Wydawca: Armoryka Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 313 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moja droga do Polski - Kazimierz Sobolewski

Moja droga do Polski - pamiętniki dr. Kazimierza Sobolewskiego. Kazimierz Sobolewski, urodził się 3.01.1919 r. w Modliborzycach. Dzieciństwo i lata młodzieńcze spędził w rodzinnym Sandomierzu. Tu też ukończył państwowe Liceum i Gimnazjum im. Marszałka Piłsudskiego. W 1936 roku rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa, został aresztowany. Zwolniony na skutek interwencji profesora UJK Jakuba Parnasa, podjął studia na IV roku medycyny. Ponownie zagrożony aresztowaniem przez NKWD, uciekł na stronę niemiecką i powrócił do Sandomierza, gdzie brał udział w pracy konspiracyjnej. W styczniu 1942 zagrożony aresztowaniem przez Gestapo, przedostał się do Lwowa, gdzie kontynuował studia medyczne, pracując jednocześnie w Instytucie Prof. Rudolfa Weigla. Nadal działał w konspiracji. Po odbyciu stażów klinicznych zakończonych egzaminami uzyskał dyplom lekarza. Był równocześnie członkiem Komitetu Opieki Społecznej, żołnierzem AK i członkiem Delegatury Rządu Londyńskiego we Lwowie. Po wkroczeniu wojsk sowieckich, został aresztowany 28.08.1944 roku wraz z pozostałymi członkami Delegatury Rządu i skazany w procesie początkowo na karę śmierci, a następnie na 18 lat łagru. Przebywał w Incie (ASRR Komi). Tam pracował jako lekarz, prowadził oddział zakaźny oraz laboratorium analityczne. W listopadzie 1955 roku powrócił do Sandomierza i podjął pracę w Szpitalu Powiatowym, gdzie zorganizował punkt krwiodawstwa oraz laboratorium analityczne, pełnił obowiązki ordynatora oddziału zakaźnego, wicedyrektora szpitala ds. lecznictwa. Od 1958 roku wiceprezes kieleckiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. Zmarł 5 stycznia 1968 roku w Krakowie.

Opinie o ebooku Moja droga do Polski - Kazimierz Sobolewski

Fragment ebooka Moja droga do Polski - Kazimierz Sobolewski

Kazimierz Sobolewski

Moja droga do Polski

wstęp Janusz Kłapeć

przedmowa Janusz i Piotr Sobolewscy

Armoryka

Sandomierz

Redaktor tomu: dr Dorota Karkut

Recenzent: dr hab. Mariusz Mazur

Projekt okładki: Piotr Sobolewski

Przedmowa: Janusz Sobolewski, Piotr Sobolewski

Copyright © 2011 by Janusz Sobolewski & Piotr Sobolewski

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:mailto:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-64145-47-6

Konwersja:

Kazimierz Sobolewski

Rozdział 1

Ostatni dzień spędzony w Bratysławie, stolicy Słowacji.

Bratysława 30 sierpień 1939 r.

Po obiedzie udaliśmy się z Nadieżdą Gieorgijewną Sawową, Adelą Machawiczową i Branko Bożiczem na dworzec kolejowy, aby dowiedzieć się o czasie odejścia pociągu do Budapesztu. Po podpisaniu umowy w Moskwie pomiędzy ZSRR i Niemcami, przez Mołotowa i Ribentroppa, wszyscy zdawaliśmy sobie jasno sprawę, że wojna dosłownie wisiała w powietrzu i może rozpocząć się lada dzień. To, co zobaczyliśmy na dworcu kolejowym, utwierdziło nas w przekonaniu, że wojna Niemiec z Polską to już nie kwestia dni, ale godzin.

Na dworcu kolejowym stały sznurem pociągi osobowe i towarowe, przepełnione niemieckim wojskiem - w pełnym rynsztunku bojowym. Na wagonach widać było pełno wojskowego sprzętu: dział, ciężkich karabinów maszynowych, samochodów, czołgów, tankietek, itp. Na dworcu panował nieopisany ruch. Na peronach kręciło się pełno żołnierzy Wermachtu, a pomiędzy nimi Niemki z wojskowych formacji i siostry z Rotes Kreutz wydawały kawę, herbatę coraz to nowym żołnierzom, ustawiającym się w długie kolejki. Pociąg odchodził za pociągiem, w kierunku Żyliny ku polskiej granicy. Na ich miejsce nadjeżdżały od strony Wiednia coraz to nowe pociągi z transportem wojska niemieckiego. Z trudem odnaleźliśmy dyżurnego ruchu - kolejarza Słowaka, który nas poinformował o mającym odejść ostatnim pociągu z Bratysławy, w kierunku granicy węgierskiej. Poradził on nam, że jeżeli chcemy w ogóle wyjechać na Węgry, to radzi skorzystać z tego ostatniego pociągu, mającego odejść o godz. 21-ej. Pociąg dojedzie tylko do granicy węgierskiej. Normalnie pociąg odchodził z Bratysławy do Budapesztu. Nie było więc czasu do stracenia, musiałem wyjechać z Bratysławy jeszcze dzisiaj. Kupiłem więc w kasie biletowej bilet do stacji granicznej. Musiałem pojechać jeszcze do kliniki, gdzie mieszkałem i zabrać swoje rzeczy - małą walizeczkę i neseser. Wzięliśmy taksówkę i wkrótce pędziliśmy ulicami Bratysławy, w kierunku szosy prowadzącej do Wiednia, aby zobaczyć co tam się dzieje.

Nie dotarliśmy do głównej szosy i musieliśmy się zatrzymać wcześniej. Dalej nie sposób było jechać. Od strony Wiednia, nieprzerwanym sznurem jechały samochody ciężarowe, osobowe, czołgi, tankietki, armaty - jedna za drugą. W samochodach siedzieli żołnierze Wermachtu i śpiewali pieśni wojskowe. Staliśmy na szosie, przyglądając się nawale najeźdźców, która niebawem miała uderzyć na Polskę. Widziałem w oczach mych przyjaciół współczucie. Adela Machawiczowa była mieszkanką Słowacji, od marca już okupowanej przez Niemców. Patrzyła ona trzeźwo na owych „przyjaciół” spod znaku swastyki. Branko Bożicz pochodził z Chorwacji, a Nadieżda Gieorgijewna Sawowa z Bułgarii - z Sofii. Wszyscy byli studentami medycyny. Po pewnym czasie Branko zaproponował, abyśmy pojechali pożegnać się do jakiejś cichej kawiarenki lub winiarni nad Dunajem. Adela rzekła, że zna bardzo przyjemną winiarnię, która o tej godzinie jest zwykle pusta i będziemy tam mogli spędzić przyjemnie godziny pożegnania. Branko powiedział, że lepiej będzie, żebym sam nie jechał do kliniki po rzeczy, gdyż rano już po moim odejściu pytali o mnie jacyś podejrzani osobnicy. Ludzie ci, jemu nie podobali się, wyglądali na osoby spod znaku swastyki. Postanowiliśmy, że Adela i Nadzia pojadą po moje rzeczy do kliniki, a ja wprost z winiarni pojadę na dworzec.

Wkrótce dotarliśmy na miejsce. Zapłaciliśmy za taksówkę i po kamiennych schodach zeszliśmy w dół, w kierunku Dunaju. Rzeka płynęła cicho, spokojnie, woda była brudnoszara i zupełnie nie przypominała mi błękitnego Dunaju, opiewanego w przepięknych walcach przez Johana Straussa. Wiatr muskał i pieścił jej powierzchnię wywołując fale rozchodzące się do brzegów, niosąc przy tym przyjemny chłód. Na moim palcu czerwienił się pierścień, który otrzymałem od pięknej, pochodzącej z Rumunii, czarnowłosej Mimi z Konstancy. Czułem, że moi przyjaciele w owej chwili myśleli o tym samym co ja, tak ciężko nam się było rozstać. Nasza przyjaźń studencka była mocna, przecież wszyscy należeliśmy do jednej słowiańskiej rodziny. Wymienialiśmy ze sobą słowa przyjaźni i przyrzeczenia, że jak tylko to będzie możliwe, spotkamy się po wojnie. W pewnej chwili zdjąłem z palca pierścień i wrzuciłem go do rzeki. Wierzyłem, że przez ten dar zaślubin z Dunajem, los pozwoli nam w przyszłości odnaleźć naszą przyjaźń. Wolnymi krokami szliśmy do pobliskiej winiarni.

Winiarnia znajdowała się na małym tarasie, położonym nad samym Dunajem. Taras był ogrodzony wysokim płotkiem, zbudowanym z drewnianych żerdek, a na nich wiły się zielone gałęzie winorośli. Pomiędzy liśćmi złociły się soczyste, dojrzałe kiście winogron. Usiedliśmy przy stoliku na tarasie okalającym mały budynek winiarni i Adela kazała podać wino. Po chwili piękna, młoda Słowaczka, ubrana w narodowy strój, przyniosła nam dwa dzbany, w jednym wino, a w drugim wodę. Po chwili na półmisku wniosła chleb smażony na maśle. Piliśmy chłodne wino, rozcieńczając je czystą kryniczną woda, przegryzając chlebem smażonym na maśle. Podobnych winiarni w Bratysławie było dużo, wolno w nich było właścicielowi sprzedawać własne wino w dzbanach i chleb smażony na maśle.

Branko powiedział: „- Druża” - przyjaciele, stoimy w przededniu nowej długiej wojny. Wojny, która się dopiero zaczyna, ale która rozszerzy się na cały świat. Świat nie może dłużej ulegać Hitlerowi. Polska ugnie się, bo nie może oprzeć się sile Niemców, ale stanie się przyczyna wojny ogólnoświatowej, która w końcu przyniesie jej wolność. Na to ja zaoponowałem, przecież jesteśmy silni, mamy silną armię i będziemy się bić do ostatniej kropli krwi. Branko nie zgodził się z moimi wywodami i mówił dalej, że Hitler po opanowaniu Polski, uderzy na państwa bałkańskie, którym zgotuje ten sam ciężki los, co i Polsce. Będzie się starał o zwycięstwo na zachodzie i w końcu zaatakuje Związek Radziecki. Na to wszyscy zaoponowaliśmy. Przecież Mołotow z Ribentroppem zawarli akt przyjaźni, podpisując, jak się później okazało, czwarty rozbiór Polski. Na to Branko powiedział, że przyjaźń ta jest tylko chwilowa i gdy Hitler pokona wszystkich, uderzy na Rosję, bo jemu potrzebne są ziemie rosyjskie, ukraińskie i jej chleb, pszenica i bogactwa mineralne. Ludzi przemieni Hitler w bydło robocze, a Niemcy będą nimi tylko kierować.

Spytałem - skąd ty to wszystko wiesz? Branko odrzekł, że dużo czyta i znalazł to wszystko w książce Hitlera „Mein Kempf”.

A więc dlaczego Rosjanie są tak krótkowzroczni i przyjaźnią się z Niemcami? - zapytałem. - Widocznie nie są jeszcze przygotowani do wojny i chcą korzystać z pokoju, lepiej się do niej przygotować - odrzekł, a po drugie - Rosjanie otrzymają za pokój na pewno zdobycze terytorialne i wykorzystają lata pokoju do wzmocnienia swojego potencjału wojennego. Wojna niemiecko-rosyjska jest jednak nieunikniona.

Popijaliśmy złociste wino i krew w naszych żyłach poczęła żywiej krążyć. Nadchodził wieczór, a z nim czas rozstania. Wspólnie zapłaciliśmy rachunek, pożegnaliśmy sympatyczną gospodynię winiarni i skierowaliśmy kroki do przystanku autobusowego. Autobus dowiózł nas do śródmieścia. My z Brankiem wysiedliśmy z autobusu wcześniej i zaszliśmy do baru expressowego, a Adela i Nadzia pojechały do kliniki po moje rzeczy i miały potem do nas dołączyć. Niebawem nadeszły - Nadzia niosła mój neseser, a Adela walizeczkę. Zjedliśmy razem kolację w barze. Po herbacie, taksówką, udaliśmy się na dworzec. Tam, w dalszym ciągu na peronach stały pociągi z niemieckim wojskiem i co chwilę odchodziły w kierunku naszej granicy.

Z trudem odnaleźliśmy na bocznym torze pociąg, który miał zawieźć mnie do granicy węgierskiej. Nadia i Branko wkrótce mieli popłynąć Dunajem do Budapesztu, a Adela zostawała w Bratysławie. Początkowo i ja chciałem popłynąć z nimi do Budapesztu, a stamtąd dostać się przez Sofię i Bukareszt, do Lwowa. Ale los chciał inaczej.

Całując swoich przyjaciół, zobaczyłem łzy spływające po ich policzkach. Żegnali mnie, jak idącego na śmierć. Powiedziałem, żeby nie płakali, że ja jadę do Polski walczyć z Niemcami, że największym szczęściem jest móc walczyć o wolność swojej Ojczyzny. Wsiadłem do prawie pustego pociągu i po kilkunastu minutach byłem już w drodze do granicy.

Różne myśli snuły mi się po drodze. Może zaczekać w Budapeszcie na swoich przyjaciół i później zdecydować co dalej robić. Byłem do pewnego stopnia niezależny. Miałem paszport i wizy na państwa bałkańskie: Jugosławię, Węgry, Bułgarię i Rumunię. Miałem pieniądze w dolarach i funtach szterlingach, za które mogłem się skromnie utrzymać przez kilka miesięcy. Mogłem na przykład jechać do Sofii i studiować medycynę...

Ale kraj wymagał mojego jak najszybszego przyjazdu. Musiałem przecież ostrzec swych rodaków, opowiedzieć im, co widziałem w Słowacji. Myślałem, czy aby nie zamkną mi przed nosem granicy z Węgrami. Granica polsko-słowacka była już od dawna zamknięta. Mój kolega, Stefan Różański, Polak, odbywający ze mną praktykę w Słowacji, wyjechał do kraju już przed 15 sierpnia. Wyjechał również przez Węgry via Budapeszt. Zabrał mój bagaż i szereg materiałów.

Sierpniowa noc była wyjątkowo zimna. Pociąg jechał prawie nieoświetlony, tłukąc się rytmicznie po szynach, zatrzymując co pewien czas na stacjach i stacyjkach. Zrobiła się ciemna noc. Naraz pociąg zatrzymał się i usłyszałem głos konduktora, który nakazywał wszystkim podróżnym wysiąść z pociągu. Wysiadłem i podążyłem za nielicznymi pasażerami do poczekalni. Dowiedziałem się, że była to stacja graniczna i za dwie godziny odjedzie stąd pociąg węgierski do Budapesztu. Przez ten czas musimy przejść kontrolę paszportową i celną. Była godzina 12-ta w nocy, obok poczekalni zobaczyłem mały bufet stacyjny, w którym sprzedawano herbatę - ale jaką! Herbatę z rumem. Spytałem o cenę, przeszukałem gorączkowo kieszenie i znalazłem ostatnie korony. Czułem jak każda kropla herbaty rozgrzewała moje zziębnięte ciało. Nie miałem więcej koron, gdyż przed południem zamieniłem większą ich ilość na pieniądze węgierskie. Posiadałem pewną sumę w węgierskich pengo i w złotych polskich. Dolary i funty szterlingi musiałem dobrze ukryć w neseserze. Bałem się trochę, aby przy kontroli celnej nie znaleźli ich celnicy, bo pieniędzy tych nie zgłosiłem i miałbym z tego powodu kłopoty. Po pewnym czasie wezwano nas do kontroli paszportów. Mój polski paszport jakiś cywilny agent policji długo trzymał w rękach i oglądał wraz z policjantem mundurowym i pracownikiem straży granicznej. Po pewnym czasie oddał mi go i kazał przejść dalej do kontroli celnej. Celnicy spytali mnie, czy nie posiadam czegoś do oclenia, ja powiedziałem, że nie mam nic i na tym się skończyło. Zaprowadzono mnie i kilku jeszcze pasażerów - Węgrów, Czechów do opodal stojącego węgierskiego pociągu i kazano zająć miejsca. Wykupiłem u konduktora bilet trzeciej klasy do Budapesztu. Byłem jedynym pasażerem Polakiem, jadącym tym pociągiem. Był to ostatni pociąg, który wyjechał ze Słowacji na Węgry. Rano 31.VIII.1939 r. granica słowacko-węgierska została zamknięta.

Rozdział 2

Węgry. Wizyta w Poselstwie.

31 sierpień 1939 r.

Pociąg wyruszył z dworca i po kilku minutach znalazłem się po stronie węgierskiej. Jadąc drzemałem i odpoczywałem po ostatnio bardzo nerwowo i wyczerpująco spędzonych dniach. Rano o godz. 9-tej pociąg przyjechał na dworzec w Budapeszcie - kryty szklanym dachem, przypominał mi dworzec główny we Lwowie. Życzliwi przechodnie pokazali mi drogę i bez trudności znalazłem budynek, gdzie mieściło się nasze Poselstwo. W Poselstwie pierwszą osobą, którą spotkałem, był portier, który spytał mnie: - Pan do kogo? W jakiej sprawie? Odpowiedziałem, że chciałem się widzieć w ważnej sprawie z Posłem, że rano przyjechałem do Budapesztu wprost z Bratysławy. Portier poszedł i zameldował o tym jednemu z sekretarzy. Wkrótce siedziałem w pokoju i po sprawdzeniu mojego paszportu, sekretarz telefonicznie z kimś się porozumiał, oddał dokumenty i polecił portierowi zaprowadzić mnie o piętro wyżej do attaché wojskowego. Po chwili wszedłem do pokoju na I piętrze, gdzie znajdowało się dwóch panów w cywilnych ubraniach. Jeden z nich przedstawił mi się jako attaché wojskowy, akredytowany w Budapeszcie, prosił abym usiadł i tak rozpoczęła się nasza rozmowa. Oficerów interesowało wszystko, co widziałem w Bratysławie i we wszystkich słowackich miejscowości, w jakich spotkałem Niemców, żołnierzy Wermachtu i także rodzaj ich broni. Dokładnie poinformowałem ich o tym, co widziałem na własne oczy i o czym się dowiedziałem w czasie mojego pobytu w Słowacji.

Rozmowa nasza trwała około dwóch godzin, po czym podziękowali mi za przekazane im wiadomości. Szczególnie ważne były ostatnie informacje o transportach Niemców szosami i koleją w ciągu dnia, bo dotychczas owe transporty odbywały się tylko nocą. Wiadomości te świadczyły, że wojna mogła rozpocząć się lada godzina. Zapytano mnie, co zamierzam robić. Odrzekłem, że jeszcze nie zdecydowałem, ale chyba zatrzymam się kilka dni w Budapeszcie, a na to oni powiedzieli mi, że zaraz porozumieją się z sekretarzem poselstwa, który wyda mi dokładne dyspozycje, co dalej robić. Jeden z oficerów wyszedł i po kilkunastu minutach wrócił i powiedział mi, że główny sekretarz poselstwa mnie oczekuje. Sekretarz poselstwa poprosił, abym usiadł w fotelu naprzeciwko i powiedział, że wiadomości, które przywiozłem ze Słowacji są bardzo ważne dla naszego kraju, wobec czego poleca mi jeszcze dzisiaj o 12-tej w nocy wsiąść do pociągu Budapeszt-Lwów i pojechać do kraju, aby tam jeszcze raz dokładnie zdać relację o wszystkim, co widziałem w Słowacji w Sztabie Armii Okręgu Lwów - we Lwowie. Poza tym wojna jest nieunikniona i ja jako młody człowiek w wieku poborowym jestem potrzebny w kraju, aby bronić Ojczyzny. Poprosiłem sekretarza, aby podał mi adres niezbyt drogiego hotelu, gdzie mógłbym odpocząć trochę i zostawić swoje rzeczy na czas zwiedzania Budapesztu. Podał mi adres Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, przy którym znajdowało się schronisko. Towarzystwo znajdowało się w Peszcie, przy ulicy Gezy Nr 4. Pożegnałem się z sekretarzem, który podziękował mi za dotychczasową służbę i opuściłem lokal poselstwa. Wsiadłem do tramwaju i znaną mi już drogą powróciłem do Pesztu, gdzie bez trudności znalazłem podany adres. Zameldowałem się w schronisku, umyłem się, poleżałem trochę na łóżku, spakowałem znowu swoje rzeczy i oddałem je na przechowanie. Potem najpierw wybrałem się coś zjeść, a następnie na krótkie zwiedzanie Budapesztu. Do odjazdu pozostało mi niecałe dziesięć godzin.

Zaszedłem do pierwszej napotkanej węgierskiej restauracji i kazałem sobie podać gulasz i wino. Najedzony udałem się mostem do Budy, położonej na prawym brzegu Dunaju na wzgórzach. Poszedłem do Zamku Rybackiego, położonego wysoko na górze, skąd podziwiałem piękno otaczającego mnie miasta. Najbardziej zachwycił mnie gmach Parlamentu z licznymi wieżami i wieżyczkami oraz mosty na Dunaju. Podziwiałem piękno konnego pomnika króla Węgier św. Stefana. Pomnik ten znajdował się nieopodal Zamku Rybackiego. Przez inny most wróciłem do Pesztu. Nie miałem czasu zwiedzić sławnej wyspy św. Małgorzaty. Musiałem wydać pengo, które wymieniłem w Bratysławie. Miałem trudności z wyborem pamiątek. Wreszcie zdecydowałem się na kupno pięknej skórzanej teczki i węgierskich półbutów. Dla braci również zakupiłem pamiątki ze skóry.

Uzbrojony w aparat fotograficzny robiłem zdjęcia Budapesztu, w czym mi nikt nie przeszkadzał. W Budapeszcie czuło się również pogotowie wojskowe. Na mostach i przed nimi widziałem wojsko węgierskie z karabinami maszynowymi i bateriami dział przeciwlotniczych. Po ulicach miasta krążyły liczne patrole uzbrojonego wojska.

Zapadł mrok. Zszedłem nad Dunaj. Dotknąłem wody, która była ciepła i brudna. Może to ta sama woda, która wczoraj płynęła w Bratysławie, ta sama, która pluskała i pieściła ręce Nadzi, Adeli i Branka? Robiło się coraz ciemniej, a od strony rzeki ciągnął chłód. Zmęczony wałęsałem się bez celu po ulicach, aż stanąłem przed błyszczącymi, jasno oświetlonymi oknami kawiarni „Cafe Westbad”. Z głębi dolatywał dźwięk słodkiej melodii cygańskiej. Po chwili siedziałem przy stoliku, na którym pojawiła się butelka prawdziwego tokaju. Cicho grała muzyka miłosne pieśni. Zamówiłem kolację i oddałem się rozmyślaniom. Dzisiaj piję tokaj, słucham pięknej muzyki, patrzę na siedzące obok przy stolikach piękne kobiety, a co mnie czeka jutro: wojna, może śmierć lub kalectwo? Z jednej strony kusiły mnie kobiety, wino, cygańska muzyka, komfort życia, niewykorzystane dolary i młodość. Z drugiej strony wzywał mnie kraj. Wiedziałem, że droga moja na północ będzie ciężka, więc czy nie lepiej pojechać na południe? Do słonecznej Bułgarii, do Nadzi, która cała pałała najczystszą miłością do mnie. Czy mogę wybrać łatwiejszą drogę?

Dopijałem butelkę doskonałego tokaju. Dochodziła północ - do odjazdu pociągu pozostała tylko godzina. Nie ma co dłużej zwlekać - przede wszystkim obowiązek. Złapałem przejeżdżającą taksówkę, którą pojechałem odebrać swoje rzeczy ze schroniska i wkrótce znalazłem się na budapeszteńskim dworcu. W kasie kupiłem bilet do polskiej granicy i po kilkunastu minutach znalazłem się w pociągu, mającym zawieźć mnie do Polski. Byłem tak bardzo zmęczony, że kołysanie pociągu wkrótce sprawiło, że zasnąłem. Obudziłem się dopiero nad ranem. Pociąg biegł po szynach rytmicznie, słychać było stuk kół o szyny. W głowie moje myśli wirowały i zmieniały się szybko, jak w kalejdoskopie. Wczesnym rankiem dojechaliśmy do Muhaczewa - stolicy Rusi Zakarpackiej. Dostrzegłem obielone budynki stacyjne. A jeszcze niedawno czerwieniła się tutaj polska krew. Przypomniały mi się nie tak odległe czasy, gdy nasi koledzy-studenci ze Lwowa byli wysyłani na Ruś Zakarpacką przez władze wojskowe do walki z Zakarpackimi Rusinami, dążącymi do osiągnięcia niepodległości. Nasi dywersanci walczyli z dążącym do swobody i niepodległości narodem. W interesie Polski przedwojennej leżała wspólna granica z Węgrami. W myśl tych założeń deptaliśmy siłą prawa innego narodu do wolności i niepotrzebnie w Muhaczewie przelała się krew.

Po niedługim postoju pociąg zaczął się piąć w górę, opuszczając dolinę Muhaczewską. Znowu otoczyły nas zielone lasy, nieduże pagórki i góry. Droga biegła na północ, mieliśmy przeciąć Karpaty i przez przełęcz w Ławocznie - dojechać do granicy polskiej. Słońce wschodziło czerwoną tarczą, przebijało się przez drobne chmurki i delikatną mgłę, która opadając w dół, wróżyła dobrą pogodę. Nadchodził świt, a z nim dzień. Był to 1 września 1939 roku.

Dojechaliśmy do polskiej granicy, na której pociąg zatrzymał się i przeszliśmy kontrolę paszportową i celną, a po półgodzinnym postoju pociąg odjechał w dalszą drogę do Lwowa.

Wracałem do kraju, pełen energii i zapału, przesiąknięty patriotyzmem, łudząc się w duchu, że może jeszcze jakiś cud odwróci od mojego kraju wielkie nieszczęście - wojnę.

Rozdział 3

Powrót do Lwowa. Wojna.

Na stacjach w Polsce wszędzie pełno było naszego wojska. Ruch w pociągu był duży, ciągle wsiadali i wysiadali nowi pasażerowie. W rozmowach bezustannie powtarzało się słowo - wojna. Był 1 września 1939 roku. Wojnę czuło się dosłownie w powietrzu. O godzinie 7-ej rano pociąg zajechał na dworzec główny we Lwowie.

Przyjechawszy do Lwowa, udałem się do mojego mieszkania przy ulicy Piekarskiej. Przywitał mnie tam gospodarz pan August Stadler. Umyłem się i po chwili siedziałem przy stole, pijąc białą kawę i zajadając bułeczki z masłem. Rozmowa nasza ciągle powracała do tematu wojny. Po krótkim odpoczynku postanowiłem pojechać na ulicę Stryjską, gdzie mieścił się sztab okręgu, aby zdać relację, co widziałem w Słowacji, o tych wielkich przygotowaniach Niemców do wojny z Polską.

Była godzina 8.45, gdy usłyszeliśmy potężny huk. Był to jakiś odgłos, przypominający mi warkot niemieckich samolotów, który słyszałem w Słowacji. Wyszliśmy przed gmach anatomii i spojrzeliśmy na niebo, gdzie bardzo wysoko leciały wśród białych barankowych, kłębiastych chmur, srebrne samoloty. Na skrzydłach samolotów ujrzeliśmy czarne krzyże. Nagle zobaczyliśmy, że od samolotów zaczęły odrywać się jakieś płaskie długie przedmioty, przypominające cygara. Po pewnej chwili usłyszeliśmy wybuchy. Były to pierwsze bomby, które spadły na Lwów. Ludzie nie spodziewali się bombardowania z powietrza otwartych miast, dlatego nikt nie chował się do domów. Pierwsze bombardowania Lwowa spowodowały duże straty w ludności. Było kilkaset osób zabitych i jeszcze więcej rannych. Do Zakładu Medycyny Sądowej przy ulicy Piekarskiej zaczęły zjeżdżać samochody i wozy konne, zwożąc ciała zabitych z ulic miasta. Po skończonym bombardowaniu i oglądnięciu ofiar w zakładzie, udałem się na ulice Stryjską, gdzie w niepozornej, małej willi znajdował się sztab południowej armii. Tam zaprowadzono mnie do kapitana Wnęka, któremu opowiedziałem, co widziałem w Słowacji. To, co mówiłem było nawet stenografowane przez stenografistkę. Po chwili do pokoju przyszedł jakiś major, potem jeszcze pułkownik. Do rozmowy jednak nie wtrącali się. Rozmowa trwała długo i była bardzo drobiazgowa. Na koniec poprosiłem, aby mnie wzięto do polskiego wojska. Major ucieszył się i powiedział, że skoro znam Słowację i jej język, to przydam się w sztabie armii. Ustaliliśmy, że o godzinie trzeciej rano następnego dnia kapitan Wnęk przyjedzie po mnie do domu. Miałem wyjechać do Jasła do pracy w sztabie armii południowej.

Była druga po południu i do wieczora miałem dużo czasu. Zaszedłem do restauracji Nowaka, gdzie po długim czekaniu dostałem obiad, który mi zupełnie nie smakował. Po obiedzie czułem się bardzo podle, dokuczał mi wyrostek robaczkowy, miałem kaszel i stan podgorączkowy. Postanowiłem odwiedzić po obiedzie swoją koleżankę Jadzię Woleńską i dowiedzieć się, co słychać we Lwowie, w którym nie byłem od dwóch miesięcy. Jadzia mieszkała niedaleko. Bardzo ucieszyła się z mego przybycia. Opowiedziałem jej o swoim pobycie w Słowacji i w Budapeszcie, a ona opowiadała mi, jak spędziła wakacje na wsi, a także o kolegach i o teatrze. Tak gawędziliśmy sobie po przyjacielsku, gdy nagle usłyszeliśmy warkot samolotów. Wyszliśmy z Jadzią na balkon i oglądaliśmy błękitne niebo. Stalowych samolotów nie widzieliśmy, chociaż wciąż słychać było ich warkot. W pewnej chwili coś kazało mi wziąć Jadzię za rękę i zaprowadzić ją do drugiego pokoju. Przeszliśmy przez pokój sypialny do stołowego, gdzie zwykle rozmawialiśmy. Nie zdążyliśmy jeszcze siąść, gdy usłyszeliśmy straszny huk i w pokoju zrobiło się ciemno od dymu i kurzu. Po chwili cieszyliśmy się oboje, że żyjemy. Nieduża bomba upadła na ulicę, zrywając balkon, na którym przed chwilą staliśmy. Po pewnym czasie przyszła mama Jadzi, która mnie zawsze serdecznie witała. I tym razem ucieszyła się z mojego przyjścia i zapytała, dlaczego tak źle wyglądam. Opowiedziałem, że czuję się bardzo źle i boli mnie brzuch. Wtedy Jadzia zaproponowała, że pójdzie naprzeciwko do ich przyjaciela doktora Lipskiego i zapyta się, czy mnie przyjmie i zbada?Po jej powrocie poszliśmy do doktora i ten długo mnie osłuchiwał, zbadał brzuch, spytał gdzie odczuwam bóle i nic specjalnego poza nieznacznym nieżytem oskrzeli nie stwierdził. Zaproponował, że przyrządzi dla mnie lekarstwo, jeżeli pójdziemy do kawiarni Roma. Poszliśmy i zajęliśmy miejsce przy wolnym stoliku. Zaraz podbiegł jeden z kelnerów, gdyż dr Lipski był tu stałym bywalcem i obsługa dobrze go znała. Dla Jadzi i dla siebie zamówił kawę z ciastkami tortowymi, a dla mnie wino grzane z dodatkiem jakichś ziół, jajek, goździków, cynamonu i innych przypraw. Napój podano mi gorący w półlitrowym kuflu. Doktor radził mi go jak najprędzej wypić, według niego lekarstwo to powinno być skuteczne. Wypiłem lekarstwo i pogawędziliśmy jeszcze trochę. Wkrótce rozstaliśmy się.

Przyszedłem do domu, nie chciałem jeść i od razu położyłem się do łóżka, gdyż byłem bardzo śpiący. Przespałem się ze dwie godziny i obudził mnie straszny ból brzucha. Ból był tak silny, że krzyczałem. Zmierzyłem sobie gorączkę i gdy zobaczyłem na termometrze 40ºC. wtedy przekonałem się, że sprawa nie jest błaha. Mój gospodarz Stadler sprowadził do mnie lekarza mieszkającego w tym samym budynku. Lekarz stwierdził ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Konieczna była operacja. Najbardziej zmartwiłem się, że nie będę mógł pojechać na front. Byłem przecież żołnierzem-ochotnikiem, na co otrzymałem dowód od majora. O godzinie trzeciej rano w dniu 3 września miałem pojechać do Jasła...

Jako żołnierz, poprosiłem, aby mnie zawieźli do szpitala wojskowego, znajdującego się przy ulicy Łyczakowskiej. W tym czasie niełatwo było znaleźć jakikolwiek środek transportu, jednak po długich poszukiwaniach mój gospodarz znalazł jakiś samochód, który zawiózł mnie do szpitala na Łyczakowie.

Po pobieżnym zbadaniu przez lekarza dyżurnego i stwierdzeniu ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego i po analizie krwi na białe ciałka, których ilość wynosiła 19000, postanowiono od razu w nocy mnie operować. Okazało się jednak, iż nie było przygotowanej jałowej bielizny chirurgicznej do operacji i postanowiono operację odłożyć do rana. Na brzuchu położono mi pęcherz z zimną wodą, którą co pewien czas zmieniano. W drugim dniu wojny w szpitalu już zaczęły występować braki. Nie było jałowej bielizny! Rano około 7-ej była krótka wizyta, którą robili dwaj lekarze powołani z rezerwy. Powiedzieli, abym się nie denerwował, gdyż zaraz mnie pierwszego wezmą na operację. Zrobiono mi zastrzyk i o godzinie 8-ej położono na wózek i zawieziono na salę operacyjną. Założono mi maskę na usta i lano na nią eter i kazano liczyć. Bardzo bałem się tego momentu narkozy, aby nie opowiadać w narkozie jakichś niepotrzebnych historii, ale doliczyłem tylko do 19-tu i uczułem, że gdzieś lecę w jakąś wielką przepaść!!!!! Więcej nic nie pamiętałem.

Obudziłem się już na dużej jasnej sali, gdzie było oprócz mnie kilkunastu innych chorych, także po operacji. Koło południa odwiedzili mnie obaj chirurdzy w randze poruczników, którzy uśmiechnęli się do mnie mówiąc, że mam wielkie szczęście. Operacja została wykonana dosłownie w ostatniej chwili. Śmiali się ze mnie, że w czasie operacji pod narkozą wiele naopowiadałem. Po południu odwiedził mnie mój gospodarz Stadler i opowiedział, że rano przyjechał po mnie kapitan Wnęk - śpieszyło mu się bardzo, gdyż jazda możliwa była tylko nocą i wczesnym rankiem, bo w dzień szosy są stale nękane przez niemieckie lotnictwo. Kapitan Wnęk pozdrawiał mnie i wyraził nadzieję, że po moim wyzdrowieniu, jeszcze się zobaczymy. Kazał mi się zgłosić wtedy na ulicę Stryjską.

3 września upłynął w szpitalu stosunkowo spokojnie. Gorzej było w dniach następnych, począwszy od rana 4 września naloty niemieckiego lotnictwa następowały prawie codziennie, czasem nawet po kilka razy dziennie. Samoloty niemieckie latały zupełnie nisko, nic sobie nie robiąc z naszej obrony przeciwlotniczej, która faktycznie nie istniała. Nie widać też było zupełnie naszych samolotów. W powietrzu całkowicie panowały samoloty z czarnymi krzyżami. Szpital na Łyczakowie, mimo, że na dachach budynków były wymalowane emblematy czerwonego krzyża, stanowił dogodny cel ataków. Bomby wielokrotnie spadały na teren szpitala. Od strasznego huku bolały nas uszy. Jedna z bomb trafiła w budynek szpitala i eksplodowała na drugim piętrze, zabijając i raniąc wielu chorych. Spowodowała też pożar, który na szczęście został ugaszony. Komendant szpitala wydał rozkaz, aby na czas nalotów, chorych i rannych znoszono lub sprowadzano na parter i do piwnic. Ja postanowiłem nigdzie się z sali nie ruszać, gdyż czułem się zbyt słabym, aby kilka razy dziennie schodzić i wychodzić po schodach. W czasie nalotów nakrywałem się kocem wraz z głową i modliłem się głośno do Matki Bożej odmawiając „Pod Twoją obronę uciekamy się święta Boża Rodzicielko...”, prosząc o wstawiennictwo do Boga. Modlitwy tej nauczyła mnie moja Matka i święcie wierzyłem, że jedynie Jej wstawiennictwo może mi pomóc w najkrytyczniejszych momentach mojego życia.

Moi towarzysze niedoli, przeważnie żołnierze po operacji przepukliny, z trudem podnosili się z łóżek i na czas nalotów schodzili w dół - w sali pozostawałem sam. Naloty zdezorganizowały normalną pracę szpitala. Zaczęto zwozić coraz więcej rannych, których kładziono także na naszą salę. Byli to przeważnie ciężko ranni od wybuchów bomb. Obsługę szpitala stanowili lekarze wojskowi i rezerwiści oraz sanitariusze i pielęgniarki etatowe, a także z rezerwy, które skończyły kilkutygodniowe przeszkolenie. Były to przeważnie żony oficerów i inne panie z tak zwanego „towarzystwa”. Wymalowane, z lakierowanymi paznokciami i z włosami w lokach, prosto od fryzjera, zajmowały się przeważnie flirtem i asystowaniem lub „opieką” nad lekko rannymi, młodymi oficerami. Praca ich polegała na wypalaniu w czasie pracy kilkudziesięciu sztuk papierosów i czasem pomocy przy zmianie jakiegoś opatrunku. Właściwie żadna z nich nie miała czasu ażeby podejść do chorego lub ciężko rannego i służyć mu rzeczywistą pomocą. W pojęciu tych „sióstr wojennych” człowiek zaczynał się dopiero od stopnia podporucznika.

Przeleżałem jak łazarz kilka dni i pewnego wieczora zobaczyłem mojego ojca zbliżającego się do mojego łóżka. Był ubrany w mundur majora lekarza. Nasze powitania było bardzo serdeczne. Nie widzieliśmy się przecież od czerwca, a po moim powrocie do kraju w dniu 1 września poczta już właściwie nie funkcjonowała. Opowiadałem ojcu o swoich przygodach, ze względu jednak na otaczających nas chorych wypowiedzi moje były bardzo oględne. Ojciec cieszył się bardzo, że znalazł mnie w szpitalu po szczęśliwie odbytej operacji i że jestem już na dobrej drodze do wyzdrowienia. W krótkich słowach opowiedział mi o swoich dotychczasowych przejściach wojennych - otrzymał wezwanie mobilizacyjne i musiał stawić się w Przemyślu, gdzie dostał przydział na komendanta szpitala zakaźnego w Samborze. W Przemyślu zastał wielki nieporządek. Władze wojskowe kazały mu i innym zmobilizowanym lekarzom udać się pieszo do miasta Buska za Lwowem, gdzie miał być urządzony szpital, którego ojciec miał być komendantem. Pieszo, wraz z innymi lekarzami, ojciec poszedł do Lwowa. Tutaj zaszedł do mojego mieszkania i od pana Stadlera dowiedział się, że znajduję się w szpitalu wojskowym na Łyczakowie i jestem po operacji.

Ojciec będąc w Przemyślu odwiedził moją siostrę Irenę Rzepecką, żonę kapitana 4 Pułku Saperów. Siostra wraz z synem Zbyszkiem pozostali w Przemyślu zdrowi, a jej mąż kapitan Tadeusz Rzepecki wyszedł z pułkiem z Przemyśla w kierunku Stryja. (W późniejszym czasie kapitan Tadeusz Rzepecki znalazł się w wojsku polskim na zachodzie i walczył we Francji i we Włoszech). Ojciec poszedł później do miasta i przyniósł mi winogrona, z których sok chciwie wypijałem. Późnym wieczorem ojciec pożegnał się ze mną, gdyż musiał pomaszerować dalej do Buska. Przed pożegnaniem zostawił mi sto złotych, mówiąc, że nie ma wiele pieniędzy. Ja pozostałem w szpitalu. Było to 10 września.

13 września w szpitalu wojskowym od samego rana nastąpił wielki ruch. Zaczęto mówić o ewakuacji lżej rannych i wypisywano rekonwalescentów, nakazując im udać się na wschód. Niemcy podeszli pod Lwów od zachodu i zaczęli ostrzeliwać miasto ogniem artyleryjskim. W szpitalu panował straszliwy bałagan. Zdecydowałem wypisać się ze szpitala i udać się do swojego mieszkania na Piekarskiej. Okazało się, że moje ubranie gdzieś zginęło, zapewne ktoś z chorych lub lekko rannych ubrał je i wyszedł ze szpitala. W magazynie panował taki nieporządek, że nikt nie mógł tam nic znaleźć. Poprosiłem pana Stadlera, który właśnie mnie odwiedził, aby przyniósł mi płaszcz. Gdy go otrzymałem, narzuciłem na bieliznę i w trepkach nałożonych na bose nogi, poszedłem powoli do domu. Nie zdołałem załatwić formalności, związanych z wypisaniem się ze szpitala, taki tam panował ruch i bałagan.

Wielokrotne naloty lotnictwa niemieckiego przemieniały życie w mieście w istne piekło. Jeden z oficerów powiedział mi „Nie widzisz pan, co się tutaj dzieje? Jak pan masz we Lwowie mieszkanie, to idź pan do niego, a później przyjdziesz i załatwisz formalności, jeżeli jeszcze będą potrzebne”.

Staliśmy wszyscy w przededniu całkowitej klęski. Nikt nie chciał uwierzyć, że trzynastego dnia wojny Niemcy znajdą się pod Lwowem. Niektórzy mówili, że armie nasze koncentrują się na wschód od Lwowa. Nikt w to jednak nie wierzył, bo przecież nie było gdzie się dalej cofać. Szedłem do domu bardzo przygnębiony. Po przyjściu położyłem się do łóżka i przespałem całą noc. Rano trzeba było zająć się jakąś pracą. We Lwowie wystąpiły już bardzo duże braki. W sklepach niewiele można było kupić. Największe niedobory były w żywności. Ubrałem się w swoje stare ubranie, wziąłem laskę i poszedłem do okolicznych sklepów zdobyć coś do jedzenia. Kupiłem trochę kaszy, makaronu i jakieś konserwy rybne. O stołowaniu się w jakiejś jadłodajni nie mogło być mowy, gdyż trzeba byłoby daleko chodzić do miasta, a bardzo silny ostrzał artyleryjski to uniemożliwiał. Pan Gustaw Stadler dostał od żołnierzy białych sucharów i czarnej konserwowej kawy wraz z cukrem. Na śniadanie gotowaliśmy kawę i piliśmy ją zagryzając sucharami, a na obiad przyrządzaliśmy kaszę lub makaron.

Mieszkałem w wysokiej suterenie budynku anatomii opisowej. W tym czasie przybyło nam lokatorów, gdyż uciekając przed bombardowaniem do suteren zeszli ze swoich mieszkań docent Marciniak z rodziną, dr Bronisław Chrzanowski z żoną i córką, przyszedł do nas również z ulicy Wyspiańskiego prof. Bolesław Jałowy z żoną i córką i wiele innych nieznanych mi osób. Wszyscy rozlokowali się w suterenie na długim środkowym korytarzu. Spano na siennikach, kozetkach przyniesionych z zakładów medycyny teoretycznej i z mieszkań prywatnych. Na parterze znajdował się wojskowy magazyn żywnościowy, gdzie złożone były paki z konserwami, sucharami, cukrem, kawą konserwową, papierosami i innymi bardzo cennymi rzeczami. Pan Gustaw często rozmawiał z podoficerem żywnościowym, poczęstował go kilka razy szklaneczką spirytusu, którego nie brakowało w zakładzie histologii i przynosił w zamian - od czasu do czasu - dobrą kawę, suchary i konserwy wojskowe. Gaz nie został wyłączony i mogliśmy przyrządzać ciepłe posiłki.

17 września wszystkich nas zelektryzowała wiadomość o przejściu naszej granicy przez armię sowiecką. Wiadomości były różne. Jedni mówili, że Rosjanie idą nam z pomocą, a drudzy, że zabierają nam nasze wschodnie ziemie. Wiedziałem, że to następował czwarty rozbiór Polski, dokładanie uzgodniony w umowie niemiecko-rosyjskiej podpisanej przez Mołotowa i Ribentroppa w Berlinie. Pisały o tym zresztą gazety zachodnioeuropejskie, które czytałem w Bratysławie. Przekroczenie naszej wschodniej granicy przez wojska sowieckie wszystkim otworzyło oczy, że to koniec i nasza klęska jest kwestią najbliższych dni. Polska nie była w stanie walczyć na dwa fronty.

Zaczęły się ogonki