Moja dieta cud - Beata Pawlikowska - ebook
Opis

Próbowałam wielu różnych diet.
I przegrywałam, bo robiłam to z nienawiścią do siebie.
Az pewnego dnia zrozumiałam, że
ciało podąża za umysłem,
a umysł jest kontrolowany przez duszę.
I dlatego to, co istnieje w twojej duszy
ma najmocniejsze przełożenie na kształt twojego ciała.
I tak wymyśliłam Dietę Atlantydzką.

Jeżeli chcesz jak najszybciej zrzucić kilogramy i nie interesuje cię to czy za rok będziesz zdrowa czy chora, silna czy słaba, ta książka raczej nie jest dla ciebie.

Ja chcę ci powiedzieć co zrobić, żeby zawsze mieć szczupłe, zdrowe i silne ciało, przestać chorować, mieć w pełni sprawny umysł i z radością z niego korzystać, a w dodatku czuć się szczęśliwym człowiekiem.
Beata Pawlikowska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ROZDZIAŁ 1Rewolucja

Wiesz dlaczego czasem wybucha rewolucja?

Rewolucja wybucha wtedy, kiedy ludzie odkrywają, że to, co dotychczas robili, w co wierzyli i co działo się wokół nich, było kłamstwem. Trwało tak długo nie dlatego, że było pożądane, słuszne i dobre, ale dlatego, że wcześniej nikt głośno nie powiedział, że jest fałszywe i złe.

Kiedy znajdzie się pierwszy śmiałek, który zawoła, że to jest złe, że on się na to nie zgadza i chce to zmienić, nagle pozostali też sobie uświadamiają, że w gruncie rzeczy oni od dawna się z tym nie zgadzają i też chcą to zmienić.

I wtedy zaczyna się rewolucja.

Znam to z własnego życia.

Czy wiesz jak to jest kiedy robisz coś, zajmujesz się czymś, jesteś z kimś, wykonujesz jakieś powtarzające się czynności, ale bez specjalnego przekonania? Tak niby to robisz, ale w gruncie rzeczy myślami jesteś gdzieś indziej. Jesteś z kimś, ale rozglądasz się za innymi. Stosujesz jakieś wytyczne, ale tak naprawdę wcale nie czujesz, że one są najlepsze.

Znasz to?

A potem przychodzi taki moment, kiedy zdarzy się o jedna rzecz za dużo i nagle otrząsasz się i masz wrażenie, że budzisz się ze snu. I wtedy krzyczysz:

– Ja tak dłużej nie chcę!!! Muszę to zmienić!!! To jest złe!!!!

To jest właśnie rewolucja.

Najpierw trwasz w stanie pewnego bezwładnego uśpienia i jak robot stosujesz się do pewnych wskazówek.

Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, że rośnie w tobie wewnętrzny sprzeciw. Kropla po kropli, niezauważalnie. Dopóki jest ich tyle, że mieszczą się w ramach twojego przyzwolenia i życiowej inercji, nic się nie zmienia.

Ale przychodzi taki dzień kiedy tych drobnych, maleńkich, pozornie nic nie znaczących myśli sprzeciwu jest tak dużo, że nie mieszczą się już w spolegliwej pojemności twojej duszy. Potrzebna jest ta jedna kropla, która przepełni czarę.

Wtedy nagle wstajesz i mówisz:

– Ja się na to nie zgadzam! Tak naprawdę nigdy się na to nie zgadzałem, ale pozwalałem, żeby to trwało. Teraz się nie zgadzam!!!

To jest rewolucja.

Miałam tak w miłości, w pracy i w kuchni.

I oczywiście na moim własnym talerzu.

ROZDZIAŁ 2Zaczęłam myśleć

Odkąd pamiętam, zawsze byłam na diecie.

A raczej: pewna część mojego umysłu była na diecie. Bo druga część mojego mózgu miała gdzieś wszystkie diety zalecenia i rygory.

W praktyce to oznaczało, że w moim życiu trwała wieczna walka pomiędzy odmawianiem sobie tego, czego mi nie wolno jeść, a obżeraniem się tym, na co miałam ochotę.

Znasz to?

Myślę, że też to znasz.

A wiesz dlaczego?

Dlatego że wszystkie diety, jakie znam, są skonstruowane w idiotycznie bezsensowny sposób. I dlatego nie działają.

Więcej powiem. Wszystkie diety, jakie znam, są szkodliwe, bo koncentrują się na tym jak odjąć ci kilogramów, ale kompletnie pomijają fakt twojego zdrowia i równowagi twojego organizmu.

Dziwisz się?

To była największa rewolucja mojego życia.

Zaczęła się wtedy kiedy odrzuciłam schematy i zaczęłam myśleć. Po prostu zaczęłam używać mojego rozumu.

Odkryłam wtedy kilka zdumiewających rzeczy.

Na przykład kalorie.

Kiedyś nabożnie czytałam etykiety w poszukiwaniu informacji o kaloriach. Brałam dwa opakowania czekolady i sprawdzałam która ma mniej kalorii. Bo ta, która ma mniej, jest zdrowsza. Tak mi się wydawało. Bo tak zawsze wszyscy mówili.

Kiedy byłam na diecie, było dla mnie oczywiste, że nie mogę jeść tego, na co mam ochotę, ponieważ muszę jeść tylko to, co ma najmniej kalorii. Bo myślałam, że jeśli będę jadła to, co ma mało kalorii, na pewno schudnę.

Czy ty też tak myślisz?

Czy wiesz, że to jest największe kłamstwo odchudzania?

Czy wiesz, że to prowadzi do utuczenia zamiast schudnięcia?

Pewnie nie wiesz.

Ja też nie wiedziałam.

Najważniejszym przykazaniem większości diet zawsze było to, żeby jeść mniej kalorii niż spalasz. Wynikało to z prostego matematycznego podejścia do sprawy. Jeśli zjesz tysiąc kalorii dziennie, a spalisz tylko siedemset, to pozostałe trzysta zostają ci na biodrach.

Wszyscy tak mówili. Nie było powodu, żeby im nie wierzyć.

Do dzisiaj większość diet jest oparta na liczeniu kalorii.

Powiem krótko:

To jest straszne kłamstwo!

Organizm ludzki nie jest matematycznym równaniem. Tak oczywiście byłoby łatwiej dla naukowców, którzy przyniosą linijkę, kalkulator, zmierzą, zważą i wydadzą zalecenie, które będzie prawdopodobnie brzmiało jak coś w tym rodzaju:

Pij chude mleko, jedz chudy twaróg, unikaj produktów zawierających cukier Zamiast nich sięgaj po dietetyczne. Nie przekraczaj tysiąca kalorii dziennie.

Czy wiesz co się stanie jeśli będziesz się stosować do tej diety? Zepsujesz sobie kości, będziesz miała kłopoty z koncentracją i zaczniesz tyć. Wiesz dlaczego? Pewnie nie wiesz. Obiecuję, że w tej książce dokładnie to wyjaśnię.

Ale po kolei.

ROZDZIAŁ 3Jestem na diecie

Dawno, dawno temu, kiedy mój umysł był pogrążony w bezwolnym letargu, postanowiłam schudnąć.

Nie znosiłam mojego ciała. Zawsze byłam w stanie wskazać to, co mi się w nim najbardziej nie podoba. I oczywiście ten tłuszcz, który siedzi pod moją skórą i którego nie mogę się pozbyć.

Nienawidziłam go. Patrzyłam na siebie w lustrze i aż mnie bolało serce z obrzydzenia.

– Muszę przejść na dietę! – mówiłam sobie, a mój posłuszny zniewolony umysł odpowiadał:

– Tak! Musisz przejść na dietę! Musisz w końcu zmusić swoje ciało do tego, żeby było takie jak chcesz!

Zebrałam się w końcu w sobie i przeszłam na dietę.

Jezu! Czego ja nie próbowałam!

Głodówki, dieta owocowa, dieta na sokach, dieta białkowa, dieta bezbiałkowa, dieta bezglutenowa, dieta bez węglowodanów, dieta glikemiczna, dieta niskokaloryczna i kilkanaście innych. Wszystkich nawet nie pamiętam.

Ale było w tym wszystkim coś dziwnego.

Coś takiego samego dziwnego jak wtedy, kiedy zaczynałam się uczyć obcych języków. Kupowałam kurs z książką i płytą, zaczynałam posłusznie od pierwszej lekcji, miałam dobre chęci, robiłam wszystko tak jak kazali, ale po piątej lekcji odpadałam.

Ten obcy język zamiast być coraz bardziej oswojony, wydawał mi się coraz bardziej dziki i obcy.

Nie miałam siły klepać na pamięć kolejnej odmiany nieregularnej, a jeszcze jedna strona opisów zawiłości gramatyki była tak nudna i niepotrzebna, że po prostu zasypiałam.

Coś w tym było nie tak.

Z dietami było identycznie.

Dieta niskokaloryczna. Musisz wiedzieć co ma ile kalorii i tak komponować jedzenie, żeby nie przekroczyć zaleconej liczby. Są nawet przykładowe jadłospisy. Kompletnie od czapki.

Na śniadanie – jeden tost pełnoziarnisty, jeden jogurt dietetyczny i 100 gramów melona.

Zimno mi. Nieszczęśliwa chrupię tosta, zjadam łyżeczką jogurt i czuję jak w środku rośnie mi zimna gula. Ile to jest sto gramów melona? Plaster? Plasterek? Pół plasterka? Nie mam wagi. Ten melon też zresztą jakiś niezbyt świeży. Kupiłam go w piątek, żeby zacząć dietę w poniedziałek.

Jezu. Normalnie nie dam rady na tym jogurcie. Jem i ciągle czuję się głodna.

No, ale teraz jestem na diecie. Nie wolno zjeść nic więcej.

Tęsknie patrzę na moje ukochane jabłka. Daję radę. Odmawiam pokusie. Oblizuję łyżeczkę po jogurcie. Zimno mi. Jestem pełna, ale wcale nie jestem najedzona.

Jakoś doczekam lunchu.

Doczekałam.

150 gramów grillowanego łososia.

Jezu!!!

Jak ktoś każe mi zjeść na lunch 150 gramów lekko grillowanego łososia, to ja nie wiem ile to jest 150 gramów, nie mam grilla i nie mam kurczę czasu, żeby tego łososia lekko zgrillować! Poza tym skąd ja mam go wytrzasnąć? Mam pojechać rano do sklepu po świeżego łososia? Przecież nie będę jadła ryby z mrożonki!

Na kolację mogę zjeść pół szklanki humusu. Panika. Humus? To jest pasta z ciecierzycy z oliwą. Skąd ja mam wytrzasnąć humus? Supermarket. Jest. Humus. Małe opakowanie. Czy jest pół szklanki? Może kupię dwa? Przekładam humus do szklanki, żeby zmierzyć dokładnie. Jak dieta, to dieta. Pół szklanki to jest półtora opakowania. Co z pozostałą połówką? Wyrzucam, oczywiście, bo przecież nie wolno zjeść więcej niż pół szklanki.

Ciamkam ohydny w smaku humus. Ziemista papka z plastikowego kubka. Mogłabym oczywiście sama zrobić humus, ale błagam! Musiałabym namoczyć ciecierzycę na dziesięć godzin, a potem ją ugotować i zmiksować z oliwą, sezamem i przyprawami. Nie mam na to czasu!

Czytam napisy na plastikowym opakowaniu humusu z supermarketu. Mam wrażenie, że pasta rośnie mi w ustach. Emulgator, stabilizator, E-coś tam, regulator kwasowości, maltodekstryna.

– Czy to jest zdrowe? – błyska mi w myślach pytanie.

– No, na pewno jest zdrowe – odpowiadam sobie… – przecież gdyby nie było zdrowe, nie można by tego legalnie kupić w sklepie!

Przełykam pastę do końca.

Zimno mi. W środku znów ta dziwna chłodna gula. I ciągle mam to dziwne poczucie, że zjadłam, ale jestem głodna!!!!

Głodna!!!

Głodna!!

Wkurzona!

I nieszczęśliwa!!!

Czuję się jak więzień.

Skazana na wieczną walkę z własnym ciałem.

Chcę schudnąć!

Chcę być piękna i szczupła!

Chcę, żeby ludzie patrzyli na mnie z podziwem!

I ten ohydny smak tłustego humusu w ustach. Ile to było kalorii? Ze trzysta! Nie, zaraz. Trzysta to jest jedna porcja. Ile to jest jedna porcja? Sto gram. Ale sto gram to jest mniej niż pół szklanki?

Panika. Ile waży humus??!!!!!

Zaraz, spokojnie. Przecież zjadłam tyle, ile kazała Mgr Inż. Ekspert do Spraw Żywienia Człowieka i Dietetyki. Ufff. A więc nie zjadłam za dużo. Nie utyję. Zjadłam tylko tyle, ile wolno. Schudnę.

Jakoś mi w ustach dziwnie tłusto i nieprzyjemnie.

– Ale to nic – pocieszam się. – Przecież stosuję się do zdrowej diety!

Drugi dzień.

Dwie kromki chleba graham z margaryną. Dwie łyżki sałatki jarzynowej z sosem jogurtowo-majonezowym. Herbata bez cukru.

Dobra. Super. Mam dobre chęci. Skąd mam w takim razie rano wytrzasnąć dwie łyżki sałatki jarzynowej?

Mam ją zrobić??? Z dwóch groszków i ćwierci marchewki?

Supermarket. Sałatka. Ohyda. Warzywa są rozgotowane, trochę sine, a w składzie znowu te dziwnie brzmiące emulgatory, stabilizatory, glutaminian, kolor E-coś, aromaty. No, ale zgodnie z dietą.

Niedobrze mi.

Na drugie śniadanie kromka chleba z płaską łyżeczką dżemu niskosłodzonego.

Jest. Niskosłodzony. Zamiast cukru ma dietetyczny syrop glukozowo-fruktozowy.

Jestem głodna!!!!

Głodna!!!!

I mam poczucie, że zasługuję na coś lepszego.

Nie muszę się karać i torturować.

Nigdy więcej tego ohydnego humusu!

Chcę słodkiego!

Liczę kalorie.

Czekolada z orzechami ma więcej kalorii niż czekolada bez orzechów. O! Jest nawet czekolada bez tłuszczu! To coś dla mnie!

Jem!

Bosko!

Słodki smak spływa we mnie jak fala łagodnej rozkoszy! Jak ciepły wodospad uśmiechów! Jak to wszystko, czego tak mi brakowało!!!

Czekolada.

Koniec diety.

Odpadłam po czwartym dniu.

ROZDZIAŁ 4Koniec diety

Tak było za każdym razem.

Do każdej diety podchodziłam poważnie, z przekonaniem i jak na zbawienie czekałam na pierwsze efekty.

Najpierw ignorowałam to, co mi się wydawało bez sensu. Nie miałam po prostu innego wyjścia.

Jeśli dieta mówi, że trzeba liczyć kalorie, to kurczę trzeba liczyć kalorie i koniec.

Ale uparty głos w mojej głowie mówił:

– Odchudzanie się na bazie matematycznego sumowania kalorii? To jest bez sensu.

Miałam dziwne i nieodparte wrażenie, że to powinno być proste i nieskomplikowane. Że dieta powinna być czymś naturalnym, oczywistym, instynktownym. Że niepotrzebne jest liczenie kalorii albo zmuszanie się do zjedzenia pół szklanki ohydnego humusu.

Ale to było tylko moje wrażenie. Wszyscy dookoła mówili inaczej.

Następna dieta. Tylko surowe warzywa. Mało owoców. Żadnych potraw na ciepło. Tak, to bardzo pasowało mojej udręczonej anorektycznej duszy. Jeszcze bardziej się pognębić, wymierzyć sobie jeszcze bardziej dotkliwą karę, cierpieć tak mocno, żeby wreszcie wycisnąć z siebie ostatnią łzę i nienawistną myśl.

Surowa sałata. Wizja cudownej szczupłości mojego ciała i coraz większa niechęć, żeby włożyć do ust twarde, surowe, zimne rzodkiewki, pomidora, ogórka. Żołądek skręcał mi się odmownie na samą myśl. Szukam czegoś, co mi tę surowiznę upiększy. Sos sałatkowy. Oczywiście dietetyczny. W składzie: emulgatory, skrobia modyfikowana, regulator kwasowości, syrop glukozowo-fruktozowy, E-coś. No, ale jest dietetyczny! Czyli na pewno zdrowszy od zwykłego?…

Jezu.

Wtedy o tym nie wiedziałam.

Dopiero później odkryłam, że syrop glukozowo-fruktozowy to sztuczny słodzik dodawany zamiast cukru. Ma tę ciekawą właściwość, że tuczy. Bo wszystko co zjesz, zamienia na tłuszcz. No, ale jest dietetyczny! Bo ma mniej kalorii niż cukier!!!

Drugi dzień na surowym. Myślałam, że będzie łatwiej. Zimno mi. Nie mam siły. Jestem smutna, zniechęcona. Muszę się czymś pocieszyć. Lody karmelowo-toffi zjedzone w tajemnicy przed samą sobą.

Dziękuję bardzo.

Koniec diety.

Wyrzuty sumienia.

Nie znoszę siebie za to, że ciągle nie daję rady.

Tyle razy podejmowałam decyzję o przejściu na dietę! Dlaczego jestem taka słaba, że nigdy mi się nie udaje dotrwać w tym postanowieniu do końca? Dlaczego zaliczam wpadkę za wpadką? Dlaczego kupuję lody skoro wiem, że nie wolno mi ich jeść? Dlaczego jestem niewolnikiem mojego żołądka? Nienawidzę tego!

No to jeszcze raz.

Następna dieta. Bezbiałkowa. Walczymy z białkiem! Odzyskujemy wymarzoną sylwetkę! Walczymy ze zbędnymi kilogramami!

Potem następna. Białkowa.

Tylko mięso! Tylko białko pochodzenia zwierzęcego! Ser, jajka i mięso, jeszcze więcej mięsa!!!

Aaaaaa!!!!!!

Help!!!!!!!

Źle się czuję! Ciężko mi! I nawet jak zjem to, co mi wolno zjeść, wcale nie czuję się najedzona. Chcę coś innego!!!!

Chleb. Ooooo!!!!! Chleb!!!!

Wgryzam się w grubą, cudownie pachnącą pajdę razowego chleba. O Boże, jak cudownie!!! Pełnoziarnisty, czarny, ciężki razowiec. Jak mi dobrze!!!!!!

A potem kawałek jeszcze ciepłej szarlotki. O Boże!!!!

Koniec diety!!!

Aleja tego chleba tak bardzo potrzebowałam! Tak bardzo, że nawet nie mam wyrzutów sumienia. Do kosza z dietą!!!!

Ja chcę jeść to, co lubię!

Chcę mieć poczucie, że jestem wolnym człowiekiem!

Chcę być wolna!

Nie chcę czuć dookoła siebie murów ograniczeń i słyszeć tego brzęczącego głosu w myślach:

– To jest zabronione. Nie wolno. Musisz walczyć. Jesteś na diecie! Chcesz schudnąć. Jeśli złamiesz zakaz, utyjesz!

Koniec!!!

Koniec z tym!

Życie musi być czymś więcej niż tylko przestrzeganiem zakazów, liczeniem kalorii albo indeksów glikemicznych!

W życiu na pewno chodzi o coś więcej niż dopasowanie się do systemu kolejnej ograniczającej diety.

Miałam też dziwne przeczucie, że Mgr Inż. Dietetyki i Technologii Żywienia tak do końca nie wie o co w tym wszystkim chodzi i chyba nigdy osobiście nie zanurzył się w poszukiwania wiedzy i ogarnięcie tego tematu własnym rozumem, ale powtarza to, czego został nauczony podczas wykładów na wydziale żywienia.

To były tylko myśli.

Nie umiałam ich nazwać i wytłumaczyć nawet dla samej siebie.

Doprowadziły mnie jednak do pewnego bardzo ważnego miejsca w życiu.

Postanowiłam wtedy zrobić dwie rzeczy.

Po pierwsze odzyskać wolność.

Po drugie zdobyć radość.

Jedno i drugie mi się udało. I wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to pierwsze jest konieczne dla uzyskania tego drugiego, a to drugie jest pierwszym krokiem do najlepszej diety, jaką znam.

ROZDZIAŁ 5Zniewolenie umysłu

Kiedy myślę o przeszłości, pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi na myśl jest taka, że miałam wtedy zniewolony umysł.

Wiesz co to znaczy?

To znaczy, że brakowało mi wiary we własne siły i zaufania do siebie.

Bo gdybym je miała, to szybciej mogłabym wpaść na to, co dzisiaj wiem.

Ale wtedy byłam zagubiona.

A zniewolenie mojego umysłu polegało na tym, że:

Nienawidziłam swojego ciała

Chciałam jak najszybciej schudnąć

Wierzyłam, że jeśli schudnę, to ludzie będą mnie podziwiali, a jeśli oni będą mnie podziwiali i chwalili, to ja będę szczęśliwa

Szukałam gotowego rozwiązania, które wystarczy zastosować, żeby osiągnąć efekt.

Postanowiłam walczyć z tym, czego w sobie nienawidziłam.

Rozumiesz?

To jest pięć dowodów na zniewolenie umysłu.

Wiesz co je łączy?

Nienawiść, strach, manipulacja, walka i lenistwo.

Rozumiesz?

Już wyjaśniam.

ROZDZIAŁ 6Nienawidziłam mojego ciała

Kiedyś nienawidziłam swojego ciała. Było dla mnie niewolnikiem, które ma wypełniać moje żądania. Ma być sprawne. Kiedy nie było wystarczająco sprawne i szybkie, nienawidziłam siebie za powolność i niezdarność.

Ma być zdrowe. Żadnych chorób.

Kiedy chorowałam, nienawidziłam siebie za słabość. Byłam nieszczęśliwa, zniechęcona, nic mi się nie chciało. Nienawidziłam wtedy siebie za to, że jestem taka rozlazła, nie mogę się wziąć w garść, jest mi smutno i nienawidzę tego smutku, ale nie mogę się od niego uwolnić. Myślałam wtedy, że nic nie ma sensu. Zatapiałam się w depresyjnym rozgoryczeniu i właściwie było mi wszystko jedno. Nic już nie było ważne. Wszystko było tak samo głupie i bez sensu. Łącznie ze mną, oczywiście.

Mój niewolnik Ciało musiało być też szczupłe! Oglądałam się w lustrze i z nienawiścią patrzyłam na tłuszcz. Zawsze go było za dużo. Zawsze. Nawet wtedy kiedy moja mama mówiła, że jestem „taka chudzinka”. Wiedziałam, że mówi tak tylko po to, żebym lepiej się poczuła. Bo przecież prawda była tuż przed moimi oczami. Tłuszcz!!!

Nienawidziłam tego, że ciało mnie nie słucha. Że nie wypełnia moich rozkazów. Że nie chudnie odpowiednio szybko. Że w ogóle nie chudnie!!!! A czasem nawet mam wrażenie, że wbrew moim rozkazom ciało ma więcej tego ohydnego tłuszczu!!!!

Znów stawałam przed lustrem i czułam do siebie obrzydzenie.

Nienawidziłam tego ciała.

Chciałam je zmienić.

Chciałam je zmusić do tego, żeby się zmieniło.

Nienawidziłam siebie za to, że taka jestem.

Unikałam patrzenia na siebie. Szczególnie kiedy byłam bez ubrania. Ale czasem ogarniała mnie taka złość, że specjalnie stawałam przed lustrem i biłam się pięściami po biodrach i brzuchu, bo czułam taki gniew, odrazę i pogardę do tego jak wyglądam.

– Chcę być szczupła! Chcę zrzucić to sadło! – powtarzałam do siebie.

Patrzyłam na zdjęcia dziewczyn w bikini. Boże, jakie one były piękne! Opalona, gładka skóra, wspaniałe włosy, białe zęby i te idealne sylwetki! Zgrabne, szczupłe, smukłe. Cudowne! One były po prostu cudowne!

A ja byłam jeszcze brzydsza niż zawsze.

Pamiętam jak szukałam w sklepie tych samych ubrań, które miały na sobie modelki na reklamach. Ja chciałam razem z ubraniem kupić ich ciała. A razem z ich ciałami chciałam kupić ich radosne uśmiechy.

Bo w gruncie rzeczy tylko o to chodziło.

Na każdej reklamie modelki w bikini były szczęśliwe.

Właśnie w taki sposób działa marketing. Podświadomie nęci twoją podświadomość wizją emocji, jakiej najbardziej potrzebujesz.

To dlatego w reklamie kawy występuje śliczna pani, która przytula się do równie (a może nawet bardziej) ślicznego pana. Bo ty w sklepie przywołasz upragnione poczucie, że jesteś bezpieczna w ramionach ukochanego mężczyzny, który się tobą opiekuje.

W reklamie proszku do prania występuje cała szczęśliwa rodzina. Są szczęśliwe, zdrowe dzieci, przystojny, cudowny mąż i żona z brudnym praniem. I cudowny proszek, dzięki któremu cała rodzina jest jeszcze bardziej szczęśliwa niż wcześniej.

Idziesz do sklepu i kupując proszek podświadomie chcesz kupić wizję tej szczęśliwej rodziny.

A w reklamach ubrań? Sama wiesz. Prześliczne szczupłe modelki. Patrzysz na nie i myślisz:

– Ja chcę mieć takie ciało!

Idziesz do sklepu i kupujesz reklamowane przez nie ubranie, bo podświadomie razem z szortami albo koszulą chcesz kupić ciało modelki i jej pewność siebie.

Przychodzisz do domu, w wyobraźni widzisz swoją twarz w tamtej reklamie.

– Jezu, jak będzie cudownie! – myślisz i podświadomie oczekujesz, że razem z tą cudną bluzką zyskasz wszystko, czego ci brakuje: poczucie własnej wartości, przyjaźń, odwagę, chęć do życia.

Wkładasz najlepszy stanik, bluzkę i wychodzisz. Dreszcz oczekiwania. Radość. Poczucie, że wreszcie osiągnęłaś cel!

Patrzysz na ludzi, czekasz na zachwycone spojrzenia. Ale oni gdzieś się śpieszą, nie mają czasu, żeby podziwiać twoje nowe „ja”. Wchodzisz do sklepu. Stajesz w kolejce. Tu na pewno ludzie zauważą jak bosko wyglądasz. W tej superbluzce, w której każdy jest szczupły, szczęśliwy i wartościowy!

Dobrałaś do niej idealnie buty i torebkę. Rozglądasz się ukradkiem. Niech cię podziwiają! Niech zazdroszczą jaka jesteś modna i zadowolona!

Nie podziwiają? Mniejsza z nimi! Deptak! Może spotkasz kogoś znajomego. Biuro. Koleżanki. Coś dziwnego.

Masz wrażenie, że z każdą godziną jesteś jak coraz bardziej wypompowany balonik. Tracisz powietrze, tracisz tę fantastyczną energię, z którą wyszłaś z domu.

– Co jest, kurczę? – myślisz.

Dlaczego coś się znowu zepsuło? Przecież było tak świetnie! Ty piękna jak modelka w tej nowej bluzce. Twoje nowe samopoczucie i pewność siebie. Dlaczego nikt tego nie zauważył? Dlaczego nikt tego nie docenił?

To ich wina!

Jesteś rozgoryczona. To przez nich nie możesz się czuć tak wspaniale jak byś chciała! To ich wina! Bo wszyscy byli zbyt zajęci sobą, żeby docenić twoje nowe „ja”! Nikt cię nie pochwalił tak jak byś chciała! Nikt nie dał ci do zrozumienia, że jesteś fantastyczna. Nikt się w tobie nie zakochał i nikt nie zabiegał o twoją przyjaźń. Co za świat! Ludzie są tacy okrutni! Bezduszni! Nieczuli!

Przecież ty wcale nie chciałaś wiele! Chciałaś tylko, żeby ktoś cię zauważył, docenił i powiedział coś miłego! Czy to dużo? Ależ skąd! To naprawdę bardzo mało! A to było tak bardzo dla ciebie ważne. Zostałaś zignorowana. Czujesz się zraniona. Wracasz do domu.

Lustro. Szok.

Niedowierzanie.

Twoja cudna nowa bluzka pogniotła się i dziwnie zwisa z jednej strony. A z drugiej strony odsłania… Aaaaaaa!!!! – czujesz we własnej głowie dziki wrzask.

I nagle dociera do ciebie porażająca prawda: To nie ich wina! To twoja wina!!!

Bo ta bluzka na tobie wygląda jak obrus! W dodatku krzywo zawieszony i obnażający to, czego w sobie najbardziej nie znosisz: twoje ciało!! A konkretnie: masakryczny wałek tłuszczu ściśniętego spodniami.

Jezu! Porażka!

Znasz to?

Nienawidzisz siebie za to?

Nienawidzisz swojego ciała, że nie jest takie jak w reklamie bluzki?

Ja to znam.

Miotałam się między nienawiścią do siebie a niechęcią do innych ludzi.

Czasem obwiniałam cały świat, a czasem tylko siebie.

Często szukałam jakiegoś winnego, żeby na nim zawiesić wszystkie obelgi, pogardę i nienawiść.

Ale tak naprawdę w głębi duszy nienawidziłam siebie.

Nienawidziłam swojego ciała.

Nienawidziłam tego, że nie mogę nad nim zapanować.

Nienawidziłam tego, że ciągle ponoszę klęskę w odchudzaniu.

Nienawidziłam tego jak wyglądam.

I nienawidziłam tego, że moje życie jest pełne nienawiści.

ROZDZIAŁ 7Niewolnik

Ciało było moim niewolnikiem.

Było moją własnością.

Właściwie nigdy nie zastanowiłam się dlaczego je mam i czego ono potrzebuje.

Ono należało do mnie.

Dostałam je na własność.

Miało wykonywać moje rozkazy.

Miało chudnąć.

Miało świetnie wyglądać.

Miało mnie przenosić na nogach i umożliwiać mi wszelkie inne czynności, na jakie miałam chęć – od skakania po rysowanie.

Było MOJE.

Miało mnie słuchać.

Ale nie słuchało.

I to było jeszcze bardziej wkurzające.

Musiałam z nim walczyć.

Przechodziłam na dietę.

Wszystkie diety jakie znałam i jakich próbowałam, też twierdziły, że ciało jest moim niewolnikiem. Trzeba je zmusić do posłuszeństwa. Trzeba schudnąć! Zrzucić zbędne kilogramy! Pozbyć się tego znienawidzonego tłuszczu, bo jest go za dużo!

Czy widzisz destrukcyjny cień, jaki czai się w tych słowach?

„Pozbyć się”, „zbędny”, „znienawidzony” – to są słowa, jakich można użyć w odniesieniu do pasożytów zagrażających życiu i zdrowiu.

Ale przecież twoje ciało nie jest ani pasożytem, ani czymś zbędnym, a dokładnie wprost przeciwnie!

Twoje ciało jest twoim skarbem!!! To właśnie dzięki niemu twoja dusza ma gdzie mieszkać! Twoje ciało nosi i chroni twój mózg! Twoje ciało zawiera w sobie twoje najbardziej cenne i delikatne „ja”!!!

Jak więc możesz chcieć się go pozbyć?

Wtedy tego jeszcze nie rozumiałam.

Katowałam się dietami.

Rozkazywałam mojemu ciału.

Oczekiwałam, że będzie mi niewolniczo służyło i zawsze będzie gotowe na zaspokojenie moich decyzji.

Postanawiam się odchudzać. Zero słodyczy. Zero tłuszczu. Odstawiam wszystkie wysokokaloryczne rzeczy.

Znasz to?

Pewnie tak, bo to jedna z najczęściej powtarzających się wskazówek dotycząca diety.

Wiesz co to oznacza w praktyce?

To oznacza, że patrzę na jedzenie w czysto matematyczny sposób i bardziej dbam o to, żeby zjeść mało kalorii niż o to, żeby zjeść rzeczy, które mnie pożywią.

Zakaz.

Męczę się.

Jeden dzień. Drugi.

Moje ciało się buntuje.

Buntuje się mój umysł.

Im bardziej sobie zabraniam, tym większą mam na to ochotę.

Im bardziej siebie za to nienawidzę, tym bardziej czuję się słaba i bezradna.

Trzeci dzień.

Dieta.

Zjadłam tylko dozwolony niskokaloryczny serek, sałatę z odtłuszczonym sosem, owoce, surową marchewkę.

Moje ciało domagało się jedzenia.

Mój umysł domagał się jedzenia.

Cała moja istota domagała się jedzenia!!!!!!

Ale moja uparta racjonalna część umysłu trzymała się żelaznych kajdan diety i nienawidziła tego nieposłuszeństwa.

Mówiłam do siebie obraźłiwymi słowami. Wyzywałam się od grubasów i głupców, krzyczałam na siebie jak na wroga.

– Co ty sobie myślisz?! – wrzeszczałam na siebie w myślach kiedy moje oczy syciły się widokiem złocistego pączka. – Wynoś się stąd! Nie wolno! Masz wreszcie schudnąć! Ty tłusta beczko! Zawsze to samo! Podejmujesz decyzję, a potem załamujesz się, jesteś za słaba. Jesteś po prostu za głupia, żeby zadbać o swoje życie! Zawsze będziesz nikim! Nawet schudnąć nie potrafisz!

Zobacz.

Szantażowałam samą siebie.

Nienawidziłam tego, kim jestem.

Nienawidziłam tego jak wyglądam.

Zachowywałam się jak władca wobec znienawidzonego poddanego.

Wydawałam rozkazy i obrzucałam się obelgami.

Byłam swoim największym wrogiem.

I właśnie dlatego żadna dieta nie mogła się udać.

ROZDZIAŁ 8Nienawiść

Powiem więcej:

Jeżeli do czegokolwiek zabierasz się z nienawiścią, to przegrasz.

Wiesz dlaczego?

Nienawiść to emocja destrukcyjna. Syci się klęską. Podświadomie pożąda klęski po to, żeby móc się w nią wtedy wtulić i doznać gorzkiej ulgi.

Nienawiść trawi twoją energię, nie zamieniając jej na nic pożytecznego. Pozornie wszystko może wyglądać dobrze. Możesz mieć wrażenie, że tylko nienawiść jest w stanie napędzić cię do jakiegokolwiek działania, bo gdybyś tak nie nienawidziła swojego ciała, to nie podjęłabyś decyzji o stosowaniu diety.

Ale spójrz trochę dalej. Ile razy zabierałaś się do czegoś z nienawiścią? Ile razy wygrałaś? Myślę, że nigdy. A nawet jeżeli przez chwilę czułaś zwycięstwo, to pewnie szybko traciło swój smak albo obracało się wniwecz.

Było tak?

Każda decyzja, której inspiracją była nienawiść, nie skończyła się niczym dobrym. A nawet jeśli przyniosła oczekiwane rezultaty, to zostawiła poczucie winy, niechęci albo rozczarowania.

Tak jest zawsze.

Z dietą i z życiem.

Jeżeli twoim punktem wyjścia jest nienawiść, to prędzej albo później wylądujesz z powrotem w miejscu, z którego zaczynałaś. Tyle tylko, że rozgoryczenia będzie w tobie więcej, no bo przecież już raz zaczynałaś i poniosłaś klęskę.

Rozumiesz?

Nienawiść to rodzaj niewoli.

Kiedy masz zniewolone myśli, twoje wewnętrzne „ja” będzie zmierzało tylko do uwolnienia się z przymusu.

Zawsze kiedy myślisz, że musisz coś zrobić, to mimowolnie wewnętrznie spinasz się. Usztywniasz się od środka. A kiedy jesteś wewnętrznie spięta i usztywniona, to wszystko staje się trudniejsze. Nie możesz myśleć, trudniej ci się ćwiczy, biega, pracuje czy rysuje.

Bo rozkaz „muszę” działa paraliżująco.

Tak samo jak rozkaz „nie wolno”.

Rozumiesz?

Tak długo jak zmuszasz się do czegoś albo sobie czegoś zakazujesz, będziesz przegrywać.

Wiesz dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że ciało nie jest twoim niewolnikiem.

Po drugie dlatego, że nienawiść wyczerpuje i zawsze prowadzi na pustynię.

Po trzecie dlatego, że jeśli robisz coś wbrew sobie, to musisz przegrać.

Rozumiesz?

Niezupełnie?

To spróbuję ci to wytłumaczyć inaczej.

ROZDZIAŁ 9Serce i inni przyjaciele

Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się pomyśleć o swoim sercu?

Nie wtedy kiedy bolało.

Tak po prostu.

Wiesz co mam na myśli?

Twoje serce jest w tobie.

Pracuje. Pompuje krew. Skurczą się i rozkurcza.

Ono jest żywą częścią ciebie.

A ty nigdy nawet nie poświęciłeś mu minuty swojego czasu?

No, oczywiście, myślisz o nim wtedy kiedy nie dajesz rady wchodzić po schodach, a twoje serce bije z wysiłku jak szalone. Myślisz o nim kiedy cię kłuje z boku. Myślisz o nim tylko wtedy, kiedy masz z nim kłopoty.

Prawda?

A teraz zatrzymaj się na chwilę i pomyśl co by było, gdyby twoje serce ignorowało cię dokładnie w taki sam sposób jak jest ignorowane przez ciebie. Tłoczyłoby krew do twoich żył tylko wtedy kiedy byłoby wyspane i miałoby na to chęć. Wiesz co by się wtedy stało?

Przestałbyś żyć.

A twój żołądek?

Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy sprawdzić jak twój żołądek wygląda? Znaczy, nie dokładnie twój, ale ludzki żołądek.

Czy kiedykolwiek wpadłeś na pomysł, żeby sprawdzić na czym polega ten magiczny sposób trawienia, dzięki któremu wkładasz coś do ust, połykasz, a potem nie musisz się już o to martwić?

Rozumiesz?

Wszystko dzieje się w tobie „samo”, prawda?

Ty tylko podejmujesz decyzję o tym co chcesz zjeść. Wkładasz to do ust, połykasz, a potem?…

Potem dzieją się różne tajemnicze rzeczy, w wyniku których twoje ciało żyje.

Czy kiedykolwiek myślałeś o tym w taki sposób?

Pewnie nie.

W takim razie muszę ci opowiedzieć pewną bajkę.

ROZDZIAŁ 10Juliusz Cezar

Było sobie pewne miasto. Domy z jasnego marmuru o każdej porze dnia wyglądały trochę inaczej. O świcie, kiedy zaczynało wschodzić słońce, były różowe. Potem stopniowo stawały się coraz bardziej złociste, potem śmietankowe, aż w końcu białe. Około południa pokrywały się mleczną szarością. Kiedy słońce zaczynało się chylić ku zachodowi, mury rumieniły się jak coraz bardziej dojrzałe brzoskwinie. Aż w końcu przed zmierzchem wydawały się pulsować ciepłym pomarańczowym blaskiem.

Ludzie daleko w świecie słyszeli o niezwykłej piękności tego miasta, ale w gruncie rzeczy niewiele wiedzieli co to naprawdę oznacza.

Od czasu do czasu w gazetach publikowano jakieś zdjęcie. Wtedy wszyscy pochylali się i mówili:

– Zobaczcie, jakie proste i strzeliste są te budynki!

– A jak niesamowicie tam świeci słońce!

– No tak – dodawał ktoś z boku – ale zobaczcie, tam płynie rzeka, która znowu wystąpiła z brzegów i zalała im pola pietruszki!

– Tak, tak – kiwali głowami ludzie. – Trudno się uprawia pietruszkę! Trzeba się liczyć z tym, że przyjdzie powódź!

I rozchodzili się do swoich domów.

Ale niektórzy zabierali w myślach cudowny obraz tego miasta. I codziennie kładąc się spać marzyli o tym, żeby pewnego dnia wybrać się w szaloną podróż, dotrzeć tam i zobaczyć to na własne oczy.

Większość z nich nigdy nie zdobędzie się na odwagę, żeby w taką podróż wyruszyć. Zawsze będą mieli ważniejsze sprawy do załatwienia. Zawsze będzie im brakowało czasu. Zawsze będą snuli plany, zdobywali się na heroiczną próbę ich realizacji i upadali z żalem w ten sam kurz, z którego startowali.

To ci, którzy kierują się nienawiścią.

Ich życie to wieczna walka. Walczą ze sobą i walczą z innymi. Gnębią się wbudowanymi w ich podświadomość ograniczeniami i przesądami, ale odpowiedzialność za te uczucia przerzucają na rząd, sąsiadów, wspólników albo partnerów.

Każde zwycięstwo jest trudne i nie przynosi oczekiwanej satysfakcji.

Każda porażka jest gorzka i boli tak, jakby gołe plecy smagać skórzanym batem.

Zostawmy ich.

O nich napisałam książki z serii „W dżungli podświadomości”.

Zatrzymajmy się przy tych kilku wybrańcach, którzy postanowią spełnić swoje marzenie – mimo że wszystko i wszyscy dookoła będą temu przeciwni.

– Zamierzam wyruszyć w podróż! – oświadczy pewnego dnia nasz bohater, którego nazwę Juliuszem Cezarem.

– To zbyt ryzykowne! – zawoła jego mama.

– To nieodpowiedzialne! – powie jego wspólnik.

– To samolubne! – oświadczy z żalem jego żona.

– To głupie! – dorzuci jego sąsiad.

– On pewnie chce się w ten sposób dowartościować! – powie ktoś złośliwy.

Ale Juliusz Cezar czuł gdzieś głęboko w duszy, że to jest właśnie to, co chce zrobić. Mimo że nie znał drogi i nie wiedział jakie niebezpieczeństwa mogą go spotkać po drodze. Zaczął więc pakować walizkę.

– Boże, synku! – jego mama załamała ręce. – Zawsze musisz wymyślić coś takiego, żebym ja nie mogła spokojnie spać! Czy ty nie możesz usiedzieć spokojnie na miejscu? Załóż rodzinę! Kup sobie psa! Ja nie chcę się tak ciągle o ciebie martwić!

– To nie martw się, mamo – odpowiedział Juliusz Cezar.

Bo przecież on nie jest winien temu, że jego mama wiecznie się martwi.

– Julek, opamiętaj się! – zażądał jego wspólnik. – Nie możesz teraz wyjechać! Sytuacja jest ciężka! Musimy być tu na miejscu i pilnować interesu! Jeżeli teraz wyjedziesz, nie wiadomo czy będziesz miał do czego wracać!

– Trudno – odrzekł Juliusz Cezar. – Gdybym miał się kierować sytuacją na rynku, nigdy nie zdarzy się dobry moment. Zawsze będzie albo kryzys, albo wyjątkowo dobra koniunktura. Tak czy inaczej zawsze musiałbyś siedzieć na miejscu.

– On się chce wywyższyć! – szeptali po kątach.

– Wywyższyć? – dziwił się Juliusz Cezar.

– Chcesz pokazać, że jesteś lepszy! Że cię stać na takie szaleństwo!

– Przecież każdy może to zrobić – wzruszał ramionami Juliusz. – Tylko nie każdy chce.