Podeszła z herbatą do okna i spojrzała na ulicę w dole. Kobieta, mniej więcej w jej wieku, właśnie zaparkowała przed pocztą i teraz próbowała utrzymać duży stos paczek owiniętych w brązowy papier. Hope zwróciła uwagę na jej starannie ułożone loki i elegancki płaszcz, zapięty pod szyję w przenikliwym grudniowym wietrze.

Zastanawiała się, czy ta kobieta wystroiła się tylko dla tej jednej sprawy, jak zrobiłaby Hope. Od jakiegoś czasu wkładała całą swoją energię w to, żeby wyglądać jak najlepiej tylko przez dwie godziny w tygodniu, później przez cztery, potem przez sześć. Teraz wstawała wcześnie każdego ranka, żeby wyszczotkować włosy i nałożyć makijaż. Dziś była ubrana w piękną zieloną sukienkę z głębokim dekoltem – taką, którą kiedyś trzymałaby na szczególną okazję, ale teraz czuła, że może ja nosić, kiedy tylko chce.

Właściwie mogłaby dzisiaj wyjść, pójść do centrum Arndale i kupić parę rzeczy na święta, może zrobić sobie paznokcie i napić się grzanego wina na jarmarku. Byłoby o wiele weselej z przyjaciółką, ale nie wiedziała, czy któraś w ogóle chce, żeby się z nią kontaktowała. To było takie dziwne, takie sytuacje, i Hope właściwie nie mogła mieć do nich pretensji, ale skrzywiła się w duchu z powodu okropnego poczucia samotności, które ją ogarnęło.

Herbata wystygła, więc wylała ją do zlewu i umyła kubek, wytarła go i odstawiła do szafki. Zegar nad ociekaczem wskazywał punkt jedenastą i Hope usłyszała, jak drzwi na dole otwierają się i zamykają, a później rozlega się odgłos kroków na schodach.

Cały czas przyprawiał ją o motyle w żołądku.

– Cześć, piękna.

Charlie przeszedł przez salon i wziął Hope w ramiona, pocałował ją w czubek nosa i spojrzał jej w oczy.

– Ciągle nie mogę uwierzyć, że tu jesteś – powiedział, nie odrywając wzroku od jej oczu.

Hope poczuła cudowne ciepło, które stało się dla niej jak uzależniający płyn, jakby opuszki palców Charliego były jak odkręcone krany, z których do każdej cząstki jej ciała sączyła się czułość, napełniając ją miłością.

Kiedy brał ją w ten sposób w ramiona, cały ból i skołowanie, które ją nękały, w cudowny sposób znikały – nic dziwnego, że nigdy nie miała go dość.

– No, jestem. – Uśmiechnęła się do niego.

Charlie znów ją pocałował, tym razem w usta. Na głowie miał jaskrawoczerwoną wełnianą czapkę, która gryzła się z różem na jego policzkach.

Hope spuściła głowę i położyła ją nieśmiało na jego piersi. To było niedorzeczne, naprawdę; kobieta w jej wieku w roli rumieniącej się nastolatki.

Patrzył na nią teraz, jak patrzyłby nastolatek, który właśnie dostał roczną prenumeratę „Playboya” i bilet na cały sezon meczy Manchester United. Wystarczyło, że spojrzał na nią w ten sposób i od razu czuła się lepiej. Skoro mówił, że wszystko będzie dobrze, wierzyła mu. Zawsze tak między nimi było, od pierwszego dnia, kiedy się poznali. Miała wrażenie, że Charlie jest jak otwarte okno w dusznym pokoju – wcześniej się topiła, a teraz swobodnie płynęła.

– Myślałam, że masz lekcje przez cały dzień? – zagadnęła go, poprawiając przód sukienki, który zaplątał się w guzikach jego kurtki. Charlie był instruktorem nauki jazdy i cieszył się ogromnym wzięciem.

– Pan Ahmed odwołał lekcję w ostatniej chwili, ale i tak chciałem wpaść do domu – odparł. – Mam dla ciebie niespodziankę.

Skrzywiła się.

– Nie bądź taka. – Poszedł za nią do kuchni, w której znów włączyła czajnik. – Nie uczciliśmy twoich urodzin jak należy, więc pomyślałem, że zrobię nam przyjemność.

Hope przypomniała sobie swoje urodziny, które obchodziła dwa miesiące temu, kiedy mieszkała jeszcze w innym domu. Potworna, sztuczna kolacja prawie w milczeniu, bez cienia radości. Nawet tort wyglądał, jakby źle się tam czuł.

– O jakiej przyjemności mówisz? – spytała.

– Poczekaj tu!

Mieszkanie było tak małe, że Charliemu wystarczyło kilka sekund, żeby przebiec do sypialni i wrócić z kopertą w ręce, a czapkę, której jeszcze nie zdjął, miał mocno przekrzywioną.

– Otwórz.

Hope odłożyła łyżeczkę, którą wsypywała Charliemu cukier do kawy – trzy łyżeczki na kubek, nie do wiary, że miał jeszcze własne zęby – i nieśmiało wsunęła palec pod skrzydełko. W środku znajdowały się dwie złożone kartki, jedna ze szczegółami lotu, a druga z rezerwacją hotelu.

– Praga? – westchnęła, spoglądając to na kartkę w dłoniach, to na niego.

– Proszę, powiedz, że nigdy nie byłaś? – powiedział, składając dłonie jak do modlitwy.

Pokręciła głową. Poza Wielką Brytanią była tylko na Majorce. Jeździli tam co roku – do tej samej miejscowości, do tego samego hotelu, z tym samym niesmacznym wyżywieniem.

– Ja byłem kilka lat temu na wieczorze kawalerskim syna Alana – powiedział. – Oczywiście przez większość czasu piliśmy, ale miasto wydało mi się cudowne. Zawsze chciałem tam wrócić i zwiedzić je z kimś wyjątkowym.

– Jesteś taki słodki. – Hope się uśmiechnęła. Była zaskoczona.

Charlie zrobił krok do przodu i chwycił ją za ręce, a kartka zaszeleściła lekko pod jego palcami.

– Wiem, że te ostatnie tygodnie były dla ciebie ciężkie. – Pokręcił głową, gdy chciała zaprotestować. – To nic złego, że jest się smutnym. Rozumiem, że to wszystko było wielką rewolucją. I ta sytuacja z Annette… – Zamilkł, bo na dźwięk jej imienia Hope posmutniała. – Pomyślałem, że dobrze ci zrobi, jak się wyrwiesz z Manchesteru na kilka dni. Obojgu nam dobrze zrobi.

Kiwnęła głową w milczeniu, bo nie była w stanie wyrazić uczuć, które ją zalały.

– To takie cudowne – wydusiła w końcu, pozwalając, żeby przytulił ją do piersi. – Dziękuję.

Charlie wyciągnął rękę ponad jej ramieniem, wziął kawę i wypił łyk, uśmiechając się do niej znad brzegu kubka.

– Uwielbiam widzieć, jak się uśmiechasz – powiedział. – Takie mam teraz zadanie sprawiać, żebyś się tak uśmiechała, każdego dnia.

Przez tyle lat Hope miała wrażenie, że prawie się nie uśmiechała. Wszystkie jej uśmiechy były zarezerwowane na te chwile, kiedy Annette wracała ze szkoły, a później z pracy. Przyjaciele zachęcali ją, żeby się wysiliła, żeby podchodziła do życia pozytywnie i zaczynała każdy dzień na nowo i zapominała o smutkach, z którymi zasypiała poprzedniego wieczoru. Starała się być szczęśliwa – stawała przed maleńkim lustrem w łazience i uśmiechała się, aż czuła ból w szczęce – ale to nic nie dawało. W końcu łatwiej jej było po prostu pogodzić się z rzeczywistością. Udawanie było wyczerpujące i Hope czuła, że nie ma siły na grę pozorów. Pogodziła się z tym, że szczęście jest czymś, czego już nigdy więcej nie zazna. Aż nagle poznała Charliego.

– Jestem szczęśliwa – odpowiedziała, zdobywając się na nutę ciepła w głosie.

Uśmiechnęli się do siebie, Charlie przełknął resztkę kawy i sięgnął po klucze.

– Jakie masz plany na resztę dnia? – spytał, zakładając kurtkę.

Hope powiedziała mu o zakupach, paznokciach i winie, a on uniósł kciuki.

– Kup sobie coś ładnego na wyjazd – powiedział. – Coś ciepłego, podobno strasznie tam zimno.

Hope poczekała, aż Charlie wyjdzie, a potem znów spojrzała na ekscytujące kartki na kuchennym blacie. Praga: miejsce, o którym nigdy wcześniej nawet nie myślała, a teraz, nagle miała je poznać z mężczyzną, którego kochała i który kochał ją.

3

Cześć, tu Robin, albo nie mogę teraz odebrać, albo zobaczyłem twój numer i pomyślałem, że dzwonisz w sprawie ubezpieczenia kredytu. Jeżeli to drugie, to radzę ci się oswoić z tą wiadomością, bo to jedyny kontakt, jaki będziesz ze mną mieć!

Sophie się rozłączyła i uśmiechnęła, uszy zrobiły jej się ciepłe od głosu narzeczonego w nagranej wiadomości. Cały Robin, jak zawsze żartowniś. Poczuła wielką eksplozję miłości w piersi, a w jej wnętrzu rozkosznie rozlała się czułość. Nawet po dziesięciu latach na myśl o nim ogarniała ją ekscytacja.

To bez sensu, powinna się pakować. Pociąg do Londynu odjeżdża za parę godzin, a ona nawet nie zaczęła. Jutro o tej porze będzie w Pradze. Na myśl o tym bez przerwy się uśmiechała. To było jej miejsce, jej i Robina – miejsce, w którym wszystko się zaczęło i miejsce, do którego zawsze wracali. Teraz był najlepszy moment na wyjazd, w ciągu tych kilku tygodniu przed Bożym Narodzeniem, kiedy miasto dzięki śniegowi przeistaczało się w bajkowy krajobraz – kopuły dachów oprószone bielą, lśniący bruk i chrzęszczący szron. Czas, kiedy można przemykać od jednej ciepłej tawerny do drugiej, ogrzewać się gorącym miodem pitnym i pochłaniać gulasz z knedlami, talerz za talerzem. Tego właśnie potrzebowali i Sophie nie mogła się doczekać, żeby tam wrócić.

Sięgnęła do szafy, żeby wyjąć ulubioną sukienkę i dostrzegła swój stary, zniszczony plecak wciśnięty głęboko. Rozleciał się kilka dobrych lat temu – i nic dziwnego, biorąc pod uwagę liczbę kilometrów, jaką przebył – ale Sophie nigdy nie była w stanie zdobyć się na to, żeby go wyrzucić. Przód był ozdobiony małymi flagami z materiału z krajów, które odwiedzili, wszystkie naszyte własnoręcznie przez Sophie w czasie długich podróży autobusem albo pociągiem pomiędzy jednym a drugim miejscem. Były Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Rosja, Chile, Australia, Kanada, Bali, Tajlandia i wiele innych, i ze wszystkimi wiązały się cudowne wspomnienia. Spędzili z Robinem trzy lata, objeżdżając świat dookoła, robiąc, co musieli, żeby mieć na jedzenie i żeby ich było stać na dach nad głową. Zdarzały się noce, że nie mieli nic, ale te czasem okazywały się najlepsze, bo w nieunikniony sposób prowadziły do nowej przygody.

Kiedyś musieli spędzić trzy noce, śpiąc na dachu miłego nieznajomego w Maroku, żeby o piątej rano dowiedzieć się, że to pora deszczowa. Innym razem rozbili pożyczony namiot na czymś, co uznali za kawał wyschniętego nieużytku na greckiej wyspie Kos, żeby w środku nocy przepędził ich rozjuszony hodowca oliwek, wymachując widłami. Tak, z całą pewnością przeżyli z Robinem kilka lat pełnych przygód.

Praga mogła się poszczycić tym, że stała się jedynym miejscem, do którego niezawodnie co roku wracali, nawet długo po tym, jak odwiesili swoje znoszone plecaki i osiedli w Devon. Rodzina Robina mieszkała w Kornwalii, ale po paru miesiącach jeżdżenia przez wybrzeże, żeby się zobaczyć, Robin podjął odważną decyzję i wprowadził się do Sophie na obszerną farmę jej rodziców krótko po tym, jak dostał wymarzoną pracę instruktora w miejscowej szkole surfingowej. Sophie wiedziała, że to trochę żałosne mieszkać ciągle z mamą i tatą, mając dwadzieścia osiem lat, ale dom był tak wielki, że nigdy nie wydawał się przepełniony. Gdy mieli z Robinem ochotę na wieczór tylko we dwoje, po prostu zostawali w swoim skrzydle. A poza tym jej rodzice kochali Robina jak zięcia od chwili, gdy go poznali, więc nikt nie miał wrażenia, że ktoś mu nadeptuje na odcisk.

Sophie powoli przesunęła zamek po krawędzi walizki, słuchając z zadowoleniem, jak metal się dokładnie schodzi. Ten wyjątkowy odgłos zapinanego suwaka zawsze zapowiadał podróż, która oznaczała przygodę, co dla Sophie znaczyło również szczęście. Podróżowała strasznie dużo, ale nigdy nie miała dość tego doświadczenia. Uwielbiała w nim wszystko, nawet potworne kolejki na lotniskach i czekanie na odbiór bagażu.

Musi być strasznie podróżować służbowo, pomyślała. Znudzić się tym procesem, a może nawet mieć go dość. Wsiadać do samolotu i nie czuć tego mrowienia podniecenia w opuszkach palców, kiedy zapina się pas w samolocie. Stanąć w tak niesamowitym mieście jak Nowy Jork, Szanghaj czy Moskwa i myśleć tylko o spotkaniu, na które trzeba pójść w celach sprzedażowych, które trzeba osiągnąć. Deprymujące.

Nie, praca w sklepie na farmie u rodziców może i nie jest najbardziej atrakcyjną pracą, ale przynajmniej nadal mogła czekać w blokach startowych przygody, gotowa ruszyć w każdej chwili.

Robin był specjalistą od spania w samolocie, a zdolność tę wykształcił w ciągu wielu lat spędzonych w drodze. W czasie tych pierwszych cudownych miesięcy, gdy się poznali i zaczęli razem podróżować, Sophie polubiła przyglądanie mu się, gdy śpi. Uwielbiała, jak jego pełne wargi opadają z jednej strony twarzy i jak jego długie jasne rzęsy niemal dotykają kości policzkowych. Czasami lekko się krzywił, lekko sapnął, a ona wpatrywała się w niego z zachwytem, zastanawiając się, co mu się śni i czy w tym śnie pojawia się ona. Chciała znać każdą jego myśl nie tylko na jawie, ale także te ze snów. Nie była zaborcza ani nie miała obsesji, po prostu kochała go tak bardzo, że jego świadoma wersja nie była w stanie zaspokoić jej apetytu – nigdy nie przestała pragnąć go więcej i to się nie zmieniło.

Sophie wzięła telefon i otworzyła aplikację pogodową. Tak jak liczyła, w Pradze w najbliższym tygodniu miało być dość zimno i prognozowano opady śniegu za kilka dni. Dość frustrujące było to, że Robin nie może pojechać z nią, ale miał do niej dołączyć za kilka dni, a wtedy z pompą będą świętować rocznicę.

Już właściwie powinna wychodzić na dworzec. Przejrzała się w lustrze, idąc po płaszcz. Włosy miała tak krótkie, że z daleka wyglądała jak chłopak – jak młody książę Harry, zdaniem jej mamy. Przy tej najeżonej rudej fryzurze jej niewiarygodnie wielkie i szeroko rozstawione oczy wydawały się jeszcze większe niż zwykle. Tę cechę Robin lubił w niej najbardziej i z rozkoszą jej powtarzał, że jest bardzo podobna do owada. Wymyślił przezwisko „Pchła” kilka dni po tym, jak się poznali i od tamtej pory irytująco się go trzymał. Tak naprawdę jej to nie przeszkadzało, ale czekała, aż znów będzie mogła zasłonić oczy grzywką. Wtedy ścięcie włosów wydawało jej się świetnym pomysłem.

Krzywiąc się lekko i odwracając od lustra, wyciągnęła rękę i chwyciła sflaczałą czapkę z pomponem, którą zrobiła na drutach dla Robina wiele lat temu i naciągnęła ją na krótkie włosy z tyłu i z boków. Była tak wielka na jej małej głowie, że przypominała bardziej osłonę na czajnik niż zimową część garderoby, ale Sophie wcale się tym nie przejmowała. Przecież to ona jedzie dziś do zimnego kraju, więc czapka jest potrzebna bardziej jej niż Robinowi. I tak nie miałby nic przeciwko temu – zawsze powtarzał, że to, co jego, jest także jej.

Podróż do Londynu przebiegła bezproblemowo, i choć dziwnie się czuła bez narzeczonego u boku po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, czuła dumę, że udało jej się jechać metrem i nie stracić nerwów. Nie chodziło o to, że system metra jest skomplikowany – właściwie jest wręcz odwrotnie – raczej o to, że ludzie ją trącali, jakby to miejsce należało do nich. Londyn zawsze budził w niej odrazę – na miasta szkoda jej było czasu i cieszyła się, że Robin uważa tak samo. Podobnie jak ona uwielbiał świeże powietrze i, ponieważ był surferem – morze. Odbierając Robinowi ocean, pozbawiłoby się go sensu życia. No, ocean i Sophie, oczywiście.

Kiedy dotarła do taniego hotelu przy lotnisku Heathrow i siedziała na wąskim twardym łóżku, patrząc na skropiony światłem horyzont, zadzwoniła do Robina i znów się roześmiała, słysząc wiadomość głosową.

Lot miała z samego rana, ale tego wieczoru sen był nieuchwytnym małym diabłem. Kiedy leżała w zniszczonej praniem pościeli, z cienką poduszką szeleszczącą niewygodnie pod głową, pozwoliła popłynąć myślom – jak zawsze ostatnio, gdy nie mogła zasnąć – do ślubu.

Będą mieli wesele na farmie, tego była pewna. Bez sensu płacić horrendalną sumę za wynajęcie sali, skoro mają tyle miejsca za darmo. Tata skrzyknie swoją ekipę od gry w rzutki z pubu, żeby pomogli postawić namiot, a ona z mamą poproszą o pomoc przyjaciół i rodzinę, żeby ozdobili wnętrze lampionami, kwiatami i girlandami. Mogą porozwieszać też zdjęcia jej i Robina, a ludzie wpiszą się do księgi gości. Będzie uroczo, ładnie i serdecznie.

Wieczorem zapalą świece dookoła parkietu do tańca i zatańczą z Robinem pierwszego walca jako mąż i żona. Ludzie będą płakać, a tata będzie pękał z dumy. Potem mama zatańczy z tatą Robina, wszyscy będą żartować i się śmiać, aż słońce wzejdzie nad wzgórzami w oddali.

W którejś chwili wymkną się z Robinem na plażę, on ją podniesie w sukni i będzie z nią wirował, całował ją bez przerwy i zwracał się do niej nowym nazwiskiem: pani Palmer. Później usiądą na mokrym piasku, nie przejmując się suknią ani garniturem i patykiem wypiszą swoje imiona. Sophie dorysuje serca, a Robin będzie żartował, że jest niepoprawną romantyczką, a potem znów się będą całować, bez przerwy, aż braknie im tchu z miłości.

Kiedy w końcu zapadła w sen, z uśmiechem zadowolenia na wargach, jej komórka zaświeciła się na szafce przy łóżku. Na wyświetlaczu pojawiła się twarz okolona blond włosami, a aparat delikatnie wibrował na blacie, ale ona nie drgnęła, pogrążona we śnie o przyszłości. W końcu gdy zaczęło padać i krople dudniły w szybę, światło telefonu zgasło.

4

No, łóżko jest duże.

Megan spojrzała na Ollego z ukosa.

– Sherlock Holmes przy tobie to amator – zażartowała.

Ale miał rację, łóżko było bardzo duże. Mało tego, miało baldachim z ekstrawaganckimi zasłonami w czerwono-złote pasy i narzutę do kompletu – słowo „luksusowy” nie opisywało go nawet w części. Megan zaklęła na siebie, że pozwoliła Ollemu wybrać hotel i za to, że nie sprawdziła, co to za miejsce, kiedy przesłał jej link. Spali razem u niej na sofie i na różnych imprezach w ciągu sześciu miesięcy, odkąd go poznała, ale dzielenie łóżka w hotelowym pokoju było czymś zupełnie innym. W jakimś sensie o wiele bardziej intymnym.

Na końcu łóżka, dokładnie przed skrępowanymi Megan i Olliem stojącymi obok siebie, stała ławka obita kremowozłotą satyną. Pasowała do dwóch krzeseł wsuniętych pod mały drewniany stolik w rogu przy okrągłym oknie, ozdobionym czerwono-złotymi zasłonami. Znajdowali się na najwyższym piętrze hotelu i sufit wznosił się wysoko nad nimi do podstrzesza starego budynku, odsłaniającego belki krzyżujące się przy pomalowanych na biało ścianach. To było niesamowite, choć nieco dziwaczne, i Megan poczuła, że palce ją świerzbią, żeby wziąć aparat.

Ollie odważył się zajrzeć do łazienki, a ona usłyszała, jak parska śmiechem.

– Jest wanna dla dwojga! – krzyknął. – I złote kurki.

Megan przewróciła oczami. Przynajmniej dostrzegał zabawne strony tej sytuacji. Podróż na lotnisko wczesnym rankiem przebiegła bez problemów, jedyna dziwna sytuacja zdarzyła się, zanim wyszli z mieszkania, kiedy wpadła na niego na korytarzu, gdy był w samych bokserkach, a na twarzy miał zaspany uśmiech. Nie wyglądał na skrępowanego tym, że jest prawie nagi, ale sam jego widok kazał Megan ukryć się z powrotem w sypialni jak wystraszonej stonodze.

Kiedy już przeszli przez kontrolę bezpieczeństwa na lotnisku, Ollie uparł się, żeby wypili po piwie na śniadanie. Najwyraźniej to, że jest siódma rano, wcale mu nie przeszkadzało – oficjalnie przestawili się na „czas wakacyjny”, jak jej powiedział, a to oznaczało, że tradycyjne zasady nie obowiązują.

– Oj, Spencer! – warknął, odciągając jej uwagę od zalaminowanego menu, które studiowała. Wyjął z torby talię kart i zaczął je tasować na stole. – Do odlotu mamy jeszcze z godzinę, do tego czasu chcę cię ograć w remika co najmniej dwanaście razy.

I zrobił to. Ollie był dobry w karty, jak w większości rzeczy, zwłaszcza w rozładowywaniu niezręcznej atmosfery, która stanęła dęba jak oporny koń, gdy tylko znaleźli się przed tym niedorzecznym łóżkiem. Teraz zadowolony przygotowywał sobie kąpiel, krzycząc do niej, żeby przejrzała zawartość minibaru.

To tylko łóżko, powiedziała sobie ostro, wyciągając miniaturową butelkę wódki i rozlewając ją do dwóch plastikowych kubków. To zupełnie tak samo, jak byś tu była z przyjaciółką, dodała z przekonaniem, dolewając soku pomarańczowego.

Ollie podszedł do drzwi łazienki po drinka, znów w samych bokserkach, i uśmiechnął się do niej promiennie.

– Zejdę do baru – pisnęła, wypijając wódkę z sokiem pomarańczowym jednym haustem i przeszła przez pokój po torebkę.

Ollie parsknął śmiechem.

– Zaraz do ciebie zejdę, nigdy nie mogę się oprzeć kąpieli w hotelu. Schodzę za chwilę i pójdziemy zwiedzać, co?

– Dobra!

Zatrzasnęła za sobą drzwi i stała oparta o nie przez kilka sekund. To będzie jeszcze dziwniejsze, niż się obawiała. Co Ollie sobie wyobraża, paradując tak w samych gaciach? Ona nie jest jednym z jego kumpli, na miłość boską!

Dopiero gdy winda zjeżdżała na dół, Megan uświadomiła sobie z głośnym jękiem, że aparat zostawiała w pokoju. Nie mogła po niego wrócić, bo jej potencjalnie nagi w tej chwili przyjaciel paraduje po pokoju jak podchmielony paw. Planowała po cichu wymknąć się i rozejrzeć po najbliższej okolicy, kiedy on będzie w wannie, ale nie miało to sensu, skoro nie mogła robić zdjęć. Fragmenty Pragi, które zobaczyła, gdy jechali taksówką z lotniska, podsyciły jej apetyt do poziomu niemal nie do zniesienia. Lepiej, żeby Ollie się pospieszył z kąpielą.

Weszła do hotelowego baru kilka minut później i od razu zauważyła parę tulącą się do siebie przy stoliku w rogu.

No, im naprawdę przydałby się pokój.

Zamówiła sobie kawę – zdecydowanie bardzo potrzebną po porannym piwie i wódce, którą właśnie wypiła – skierowała się do przeciwległego kąta sali i wybrała miejsce przy oknie. Wystrój baru nie był tak pompatyczny jak pokoju na górze, ale i tak pełno było dodatków z lśniącego złota, olbrzymi żyrandol i mnóstwo poduch, każda ze złotym frędzlem przymocowanym do zamka. Brzęk w kieszeni powiadomił ją o dostępie do bezpłatnego wifi, ale nie miała zamiaru marnować czasu na Internet – zwłaszcza kiedy miała taki widok za oknem.

Hotelowy dziedziniec za oknem pokryty był grubą warstwą szronu, ale to tylko sprawiało, że wydawał się jeszcze bardziej magiczny. Ziemia lśniła jak oprószona brokatem i Megan była w stanie dojrzeć równe klomby więdnących zimowych kwiatów wzdłuż ścieżek. Wszystko było wybrukowane czerwonym i szarym kamieniem, a na środku ogrodu stylowa fontanna wypluwała wątłe strumienie wody.

Gdyby miała aparat, udałoby jej się uchwycić delikatne światło słoneczne sączące się spomiędzy okolicznych drzew, to, jak woda cieknąca z fontanny wytyczyła poszarpaną ścieżkę przez szron i hipnotyzujący blask słynnych czerwonych praskich dachów wyglądających zza muru z ulicy. Już było tak pięknie, a nie wyszli jeszcze z hotelu.

– Przepraszam, jest pani sama?

Megan gwałtownie podniosła głowę i zobaczyła stojącą przed nią kobietę z drugiego stolika. Jej szminka była lekko rozmazana w miejscu, gdzie całowała swojego łysego towarzysza, ale oczy lśniły dobrocią.

– Nie. Ja, eee… – Megan zawahała się na sekundę, nagle niepewna, jak właściwie opisać Ollego. – Jestem z przyjacielem. Kąpie się, dziwak.

Kobieta zachichotała.

– Charlie to mój chłopak, poszedł wziąć prysznic. Faceci. Chcę wyjść i się rozejrzeć, a pani?

– Tak! O mój Boże, jak najbardziej. Widziała pani ten widok? Niesamowity! – Megan przesunęła krzesło, żeby kobieta mogła się wsunąć i stanąć obok niej. Dopiero po minucie odezwała się znowu:

– Zupełnie jak baśniowa jaskinia – powiedziała starsza kobieta, a jej ciepły oddech pozostawił wilgotne kółka na zimnej szybie.

Z bliska była dość elegancka, zauważyła Megan, przyglądając się starannie ułożonym popielatym blond lokom, czarnej sukience, w której doskonale wyglądała, i idealnym paznokciom. Domyślała się, że jest pewnie mniej więcej w wieku jej mamy, ale z daleka wyglądała o wiele młodziej. Zdradzały ją jedynie drobne zmarszczki wokół oczu i warg, które starała się ukryć za pomocą podkładu.

– Była już pani w Pradze? – spytała kobieta, odwracając się do Megan.

– Nie. – Megan kiwnęła, żeby usiadła. – Mój przyjaciel jest nauczycielem i w przyszłym roku będzie realizował z uczniami projekt związany z Pragą, więc chciał ją zobaczyć. Zabrałam się z nim, żeby robić zdjęcia. A pani?

– Nie byłam tu nigdy i to nie mój wybór. Charlie zorganizował wszystko jako niespodziankę. Znalazł dobrą ofertę w Internecie, ale nawet nie będę pani mówić, o której musieliśmy wyjechać rano z Manchestru.

– To są właśnie faceci – powiedziała Megan. – Świetni w romantycznych gestach, ale już nie tak bardzo w kwestii ważnych szczegółów. Od dawna ze sobą jesteście?

Było to dość niewinne pytanie, ale kobieta przez chwilę wydawała się spięta, zanim odpowiedziała.

– Niedługo. – Spojrzała na Megan z ukosa. – Chyba jesteśmy na etapie miodowego miesiąca.

– Zauważyłam! – odpowiedziała Megan z uśmiechem. – Widziałam was tam w kącie.

– O Boże! – Kobieta się zarumieniła, ale też się śmiała. – Jestem Hope – dodała, wyciągając do Megan dłoń z idealnym manikiurem.

– Megan.

Rozmawiały chwilę o hotelu – Hope też uznała umeblowanie swojego pokoju za zabawnie pompatyczne – i o fotografowaniu Megan. Hope wyznała, że chwilowo jest bez pracy, ale że po powrocie do Manchesteru chce znaleźć coś na część etatu.

– Strasznie mi się nudzi chodzenie w kółko po mieszkaniu Charliego – wyjaśniła. Megan zastanawiała się, dlaczego z nim mieszka, skoro są ze sobą krótko, ale miała dość rozsądku, żeby nie pytać. Ollie zupełnie się nie spieszył i kiedy zastanawiała się, czy powinna wejść na górę i sprawdzić, czy się nie utopił, Hope zaproponowała kolejnego drinka.

– Możemy, jesteśmy na wakacjach – zapewniła, wracając z baru, a Megan kiwnęła głową. Nie należała do ludzi, którzy zaprzyjaźniają się z zupełnie obcymi w hotelowym barze, ale Hope miała w sobie coś nieodparcie zabawnego, zabawnego a jednak matczynego. Biło od niej prawdziwe ciepło, które przypominało Megan jej mamę – w o wiele bardziej eleganckiej wersji. Matka Megan była typową artystką – używała pędzla, żeby spiąć strzechę sztywnych włosów w kok i na ogół ubierała się jak wiktoriańska sierota – ale miała też w sobie tę nieokreśloną bliżej matczyność. Powinna bardziej dbać o to, żeby odwiedzać mamę, i tatę też, pomyślała. Są naprawdę całkiem fajni, chociaż cały czas próbują ją namówić, żeby wyszła za Ollego.

– Jest dla ciebie idealny. Taki miły chłopak, i taki wysoki – powiedziała mama, w desperacji wkładając we włosy dłoń, która szybko w nich utknęła. – Nie chcesz skończyć z gderliwym hobbitem jak ja.

– Słyszałem – wtrącił tata, zerkając znad niedzielnej gazety z grymasem na twarzy. Ale nie mógł się z tym kłócić, bo miał tylko metr sześćdziesiąt pięć w skarpetkach. Megan, która odziedziczyła zarówno jego wzrost, jak i zdolność do grymasów jak zawodowiec, pokazała tacie uniesione kciuki, gdy tylko mama się odwróciła do swojego najnowszego nabazgranego pejzażu.

Hope opowiadała teraz o swojej córce. Chyba dopiero co wyprowadziła się z domu i zamieszkała z chłopakiem – a miała zaledwie dwadzieścia pięć lat. Megan nigdy nie mieszkała z chłopakiem, ani nie miała takich planów w najbliższym czasie, ku rozpaczy jej przyjaciół i rodziny. Miała dopiero trzydzieści lat, a na to wszystko jeszcze dużo czasu.

Ciągle gawędziły, gdy drzwi się otworzyły i do środka weszła dziewczyna. Megan i Hope podniosły wzrok, spodziewając się widoku swoich towarzyszy, i obie obserwowały, jak drobna postać idzie w milczeniu do baru i zamawia herbatę. Barman był bardzo przyjacielski, zaczął z nią rozmawiać, zadawał zwykłe pytania – na jak długo przyjechała i czy już była w Pradze. Megan wytężała słuch, żeby usłyszeć odpowiedzi, ale głos dziewczyny był najwyraźniej tak wątły jak ona sama, bo właściwie nie słyszała ani słowa.

Kiedy dziewczyna dostała herbatę, uśmiechnęła się przelotnie do Hope i Megan, a potem usiadła przy jednym z wolnych stolików i wyjęła telefon.

– Powinnyśmy ją do nas zaprosić? Jak myślisz? – odezwała się Hope. Drugi kieliszek wina dodał jej rumieńców i atrakcyjnego blasku.

– Nie jestem pewna – wymruczała Megan. – Wygląda, jakby czekała na telefon.

Rzeczywiście tak było – dziewczyna położyła komórkę na stole i wpatrywała się w nią ze skupieniem.

– Odważna fryzura – powiedziała szeptem Hope. – Tyle dziewczyn nosi teraz krótkie włosy. Ja miałam do samego pasa, jak byłam w jej wieku.

– Ma bardzo krótkie – odpowiedziała szeptem Megan, z lekkim poczuciem winy, że plotkuje. – Ja nie mogłabym mieć aż takich krótkich, ale ona jest tak ładna, że jej to niczego nie ujmuje.

Kiedy obserwowały, jak dziewczyna wpatruje się w telefon, komórka Megan zabrzęczała na stole, sygnalizując wiadomość. Od Ollego:

„Chciałem ci znieść aparat, ale ma milion części. Wejdź mi pomóc! :-*”

Parsknęła śmiechem.

– Muszę iść – powiedziała Hope, dopijając resztę drinka i podnosząc torbę.

Pognała na czwarte piętro, przeskakując po dwa obite ekstrawagancką wykładziną stopnie naraz, ciesząc się wrażeniem ekscytacji, która bulgotała w dole jej brzucha jak zupa na palniku. Dziwnie, nie dziwnie – była w jednym z najpiękniejszych miast świata z aparatem i z człowiekiem, którego lubiła najbardziej. Czasami życie jest całkiem fajne.

5

Sophie stuknęła palcem w telefon i wsunęła go do kieszeni płaszcza. Szron na bruku chrzęścił jej pod butami, ale to nie wystarczyło, żeby odwrócić uwagę od łez, które groziły, że za chwilę popłyną. Przystanęła, wzięła głęboki oddech i ruszyła dalej ze spuszczonym wzrokiem.

To nie wina Robina, że nie może tu być. Wiedziała o tym. Ale ta świadomość wcale jej nie pocieszała. Myślała, że sobie poradzi, będąc tu bez niego. Myślała, że zna to miejsce na tyle dobrze, że budynki dookoła, takie znajome i wspaniałe, z różnokolorowymi fasadami zerkającymi na nią z góry jak gromada serdecznych ciotek, przyniosą jej pociechę.

To tylko kilka dni, powiedziała sobie. Przyjedzie, zanim się obejrzysz.