Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 476 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moja Jane Eyre - Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows

Może ci się wydawać, że znasz tę historię. Sierota Jane Eyre, bez grosza przy duszy, rozpoczyna nowe życie jako guwernantka w Thornfield Hall. Tam spotyka mrocznego i tajemniczego pana Rochester.

Pomimo dużej różnicy wieku i jego nieznośnego temperamentu, zakochują się w sobie i, o zgrozo, ONA wychodzi za niego za mąż.

Ale czy to na pewno Jane Eyre?

Przygotuj się na przygodę  w której nic nie jest takie, jak się wydaje: pewien dżentelmen ukrywa się bardziej niż trup w szafie. A co jeżeli we wszystko wmieszają się początkująca pisarka Charlotte Brontë i badacz zjawisk nadprzyrodzonych Alexander Blackwood?

Opinie o ebooku Moja Jane Eyre - Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows

Fragment ebooka Moja Jane Eyre - Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows

Dedykujemy tę książkę każdemu, kto zakochał się kiedyś po uszy w nieodpowiedniej osobie. Nie przeczymy przy tym, że pan Darcy świetnie wygląda na papierze… i w mokrej koszuli też.

Kochana Anglio, bardzo przepraszamy za to, co zaraz zrobimy z twoją literaturą.

„Sprawił, że go pokochałam, nawet na mnie nie patrząc”.

Charlotte Brontë, Dziwne losy Jane Eyre,

tłum. Teresa Świderska

„Piszę, bo po prostu nie mogę nie pisać”.

Charlotte Brontë

Prolog

Wydaje ci się, że wiesz, jak było.

Słyszysz to nie po raz pierwszy, co? No to usłyszysz znowu: tylko ci się wydaje, że znasz tę opowieść. Żeby nie było, jest całkiem ciekawa, oto bowiem osierocona młoda kobieta bez grosza przy duszy podejmuje pracę guwernantki w bogatym domostwie, gdzie wpada w oko obrzydliwie bogatemu i surowemu jak plaster boczku możnowładcy, po czym (och i ach!) zakochuje się w nim do szaleństwa. Sporo w tym wszystkim pasji, aż człowieka bierze zachwyt, lecz zanim owa niecodzienna para staje na ślubnym kobiercu – trzymajcie się, bo będzie się działo! – wychodzi na jaw ohydna, okropna, zatrważająca zdrada! No a potem wybucha pożar i głównej bohaterce jest bardzo przykro, włóczy się bez celu, cierpiąc głód i niewygody, gdy tymczasem jej facet przygasza ją jak lampę, każąc jej wątpić we własne zdrowie psychiczne, ale koniec końców wszystko kończy się szczęśliwie, a miłość i sprawiedliwość triumfują. Dziewczyna (panna Eyre) oraz jej umiłowany (pan Rochester) żyją długo i szczęśliwie, no a potem to już chyba (westchnienie i tęskne spojrzenie za okno) wszyscy są szczęśliwi, no nie?

Otóż bynajmniej. My mamy inną historię do opowiedzenia (nie przyzwyczailiście się jeszcze?), a historia, którą zaraz zaprezentujemy, to coś więcej niż tylko inne ujęcie znanej i kochanej przez wszystkich powieści.

Ta wersja, drodzy czytelnicy, jest tą prawdziwą.

Kobieta, o której wam opowiemy (a właściwie dwie kobiety), istniała naprawdę. Mrożąca krew w żyłach zdrada i pożar również miały miejsce. Ale całą resztę znanej wam opowieści możecie wyrzucić do kosza. Wkrótce się przekonacie, że książka, którą właśnie trzymacie w rękach, bardzo się różni od wszystkich klasycznych romansów, które kiedykolwiek czytaliście.

Wszystko zaczęło się bardzo dawno temu. Tak dawno, że aż musimy się cofnąć do roku 1788, gdy Anglią władał król Jerzy III Hanowerski, który widział martwych ludzi. A konkretnie duchy. Czasem nawet ucinał sobie pogawędki z nieżyjącymi od dawna dworzanami oraz niesprawiedliwie dekapitowanymi królowymi, które fruwały po pałacu.

A potem wydarzyła się tragedia. Pewnego szczególnie pechowego dnia król zapomniał z komnaty okularów. Gdy szedł ogrodem, pewien psotny ogrodowy duch zatrząsł gałęzią nad jego głową, wołając donośnym głosem:

– Ty, patrz na mnie! Jestem królem Prus!

Jerzy, który akurat spodziewał się wizyty pruskiego władcy, natychmiast ukłonił się i wykrzyknął:

– Miło mi poznać Waszą Wysokość!

Po czym uścisnął drzewu gałąź.

Od tej chwili nazywano Jerzego „Szalonym Królem”, czego szczerze nie znosił. Z tego powodu przywołał do siebie ludzi, którzy, jak sądził, najlepiej się nadadzą do tego, by przepędzić panoszące się po włościach duchy: kapłanów specjalizujących się w egzorcyzmach, lekarzy oblatanych w wiedzy tajemnej, filozofów, naukowców, jasnowidzów i wszystkich, którzy mieli jakieś pojęcie o zjawiskach paranormalnych.

Tak oto powstało Królewskie Towarzystwo do spraw Relokacji Dusz Zbłąkanych.

W kolejnych latach Towarzystwo, jak skracano dla wygody przydługą nazwę szacownego komitetu, funkcjonowało prężnie i sprawnie jako prominentna i otoczona szacunkiem komórka angielskiej administracji. Jeśli w twoim sąsiedztwie działo się coś dziwnego, to do kogo… pisałeś list? Otóż właśnie do Towarzystwa, a Towarzystwo rychło wysyłało agenta, by uporał się z dręczącym cię upiorem.

Teraz przewiniemy taśmę, pominiemy rządy Jerzego IV i przeskoczymy prosto do chwili, w której na tron Anglii wstępuje król Wilhelm IV. Z Wilhelma był praktyczny facet. Nie wierzył w duchy, a Towarzystwo uważał za zbieraninę szarlatanów, którzy latami nawijali jego łatwowiernym poprzednikom makaron na uszy i nabijali ich w butelkę. Nie wspominając już o tym, że kasowali za to ładny grosz (znaczy się: szyling). Tak więc niemal w tym samym momencie, gdy królewskie siedzenie po raz pierwszy zetknęło się z tronem, Wilhelm wstrzymał finansowanie Towarzystwa z budżetu państwa. To doprowadziło do niesławnego sporu monarchy z sir Arthurem Wellesleyem (znanym też jako książę Wellington i Lord Przewodniczący KTRDZ), który z czasem zaognił się do żywiołowego i zupełnie niedżentelmeńskiego konfliktu. Wskutek tegoż konfliktu Towarzystwo popadło w niełaskę, a wkrótce później w nędzę.

Ten krótki wstęp przywiódł nas do początku naszej opowieści. Północna Anglia, rok 1834, wspomniane wcześniej osierocone dziewczę bez grosza przy duszy. Oraz pewien pałający chęcią zemsty młody mężczyzna.

Ale zacznijmy od dziewczyny.

Otóż miała na imię Jane.

1Charlotte

Nie sposób było zjawić się tego dnia na terenie szkoły w Lowood i nie usłyszeć okropnych, ale niesamowicie ekscytujących wieści: dyrektor Brocklehurst został – och i ach! – zamordowany! Fakty przedstawiały się następująco: zamieszkały dwie mile od Lowood pan Brocklehurst przybył do szkoły z zamiarem przeprowadzenia kolejnej comiesięcznej „inspekcji”. Od razu wziął się do pracy, narzekając, jak ciężko jest prowadzić szkołę dla biednych dziewcząt, i zżymając się, że owe biedne dziewczęta z jakiegoś powodu zawsze są głodne i proszą o dokładki. „Proszę pana, czy mogłabym dostać jeszcze?” Potem usadowił się w fotelu przy kominku w salonie, pochłonął górę ciastek z tacy, którą uprzejmie podsunęła mu panna Temple, a następnie odwalił kitę między dwoma łykami popołudniowej herbatki. Trucizna. Nie w ciastkach, ale w herbacie ewidentnie była trucizna. Lecz nawet jeśli pan Brocklehurst dokonałby żywota, zjadłszy zatrute ciastko upieczone przez uczennicę z Lowood, dziewczyny były zgodne co do tego, że mu się należało. Żadna nie uroniłaby łzy nad jego losem, bo za jego kadencji wiecznie było im chłodno i głodno, a wiele ich koleżanek zmarło na przestrzeni lat na chorobę cmentarną. (Historia zna tę chorobę pod wieloma nazwami: krztusica, suchoty, gruźlica i tak dalej, ale w tym okresie historycznym zwykle nazywano to schorzenie chorobą cmentarną, bo jeśli miałeś nieszczęście na nie zapaść, to właśnie tam lądowałeś – na cmentarzu. Ale zostawmy tę dygresję, wróćmy do pana Brocklehursta. Otóż pan Brocklehurst głęboko wierzył, że jedzenie przez całe życie wyłącznie przypalonej owsianki jest zbawienne dla duszy ludzkiej. (Miał oczywiście na myśli dusze ludzi biednych, bo jego własna, jak odkrył, czuła się świetnie, gdy ciało, które zamieszkiwała, spożywało pieczoną wołowinę i śliwkowy pudding. I ciastka). Od przedwczesnej śmierci pana Brocklehursta warunki w szkole już zdążyły się poprawić. Dziewczęta były zgodne: ktokolwiek zabił dyrektora, wyświadczył im wielką przysługę.

Tylko kto właściwie go zabił?

Na ten temat uczennice Lowood mogły jedynie spekulować. Bo jak dotąd ani lokalne władze ani Scotland Yard nie ujęły zbrodniarza.

– To na pewno panna Temple – usłyszała Charlotte, przechadzając się ścieżką wiodącą przez szkolny ogród. Głos należał do Katelyn. – Przecież to ona podała mu herbatę, nie?

– Głupiaś! To na pewno panna Scatcherd – zaoponowała jej koleżanka Victoria. – Słyszałam, że miała kiedyś męża, który też zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach.

– To tylko plotka – skwitowała Katelyn. – Kto by chciał żonę z taką twarzą? Mogę się założyć, że to panna Temple.

Victoria pokręciła głową.

– Ale panna Temple muchy by nie skrzywdziła. Jest taka kochana i spokojna.

– O, naiwności! – prychnęła Katelyn. – Każdy przecież wie, że to na te ciche trzeba uważać.

Charlotte uśmiechnęła się pod nosem. Zbierała plotki, tak jak niektóre dziewczynki lubiły zbierać lalki, i te co bardziej soczyste zapisywała w małym notesie, z którym nigdy się nie rozstawała. (Lowood było podupadłą prowincjonalną szkółką, ale akurat plotek tu nie brakowało). Jeśli jakaś pogłoska okazywała się szczególnie ciekawa, Charlotte wymyślała na jej podstawie jakąś historię, którą opowiadała siostrze na dobranoc. Ale śmierć pana Brocklehursta to było coś więcej niż tylko plotka rozdmuchana przez gromadkę nastoletnich dziewcząt. To była prawdziwa, najprawdziwsza tajemnica. Zagadka, która domagała się rozwiązania.

A nie ma na świecie ciekawszych historii niż te tajemnicze i zagadkowe.

Gdy opuściła otoczone murami ogrody Lowood, wyłowiła notes z kieszeni i ruszyła żwawo w kierunku lasu okalającego gmach szkoły. Jednoczesne chodzenie i pisanie nastręczało pewnych trudności, ale opanowała tę trudną sztukę już dawno temu. Tak trywialna rzecz jak przemieszczenie się z punktu A do punktu B nie mogło przeszkodzić jej w pisaniu, a poza tym znała drogę na pamięć.

„To na te ciche trzeba uważać”. Dobry tekst. Potem wykuje z niego jakąś historyjkę.

Podejrzenie w oczywisty sposób padało na pannę Temple i pannę Scatcherd, ale Charlotte była przekonana, że mordercą jest ktoś inny. Konkretnie: inna nauczycielka. Ta, która jeszcze niedawno sama była uczennicą w Lowood. Najlepsza przyjaciółka Charlotte.

Jane Eyre.

Dziewczynka zeszła skarpą do niewielkiej kotliny i odnalazła wzrokiem Jane stojącą przy strumieniu. Malowała, jak zwykle.

I gadała do siebie, też jak zwykle.

– To nie tak, że ja nie lubię Lowood. Po prostu spędziwszy tu większość życia, chciałabym zobaczyć trochę świata – zwierzała się powietrzu, nanosząc farbę na płótno szybkimi, krótkimi pociągnięciami pędzla. – To szkoła. To nie jest prawdziwe życie, prawda? Nie wspominając już o tym, że nie ma tu… chłopców.

Jane była bardzo osobliwą dziewczyną. To dlatego Charlotte tak dobrze się z nią dogadywała.

– To prawda – westchnęła malarka, nabierając farby z palety – że od śmierci pana Brocklehursta jest tu o wiele lepiej…

Dreszcz przebiegł Charlotte po kręgosłupie. Choć (jak już wspomniałyśmy) każda dziewczyna z Lowood wypowiadała się o nagłym zgonie dyrektora w podobnym tonie, to w głosie Jane dało się wyłapać nutę szczególnej satysfakcji, która czyniła z jej słów niemalże wyznanie. Jakby zrzucała z barków wielki ciężar.

Nie było tajemnicą, że nie cierpiała Brocklehursta. Zaledwie parę dni po pojawieniu się Jane w szkole dyrektor kazał jej stanąć na taborecie przed całą klasą i publicznie nazwał ją kłamczuchą. „A trzeba wam wiedzieć, że już lepiej być poganką niż kłamczuchą!”, powiedział, po czym rozkazał pozostałym uczennicom wystrzegać się jej towarzystwa. (Z pana Brocklehursta naprawdę był kawał drania). Charlotte pamiętała jeszcze jeden podobny incydent. Gdy dyrektor odmówił wydania dziewczętom dodatkowych koców po tym, jak wszystkie obudziły się z odmrozinami (sprawdziłyśmy w słowniku i wychodzi na to, że odmroziny to czerwona, swędząca, bolesna opuchlizna palców rąk i nóg, której przyczyną jest nadmierne zimno… Rzeczywiście kawał drania, co?), słyszała wyraźnie, jak Jane wybąkała pod nosem: „Z nim trzeba coś zrobić”.

I ktoś coś zrobił. Przypadek? Nie sądzę.

Jane oderwała wzrok od płótna i uśmiechnęła się do przyjaciółki.

– Cześć, Charlotte! Piękny dzień, co?

– Piękny. – Charlotte odwzajemniła uśmiech.

Tak, to prawda, podejrzewała, że to Jane ukróciła ziemską egzystencję pana Brocklehursta, ale wciąż była jej najlepszą przyjaciółką. Więcej, były przyjaciółkami od serca, towarzyszkami na dobre i na złe, bratnimi duszami. Obydwie biedne jak myszy kościelne: Jane jako sierota bez grosza przy duszy, a Charlotte – córka pastora; obydwie niezbyt ładne, chude jak szczapy (i to w czasach, gdy obowiązujące standardy piękna zmuszały kobiety do pielęgnowania krągłości), chorobliwie blade, brązowowłose i brązowookie jak większość dziewczyn. Obydwie do bólu zwyczajne. Wręcz nijakie. Prawie przezroczyste. Wzrok prześlizgiwał się po nich, a mózg w ogóle nie zapamiętywał. W dużej mierze przez to, że były również niskie – to znaczy, jak wolała mówić o nich Charlotte, filigranowe.

A jednak było w nich piękno, które z łatwością dostrzegłby ten, komu chciałoby się szukać. Jane dała się poznać Charlotte jako troskliwa, życzliwa i na wskroś dobra osoba. Nawet jak mordowała, to dla dobra ogółu.

– Co mordu… malujesz dzisiaj? – Charlotte stanęła za sztalugą i podniosła do oczu lornion, czyli okulary na długim uchwycie, by lepiej przyjrzeć się niedokończonemu obrazowi. Było to doskonałe odzwierciedlenie rozciągającego się przed nimi widoku: doliny skąpanej w słońcu, szumiących koron zielonych drzew i traw przyginanych do ziemi podmuchami wiatru – tylko że na pierwszym planie, zaraz za błękitną nitką strumienia, stała złotowłosa dziewczyna w białej sukience. Postać, która pojawiała się na wielu obrazach Jane.

– Całkiem niezły – oceniła Charlotte. – Udało ci się nadać jej twarzy inteligentny wyraz.

– Cóż, ona tak właśnie myśli. Że jest inteligentna. – Jane skrzywiła usta w uśmieszku.

Charlotte łypnęła na nią znad okularów.

– Nie powiedziałaś mi czasem niedawno, że to wymyślona postać?

– Bo jest wymyślona, oczywiście – zapewniła ją pospiesznie Jane. – Wiesz, jak to jest. Malarz z czasem zaczyna myśleć o wymyślonych przez siebie postaciach jak o żywych ludziach.

Charlotte pokiwała głową i zrobiła mądrą minę.

– Człowiek obdarzony darem kreatywności nie zawsze nad nim panuje. Z czasem okazuje się, że niektóre z jego pomysłów żyją własnym życiem i podejmują niezależne decyzje.

Jane nie odpowiedziała. Charlotte przeniosła wzrok z obrazu na nią. Przyjaciółka zawiesiła wzrok w przestrzeni. Często jej się to zdarzało.

– Ptaszki ćwierkają, że chcesz zostać guwernantką – podjęła dyskretnie Charlotte. – Ale chyba nie nosisz się z zamiarem opuszczenia Lowood?

(To była właściwie jedyna ścieżka kariery dostępna dla dziewcząt ze szkół takich jak Lowood. Absolwentka mogła zostać nauczycielką w prowincjonalnej szkółce – tak jak Jane – lub guwernantką u jakiejś mniej lub bardziej bogatej rodziny – był to podówczas najwyższy szczebel kariery, który mogła zdobyć wykształcona kobieta).

– Nie, nie, nic podobnego. – Jane spuściła wzrok. – Po prostu… wyobrażałam sobie, jak by to było wieść inne życie.

– Ja cały czas wyobrażam sobie, że wyjeżdżam z Lowood – zwierzyła się Charlotte. – Gdyby nadarzyła się okazja, wyjechałabym choćby jutro.

Jane potrząsnęła głową.

– Ale ja wcale nie chcę opuszczać Lowood. To dlatego podjęłam tu pracę zaraz po ukończeniu szkoły. Nie mogę stąd wyjechać.

– A to niby czemu?

– To miejsce jest moim domem, no i… mam tu przyjaciółki.

Na te słowa ciepło rozlało się Charlotte po sercu. Nie przypuszczała, że Jane tkwi w Lowood dlatego, że nie zniosłaby rozłąki z serdeczną przyjaciółką. Z tego co wiedziała, Jane nie miała przyjaciółek poza nią, bowiem dyrektor skutecznie odgrodził ją murem od pozostałych kobiet. (Opinia Brocklehursta o Jane interesowała Charlotte tyle co zeszłoroczny śnieg). Przyjaźń rzeczywiście była najcenniejszą rzeczą na świecie, zwłaszcza dla dziewczyny takiej jak Jane, która nie miała żadnej rodziny i była na tym świecie sama jak palec. (Z kolei Charlotte była środkowym dzieckiem i miała piątkę rodzeństwa – co było zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem).

– A ja uważam, że jeśli będziesz miała taką możliwość, powinnaś stąd wyjechać – powiedziała wspaniałomyślnie Charlotte. – Tęskniłabym za tobą, ma się rozumieć, ale jesteś w końcu malarką. Kto wie, jakie piękno czeka na ciebie poza szarymi murami tej szkoły. Pomyśl o tych wszystkich zapierających dech w piersi krajobrazach, które tylko czekają, byś przelała je na płótno. O ciekawych i życzliwych ludziach, których mogłabyś poznać. – Jej wargi skrzywił cwany uśmieszek. – O chłopcach nie wspominając…

Jane oblała się rumieńcem.

– Chłopcach? – mruknęła po nosem. – No tak…

Obie dziewczyny zamilkły, wyobrażając sobie wszystkich chłopców tego świata, a potem wydały z siebie przeciągłe westchnienie zaprawione tęsknotą.

To zaaferowanie chłopcami może wam się wydać nieco dziecinne, ale pamiętajcie, że mówimy o Anglii w roku 1834 (to jest przed Charlesem Dickensem i po Jane Austen), kiedy to od dziecka wtłaczano kobietom do głowy, że najlepsze, co może je spotkać, to małżeństwo. Najlepiej z jakimś bajecznie bogatym mężczyzną. Ówczesne dziewczęta mogły mówić o wielkim szczęściu, jeśli udało im się poderwać kogoś przystojnego, obdarzonego jakimś ciekawym talentem lub przynajmniej będącego właścicielem fajnego psa. Ale wszystkim, co tak naprawdę miało znaczenie, było skłonienie jakiegoś przedstawiciela płci brzydszej, by wsunął ci pierścionek na palec. Nieważne kogo, byle był mężczyzną. Charlotte i Jane miały niewielkie pole manewru w tym względzie (jak już wspomniałyśmy, były biedne, nijakie i na domiar złego chude i niskie), ale chyba wciąż wolno im było marzyć o przystojnym nieznajomym, który zwali je z nóg, nie przejmując się biedą i niezapadającą w pamięć urodą i dostrzeże w nich coś, za co pokocha je całym sercem?

Pierwsza przerwała ciszę Jane. Wróciła wzrokiem do swojego obrazu.

– No to… jakąż ciekawą historię piszesz?

Charlotte otrząsnęła się i swoim zwyczajem przycupnęła na zwalonym pniu drzewa.

– Teraz piszę… kryminał.

Jane zmarszczyła brwi.

– A nie miałaś pisać czegoś o szkole?

Prawda, miała. Przed całym tym zamieszaniem z panem Brocklehurstem Charlotte zaczęła pisać (werbel tremolo, poproszę!) Coś-Co-Będzie-Jej-Pierwszą-Wielką-Powieścią. Charlotte mówiono, że najlepiej pisać o czymś, co człowiek zna… a w tym momencie Lowood było wszystkim, o czym miała jakieś pojęcie, tak więc siłą rzeczy jej pierwsza powieść musiała opowiadać o szkolnym życiu ubogich dziewcząt. Gdybyście przewertowali jej notes, znaleźlibyście mnóstwo informacji o szkolnych budynkach, o dziedzińcach i ich historii, moglibyście przeczytać szczegółowe charakterystyki nauczycieli, dowiedzieć się o ich manieryzmach i powiedzonkach, jak również zmaganiach dziewcząt z chłodem, chorobą cmentarną, a przede wszystkim z tą obrzydliwą owsianką.

Spójrzmy chociażby na poniższy ustęp ze strony dwudziestej siódmej:

„Zgłodniała już i w tej chwili bardzo osłabiona, pochłonęłam łyżkę czy dwie swej porcji, nie zastanawiając się nad smakiem; po zaspokojeniu jednak pierwszego głodu spostrzegłam, że dostałam jakąś wstrętną potrawę; przypalona kasza owsiana nie lepsza jest prawie od zgniłych kartofli, nawet głód się przed nią cofa. Łyżki poruszały się powoli: widziałam, że każda dziewczynka próbuje pożywienia i stara się je przełknąć, ale większość dawała za wygraną. Skończyło się śniadanie, a nikt nic nie jadł”*.

Wszystko to całkiem nieźle się czytało, myślała Charlotte, zwłaszcza ten kawałek o owsiance. Ale to przecież miała być POWIEŚĆ. A powieść musi zawierać coś więcej niż tylko obserwacje. Potrzebna jej jakaś historia. Intryga. Fabuła.

Mimo to była całkiem pewna, że obrała właściwy kurs. Najważniejsza w jej powieści była bohaterka, osobliwa dziewczyna imieniem Jane… Frere. Nieładna, uboga sierota, która walczy o przetrwanie w nieprzyjaznej, surowej szkole. Jej bohaterka była mądra i zaradna. I szczerze mówiąc, nieco dziwna, ale za to budziła sympatię. Dawała się lubić. Charlotte zawsze czuła, że Jane świetnie nada się na główną bohaterkę powieści (choć zataiła przed nią fakt, że czyni jej zaszczyt, uwieczniając ją na kartach swojej własnej. Chyba czekała z tą rewelacją na właściwy moment). Tak więc miała ciekawą bohaterkę i interesujące miejsce akcji, ale sama historia jakoś… nie budziła emocji.

To znaczy, nie budziła do śmierci pana Brocklehursta, która tchnęła w dzieło nowe życie. Jego przedwczesny zgon był najlepszym, co się Charlotte przytrafiło.

– Dziewczyny podejrzewają pannę Scatcherd. Co o tym myślisz? – Znowu podniosła okulary do oczu, by dojrzeć reakcję Jane, ale twarz przyjaciółki ani drgnęła.

– To nie panna Scatcherd – odparła beznamiętnym tonem.

– Doprawdy? – indagowała Charlotte. – A można wiedzieć, skąd ta pewność?

– A może porozmawiamy o czymś innym? – Jane odchrząknęła. – Męczy mnie gadanie o Brocklehurście.

Czy to nie podejrzane, że Jane tak nagle chce zmienić temat? – rzuciło się Charlotte na myśl, ale postanowiła nie drążyć tematu.

– Jak chcesz… Ach, zapomniałabym! Przynoszę dobre wieści. Podobno jedzie do nas ktoś z Towarzystwa.

– Z Towarzystwa? – spytała Jane, marszcząc brwi.

– Tak, no wiesz, z Towarzystwa do spraw Relokacji Dusz Zbłąkanych. Kiedyś było tam gdzieś „Królewskie” w nazwie, ale ktoś pokłócił się z królem i już nie ma. Nawiasem mówiąc, to pewnie strasznie ciekawa historia…

Jane wciąż wpatrywała się pytająco w przyjaciółkę.

– No tak, słyszałam o nich, ale nigdy…

– Wierzysz w duchy? – trajkotała niezrażona Charlotte. – Bo ja wierzę. Kiedyś nawet jednego widziałam. Na cmentarzu w Haworth kilka lat temu. A przynajmniej tak mi się wydaje.

– Chciałabym wiedzieć jedno: co oni z nimi robią? – powiedziała Jane grobowym tonem.

– Co masz na myśli?

– Towarzystwo. Co robią ze złapanymi duchami?

Charlotte przekrzywiła głowę i zamyśliła się.

– A wiesz, że nie wiem? Słyszałam tylko, że jeśli ktoś ma problem z duchami, powinien zawołać Towarzystwo. I że jego członkowie noszą niesamowite czarne maski. I że jak zwietrzą gdzieś ducha, to pojawiają się znikąd i… – Machnęła ręką. – Puf! Ducha nie ma. I problemu też nie ma.

– Puf, powiadasz? – powtórzyła cicho Jane.

– Puf! – Charlotte klasnęła w ręce. – Czy to nie ekscytujące, że ktoś taki do nas jedzie?

– Jadą tu do nas. – Jane przyłożyła dłoń do czoła, jakby nagle zrobiło jej się słabo. Co nie zdziwiło Charlotte, bo w tamtych czasach kobiety mdlały cały czas. Przez gorsety.

– No, właściwie to nie do samego Lowood – skorygowała Charlotte. – Podobno zostali wynajęci, by odprawić jakiś egzorcyzm w nocy z wtorku na środę w Tully Pub w Oxenhope… No wiesz, tam, gdzie pojawia się czasem Wrzeszcząca Dama. Tak mi powiedziała rano panna Smith. Ale kto wie, może zahaczą też o Lowood. Pomyśl tylko, ile dziewczyn zmarło na chorobę cmentarną. – Do pechowych nieboszczek należały również jej starsze siostry: Maria i Elizabeth. Charlotte odkaszlnęła w pięść. – W szkole pewnie roi się od duchów.

Jane zaczęła przechadzać się niespokojnie.

– Powinnyśmy poprosić, by odwiedzili Lowood – zdecydowała Charlotte. A potem wpadła na naprawdę świetny pomysł. – Mam! Poprośmy ich, by rozwikłali zagadkę morderstwa pana Brocklehursta! – Zrobiła pauzę i spojrzała na towarzyszkę przez lornion. – Chyba że jest jakiś powód, dla którego nie życzysz sobie, by ktoś węszył przy tej sprawie?

Jane przyłożyła dłoń do piersi, jakby miała trudności z oddychaniem.

– A niby jak mieliby rozwikłać tę zagadkę?

– Wieść niesie, że umieją rozmawiać ze zmarłymi. Mogliby po prostu spytać ducha Brocklehursta.

– Ja… muszę lecieć. – Jane zebrała przybory w takim pośpiechu, że upaprała sukienkę farbą. Niemal sfrunęła ze wzgórza, po czym pomknęła w kierunku szkoły. Charlotte odprowadziła ją wzrokiem. Wyjęła notes.

„To na te ciche należy uważać” – przeczytała.

Jane Eyre miała zarówno motyw, jak i wyśmienitą okazję, by zabić dyrektora, ale czy naprawdę by się na to poważyła? Czy była zdolna do morderstwa z zimną krwią? Nawet dla dobra szkoły? A jeśli nie, to dlaczego tak ją poruszyły wieści o Towarzystwie? Jaką tajemnicę skrywa Jane, jeśli nie morderstwo?

Zagadka.

Zagadka, którą Charlotte Brontë ma zamiar rozwiązać.

2Jane

Jane stała po drugiej stronie ulicy, wwiercając się wzrokiem we frontowe drzwi Tully Pub. Dochodzący z lokalu zapach pieczonej wieprzowiny i jaj sadzonych sprawił, że ślina napłynęła jej do ust. Śniadanie złożone z łyżki owsianki i pół szklanki wody to zdecydowanie zbyt mało dla osiemnastoletniej dziewczyny. (Nawet jeśli ta jedna łyżka smakuje o niebo lepiej teraz, gdy Brocklehurst wącha kwiatki od spodu – pomyślała. Marne to pocieszenie, ale zawsze).

Drogą nadszedł mężczyzna. Jane sprawdziła, czy czasem nie ma maski na twarzy, ale nie – był to zwykły człek o zwykłej twarzy i w zwykłym ubraniu. Łypnął na nią, lecz jej nie zauważył, a potem pchnął drzwi do pubu – Jane dostrzegła wewnątrz rozpalony kominek i tłum roześmianych, rumianych bywalców, usłyszała muzykę i śpiew – wszedł do środka i zatrzasnął je za sobą.

Westchnęła. Zanim tu przyszła, spodziewała się, że na drzwiach zobaczy wielki napis: „Nie wchodzić! Trwa egzorcyzm Wrzeszczącej Damy oraz okresowe prace konserwujące”. Ta cała „relokacja”, czy jak się to nazywało, to przecież musiała być skomplikowana operacja, z pewnością zbyt niebezpieczna, by egzorcystom pałętali się pod nogami ubzdryngoleni faceci z pijacką pieśnią na ustach. Jednak stała tu już prawie pół godziny, a mężczyźni wchodzili i wychodzili z pubu, jakby to była pierwsza lepsza noc. Oberża to nie miejsce dla dziewczyny takiej jak Jane, lecz przecież musiała się dowiedzieć, czy ten przybytek nawiedza prawdziwy duch. A także co Towarzystwo zrobi z rzeczonym duchem.

Bo widzicie, Jane od dziecka wierzyła w duchy. Gdy była małą dziewczynką i jeszcze mieszkała ze swoją okropną ciotką Reed oraz nie mniej okropnymi kuzynami, jednej nocy ciotka zmusiła ją, by spała w „czerwonym pokoju”. (Wyłożonym czerwoną tapetą, z zawieszonymi w oknach czerwonymi zasłonami i wyścielonym czerwonym dywanem). Jane przez całą noc nie zmrużyła oka i była przekonana, że to miejsce nawiedza jakiś zły duch. Błagała ciotkę, zanosząc się płaczem, by ją wypuściła, aż zdarła sobie gardło i wreszcie zemdlała. Wtedy, choć nie miała o tym pojęcia, jej serce przestało bić.

Dosłownie umarła ze strachu, nawet jeśli tylko na chwilę. Gdy otworzyła oczy, jej zmarły wuj klęczał nad nią, uśmiechając się do niej życzliwie.

– O, obudziłaś się – powiedział. – Ale się martwiłem.

– Wujku? Jak… jak się miewasz? – Nie miała pojęcia, co innego miałaby powiedzieć. Wiedziała, że popełnia gafę, pytając o stan jego zdrowia, skoro wuj nie żył od ładnych kilku lat.

– Bywało lepiej – odparł duch. – Mam prośbę: czy wyświadczysz mi szybką przysługę?

Gdy rano pozwolono jej w końcu opuścić czerwony pokój, pomaszerowała prosto do ciotki i poinformowała ją, że wuj jest z niej, delikatnie mówiąc, niezadowolony. Oto bowiem, gdy leżał na łożu śmierci, ciotka przyrzekła mu, że otoczy Jane opieką, „jakby była jej rodzoną córką”. Wychodzi na to, perorowała Jane, że ciotka rodzoną córkę traktowałaby jak nędznego sługę i głodziłaby ją dla przyjemności, ponieważ, tak właśnie, Jane przymierała głodem i ogólnie spotykały ją w domu ciotki same nieprzyjemności. To z kolei rozwścieczyło martwego wuja, który domagał się teraz, by żona zadośćuczyniła ciemiężonej Jane.

– Chce, byś pamiętała o swoim przyrzeczeniu – oświadczyła zdumionej ciotce. – Chce, byś po prostu spróbowała być nieco milsza.

W odpowiedzi ciotka nazwała Jane „kłamczuchą” i „diabelskim nasieniem”, po czym raz-dwa odesłała ją do Lowood, gdzie pan Brocklehurst dorzucił do listy obelg „nieposłuszną pogankę, która spłonie w piekle”. Ale Jane wiedziała, co widziała, i nic nie zdołałoby sprawić, by w to zwątpiła. Serce podpowiadało jej, że naprawdę rozmawiała ze swoim martwym wujem, ponieważ był to jedyny moment w jej dość smutnym życiu, gdy czuła, że ma prawdziwą rodzinę.

Później nie mówiła o swoim wujku już nikomu. Nie pisnęła o nim ani słóweczka. Bo z jej doświadczenia wynikało, że kto miele ozorem, tego spotyka kara.

Stała i gapiła się na karczmę, a jej kiszki grały marsza.

– Ty też jesteś głodna?

Cichy głos sprawił, że nieomal podskoczyła. Obróciła się i zobaczyła stojącą obok obszarpaną dziewczynkę. Małą uliczną łobuziarę.

– Bo ja jestem – poinformowała dziewczynka. – Ja ciągle jestem głodna.

Jane rozejrzała się dookoła. Nie licząc jej i tej małej, ulica była pusta.

– Wybacz, nie mam przy sobie nic do zjedzenia – odszepnęła Jane.

Ku jej zdziwieniu dziewczynka uśmiechnęła się do niej.

– Jak urosnę, chcę być taka ładna jak ty.

Jane pokręciła głową w reakcji na ten niestosowny i całkiem chybiony komplement, po czym na powrót wbiła wzrok w drzwi.

– Pójdziesz tam? – spytało umorusane dziecko. – Tam straszy.

Tak. Tam mieszkał duch, a ponieważ na zewnątrz nic się nie działo, Jane musiała wejść do środka.

– Zostań tutaj – poleciła dziewczynce, a potem przeszła na drugą stronę ulicy. Wzięła głęboki wdech, pchnęła drzwi i niesiona nagłym przypływem śmiałości przekroczyła próg.

Zrobiła to. Weszła do środka.

Pub był nabity ludźmi. Woń alkoholu mieszała się z fetorem spoconych ciał i ta mieszanka zapachowa poraziła jej zmysły. Przez chwilę Jane stała jak sparaliżowana, niepewna, co ma właściwie robić. Nie widziała w izbie żadnego ducha. Czyżby Charlotte się myliła?

Mogłaby po prostu zapytać bywalców. Oczywiście to by znaczyło, że musi porozmawiać z jakimś mężczyzną. Jane miała głowę wypchaną tęsknymi myślami o chłopcach, ale bywalcami pubu byli dorośli mężczyźni. Kudłaci, śmierdzący i zwaliści. Myśl o nawiązaniu rozmowy z którymś z pijanych drabów w cuchnącej piwem karczmie wydawała jej się kompletnie nie z tej ziemi.

To nie było miejsce dla niej. Spuściła głowę, ścisnęła lekko nos, by zatamować dopływ karczemnego smrodu, po czym zaczęła się przeciskać przez tłum w drodze do kontuaru. (A przynajmniej ona myślała, że się przeciska – ktoś inny mógłby powiedzieć, że przemknęła zwinnie, lawirując między krążącymi po izbie opojami). Karczmarz złowił ją wzrokiem i podniósł głowę znad polerowanego kufla.

– W czym pomóc, panienko? – spytał. – Zabłądziłaś?

– Nie – zaprzeczyła chrapliwie. – Nie, nie wydaje mi się. Czy to jest ów… przybytek… gdzie…

– Gdzie co? – ponaglił karczmarz. – Głośniej, panienko, nie słyszę cię.

Nagle gorset zaczął ją strasznie gnieść. (Bo i gniótł. Po to jest gorset).

– Paniusia se golnie. Na koszt firmy. – Karczmarz nalał jej brandy i podsunął szklaneczkę.

Przez moment na twarzy Jane malował się wyraz skrajnego oburzenia, ale po chwili podniosła naczynie i upiła łyczek. Płynny ogień spalił jej przełyk. Zachłysnęła się powietrzem i odstawiła szklankę.

– Czy to tutaj…? – Jej usta już złożyły się do słowa „duch”, gdy nagle pomieszczenie wypełnił nieludzki wrzask. Jane podniosła wzrok i zobaczyła wiszącą nad barem kobietę w białej koszuli nocnej. Jej głowę otaczała aureola kruczoczarnych włosów, jakby unosiły się na niespiesznie płynącej wodzie. Jej skóra była niemal całkowicie przezroczysta, ale oczy żarzyły się jak węgle.

Była chyba najpiękniejszym duchem, jakiego Jane kiedykolwiek widziała.

– No, wykrztuś to z siebie, dziewczyno – popędził ją karczmarz, wwiercając się wzrokiem w Jane. – Robotę mam.

On najwyraźniej nie widział ducha.

– Nieważne. – Jane dopiła brandy i cofnęła się od kontuaru, by lepiej się przyjrzeć zrozpaczonej zjawie.

– Dokąd go zabrali? – zawodziła jęczydusza. – Dokąd zabrali mojego męża? – W Jane wezbrało współczucie. – Gdzież, ach, gdzież on jest?

Jakie to straszne – przyszło Jane na myśl. – Jakie to straszne, cierpieć katusze samotności, bo jakiś okrutnik brutalnie wyrwał cię z ramion ukochanego. To jakby stracić część własnej duszy. To straszne… ale i strasznie romantyczne.

– Wiem, że gdzieś tu jest! – krzyczał duch. – Wiem, że gdzieś tu się ukrywa! Już ja mu wygarnę, jak go znajdę. Ten nieużyty ochlejmorda chyba urodził się na bani!

Aha. Ojej.

Duch uniósł blade ramiona i machnął prawą ręką w kierunku szklaneczki Jane. Naczynie uniosło się w powietrze, przemknęło obok jej lewego ucha i roztrzaskało się o ceglaną ścianę.

– Niech mnie kule…! – wykrzyknął oberżysta, który fruwającą szklankę już najwidoczniej zobaczył. – Wróciła Wrzeszcząca Dama! – Spojrzał na wiszący na ścianie zegar. – Punktualnie jak zawsze.

– Szkoda strzępić ryja na tego obszczymura! – ryknęła zjawa. – Pijaczyna! – Zakręciła się wkoło, wzbudzając powiew lodowatego wiatru i zrzucając zegar ze ściany. – Menel i degenerat!

– No i gdzie to Towarzystwo? – jęknął karczmarz, wyglądając trwożliwie zza lady. – Powinni już tu być.

– Wiem, że kryjesz tego zatraconego birbanta, tego rynsztokowego utracjusza, taka jego mać! – Wrzeszcząca Dama porwała z kontuaru butelczynę brandy i cisnęła ją łukiem prosto w jego nalaną twarz. Pocisk trafił prościutko między oczy i mężczyzna złożył się bez słowa jak dobrze naoliwiony scyzoryk.

Coś podobnego! – pomyślała Jane, padając na ziemię w obawie, że teraz upiór weźmie na cel ją. Poczołgała się i przeturlała, aż skryła się bezpiecznie za barem, gdzie mogła wykorzystać oberżystę w charakterze ludzkiej tarczy. (Ach, ta Jane. Zawsze myśli o innych). Sukienka kleiła jej się do przesiąkniętej alkoholem podłogi, co było w równej mierze obrzydliwe co nieuniknione.

Jane wychynęła nieśmiało zza obezwładnionego karczmarza, by podziwiać rozgrywającą się w pubie scenę. Wrzeszcząca kobieta nieustannie domagała się spotkania ze swoim zdegenerowanym mężem, miotając, czym popadło w kogo popadło. Bywalcy klęli w żywy kamień i wpadali na siebie w pośpiechu, byle dalej od rozsierdzonego ducha, choć żaden nie kwapił się do opuszczenia lokalu. Pewnie byli przyzwyczajeni do scysji z udziałem umarłej kobiety.

Ale bałagan – pomyślała Jane ponuro, gdy Wrzeszcząca Dama rzuciła o podłogę wielkim słojem z jajkami w occie. Z każdą chwilą coraz mniej współczuła kobiecie. Skonkludowała, że takie zachowanie nie przystoi damie, nawet jeśli leży sześć stóp pod ziemią i zaniedbuje ją mąż. – No więc gdzie się podziewa to – wybaczcie, że tak przeklinam – cholerne Towarzystwo?

Dokładnie w tym momencie, zupełnie jakby przywołała go myślami, na stół pośrodku izby wskoczył mężczyzna w czarnej masce. A następnie wyjął z kieszeni jakiś mały przedmiot i trzasnął nim o ścianę.

Ów przedmiot wybuchł z hukiem, na moment zalewając pomieszczenie rażącym blaskiem.

Tłum umilkł. A potem wszystkie twarze zwróciły się w stronę zamaskowanego przybysza.

Jane zorientowała się, że sama też się na niego gapi. Oddech uwiązł jej w gardle – choć to też mogła być wina gorsetu. Wyjrzała śmielej zza karczmarza, by lepiej przyjrzeć się agentowi.

Był to młody mężczyzna – maska nie zdołała tego ukryć – ale nie na tyle młody, by Jane nazwała go chłopcem. Większość mężczyzn w tamtej epoce nosiła wąsy lub przynajmniej bokobrody, ale nie on. Nie nazwałaby go też przystojnym. (W epoce georgiańskiej za przystojnych uważano mężczyzn o bladej karnacji – bo na słońcu przebywali tylko wieśniacy – podłużnej twarzy, wąskiej żuchwie, małych ustach i ostrym podbródku. Tak, wiemy. Też nie mogłyśmy w to uwierzyć). Ten konkretny młodzieniec miał kwadratową szczękę i zdecydowanie zbyt długie włosy. A mimo to widać było, że należy do klasy wyższej – świadczył o tym piękny wełniany płaszcz i drogie skórzane rękawice.

– Wszyscy wyjść – rozkazał, a Jane schowała się za kontuar.

Tłum natychmiast opuścił pub, ale bez przepychanek. Izba była teraz pusta, jeśli nie liczyć zamaskowanego przybysza na stole oraz jego młodszego – o wiele bardziej chłopięcego – kompana w gorszej jakości płaszczu. Agenci Towarzystwa najwyraźniej działali w zespołach dwuosobowych.

Ten pierwszy zeskoczył z blatu.

– Niech pan się skupi – polecił drugiemu. – Najpierw oczyszczamy pokój. Później potwierdzamy tożsamość zjawy.

Zjawa. Jane prawie o niej zapomniała. Spojrzała na ducha. Wrzeszcząca Dama przestała wrzeszczeć. Była zbyt zaaferowana agentami.

Ten starszy wyłowił z wewnętrznej kieszeni płaszcza mały oprawny w czarną skórę notes i ołówek. Otworzył go z pewną delikatnością, która przywiodła Jane na myśl Charlotte, i znalazł szukaną stronę zaznaczoną zakładką.

– Wyjaw mi swoje imię, duchu – rzucił do Damy znudzonym tonem.

Wrzeszcząca Dama przywarła plecami do sufitu, zwlekając z odpowiedzią. Drugi agent – Jane dostrzegła teraz, że był niższy, miał na nosie okulary, a na głowie strzechę rudych włosów – zrobił krok naprzód.

– Lepiej mu odpowiedz – powiedział, wpatrując się w ducha. – Proszę.

Pierwszy zgromił rudzielca spojrzeniem i ponownie zwrócił się do ducha:

– Jesteś Claire Doolittle, mam rację?

– Zgubiłam go – wyszeptała zjawa. Nagle do jej tonu wkradł się smutek i żal porzuconej kobiety. – Zabrali mi go.

– Kogo zabrali? – Agent zerknął do notesu. – Twojego męża? Jeśli się nie mylę, trafił do więzienia za niespłacone długi. Miał, zdaje się, skłonności do hazardu.

Duch kiwał się w prawo i lewo, milcząc. Agent znowu zajrzał do książeczki.

– Nazywał się Frances Doolittle.

– Franuś… – Zjawa skrzywiła przezroczyste usta w szyderczym uśmieszku. – Kanciarz pierwszej wody.

– Franuś – powtórzył agent, notując. – Kanciarz. – Z innej kieszeni wydobył srebrny zegarek. – No dobra – rzucił do towarzysza – niech pan patrzy uważnie. Chcąc złapać ducha, należy w pierwszej kolejności…

Zjawą wstrząsnął jęk tak głośny i żałosny, że żołądek podszedł Jane do gardła. Omyła ją nowa fala współczucia dla udręczonej zjawy… która nagle wyrwała zegarek z ręki agenta. A przynajmniej taki miała zamiar, bo przedmiot przeniknął przez jej eteryczną dłoń i upadł z klekotem na podłogę.

Następnie wydarzyło się kilka rzeczy naraz: starszy agent sięgnął po leżący na podłodze przedmiot, duch postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję do ucieczki i odkleił się od sufitu, a młodszy agent zawołał:

– Chce wiać!

Mężczyzna wybił się w powietrze i z gracją wylądował obok zjawy.

– Podnieś zegarek! To…

Ale nie skończył zdania, bo w tym samym momencie rudzielec ruszył niezgrabnie naprzód, chcąc uderzyć ducha z byka. Niestety zamiast trafić zjawę, przeleciał przez nią i zwalił się na ziemię obok skrytej za barem Jane.

Dziewczyna natychmiast zerwała się na nogi, ściągając na siebie spojrzenia agentów oraz zjawy.

– Eee, dobry wieczór. – Pomachała na przywitanie. – Ja… znaczy… zasnęłam… Zamiatałam, a potem zasnęłam.

Zaległa cisza jak makiem zasiał. Wszyscy stali jak wryci, jeśli nie liczyć jęczącego rudzielca na podłodze, który rozmasowywał skronie. Duch podpłynął w powietrzu do oniemiałej Jane.

– Zasnęłaś, powiadasz? – wyrzekł z powątpiewaniem pierwszy agent.

– Ja… w sensie… – wyjąkała Jane. – Upiłam się. Upiłam się… brandy.

– No jasne.

Tymczasem Wrzeszcząca Dama naruszyła prywatną przestrzeń wystraszonej dziewczyny, która ze wszystkich sił próbowała udawać, że wcale nie widzi świdrującej ją spojrzeniem zbłąkanej duszy.

– Czołem – przywitał się duch.

Jane czuła na sobie spojrzenie zamaskowanego agenta. Pospiesznie utkwiła wzrok w suficie. W stole. W obrazie na ścianie. Byle nie w duchu.

– Aleś ty śliczna – wydyszała Dama.

Jane oblała się rumieńcem. Nigdy nie miała pojęcia, co odpowiedzieć na takie słowa, głównie dlatego, że żywi ludzie zwykle utrzymywali ją w przekonaniu, że bynajmniej śliczna nie jest.

„Fe, co za brzydactwo”.

Albo…

„Ojej… ale może ma ciekawą osobowość?”

Lub też…

„Nie jest jakaś szkaradna, ale po prostu… nijaka”. (Zawsze ją zastanawiało, czemu, skoro jest „nijaka”, ludzie nie mogą się powstrzymać od komentowania jej wyglądu).

Mimo to z jakiegoś powodu dla duchów była ucieleśnieniem piękna.

To zrodziło w niej przekonanie, że jest coś bardzo nie tak ze standardami piękna w zaświatach.

– Taka jesteś podobna do mojego Jamiego… – zagruchała Dama. – Gdy za jego plecami zachodziło słońce, a wiatr mierzwił mu włosy…

Jane nie wiedziała, kim jest ten Jamie, ale najwyraźniej był bliższy sercu zjawy niż mąż. Bezwiednie uniosła rękę i odgarnęła z nijakich oczu kosmyk nijakich włosów. Rozpaczliwie i uparcie próbowała ignorować ducha.

Agent wodził wzrokiem od żywej kobiety do martwej i z powrotem. Przekrzywił głowę w zamyśleniu.

– O rety, która to godzina?! – Jane wskazała miejsce na ścianie, gdzie jeszcze przed chwilą wisiał zegar. – Miło się rozmawia, ale muszę już iść…

Ale ten przeklęty duch ani myślał jej puścić. Przysunął się jeszcze bliżej, falując czarnymi jak noc włosami. Jane znała już ten typ. Nie mogła dopuścić, by zjawa przyszpiliła ją w miejscu jak martwego owada do kartonu.

Zrobiła dwa kroki w tył. A Dama podfrunęła dwa do przodu.

– Nigdy nie widziałam kogoś tak urodziwego – westchnęła. – Płoniesz pięknem, dziewczyno.

Z tymi słowami otoczyła Jane prześwitującymi ramionami. Dziewczyna posłała mężczyznom nerwowy uśmieszek.

– Aj, strasznie zdrętwiała mi noga, więc postoję tu sobie chwilę nieruchomo, dobrze?

Zwierzchnik rudzielca obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem i schylił się po zegarek. Podszedł ostrożnie do Jane i zauroczonej zjawy, a gdy stanął obok, wyszeptał:

– Duchu, niniejszym relokuję cię.

– Co ty robisz? – spytała Jane.

Nie odpowiedział. Zamiast tego uniósł zegarek i stuknął nim ducha w skroń.

(Zdajemy sobie sprawę, szanowni czytelnicy, że to „stuknięcie” to dość prostackie określenie mrożącego krew w żyłach egzorcyzmu rodem z horroru, ale po wielu sczytaniach i przeciągających się konsultacjach z tezaurusem stwierdziłyśmy, że to najtrafniejsze określenie. Stuknął ją w skroń i tyle).

Nagły poryw wiatru rozwiał włosy Jane. Srebrny zegarek zalśnił jasnym światłem, a potem, ku jej przerażeniu, duch został wessany między tarczę a klapkę. Puf! Claire Doolittle zniknęła. Przepadła w okamgnieniu.

Jane wpiła się wzrokiem w mały, okrągły przedmiot, żywiąc nadzieję, że duchowi nic się nie stało, ale zegarek wibrował i szarpał się w dłoni agenta, jakby uwięziony upiór próbował wyrwać się na wolność. Mężczyzna wypuścił zegarek z palców, a ten zawisł na cienkim łańcuszku. Kołysał nim, aż wibrowanie ustało. Potem złożył się, by rzucić czasomierz rudzielcowi, ale w ostatniej chwili się rozmyślił i owinął go materiałem, a następnie schował z powrotem do kieszeni.

Wszystko to strasznie złowieszcze – rzuciło się Jane na myśl.

– Ona jest w środku? – spytała na głos. Zapomniała się na moment. Nie uszło to uwadze agenta, który spiorunował ją wzrokiem.

– A więc ją widziałaś.

A niech to! Po nocy spędzonej w czerwonym pokoju Jane postanowiła przestrzegać następujących reguł:

1. Nigdy nie zdradzić nikomu, że widzę duchy. Nigdy, przenigdy.

2. Nigdy nie wchodzić w interakcję z żadnym duchem w obecności żywych.

3. Choćby nie wiem jak ciekawy był to duch, choćby nie wiem jak paląca była potrzeba – zawsze, ale to zawsze przestrzegać reguł numer 1 i 2.

– Nie, wcale nie… – wybąkała. – Znaczy, nic nie widziałam. Że niby kogo widziałam?

Agent zmrużył oczy.

– Kim pani w ogóle jest?

– Nikim, proszę pana.

– Kimś jest pani na pewno – zaoponował. – Wygląda na to, że widzącą. A skoro już ustaliliśmy, że jest pani kimś, zapewne skądś również pani pochodzi. Skąd? – Notes zmaterializował się w jego palcach. Jane ogarnęła panika. Pomimo ścisłego przestrzegania reguł (które bardziej przypominały wskazówki niż twardy kodeks), kłamać nie umiała za grosz.

– Zapewniam pana, że nie jestem nikim szczególnym – wyrzekła, patrząc z rosnącym zdenerwowaniem, jak agent skrzętnie coś notuje. – A teraz przepraszam, ale już jestem spóźniona, a z moją nogą o wiele lepiej. – Dygnęła krótko i ruszyła do drzwi, ale agent odciął jej drogę.

– Spóźniona? A któż spodziewa się pani o tak późnej porze?

– Moje uczennice – wypaliła. – Jestem nauczycielką. Uczę matematyki.

– W środku nocy?

– Tak, właśnie – przytaknęła Jane. – Wyobraźcie sobie, panowie, jak muszą martwić się o mnie moje uczennice.

Agent zmarszczył brwi i ewidentnie chciał jeszcze o coś spytać, ale w tym momencie zza kontuaru dźwignął się karczmarz, który dopiero co odzyskał przytomność.

– Co tu się od… – spytał, ochrypnięty.

Agent zgromił go wzrokiem.

– A pan to kto?

– Jestem Pete, kim innym miałbym być? – Mężczyzna wymacał na potylicy guza wielkiego jak gęsie jajo. – To mój pub. Zaraz, wy nosicie maski. Jesteście z Towarzystwa! Czy przepędziliście ducha?

– Tak – potwierdził agent.

– Szkoda, żem tego nie widział. – Pete potoczył wzrokiem po zdemolowanej karczmie. – Krzyżyk na drogę tej przeklętej zmorze!

Agent na powrót skupił uwagę na Jane, która okrążała go właśnie na paluszkach w drodze do drzwi.

– W której szkole pani uczy, jeśli wolno spytać? – zwrócił się do niej, a ona stanęła jak wryta.

– Och, na pewno pan nie słyszał.

– Tu niedaleko jest jedna szkoła – pisnął zza jej pleców rudy chłopak. – Uczy pani w Lowood? Więc może zna pani…

– Pewnie chcecie zapłaty, hę? – przerwał gospodarz. Wyraźnie zależało mu, by mieć to wszystko za sobą i sprzedać tej nocy jeszcze trochę brandy. Podrapał się w podbródek. – Dziesięć funtów, dobrze pamiętam?

– Piętnaście – wyklarował agent, niechętnie odrywając wzrok od dziewczyny.

Karczmarz Pete poszedł po sakiewkę i zaczął skrupulatnie odliczać należność, gderając pod nosem. Powoli wypełniał podstawioną dłoń agenta nie funtami, ale szylingami, więc trochę to trwało.

Na taką okazję czekała Jane. Rzuciła się biegiem do drzwi i – ponieważ była rozgarniętą dziewczyną, która nigdy nie opuszczała z pustymi rękami pomieszczenia wypełnionego darmowym jedzeniem – zatrzymała się tylko na chwilę, by podnieść z podłogi dwa jajka w occie.

– Chwileczkę, chcę z panią porozmawiać – zawołał za nią agent, podczas gdy Pete niechętnie odliczał ostatnie szylingi. – Słyszy mnie pani?!

Ale Jane już była na zewnątrz. Mała dziewczynka stała dokładnie tam, gdzie kazała jej czekać.

– I co? – spytała. – Widziałaś ducha?

– Biegnij, mała! Uciekaj! – krzyknęła Jane.

Dziecko natychmiast puściło się biegiem. Teraz obie gnały przed siebie na złamanie karku.

*

Gdy tylko Jane przestąpiła próg szkoły, wyrósł przed nią pan Brocklehurst.

– Panno Eyre! Co to ma znaczyć? Co to za przemykanie chyłkiem o tej porze? Teraz mi się pani nie wywinie! – Wskazał palcem podłogę. – Będzie pani klęczeć na grochu do południa!

Blizny na kolanach zaświerzbiły ją na samo wspomnienie. Całe szczęście, że Brocklehurst nie żył. Choć niestety nie ujęło mu to ani krztyny zwyczajowej upierdliwości.

– Miałem żonę, wiesz? – powiedział, ocierając nieistniejącą łzę z niematerialnej twarzy. – I dziatki. Co z nimi będzie?

Jane zaczęła rozważać, czy takiej gnidzie należy się współczucie, ale wtedy przefrunęło obok kilka ofiar choroby cmentarnej, więc uznała, że nie.

– Muszę przyznać, że wygląda pani nadzwyczaj dobrze, panno Eyre – zauważył Brocklehurst, mrużąc swe eteryczne oczy. – Niech mi pani nie mówi, że zwiększyli racje żywnościowe w szkole! Złoję za to skórę pannie Temple!

Jane zaburczało w brzuchu. Jajka w occie nie stłumiły głodu. Przeszła przez ducha i skierowała się ku schodom na drugie piętro.

– Proszę natychmiast tu wrócić! – zawołał Brocklehurst. – Panno Eyre, ostrzegam panią!

– Czep się dorożki – mruknęła Jane. – I daruj sobie, bo nie możesz już nikogo skrzywdzić.

Pan Brocklehurst zapowietrzył się na te słowa, ale na szczęście nie pofrunął za nią.

Na klatce schodowej natknęła się na Charlotte. Przyjaciółka siedziała skulona przy świecy i pisała w notesie. Ta dziewczyna wiecznie coś pisała. Zapominała o bożym świecie, pokrywając równymi ciągami liter drobnych jak mak stronice małej książeczki, z którą nigdy się nie rozstawała. Jane darzyła Charlotte szczególną sympatią. Była odrobinę dziwna, ale Jane uważała to za zaletę. Charlotte była jej ulubioną nie-zmarłą osobą w Lowood, ale nauczycielka nie miała teraz nastroju do rozmowy.

Niemal udało jej się minąć ją niepostrzeżenie, gdy raptem przyjaciółka podniosła wzrok.

– Zdawało mi się, czy powiedziałaś coś przed chwilą o krzywdzeniu innych? – spytała. – Chcesz się może z czegoś zwierzyć, kochana?

– O, dobry wieczór, Charlotte. Nie zauważyłam cię. – Musiała jakoś zbyć jej pytanie. – Widziałaś, jaki piękny dzisiaj księżyc?

– Tak. Okrąglutki. Jak to księżyc. To jak było z tym krzywdzeniem? – Charlotte złapała za ołówek, czekając na odpowiedź.

– Czy twoim bohaterom dzieje się jakaś krzywda? – odparowała Jane.

Znalazły się w impasie i żadna nie miała pomysłu, jak z niego wybrnąć.

– Wybacz mi, Charlotte, ale padam z nóg. Pójdę już spać.

– Czy to panna Charlotte Brontë? – dobiegł z dołu przytłumiony głos pana Brocklehursta. – Już dawno powinnaś być w łóżku, młoda damo! Co za haniebne zachowanie. Kara cię nie minie!

Jane była rada, że Charlotte nie może go usłyszeć.

– Poszłaś do tego pubu? – indagowała przyjaciółka. – Tak myślałam, że pójdziesz. Gdybym mogła wychodzić za mury, zrobiłabym to samo.

Najwidoczniej nic jej nie umykało. Jane postanowiła udać oburzenie.

– Ja? Do pubu? Ależ Charlotte, po co miałabym chodzić do takiego miejsca? Młoda kobieta o mojej pozycji nie włóczy się nocą po karczmach. Tak więc… nie, nie byłam w żadnym pubie. Po prostu poszłam na spacer w świetle księżyca. Bo piękny mamy dzisiaj.

Charlotte pokiwała głową, ale nie dała się zbyć.

– Czy spotkałaś ducha? Albo kogoś z Towarzystwa? Kogoś, kto złapał ducha? Och, musisz mi wszystko opowiedzieć!

Przez chwilę Jane kusiło, by podzielić się z przyjaciółką sekretem, ale to przecież równałoby się złamaniu reguły numer 1, więc odpowiedziała po prostu:

– Zapewniam cię, że to była tylko zwykła przechadzka. Wiesz, że lubię się czasem przespacerować. No, to dobranoc!

Ruszyła po schodach do swojego małego pokoiku.

Tam czekała na nią Helena Burns. Jej najukochańsza przyjaciółka i najulubieńszy duch na świecie.

– Jesteś już! O, jak dobrze! Co się stało? – spytała podniecona Helena. Jej przezroczyste policzki wciąż nosiły ślady choroby, która zabiła ją tak wiele lat temu.

Jane zatopiła twarz w dłoniach.

– To po prostu okropne. On… stuknął tę biedną zjawę w głowę zegarkiem… – A potem cała historia wypłynęła jej z ust, jakby pękła wstrzymująca ją tama.

– Czyli agenci Towarzystwa rzeczywiście potrafią te wszystkie rzeczy, o których piszą w gazetach – powiedziała Helena, gdy opowieść Jane dobiegła końca.

– Najwyraźniej. – Jane kopnięciem zdjęła but, potem drugi, i zaczęła się rozdziewać, warstwa po warstwie, z krępujących jej ruchy i oddech ubrań. – To okrutni ludzie. Zamienili z nią ledwie dwa zdania. Przyszli tam tylko po to, żeby ją złapać. A przecież nie była taka znowu uciążliwa… – Jane przypomniała sobie szklaneczkę brandy rozpryskującą się w kontakcie ze ścianą. I zegar. I słój jajek w occie. – Ona po prostu potrzebowała pomocy. Z pewnością nie zasłużyła na to, by ją więzić w zegarku kieszonkowym!

– W zegarku kie… Okropieństwo. – Helena zadrżała, na moment rozmywając się w powietrzu. – Jak tam musi być ciasno. I to tykanie…

Jane przebrała się i zdmuchnęła świecę. Dwie dziewczyny skuliły się na małym, dziurawym łóżku, jak robiły to zawsze, nawet jeśli jedna z nich nigdy nie potrzebowała snu. Jane długo wpatrywała się w ciemny sufit nad głową. Powiedziała znienacka:

– Oni mogą się tu jutro pojawić.

Helena zerwała się z łóżka.

– Tutaj?

Jane również wstała.

– Tak. Ci agenci chyba czegoś ode mnie chcą. Domyślili się, że uczę w Lowood. Heleno, jeśli tu przyjdą, musisz pozostać w ukryciu.

– Tak zrobię – przyrzekła przyjaciółka.

Jane zrobiła pauzę.

– Czas stąd odejść. Tym razem mówię poważnie.

Dolna warga Heleny zadrżała delikatnie.

– Zostawisz mnie tu?

– W życiu bym cię nie zostawiła! Miałam na myśli to, że obie musimy stąd odejść. Razem. Jak zawsze.

Helena była pierwszą prawdziwą przyjaciółką Jane, jedyną przyjazną duszą w Lowood w czasach, zanim pojawiła się w jej życiu Charlotte. Stała u boku Jane, gdy cały świat próbował ją upokorzyć i ukarać Bóg wie za co. I pomimo swej nijakości oraz licznych niedostatków Jane czuła, że Helena kocha ją jak rodzoną siostrę.

Ale Helena zmarła, gdy miała czternaście lat. Tej wiosny przez Lowood przetoczyła się szczególnie wredna odmiana choroby cmentarnej. Do końca maja czterdzieści pięć z osiemdziesięciu uczennic trafiło do izolatki, a wśród nich Helena. Pewnej nocy panna Temple pomogła Jane przemknąć za plecami pielęgniarek do pokoju, gdzie przyjaciółka dokonywała żywota. Mała Jane wspięła się na łóżko i wyszeptała jej do ucha:

– Helenko, nie zostawiaj mnie.

– Nigdy tego nie zrobię – przyrzekła. – Złap mnie za rękę.

Jane ścisnęła jej palce, starając się nie zwracać uwagi na to, jakie są zimne. Dziewczynki zasnęły, a gdy wstało słońce, ciało Heleny było blade i nieruchome.

A nad Jane stał jej duch.

– Cześć – powiedziała zjawa, uśmiechając się szelmowsko. – Mówiłam, że nigdy cię nie zostawię.

Nie sposób było przewidzieć, który oddzielony od ziemskiej powłoki duch zostanie na tym świecie, a który uda się w podróż w zaświaty. Ale Helena na szczęście została. W końcu złożyła przysięgę. W zamian Jane obiecała jej, że i ona nigdy jej nie porzuci. Była dla niej całym światem, rodziną, której nigdy nie miała, i sama myśl o rozstaniu przejmowała ją drżeniem. A teraz umierała z niepokoju na myśl, że jutro zjawią się w Lowood ludzie z Towarzystwa. A jeśli nie jutro, to na pewno w najbliższej przyszłości – wiedziała, że to tylko kwestia czasu. Szkołę nawiedzało tyle duchów, że któryś prędzej czy później da się żywym we znaki. Założę się – pomyślała – że to będzie Brocklehurst.

– Tylko dokąd pójdziemy? – zatroskała się Helena. – Nie mamy gdzie się udać.

– Znajdę pracę.

– Jaką pracę?

– Mogę szyć.

– Bez urazy, słonko, ale nie jesteś zbyt dobrą krawcową – przypomniała Helena. – Kocham cię, ale sama wiesz, że to prawda.

– No to będę prać i maglować.

– Pomyśl tylko, jak ci to zniszczy dłonie! Są takie drobne i delikatne…

– Zawsze mogę zostać guwernantką.

Helena pokiwała z namysłem swą przezroczystą głową.

– To ma sens. Jesteś świetną nauczycielką. No i lubisz dzieci. Ale jesteś za ładna, żeby być guwernantką.

Helena nie różniła się w tym względzie od pozostałych duchów: uważała Jane za wcielenie piękna, nawet jeśli sama, ze swą porcelanową cerą, błękitnymi oczami i długimi złotymi włosami, wciąż obracałaby głowy na ulicy, gdyby tylko żyła.

– A co ma do tego mój wygląd? – zdziwiła się Jane.

– No jak to? Jesteś tak piękna, że gospodarz nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko się w tobie zakochać – wyjaśniła rzeczowo Helena. – I wybuchnie skandal!

Zdaniem Jane nie była to aż taka straszna perspektywa.

– Jakoś to zniosę.

– Wierz mi, że to się źle skończy – upierała się zjawa.

– Heleno, proszę cię, przecież wiesz, że nie mamy wyjścia. Powiedz, że ze mną pójdziesz. Że przynajmniej spróbujesz.

– No dobra. Pójdę z tobą – przystała. – Spróbuję.

Milczały jakiś czas. Z dworu dobiegło Jane hukanie synogarlicy. Niebo na wschodzie zaczynało powoli sinieć. Za kilka godzin miała lekcję francuskiego. Była nawet niezła z franca. Z włoskim też sobie radziła. Potrafiła odmieniać łacińskie czasowniki. Matmę miała w małym palcu. Choć dzieciństwo w Lowood nie należało do lekkich, odebrała tu dobre wykształcenie. Studiowała literaturę klasyczną, historię i religię. Miała nienaganne maniery i znała etykietę. Potrafiła wyszywać poszwy na poduszki i dziergać skarpetki (no, właściwie to wydziergała w życiu tylko jedną – na drugą nie miała siły). Nieźle grała na fortepianie, a malowała i rysowała jak zawodowa artystka. Twierdziła bez fałszywej skromności, że jest dobrą nauczycielką. Wymarzony materiał na guwernantkę.

– Mówiłaś kiedyś, że marzysz o karierze malarki – powiedziała Helena, jakby czytała jej w myślach. – Temu właśnie powinnaś się poświęcić. Powinnaś być sławną malarką.

Jane żachnęła się na myśl, że mogłaby zyskać sławę za sprawą którejś ze swoich nielicznych umiejętności.

– No cóż, jak tylko ktoś da ogłoszenie do gazety, że poszukuje sławnej malarki na pół etatu, zgłoszę się na pewno.

– Guwernantki też raczej nikt nie szuka.

To była prawda. Jane tydzień w tydzień przeglądała oferty pracy we wszystkich dostępnych gazetach, wypatrując czegoś, co pozwoliłoby jej wyjechać z Lowood, i rzeczywiście – ofert dla guwernantek było jak na lekarstwo. Zupełnie jakby wszystkie bogate dzieci w całym Londynie uczyły się same.

– Czyli na razie nigdzie się stąd nie ruszamy – stwierdziła fakt Helena.

– Na to wygląda – przyznała ponuro Jane.

3Alexander

Gdy tylko Alexander Blackwood przekroczył próg szkoły, zorientował się, że jest otoczony przez duchy.

Dokładnie dwadzieścia siedem duchów. Takie zagęszczenie aktywności paranormalnej budziłoby zastanowienie nawet na cmentarzu.

Ma się rozumieć, Alexander miał już do czynienia z duchami. To była jego praca. (To znaczy, jego główna praca. Ta, która pozwalała opłacić rachunki. A to jego drugie zajęcie… Nie, o nim później). Ale nie przyszedł tutaj, by relokować zjawy. Przyszedł po tę dziewczynę. Tę, na którą natknął się zeszłej nocy w Tully Pub, a która mogła być widzącą, lecz zamiast niej znalazł dwadzieścia siedem duchów, z których dwadzieścia sześć było młodymi dziewczętami, a jeden – starszy mężczyzna – domagał się rozwikłania zagadki swojej śmierci.

– Słuchasz mnie pan w ogóle? – ględził mu do ucha. – Zostałem zamordowany w biały dzień!

Alexander zapisał w notesie: dwadzieścia siedem zjaw. Jedna utrzymuje, że została zamordowana.

Dziewczęta były w różnym wieku, miały włosy i oczy wszystkich możliwych kolorów, skórę wszystkich możliwych odcieni i zapewne różne, hmm, imiona. (Tak przypuszczał, choć nie miał zamiaru przedstawiać się każdej z osobna). Lecz pomimo tej różnorodności wszystkie łączyło jedno: to samo smutne spojrzenie, które zdradzało, że mają za sobą krótkie i trudne życie pozbawione miłości. Nie wspominając o tym, że wszystkie były martwe.

– Pan Brocklehurst mnie zabił – powiedziała przezroczysta dziewczyna w sukience z bezbarwnej juty. Miała błękitnosine usta, jakby umarła z zimna. – Zamknął mnie w komórce na pięć godzin. Gdy ktoś wreszcie mnie znalazł, już dawno nie żyłam.

Brwi Alexandra powędrowały w górę.

– Musiałaś przemyśleć swoje zachowanie – zaripostował duch pana Brocklehursta.

– Mnie też zabił – odezwała się kolejna zjawa. Jej ramiona i szyja były pokryte czerwonym obrzękiem i długimi krechami zadrapań, jakby próbowała je zetrzeć paznokciami. – Jestem uczulona na jutę.

(Czołem, czytelnicy – to znowu my! Otóż zbadałyśmy sprawę i okazuje się, że juty nie produkowano przed rokiem 1855. A przynajmniej tak twierdzi historia. Dalsze badania pozwoliły nam odkryć, że nie kto inny, a właśnie pan Brocklehurst wymyślił jutę, by uprzykrzyć życie swoim uczennicom, ale na szerszą skalę zaczęto ją produkować dopiero o wiele później. No, to teraz wiecie).

Alexander spojrzał na ducha pana Brocklehursta, który tylko wzruszył ramionami.

– Cierpienie uszlachetnia duszę grzesznika – wyjaśnił. – Inspiruje do modlitwy.

Gdy Alexander wspinał się po schodach na piętro rozklekotanego budynku, kolejne duchy zasypywały go skargami na świętej pamięci dyrektora, który odpierał każdy zarzut jakąś idiotyczną wymówką.

Kiedy przybysz stanął przed drzwiami, te otworzyły się, nim zdążył zapukać, a przez szczelinę spojrzała na niego jeszcze jedna dziewczyna. Tym razem, co istotne, żywa.

Uniosła okulary na rączce i przyjrzała mu się uważnie.

– Ach, pan zapewne z Towarzystwa! Poznałam po masce. Ludzie mówią, że agenci noszą maski, żeby duchy ich nie rozpoznały. To prawda?

– Nazywam się Alexander Blackwood. Chcę zamienić dwa słowa z jedną z tutejszych nauczycielek.

– Pan w sprawie morderstwa? – zapytała, zdradzając się z ekscytacją.

– Ja mogę opowiedzieć o morderstwie – zaoferował się duch pana Brocklehursta. – Byłem tam.

– Chcę tylko porozmawiać z jedną z nauczycielek – powtórzył cierpliwie Alexander.

– Z którą?

No właśnie, z którą? Nie dosłyszał wczoraj jej imienia.

– Najlepiej będzie, jak spotkam się ze wszystkimi.

Był całkiem pewien, że rozpozna dziewczynę z pubu, choć gdyby ktoś poprosił, by ją opisał, miałby nie lada problem. Nie pamiętał, jaki miała kolor włosów ani oczu. Przypomniał sobie, że była dość drobna. I że miała szary płaszcz.

– Sam pan jest? A gdzie ten drugi agent? – spytała dziewczyna i wyjrzała zza drzwi, jakby spodziewała się, że ktoś chowa się w korytarzu. – Słyszałam, że pracujecie w parach.

– Dziś niepotrzebny mi asystent. – Skrzywił się na wspomnienie minionej nocy. Kto próbuje uderzyć ducha z byka? Przez tego osła prawie skrewili robotę.

– Ciekawe. – Dziewczyna schowała gdzieś okulary i otworzyła mały notes, w którym coś pospiesznie zapisała.

– To jest Charlotte – powiadomił agenta niestrudzony Brocklehurst. – Bóg mi świadkiem, gdybym nie był trupem, tobym…

– Dość – przerwał Alexander. Nie miał zamiaru słuchać, jaką tym razem karę wymierzyłby ten niewydarzony pedagog niewinnej dziewczynie. Właściwie to zaczynał rozumieć, dlaczego Brocklehurst nie umarł śmiercią naturalną.

Dziewczyna imieniem Charlotte podniosła wzrok znad notesu.

– Że co, proszę?

– Dość tego wypytywania. Mam napięty harmonogram. – Alexander rozejrzał się znacząco i rzucił okiem do foyer. – Jak się nazywasz, panienko? – Znał już jej imię, ale to nie przystoi, zwracać się do młodej damy po imieniu.

– Och, gdzież moje maniery. – Schowała notes i ołówek, po czym stanęła z boku, by wpuścić Alexandra do środka. – Widzi pan, jestem pisarką, a nazywam się Charlotte Brontë, do usług.

– Miło panią poznać, panno Brontë. – Alexander wszedł do środka otoczony wianuszkiem zjaw dryfujących w powietrzu. – O czym pani pisze?

– O wszystkim. Ostatnio o pewnym morderstwie.

– To dość popularny motyw literacki. – Przyjrzał się jej uważniej. Morderstwo, a dokładnie zemsta za czyjąś śmierć, to coś, o czym sam chętnie czytał. – Pisze pani o tym konkretnym morderstwie?

– Chyba można tak to ująć – powiedziała, jakby uszło z niej powietrze. Zauważył, że pobladła.

– Doszła pani w tej sprawie do jakiegoś ciekawego wniosku?

– Owszem. Okazuje się, że jest nam bez Brocklehursta o wiele lepiej, więc w sumie co za różnica, kto go zabił?

– Hej, słyszałem to! – wrzasnął dyrektor.

– Ktokolwiek go zabił, wyświadczył nam wielką przysługę – kontynuowała panna Brontë, która oczywiście nie słyszała ducha.

– Rozumiem. Czyli nie powie mi pani, kto pani zdaniem wyświadczył wam tę przysługę?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

Wcale nie miał ochoty zajmować się morderstwem Brocklehursta. Nie po to tu przyszedł, a poza tym wszystko wskazywało na to, że dyrektor zasłużył sobie na ten los, jednak zebranie całego ciała pedagogicznego pod pretekstem przesłuchania to przecież znakomity pomysł. Poza tym nie chciał, by ktoś pomyślał, że przyszedł w odwiedziny do młodej damy, którą poznał w karczmie.

– Będę więc musiał dojść do tego sam. Znajdę tego pani zabójcę.

– Nie mojego – poprawiła panna Brontë – tylko naszego, gdyż jego czyn poprawił jakość życia wszystkich uczennic Lowood.

– Czy w takim razie mogę się spotkać z nauczycielkami?

– Oczywiście, że chciałabym dowiedzieć się, kto to zrobił! – wykrzyknęła panna Brontë, spodziewając się najwyraźniej innego pytania, ale szybko odzyskała nad sobą kontrolę. – Znaczy, proszę za mną.

– Panna Brontë uważa, że otruła mnie panna Eyre. Wyczytałem to przez ramię w tym jej notesie. – Dyrektor westchnął. – To przyjaciółki. I nie dziwota: obydwie są niewdzięcznicami i kłamią jak najęte.

– Pani zdaniem morderczynią jest panna Eyre, nieprawdaż? – zagadnął Alexander. Zrobił to, by potwierdzić słowa ducha. Z całą pewnością nie dlatego, że lubił szokować ludzi.

Panna Brontë pobladła jeszcze bardziej.

– Oczywiście, że nie. Skąd ten pomysł?

Alexander wyjął swój własny notes. Jedna z uczennic podejrzewa – zanotował – że trucicielką dyrektora Brocklehursta jest niejaka „panna Eyre”.