Moja krótka historia - Stephen Hawking - ebook
Opis

Autor Krótkiej historii czasu w najprywatniejszej książce o sobie.

Wielowątkowa, momentami  wręcz zabawna historia życia jednego z około dwustu tysięcy dzieci, które urodziły się dokładnie w trzysetną rocznicę śmierci najwybitniejszego astronoma – Galileusza.

Za sprawą rodziny nauki ścisłe towarzyszyły Stephenowi Hawkingowi  od najmłodszych lat. Koledzy z klasy, doceniając jego potencjał oraz niezwykłą inteligencję, już za młodu okrzyknęli go Einsteinem. Szkolne sukcesy w matematyce i fizyce w późniejszym okresie zaowocowały prestiżowymi studiami w Oksfordzie i Cambridge oraz działalnością naukową związaną z tematyką kosmologiczną. Krótko po 21. urodzinach znienacka pojawiają się pierwsze omdlenia i upadki. Długotrwałe badania, kolejne diagnozy, w końcu wyrok: rzadka, poważna, być może śmiertelna choroba.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 92

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ste­phen Haw­king

Moja krótka hi­sto­ria

Przełożyła Agniesz­ka So­bo­lew­ska

Tytuł ory­gi­nału My Brief Hi­sto­ry

co­py­ri­ght © 2013 by Ste­phen W. Haw­king

All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Agniesz­ka So­bo­lew­ska, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Wil­lia­ma, Geo­r­ge’a i Rose

1. Dzie­ciństwo

Mój oj­ciec, Frank, po­cho­dził z chłopskiej ro­dzi­ny dzierżawiącej zie­mię w an­giel­skim hrab­stwie York. Jego dzia­dek, a mój pradzia­dek, John Haw­king, był zamożnym far­me­rem, ale kupił za dużo go­spo­darstw i zban­kru­to­wał w wy­ni­ku kry­zy­su w rol­nic­twie na początku XX wie­ku. Jego syn Ro­bert – mój dzia­dek – próbował pomóc swo­je­mu ojcu, ale sam też zo­stał ban­kru­tem. Na szczęście żona Ro­berta miała dom w Bo­ro­ugh­brid­ge i pro­wa­dziła w nim szkołę, co za­pew­niało ro­dzi­nie nie­wiel­kie do­cho­dy. Dzięki temu dziad­kom udało się posłać syna na stu­dia me­dycz­ne na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim.

Oj­ciec zdo­by­wał różne sty­pen­dia i na­gro­dy, więc po ja­kimś cza­sie sam mógł wysyłać ro­dzi­com pie­niądze. Po stu­diach zajął się ba­da­nia­mi w dzie­dzi­nie me­dy­cy­ny tro­pi­kal­nej i w ra­mach prac ba­daw­czych po­je­chał w 1937 roku do Afry­ki Wschod­niej. Kie­dy wy­buchła woj­na, przedarł się lądem, a po­tem rzeką Kon­go na dru­gi ko­niec kon­ty­nen­tu, żeby wrócić stat­kiem do An­glii. Tam zgłosił się na ochot­ni­ka do służby woj­sko­wej. Usłyszał jed­nak, że jest cen­niej­szy dla kra­ju jako na­uko­wiec pro­wadzący ba­da­nia me­dycz­ne.

Mój oj­ciec i ja

Moja mat­ka uro­dziła się w Dun­ferm­li­ne w Szko­cji jako trze­cie z ośmior­ga dzie­ci le­ka­rza ro­dzin­ne­go. Naj­star­sza z ro­dzeństwa była dziew­czyn­ka z ze­społem Do­wna, która miesz­kała od­dziel­nie z opie­kunką aż do swo­jej śmier­ci w wie­ku trzy­na­stu lat. Ro­dzi­na prze­pro­wa­dziła się do De­von, kie­dy moja mat­ka miała lat dwa­naście. Po­dob­nie jak Haw­kin­go­wie, jej ro­dzi­na nie należała do zamożnych. A jed­nak im również udało się posłać dziec­ko – moją matkę – na Uni­wer­sy­tet Oks­fordz­ki. Po stu­diach mat­ka pra­co­wała w różnych za­wo­dach, między in­ny­mi jako in­spek­tor po­dat­ko­wy, ale nie lubiła tego zajęcia. Rzu­ciła tę pracę i zo­stała se­kre­tarką. Właśnie wte­dy, na początku woj­ny, po­znała mo­je­go ojca.

Z matką

Uro­dziłem się 8 stycz­nia 1942 roku, dokład­nie trzy­sta lat po śmier­ci Ga­li­le­usza. Jak sza­cuję, tego dnia przyszło na świat jesz­cze około dwu­stu tysięcy in­nych dzie­ci. Nie wiem, czy któreś z nich za­in­te­re­so­wało się później astro­no­mią.

Uro­dziłem się w Oks­for­dzie, cho­ciaż ro­dzi­ce miesz­ka­li w Lon­dy­nie. Pod­czas woj­ny obo­wiązywała umo­wa, że Niem­cy nie będą bom­bar­do­wać Oks­for­du i Cam­brid­ge, a w za­mian za to Bry­tyj­czy­cy nie będą zrzu­cać bomb na He­idel­berg i Ge­tyngę. Szko­da, że taką cy­wi­li­zo­waną umową nie można było objąć także in­nych miast.

Miesz­ka­liśmy w Hi­gh­ga­te, w północ­nej części Lon­dy­nu. Półtora roku po mnie na świat przyszła moja sio­stra Mary, co po­dob­no wca­le mnie nie ucie­szyło. Przez całe dzie­ciństwo pa­no­wało między nami pew­ne napięcie, pod­sy­ca­ne przez nie­wielką różnicę wie­ku. Znikło jed­nak ono w do­rosłym życiu, kie­dy podążyliśmy własny­mi dro­ga­mi. Mary zo­stała le­karką, ku radości ojca.

Ja, Phi­lip­pa i Mary

Dru­ga z mo­ich sióstr, Phi­lip­pa, uro­dziła się, kie­dy miałem pra­wie pięć lat i le­piej ro­zu­miałem, co się dzie­je. Pamiętam, że nie mogłem się do­cze­kać jej przyjścia na świat, żeby było nas tro­je i żebyśmy mo­gli grać w różne gry. Phi­lip­pa była bar­dzo emo­cjo­nal­nym i spo­strze­gaw­czym dziec­kiem, a ja za­wsze sza­no­wałem jej zda­nie i opi­nie. Mo­je­go bra­ta Edwar­da ro­dzi­ce ad­op­to­wa­li dużo później, kie­dy miałem czter­naście lat, więc właści­wie w ogóle nie dzie­lił ze mną dzie­ciństwa. Bar­dzo się różnił od na­szej trójki, bo zupełnie nie był ty­pem in­te­lek­tu­ali­sty i nie prze­ja­wiał za­in­te­re­so­wań aka­de­mic­kich, co za­pew­ne wyszło nam na do­bre. Był ra­czej trud­nym dziec­kiem, ale nie dało się go nie lubić. Zmarł w 2004 roku z przy­czyn, których nie udało się do końca usta­lić; naj­praw­do­po­dob­niej za­truł się opa­ra­mi kle­ju, którego używał przy re­mon­cie miesz­ka­nia.

Z ro­dzeństwem na plaży

Moje naj­star­sze wspo­mnie­nie do­ty­czy żłobka przy By­ron Ho­use Scho­ol w Hi­gh­ga­te: stoję tam i wrzeszczę, jak­by mnie ob­dzie­ra­li ze skóry. Wokół mnie dzie­ci bawiły się cu­dow­ny­mi, jak uznałem, za­baw­ka­mi i chciałem się do nich przyłączyć. Ale miałem tyl­ko dwa i pół roku, po raz pierw­szy zo­stałem z ludźmi, których nie znałem, i byłem wy­stra­szo­ny. Wy­da­je mi się, że ta re­ak­cja ra­czej za­sko­czyła mo­ich ro­dziców, bo byłem ich pierw­szym dziec­kiem, a oni na­czy­ta­li się w podręczni­kach, że dwu­lat­ki po­win­ny być go­to­we do nawiązy­wa­nia re­la­cji społecz­nych. Jed­nak po tym okrop­nym po­ran­ku za­bra­li mnie ze żłobka i posłali do By­ron Ho­use do­pie­ro półtora roku później.

Wte­dy, pod­czas woj­ny i tuż po niej, w Hi­gh­ga­te miesz­kało wie­lu lu­dzi ze śro­do­wisk na­uko­wych i aka­de­mic­kich. (W in­nym kra­ju na­zy­wa­no by ich in­te­lek­tu­ali­sta­mi, ale An­gli­cy nig­dy się do żad­nych in­te­lek­tu­alistów nie przy­zna­wa­li.) Wszy­scy oni posyłali swo­je dzie­ci do By­ron Ho­use Scho­ol, która była bar­dzo postępowa jak na tam­te cza­sy.

Na­sza uli­ca w Hi­gh­ga­te w Lon­dy­nie

Pamiętam, jak skarżyłem się ro­dzi­com, że ni­cze­go się tam nie uczę. Wy­cho­waw­cy z By­ron Ho­use nie wie­rzy­li w ogólnie wówczas przyjęte me­to­dy wbi­ja­nia uczniom ma­te­riału do głowy za po­mocą żmud­nych powtórzeń. Mie­liśmy się na­uczyć czy­tać, nie zdając so­bie spra­wy z tego, że ktoś nas uczy. W końcu opa­no­wałem tę umiejętność, ale do­pie­ro w dość późnym wie­ku ośmiu lat. Moja sio­stra Phi­lip­pa, uczo­na bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ny­mi me­to­da­mi, po­tra­fiła czy­tać jako czte­ro­lat­ka. No, ale ona była zde­cy­do­wa­nie by­strzej­sza ode mnie.

Lon­dyn w cza­sie bom­bar­do­wań

Miesz­ka­liśmy w wy­so­kim, wąskim wik­to­riańskim domu, który ro­dzi­ce ku­pi­li bar­dzo ta­nio pod­czas woj­ny, kie­dy wszy­scy myśleli, że Lon­dyn zo­sta­nie doszczętnie znisz­czo­ny. Rze­czy­wiście, ra­kie­ta V-2 spadła nie­opo­dal. Mnie, mat­ki i sio­stry nie było wte­dy w po­bliżu – był tyl­ko oj­ciec. Na szczęście nic mu się nie stało, a sam bu­dy­nek za bar­dzo nie ucier­piał. Za to przez wie­le lat po bom­bar­do­wa­niu na na­szej uli­cy znaj­do­wało się wiel­kie gru­zo­wi­sko, na którym bawiłem się z moim ko­legą Ho­war­dem, miesz­kającym trzy domy da­lej. Ho­ward był dla mnie ob­ja­wie­niem, bo jego ro­dzi­ce nie byli in­te­lek­tu­ali­sta­mi jak ro­dzi­ce wszyst­kich in­nych zna­nych mi dzie­ci. Cho­dził do miej­skiej szkoły, nie do By­ron Ho­use, i znał się na piłce nożnej oraz bok­sie, spor­tach, o których moi ro­dzi­ce nie tyl­ko nie mie­li pojęcia, lecz którymi na­wet nie przyszłoby im do głowy się in­te­re­so­wać.

Jed­nym z daw­niej­szych wspo­mnień jest też pierw­sza ko­lej­ka, którą do­stałem. Pod­czas woj­ny nie pro­du­ko­wa­no za­ba­wek, przy­najm­niej nie na ry­nek kra­jo­wy. Mnie jed­nak pa­sjo­no­wały mo­de­le pociągów. Oj­ciec próbował zro­bić mi drew­nia­ny pociąg, ale to mnie nie sa­tys­fak­cjo­no­wało, bo chciałem mieć coś, co by się samo po­ru­szało. Kupił więc z dru­giej ręki me­cha­nicz­ny pociąg, na­pra­wił go lu­tow­nicą i dał mi na Gwiazdkę, kie­dy miałem nie­całe trzy lata. Ta ko­lej­ka nie działała naj­le­piej, ale tuż po woj­nie oj­ciec po­je­chał do Ame­ry­ki, a kie­dy wrócił li­niow­cem „Qu­een Mary”, przy­wiózł wszyst­kim pre­zen­ty. Moja mat­ka do­stała ny­lo­ny, w tam­tym cza­sie nie do ku­pie­nia w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Moja sio­stra Mary do­stała lalkę, która za­my­kała oczy, kie­dy się ją kładło. A ja – ame­ry­kańską ko­lejkę z lo­ko­mo­tywą z od­gar­nia­czem i to­ra­mi w kształcie ósem­ki. Nadal pamiętam swoją eks­cy­tację w chwi­li otwie­ra­nia pudełka.

Ja i moja ko­lej­ka

Me­cha­nicz­ne pociągi, które trze­ba było nakręcać, nie były złe, ale tak na­prawdę ma­rzyłem o ko­lej­ce elek­trycz­nej. Całymi go­dzi­na­mi oglądałem ma­kietę ko­le­jową klu­bu mo­de­lar­skie­go w Cro­uch End nie­da­le­ko Hi­gh­ga­te. Ko­lej­ka elek­trycz­na śniła mi się w nocy. Wresz­cie, kie­dy obo­je ro­dzi­ce gdzieś wy­je­cha­li, sko­rzy­stałem z oka­zji i podjąłem z kon­ta w ban­ku pocz­to­wym całą, bar­dzo skromną sumę, uzbie­raną z pie­niędzy, które da­wa­no mi na spe­cjal­ne oka­zje, ta­kie jak chrzest. Kupiłem za nią ko­lejkę elek­tryczną, ale, ku mo­jej fru­stra­cji, ta też się psuła. Po­wi­nie­nem był ją od­nieść i po­pro­sić, żeby albo sklep, albo pro­du­cent ją wy­mie­ni­li, ale w tam­tych cza­sach pa­no­wało prze­ko­na­nie, że już samo kupie­nie cze­goś jest przy­wi­le­jem, a jeśli za­kup okaże się wa­dli­wy – twój pech. Zapłaciłem więc za na­prawę elek­trycznego sil­nicz­ka lo­ko­mo­ty­wy, ale nie­wie­le to po­mogło.

Później, jako na­sto­la­tek, bu­do­wałem mo­de­le sa­mo­lotów i łodzi. Nig­dy nie miałem szczególnych zdol­ności ma­nu­al­nych, ale zaj­mo­wałem się mo­de­lar­stwem wspólnie ze szkol­nym ko­legą Joh­nem McC­le­na­ha­nem, który był w tym znacz­nie lep­szy i którego oj­ciec miał w domu warsz­tat. Za­wsze chciałem robić działające mo­de­le i nimi ste­ro­wać. Nie ob­cho­dziło mnie, jak wyglądają. Chy­ba ten sam im­puls do­pro­wa­dził mnie do wymyśle­nia mnóstwa nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­nych gier, w czym znacz­ny udział miał inny mój szkol­ny ko­lega, Ro­ger Fer­ney­ho­ugh. Była wśród nich gra prze­mysłowa z ma­kietą fa­bryk, w których pro­du­ko­wa­ne były to­wa­ry w różnych ko­lo­rach, z dro­ga­mi i to­ra­mi ko­le­jo­wy­mi, którymi te to­wa­ry były prze­wożone, oraz giełdą. Była gra wo­jen­na roz­gry­wa­na na plan­szy złożonej z czte­rech tysięcy pól, a na­wet gra feu­dal­na, w której każdy gracz za­wia­dy­wał całą dy­na­stią i miał do dys­po­zy­cji drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne. Myślę, że te gry, po­dob­nie jak pociągi, łodzie i sa­mo­loty, brały się z po­trze­by zro­zu­mie­nia, jak działają różne sys­te­my i jak można je kon­tro­lo­wać. Od początku mo­ich stu­diów dok­to­ranc­kich tę po­trzebę za­spo­ka­jają ba­da­nia ko­smo­lo­gicz­ne. Jeśli ro­zu­mie­my, jak działa Wszechświat, w pew­nym sen­sie go kon­tro­lu­je­my.

2. ST AL­BANS

W 1950 roku la­bo­ra­to­rium, w którym pra­co­wał mój oj­ciec, prze­niosło się z Hamp­ste­ad w po­bliżu Hi­gh­ga­te do nowo wy­bu­do­wa­ne­go Na­tio­nal In­sti­tu­te for Me­di­cal Re­se­arch w Mill Hill, na północ­nym krańcu Lon­dy­nu. Oj­ciec uznał, że za­miast po­ko­ny­wać co­dzien­nie trasę z Hi­gh­ga­te do no­we­go miej­sca pra­cy, sen­sow­niej będzie wy­pro­wa­dzić się z całą ro­dziną ze sto­li­cy i dojeżdżać spo­za mia­sta. Ro­dzi­ce ku­pi­li więc dom w słynącym z pra­sta­rej ka­te­dry St Al­bans, położonym około dzie­sięciu mil na północ od Mill Hill i dwu­dzie­stu mil od cen­trum Lon­dy­nu. Był to duży wik­to­riański bu­dy­nek, nie­po­zba­wio­ny ele­gan­cji i cha­rak­te­ru. Ro­dzi­ce nie byli szczególnie zamożni, kie­dy go ku­po­wa­li, a dom wy­ma­gał grun­tow­ne­go re­mon­tu, za­nim mo­gliśmy się wpro­wa­dzić. Później oj­ciec, jak praw­dzi­wy skąpiec z York­shi­re, skąd prze­cież po­cho­dził, odmówił płace­nia za dal­sze na­pra­wy. Sta­rał się za to jak mógł utrzy­mać naszą sie­dzibę w do­brym sta­nie, ale bu­dy­nek był duży, a oj­ciec nie miał szczególne­go dry­gu do ta­kich spraw. Dom był jed­nak so­lid­nie zbu­do­wa­ny, więc wy­trzy­mał to za­nie­dba­nie. Ro­dzi­ce sprze­da­li go w 1985 roku, kie­dy oj­ciec poważnie cho­ro­wał, na rok przed jego śmier­cią. Wi­działem nie­daw­no ten bu­dy­nek – nie wyglądało na to, żeby prze­pro­wa­dzo­no w nim jakiś re­mont.

Nasz dom w St Al­bans

Dom za­pro­jek­to­wa­no dla ro­dzi­ny ze służbą, więc w po­ko­ju kre­den­so­wym wi­siała ta­bli­ca po­ka­zująca, z którego po­ko­ju dzwo­nio­no. Oczy­wiście nie mie­liśmy służby, ale moja pierw­sza sy­pial­nia była nie­wiel­kim po­miesz­cze­niem w kształcie li­te­ry L, które mu­siało być prze­zna­czo­ne dla po­kojówki. Po­pro­siłem o ten pokój, bo moja ku­zyn­ka Sa­rah, trochę ode mnie star­sza i bar­dzo prze­ze mnie po­dzi­wia­na, stwier­dziła, że będzie­my mo­gli się tu świet­nie bawić. Jed­na z atrak­cji po­le­gała na tym, że można było wyjść przez okno na dach szo­py na ro­we­ry, a stamtąd ze­sko­czyć na zie­mię.

Sa­rah była córką Ja­net, star­szej sio­stry mo­jej mat­ki. Ciot­ka skończyła stu­dia me­dycz­ne i wyszła za psy­cho­ana­li­ty­ka. Miesz­ka­li w dość po­dob­nym do na­sze­go domu w Har­pen­den, wio­sce położonej pięć mil da­lej na północ. To między in­ny­mi z ich po­wo­du prze­pro­wa­dzi­liśmy się do St Al­bans. Bar­dzo się cie­szyłem, że miesz­kam bli­sko Sa­rah, i często jeździłem au­to­bu­sem do Har­pen­den, żeby ją od­wie­dzić.

Samo