Moja Lady Jane - Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows - ebook
Opis

Prześmieszna, fantastyczna, romantyczna i całkowicie (ale tak naprawdę, to wcale nie) prawdziwa historia lady Jane Grey.

Jane, lat szesnaście, ma wyjść za mąż za kompletnie obcego faceta. Zostaje wmieszana w intrygę, której celem jest obalenie króla Edwarda. To jednak najmniejszy z problemów biednej Jane.

Bo zostanie królową (między innymi…).

Do czego doprowadzi ta zwariowana gra o tron?

***

Oszałamiająca fantasy historyczna, kt​​órej nie wolno przegapić.
— „Publishers Weekly”

Miłośnicy inteligentnego humoru, barwnej fantastyki i lekkiego romansu będą oczarowani każdą stroną. 
— „Voice of Youth Advocates”

Tudorowie spotykają Monty Pythona. Przygotujcie się na salwy śmiechu, tylko pereł nie pogubcie. 
— Tahereh Mafi, autorka bestsellera „New York Timesa”, cyklu Dotyk Julii

Alternatywna Anglia pod rządami Tudorów, magia, intrygi pałacowe, a w tym wszystkim… koń?! Jedno jest pewne – w czasie lektury będziecie rżeć ze śmiechu!
— Ewa Cat Mędrzecka, Cat Vloguje

Czy książki i konie mogą mieć ze sobą coś wspólnego? Mogą! Alternatywna historia lady Jane Grey rozbawi was do łez.
— Marta Korytkowska, Bibliofilem Być

Pełna humoru baśniowa opowieść o lady Jane i przystojnym czworonogu. Musicie ją poznać!
— Kinga Maszota, KiniaBook

Moja Lady Jane to dowód na to, że mieszanka faktów historycznych z odrobiną magii i niezmierzoną dawką humoru jest najlepszym przepisem na niezapomnianą książkę młodzieżową!
— Maja Kłodawska, Maja K.

Droga Jane, uwielbiam Cię. Jesteś pewną siebie, przezabawną dziewczyną, której przygody porywają totalnie! Twoja wierna fanka.
— Zuzanna Burkowska, Kulturalna Szafa

Dotąd nie sięgałem po fikcję historyczną, aż poznałem Moją lady Jane. Dawno się tak dobrze nie bawiłem!
— Paweł Dębowski, P42

TRZY LEJDIS

Brodi Ashton, autorka cyklu Everneath oraz książki Diplomatic ImmunityCynthia Hand, autorka bestsellerowego cyklu „New York Timesa” Unearthly i powieści The Last Time We Say Goodbye, oraz Jodi Meadows, autorka cyklu Incarnate and Orphan Queen, po raz pierwszy spotkały się w roku 2012, gdy ich wydawcy wysłali je razem na książkowe tournée. W sumie napisały 13 powieści, garść opowiadań oraz kilka naprawdę kiepskich wierszy, ale dopiero teraz po raz pierwszy postanowiły stworzyć coś wspólnie. Są przyjaciółkami. Naprawiają historię, pisząc na nowo co smutniejsze fragmenty.

Dowiedz się więcej na: www.ladyjanies.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 536

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dedykujemy tę książkę wszystkim, którzy doskonale wiedzą, że Leonardo DiCaprio zmieściłby się na tamtych drzwiach.

I Anglii. Przepraszamy za to, co zaraz zrobimy ze znaną wam wersją wydarzeń

Courtesy of the authors

TRZY LEJDIS

Brodi Ashton, autorka cyklu Everneath oraz książki Diplomatic Immunity, Cynthia Hand, autorka bestsellerowego cyklu „New York Timesa” Unearthly i powieści The Last Time We Say Goodbye, oraz Jodi Meadows, autorka cyklu Incarnate and Orphan Queen, po raz pierwszy spotkały się w roku 2012, gdy ich wydawcy wysłali je razem na książkowe tournée. W sumie napisały 13 powieści, garść opowiadań oraz kilka naprawdę kiepskich wierszy, ale dopiero teraz po raz pierwszy postanowiły stworzyć coś wspólnie. Są przyjaciółkami. Naprawiają historię, pisząc na nowo co smutniejsze fragmenty.

Dowiedz się więcej na: www.ladyjanies.com

Czymże jest historia, jeśli nie uzgodnioną bajką?

Napoleon Bonaparte

Korona nie mnie się należy. Nie życzę jej sobie.

lady Jane Grey

CZĘŚĆ 1W której robimy małą powtórkę z historii

Prolog

Tylko wydaje ci się, że wiesz, jak było. Oficjalna wersja jest taka: dawno temu żyła sobie szesnastolatka imieniem Jane Grey, którą zmuszono do małżeństwa z kompletnie obcą osobą (lordem Głupfordem, Gówfordem czy jak mu tam), a wkrótce potem stanęła na czele państwa. Królowała przez całe dziewięć dni. A potem straciła głowę. Dosłownie.

Tak, to bardzo przygnębiające, jeśli kogoś przygnębia pospieszne odłączenie głowy od ciała (jesteśmy tylko narratorkami i nie chcemy wciskać ludziom, co ma ich przygnębiać czy martwić).

I mamy do opowiedzenia zupełnie inną historię.

Ale uwaga, trochę zmieniłyśmy kilka pomniejszych szczegółów, a kilka większych zmieniłyśmy zupełnie. Niektóre imiona zostały zmodyfikowane, aby chronić niewinnych (czy niezupełnie niewinnych) albo tych, którzy mieli głupie imię, które nam się nie podobało. No i dodałyśmy szczyptę magii, żeby było ciekawiej. Żeby zrobić tak, by wszystko było możliwe.

Chcemy wam pokazać, jak naszym zdaniem powinna się potoczyć historia Jane.

Opowieść zaczyna się w Anglii (czy raczej w jakiejś alternatywnej Anglii, skoro manipulujemy historią) w połowie szesnastego wieku. Były to niespokojne czasy, zwłaszcza jeśli było się Eðianinem (jeśli ktoś nie zna tego słowa, wymawiać: e-wia-nin). Eðianie cieszyli się błogosławieństwem (lub smucili przekleństwem, zależy od punktu widzenia), jakim była zmiennokształtność, to jest umiejętność przemieniania się z człowieka w zwierzę i odwrotnie. Na przykład niektórzy ludzie mogli zmieniać się w koty, co przyczyniło się do drastycznego zwiększenia konsumpcji tuńczyka oraz zmniejszenia populacji angielskich szczurów (ale ponieważ inni zmieniali się w szczury, właściwie nikt nie zauważył).

Niektórzy sądzili, że ta zwierzęca magia to coś wspaniałego, ale oczywiście znaleźli się i tacy, którzy byli przekonani, że to abominacja, którą należy natychmiast zmieść z powierzchni ziemi. Ci drudzy (zwani Nieskalanymi) wierzyli, że ludzie nie powinni być niczym innym jak ludźmi właśnie. A ponieważ Nieskalanych było więcej i sprawowali władzę, prześladowali Eðianów i na nich polowali, aż większość wybili lub zmusili do ukrywania się.

Przenieśmy się teraz na angielski dwór. Jest piękne popołudnie, a doprowadzony do szału król Henryk VIII zmienia się w wielkiego lwa i pożera nadwornego błazna ku uciesze zgromadzonej publiczności. Dworzanie klaszczą z entuzjazmem, bo nikt za błaznem nie przepadał. (Po chwili, gdy okazało się, że to nie była żadna ukartowana zawczasu sztuczka i że lew naprawdę pożarł nadwornego trefnisia, publiczność przestała klaskać, ale i tak dało się słyszeć: „Dobrze mu tak” i „Sam się prosił, skubany”).

Tej samej nocy król Henryk, powróciwszy do ludzkiej postaci, orzekł, że Eðianie nie są w sumie tacy źli i że odtąd cieszyć się będą tymi samymi prawami i przywilejami co Nieskalani. Decyzja o usankcjonowaniu starożytnej magii rozeszła się po Europie, jak kręgi wodne rozchodzą się po tafli jeziora, do którego wrzucono kamień. Zwierzchnik Kościoła Nieskalanych nie był uradowany decyzją króla, ale za każdym razem, gdy Rzym wysyłał edykt potępiający dekret królewski, Król Lew zjadał posłańca.

Stąd powiedzenie: nie zjadaj posłańca.

Kiedy król Henryk zmarł, tron odziedziczył jego jedyny syn Edward. Nasza historia rozpoczyna się więc w czasach cokolwiek burzliwych, gdy narastają animozje pomiędzy Eðianami i Nieskalanymi i gdy nastoletni król siedzi na angielskim tronie jak na szpilkach, a pewien młody lord i lady nie mają bladego pojęcia, jak spektakularnie połączą się ich losy.

Totalnie wbrew ich woli.

Rozdział 1EDWARD

Król, jak się okazało, umierał.

– Ile mi zostało? – spytał mistrza Boubou, królewskiego lekarza. – Kiedy umrę?

Boubou otarł spocone czoło. Nie lubił przynosić władcom złych wieści. W jego fachu czasem kończyło się to na szafocie. Albo gorzej.

– Pół roku, może rok – skrzeknął. – Najwyżej.

A niech to wszyscy diabli – pomyślał Edward (ale nie powiedział na głos; był w końcu królem, a królowi to nie przystoi). Prawda, chorował od kilku miesięcy, ale przecież miał tylko szesnaście lat. Nie mógł być umierający. Przeziębił się i tyle. Może i wyjątkowo długo zmagał się z kaszlem, może zbyt często ściskało go w piersi i męczyła go gorączka, może cierpiał migreny i nieco za często doznawał zawrotów głowy, może i dopadał go jakiś dziwny absmak, ale żeby zaraz umierać?

– Pewien jesteś? – spytał.

Boubou kiwnął głową.

– Przykro mi, Wasza Wysokość. To krztusica.

Krztusica? Oj, niedobrze.

Edward zdusił napad kaszlu. Od razu poczuł się gorzej, zupełnie jakby jego płuca usłyszały diagnozę doktora i postanowiły skrócić własne męki. Widywał chorych na krztusicę, którzy nieustannie kasłali w obstrupiałe, poplamione krwią chustki, chwiali się na nogach i drżeli. Zwykle szybko umykali z salonów po z trudem wydyszanych przeprosinach, by nie gorszyć dam swą powolną i bolesną śmiercią.

– Jesteś… pewny? – powtórzył pytanie.

Boubou pogmerał palcami przy kołnierzu.

– Mogę zaaplikować Waszej Wysokości mikstury uśmierzające ból i upewnić się, że będzie Waszej Wysokości wygodnie aż do ostatniego dnia, ale… tak, jestem pewien.

Koniec. Cześć pieśni. Finito. To straszne.

– Ale… – Ale przecież tyle jeszcze chciał w życiu zrobić. Po pierwsze: pocałować dziewczynę, najlepiej jakąś ładną, a jeszcze lepiej „tę jedyną”. I kto wie, może nawet z języczkiem (to ta nowomodna technika całowania, którą dopiero co wymyślono we Francji). Chciał wyprawiać wielkie, pełne przepychu bale, w czasie których mógłby się popisać swoimi umiejętnościami tanecznymi. Chciał w końcu pokonać mistrza broni na miecze, bo tylko nauczyciel szermierki Łomot zapominał mu się podkładać podczas sparingów. Chciał zwiedzić swoje królestwo i w ogóle podróżować po świecie. Chciał upolować jakąś wielką bestię i powiesić jej łeb nad kominkiem. Chciał się wspiąć na Scaffel Pike, wejść tak wysoko, jak to tylko możliwe w Anglii, i spojrzeć z góry na rozciągający się u jego stóp krajobraz, a następnie powiedzieć sam do siebie: władasz wszystkim, co opromienia słońce.

Ale najwidoczniej nie dokona żadnej z tych rzeczy.

Przedwczesna – tak opiszą jego śmierć. Król Edward zmarł w kwiecie wieku. Król Edward zmarł tragicznie. Już słyszał wyśpiewywane przez minstreli ballady o wielkim królu, który odszedł zbyt szybko.

Legł w grobie król Edward, co wykaszlał płuca,

Przynajmniej charkaniem ciszy nie zakłóca.

– Chcę opinii drugiego lekarza. Lepszej od twojej. – Spoczywająca na oparciu tronu ręka Edwarda zacisnęła się w pięść. Zadrżał, gdy nagle owionął go chłód, i szczelniej otulił się obszytą futrem szatą.

– Ma się rozumieć, Wasza Wysokość – zgodził się Boubou, wycofując się do wyjścia.

Edward spostrzegł strach w oczach doktora i przez chwilę nosił się z myślą wtrącenia go do lochu. Był w końcu królem, a król zawsze dostawał, czego chciał, a nie przyjmował tego, czego nie chciał. W tej chwili bardzo nie chciał umierać. Przesunął palcami po złotym sztylecie u pasa, a Boubou cofnął się o krok na ten widok.

– Wasza Wysokość, jest mi niewymownie przykro – wybełkotał w podłogę starzec. – Błagam, niech Wasza Wysokość nie zjada posłańca.

Edward wydał z siebie ciężkie westchnienie. Nie był swoim ojcem, który rzeczywiście mógłby w takiej sytuacji zmienić się w lwa i pożreć nieszczęśnika za dostarczenie złych wiadomości. Edward nie odziedziczył zdolności ojca. Czym od zawsze czuł się rozczarowany.

– Możesz odejść, Boubou – powiedział po prostu.

Lekarz odetchnął z ulgą i ruszył do drzwi jak wystrzelony z katapulty, zostawiając Edwarda samego w obliczu nadchodzącej śmierci.

– A niech to wszyscy diabli… – mruknął pod nosem ekwiwalent dzisiejszego „cholera”. Krztusica to wyjątkowo niekrólewski sposób na rozstanie się z życiem.

*

Jakiś czas potem, gdy wieści o rychłej śmierci monarchy rozeszły się po pałacu, złożyły mu wizytę jego siostry. Król siedział na parapecie wychodzącego na dziedziniec okna w rogu jednej z południowych wież Greenwich Palace, swoim ulubionym miejscu w całym pałacu. Majtał nogami, obserwując krzątających się w dole ludzi, wsłuchany w jednostajny szum Tamizy. Wreszcie pojął, jaki jest Sens Życia, i że ową Wielką Tajemnicę można streścić w jednym zdaniu.

Życie jest krótkie, a potem umierasz.

– Edwardzie – wymruczała Bess, obdarzając go współczującym uśmiechem i usadawiając się obok. – Tak mi przykro, braciszku.

Próbował odpowiedzieć uśmieszkiem. Edward był prawdziwym mistrzem uśmieszków, była to jego najskrupulatniej dopracowana królewska umiejętność. Zdołał jednak tylko skrzywić się tak, że jego twarz przybrała żałosny, nieokreślony grymas.

– A więc już wiecie – powiedział, siląc się na obojętny ton. – Oczywiście, mam zamiar skonsultować diagnozę Boubou z innym lekarzem. Czuję się zupełnie dobrze.

– Och, kochany Eddie – wydusiła Maria, muskając haftowaną chustką kącik oka. – Mój kochany chłopcze. Moja biedna ptaszyno…

Przymknął oczy. Nie lubił, gdy zwracano się do niego per Eddie, nie znosił, gdy mówiono do niego, jakby wciąż był pacholęciem w krótkich pończochach, ale tolerował, gdy robiła to Maria. Od zawsze współczuł swoim siostrom, które ojciec ogłosił córkami z nieprawego łoża. W tamtym roku, gdy tata, król Henryk VIII, po raz pierwszy przybrał zwierzęcą formę – ludzie nazwali go Rokiem Lwa – zaraz potem wydał edykt, że odtąd to król będzie podejmował wszystkie decyzje, anulował więc swoje małżeństwo z matką Marii i umieścił ją w klasztorze, gdzie miała spędzić resztę swoich dni, a wszystko po to, by mógł poślubić matkę Bess, jedną z najładniejszych panien na wydaniu. Lecz gdy Żona Numer Dwa nie obdarzyła go męskim potomkiem, a po dworze zaczęły krążyć plotki, że królowa Anna jest Eðianką i co jakiś czas zmienia się w czarnego kota, by mogła przemykać niepostrzeżenie pałacowymi korytarzami do komnat pewnego minstrela, król kazał obciąć jej głowę. Żona Numer Trzy (czyli matka Edwarda) zrobiła wszystko jak należy: urodziła dziecko o właściwych genitaliach, które miało w przyszłości zasiąść na tronie Anglii, a później, ponieważ nie była z tych, co lubią się chełpić dobrze odwaloną robotą, niezwłocznie wzięła i zmarła. Król Henryk miał jeszcze trzy żony (kolejno: anulowaną, pozbawioną głowy i tę szczęściarę, co go przeżyła), ale ani jednego potomka.

Było ich więc tylko troje: Maria, Bess i Edward. Stanowili osobny gatunek niedopasowanej rodziny, bo ich ojciec najprawdopodobniej był szalony i definitywnie niebezpieczny, nawet w ludzkiej formie, zaś ich matki zmarły bądź przebywały na wygnaniu. Dzieci zawsze dobrze się ze sobą dogadywały, ponieważ żadne nie miało wątpliwości, kto zasiądzie na tronie. Oczywiście, że Edward. Bo miał między nogami to, co wszyscy inni chłopcy.

Był królem, odkąd skończył dziewięć lat. Właściwie to jak przez mgłę pamiętał czasy, gdy jeszcze królem nie był, a do dziś uważał, że monarszy stan bardzo mu służy. Na wiele mi się zdała korona – pomyślał z goryczą. Wolałby być człowiekiem z gminu, synem kowala, dajmy na to. Wtedy może zdążyłby nieco skorzystać z życia, zanim śmierć zabrałaby go z tego łez padołu. Przynajmniej miałby już za sobą pierwszy pocałunek.

– A tak naprawdę, jak się czujesz? – spytała Maria z powagą. Maria wszystko mówiła z powagą.

– Jakbym zapadł na krztusicę – odparł. – Ciekawe czemu.

To przywołało na usta Bess cień uśmiechu, ale Maria tylko potrząsnęła głową. Nigdy nie śmiała się z jego żartów. On i Bess od lat nazywali ją za jej plecami Marią Starą Maleńką, bo pomimo słusznego wieku bywała zdziecinniała. Nie bawiło jej nic poza egzekucjami zdrajców i paleniem na stosie biednych Eðianów. Była zaskakująco żądna krwi, jeśli chodziło o Eðianów. Miała ich za plugawych heretyków.

– Wiecie, krztusica zabrała mi matkę. – Maria niespokojnie wykręciła chustkę w palcach.

– Wiemy. – Choć tak naprawdę Edwardowi zawsze wydawało się, że przyczyną zgonu królowej Katarzyny było raczej złamane serce niż choroba. Z drugiej strony powszechnie wiadomo, że w zdrowym ciele zdrowy duch, a gdy duch choruje, ciało prędko idzie w jego ślady.

A zaraz potem naszła go myśl, że on nigdy nie będzie miał złamanego serca. Naparła na niego nowa fala żałości. Nigdy się nie zakocha.

– To straszna śmierć – ciągnęła Maria. – Kaszlesz i kaszlesz, aż wykasłujesz płuca.

– Dzięki – odpowiedział. – Od razu mi lepiej.

Zawsze milcząca w pobliżu siostry Bess posłała Marii wściekłe spojrzenie i nakryła dłoń Edwarda własną, urękawiczoną.

– Czy możemy coś dla ciebie zrobić?

Wzruszył ramionami. Oczy go piekły. Przyrzekł sobie, że nie będzie płakał, bo płacz jest dla dziewczyn i małych dzieci, nie dla królów, a poza tym łzy niczego nie zmienią.

Bess ścisnęła jego dłoń.

Odpowiedział tym samym, wcale nie płacząc, po czym powrócił do gapienia się przez okno i rozmyślań o sensie życia.

Życie jest krótkie.

A potem umierasz.

Czasem szybciej, niż myślisz. Za pół roku, może rok. Ten rok wydał mu się teraz strasznie krótkim okresem. Zeszłej wiosny słynny włoski astrolog postawił Edwardowi horoskop, a potem orzekł, że król przeżyje jeszcze czterdzieści lat.

Wychodziło na to, że włoscy astrologowie to zgraja zatraconych kłamców.

– Ale przynajmniej możesz być spokojny, że wszystko będzie w najlepszym porządku, jak już odejdziesz – wyrzekła Maria z powagą.

– Co proszę? – spytał, przeszywając ją wzrokiem.

– Chodzi mi o królestwo – dodała z jeszcze większą powagą. – Królestwo trafi w dobre ręce.

Właściwie to od czasu poznania diagnozy w ogóle nie zaprzątnął sobie głowy królestwem. Był zbyt zajęty kontemplacją wykasływania własnych płuc. Doszedł do wniosku, że jak już umrze, będzie mu wszystko jedno, gdzie są jego płuca.

– Mario! – złajała ją Bess. – To nie czas na politykę.

Zanim Maria zdążyła wdać się w kłótnię (a sądząc po wyrazie jej twarzy, miała wielką ochotę powiedzieć, że zawsze jest czas na politykę), rozległo się pukanie do drzwi.

– Wejść – zawołał Edward, a w szparze między drzwiami a futryną ukazał się wielki orli nos Johna Dudleya, księcia Northumberland i Lorda Przewodniczącego królewskiej Tajnej Rady.

– Ach, Wasza Wysokość, takem myślał, że cię tu znajdę – powiedział, dostrzegłszy Edwarda. Przemknął wzrokiem po Marii i Bess, jakby nie zamierzał poświęcić im więcej czasu niż to konieczne, by je rozpoznać. – Księżniczko Mario, księżniczko Elżbieto, wyglądają panienki kwitnąco – rzucił, po czym całą uwagę poświęcił Edwardowi. – Wasza Wysokość, czy mógłbym na słówko?

– Nawet na kilka – odparł Edward.

– W cztery oczy – wyklarował lord Dudley. – W komnacie narad.

Edward wstał i otrzepał spodnie. Skinął siostrom na pożegnanie, a one dygnęły dwornie. Potem dał się poprowadzić lordowi Dudleyowi w dół schodów i przez długie pałacowe korytarze do komnat, gdzie królewscy doradcy niestrudzenie oddawali się papierkowej robocie, nieodzownej przy zarządzaniu państwem oraz podejmowaniu wszystkich możliwych decyzji. Sam król nigdy tu nie zaglądał, chyba że jakiś ważny dokument wymagał jego podpisu lub jakaś inna ważna sprawa wymagała jego osobistej uwagi. Co prawie się nie zdarzało.

Dudley zamknął drzwi za królem.

Zdyszany od marszu Edward utonął w miękkim aksamicie, którym obity był tron, potężne siedzisko z wysokim oparciem ustawione u szczytu półkola krzeseł (na których zwykle zasiadało trzydziestu członków Tajnej Rady Anglii). Dudley podał królowi chustkę, którą ten przyłożył do ust, gdy targnął nim atak kaszlu.

Kiedy odjął ją od warg, ujrzał różową plamkę.

A niech to wszyscy diabli.

Nie mogąc oderwać wzroku od plamki, podał chustkę Dudleyowi.

– Zatrzymaj ją, Wasza Wysokość – powstrzymał go książę i przeciął pomieszczenie, po czym stanął pod przeciwległą ścianą i zaczął gładzić brodę, jak zawsze, gdy pogrążał się w myślach.

– Wydaje mi się – powiedział po chwili – że powinniśmy ustalić, co zrobimy.

– Zrobimy? To krztusica. Nieuleczalna choroba. Nic nie mogę z tym zrobić, chyba tylko umrzeć.

Dudley zmusił usta do życzliwego uśmiechu, który wyjątkowo nienaturalnie wyglądał na jego nienawykłej do uśmiechania się twarzy.

– Tak, sire, to prawda, lecz śmierć przychodzi po wszystkich. – Przeczesał brodę palcami. – Choroba Waszej Wysokości to wielka tragedia, ale przynajmniej dowiedzieliśmy się o niej zawczasu. Możemy dzięki temu wziąć się do pracy. Jest mnóstwo rzeczy, które Wasza Wysokość musi zrobić przed śmiercią dla swojego królestwa.

Ach, to o królestwo chodzi. Zawsze o królestwo. Edward skinął głową.

– Dobra – powiedział nieco odważniej, niż się czuł. – Powiedz, co mam do zrobienia.

– W pierwszej kolejności należy zająć się kwestią sukcesji. Potrzebny nam dziedzic.

Edward uniósł brwi.

– Chcesz, żebym ożenił się i spłodził dziedzica tronu w mniej niż rok?

To może być ciekawe. I z całą pewnością będzie się wiązało z całowaniem z języczkiem.

Dudley odkaszlnął.

– Znaczy… Niezupełnie, Wasza Wysokość. Jesteś, panie, zbyt chory.

Edward już poderwał się do kłótni, ale zaraz przypomniał sobie o różowej plamce na chusteczce i o tym, że przemierzywszy pałac, nieomal wyzionął ducha. Książę miał rację, Edward nie nadawał się do amorów.

– No cóż… – zasępił się. – A więc chyba korona przypadnie Marii.

– Nie, sire – zaprzeczył gorliwie Dudley. – Nie wolno nam dopuścić, by tron Anglii wpadł w niepowołane ręce.

Edward zmarszczył się.

– Ale to moja siostra. I w dodatku najstarsza. To przecież ona…

– Ona należy do Kościoła Nieskalanych – nie ustępował Dudley. – Marię wychowano w przekonaniu, że magia zwierzęca jest złem, czymś, czego należy się bać i co trzeba zniszczyć. Gdyby została królową, zrobiłaby z Anglii ciemnogród, gdzie żaden Eðianin nie mógłby spać spokojnie.

Edward rozparł się na tronie. Książę miał oczywiście rację. Maria za nic nie będzie tolerować Eðianów (bo wolała ich przyrządzonych na chrupiąco, o czym już wspomniałyśmy), a w dodatku była kompletnie pozbawiona poczucia humoru, jej myślenie było tak wsteczne, jak to tylko możliwe. Edwarda ogarnęła trwoga, gdy wyobraził ją sobie na tronie.

– Zgoda, to nie może być Maria – przystał król. – Ani Bess. – Okręcił na palcu pierścień z królewską pieczęcią. – Rzecz jasna sprawdziłaby się lepiej od Marii, poza tym oboje jej rodziców było Eðianami, jeśli wierzyć pogłoskom o kotce, ale nie wiem, jaki jest jej stosunek do Nieskalanych. Ma dość chwiejne poglądy na tę sprawę. A tak w ogóle to przecież kobieta nie może zasiąść na tronie.

Zauważyliście już pewnie, że Edward miał skłonność do seksizmu – przynajmniej jeszcze na tym etapie opowieści. Ale właściwie nie można go za to winić, skoro przez całe życie noszono go na rękach tylko dlatego, że był chłopcem.

On sam miał się za postępowego władcę. Nie odziedziczył po ojcu eðiańskiej krwi (a przynajmniej tak sądził), ale miał Eðianów w rodzinie i nauczono go sympatyzować z ich sprawą. Ostatnimi czasy napięcie pomiędzy dwoma stronami konfliktu niebezpiecznie zbliżało się do apogeum. Edward słyszał pogłoski o tajemniczej grupie Eðianów nazywających się Watahą, która najeżdżała i plądrowała kościoły i klasztory Nieskalanych w całym kraju. Później dowiedział się o coraz większej liczbie skarg, które wnosili dyskryminowani i prześladowani Eðianie. A potem zaczęły się pojawiać doniesienia o akcjach odwetowych wymierzonych w Nieskalanych. I tak w kółko.

Dudley znów miał rację. Potrzebowali proeðiańskiego władcy. Kogoś, kto uchroniłby kraj przed niepokojami i wojną domową.

– Masz na myśli kogoś konkretnego, książę? – Edward sięgnął do niskiego stolika, gdzie zawsze, na mocy królewskiego dekretu, stała miska świeżych, schłodzonych jeżyn, które uwielbiał. Mówiło się, że mają nadzwyczajne właściwości lecznicze, więc ostatnio opychał się nimi na potęgę. Włożył jedną do ust.

Grdyka księcia Dudleya podskoczyła i opadła na miejsce, a Edward po raz pierwszy wyczytał z jego twarzy zdenerwowanie.

– Pierworodnego syna lady Jane Grey, Wasza Wysokość.

Edward niemal zadławił się jeżyną.

– Jane ma syna? – wykrztusił. – Ależ skryta ta moja kuzynka.

– Jeszcze nie ma – wyjaśnił cierpliwie Dudley. – Ale będzie miała. A jeśli pominąć Marię i Elżbietę, następni w linii sukcesji są właśnie Greyowie.

A więc Dudley chciał wydać Jane za mąż i osadzić na tronie jej dziecko.

Edward nie umiał wyobrazić sobie swojej kuzynki Jane z mężem u boku i z dzieckiem na ręku, nawet pomimo tego, że miała już szesnaście lat, a niezamężne szesnastolatki niewiele w tamtych czasach dzieliło od starych panien. Największą miłością Jane były książki, przeważnie historyczne, filozoficzne i religijne, choć tak naprawdę wszystkie, jakie wpadły jej w ręce. Była tym typem osoby, która uwielbia czytać Platona w oryginale. Kochała to tak bardzo, że czytała go dla przyjemności, nie tylko w ramach zadania domowego. Znała na pamięć całe poematy epickie i mogła recytować je na wyrywki. Najbardziej lubiła sięgać właśnie po książki starożytne lub o starożytności, a także te traktujące o Eðianach i ich przygodach.

Nie ulegało wątpliwości, że jeśli Jane zostanie królową, opowie się za zmiennokształtnymi.

Tajemnicą poliszynela był eðiański rodowód matki Jane, ale nikt nie wiedział, w jakie zwierzę się zmieniała. Za dziecinnych lat ulubioną zabawą Edwarda i Jane było wyobrażanie sobie, w jakie zwierzęta będą mogli się zmienić, kiedy dorosną i odkryją swoje dary. Edward zawsze uważał, że będzie czymś potężnym i groźnym. Wilkiem, dajmy na to. Albo niedźwiedziem. Albo tygrysem.

Jane nigdy nie mogła się zdecydować, którą eðiańską postać lubi bardziej: rysia czy sokoła. Tak, chyba rozważała te dwie.

– Pomyśl tylko, Edwardzie – przypomniał sobie szepczący mu do ucha głos dziesięcioletniej Jane, gdy leżeli na trawiastym pagórku w Bradgate, dopatrując się w chmurach kształtów zwierząt. – Mogłabym być tam w górze, ujeżdżając wiatr, i nikt nie mówiłby mi, że mam siedzieć prosto, i nikt nie krytykowałby mojego wyszywania. Byłabym wolna.

– Wolna jak ptak – dodał wówczas.

– Wolna jak ptak! – Roześmiała się, wstała i zbiegła po zboczu, a jej długie rude włosy rozwiały się na wietrze. Rozłożyła ramiona, jakby naprawdę chciała wzbić się w przestworza.

Kilka lat później spędzili całe popołudnie, przerzucając się wyzwiskami, bo Jane wyczytała w jakiejś książce, że Eðianie często zmieniali się w zwierzęta, kiedy targały nimi emocje. Klęli więc na siebie, policzkowali się, a Jane ośmieliła się cisnąć w Edwarda kamieniem, czym zdołała go nawet wkurzyć, ale niestety, przez cały ten czas uparcie zachowywali ludzkie postacie.

Było im z tego powodu strasznie przykro.

– Sire? – ponaglił go książę Dudley.

Edward otrząsnął się ze wspomnień.

– Chcesz wydać Jane za mąż – zdradził się z podejrzeniami. – A czy wiesz już za kogo?

Na myśl o zamążpójściu kuzynki odczuł ukłucie smutku. Jane była jego najlepszą przyjaciółką, bezkonkurencyjnie najulubieńszą osobą na świecie. Gdy jako dziecko wysłano ją do Katarzyny Parr (szóstej żony Henryka VIII), Jane prawie cały czas spędzała z Edwardem, częstokroć pobierali nawet nauki u tych samych nauczycieli. To wtedy się ze sobą zaprzyjaźnili. Tylko Jane naprawdę go rozumiała, tylk ona nie traktowała go jak osobny gatunek ze względu na koronę. Gdzieś z tyłu jego głowy od lat tliła się myśl, że to on poślubi kiedyś Jane Grey. (Były to czasy, gdy społeczeństwo dopuszczało małżeństwo między kuzynami).

– Tak, sire. Mam idealnego kandydata. – Dudley zaczął krążyć po pomieszczeniu, nie przestając gładzić brody. – Kogoś z dobrej rodziny i o nienagannych manierach.

– Nie wątpię. Kogo? – spytał Edward.

– Kogoś o niewątpliwie eðiańskim rodowodzie.

– Dobrze, ale kogo?

– Kogoś, komu nie przeszkadzają czerwone włosy lady Jane.

– A co jest złego w jej włosach? – zaprotestował król. – W dobrym świetle są raczej czerwonorude i wcale ładne…

– Kogoś, kto zdoła ją utemperować – ciągnął Dudley.

No cóż, to miało sens. Jane była znana z trudnego charakteru. Nie dawała się oprowadzać po dworze jak inne szlachetnie urodzone panny, jakby była koniem wystawionym na sprzedaż, otwarcie sprzeciwiała się matce, przychodząc na bale z książką i czytając w kącie, zamiast tańczyć i zaklepywać przyszłego męża.

– Kogo? – spytał król po raz setny.

– Kogoś, komu można ufać.

Słowo daję, najprawdziwszy książę z bajki – westchnął w duchu Edward.

– Ale kogo?! – krzyknął. Nie lubił się powtarzać. A poza tym to dreptanie Dudleya przyprawiało go o mdłości. Edward uderzył pięścią w stolik, jeżyny poleciały na wszystkie strony. – Kogo? Niech to diabli, Northumberland, wykrztuśże wreszcie!

Książe stanął jak wryty. Oczyścił gardło.

– Gifforda Dudleya – wymamrotał.

Edwar mrugnął.

– Że niby kogo?

– Mojego najmłodszego syna.

Edward potrzebował chwili, żeby przyswoić tę rewelację, sumując w myślach wszystkie przymioty kandydata na męża dla Jane, które Dudley przed chwilą wymienił. Dobra rodzina – tak, ktoś godny zaufania – tak, ktoś o eðiańskim rodowodzie…

– John – wypalił król – czy ty masz Eðianów w rodzinie?

Książę Dudley spuścił wzrok. Przyznanie się do eðiańskiej krwi mogło być bardzo niebezpieczne, nawet w cywilizowanych czasach, gdy nie groził za to stos. Bycie Eðianinem nie było już nielegalne, ale wciąż nie brakowało w Anglii takich, którzy uważali, że dobry zmieniak to martwy zmieniak.

– Ja sam, oczywiście, nie jestem Eðianinem – wyznał Dudley po pauzie. – Ale mój syn tak.

A więc najmłodszy Dudley był Eðianinem! Znakomicie! Edward zapomniał na moment, że umiera i że aranżuje swojej ukochanej kuzynce polityczne małżeństwo.

– A w co się zmienia?

Dudley pokraśniał.

– Spędza całe dnie zmieniony w… – Poruszył ustami, jakby chciał uformować słowo, ale zapomniał użyć głosu.

Edward pochylił się na tronie.

– Co proszę?

– On… – Dudley zmagał się ze słowami. – On jest… No…

– Dalejże, człowieku! – rozsierdził się król. – Wykrztuś to z siebie!

Dudley zwilżył wargi.

– On jest… należy do koniowatych…

– Do kogo?

– Jest koniem, Wasza Wysokość.

– Koniem. – Edward opadł na tron, zapominając domknąć ust. – Twój syn spędza całe dnie pod postacią konia – powtórzył, żeby się upewnić, że się nie przesłyszał.

Doradca żałośnie pokiwał głową.

– Nic dziwnego, że tak rzadko widuję go na dworze. Niemal już zapomniałem, że masz jakiegoś syna poza Stanem! I czy nie powiedziałeś nam kiedyś, że twój młodszy syn urodził się przygłupem i że nie ma dla niego miejsca na salonach?

– Doszliśmy do wniosku, że wszystko jest lepsze od prawdy – przyznał Dudley.

Edward sięgnął po kolejną jeżynę.

– Kiedy to się stało? I jak?

– Sześć lat temu – padła odpowiedź. – Nie wiem jak. Niespodziewanie dostał jakiegoś ataku, a w następnej chwili był już… – Unikał tego słowa jak zarazy. – Ale mimo wszystko jestem przekonany, Wasza Wysokość, że to idealna partia dla Jane. I to nie tylko dlatego, że jest moim synem. To chłop na schwał, świetny kościec, znakomita budowa ciała, jest dostatecznie inteligentny (na pewno nie jest przygłupi, za to ręczę, jakem Dudley), ale i dostatecznie uległy, by nie sprawić nam kłopotu.

Edward rozmyślał nad tym przez kilka chwil. Jane uwielbiała wszystko, co miało jakiś związek ze zmiennokształtnymi. Z pewnością nie wzdrygnie się na wieść o tym, że ma jednego poślubić. A jednak…

– Całe dnie? Spędza całe dnie jako koń? – zaciekawił się Edward.

– Całe dnie, panie. Od świtu do zmierzchu.

– Nie potrafi kontrolować swoich przemian?

Dudley wbił wzrok w ścianę, która dźwigała olbrzymi portret Henryka VIII, a Edward zaraz pojął, jak głupio brzmią jego słowa. Jego ojciec też nie był w stanie zmieniać się i odmieniać na zawołanie. Gdy wpadał w gniew, obnażał kły – i to dosłownie – po czym trwał pod postacią lwa, dopóki się nie uspokoił. Co czasem następowało kilka ładnych godzin później. Albo, zdarzało się, dni. Nie był to przyjemny widok. Zwłaszcza gdy król używał swoich dworzan jako gryzaka.

– No dobrze, nie kontroluje swojego daru. To się… zdarza. – Król uniósł ręce w geście „mówi się trudno, żyje się dalej”. – Ale to oznacza, że Jane będzie miała męża tylko nocami. Co to będzie za małżeństwo?

– Niektórzy wolą taki właśnie układ. Ośmielam się sądzić, że moje małżeństwo byłoby o wiele prostsze, gdybym spotykał się z żoną tylko po zachodzie słońca.

To będzie tylko połowiczne małżeństwo, a więc żadne – pomyślał Edward. Ale może dla kogoś takiego jak Jane podobny układ nie okaże się zły. Zamążpójście nie ograbi jej z prywatności i niezależności, które tak ceniła.

Niewykluczone, że będzie jej to odpowiadać.

– A przystojny jest chociaż? – spytał król. Pierworodny syn Dudleya, Stan, miał tego pecha, że odziedziczył po ojcu masywny nochal. Edward nie chciał wydawać przyjaciółki za takiego kulfona.

– Obawiam się, że Gifford jest wręcz zbyt przystojny. – Dudley zacisnął usta. – Zwraca uwagę… dam.

Edward poczuł, jak kiełkuje w nim zazdrość. Powiódł wzrokiem do portretu ojca. Wiedział doskonale, że przypomina Henryka. Miał te same rudozłote włosy i prosty, majestatyczny nos, te same szare oczy i drobne uszy. Edwarda uważano kiedyś za przystojniaka, lecz teraz był chudy i blady. Choroba odebrała mu cały chłopięcy czar.

– Lecz ręczę za jego wierność – rozpaplał się Dudley. – A gdy spłodzi z Jane potomka, będziesz, panie, miał swojego eðiańskiego dziedzica. I problem z głowy!

Z głowy, ot tak. Edward przetarł oczy.

– I kiedy miałaby się odbyć ceremonia zaślubin?

– Może w sobotę? – zaproponował Dudley. – Zakładając, że aprobuje Wasza Wysokość kandydata.

Edward zaniósł się kaszlem. Był poniedziałek!

– Tak szybko? – wyrzęził po dłuższej chwili.

– Im szybciej, tym lepiej – odparł Dudley. – Potrzebny nam dziedzic.

No tak, racja. Wszystko kręci się wokół dziedzica. Edward odchrząknął.

– Doskonale. Aprobuję kandydata, książę. Ale sobota… – To strasznie szybko. – Nie wiem nawet, co mam zaplanowane na sobotę. Musiałbym się skonsultować z moim…

– Już to zrobiłem, Wasza Wysokość. Sobotę masz wolną. A poza tym ceremonia musi się odbyć po zmroku – dodał po chwili.

– A, prawda. Bo za dnia Gifford jest… – Edward wydał z siebie nosowy wizg.

– Tak. – Dudley nie wiedzieć skąd wyjął zwój i rozwinął go na stole, na którym podpisywano i pieczętowano wszystkie oficjalne dokumenty.

– Pewnie wydajesz fortunę na siano – powiedział Edward, odnajdując wreszcie swój uśmieszek.

Przyjrzał się zwojowi. Był to królewski dekret – jego zezwolenie, technicznie rzecz biorąc – orzekający, iż lady Jane Grey z Suffolk wstąpi w najbliższą sobotę w święty związek małżeński z lordem Giffordem Dudleyem z Northumberland.

Uśmieszek spełzł z jego ust.

Jane.

Myśl o poślubieniu Jane była oczywiście mrzonką. Jane nie była partią dla króla. Edward nie zbiłby tym małżeństwem politycznego kapitału, nawet jeśli rodzina Greyów była zamożna i nawet jeśli zdobyłby w ten sposób kolejny tytuł. Taki mariaż nie wzmocniłby znacząco pozycji królestwa. Edward od zawsze wiedział, że jeśli się kiedyś ożeni, zrobi to dla Anglii, nie dla siebie samego. Przez całe życie nawiedzały go tabuny zagranicznych ambasadorów, machających mu przed oczami portretami córek rozlicznych europejskich władców. Miał poślubić królewnę, nie małą Jane z jej księgami i głową pełną wzniosłych idei.

Dudley wsunął mu pióro w dłoń.

– Musimy się kierować dobrem państwa, Wasza Wysokość. Jeszcze dziś pojadę po syna do Dudley Castle.

Edward zanurzył pióro w kałamarzu, a potem zamarł.

– Masz przyrzec, że będzie dla niej dobry – powiedział.

– Przyrzekam, Wasza Wysokość. Będzie przykładnym mężem.

Edward rozkaszlał się w podaną przez Dudleya chustkę. Czuł jakiś dziwny smak w ustach, mdlącą słodkość, która gryzła się z cierpkością jeżyny.

– Wydaję kuzynkę za konia – burknął pod nosem.

A potem przyłożył pióro do dokumentu i westchnąwszy, złożył podpis.

Rozdział 2JANE

– …a owa radosna ceremonia odbędzie się w sobotę wieczorem.

Lady Jane Grey zamrugała znad książki. Jej matka, lady Frances Brandon Grey, coś do niej powiedziała.

– Co się odbędzie w sobotę wieczorem?

– Stój spokojnie, kochanie. – Lady Frances uszczypnęła córkę w ramię. – Musimy się upewnić, że idealnie zdjęłyśmy miarę. Nie będzie czasu na poprawki.

Jane już trzymała książkę w wyciągniętych rękach tak nieruchomo, jak potrafiła. Był to prawdziwy wyczyn dla kogoś, kogo palce stykają się, gdy obejmuje własne ramię.

– Zwróć uwagę, że wymiar w biuście nie zmienił się ani na jotę – pouczyła krawcowa uczennicę. – Jak tak dalej pójdzie, to pewnie nigdy się nie zmieni.

Innym, nie mniej widowiskowym wyczynem było zachowanie cierpliwości i nieprzyłożenie krawcowej w łeb książką. Ten ułatwiał fakt, że książka była stara i cenna – Kompletna historia buraka na angielskiej ziemi, tom piąty – a Jane nie chciała jej zniszczyć.

– No dobrze, ale co się odbędzie w sobotę wieczorem?

– Opuść ramiona, słonko – poleciła krawcowa.

Jane opuściła, zaznaczając miejsce w książce palcem wskazującym.

Matka odebrała jej wolumin o burakach i rzuciła go bez krztyny szacunku na łóżko, a następnie skorygowała ułożenie ramion.

– Nie garb się. Ta suknia musi się układać jak należy. Nie będziesz przecież brała ślubu z nosem w książce.

– Ślubu? – Jej ton zabarwiła ciekawość. Wychyliła się zza biorącej miarę z jej ramion krawcowej, by pochwycić wzrok matki. – Kto bierze ślub?

– Jane Grey!

Dziewczyna wyprostowała się jak struna.

Krawcowa obwiodła miarką jej biodra (za wąskie do rodzenia dzieci – kolejny niedostatek Jane wedle niezbędnika młodej damy), a potem zebrała swoje utensylia.

– Na ten moment skończyłyśmy, moje panie. Miłego popołudnia! – zaćwierkała, po czym umknęła z salonu w tumanie tkanin i igieł.

Lady Frances ponownie uszczypnęła Jane w ramię.

– Ty bierzesz ślub, moja droga. Skup się, błagam.

Serce Jane zaczęło bić szybciej, ale natychmiast kazała mu się uspokoić. To przecież tylko zaręczyny. Była już wcześniej zaręczona. Dokładnie cztery razy.

– Z kim zaręczyłam się tym razem? – spytała.

Lady Frances posłała jej olśniewający uśmiech, biorąc jej reakcję za akceptację.

– Z Giffordem Dudleyem?

– Z kim?

Uśmiech przeszedł w grymas.

– Z synem lorda Johna Dudleya, księcia Northumberland. Z młodzieńcem imieniem Gifford.

Gifford? Jane kojarzyła Dudleyów, choć była to raczej pomniejsza rodzina, znana przede wszystkim z hodowli koni. Przypomniała sobie pewien istotny szczegół: John Dudley był przewodniczącym Rady, prawą ręką króla, zaufanym doradcą i zapewne najpotężniejszym człowiekiem w Anglii, jeśli nie liczyć samego Edwarda. A z pewnością znaleźliby się i tacy, którzy postawiliby go ponad Edwardem.

– Rozumiem – wyrzekła w końcu, choć nigdy właściwie nie widziała tego całego Gifforda na oczy. Ani na dworze, ani nigdzie. Co, orzekła po chwili, wydawało się podejrzane. – No cóż, mam nadzieję, że będzie nie mniej wspaniałym narzeczonym niż wszyscy pozostali.

– Czy jest coś, o co chciałabyś zapytać?

Jane pokręciła głową.

– Wiem już wszystko, co muszę wiedzieć. To w końcu tylko zaręczyny.

– Ślub jest w sobotę, kochanie – przypomniała jej matka. – W londyńskiej posiadłości Dudleyów. Wyruszamy do Londynu jutro rano.

Oczywiście usłyszała, kiedy matka wspominała wcześniej o „sobocie”, ale dopiero teraz dotarło do niej, że to już, zaraz. Dopiero teraz pojęła, co to dla niej oznacza.

Ten ślub może dojść do skutku. Jej serce znowu zabiło jak oszalałe.

– Jest moim największym życzeniem, byś wyszła szczęśliwie za mąż, zanim się zanadto zestarzejesz. – Lady Frances nie wyklarowała, czy Jane miała się zanadto zestarzeć na szczęśliwe zamążpójście czy na zamążpójście w ogóle. – Tak czy inaczej, sądzę, że ten kandydat ci się spodoba. Słyszałam, że to przystojna bestia.

A więc ona sama też nie widziała go na oczy. Jane obleciał zimny dreszcz. A jeśli ten Gifford odziedziczył monstrualny kinol Dudleyów? Bo Stan odziedziczył…

– Dziękuję za ostrzeżenie, matko – zawołała, gdy rodzicielka wdzięcznym krokiem opuściła komnatę.

Jej matka, ma się rozumieć, nie odpowiedziała. Miała zbyt wiele na głowie przed sobotą.

Sobota. To już za cztery dni.

Jane ubrała się szybko, a potem zgarnęła z łóżka książkę o burakach, wybrała z półki dwie kolejne lektury (Eðianie: postacie historyczne i ich upadek oraz Sztuka przetrwania w dziczy dla arystokratów) na wypadek, gdyby skończyła pierwszą szybciej, niż myślała, po czym ruszyła do stajni. Jeśli ten cały Gifford ma być jej mężem (choć pomyślała, że do soboty jeszcze szmat czasu i mnóstwo rzeczy może się wydarzyć po drodze), to miała prawo wiedzieć, w co się dokładnie pakuje.

*

Jane przestudiowała każdą mapę Anglii, jaką znalazła w domu, zarówno historyczną, jak i współczesną, z uwzględnieniem map lokalnych. Okazało się, że Dudley Castle, gdzie rezydowali Dudleyowie, gdy nie przebywali w Londynie, znajdował się nieco dalej niż pół dnia drogi od domu Jane w Bradgate. Mogła dojechać tam konno, ale ponieważ chodziły słuchy o coraz częstszych aktach przemocy wobec Eðianów, angielskie wsie zrobiły się zbyt niebezpieczne dla panien podróżujących bez eskorty. Służący, z którymi rozmawiała, twierdzili, że to Eðianie odpowiadają za niepokoje, jakaś szajka, która okrzyknęła się mianem Watahy, ale Jane nie wierzyła tym podłym plotkom. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała w obliczu swojego niespodziewanego zamążpójścia, było uwikłanie w jakąś kabałę z Eðianami i Nieskalanymi w rolach głównych. Żeby więc zadbać o własne bezpieczeństwo (i nie angażować w całe przedsięwzięcie matki), kazała się zawieźć do Dudley Castle karetą.

Przede wszystkim musiała się upewnić co do nosa.

Był piękny dzień. Łagodne wzgórza otaczające Bradgate zachwycały soczystą zielenią. Drzewa kwitły. Słońce przeglądało się w bystrym strumieniu, płynącym wzdłuż traktu, którym toczyła się kareta. Na niewielkim wzniesieniu Jane złapała wzrokiem zapraszający poblask czerwonej cegły, z której wzniesiono jakąś posiadłość. W pewnym momencie przed karetą przebiegł jeleń. Wszędzie wokoło rozbrzmiewały ptasie trele.

Jane lubiła Londyn między innymi za to, że pobyt w stolicy wiązał się z możliwością spotkania z jej ulubionym kuzynem, ale to Bradgate Park był jej domem. Kochała tutejsze świeże powietrze, błękitne niebo, porastające wzgórza stare dęby.

Jej dziadek chciał uczynić z parku najlepsze łowisko jeleni w Anglii – co mu się zresztą udało, bo wielu znamienitych gości odwiedzało te tereny – ale intencje dziadka nie miały dla Jane większego znaczenia, gdyż sama nie polowała (choć słyszała, że Edward był świetnym myśliwym). Dla Jane spacer przez Bradgate Park był drugim najlepszym sposobem na ucieczkę od problemów Prawdziwego Życia.

Pierwszym sposobem była oczywiście dobra książka. Gdy więc opuściła Bradgate Park, zanurzyła się w pasjonujący świat buraków (wiedzieliście, że starożytni Rzymianie pierwsi zaczęli uprawiać buraki nie dla liści, a dla korzeni?).

Jak wspomniałyśmy i jak zapewne zdążyliście się już sami zorientować, Jane kochała czytać. Nic nie sprawiało jej tak wielkiej przyjemności, jak ciężar opasłego tomu w rękach, im bardziej opasłego i im rzadziej spotykanego, tym lepiej. Rozkoszowała się zapachem tuszu, szorstkością papieru pod palcami, słodkim szelestem przewracanych stronic, kształtem liter ułożonych w równiutkie rzędy, które mogła pieścić oczami z wypiekami na twarzy. A najbardziej na świecie kochała to, w jaki sposób książki przenosiły ją gdzieś daleko, poza obręb przyziemnego, dusznego życia, i pozwalały jej doświadczać setek innych żyć. Książki były jej bramą do innych światów.

Matka nigdy tego nie pojmie – pomyślała, gdy skończyła ostatnią stronę i z westchnieniem zamknęła księgę. Lord Grey, gdy jeszcze żył, zachęcał ją do studiów, ale lady Frances nigdy nie zaakceptowała jej uwielbienia dla ksiąg. Co niby musi wiedzieć młoda dama, której najważniejszym zadaniem jest przecież zaklepać sobie męża? Jej matki nie obchodziło nic poza wpływami i płynnością finansową. W niczym nie lubowała się bardziej niż w przypominaniu ludziom, że w jej żyłach płynie błękitna krew. „Moja babka była królową” – powtarzała to aż do znudzenia. Tym gorzej dla matki, że król Henryk skreślił ją z linii sukcesji. Może dlatego, że nie podobało mu się, że Frances zadziera nosa? Tak przynajmniej podejrzewała Jane.

Wpływy i płynność. Władza i pieniądze. Tylko to było ważne dla lady Frances. A teraz sprzedawała własną córkę, tak jak sprzedaje się klacz na targu. Nawet nie zawracała sobie głowy, by spytać samej Jane o zdanie. Jakie to typowe.

Jane otrząsnęła się ze znajomego uczucia gniewu, które ogarniało ją zwykle, gdy myślała o matce. Odłożyła na bok wolumin o burakach, krzywiąc się na widok zagięcia rogu jednej ze stronic. Bogu ducha winna księga nabawiła się go zapewne wtedy, gdy lady Frances bezceremonialnie rzuciła ją na łoże. Biedna. Co ona winna, że Jane wychodzi za mąż?

Za mąż… Fuj!

Jakżeby chciała, żeby ludzie przestali ją co rusz wydawać za mąż. Zawracanie głowy i tyle.

Jej pierwszym narzeczonym był syn kupca jedwabnego. Nazywał się Humphrey Hangrot, a jego ojciec miał monopol na jedwab w całej Anglii. Rodzice Humphreya nie omieszkiwali co rusz przypominać Greyom o swojej świeżo zbitej fortunie. Najchętniej robili to, obwieszając chudego jak wieszak synalka licznymi warstwami najdroższego brokatowego materiału. Jane nie potrafiła zliczyć bali, do uczestnictwa w których zmuszono ją w posiadłości Hangrotów. Zanudziłaby się na śmierć, gdyby nie to, że zawsze miała przy sobie książkę.

Co się zaś tyczy samego Humphreya, przedstawił się jej jako „przyszły król… jedwabiu”, a następnie poinstruował ją, by dotknęła rękawa jego szaty. No śmiało, dotknij. Poooczuj to. Czy miałaś kiedyś w palcach tak pyszny materiał? Spytała go, czy zdaje sobie sprawę, że robaki gotuje się w kokonach, by odgumować jedwab. To była ich ostatnia rozmowa. Zaręczyny zerwano dzięki nagłemu pojawieniu się na rynku drugiego kupca jedwabnego, który był gotów podkopać wygórowane ceny Hangrotów w celu wygryzienia ich z rynku. Wkrótce puścił ich z torbami, a rodzina popadła w nędzę i niełaskę Greyów, po czym na powrót zamieszkała w małym domku na wsi, a wspomnienia o nich zatarły się w pamięci możnych tego świata.

Drugim narzeczonym był Teodor Tagler, wirtuoz skrzypiec z Francji. Był w trakcie tournée po Europie z Orkiestrą Oceaniczną, gdy jego rodzina przyjechała do Londynu, gdzie przyjęło ją kilka arystokratycznych rodzin. Taglerowie szukali żony dla swojego syna, młodej damy z dobrego domu i o wysublimowanych gustach, której nie będzie przeszkadzała nieobecność męża, gdy ten uda się na trasę. Lord i lady Grey natychmiast podsunęli młodemu muzykowi Jane – wciąż próbowali się pozbierać po skandalu z Hangrotami – a Taglerowie zaakceptowali kandydatkę.

Jane miała ucho do muzyki i z przyjemnością słuchała sonat, menuetów i symfonii – od czasu do czasu uczęszczała nawet do opery, szczególnie lubując się w tragediach, gdzie obydwaj kochankowie umierali na końcu w ramach kary za drobny akt miłosierdzia – ale nie przepadała za stylem gry narzeczonego, który był nieco zbyt gwałtowny jak na jej gust. Sam Teodor również. Natychmiast przyszło jej na myśl określenie „słoń w składzie porcelany”. Zachodziła w głowę, jak ktoś, kto do tego stopnia opanował grę na tak delikatnym instrumencie jak skrzypce, może być tak gwałtowny i narwany. Co śmieszniejsze, to właśnie ów instrument przyczynił się do jeszcze rychlejszego niż ostatnim razem, iście koncertowego zerwania zaręczyn.

Skrzypce bowiem, jedyny w swoim rodzaju Belmoorus, dzieło rąk zmarłego lutnika Beauforta Belmoora, zostały skradzione. Zwędzone. Buchnięte. Zabrane z przynależnego im miejsca w domu potomków Beauforta Belmoora. Śledczy jak po sznurku podążyli ich tropem, przemierzając Francję i Hiszpanię, aż dotarli do Anglii. „Właściciel”, który wypożyczył instrument Teodorowi Taglerowi – co robią wszyscy właściciele drogich instrumentów, by się upewnić, że ktoś będzie grał na ich precjozach – został aresztowany, a choć Teodor był kompletnie niewinny, również jego rodzina szybko popadła w nędzę.

Trzecim narzeczonym był Walter Williamson, wnuk słynnego wynalazcy odludka, którego wynalazki, jak wieść niosła, objęte były tajemnicą państwową. Gdyby nie to całe zamieszanie z małżeństwem, Walter nie byłby wcale taki zły. Wydał się Jane inteligentny i oczytany, często opowiadał o porzuconej spuściźnie swego dziadka. Sam również aspirował do miana wynalazcy. Mówił, że ma to we krwi, choć zdaniem Jane sam nie przejawiał żadnych wynalazczych zdolności.

Po miesiącu narzeczeństwa upubliczniono dokumenty, z których wynikało, że dziadek Waltera był złodziejem, który ostatnie piętnaście lat przesiedział w więzieniu. Podziw, jakim darzono Williamsonów, rozwiał się jak dym na wietrze, a rodzina, jak nietrudno się domyślić, popadła w niełaskę.

Czwarte zaręczyny… No cóż, okazało się, że narzeczony nie istnieje. Matka Jane (ojciec dziewczyny zmarł pomiędzy trzecimi a czwartymi zaręczynami) otrzymała miniaturowy obrazek przystojnego młodzieńca i nie zorientowała się, że nie przedstawiał on kandydata, a był jedynie próbką malarskich zdolności autora. Matka Jane była całkiem inteligentną kobietą, ale desperackie pragnienie wydania córki za mąż popchnęło ją do wysnucia pochopnych wniosków i opacznie zrozumiała dołączony do obrazka liścik: „Ośmielam się złożyć propozycję godną szlachetnej lady Jane”. Młody mężczyzna z miniatury był diablo przystojny, lecz niestety, całkowicie nierzeczywisty. Lady Frances wyraziła zgodę, nim malarz zdążył wysłać list z zapytaniem o portret Jane i zadatek na podróż, przypomniawszy, że po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się.

W napadzie złości zawstydzona lady Frances przedstawiła własną wersję historii, w której padła ofiarą bezczelnego oszustwa, i to nie otrząsnąwszy się jeszcze z tragedii, jaką była przedwczesna śmierć męża. Tym razem to pechowy artysta popadł w niełaskę i zapomnienie.

Wyglądało na to, że małżeństwo z tą całą lady Jane to bardzo ryzykowna sprawa. Uśmiechnęła się po nosem. Jeśli ta tendencja się utrzyma, dni Gifforda Dudleya są policzone, a po dobrobycie, w który opływa jego rodzina, wkrótce nie będzie śladu.

Prawie było jej go żal.

Musiała tylko postanowić, w jaki dokładnie sposób zrujnuje swojego najnowszego absztyfikanta.

Wzięła do ręki książkę o Eðianach. Był to jej ulubiony temat. Przesunęła palcem po wytrawionym w skórzanej oprawie słowie. Ileż by oddała, żeby móc zmieniać się w zwierzę. W takie, które odstręczałoby wszystkich natrętnych narzeczonych. W niedźwiedzicę, dajmy na to. Ale jeśli zmiennokształtność była dziedziczna, jak wielu utrzymywało, to mogła o tym tylko pomarzyć. (Była to pilnie strzeżona tajemnica, ale Jane podsłuchała kiedyś, jak jej rodzice kłócili się o eðiański dar jej matki). Jeśli zaś było przywilejem zarezerwowanym dla godnych tego zaszczytu (również popularna hipoteza, choć mniej naukowa), to jak dotąd wszystkie jej wysiłki, by okazać się godną, spełzły na niczym.

W oddali wyłaniał się właśnie zza bałwanów wzgórz piękny zamek z białej cegły. Zbudowano go na szczycie wzniesienia, do którego stóp tuliła się gwarna wioska. Mieszkańcy gapili się na mijającą wrota karetę, która zaczęła mozolić się pod górę po brukowanej ulicy. Jane podziwiała wspaniałe, zbudowane z białego kamienia mury fortecy o niedużych, wąskich okienkach (wzniesione w jedenastym wieku, jeśli się nie myliła – a nie mogła się mylić, ponieważ historię architektury miała w małym palcu). Z bliska twierdza wydała się jeszcze większa i wyższa. I jeszcze bardziej złowroga. Przyszło jej na myśl, że taka forteca z pewnością jest w stanie odeprzeć każde oblężenie. Czyżby właściciele obawiali się napaści?

Kareta musiała przebyć troje wrót i fosę, zanim dotarła do dziedzińca, gdzie woźnica ją zatrzymał. Część obronna warowni znalazła się teraz za plecami Jane, a przed nią pyszniły się eleganckie i nowoczesne budynki mieszkalne o szpiczastych dachach i wielkich oknach, z całą pewnością dobudowane później. Drzewa rzucały cień na ławki i zamkową studnię, a całe to miejsce wyglądało, jakby zbudowano je do podziwiania, a nie do użytkowania. Jane naszła absurdalna myśl, jakoby gmach miał zrobiony manikiur, a jego palce nigdy nie splamiły się pracą.

Jane ogarnęła wzrokiem kilkadziesiąt wyglądających na dziedziniec okien, szukając jakiegoś ruchu, ale jeśli nie liczyć koni baraszkujących w zagrodach pośród łąk po drugiej stronie zamku, wewnątrz murów panowała cisza.

Powróciła wzrokiem do zagrody. A więc to były te słynne konie Dudleyów. Jane wyskoczyła z karety i podeszła do zamkniętej na głucho bramy, by im się przyjrzeć.

Wszystkie zwierzęta były zdrowe i piękne, miały smukłe sylwetki i nogi cienkie jak wrzeciona. Ale najpiekniejszy spośród nich był okazały ogier po drugiej stronie pastwiska. Jego potężne, podkreślone cieniem mięśnie grały pod napiętą skórą, gdy sunął grzmiącym galopem przez trawiasty przestwór. Wiatr igrał w jego długiej grzywie, gdy zarzucał uniesionym dumnie łbem, a pyszna kasztanowa sierść lśniła w promieniach słońca. Cóż za wspaniałe stworzenie. Choć jej doświadczenie z końmi ograniczało się do delikatnych, dobrze ułożonych wałachów, na których wypadało jeździć damie, wiedziała o tych zwierzętach dosyć, by rozpoznać prawdziwie pięknego wierzchowca. Nie lubiła pyszałków, ale takie zwierzę usprawiedliwiało wszelkie przechwałki Dudleyów.

Jakże wspaniale byłoby być klaczą – pomyślała. Móc tak galopować, pędzić na silnych nogach, czuć grę mięśni pod opiętą skórą. Nikt nie zawracałby jej głowy, nie szczypał w ramię, nie strofował i nie utwierdzał w przekonaniu, że jest mała i nic nie znacząca.

Oddałaby wszystko, byle móc zmienić się w konia i uciec nie tylko od tego narzeczeństwa, ale i od wszystkiego, co było nie tak z jej życiem.

– Pani – dobiegł ją z tyłu męski głos. – Czy mogę w czymś pomóc?

Jane odwróciła się. Najpierw zwróciła uwagę na nienaganny ubiór mężczyzny, a potem, gdy dotarła wzrokiem do jego twarzy, westchnęła w duchu. Oto on – kinol jak klamka od zakrystii.

Głowę daję, pomyślała. Gdy przechodzi przez drzwi, jego nos wchodzi do pokoju pięć sekund przed nim. (Czytelnikowi łatwiej będzie wyobrazić sobie ten monstrualny ptasi nochal, jeśli przypomni sobie maski o długich dziobach, które lekarze zaczną nosić w czasie zarazy za kilkadziesiąt lat. Podobno ich twórca zainspirował się właśnie nosem Dudleya, aczkolwiek pilnował się, by nie zdradzić się z tym w obecności któregoś z jego potomków).

Dobry Boże! A co, jeśli to właśnie jest Gifford?

– Przyjechałam w odwiedziny do lorda Gifforda Dudleya – powiedziała z wahaniem, łapiąc się na tym, że kieruje wypowiedź nie tyle do mężczyzny, co do jego nosa. Ale ten nos wisiał nad nią niczym miecz Damoklesa, a ona czuła się w jego cieniu mała, maleńka. Trudno było oderwać od niego wzrok. Cofnęła się o krok, żeby móc spojrzeć rozmówcy w oczy.

– A więc przybyłaś, pani, by odwiedzić mego brata – odparł z uśmiechem.

Co za ulga. Ten nos – to znaczy, ten mężczyzna – nie był Giffordem, lecz Stanem Dudleyem, starszym bratem, który czasem towarzyszył ojcu na dworze. (Nie żeby Jane interesowała się tym, co się działo na dworze – miała o wiele za dużo ksiąg do przeczytania). Ale co, jeśli nos Gifforda jest jeszcze większy?

Przycisnęła książki do brzucha. Raptem naszła ją wielka chęć, by się pomodlić. Czy modlitwa o normalny nos to bluźnierstwo?

– Tak. Czy mogłabym się z nim zobaczyć?

– Obawiam się, że Gifford jest w tej chwili zajęty. On… dogląda koni. – Stan rzucił okiem na pastwisko, ale jeśli Gifford tam był, Jane go nie dostrzegła. Widziała tylko skubiące trawę zwierzęta.

– A zatem nie zobaczy się ze mną?

– Nie w tej chwili, niestety.

Szału można dostać. Chciała przynajmniej rzucić okiem na oblubieńca, nim odda mu się na resztę życia. Czy prosi o zbyt wiele?

Stan odwrócił głowę, przysłaniając słońce nosem niczym strzały perskiej armii pod Termopilami.

– Jesteś zawiedziona. Jest mi niewymownie przykro, ale przecież wiecie, że mój brat nie ma czasu dla panien, dopóki nie zapadnie zmrok.

Panien… Skąd ta liczba mnoga?

– Ty musisz być… – ciągnął sir Kulfon – Anna? Fryderyka? Janette?

– Słucham? – Zamrugała.

Stan skrzyżował ramiona na piersi i przyjrzał jej się uważniej.

– Rude włosy. Niespotykane. Nie pamiętam, by mój brat wspominał, że jedna z jego kobiet to rudzielec.

– Jedna z jego kobiet? – zdołała pisnąć.

– Nie myślałaś chyba, że jesteś jedyną? Zdawało mi się, że preferuje brunetki. I nieco wyższe. I lepiej… ukształtowane.

Jane zachłysnęła się powietrzem. Jak on śmie! Za kogo on się ma, ten cały Stan? W żyłach Jane płynęła przecież błękitna krew (jej prababcia była w końcu królową), była kuzynką samego króla Edwarda VI, jego najbliższą przyjaciółką. Już ona zadba, żeby król się dowiedział, jak ją potraktował ten bezczelny, chamski, zarozumiały, zepsuty…

Zorientowała się, że nie mówi na głos. Zamiast tego stała jak słup soli, z rozdziawionymi ustami, podczas gdy usta umiejscowione pod wielgachnym nochalem Dudleya kontynuowały litanię imion. Tak, aż tyle ich było. Na każdą literę alfabetu przypadało przynajmniej jedno. Czy Gifford utrzymywał stosunki z tymi wszystkimi kobietami? Czy może Stan był po prostu wredny?

– No dobra – rzekł w końcu. – Poddaję się. Powiem mu, że przyjechałaś, jeśli powiesz mi, kim jesteś.

Zebrała się, by przemówić swoim najbardziej wyniosłym tonem, a potem wypaliła:

– Jestem lady Jane Grey. Jego narzeczona.

Stan znieruchomiał na moment, a potem skłonił się prędko.

– Ach, teraz rozumiem. Wybacz, pani. Tak mi przykro. Nie miałem pojęcia. Nie powinienem był mówić tych wszystkich rzeczy. Po prostu jesteś, pani, bardzo ruda jak na szlachetnie urodzoną… Znaczy… W życiu bym nie wspomniał o tych innych kobietach. Bo nie ma żadnych innych kobiet. Nigdzie. Na całym świecie. Poza moją żoną. I tobą, rzecz jasna. Gifford będzie lojalnym i wiernym mężem. Wiernym jak pies! No, może niezupełnie jak pies… – Westchnął.

Jane tylko gromiła go wzrokiem.

– Racz, pani, przyjąć moje najszczersze przeprosiny… – Stan Dudley kajał się i lepił do kupy nieskładną wypowiedź, próbując ratować resztki honoru, a na koniec wybąkał coś o tym, że pozostawi ją teraz własnym myślom, które są z pewnością tak czyste jak najbielsze z płatków na dziewiczym drzewie wiśni. A potem zniknął.

No proszę. A więc jej przyszły mąż to kobieciarz. Bawidamek. Bałamut. Celadon (chodziło jej o lowelasa, a nie o chińską porcelanę). Flirciarz i babiarz (Jane w chwilach wzburzenia przemieniała się w chodzący tezaurus. Był to efekt uboczny nadmiernego oczytania). Nic dziwnego, że nikt nie widuje go za dnia, skoro ten libertyn spędza je całe z końmi, a nocami szlaja się z jakimiś lafiryndami.

Tak być nie może.

Jane ruszyła z powrotem do karety, naburmuszona jak burzowa chmura, układając w myślach przemowę, którą z przyjemnością uraczy Gifforda, Edwarda, matkę i każdego, kto maczał palce w tych zaręczynach. Przemowę bardzo długą i pełną bardzo brzydkich, niegodnych damy słów.

Wcześniej sądziła, że małżeństwo z nią może zniszczyć Giffordowi życie, ale teraz zrozumiała, że małżeństwo z lordem Giffordem Dudleyem przede wszystkim zniszczy życie jej.

Chyba że znajdzie sposób, by mu zapobiec.

Jane wyprostowała się jak struna. O nie, za żadne skarby nie wyjdzie za Gifforda Dudleya (co to w ogóle za imię?). Ani w sobotę, ani nigdy.

Rozdział 3GIFFORD (ale mówcie mu G!)

Najgorszy w przebudzeniu był trawiasty posmak siana w ustach. Wynikający stąd, że naprawdę miał siano w ustach. Ale zjawiska sianoustozy (czy „sianobuzi”, jak nazywała przypadłość jego matka – jakby chodziło o zwyczajny o poranku nieświeży oddech) nie dało się uniknąć, gdy kończyło się dzień pod postacią nieudomowionego konia i zaczynało noc jako nieudomowiony mężczyzna.

Prawie mężczyzna, jak twierdziła matka. W wieku dziewiętnastu lat nie był jeszcze w pełni mężczyzną. A co do tego, że był nieudomowiony, nikt nie miał najmniejszych wątpliwości.

Dźwignął się do kucek, a potem wstał. G (proszę, nazywajcie go „G”, a nie Giffordem – co to za imię, na litość boską? – Dudleyem, drugim – a więc nieważnym – synem lorda Johna Dudleya, księcia Northumberland) poruszył zadem, który był teraz jego zupełnie ludzkim siedzeniem.

Zastanowił się, gdzie by jutro pogalopować. Tym razem chyba skieruje się na północny zachód i przecwałuje zielone wzgórza i bujne lasy. A kiedy już się nabiega, poszuka wody. Nic nie może się równać z życiem pozbawionym ograniczeń, z galopem, z wiatrem we włosach. W grzywie.

Zmiennokształtność była darem, który przyjął, bo nie miał wyjścia. (Bo gdyby miał, to z pewnością nie omieszkałby też poprosić o kontrolę nad nim, choć włącznik i wyłącznik odebrałby cały sens klątwie, której nadrzędnym celem była właśnie uciążliwość). No cóż, ten stan rzeczy miał jednak jakieś zalety. Przede wszystkim sam był sobie panem. (Kto by chciał się związać z pół koniem, pół człowiekiem?) Mógł wybrać miejsce na mapie, a potem pognać tam, gdy tylko wstało słońce. (Przy założeniu, że jego koński mózg zapamięta drogę. G był zdania, że konie mają słabo rozwinięty zmysł orientacji w terenie. Raczej nie zamierzał przyznawać się przed nikim, że nawet jako człowiek gubił się we własnej garderobie). Najlepsze ze wszystkiego było to, że nie miał żadnych „ludzkich” obowiązków.

Po całej tej wolności, którą upajał się za dnia, z nastaniem zmroku zawsze dopadała go chandra. G odszukał kubeł wody, który stajenny zawsze stawiał dla niego w kącie, podbiegł do niego (po ludzku, ale pewnie bardziej po końsku niż jakikolwiek inny człowiek) i upił z chochli potężny łyk.

Zawsze odwadniał się podczas transformacji, a dzisiejszej nocy musiał zachować trzeźwość myślenia. Ponieważ zmieniał się w człowieka o zmroku, było tylko kilka rzeczy, które mógł robić, prowadząc nocny tryb życia. Rodzice wywnioskowali z nadmiernie swobodnego słownictwa i szorstkich manier potomka, że swoje ludzkie godziny spędza w buduarach dam o wątpliwej reputacji oraz podchmielony w okolicznych lupanarach. Po korytarzach posiadłości Dudleyów niósł się częstokroć lament lady Dudley: „Ach, tylko by się łajdaczył ten nasz chłopak… Ach, co z niego wyrośnie…”.

G pozwolił im w to wierzyć. Właściwie to podsycał przypuszczenia rodzicieli, przechwalając się kolejnymi podbojami. Dopóki mieli go za Casanovę (choć oczywiście nie mogli porównać go do prawdziwego Casanovy, który urodzi się dopiero za dwieście lat), dopóty G mógł robić, czego tylko dusza zapragnie. A poza tym czułby się o wiele bardziej poniżony, gdyby rodzice dowiedzieli się prawdy o tym, jak spędza noce. Wolał już, żeby mieli go za birbanta i hulakę, niż…

Wtem ktoś zapukał ostro do bram stajni.

– Paniczu? – zawołał z drugiej strony Billingsly.

– Tak? – odparł G, odkaszlnąwszy, by pozbyć się z głosu końskiego rżenia.

– Pańskie spodnie.

Brama stajenna rozwarła się na tyle, by wsunęła się do środka ręka w niebieskim uniformie służącego, trzymająca parę spodni.

– Dziękuję, Billingsly. – G włożył spodnie, a Billingsly ułożył resztę ubrania na drewnianym stole, by nie ubrudzić go sianem.

– Pański ojciec chce zamienić z paniczem słowo, gdy tylko się panicz przyodzieje.

– Mój ojciec? – powtórzył G zaniepokojony. – Czyżby już wrócił do zamku?

– Tak, paniczu – odpowiedział Billingsly.

G dopiął guziki kurtki i wsunął wysokie skórzane buty.

– Powiedz, proszę, ojcu, że jestem zajęty. Że mam… plany.

Billingsly oczyścił gardło.

– Obawiam się, paniczu, że ojciec nalega. Będziesz musiał przełożyć swój… Hm… Wie…

– Billingsly! – uciął G, czując ogarniający go rumieniec. – Myślałem, że uzgodniliśmy, że nigdy nie będziemy mówić o… tym… poza… miejscem, gdzie się odbywa.

– Wybacz, paniczu. Ale nie mogłem przypomnieć sobie hasła na tę rzecz właśnie.

G zamknął oczy i westchnął. Billingsly dopiero niedawno odkrył, co tak naprawdę G robi pod osłoną nocy, i dał się przekonać (dobre sobie – „przekupić” trafniej oddaje charakter transakcji służącego z młodym Dudleyem), by nie wspominać o tym rodzicom G. – Łajdactwa, Billingsly. Łajdactwa.

– Tak, paniczu. Otóż łajdactwa będą musiały zaczekać, ponieważ również matka domaga się pańskiego towarzystwa. Jest z pańskim ojcem w bawialni.

Ojciec siedzi z matką w jednej komnacie i posyła po niego? To brzmi dość poważnie. Owszem, ojciec wołał go czasem, gdy chciał omówić jego przyszłość, końską klątwę lub spadek (a raczej brak takowego – był w końcu drugim synem). Ale jego matka uczestniczyła w tych dyskusjach niezmiernie rzadko. Lepiej czuła się w roli osoby pielęgnującej niż doradzająco-wychowującej. Wolała udzielać mu rad dotyczących ubioru, poprawiać zmierzwione włosy (lub grzywę w zależności od pozycji słońca na niebie).

G obrzucił Billingsly’ego wzrokiem.

– Święta idą, czy jak?

– Jest maj, paniczu.

– Czyjeś urodziny?

– Nie, paniczu.

– Ktoś umarł? – Na chwilę pozwolił sobie wierzyć, że oto zmarł jego doskonały starszy brat Stan, zostawiając w nieutulonym żalu swoją doskonałą żonę i nie mniej doskonałego synka, ale zaraz przypomniał sobie, że przecież Stan nigdy się nie myli, a porzucenie rodziny w wyniku przedwczesnej śmierci byłoby w bardzo złym stylu. A ponadto G musiałby w takim wypadku ożenić się z wdową po bracie. Zadrżał na tę myśl.

– Wszyscy żyją i cieszą się dobrym zdrowiem, paniczu – odparł z niezmąconym spokojem Billingsly.

G zacisnął swoje szlachetne wargi i opróżnił płuca z powietrza. Dźwięk bardzo kojarzył się z końskim prychnięciem.

– Czy wypowiedź panicza oznacza, że zgadza się panicz przyjść?

G zamknął oczy.

– Tak.

– Doskonale, paniczu.

G oddałby w tym momencie, co miał najcenniejszego, żeby zawładnąć swoim eðiańskim darem. Wtedy mógłby po prostu zmienić się z powrotem w konia i w trymiga uciec ojcu sprzed nosa (przy czym, oczywiście, minęłoby sporo czasu, nim udałoby mu się opuścić strefę cienia rzucaną przez sam nos).

Zmierzch zmienił się w noc, gdy G dotarł ze stajni do bocznej bramy zamku Dudleyów. Jego umysł galopował na złamanie karku: czego mogli chcieć od niego rodzice?

Odkąd tylko stał się dość duży, by siąść z rodzicami przy stole obiadowym, miał świadomość swojej pośledniej pozycji w rodzinie. Stanowi zawsze serwowano posiłek przed G – zarówno pierwsze, jak i drugie danie oraz desery. Kiedy ojciec przedstawiał ich dwóch komuś ważnemu, zawsze mówił: „To jest Stan, następny książę Northumberland, dziedzic fortuny rodowej Dudleyów”. Następnie następowała pauza, a potem ojciec się mitygował: „Aha, to mój drugi syn, brat Stana”.

W tym miejscu narratorki pozwolą sobie zwrócić uwagę czytelnika na dwa fakty, które mogły się przyczynić do zażenowania, które czuł książę Northumberland przy swoim młodszym synu. Po pierwsze: każdy wiedział, że eðiaństwo jest dziedziczne, a ani książę, ani jego, jak sądził, wierna żona nie posiadali daru. Po drugie: książę miał epicki nos, o którym krążyły legendy, a nos Gifforda miał zupełnie normalne rozmiary i kształt, który mógłby się stać inspiracją dla niejednego sonetu.

Kombinacja tych dwóch rzeczy sprawiała, że książę często spoglądał z ukosa na swą małżonkę, a samego Gifforda traktował jak powietrze.

Dlatego też od swoich dwunastych urodzin Gifford prosił, by skracano jego imię do samego „G”. I tak nikogo nie obchodziło, jak ma naprawdę na imię.

Billingsly prowadził G przez którąś z kolei komnatę, gdzie chłopak złapał wzrokiem swoje odbicie w wiszącym na ścianie zwierciadle i przystanął, by wyłowić z kasztanowych włosów źdźbło siana. Jego matka ustanowiła jasne zasady dobrego wychowania, regulujące zachowanie Gifforda w zamkowych murach, z których najważniejsza brzmiała: wszelkie ślady końskich eskapad należy zostawić w stajni, gdzie ich miejsce.

Matka zawsze traktowała jego przekleństwo tak, jakby największym pragnieniem G było spędzić resztę życia na pastwisku. Jakby klątwa była tylko kolejnym sposobem uprzywilejowanego nastolatka na zrobienie na złość rodzicom. Często zapominała, że on sam nigdy się o tę klątwę nie prosił, że oddałby prawą rękę Billingsly’ego, żeby móc nad nią zapanować.

W tym momencie służący wyciągnął przed siebie prawą rękę, zupełnie jakby czytał G w myślach, i wskazał znajdujące się przed nimi drzwi do bawialni.

– Proszę, paniczu – powiedział, otwierając je drugą ręką.

Wewnątrz przy kapiącym od ozdób biurku siedział ojciec, a za jego plecami matka, Gertruda, z dłonią na ramieniu lorda Dudleya, jakby pozowali do portretu. Jego młodsza siostra Temperance przycupnęła na kanapie, bawiąc się swoimi zabawkowymi rycerzami i damami.

– Giffuś! – wykrzyknęła, gdy wszedł do pomieszczenia. Temperance była jedyną osobą na świecie, której uchodziło na sucho nazywanie go „Giffusiem”.

– Cześć, Loczek – przywitał się G, bo siostrzyczka miała najbardziej kręcone włosy w całej Anglii.

– Witaj, synu – wyrzekł lord Dudley. Skinął na stojącą w rogu kobietę, mamkę Tempie, która natychmiast złapała dziewczynkę za rękę i wyprowadziła ją z komnaty. Tempie pomachała niezgrabnie, starając się nie upuścić lalek i jednocześnie trzymać kobietę za rękę. – Dziękuję, żeś tak szybko do nas dołączył.

G od razu się zorientował, że coś jest nie tak. Ojciec od lat nie obdarzył go dobrym słowem. Ostatni taki przypadek miał miejsce podczas wizyty Rafaela Amadora, emisariusza z Hiszpanii. Lord Dudley podziękował mu wtedy za to, że „trzymał się w cieniu”.

– Ojcze – G skłonił się nieznacznie.

– Mamy dla ciebie dobrą wiadomość – podjął ojciec. Gertruda wyprostowała się nieco na dźwięk jego słów. – Przed tobą szczęśliwa przyszłość.

O nie, pomyślał G. Gadka o przyszłości nieodłącznie wiązała się z…