Moja droga do nowego życia - Dominika Gwit - ebook + książka

Moja droga do nowego życia ebook

Dominika Gwit

0,0

Opis

Cała Polska śledziła, jak popularna aktorka i dziennikarka Dominika Gwit, znana z „Przepisu na życie”, „Na dobre i na złe”, „Singielki” oraz „Odważ(o)nych”, walczyła z otyłością. Gdy ta tryskająca radością życia dziewczyna schudła ponad 50 kg, olśniła widzów swoją spektakularną przemianą. Media huczały, portale plotkarskie zaliczały tysiące odsłon, zaś złośliwi tylko czekali, aż dosięgnie ją efekt jo-jo. Teraz głos zabiera sama Dominika i opowiada historię, w której odnajdzie się każda osoba walcząca z cyferkami na wadze. Jej słowa pomogą również bliskim każdego „grubaska” zrozumieć jego wewnętrzne zmagania.

Autorka wyznaje, co zmotywowało ją do zmian, w jaki sposób schudła i dlaczego, mimo że nie jest już szczupła, czuje, że osiągnęła swój cel. Wyznaje też, w jaki sposób osiągnęła zawodowy sukces, choć życie nie raz rzucało jej kłody pod nogi.

Książka Gwit zachęca nie tylko do zmian w trybie życia, ale do zastanowienia się nad swoim zdrowiem, poczuciem własnej wartości i życiowymi celami. Wyróżnione w tekście przemyślenia autorki mogą stać się drogowskazami dla każdego, kto skrycie marzy, by pójść w jej ślady. Publikację wzbogacają fotografie z różnych etapów życia Dominiki, w tym nigdy niepublikowane zdjęcia prywatne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 180

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Katarzyna Mojkowska

Redakcja: Maria Talar

Redakcja techniczna: Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Sławomira Gibka

Na okładce zostało wykorzystane zdjęcie

© PAP/STACH LESZCZYŃSKI

© for the text by Dominika Gwit

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0264-6

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

Wstęp

Żywienie to życie

Nigdy nie przypuszczałam, że napiszę jakąkolwiek książkę. Tym bardziej w wieku dwudziestu siedmiu lat. Zawsze uważałam, że książki powinni pisać ludzie, którzy mają coś naprawdę ważnego do powiedzenia. Chcą coś światu przekazać. Dlatego, gdy wydawnictwo MUZA zwróciło się do mnie z propozycją popełnienia tego „dzieła”, miałam poważne wątpliwości, czy to dobry pomysł. Po jakimś czasie zaczęłam się jednak zastanawiać. Przez ostatnie dwa lata zmieniłam całe swoje życie. Przeprowadziłam się, zaczęłam nową pracę, schudłam 50, a później znów przytyłam 25 kilogramów. O ile te pierwsze informacje mało kogo obchodzą, to okazało się, że pozostałe poruszyły nieco opinię publiczną. W efekcie od wielu miesięcy otrzymuję setki wiadomości od osób walczących ze zbędnymi kilogramami, oraz od tych, które niszczy otyłość. Wydało mi się, że skoro temat jest tak szeroko dyskutowany, a moja skrzynka odbiorcza pęka w szwach, chyba można uznać tę kwestię za ważną.

Listy, które otrzymuję, są bardzo różne i pochodzą od rozmaitych osób: młodszych, starszych, mężczyzn, kobiet, z wielkich miast i niewielkich wiosek… Za każdą z tych osób kryje się inna historia. Łączy je natomiast jeden cel – walka z otyłością, swoją lub bliskich. W tych wiadomościach często padają prośby o pomoc, wsparcie, motywację, a także przykładowy jadłospis czy plan treningowy.

Tych ostatnich próśb nie mogę jednak spełnić – nie dlatego, że nie chcę. Ale dobrze wiem, jak ważne jest, aby dieta była dobrana indywidualnie do każdej osoby pragnącej się odchudzać.

Każdy organizm jest inny, dlatego też ustaleniem jadłospisu i zestawu ćwiczeń zawsze powinien się zająć profesjonalista, ktoś, kto ma wiedzę, doświadczenie i wykształcenie w zakresie żywienia.

Tak więc prośby o jadłospis są dla mnie zawsze dużym kłopotem, ponieważ bardzo chciałabym pomóc, ale nie mogę. Żywienie to życie. Nie mogę więc wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. Wiem, że moja dieta dostosowana była konkretnie do mojego organizmu, ktoś inny więc mógłby zrobić sobie nią krzywdę. W ważnych dla nas sprawach, które wymagają wiele pracy, determinacji, zaangażowania i czasu, zazwyczaj odruchowo dążymy do tego, by uprościć sobie życie. Niestety, za taką „drogę na skróty” możemy zapłacić wysoką cenę. Bardzo dobrze to wiem. Poza tym nie chodzi tu o samą dietę, ale o sposób żywienia, który powinniśmy zmienić się raz na zawsze. Trzeba uruchomić w sobie wszelkie pokłady silnej woli, której nie złamie wielki egzamin naszej wytrwałości – pierwszy głód na diecie odchudzającej. To do tego momentu zazwyczaj starcza zapału. Przetrwanie chrztu bojowego to ogromny krok na drodze do nowego życia – wielki powód do dumy! Musimy pamiętać, że dieta towarzyszy nam nie tylko fizycznie i psychicznie – w grę wchodzi także fizjologia. Organizm będzie domagał się powrotu do starego, „wygodnego” trybu życia, i tylko od nas zależy, czy z nim wygramy. A nagrodą jest nie tylko szczuplejsza sylwetka i mniejszy rozmiar spodni – jest nią przede wszystkim świetna forma, sprawność i zdrowie!

Prośby o porady dietetyczne zawsze wzbudzają we mnie spore emocje, dlatego proszę, wybacz mi Drogi Czytelniku, że odeszłam od tematu. Wracając jednak do propozycji Wydawnictwa, po namyśle stwierdziłam, że taka książka mogłaby być odpowiedzią na wszystkie te wspaniałe, często wzruszające wiadomości, które otrzymuję. Wiem, że tylko otyły zrozumie otyłego i szalenie cenię sobie szczerość oraz zaufanie osób, które zdecydowały się opisać mi swoją historię i zwierzyć się z potężnego, często wstydliwego problemu, jakim są zbędne kilogramy.

To, co mogę Ci dać, to własna historia, która dla mnie jest dowodem na to, że nie warto się poddawać w żadnej sferze życia.

Przede wszystkim jednak trzeba zrozumieć siebie. Dowiedzieć się, co tak naprawdę da nam szczęście. Dlatego jeśli masz ochotę, Drogi Czytelniku, poznać tę historię, zapraszam do lektury.

Być może pamiętasz mnie z Przepisu na życie, gdzie grałam Zośkę, „Grubą” – to przezwisko było nieprzypadkowe. Nie tylko moja bohaterka, ale i ja sama dobrze wiem, czym jest otyłość. Dobrze wiem, jak z bezsilności codziennie godzimy się z jej koszmarem. Ciało nas ogranicza, mamy problemy ze schylaniem się, uda nas pieką od ocierania się o siebie, a spodnie często są przetarte, nie wspominając już o rajstopach. Spojrzenia przechodniów zawsze wydają się nam jednoznaczne, a sami już dawno przestaliśmy patrzeć na swoje odbicie.

Bardzo często odwracałam się od lustra. W pewnym momencie stało się ono moim wrogiem. Zwłaszcza po kąpieli. W ubraniu jeszcze jakoś dało się wytrzymać, ale otyłość obnażona była nie do zniesienia. Pamiętam, jak wielki wstyd czułam przed samą sobą. Tym bardziej, że kiedyś już udało mi się schudnąć!

Pamiętam ten sukces doskonale, bo była to wielka odmiana. Pulchna byłam przecież od dziecka, a z wiekiem stałam się po prostu gruba. Tyłam właściwie z roku na rok. Najbardziej przytyłam rok po maturze, gdy wyjechałam na studia. Owszem, między innymi dzięki zbędnym kilogramom zagrałam w Galeriankach i wszystko było w porządku, w pewnym momencie nadwaga była jednak naprawdę zbyt duża. Postanowiłam to zmienić! W styczniu 2009 roku, po swojej pierwszej roli w filmie, niesiona falą życiowego sukcesu udałam się do dietetyczki. W pół roku schudłam 25 kilogramów. Owszem, przez kilka miesięcy w swoim życiu byłam szczupła… Pani dietetyk zalecała treningi i rozpisała plan specjalnego „wyprowadzania z diety”, aby zapobiec efektowi jo-jo. Mnie się jednak wydawało, że jestem mądrzejsza. Zachłysnęłam się sukcesem i po pięciu latach ważyłam 104 kg – dokładnie 15 kg więcej niż wtedy, gdy poszłam do pani dietetyk. Zupełnie bez sensu.

Pierwszą reakcją była złość na samą siebie. Nie chciałam patrzeć na zdjęcia, na których jestem szczupła, było mi przykro i nie mogłam się pogodzić z takim stanem rzeczy. Teraz wiem, że nie było o co kruszyć kopii. Mogę powiedzieć, że w tamtym czasie umysł nie nadążył za ciałem – choć było szczupłe, to mnie zabrakło sił na zupełną zmianę myślenia. Cały czas uważałam, że tylko smukła sylwetka da mi szczęście. Dziś już wiem, co jest dla mnie dobre.

Kluczem jest nie tylko rozsądne odżywianie i sport, ale przede wszystkim zrozumienie siebie i połączenie ciała z umysłem, dotarcie do wewnętrznej siły, która pozwoli w końcu wytrwać w postanowieniu – na co potrzeba różnorodnych prób.

Nie można załamywać się po jakichkolwiek niepowodzeniach. To nie porażka, to lekcja! A największym sukcesem jest rozwój i wdrażanie zdobytej wiedzy w życie. Ja wiele z tej lekcji wyniosłam.

Mam do siebie duży dystans. Zawsze uważałam, że trzeba się dobrze czuć we własnym ciele. Denerwuje mnie kult chudości, to, że media niemal nakazują ludziom ładnie i szczupło wyglądać. Niech każdy będzie taki, jaki chce być! Zawsze to powtarzałam.

Człowiek musi się dobrze czuć we własnym ciele!

W końcu, gdy kilogramy powoli wracały, doszłam do wniosku, że tak widocznie musi być. Zawsze byłam pączkiem, nie będę już więc z tym walczyć. To wymaga ode mnie za dużo pracy! A nie było przecież tak źle. Dobrze się czułam, dostałam rolę w Przepisie na życie, studiowałam, pracowałam w Polskiej Agencji Prasowej. Wszystko było w porządku. Rozwijałam się zawodowo i właściwie całkowicie skupiłam na studiach oraz pracy. Przestałam zwracać uwagę na to, jak wyglądam. Do czasu…

W maju 2012 roku po długiej przerwie stanęłam na wadze. To był moment, w którym po prostu całkowicie przestałam panować nad sytuacją. Wiedziałam, że jest już źle. Ciało zaczęło mnie ograniczać i nie czułam się ze sobą komfortowo. I właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłam na wadze trzy cyferki. Bardzo mnie to zabolało. Uświadomiłam sobie, że całkowicie straciłam kontrolę nad swoją wagą, a dystans do siebie zmalał. Dotarło do mnie, że od czasu, kiedy schudłam w 2009 roku, przytyłam z powrotem łącznie 40 kilogramów! Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić, że taka nadwaga zaczyna zagrażać zdrowiu. Nie miałam jednak na to siły. Było mi bardzo źle. Zwłaszcza że wiedziałam, jak bardzo martwią się o mnie rodzice. Zaczęło być mi wstyd przed nimi i przed sobą samą. Kolejne dwa lata były niezwykle ciężkie. Dosłownie i w przenośni.

Dobrze wiem, czym jest otyłość. Nie dotyczy ona tylko naszej fizyczności, oj nie. Skupia się przede wszystkim na psychice. Pożera nas od środka.

Kiedy jesteśmy otyli, jedzenie staje się naszą największą przyjemnością, bo wiele innych rzeczy przestaje nas cieszyć. Jemy, a później jesteśmy na siebie źli. Jemy, bo często nie pozostaje nam już nic innego. Nie mieścimy się w ulubione ciuchy, spacery z rodziną i przyjaciółmi stają się dla nas uciążliwe, ciągle mamy zadyszkę, a upalne dni są jak bardzo zły sen. Lato to trudna pora roku dla otyłych. Nie ma kurtek, za którymi można się schować, a wakacje nad morzem to niezbyt dobry pomysł. Plaża za bardzo obnaża. Poza tym – jest za gorąco, nie tylko z powodu pogody, ale i ubrań… Nawet nie jestem w stanie zliczyć dni, w których mimo upału chodziłam w długich spodniach i szerokich bluzkach z długim rękawem. Musiałam się zakryć. Sama przed sobą.

Być może ten wstęp okaże się dla wielu z Was, Drodzy Czytelnicy, zbyt obrazowy. Ale postanowiłam być szczera. Nie wstydzę się o tym mówić. Dziś już nie. Jestem otyła i taka będę zawsze.

Otyłość to choroba, o której trzeba mówić głośno. Można z nią wygrać tylko wtedy, gdy zmienimy myślenie o jedzeniu, aktywności fizycznej, swoim ciele, a przede wszystkim nauczymy się cieszyć życiem takim, jakie jest.

Życie to nie tylko jedzenie. Istnieją też inne rzeczy, które dadzą nam wiele przyjemności. Musimy tylko chcieć je poznać i nauczyć się z nich cieszyć.

Trzeba mieć na to siłę i zdrowo podejść do tematu. Zrozumieć siebie. Nie popadać w obsesję. Cała Polska śledziła moje zmagania z otyłością. Schudłam, a później znów przytyłam. Wszyscy patrzyli na moje spadające, a później rosnące kilogramy. Szukałam złotego środka, szukałam siebie. Całe życie myślałam, że gdy będę chuda, będę szczęśliwsza. Okazało się inaczej. Otyłość zniszczyła mnie psychicznie, całkowicie. W końcu po długiej i ciężkiej walce zrozumiałam, co jest dla mnie ważne. Nauczyłam się żyć od nowa. Inaczej. Ze zdrowym ciałem i umysłem. Nie chuda i nie otyła. Z normalnym podejściem do jedzenia i świadomością, że najważniejsze jest to, by dobrze czuć się we własnym i przede wszystkim zdrowym ciele.

Chcąc podziękować za wszystkie listy i opowiedziane mi historie, przyjęłam propozycję wydawnictwa MUZA. Odpowiem na nie tą książką. Opiszę swoją historię. Jeżeli miałoby to pomóc choć jednej osobie na świecie, zrobię to, bo wiem, że warto!

Część I Moja otyłość

Od wcześniaka do dorodnego przedszkolaka

Historia mojej otyłości sięga właściwie dnia moich narodzin. Dwudziestego drugiego czerwca 1988 roku moja mama trafiła na porodówkę pięć tygodni przed terminem. Miałam przyjść na świat 5 sierpnia, ewidentnie mi się jednak spieszyło. Notabene siedem lat później tego właśnie dnia, z kolei spóźniony o dwa tygodnie, urodził się mój młodszy brat Daniel. I to nas właśnie różni. Ja do dziś wszędzie się spieszę i wszystko robię szybko. Jem także, niestety. Wracając jednak do dnia narodzin. Było ze mną kiepsko. Miałam dwa punkty w skali APGAR, wylew podpajeczynówkowy, byłam sina i w pierwszych chwilach po porodzie miałam bardzo słaby oddech. Ale biło mi serce. Ważyłam nieco ponad dwa kilogramy. W tym schyłkowym okresie PRL kondycja służby zdrowia sprawiała, że dziecko urodzone w takim stanie miało małe szanse na przeżycie. Byłam pierwszym dzieckiem moich rodziców i chyba nie muszę nikomu opowiadać, co wtedy przeżywali. Mama była zrozpaczona. Trudno jest mi sobie wyobrazić jej cierpienie, tym bardziej że, gdy się urodziłam, miała dokładnie tyle lat, ile ja mam teraz.

Miesiąc leżałam w inkubatorze. Na szczęście jednak udało się mnie uratować. Przez pierwsze dni życia byłam karmiona przez kroplówkę. Po pewnym czasie zaczęłam przyjmować pokarm i lekarze byli zgodni co do tego, że tylko dzięki temu przeżyłam. Apetyt podobno zaczął mi bardzo dopisywać, gdy tylko po raz pierwszy poczułam smak jedzenia. Powolutku rosłam i rozwijałam się, choć na początku wolniej niż inne dzieci w moim wieku. Ale to normalne u wcześniaków.

Wiele osób w mojej rodzinie ma tendencję do przybierania na wadze. To nie należy do rzadkości – pewnie wielu z Was słyszało, że w Waszej rodzinie „całe życie trzeba się pilnować”.

Tak zawsze mówiła moja, świętej pamięci, babcia i tak też mówi moja mama. Żadna z nich nigdy jednak nie była otyła. Ja byłam. A właściwie cały czas jestem i będę już do końca życia. Mama mówi, że zaczęła mnie przekarmiać w związku z tym, jak duże kłopoty były ze mną w pierwszych miesiącach życia. Chciała pokazać światu, że żyję, że jestem zdrowa, i cieszyła się, że jem. Wcale się jej nie dziwię! Na jej miejscu też bym się cieszyła z tego, że dziecko chce jeść i ma apetyt! Dziś moja mama oczywiście ciągle powtarza, że gdyby wówczas miała taką wiedzę, jaką ma teraz, postępowałaby inaczej i zwracałaby większą uwagę na to, ile i co jem. A w pewnym momencie zaczęłam jeść dużo więcej niż inne dzieci w moim wieku… Wówczas jednak nikomu nie przyszło do głowy, żeby odmawiać dziecku jedzenia. W naszej kulturze karmienie kojarzy się z okazywaniem miłości, a jej w mojej rodzinie nigdy nie brakowało.

Odkąd więc pamiętam, zawsze byłam pulchna. Już na zdjęciach i filmikach z moich pierwszych urodzin widać, jakie miałam słodkie „pucie”. Okrągła twarz to zawsze był mój znak rozpoznawczy. W przedszkolu byłam klopsem. Lubiłam jeść. Nigdy nie zostawiałam nic na talerzu, a wiele dzieci nie dojadało swoich porcji. Pamiętam, że nie potrafiłam tego zrozumieć. Jak można nie zjeść do końca takich naleśników? Oj tak… Smak naleśników z przedszkola pamiętam do dziś. Były polane taką pyszną, waniliową polewą. Zdolne mieliśmy kucharki w przedszkolu, nie ma co! Pamiętam też pyszny chleb z dżemem na śniadanie i kotlety mielone na obiad. Pychota! Te potrawy utkwiły mi w pamięci. Zwracałam uwagę na jedzenie właściwie od zawsze. Miałam apetyt!

Czasy przedszkola to także poznawanie smaków kuchni mojej babci. Pierogi, łazanki, naleśniki. Oj tak. Uwielbiałam wszystko, co mączne. Zawsze cieszyłam się na spotkania rodzinne, bo wiedziałam, że babcia upichci coś pysznego. Przepadałam też za zupami. Mama mówi, że dzięki mnie nauczyła się je gotować, bo tak bardzo je lubiłam. I do dziś lubię! Tylko nie robię ich z czystego lenistwa… W ogóle marna ze mnie kucharka, właściwie żadna. Na szczęście jednak, żeby jeść zdrowo, nie trzeba wielkich umiejętności kulinarnych. Ale o tym później.

Zawsze byłam większa niż moi rówieśnicy, zwłaszcza w szkole podstawowej.

W pewnym momencie zaczęłam bowiem szybko rosnąć. Nie dość, że byłam pulchna, to jeszcze najwyższa w klasie! Później na szczęście, a może i (ze względu na kilogramy) na nieszczęście, przestałam rosnąć i z najwyższej stałam się jedną z niższych w klasie. Mam bowiem 158 cm wzrostu. Właściwie nie jest źle, ale gdybym miała z pięć centymetrów więcej, to też bym się nie obraziła. Na szczęście nie przeżywałam jakiejś wielkiej traumy z powodu tego, że byłam grubsza i wyższa od innych dzieci w klasie. W szkole podstawowej raczej nikt się ze mnie nie śmiał, a przynajmniej nie pamiętam wielu takich sytuacji; czasem się zdarzały, ale jakoś bardzo się tym nie przejmowałam. Bardziej dotknął mnie komentarz trenerki od karate, na które przez kilka miesięcy chodziłam w podstawówce. Pamiętam do dziś, jak w szatni śmiała się ze mnie, że rosnę wszerz, a nie wzwyż. Przykro mi się wtedy zrobiło. Nawet bardzo.

Mimo wszystko jako dziecko wstydziłam się swojej wagi. Choć do pewnego momentu nie kojarzyłam dodatkowych kilogramów z tym, że lubię jeść. Pamiętam, jak w szkole podstawowej otworzyli sklepik. Biegałyśmy do niego z dziewczynami niemal na każdej przerwie. Chipsy, drożdżówki, słodkie napoje, cukierki. Raj! Dużo tego jadłam mimo obiadów, które rodzice wykupili mi w szkole. W ogóle jako dziecko uwielbiałam niezdrowe przekąski. Chipsy w szczególności. Mój tata przez wiele lat pracował w Niemczech i przywoził stamtąd dużo chipsów, soczków i czekolad. Często je podjadałam.

W podstawówce mama zapisała mnie na basen, na który chodziłam w każdy piątek. Zawsze lubiłam pływać.

Pamiętam też te wieczory, kiedy wracałam z basenu. Najpierw dostawałam kolację, a później zakradałam się do spiżarni, brałam dużą paczkę chipsów i zamykałam się w pokoju, pałaszując ze smakiem.

W pewnym momencie zaczęłam mieć wyrzuty sumienia. Wiele takich „akcji” przeprowadzałam przecież w tajemnicy przed rodzicami. Mama i tata bowiem szybko zaczęli martwić się o moje zdrowie. Poszli ze mną nawet do dietetyka, ale oczywiście, przy moim wielkim apetycie mimo starań rodziców, z diety wyszło tyle, co nic.

Jako dziesięciolatka już dobrze wiedziałam, że dodatkowe kilogramy to wina objadania się. Ale nie umiałam się powstrzymać! Uwielbiałam jeść.

I tak mijały moje dziecięce lata. Szkoła, koleżanki, wakacje z dziadkami i kuzynostwem oraz smakołyki. Uważam, że miałam naprawdę udane dzieciństwo. Pochodzę znad morza. Urodziłam się w Gdyni, a mój cudowny rodzinny dom znajduje się 15 km od tego małego, uroczego, a zarazem szalenie nowoczesnego miasta. Rodzice i dziadkowe zawsze bardzo dbali o to, byśmy razem z kuzynostwem (siostra mamy ma dwóch synów w moim wieku) mieli udane wakacje. Góry, Kaszuby. Co roku gdzieś jeździliśmy. Często wyprawialiśmy się też na plażę do Karwi, Dębek, Władysławowa, na Hel lub nad jezioro do Perlinka – miejscowości, w której siostra babci ma domek letniskowy. Zbieranie grzybów z dziadkiem i łowienie ryb z wujkiem… To były rozrywki! Uwielbiałam wakacje!

Mam naprawdę dużo cudownych wspomnień z dzieciństwa. Jednym z nich jest oczywiście smak usmażonych, wcześniej własnoręcznie złowionych okoni. Tak, tak… Miałam swoją wędkę. Nasi rodzice zakupili specjalne małe wędki dla każdego z nas. Trzy szkraby i wujek na rybach… To musiał być przeuroczy widok! Pamiętam, że kiedyś w Łubianie – małej miejscowości na Kaszubach – wujek prawie złowił węgorza. W ostatniej chwili mu jednak uciekł. Szkoda, bo pewnie poznałabym smak tej ryby, a tak jakoś nigdy nie miałam okazji jej spróbować. Później, już jako nastolatka, a potem studentka, nie lubiłam ryb w ogóle. Zaczęłam je znów jeść dopiero teraz, dzięki diecie. Właściwie nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie jadłam ryb przez tyle lat. To przecież samo zdrowie!

Wróćmy jednak do okresu dzieciństwa i smaków, które zeń pamiętam. Jednym z moich ulubionych miejsc, do których jeździliśmy latem z rodzicami i dziadkami, była Iława. Mamy tam rodzinę. Zawsze w sierpniu odbywa się rodzinna uroczystość i nie muszę chyba dodawać, że stoły wtedy się uginają. Teraz jeżdżę do Iławy bardzo rzadko. Jako dziecko bywałam tam jednak regularnie i z wypiekami na twarzy pałaszowałam rosół i kotlety, a także pyszne ciasta. Ciocia Stasia naprawdę świetnie gotuje. To miasto kojarzy mi się przede wszystkim z tym pysznym rosołem… Smaki i zapachy jedzenia z sierpniowych uroczystości w Iławie do końca życia pozostaną w mojej głowie. Najlepszym dowodem na to jest Boże Narodzenie w 2014 roku. Na gwiazdkę pojechaliśmy tam bowiem w odwiedziny do krewnych. Po wielu latach nieobecności weszłam do tego domu i… poczułam zapach rosołu cioci Stasi. Okazało się później, że rosołu nie było w świątecznym menu, ale dla mnie dom w Iławie już zawsze będzie pachniał tym daniem. Ot, taki sentyment.

Smaki z dzieciństwa to jedno z najfajniejszych wspomnień, ale chyba każdy z nas tak ma. Najwięcej z nich pochodzi oczywiście z kuchni babci i mamy.

Cudowne pierogi ruskie mojej babci, łazanki, naleśniki, kotlety z indyka nadziewane szynką i serem, świąteczne uszka… Oj tak, babcia była moją mistrzynią! Zawsze bardziej lubiłam słony smak od słodkiego, ale tort makowy z bakaliami i kolorową masą mojej babci, który robiła nam zawsze na urodziny, to był majstersztyk! Był naprawdę bardzo słodki, ale tak mi smakował, że mogłam jeść go łyżkami! Teraz, od kiedy nie ma babci, wszyscy zajadają się pysznymi ciastami mojej mamy, która, nie powiem, odziedziczyła talent. Sernik z polewą karmelową, piernik, mazurek, orzechowiec. Mama umie upiec wszystko! Ale jako dziecko najbardziej lubiłam jej barszcz z kołdunami. Teraz już go nie robi, kiedyś jednak często gościł na naszym stole. Gdy nikt nie widział, zakradałam się do kuchni i wyjadałam z barszczu kołduny! Matko jedyna! Jak sobie to teraz przypominam, to się łapię za głowę! Jakim ja byłam obżartuchem!

Wśród dań świątecznych w wykonaniu mojej mamy ewidentnie królują pierogi na Boże Narodzenie oraz biała kiełbasa i jajka faszerowane na Wielkanoc. Oj tak. Zawsze się tym zajadałam. Oczywiście jedne i drugie święta nie mogą się obejść także bez kotletów de volaille. Pierś z kurczaka w panierce nadziewana serem lub masłem. Pychota! No i takie mam właśnie smaczne wspomnienia. Oczywiście większość z wymienionych wyżej potraw cały czas gości na naszych rodzinnych stołach. Mama lubi też jednak eksperymentować i często wzbogaca menu.

Wszystko pysznie i cudownie, jednak niestety, mijały lata mojego udanego dzieciństwa, a ja coraz bardziej tyłam.

I to nie dlatego, że rodzice mnie przekarmiali, ale że sama podżerałam na potęgę w tajemnicy przed bliskimi. Często chowałam się w spiżarni, jedząc w ukryciu, lub biegłam szybko do kuchni, gdy nikogo w niej nie było. Mama kilka razy mnie nakryła i wtedy czułam straszny wstyd. Mina mojej mamy w tych momentach zawsze mnie przerażała. Wyrażała wielkie niezadowolenie, ale przede wszystkim zmartwienie. I to było dla mnie najgorsze, nie umiałam jednak inaczej…

Apetyt na… życie!

Gimnazjum, podobnie jak podstawówka, stało pod znakiem podjadania. Niestety, miałam teraz też więcej okazji do obżarstwa, ponieważ moja nowa szkoła stała obok sklepu z pysznymi bułkami-pizzami. Nie wiem, ile ich zjadłam podczas trzyletniej edukacji. Ale na pewno ta liczba dziś doprowadziłaby mnie do zawału serca… Obok szkoły był także warzywniak, do którego zajrzałam kilka razy, gdy miałam nagły zryw na odchudzanie. Tak, tak. Gimnazjum to czas, w którym kilka razy postanawiałam, że wezmę się za siebie. Nic dziwnego. Byłam już po prostu gruba, a wśród dziewczyn w mojej klasie przeważały raczej szczupłe. Fajne ciuchy, modne fryzury, pierwsze kosmetyki, no i miłości… Wielokrotnie więc brałam się za odchudzanie. Diety ziemniaczana, słynna kopenhaska, warzywna. Latem jazda na rowerze, brzuszki. Chudłam czasem kilka, a czasem kilkanaście kilogramów, ale oczywiście zaraz tyłam z powrotem, często z nawiązką.

Nie