Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 202 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moja droga B. - Krystyna Janda

Nowy zbiór felietonów Krystyny Jandy, czytanych przez nią wcześniej w I Programie Polskiego Radia. Aktorka opowiada o swym własnym życiu z tym samym darem obserwacji, refleksji i autoironii, jaki zachwycił czytelników jej poprzedniego bestsellera „Gwiazdy mają czerwone pazury”. Janda nie dzieli spraw na "wielkie" i "małe": fascynuje ją i widok za oknem, i poezja Haliny Poświatowskiej. Najbardziej jednak sobie ceni spotkania z ludźmi – sławnymi, jak pewien reżyser, albo bezimiennymi, jak owdowiały portier czy mijany w drodze rowerzysta. Felietony Krystyny Jandy mają siłę przekonywania nie mniejszą niż jej wielkie kreacje aktorskie. A przy tym felietonom tym nie brak dystansu i humoru. Autorka uświadamia nam, jak niezwykłe mogą być zwykłe zdarzenia, jeśli tylko starczy nam na dostrzeżenie tego wrażliwości i wyobraźni. Jako ilustracje posłużyło kilkadziesiąt zdjęć z archiwum autorki.

 

Opinie o ebooku Moja droga B. - Krystyna Janda

Fragment ebooka Moja droga B. - Krystyna Janda

Kry­sty­na Jan­da

MOJA DRO­GA B.

Co­py­ri­ght © by Kry­sty­na Jan­da, MMXIII

Wy­da­nie II

War­sza­wa

Moja dro­ga B.! Ostat­nio z po­wo­du zu­peł­nie za­pcha­nej dro­gi do­ni­kąd, bo mój dom stoi przy dro­dze, któ­rej kre­sem są Skier­nie­wi­ce, czy­li „ni­kąd”, zna­la­złam so­bie cał­ko­wi­cie bez­sen­sow­ny skrót, to zna­czy ob­jazd, ale za to kom­plet­nie bez­lud­ny. Jadę go­dzi­na­mi do War­sza­wy i z War­sza­wy, bez­kre­sny­mi po­la­mi za­wia­ny­mi śnie­giem, ma­ły­mi śli­ski­mi dro­ga­mi, bło­ta­mi, zma­gam się z desz­cza­mi, wia­tra­mi i sa­mot­no­ścią, a w na­gro­dę nie uczest­ni­czę w cham­skim, bru­tal­nym wy­ści­gu, kto kogo, obo­wią­zu­ją­cym na zwy­kłej dro­dze, pro­wa­dzą­cej do „mat­ki kar­mi­ciel­ki”, czy­li War­sza­wy. Po­wiesz mi, że mogę jeź­dzić po­cią­giem albo ko­lej­ką, tak jak Ty. Owszem, moja dro­ga, tyl­ko że kie­dy ja wsia­dam do ko­lej­ki albo po­cią­gu, lu­dzie mnie za­cze­pia­ją, nie mó­wiąc już o tym, że chcą, że­bym im coś za­ła­twi­ła, bo prze­cież znam wszyst­kich. Cie­ka­we, jak so­bie z tym ra­dzi pan Zbi­gniew Bu­jak albo pan Alek­san­der Hall, któ­rych wie­lo­krot­nie wi­dzia­łam wsia­da­ją­cych do po­cią­gu w Mi­la­nów­ku; oni to do­pie­ro mu­szą się na­słu­chać. A Ty, moja ko­cha­na, mo­żesz so­bie jeź­dzić, czym chcesz, od rzeź­bia­rek, na­wet bar­dzo zdol­nych, nikt ni­cze­go nie chce, chy­ba że po­ka­żesz się kil­ka razy w te­le­wi­zji, ale wiem, że czu­jesz do tego wstręt, i do­sko­na­le Cię ro­zu­miem.

Wra­ca­jąc do mo­ich ba­ra­nów: wczo­raj je­cha­łam moim wietrz­nym, za­śnie­żo­nym skró­tem, czy­li ob­jaz­dem, i zo­ba­czy­łam po­chy­lo­ne­go nad ro­we­rem, dy­szą­ce­go, sa­mot­ne­go sta­re­go męż­czy­znę. Nie za­trzy­my­wał mnie, stał i cięż­ko od­dy­chał, ni­cze­go ode mnie nie chciał, mi­nę­łam go i po­je­cha­łam da­lej. By­łam spóź­nio­na, śpie­szy­łam się, cze­ka­ją na mnie, te­le­wi­zja, ra­dio, pu­blicz­ność, po­my­śla­łam. Nie mogę się za­trzy­my­wać przy każ­dym sta­rym czło­wie­ku i py­tać, co mu jest, tłu­ma­czy­łam so­bie z eg­zal­ta­cją. Po chwi­li do­pa­dły mnie na­tręt­ne my­śli. Ten czło­wiek umie­rał! To był po­czą­tek za­wa­łu! Po­win­nam była się za­trzy­mać. To bez­rad­ny sta­ru­szek, jest tu sam, w po­bli­żu nie ma żad­nych za­bu­do­wań. Nikt mu nie po­mo­że. Na tle nie­ba, dy­szą­cy cięż­ko, wy­glą­dał nie­sa­mo­wi­cie. W domu cze­ka na nie­go sta­ra żona. Są bied­ni. Stał nad czar­nym za­rdze­wia­łym ro­we­rem. Cie­ka­we, czy ma dzie­ci? Może jest sa­mot­ny, umrze i nikt go na­wet nie bę­dzie ża­ło­wał. Po­win­nam wró­cić. Nie chcę, boję się. Prze­cież­mam te­le­fon. Mogę za­dzwo­nić. Ja­kie są te alar­mo­we nu­me­ry? Po­go­to­wie! Ale co im po­wiem? Że w polu, w za­mie­ci śnież­nej, gdzieś pod War­sza­wą, chy­ba umie­ra czło­wiek? Do kogo za­dzwo­nić? Męża nie ma w Pol­sce. Boże! Prze­cież kie­dy do­cho­dzi do ja­kiej­kol­wiek kon­fron­ta­cji z ży­ciem, ja też je­stem zu­peł­nie sa­mot­na! Za­czę­łam za­wra­cać. Może leży i jest już nie­przy­tom­ny? Moim obo­wiąz­kiem jest go ra­to­wać, za­nim przy­je­dzie po­go­to­wie. Uci­skać ser­ce, ryt­micz­nie, moc­no, i wtła­czać po­wie­trze w jego sta­re usta. Brzy­dzę się, nie zro­bię tego. Nie po­tra­fię. Boję się. Boże, gdzie ja wła­ści­wie je­stem? Jak się na­zy­wa ta miej­sco­wość, to miej­sce, w któ­rym ży­cie ka­za­ło mi zda­wać eg­za­min? Po­go­to­wie nie przy­je­dzie od razu. Co z nim zro­bię sama? Je­cha­łam co­raz szyb­ciej. Nie wi­dzę go. Leży, pew­nie leży. Mu­szę wy­pa­try­wać prze­wró­co­ne­go czar­ne­go ro­we­ru. Przy­śpie­sza­łam. Nie wi­dzia­łam go. By­łam pew­na, że to tu­taj. Za­trzy­ma­łam sa­mo­chód i wy­sia­dłam. Ci­sza. Bia­ło. Pu­sto. Wietrz­no. Ni­ko­go. Pa­nie Boże, dzię­ku­ję Ci, że go nie ma. Że nie umarł. Od­je­chał. Zo­ba­czy­łam śla­dy kół ro­we­ro­wych. Po­fa­lo­wa­na, cha­rak­te­ry­stycz­na li­nia. Był pi­ja­ny. Jak do­brze.

Moja B., może moja opo­wieść śmie­szy Cię i nu­dzi, wy­da­je Ci się nie­waż­na i prze­sa­dzo­na, ale czy ro­zu­miesz, jak waż­ny był ten eg­za­min? Jak dzię­ko­wa­łam Bogu, że wró­ci­łam? Czy ro­zu­miesz, że dzię­ki temu mogę da­lej spo­koj­nie żyć i być sobą? Z dru­giej stro­ny, ła­ska­wy los nie eg­za­mi­no­wał mnie da­lej, nie ka­zał mi ob­my­wać jego stóp, ale to tyl­ko dla­te­go, że je­stem szczę­ścia­rą i że za­wsze mi się ja­koś uda­je, tak już w ży­ciu mam. A wte­dy, dzię­ki temu, że wró­ci­łam, mo­głam spo­koj­nie, de­ner­wu­jąc się już tyl­ko spóź­nie­niem, nie­zmie­nio­na, po­je­chać do War­sza­wy, spo­tkać się z ka­me­ra­mi, ludź­mi, pu­blicz­no­ścią! Dro­ga B., opi­sa­łam to zda­rze­nie, bo wy­da­je mi się waż­ne, a Cie­bie prze­pra­szam za pew­nie nud­ny list, ale mnie on był po­trzeb­ny. Ca­łu­ję. Dziś syl­we­ster, trzy dni temu pa­pież otwo­rzył drzwi do no­we­go ty­siąc­le­cia i nie mu­si­my już cho­dzić do­oko­ła, jak po­wie­dział je­den z mo­ich zna­jo­mych. Ju­tro, pierw­sze­go dnia 2000 roku, o szó­stej rano, cały świat za­cznie się mo­dlić o po­kój na świe­cie. Boże, co bę­dzie da­lej?

Two­ja K.

Moja dro­ga B.! Ży­czę Ci wszyst­kie­go do­bre­go w no­wym, dwu­ty­sięcz­nym roku. Dużo szczę­ścia!

Leżę w łóż­ku w Szwar­cwal­dzie, czy­li Czar­nym Le­sie, w Niem­czech. Jest dzie­wią­ta rano, so­bo­ta, pierw­szy stycz­nia dwu­ty­sięcz­ne­go roku, pierw­szy dzień no­we­go, ostat­nie­go roku w tym ty­siąc­le­ciu. Koło mnie leży mój mąż, w dru­gim po­ko­ju moje dzie­ci. Od szó­stej rano lu­dzie wszyst­kich wy­znań na ca­łym świe­cie mo­dlą się o po­kój na zie­mi. Koń­czy się naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ne, jak mó­wią, naj­okrut­niej­sze stu­le­cie w dzie­jach ludz­ko­ści. Uro­dzi­łam się w szczę­śli­wym mo­men­cie, w kra­ju, któ­ry już nie pa­mię­ta dru­giej woj­ny świa­to­wej, i na mo­ich oczach to­ta­li­tar­ny sys­tem, dła­wią­cy ten kraj, się skoń­czył. Żyję w wol­nym pań­stwie, któ­re, jak się wy­da­je, zmie­rza w do­brą, opty­mi­stycz­ną stro­nę. Zdo­by­łam po­wo­dze­nie, sła­wę i ta­kie pie­nią­dze, że star­cza mi spo­koj­nie do pierw­sze­go, a wię­cej wła­ści­wie nie chcia­ła­bym mieć, bo to kło­pot i nie­wo­la, no, może tyl­ko tro­chę wię­cej. Moje na­zwi­sko wid­nie­je w en­cy­klo­pe­diach fil­mo­wych ca­łe­go świa­ta, ale nie to jest waż­ne, tyl­ko ra­dość z pra­cy. Leżę, ci­sza, wszy­scy śpią po syl­we­stro­wej nocy. Pa­trzę na mój te­le­fon ko­mór­ko­wy, któ­ry mam pod ręką. Nikt nie za­dzwo­nił z ży­cze­nia­mi no­wo­rocz­ny­mi. W pa­mię­ci te­le­fo­nu znaj­du­je się czte­ry­sta na­zwisk lu­dzi, z któ­ry­mi je­stem w sta­łym kon­tak­cie. Przed pół­no­cą do­sta­łam dwa tek­sto­we po­zdro­wie­nia od pra­wie zu­peł­nie nie­zna­jo­mych osób, sze­fa No­kii, uro­cze­go pana Grze­go­rza Moż­dżyń­skie­go, i od pań­stwa Bo­chen­ków z Ka­to­wic. On jest wy­bit­nym kar­dio­chi­rur­giem, któ­ry nie­daw­no ura­to­wał ży­cie dwóm bar­dzo zna­czą­cym lu­dziom w moim ży­ciu, An­drze­jo­wi Waj­dzie i Er­ne­sto­wi Bryl­lo­wi, ona wspa­nia­łą dzien­ni­kar­ką, ko­bie­tą, czło­wie­kiem. Nie za­dzwo­nił, nie ode­zwał się nikt wię­cej. Wcze­śniej, wie­czo­rem, cór­ka i jed­na z przy­ja­ció­łek. Jesz­cze dwa dni temu gra­łam w War­sza­wie Mar­le­nę, okla­ski­wa­ło mnie wie­lu lu­dzi. Przy­cho­dzi­li do gar­de­ro­by, wzru­sze­ni. Pła­ka­łam.

Wsta­łam. Cho­dzę po uśpio­nym domu na­szych przy­ja­ciół. Za okna­mi bia­ły, nie­praw­do­po­dob­nie pięk­ny pej­zaż. Pa­trzę na sy­pią­cy śnieg. Niem­cy, pół go­dzi­ny od gra­ni­cy Szwaj­ca­rii, krok od gra­ni­cy Fran­cji. Pierw­szy dzień roku koń­czą­ce­go dwu­dzie­sty wiek. Cze­go mogę so­bie ży­czyć? – przy­cho­dzi mi do gło­wy py­ta­nie z pio­sen­ki Mar­le­ny Die­trich, śpie­wa­nej prze­ze mnie w spek­ta­klu, któ­ry gra­łam nie­daw­no... Za­znać paru chwil sło­dy­czy, z tor­tu szczę­ścia choć­by okruch zjeść, za­znać paru chwil sło­dy­czy i nie przy­zwy­cza­jać się... Tak, moja dro­ga B., nie przy­zwy­cza­jać się. Je­stem szczę­śli­wa, je­stem dziec­kiem szczę­ścia, ale nie wol­no my­śleć, że tak bę­dzie za­wsze, trze­ba się sta­rać, po­ma­gać szczę­ściu. Nie wie­rzyć w los, szczę­ście trze­ba so­bie wy­pra­co­wać, za­słu­żyć na nie, stwo­rzyć je. Cze­go mogę so­bie ży­czyć? Ni­cze­go. Żeby nie bo­la­ło, jak będę umie­rać, my­ślę z go­ry­czą, a poza tym waż­ni są w tej chwi­li tyl­ko inni, mam ży­cze­nia do­ty­czą­ce wy­łącz­nie in­nych, dzie­ci, świa­ta, ro­dzi­ny. Ja szczę­śli­wa już by­łam. O cho­le­ra! Co za na­strój! Co za dzień! Poza tym co dla mnie dziś zna­czy szczę­ście? Szczę­ście kie­dyś zna­czy­ło suk­ces, eks­pan­sję, dy­na­mi­kę, ruch, no­wo­ści, zmia­ny, na­wet dra­ma­tycz­ne, i wte­dy te­le­fon dzwo­nił bez prze­rwy. Te­raz szczę­ście to spo­kój, po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, brak wąt­pli­wo­ści, har­mo­nia, po­wta­rzal­ność, mą­drość i sta­bi­li­za­cja. Te­le­fon mil­czy. Po co to wszyst­ko pi­szę? Dla­cze­go się nad tym za­sta­na­wiam? Bo nie za­dzwo­ni­łaś. Wiem, skła­da­łaś mi ży­cze­nia przed wy­jaz­dem do Nie­miec, ale to nie to samo. Nikt nie za­dzwo­nił. A może to moja wina? Moja. Tak, moja. Za­sta­na­wiam się nad tym i uświa­da­miam so­bie, że nie moż­na być z każ­dym, nie moż­na być wszę­dzie, nie moż­na ro­bić wszyst­kie­go, ro­zu­mieć wszyst­kie­go. Co­raz czę­ściej ży­cie to świa­do­ma eli­mi­na­cja i tak jest do­brze! Za chwi­lę obu­dzą się moi bli­scy. Mąż i dwóch sy­nów, dzie­się­cio- i ośmio­let­ni, Boże! Ile jesz­cze ko­szul do upra­so­wa­nia, ja­jecz­nic do usma­że­nia, hi­sto­rii do opo­wie­dze­nia, roz­mów do od­by­cia, cho­inek do ozdo­bie­nia. Je­śli zro­bię choć­by tyl­ko tyle, nie zmar­nu­ję ży­cia. To wy­star­czy.

Moja dro­ga B., za­dzwo­nię do Cie­bie, do­pie­ro jak wró­cę, chcę być z nimi sama.

Two­ja K.

PS Przed chwi­lą za­uwa­ży­łam, że mój te­le­fon jest wy­łą­czo­ny. Nie pa­mię­tam, czy wy­łą­czy­łam i kie­dy.

Dro­ga B.!... Każ­dy ma pro­ble­my! Czy wiesz, ile cier­pień, nie­szczęść, roz­pa­czy jest wszę­dzie do­oko­ła Cie­bie? Za­sta­nów się, czy Two­je zwy­kłe pro­ble­my, bo nie są one, prze­pra­szam Cię, spe­cjal­nie ory­gi­nal­ne, to kło­po­ty, któ­re ma każ­dy, a więc czy to wszyst­ko jest war­te aż ta­kiej de­pre­sji i po­czu­cia wy­jąt­ko­wej nie­spra­wie­dli­wo­ści losu? Czy nie prze­sa­dzasz? Spójrz na sie­bie i na ten świat z lotu pta­ka! Do cho­le­ry! Po­myśl, przy­najm­niej trzy czwar­te lu­dzi na tym świe­cie ma go­rzej niż Ty!

Spo­tka­łam dziś ko­bie­tę z za­puch­nię­ty­mi, za­czer­wie­nio­ny­mi od pła­czu oczy­ma, sprze­da­wa­ła mi owo­ce. Za­py­ta­łam, co się sta­ło i czy moż­na jej po­móc, tak to już jest, do­pie­ro bez­po­śred­ni kon­takt z czy­imś nie­szczę­ściem czło­wie­ka mo­bi­li­zu­je, wiesz, co mi od­po­wie­dzia­ła? Że dzię­ku­je, ale ona po pro­stu pła­ka­ła... tak so­bie, że lubi pła­kać i aku­rat jej się przed chwi­lą zda­rzy­ło, że nie mia­ła klien­tów, no to sia­dła i pła­ka­ła. Masz po­ję­cie! My­śla­łam, że śnię, kie­dy mi to wy­ja­śnia­ła z uśmie­chem. Może po­wie­dzia­ła mi o tym, bo je­stem oso­bą zna­ną, nie­mniej tak to wy­tłu­ma­czy­ła. Pła­ka­ła z za­chwy­tu nad świa­tem, oczy­wi­ście uję­ła to tro­chę pro­ściej. Sta­łam zdu­mio­na i za­chwy­co­na. Że też ja wcze­śniej na to nie wpa­dłam! Na­tych­miast przy­szło mi na myśl, że wła­ści­wie, jak się nad tym za­sta­no­wię, to ja też lu­bię pła­kać. Płacz jest roz­ła­do­wa­niem, oczysz­cze­niem, uspo­ko­je­niem. Oczy­wi­ście, są pła­cze z nie­szczę­ścia i roz­pa­czy, są z sa­mot­no­ści i smut­ku, są ta­kie, któ­re sta­no­wią re­ak­cję na upo­ko­rze­nie i krzyw­dę, są pła­cze z bez­sil­no­ści i lęku, wia­do­mo, to ba­nał, ale za każ­dym ra­zem płacz przy­no­si ulgę. Słu­chaj B., to re­we­la­cja. Płacz­my, B., po­zwól­my so­bie na płacz! Wiesz, mnie też kil­ka razy zda­rzy­ło się pła­kać z za­chwy­tu. Nie dla­te­go, że ktoś mi opo­wie­dział wzru­sza­ją­cą hi­sto­rię, nie dla­te­go, że spo­tka­łam się z czymś przej­mu­ją­co smut­nym; wte­dy zresz­tą naj­czę­ściej chce­my ru­szyć do dzia­ła­nia, po­mo­cy, re­ago­wać. Wie­lo­krot­nie pła­ka­łam w ki­nie czy czy­ta­jąc książ­kę, wszy­scy pła­ka­li­śmy, i chwa­ła tym, któ­rzy te książ­ki czy fil­my zro­bi­li, ale mnie zda­rzy­ło się za­pła­kać abs­trak­cyj­nie, fi­lo­zo­ficz­nie, eg­zy­sten­cjal­nie. B., płacz! Ale naj­pierw za­chwyć się świa­tem! Po­myśl, ilu lu­dzi nie jest zdol­nych do łez. Zro­zum, jacy są przez to nie­szczę­śli­wi i ubo­dzy, czę­sto o tym nie wie­dząc. B., po­myśl i płacz! Wy­obraź so­bie, sia­dasz w fo­te­lu, za­my­kasz drzwi od po­ko­ju, żeby Cię, broń Boże, nikt nie wi­dział, bo Ci za­cznie prze­szka­dzać, za­my­kasz oczy i MY­ŚLISZ, ZDA­JESZ SO­BIE SPRA­WĘ, UŚWIA­DA­MIASZ SO­BIE I... ZA­CHWY­CASZ SIĘ. Uświa­da­miasz so­bie, ja­kim je­steś okrusz­kiem, pył­kiem, chwi­lą, i za­chwy­casz się, że je­steś, że jest świat i cud ist­nie­nia, i pła­czesz, ko­cha­na, po pro­stu pła­czesz. Bę­dzie Ci bar­dzo przy­jem­nie, za­rę­czam. Płacz so­bie, daję Ci taką szan­sę w pre­zen­cie.

B., to jest moja od­po­wiedź na Two­je wiel­kie, nie­waż­ne we wszech­świe­cie pro­ble­my. Ca­łu­ję Cię i idę so­bie po­pła­kać, bo moje dzie­ci zno­wu nie po­ście­li­ły łó­żek i wy­da­je mi się, że ich nie wy­cho­wam tak, jak bym tego chcia­ła. Pa. Do na­stęp­ne­go li­stu.

Two­ja K.

Dro­ga B.! Pi­szę do Cie­bie, po­nie­waż znów mó­wisz, że nie chce Ci się już żyć, a ja prze­czy­ta­łam ostat­nio, gdzieś w ja­kiejś po­cze­kal­ni, ar­ty­kuł o tym, że pra­wie nikt nie po­tra­fi żyć chwi­lą te­raź­niej­szą. Że tyl­ko prze­szłość i przy­szłość się dla nas li­czy. Że nikt nie umie się cie­szyć chwi­lą, kon­tem­plo­wać czy za­sta­no­wić się nad mo­men­tem, któ­ry wła­śnie prze­mi­ja.

Ła­two po­wie­dzieć, jesz­cze ła­twiej na­pi­sać. Ale jak to zro­bić?! Wszy­scy ży­je­my w ta­kim tem­pie, tak do­kądś pę­dzi­my, coś do­ga­nia­my, z czymś się ści­ga­my, że za­uwa­że­nie chwi­li jest wła­ści­wie nie­moż­li­we, a co do­pie­ro ży­cie nią. Na do­da­tek ści­ga­my się z sza­ro­ścią, do­ga­nia­my w koń­cu i tak co­dzien­ność, pę­dzi­my do mi­ni­mum. To nic wiel­kie­go wy­ma­ga tyle wy­sił­ku! Wszy­scy mó­wią: „czas trans­for­ma­cji”. Bę­dzie le­piej. Kie­dyś we Fran­cji, cze­ka­jąc w gi­gan­tycz­nym kor­ku, po­wsta­łym z po­wo­du prze­bu­do­wy skrzy­żo­wa­nia dwóch au­to­strad, prze­czy­ta­łam wiel­ki na­pis ad­re­so­wa­ny do kie­row­ców: NIE DE­NER­WUJ SIĘ, TWO­JE DZIE­CI BĘDĄ MIA­ŁY DZIĘ­KI NA­SZEJ IN­WE­STY­CJI LEP­SZE ŻY­CIE. I rze­czy­wi­ście prze­sta­łam się zło­ścić. Na ra­zie co­dzien­ność i po­śpiech nas wy­sza­rza, utru­dza, odej­mu­je nam wraż­li­wość. B., a może, sko­ro na­rze­kasz, że już nic nie czu­jesz, że ży­jesz z naj­wyż­szym tru­dem, za­trzy­maj się, po­patrz na za­chód słoń­ca, trud­no, niech Two­je dzie­ci póź­niej mają go­rzej, ale wy­pij spo­koj­nie po­ran­ną kawę, a do­pie­ro po­tem pędź na za­tra­ce­nie. Ja śpie­szy­łam się za­wsze i za­wsze lu­bi­łam skrót, żeby po­tem móc po­le­żeć, po­czy­tać, po­za­sta­na­wiać się, czy­li żyć chwi­lą, któ­ra trwa. W sto­so­wa­niu skró­tów do­szłam do nie­by­wa­łych wy­ni­ków, zda­rzy­ło mi się, że w cza­sach, kie­dy były kart­ki na mię­so, omi­nę­łam wy­ku­pie­nie mię­sa i wło­ży­łam do lo­dów­ki kart­kę; za­wsze uwiel­bia­łam lu­dzi, któ­rzy dużo wie­dzą i są mą­drzy, bo to skra­ca czas. Ale też za­wsze mia­łam świa­do­mość, że mimo iż sła­nie łóż­ka co rano wy­da­je się czyn­no­ścią nie­po­trzeb­ną, tak samo jak ład­ne na­kry­wa­nie do sto­łu, na­le­ży to ro­bić, żeby żyć chwi­lą. Słu­chaj, B., wczo­raj moja fry­zjer­ka po­wie­dzia­ła mi tak:

– Wie pani, dziś rano szłam do pra­cy. Spoj­rza­łam na tra­wę, była taka zie­lo­na. Po­my­śla­łam: Boże, to już je­sień, zno­wu rok, któ­re­go nie za­uwa­ży­łam, Da­ria ma już trzy lat­ka, za­raz bę­dzie mia­ła czte­ry, a ja na­wet tego nie spo­strze­głam. Roz­pła­ka­łam się. Chcia­łam wró­cić do przed­szko­la, gdzie ją zo­sta­wi­łam, przyj­rzeć jej się. Czy ja je­stem głu­pia?

B., pi­szę do Cie­bie z po­wo­du jej wy­zna­nia i Two­ich na­rze­kań, że już nie masz siły. Ca­łu­ję Cię. Za­uważ, ktoś o To­bie my­śli, ktoś do Cie­bie na­pi­sał, czy­taj, to jest ta chwi­la, de­lek­tuj się nią. Żyj.

PS Moja mło­da zna­jo­ma opo­wia­da mi, że jej mąż, gra­fik kom­pu­te­ro­wy, pra­cu­ją­cy w biu­rze re­kla­my, kie­dy robi się dużą kam­pa­nię ja­kie­goś pro­duk­tu, w ogó­le nie wra­ca do domu. Wca­le się nie wi­du­ją. Nie żyją. On prze­sy­pia się chwi­lę na ka­na­pie w pra­cy albo – je­śli ka­na­pa jest za­ję­ta przez in­nych mło­dych na do­rob­ku – pod kom­pu­te­rem, na wy­kła­dzi­nie, jak to okre­śla, prysz­nic mają na miej­scu, śnia­da­nia im do­no­szą. Mło­dzi to te­raz do­pie­ro mają trud­no. Bra­ku­je im cza­su, żeby się ko­chać, nie mó­wiąc o prze­czy­ta­niu wier­sza. Ca­łu­ję Cię –

Two­ja K.

Moja dro­ga B.! Dziś tak mi źle, że mu­szę do Cie­bie na­pi­sać. Co to była za noc! Wiatr wiał jak osza­la­ły, wście­kał się, sza­lał, ry­czał, gwiz­dał, darł się roz­dzie­ra­ją­co. Był tak wście­kły, jak­by chciał roz­wa­lić, roz­trza­skać ten świat. I miał ra­cję.

Je­stem we Wło­szech, na lo­dow­cu znaj­du­ją­cym się na wy­so­ko­ści 3300 me­trów. Już świt. Całą noc, za­dzi­wio­na tym tak gwał­tow­nym wia­trem i śnie­ży­cą, nie zmru­ży­łam oka. Przed chwi­lą mój te­le­fon wy­świe­tlił mi tek­sto­wą wia­do­mość z Pol­ski. Dziś w nocy zmarł Ja­cek Jan­czar­ski... Pa­trzę na ekran te­le­fo­nu, na to ab­sur­dal­ne zda­nie, cią­gle, jak za­cza­ro­wa­na, i wciąż nie mogę uwie­rzyć, że to praw­da. Za co? Po co? Dla­cze­go? Ja­kim pra­wem! Z ja­kiej winy? Z ja­kie­go pie­przo­ne­go po­wo­du, do cho­le­ry? Pa­trzę w okna, przed chwi­lą jesz­cze roz­sa­dza­ne bu­rzą śnież­ną, sie­dzą ci­chut­kie, na­gle po­tul­nie cze­ka­ją, na­wet nie dy­szą, nie oka­zu­ją, że są umę­czo­ne tą nocą, a tak się skar­ży­ły, tak ję­cza­ły, tak na­rze­ka­ły i pła­ka­ły całą noc. Aaaa! Gów­no mnie ob­cho­dzą cho­ler­ne wło­skie ja­kieś okna, co one wie­dzą o moim pol­skim ży­ciu? O Jac­ku? Nie żyje! Dla­cze­go? Pro­te­stu­ję! Nie zga­dzam się! Ogo­lę się na łyso! Zja­dę na oślep przez bu­rzę i wiatr z lo­dow­ca, gło­wą w dół, po stro­mych ścia­nach, po lo­dzie. Nie, po­ło­żę się i nie wsta­nę, aż mnie do tego nie zmu­szą, albo wsko­czę za­raz do pu­ste­go o tej po­rze ba­se­nu i będę pły­wać tak dłu­go, do­pó­ki nie za­słab­nę i nie ze­mdle­ję. Ta śmierć bu­dzi we mnie ab­sur­dal­ną chęć sa­mo­oka­le­cze­nia, de­struk­cji, złość, a za­miast żalu czu­ję tyl­ko wście­kłość i sprze­ciw.

Czy go zna­łam? Nie, wła­ści­wie tak na­praw­dę to go nie zna­łam. Przy­bie­głam kie­dyś do nie­go, bo miesz­kał bli­sko wy­twór­ni fil­mo­wej, i krzyk­nę­łam:

– Pisz szyb­ko ja­kieś naj­głup­sze sło­wa do pio­sen­ki, któ­re ci przy­cho­dzą do gło­wy, są po­trzeb­ne za dzie­sięć mi­nut w fil­mie, Ju­rek Sa­ta­now­ski cze­ka przy kla­wia­tu­rze, żeby do nich coś rów­nie bez­na­dziej­ne­go skom­po­no­wać!

– Jak się na­zy­wa film? – za­py­tał tyl­ko.

– Prze­słu­cha­nie – od­po­wie­dzia­łam.

– O co tam cho­dzi? – rzu­cił, sia­da­jąc do ma­szy­ny.

– No, prze­słu­chu­ją mnie – od­po­wie­dzia­łam.

I już pi­sał....

Zgad­nij, kot­ku, co mam w środ­ku,

co się dzie­je w du­szy mej.

Przy­tul głów­kę swej ma­lut­kiej,

tro­chę do­brej, tro­chę złej...

Wiem, że kie­dyś bar­dzo lu­bił słu­chać, jak opo­wia­dam, mó­wił, że cała je­stem jed­ną za­baw­ną aneg­do­tą, i to on przed laty na­mó­wił mnie na pi­sa­nie fe­lie­to­nów do „Szpi­lek”, któ­rych był przez chwi­lę re­dak­to­rem na­czel­nym. Jemu, czer­wo­na jak bu­rak, ze zwi­nię­tej, zmię­to­szo­nej kart­ki, po ci­chu, do ucha, czy­ta­łam pierw­sze swo­je wy­po­ci­ny. Ale tak na­praw­dę nie zna­łam go. Ale był mi po­trzeb­ny, świa­do­mość, że gdzieś tam jest, że moż­na być ta­kim czło­wie­kiem jak on, sta­ła się nie­zbęd­na do ży­cia.

Za­py­tał kie­dyś, jaki jest mój ulu­bio­ny wiersz. Bez wa­ha­nia po­wie­dzia­łam, że Pieśń mi­ło­sna J. Al­fre­da Pru­froc­ka Elio­ta, a szcze­gól­nie frag­ment:

Nie! Nie je­stem Księ­ciem Ham­le­tem, nikt mnie nie brał za nie­go;

Je­stem człon­kiem or­sza­ku, tym, któ­ry

Uro­czy­sto­ści do­da­je po­wa­gi,

Za­gra w dwóch lub trzech sce­nach.

Do­ra­dzi księ­ciu, jest do usług,

Skwa­pli­wie speł­nia po­le­ce­nia,

Jest po­li­tycz­ny, prze­zor­ny, dba­ły o każ­dy szcze­gół,

Pe­łen wznio­słych mak­sym, ale tro­chę tępy,

Cza­sem, za­iste, pra­wie śmiesz­ny.

Pra­wie, cza­sem, Bła­zen.

Sta­rze­ję się... sta­rze­ję...

Nie­dłu­go man­kie­ty u spodni pod­wi­nę.

Może so­bie roz­dział zro­bię z tyłu gło­wy?

Czy ośmie­lę się zjeść brzo­skwi­nię?

Będę prze­cha­dzał się wzdłuż mo­rza w spodniach

z bia­łej fla­ne­li.

Sły­sza­łem śpie­wy to­pie­lic.

Nie są­dzę, aby kie­dyś mia­ły śpie­wać do mnie.

przeł. Wła­dy­sław Du­lę­ba

Ja­cek słu­chał, po­tem, po chwi­li ci­szy, w któ­rej ja wsty­dzi­łam się, że na­gle re­cy­tu­ję ja­kiś wiersz, a nig­dy tego nie ro­bię, to mnie że­nu­je, wier­sze są jak wy­zna­nia mi­ło­sne, czy­ta się je i słu­cha ich w sa­mot­no­ści, bo tak jest le­piej, po­wie­dział: „To jest o mnie”.

Nie zna­łaś go, moja B., ża­łuj, kie­dy zna się lu­dzi ta­kich jak on, to wciąż ma się na­dzie­ję i wia­rę. A tak jej mało.

Do­brze, że na­pi­sa­łam ten list. Te­raz mi le­piej. Idę wziąć bu­rzę za mor­dę, a swo­ją dro­gą nie dzi­wię jej się, każ­dy cza­sem chciał­by roz­trza­skać ten świat i po­rzą­dek rze­czy, na jaki je­ste­śmy ska­za­ni. Ale co może taka wło­ska, na­wet lo­dow­co­wa, bu­rza?

Two­ja K.

PS A Ty, Jac­ku, pisz tam so­bie da­lej, tak jak chcesz, o ma­łym czło­wiecz­ku, któ­re­go za­wsze lu­bi­łeś naj­bar­dziej, za to, że ma wady i śmiesz­no­ści, lu­bi­łeś czło­wie­ka zwy­kłe­go, co­dzien­ne­go, z błę­da­mi. Mam na­dzie­ję, że anio­ły też nie są do­sko­na­łe i do­star­czą Ci, tak jak my, ma­te­ria­łu do aneg­dot. Ca­łu­ję Cię.

Moja dro­ga B.! Czy wiesz, że ta mała, miła pani, przy­szła ce­sa­rzo­wa Ja­po­nii, po­ro­ni­ła? Bie­dac­two! A już ostat­nio uśmie­cha­ła się sze­rzej, cho­dzi­ła pew­niej i pa­trzy­ła lu­dziom w oczy, wy­da­wa­ła się wresz­cie nie tak za­lęk­nio­na. Od ja­kie­goś cza­su wszyst­kie kre­tyń­skie ga­ze­ty i te­le­wi­zje krzy­cza­ły, że jest w cią­ży, sta­ło się, uda­ło się, a ona i mąż uśmie­cha­li się, skrom­nie spusz­cza­li gło­wy. Se­kun­do­wa­łam im w tej cią­ży jak nikt i na­gle, wczo­raj, klę­ska, tra­ge­dia, ko­niec. Co ona te­raz musi bied­na prze­ży­wać, jak jej musi być źle! Chcia­ła­bym móc do niej za­dzwo­nić. Bie­dac­two!

Naj­pierw po­ka­zy­wa­li jego w sztucz­ko­wych spodniach i ża­kie­cie, na­stęp­cę tro­nu, któ­ry nie może zna­leźć żony. Po­tem ją, miłą, w dżin­sach, uśmiech­nię­tą, ab­sol­went­kę dwóch uni­wer­sy­te­tów an­giel­skich, wy­bran­kę, na­dzie­ję na po­tom­ka i szczę­ście ro­dzi­ny ce­sar­skiej. Póź­niej świat dłu­go wi­dy­wał ich ra­zem, uśmiech­nię­tych, jego w sztucz­ko­wych spodniach, ją w ki­mo­nie, i wszy­scy za­sta­na­wia­li się, czy jest do­brą żoną, czy nie za­nad­to zeu­ro­pe­izo­wa­ną i wy­kształ­co­ną, oraz nad tym, jak ona się wła­ści­wie czu­je w tym ki­mo­nie. Od kil­ku lat oboj­gu sztucz­nie uśmiech­nię­tym, jemu w sztucz­ko­wych spodniach, a jej za­lęk­nio­nej, to­wa­rzy­szył wiecz­nie ko­men­tarz: „Cią­gle nie!... Jesz­cze nie!... Oto ta, co nie może!... Ko­bie­ta, któ­ra nie może mieć dzie­ci!!!”. Czy­tał to i oglą­dał ją cały świat, a ona była co­raz smut­niej­sza, z co­raz bar­dziej wy­krzy­wio­ny­mi na siłę w uśmie­chu usta­mi. Nie­daw­no ra­dość, na­głe szczę­ście, wczo­raj po­ro­nie­nie.

Wzię­łam do ręki książ­kę Me­dy­cy­na chiń­ska, za­czę­łam szu­kać: po­ro­nie­nie, dla­cze­go? Jak mu za­po­biec? O co tu cho­dzi? Gdzie le­kar­stwo? Oka­za­ło się, że to du­sza, że to z jej czi nie jest do­brze. Od po­cząt­ku to wie­dzia­łam. Chiń­ska me­dy­cy­na, czy­ta­łam, nie od­dzie­la cia­ła od du­szy. Jed­no jest od dru­gie­go za­leż­ne. Cała me­dy­cy­na za­chod­nia, któ­ra jest ofia­rą Kar­te­zju­sza, lub je­śli kto woli, wszyst­ko mu za­wdzię­cza, od­dzie­la ab­so­lut­nie cia­ło od du­szy i le­czy tyl­ko cia­ło albo tyl­ko du­szę, a tę w zni­ko­mym stop­niu, bo nie umie (ko­men­tarz mój)... W me­dy­cy­nie chiń­skiej funk­cje cia­ła i umy­słu są nie­ro­ze­rwal­ne i sta­no­wią wy­raz chi. Chi to ją­dro, mo­tor ży­cia. To ży­cie. Wszyst­ko – dzia­ła­nie zmy­słów, my­śle­nie, od­czu­wa­nie, tra­wie­nie, zdol­ność do ru­chu i roz­mna­ża­nie – to chi. Jest pod­sta­wą, ta­jem­ni­cą i cu­dem. Py­tam więc, co się dzie­je z czi przy­szłej ce­sa­rzo­wej? Coś jest nie tak, od po­cząt­ku to czu­łam, wi­dzia­łam to na zdję­ciach.

Jed­na z mo­ich przy­ja­ció­łek, le­kar­ka, po­wta­rza­ła mi za­wsze: gło­wa, naj­waż­niej­sza jest gło­wa, i opo­wia­da­ła hi­sto­rię o trzech bra­ciach cho­rych na gruź­li­cę, z któ­rych dwóch prze­ży­ło, a je­den zmarł. „A dla­cze­go zmarł?” – py­ta­ła za­wsze moja zna­jo­ma. A dla­te­go, że jed­no­cze­śnie prze­ży­wał za­wód mi­ło­sny! Pro­ste. Du­szy od cia­ła nie da się od­dzie­lić! Bied­na, smut­na, nie­szczę­śli­wa ce­sa­rzo­wa.

Moja B., dla­cze­go do Cie­bie o tym pi­szę? Bo po pierw­sze, od razu Ty mi przy­szłaś do gło­wy, po dru­gie, kie­dyś Two­je wy­zna­nia do­ty­czą­ce ma­cie­rzyń­stwa wpra­wi­ły mnie w osłu­pie­nie, po trze­cie, nie masz dzie­ci i pew­nie już mieć nie bę­dziesz, a to wszyst­ko ra­zem to Two­ja oso­bi­sta spra­wa i Twój wła­sny wy­bór, w od­róż­nie­niu od ma­łej nie­szczę­snej ce­sa­rzo­wej. I na tym po­le­ga nie­spra­wie­dli­wość, że jej po­tom­stwo zu­peł­nie nie jest jej oso­bi­stą spra­wą. To wła­śnie wpę­dza mnie w taką de­pre­sję. Roz­krzy­żo­wu­ją ją cią­gle nagą przed świa­tem i krzy­czą: „Nie może! To ta, co nie może... Wy mo­że­cie, je­ste­ście lep­si albo, je­śli też nie mo­że­cie, nie je­ste­ście gor­si...”. Ohy­da. Pew­nie zo­ba­czę ją znów, gdzieś, nie­dłu­go, obok swo­je­go męża, nie­zdra­dza­ją­ce­go żad­nych uczuć, jak na Ja­poń­czy­ka i przy­szłe­go ce­sa­rza przy­sta­ło. Zo­ba­czę, jak ki­wa­ją śmiesz­nie i nie­śmia­ło ma­ły­mi rącz­ka­mi, po­zdra­wia­jąc i prze­pra­sza­jąc lud Ja­po­nii. Nie wiem, cze­go pani ży­czyć, pani ce­sa­rzo­wo. Ży­czę wszyst­kie­go, wszyst­kie­go do­bre­go albo tego, żeby pani może le­piej już nie była tą ce­sa­rzo­wą? Mam ko­le­żan­kę, ko­cha­ną B., ona nie chce mieć dziec­ka, nig­dy nie chcia­ła, i wie pani... ona może so­bie na to po­zwo­lić, a gdy­by pani wie­dzia­ła w do­dat­ku, ja­kie są jej ar­gu­men­ty w tej spra­wie!? Twier­dzi, że nie jest przy­go­to­wa­na, że nig­dy do tego nie do­ro­sła, że ma ta­kie pro­ble­my ze sobą samą, iż nie może wziąć od­po­wie­dzial­no­ści tak­że i za dziec­ko. Czy pani so­bie wy­obra­ża coś ta­kie­go? To wszyst­ko gło­wa! Ona też ma coś z gło­wą, tyl­ko w cał­kiem od­wrot­ną stro­nę niż pani! To tyle. Po­zdra­wiam.

A te­raz po­zdra­wiam i Cie­bie, moja B., mam na­dzie­ję, że mimo wszyst­ko je­steś szczę­śli­wa. A zresz­tą radź­cie so­bie same, moje dzie­ci kasz­lą i mam na­dzie­ję, że to zwy­kłe kar­te­zju­szow­skie prze­zię­bie­nie, a nie re­zul­tat ja­kichś kło­po­tów du­cho­wych.

Ca­łu­ję, Two­ja K.,

mat­ka troj­ga dzie­ci, bę­dą­cych re­zul­ta­tem świa­do­me­go wy­bo­ru i – jak u ce­sa­rzo­wej – ogrom­nych sta­rań, tyle tyl­ko, że za­koń­czo­nych po­wo­dze­niem. Ale świat o tych zma­ga­niach nie wie­dział.

Dro­ga B., to nie jest list dla męż­czyzn i mam na­dzie­ję, że ża­den go nie prze­czy­ta. Je­stem ak­tor­ką, w grud­niu koń­czę czter­dzie­ści sie­dem lat, moja twarz i cia­ło to mój warsz­tat pra­cy, po­win­nam o sie­bie dbać, żeby do­brze wy­glą­dać. I po­win­nam mieć świa­do­mość, że jak się sta­rze­ję, to ro­bię pu­blicz­no­ści przy­krość, bo to lu­dziom uświa­da­mia, że i oni się sta­rze­ją, i nie będą chcie­li mnie oglą­dać, żeby so­bie nie przy­po­mi­nać nie­po­trzeb­nych rze­czy.

Wszyst­ko to wiem. Ale cóż, mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że się sta­ram. Od cza­su do cza­su, jak mi się przy­po­mni. Ale żyję za szyb­ko, śpię za mało, pra­cu­ję za dużo, nie mogę zre­zy­gno­wać z wie­lu „po­sta­rza­ją­cych” przy­jem­no­ści, bo nie mam sil­ne­go cha­rak­te­ru i wła­ści­wie ro­bię wszyst­ko, żeby wy­glą­dać jak naj­go­rzej. Z dru­giej stro­ny, moja dro­ga B., nie mogę się oprzeć my­śli, że jaki się kto uro­dził, to taki jest i nic na to nie po­ra­dzi, choć­by nie wiem jak się sta­rał. Je­den ma krót­kie nogi i nie da się ich prze­dłu­żyć, dru­ga ma brzyd­ką cerę i rzad­kie wło­sy już od dzie­ciń­stwa, a trze­cia jest fan­ta­stycz­na od stóp do głów, mimo że w tym kie­run­ku nic nie robi.

B., w Mi­la­nów­ku miesz­ka naj­pięk­niej­szy al­ko­ho­lik świa­ta. Kie­dyś sta­łam za nim w ko­lej­ce w skle­pie. Nig­dy nie wi­dzia­łam pięk­niej­sze­go kształ­tu dło­ni, ład­niej skle­pio­ne­go czo­ła, bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nej li­nii nosa. Oczu. Nie­praw­do­po­dob­na har­mo­nia, kla­sa, sub­li­ma­cja. Je­stem pew­na, że zro­bił i robi wszyst­ko, co moż­na, żeby znisz­czyć swo­ją uro­dę, i rów­nie pew­na, że nig­dy mu się to nie uda. Bo tak ma. A inni tak nie mają. Ja na przy­kład tak nie mam, a za to nie piję pra­wie w ogó­le, ale na uro­dę nie ma to, nie­ste­ty, wiel­kie­go wpły­wu. B., wiem, że moim oby­wa­tel­skim obo­wiąz­kiem jest o sie­bie dbać, że kino mo­ral­ne­go nie­po­ko­ju, któ­re­go by­łam gwiaz­dą, się skoń­czy­ło, a ra­zem z nim za­po­trze­bo­wa­nie na ak­tor­ki brzyd­kie, nie­efek­tow­ne i za­nie­dba­ne, że we­szli­śmy w cza­sy ka­pi­ta­li­zmu i ko­mer­cji, a tym sa­mym tyl­ko pięk­ne i wy­po­czę­te mają ra­cję bytu. Wiem, ale... brak mi cza­su! B., po­słu­chaj, wy­my­śli­łam cały sys­tem, „jak dbać o sie­bie, nie tra­cąc cza­su”, przy­zna­ję jed­nak, że wy­ni­ki są mi­zer­ne.

A za­tem:

1) Od­po­czy­wam w wan­nie z ma­secz­ką na twa­rzy. Ja­ką­kol­wiek. Wcho­dzę do wan­ny i buch! Ma­secz­ka. Któ­re­goś dnia prze­czy­ta­łam na pu­deł­ku, że moż­na ją sto­so­wać co dwa ty­go­dnie. Nie­waż­ne!

2) Idę do ko­sme­tycz­ki je­dy­nie wte­dy, gdy mu­szę coś prze­my­śleć, nad czymś się za­sta­no­wić. Nie za­uwa­żam, co ona ze mną robi, ale wy­cho­dzę od niej z roz­wią­za­nym pro­ble­mem, kon­cep­cją roli, stra­te­gią dzia­ła­nia.

3) Ku­pu­ję so­bie coś no­we­go tyl­ko wów­czas, je­śli moja dro­ga wie­dzie obok skle­pu. Bio­rę od razu dwie sztu­ki, żeby za­osz­czę­dzić tro­chę cza­su w przy­szło­ści, a po­nie­waż od lat po­do­ba­ją mi się ta­kie same rze­czy, nie są­dzę, by za ro­giem cze­ka­ła na mnie su­kien­ka mo­je­go ży­cia.

4) Ubie­ram się w dwa ko­lo­ry, w związ­ku z tym wszyst­ko do wszyst­kie­go pa­su­je i nie tra­cę cza­su na za­sta­na­wia­nie się, w co się ubrać.

5) Ku­pu­ję wszyst­ko za małe, w roz­mia­rze 36, jak przed dwu­dzie­stu laty. Dzię­ki temu mu­szę być taka sama „na gru­bość”, jak to okre­śla­ją moje dzie­ci.

6) Myję twarz szczot­ką, żeby było szyb­ko i do­kład­nie.

7) Far­bu­ję wło­sy tyl­ko wte­dy, kie­dy mu­szę zro­bić po­rzą­dek w sza­fie lub prze­czy­tać sce­na­riusz lub sztu­kę.

8) Kie­dy ro­bię mi­ze­rię, sma­ru­ję twarz skór­ka­mi z ogór­ka, tak jak to ro­bi­ła moja bab­cia.

9) Kie­dy mu­szę się uczyć cze­goś na pa­mięć czy po­wtó­rzyć rolę, idę na ma­ni­kiur albo pe­di­kiur. Zda­rzy­ło mi się też „za­grać” moje mo­no­dra­my w so­la­rium.

10) Kie­dy ro­dzę dzie­ci w póź­nym wie­ku, po­dob­no od­na­wiam się bio­lo­gicz­nie.

Jak wi­dać, ro­bię, co mogę. Ale przede wszyst­kim, i Ty, B., wiesz o tym naj­le­piej, ko­cham się śmiać. Ca­łu­ję Cię, moja dro­ga, sta­ra B.

Two­ja K.