Mój wybór - Justyna Leśniewicz - ebook + książka
NOWOŚĆ

Mój wybór ebook

Leśniewicz Justyna

4,2

Opis

Jedyne, czego chciała Małgorzata, to kochać i być kochaną. Kiedy w końcu znalazła upragnioną miłość, popłynęła z jej nurtem, nie bacząc na to, że swą toksycznością zatruwa ona jej serce, umysł i duszę. Zaślepiona złudnym szczęściem, nie dostrzegała, że związek z zamiast uskrzydlać, to spycha ją w coraz głębszą przepaść.
Nastaje jednak moment, gdy zaczyna rozumieć, że jej idealne małżeństwo to jedynie pozory.
Czy dotarcie do punktu krytycznego sprawi, że odnajdzie w sobie dość odwagi, aby odejść? Schowa głowę w piasek czy stawi czoła przeciwnościom losu? Szuka ucieczki w muzyce, ale jak długo można udawać, że wszystko jest w porządku?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 237

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (13 ocen)
6
4
2
1
0
Sortuj według:
NatiLuna

Nie oderwiesz się od lektury

Książka rewelacja ,nie mogłam się od niej oderwać . polecam z całego serducha ❤️
10
margaret12

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa,szybko się czyta . Polecam
00
KoraMozgowa

Nie oderwiesz się od lektury

Badzo mi się podobała. Temat przemocy w rodzinie nad kobietą, poruszane tematy to: patologiczna rodzina, alkoholizm, przemoc psychiczna, ekonomiczna oraz fizyczna. Bardzo polecam, gdyby brak czasu przeczytałam w jeden wieczór, a tak weszła w dwa wieczory. 5*
00
Kathy_W

Nie oderwiesz się od lektury

Główna bohaterka, Małgosia, pochodzi z patologicznej rodziny, w której nikt nie interesuje się tym co robi, jak sobie radzi w szkole, nikt nie zaspokaja jej poczucia bezpieczeństwa i bycia kochaną. A tego, nastoletnia Gosia pragnie najbardziej na świecie. Kiedy poznaje nieco starszego Wojciecha, dla którego staje się całym światem, nie dostrzega niepokojących sygnałów, nie słucha ostrzeżeń swojego przyjaciela, a kiedy orientuje się w sytuacji jest już za późno. Tkwi w małżeństwie, które ciąży jej coraz bardziej. Sytuacja wydaje się bez wyjścia. Na szczęście Małgosia nie jest tak całkiem pozbawiona wsparcia. * Nawet nie wiedziałam kiedy „Mój wybór” pochłonął mnie bez reszty. Nie mogłam przestać myśleć o bohaterach i tym co czeka na mnie na dalszych stronach. Justyna Leśniewicz w niezwykle prosty, ale wciągający i emocjonalny sposób snuje opowieść między innymi o pragnieniu miłości, przemocy, przyjaźni, relacjach, radzeniu sobie z traumami, a także pasjach i ich ważnej roli w życiu każ...
00
ClaudiaS94

Nie oderwiesz się od lektury

Małgorzata to na pozór szczęśliwa żona. Jej mąż pracuje na nią i dom, a ona może w tym czasie, między obowiązkami domowymi, spełniać się w tym co lubi. Nic bardziej mylnego. Zaślepiona złudną namiastką szczęścia nie dostrzega od razu, jak mąż Wojciech, zatruwa jej życie, odbierając po kawałku części jej jestestwa. Byleby uszczęśliwić ukochanego, Margo rezygnuje z każdego elementu, który mógłby ją uszczęśliwić. Jedna sytuacja, ponowne odwiedziny ciotki Wojciecha sprawiają, że przysłowiowe klapki spadają jej z oczu i dziewczyna w końcu dostrzega w jakiej pułapce się znajduje. Czy wyciągnięta do niej ręka z pomocą zostanie przyjęta? Czy pogodzona z własnym losem Małgorzata, zostanie przy mężu, "w zdrowiu i chorobie, póki śmierć ich nie rozłączy"? Czytając tą pozycję, szczerze współczułam Małgosi. Bo ile jest małżeństw, w których żona rezygnuje z siebie, byleby mąż był zadowolony, by nie krzyczał, nie kręcił nosem? Dziewczyna z jednego więzienia, dobrowolnie przeszła do kolejnego, z które...
00

Popularność




© Copyright by Justyna Leśniewicz, 2021

© Copyright for present edition by Wydawnictwo Plectrum,

Stary Imielnik, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i powielanie za pomocą jakiejkolwiek techniki całości lub fragmentów książki bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.

 

Redakcja i korekta: Monika Kociuba

Projekt okładki: Justyna Sieprawska

Zdjęcia na okładce: Photographee.eu / Shutterstock

 

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do osób, zdarzeń lub miejsc rzeczywistych jest przypadkowe.

ebook na bazie wydania I

ISBN 978-83-67155-21-2

Wydawnictwo Plectrum

www.plectrum.pl

[email protected]

 

Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum

Dla wszystkich kobiet!

Jesteście silne, wyjątkowe

i nie dajcie sobie nigdy wmówić, że jest inaczej.

Prolog

Kiedy stajemy na ślubnym kobiercu, wydaje nam się, że małżeństwo to coś, co jest dane raz na zawsze. Coś stałego i pewnego w naszym życiu… nie spodziewamy się jednak, że po drugiej stronie czai się potwór niezdolny do uczuć. Kochamy i pragniemy, aby ta druga osoba czuła dokładnie to samo, co my. Zaślepieni urokiem zewnętrznym zapominamy, że w życiu powinniśmy się liczyć tylko my sami. Czym jest życie, kiedy na przekór losowi, na przekór światu i samemu sobie zostajemy schwytani i zamknięci w klatce? Miłość to uczucie, które powinno uskrzydlać, pozwalać wzbijać się na wyżyny, a nie podcinać skrzydła i obserwować, jak druga osoba spada na piach, obijając sobie ciało i duszę…

Chciałabym mieć kiedyś psa,

który będzie bronił nas.

Chciałabym pójść kiedyś spać w ciszy.

Ślepcze za poczciwym sercem stań.

W nocy przeprowadzę cię przez las.

Założę ci maskę, nie pozna cię nikt…

 

Ich Troje Nie pij, tato

Rozdział 1

Teraźniejszość

Przez uchylone okno wpadał do pomieszczenia przyjemny, zimowy chłód. Muskał i otulał moje ciało. Lubiłam ten zimny powiew powietrza, był odzwierciedleniem mnie samej. Nie było we mnie ciepła, nie miałam uczuć, nikt nie nauczył mnie kochać, nikt nie pokazał mi jak żyć. Wpadłam z jednego bagna w drugie, wmawiając sobie nieustannie, że przecież jest lepiej. Zawsze mogło być gorzej, zawsze mogłam tkwić w piekle, a trafiłam do czyśćca.

Krzątałam się po kuchni, odkładając naczynia na półki. Byłam rozkojarzona i podenerwowana. Zostało tak niewiele czasu, za moment Wojtek wróci z pracy. Obiad już dochodzi na gazie, miałam nadzieję, że mu zasmakuje. Stałam przy kuchence, mieszając w garnku, gdy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Moje serce zaczęło bić szybciej. Zawsze w ten sposób reagowałam na jego powrót. Nie mogłam nic na to poradzić, to odruch bezwarunkowy. Stresowałam się każdym nowym dniem, bo nie wiedziałam, co przyniesie. Wojtek wszedł do kuchni, spojrzałam przelotnie na jego twarz i odetchnęłam z ulgą. Było dobrze, widziałam uśmiech.

– Co na obiad? – zapytał bez żadnego wstępu i przysiadł przy kuchennym stole. Nie spodziewałam się żadnych czułości, choć liczyłam na jakieś „dzień dobry”.

– Żurek z białą kiełbasą… – odpowiedziałam niepewnie. – Nałożyć ci?

– Tylko żurek? Cały dzień siedzisz w domu, nie mogłaś zrobić czegoś lepszego? – marudził pod nosem, sięgając do szuflady po łyżkę.

Obróciłam się w stronę garnka i drżącą ręką nalałam zupę na talerz. Zmylił mnie uśmiechem. Myślałam, że dziś wrócił w dobrym humorze, ale jak widać, ktoś mu go po drodze zepsuł, a ja musiałam odpokutować. Starałam się uspokoić w duchu, policzyłam do dziesięciu i obróciłam się w stronę Wojciecha. Niestety moje ręce nadal drżały, co uniemożliwiało mi doniesienie zupy w całości. Starałam się, jak mogłam, ale kilka kropel spadło na stół.

– Łapy krzywe, nawet talerza nie potrafi donieść, żeby nie narozlewać.

Nie podniósł głosu, tylko mówił. Wojciech nie krzyczał, on zawsze tylko mówił, nie bił mnie. Chciał coś osiągnąć, dlatego pracował sumiennie, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo finansowe. Miał swoje humory, swoje gorsze nastroje, a ja jako jego żona musiałam go akceptować z wszelkimi wadami i zaletami.

Zabrałam ścierkę ze zlewu i wytarłam pospiesznie stół. Nie nalałam sobie zupy, przeszła mi ochota na jedzenie, zamiast tego wyszłam z kuchni w stronę toalety. Chciałam uciec, żeby przez przypadek czymś go nie sprowokować.

– Nie możesz nawet ze mną zjeść? – zapytał, a w jego głosie można było usłyszeć irytację.

– Muszę do toalety, za chwilę wrócę – odpowiedziałam, zamykając za sobą drzwi łazienki.

Przysiadłam na podłodze i przekręciłam klucz w zamku, starałam się uspokoić oddech. Opierałam się o przyjemnie zimną ścianę i liczyłam, to nigdy nie pomaga, ale i tak zawsze liczyłam do dziesięciu. Kiedyś takiego sposobu na odreagowanie stresu nauczyła mnie babcia. Twierdziła, że to daje nową siłę, pozwala się uspokoić skołatanym nerwom… na mnie nie działało, a mimo to stosowałam tę praktykę. Wiedziałam, że nie wyjdę z toalety, póki Wojciech nie skończy jeść obiadu. Nie miałam ochoty na rozmowę z nim, podkuliłam nogi i objęłam je ramionami. Mimowolnie zaczęłam się bujać w przód i w tył, a sceny z przeszłości zalewały mnie przytłaczającą czarną falą. Byłam dorosłą kobietą, od prawie czterech lat żoną, a nie potrafiłam poradzić sobie z bagażem, który nosiłam w duszy. Wydawało się, że Wojtek jest aniołem wyrywającym mnie z piekła. Jednak szybko okazało się, że wcześniejsze piekło zostało zastąpione innym, nieznanym dotąd.

– Wyłazisz? – Wojtek dobijał się do drzwi łazienki.

Otarłam oczy rękawem i wyszłam z pomieszczenia.

– Zjadłeś?

Nie patrzyłam na niego, nie chciałam, żeby widział moje zaczerwienione oczy i rozmazany makijaż. Wbiłam wzrok w podłogę i poszłam w kierunku salonu. Wojciech nie odpowiedział na moje pytanie, nawet nie oczekiwałam, że zareaguje. Byłam dla niego tylko współlokatorem i czasami panią do seksu, nie liczył się z moimi uczuciami, moje marzenia i pragnienia nie były ważne. Kiedyś chciałam grać zawodowo, wejść na scenę i śpiewać z tłumem. Ale po ślubie z dnia na dzień stawałam się tylko żoną bez ambicji, pragnień, marzeń… Wojciech zabijał mnie kawałek po kawałeczku, sprawiając, że zatraciłam w tym swoje ja, nie wiedziałam nawet kiedy. Dziś już nie potrafiłam się przeciwstawiać. Nie walczyłam. Nie mówiłam nic, nie rozmawiałam z Wojtkiem, bo prowadziło to do cichych dni i awantur… szczególnie gdy moje zdanie było odmienne od jego.

Dni były niemal identyczne, zlewały się w jedność. Rano musiałam ogarnąć śniadanie, zanim Wojciech wstanie i wyprawić go do pracy. Po jego wyjściu miałam teoretycznie czas dla siebie, jednak prawda była taka, że musiałam przygotować obiad, najczęściej do dyspozycji mając kilkanaście wyliczonych złotych, z których musiałam się rozliczyć co do grosza. Dni różniły się tylko humorami Wojtka, bywały takie chwile, że po powrocie z pracy żartował, powiedział coś miłego. Innym razem było jak dziś, bez większych rewelacji, ale nadal spokojnie. Najgorsze były dni, kiedy ktoś doszczętnie zepsuł mu humor, wtedy ciągle marudził pod nosem. Obwiniał mnie o całe zło świata, jednak nie krzyczał, nie bił mnie… nie był już tym mężczyzną, w którym się zakochałam. Wojciech tylko mówił, ale słowem potrafił zadać większy ból niż niejeden cios. Siniaki bowiem kiedyś znikną, pójdą w zapomnienie, czasami po mocniejszych razach zostaną blizny, ale na ciele wszystko można ukryć, zamaskować. Zmiany, jakie zachodzą w psychice przez przykre słowa, są nieodwracalne. Byłabym nikim, gdyby nie Wojciech. Ciągle to powtarzał, a ja nadal w to wierzyłam. Byłam posłuszną żoną, grałam w jego życiowym teatrze, jednak w środku od dawna byłam martwa. Umarłam w dniu, kiedy po raz pierwszy przekonałam się, że nie można uciec od tego, co przygotował dla nas los. Stałam biernie i przyglądałam się przelatującemu przez palce życiu i zastanawiałam się, gdzie byłabym, gdyby nie małżeństwo… zalewały mnie czarne scenariusze wspomnień, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że jednak moje życie jest lepsze, niż byłoby, gdybym nadal tkwiła w rodzinnym środowisku. Nie mogłam narzekać, musiałam docenić to, co miałam, bo miałam więcej, niż potrafiłabym osiągnąć sama. Siedziałam w fotelu wpatrzona w telewizor, nie rejestrowałam kolejnych przeskakujących obrazów, mój umysł odciął się od zewnętrznego świata, tonęłam w myślach.

– O czym myślisz? – Z odmętu rozmyślań wyrwał mnie Wojciech.

– O tobie – odpowiedziałam mechanicznie i z całych sił starałam się, aby na moją twarz wypłynął grymas podobny do uśmiechu. Mąż odwzajemnił mój uśmiech i wrócił do przeglądania zawartości telefonu. Byłam niemal pewna, że szuka kolejnej gry na swojego Xboksa. On mógł wydawać na takie pierdoły, ja musiałam się liczyć z każdym groszem, ale ja nie pracowałam, więc nie mogłam wymagać. Ja tu tylko sprzątałam.

Rozdział 2

Teraźniejszość

Odliczałam minuty do wyjścia Wojciecha do pracy. Nerwowo spoglądałam na zegarek, usiłując siłą woli przyspieszyć upływający czas. Chciałam zostać sama, odejść do swojej samotni, zamknąć się na strychu z moją gitarą. Chciałam odejść do alternatywnego świata, który sama sobie stworzyłam. W końcu nastąpił moment, w którym mąż pożegnał się ze mną i opuścił mieszkanie. Ukradkiem wyglądałam przez okno w salonie, aby mieć pewność, że odjechał i nie wróci. Weszłam na strych, który był moim azylem. To tutaj zapominałam o swoim losie, to tu odnajdywałam chwile ukojenia. To w tym świecie udawałam, że jestem kimś innym. Normalną kobietą po dwudziestym roku życia, spełniającą swoje marzenia. A tak naprawdę wszystko było iluzją. Każdego dnia bałam się coraz bardziej, że Wojciech odkryje moje tajemnice i wybuchnie z tego nieziemska awantura. Teraz jednak starałam się oczyścić głowę z takich myśli. Zakładałam lśniącą czarną perukę, poprawiałam ją starannie, chowając w niej moje blond pasma. Przeistaczałam się i, szczerze powiedziawszy, nie potrafiłam już żyć bez swojej drugiej twarzy. Ustawiłam telefon na prowizorycznym statywie, podłączyłam do niego mikrofon, usiadłam na wysokim krześle tyłem do kamery. Od dwóch lat zamykałam się tutaj, tworząc, grając, próbując. Wrzucałam covery piosenek do sieci. Zaczynała mi się budować spora społeczność, choć moje nagrania nie były najwyższej jakości, o czym kilku słuchaczy nie omieszkało informować mnie pod każdym filmem. Byli też tacy, którzy mówili, że mam świetny głos, że powinnam wyjść z ukrycia, że można mnie słuchać w nieskończoność. Liczba wyświetleń i pozytywne komentarze napędzały mnie do działania. Cała ta maskarada udowadniała mi, że jestem coś warta… choć moją pewność siebie szybko zbijały negatywne słowa – wydawać by się mogło – najważniejszego mężczyzny mojego życia. Kiedyś Wojtek twierdził, że lubi, jak śpiewam, ale z każdym kolejnym miesiącem znajomości zabierał mnie kawałek po kawałku, aż nawet tę sferę mi zabrał. Teraz mogłam grać tylko w tajemnicy przed nim. Moje marzenia i pasje były dla niego głupotą, dla mnie sensem życia. Poprawiłam starą akustyczną gitarę, pamiątkę po dziadku. Zaczęłam grać pierwsze akordy i śpiewać do nich tekst piosenki O.N.A. Kiedy powiem sobie dość:

Kiedy powiem sobie dość

A ja wiem, że to już niedługo

Kiedy odejść zechcę stąd

Wtedy wiem, że oczy mi nie mrugną, nie

 

Odejdę cicho, bo tak chcę

I ja wiem, że będę wtedy sama

Nikt nawet nie obejrzy się

I ja wiem, że będzie wtedy cicho

Śpiewając, czułam, jak uchodzą ze mnie wszystkie negatywne emocje, układałam sobie w głowie plan na przyszłość. Marzyłam, że w końcu będę mogła zostawić Wojtka, odejść bez oglądania się za siebie. Wiedziałam, że to tylko marzenia. Nie mogłam go zostawić, nie miałam nic, nie miałam nikogo. Żyłam bez rodziny, przyjaciół, tkwiłam w świecie niczym marionetka przerzucana z rąk do rąk. Kiedyś wydawało mi się, że spadam na dno, wtedy wpadłam wprost w ramiona Wojciecha. Teraz nie potrafiłam żyć bez niego, tak samo jak nie potrafiłam żyć z nim. Wiedziałam, że nasz związek jest toksyczny, nie byłam ślepa i głupia, jednak moje zaburzenia poczucia własnej wartości nie pozwalały mi ruszyć naprzód. Nie byłam silną i odważną kobietą pewnie sięgająca po swoje marzenia. Byłam raczej nieśmiałą zahukaną osobą, która w każdym nowym wyzwaniu widziała zagrożenie. Grając i śpiewając, nie pokazywałam swojej twarzy, tak było lepiej, nie tylko dlatego, że chciałam coś ukryć przed Wojtkiem. Ukrywałam się przede wszystkim dlatego, że pokazując twarz, byłam Małgorzatą Zawadzką, a kryjąc się pod czarną peruką, mogłam być Margo, której nikt nie znał i nie oceniał przez pryzmat wcześniejszego życia.

Rozdział 3

Przeszłość

Pięć lat wcześniej

Listopad był w tym roku dość chłodny. Ciągłe opady, częste minusowe temperatury i wszechogarniająca szarość pochłaniały mnie. Jednak to właśnie w takim świecie czułam się najlepiej. W końcu szarość i nijakość było czymś, czym mogłabym zdefiniować samą siebie. Przytłaczało mnie życie, nie widziałam w nim sensu, z każdym kolejnym dniem pozwalałam, aby pochłaniała mnie beznadziejność. Szwendałam się po mieście z gitarą przewieszoną przez ramię i nie mogłam zmusić się do powrotu do domu. Dom – dobre słowo. W poezji i prozie dom był definicją rodziny, a dla mnie – budynkiem, ścianami pozbawionymi uczuć. Murami obserwującymi kaskadę katastrof, ludzkich dramatów, zdrad i kłótni. W moim słowniku nie było słowa rodzina, nie wiedziałam, kim mogą być bliscy poza tym, że są grupą ludzi, którzy potrafią krzywdzić i niszczyć. Chodziłam, oglądając witryny sklepowe. Każda wystawa poświęcona była Bożemu Narodzeniu, choć do świąt pozostał ponad miesiąc, ludzie już wprowadzali świąteczną atmosferę. Podświadomie czułam to bliżej nieokreślone uczucie, strach, niewiadomą. Nie potrafiłam tego nazwać, to jakby intuicja, przeczucie, coś, co jeszcze nigdy mnie nie zawiodło. Zawsze, gdy czułam ucisk w żołądku, wiedziałam, że nie mam po co wracać do mieszkania, bo trafię w sam środek imprezy. Czasami starałam się ignorować to uczucie; wracałam do domu i plułam sobie w brodę, że jestem świadkiem kolejnej kłótni. Założyłam podniszczone słuchawki na uszy i włączyłam muzykę, wypełniła mnie piosenka Zapomnij o tym Trzeciego wymiaru. Katowałam się takimi utworami, zatracałam w swojej niemocy i udowadniałam sobie, że jestem gówno warta – jak wiele razy powtarzali mi ludzie, którzy powinni mnie wspierać i kształtować moją samoocenę. Rytmicznie podrygiwałam głową i nuciłam pod nosem tekst, który znałam na pamięć. Poczułam mocne uderzenie w prawe ramię, syknęłam z bólu i ściągnęłam słuchawki, aby zlokalizować przedmiot odpowiedzialny za mój ból. Wiele razy zdarzało mi się, że zatraciłam się w utworach do tego stopnia, że wchodziłam w słupy lub ściany. Tym razem jednak zderzyłam się z mężczyzną. Wysokim szatynem o oczach czarnych niczym smoła. Wpatrywał się we mnie, a ja czułam, jak kurczę się pod jego spojrzeniem.

– Przepraszam, nie chciałam – wyszeptałam przez ściśnięte gardło. Ten mężczyzna budził mój strach, podsycał niepokój.

– Patrz, jak łazisz! Nawiedzona jesteś? Artystka? – Ton głosu mężczyzny świadczył o jego irytacji, mimo to nie krzyknął na mnie. Nie uwolnił swojego gniewu. Był odrobinę bezczelny i zbyt pewny siebie, a mimo to nie krzyczał. Wpatrywałam się w jego oczy niezdolna do kolejnego ruchu czy słowa.

– Będziesz się teraz tak gapić na mnie? – powiedział ponownie, nie podnosząc głosu nawet o ton wyżej.

Zafascynował mnie, choć nie potrafiłam racjonalnie odpowiedzieć, co takiego mnie w nim zaaferowało. Może podświadomie pragnęłam niebezpieczeństwa?

– Przepraszam, zamyśliłam się, naprawdę nie chciałam… – mówiłam tak cicho, że nieznajomy musiał nadstawić uszu, aby usłyszeć moje słowa wypowiedziane na granicy z szeptem.

– Może masz ochotę na ciepłą herbatę, żeby rozgrzać się w ten chłodny dzień? – zapytał już bez zbędnych uszczypliwości. Skinęłam głową na zgodę. Nieznajomy przedstawił się: – Wojciech jestem.

Złapałam wyciągnięta dłoń i potrząsnęłam nią delikatnie.

– Małgosia, ale lubię, jak się mówi do mnie Margo…

Rozdział 4

Teraźniejszość

Poranek przywitał mnie nieprzyjemnym chłodem i mgłą. Zima w tym roku była siarczysta. Mieszkaliśmy z Wojtkiem w małym domu, w szczerym polu, w niewielkiej wiosce nieopodal Wrocławia. Zawsze było u nas chłodno od pobliskiego jeziora. Ktoś mógłby pomyśleć, że ta nasza oaza z dala od wielkomiejskiego zgiełku to raj na ziemi. Nic bardziej mylnego, tutaj nie było raju. Byliśmy tylko my, zwykli ludzie pełni trosk i zmartwień. Od początku naszego małżeństwa kiepsko się układało, Wojciech był despotyczny i chorobliwie zazdrosny. Na początku wydawało mi się to urocze, miałam wrażenie, że swoim zachowaniem chroni mnie. Jestem dla niego ważna i dlatego nie chce, aby przydarzyło mi się coś złego. Aby inny mężczyzna zgarnął mu mnie sprzed nosa. Kiedyś jeszcze z nim walczyłam, usiłowałam artykułować swoje zdanie i wdawać się w dyskusje. Teraz odpuszczałam, byłam bierna, obojętna. Podobno obojętność w związku jest najgorsza. Nie czułam do Wojtka nienawiści, byłam mu wdzięczna, że mi pomógł, kiedy tej pomocy najbardziej potrzebowałam.

– Zrobisz śniadanie, czy będziesz stała cały dzień w tym oknie jak jakaś dama?

Z zamyślenia wyrwał mnie głos męża, skinęłam tylko głową i wyszłam do kuchni. Jak na autopilocie wyciągałam kolejne składniki z lodówki i przyrządzałam kanapki. Wstawiłam również wodę na herbatę. W międzyczasie poszłam przebrać się z piżamy w jakiś wygodny dres.

– Nie czekaj na mnie z obiadem, zjem z chłopakami, umówiliśmy się na piłkę – oznajmił mój małżonek, jak tylko wróciłam do kuchni.

– Też bym gdzieś wyszła – wyszeptałam niemalże niesłyszalnie. Sama nie wiedziałam, dlaczego wyrwały mi się z ust te słowa.

– A dokąd chcesz iść, źle ci w domu? – Wojciech zazgrzytał zębami i sięgnął po kolejną kanapkę.

– Tak dla rozrywki, gdzieś bym odpoczęła. Zrelaksowała się. – Wykładałam czyste naczynia ze zmywarki. Niepotrzebnie wdałam się w dyskusję, mógł być spokój, a tak za moment rozpęta się burza.

– A od czego ty chcesz odpoczywać?! Do pracy nie chodzisz, siedzisz tylko w tym domu jak śmierdzący leń.

– Nie pozwoliłeś mi przecież pracować. Mogłam uczyć śpiewu i gry na gitarze – przypominałam Wojciechowi, że to na jego polecenie stałam się więźniem we własnym domu. Blokował mnie, nie pozwolił mi się rozwijać, ale przy każdej możliwej okazji nie omieszkał mi wypominać, że mnie utrzymuje.

– Nie wydziwiaj z tym swoim wyciem do księżyca, kogo chciałabyś uczyć? – Mąż wstał z krzesła i sięgnął po marynarkę. – A poza tym nie wyobrażam sobie, żeby po moim domu chodziły jakieś niewydarzone dzieciaki.

– Mogłabym dojeżdżać do uczniów… – Urwałam, bo Wojtek już w przedpokoju wkładał buty, nie zwracając na mnie uwagi.

– Oczywiście, bo ci tylko latanie w głowie, żeby tatusiowie ślinili się na twój widok. Nie wydziwiaj już. – Sięgnął do portfela, podając mi dwudziestozłotowy banknot. – Masz, zrób jakiś obiad.

Wzięłam pieniądze, nie komentując nawet tego, że za dwadzieścia złotych nie poszaleję. Lodówka zaczynała świecić pustkami, nawet chemia się kończyła. Spróbuję jeszcze wieczorem namówić Wojciecha na zakupy. Przecież musieliśmy coś jeść i w czymś prać. Poszłam posprzątać po śniadaniu i jak co rano ogarnąć dom. Przed wyjściem do sklepu zerknęłam jeszcze na komentarze pod ostatnim filmem, było ich sporo. Na negatywne nie zwracałam uwagi, to pozytywy dawały mi siłę i napędzały do kolejnych nagrań. Dwa zdania szczególnie zwróciły moją uwagę. Komentarz był anonimowy i tajemniczy.

Wiem, że to ty. Poznam twój głos wszędzie.

Komentarz został dodany godzinę temu, czyli już po wyjściu Wojciecha do pracy. Byłam w wielkim szoku, bałam się, że odkrył moją tajemnicę. Zamknęłam laptopa, wcześniej kasując historię przeglądania. Drżącymi dłońmi zaczęłam się przebierać i szykować do wyjścia. Nieopodal mieścił się niewielki sklepik, w którym sprzedawała starsza pani. W sklepie było drożej niż w marketach, ale za dwadzieścia złotych nie mogłam sobie pozwolić na podróż do miasta i zakup tych samych produktów w niższej cenie. To się zwyczajnie nie opłacało. Zamknęłam za sobą drzwi, sprawdzając dwukrotnie, czy aby na pewno są zamknięte. Czasami miałam wrażenie, że cierpię na jakąś chorobę natręctw, musiałam powtarzać niektóre czynności po kilka razy, aby upewnić się, że coś jest zrobione. Przed ślubem nie miałam takich dziwnych nawyków. Jednak jak zamieszkałam z Wojciechem, musiałam zagubić swoje roztargnienie i skupić się na wykonywaniu czynności, tak jak on sobie tego życzył. Wszystko po to, żeby nie prowokować do niepotrzebnych, głupich odzywek. W ten sposób nauczyłam się sprawdzać po kilka razy, czy aby na pewno wyłączyłam gaz, zgasiłam światło, czy zamknęłam drzwi i ustawiłam ogrzewanie na odpowiednią temperaturę. Czasami zastanawiałam się, jak bardzo zmieniło się moje życie. Jak ja się zmieniłam. Zawsze jednak dochodziłam do wniosku, że mogło być gorzej. Nie ma tragedii, trzeba zacisnąć pasa i cieszyć się z tego, co jest. W drodze do sklepu śnieg skrzypiał mi pod butami, stare kozaki nie ogrzewały moich stóp, ale przynajmniej nie przemakały.

– Dzień dobry.

Weszłam do niewielkiego pomieszczenia, o czym nie omieszkał poinformować dzwonek zawieszony przy drzwiach. Pani Jadzia siedziała w grubej kamizelce i w śmiesznych rękawiczkach z dziurami na palce. Musiała marznąć, a mimo to zawsze widziałam ją uśmiechniętą.

– Dzień dobry, dziecko – odpowiedziała starsza pani. – Co dziś potrzebujesz?

Rozejrzałam się po pomieszczeniu i w końcu zdecydowałam się na koncentrat pomidorowy i śmietanę. Miałam w planie zrobić zupę pomidorową, to najtańszy sposób na obiad. Musiałam jeszcze tylko kupić warzywa na zupę i choć jedno skrzydełko, żeby nie była jałowa. Pieniędzy zostawionych przez Wojtka starczyło mi na styk. Po powrocie do domu zabrałam się za przygotowanie obiadu. Lubiłam gotować, ale tylko wtedy, kiedy mogłam puścić wodze fantazji. Z racji tego, że Wojciech wróci dziś później niż zwykle, miałam chwilę dla siebie. Wbiegłam na strych i rozłożyłam prowizoryczne studio nagrań. Zamiast jednak zatracić się w swoim hobby, myślałam o adresacie komentarza. W obawie, że to Wojciech odkrył moją tajemnicę, przeszła mi ochota na śpiewanie. Zrezygnowana zeszłam na dół i sięgnęłam po pierwszą lepszą książkę, którą wypożyczyłam w lokalnej bibliotece. Chciałabym kiedyś przeżyć taką miłość, jaką można było spotkać w powieściach.

Rozdział 5

Przeszłość

Pięć lat wcześniej

Spotkanie z Wojtkiem przebiegło w niezwykle miłej atmosferze. Siedzieliśmy w niewielkiej, cichej kawiarni i popijaliśmy herbatę. Okazało się, że łączy nas więcej, niż można było przypuszczać. Oboje lubimy podobną muzykę i sięgamy po podobne książki. Na zakończenie tego niespodziewanego spotkania wymieniliśmy się numerami telefonu. Wojtek mieszkał w centrum Katowic, a ja w Bogucicach w smutnym szarym blokowisku. Miałam cichą i naiwną nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Moja romantyczna dusza kazała mi wierzyć w przeznaczenie. Tak bardzo chciałam, aby ktoś mnie pokochał. Wchodząc po schodach na trzecie piętro, czułam ten znajomy skurcz w żołądku. Wiedziałam już, że dziś nie zasnę w ciszy. Już na półpiętrze słychać było głosy dobiegające z mojego mieszkania. Nie chciało mi się tam wracać. Przysiadłam na wycieraczce i oparłam się o drzwi wejściowe. Chciało mi się płakać z bezradności. Miałam zaledwie dziewiętnaście lat, potrzebowałam domu i kochających rodziców, a dostałam cuchnącą odorem norę i dorosłych ludzi, którzy mieli mnie w nosie. Z mieszkania obok wyszedł sąsiad. Byliśmy w podobnej sytuacji, nasze domy działały na takiej samej zasadzie. Przysiadł obok i objął mnie ramieniem. Grzegorz był dla mnie jak brat. Jedyna osoba w tym zatęchłym świecie, która dawała mi poczucie bezpieczeństwa.

– Chodź do mnie, u mnie dziś spokój, są u ciebie na imprezie.

Skinęłam głową i wstałam z podłogi. Mieszkanie Grzegorza nie różniło się niczym od mojego, taki sam układ pomieszczeń. Z tą różnicą, że u niego wszystko było w drewnianej boazerii, pamiątka po jego ojcu, który kiedyś pracował w kopalni i był dobrze sytuowany. Niestety zmarł za szybko, a jego matka stoczyła się na samo dno, biorąc przykład z mojej rodziny.

– Napijesz się czegoś? – zapytał Grześ, wpuszczając mnie do swojego pokoju.

– Nie, dzięki, posiedźmy sobie – odpowiedziałam i rzuciłam plecak na łóżko.

– Gdzie się włóczyłaś tak długo? – Grześ przysiadł obok mnie i oparł się o ścianę.

– Byłam w centrum. Chodziłam bez celu, słuchając muzyki. – Wzruszyłam ramionami i dodałam: – Poznałam kogoś. Ma na imię Wojciech, jest ode mnie starszy o pięć lat, w tym roku kończy studia… wierzę, że to przeznaczenie. – Opadłam na łóżko, zakładając ręce za głowę.

– Czytasz za dużo romansów, Gocha, obudź się i przestań śnić o księciu z bajki. – Grzegorz przewrócił się na bok i spojrzał na mnie, dodając: – Nie byłaś dziś w szkole.

– Nie mam się dla kogo uczyć, nikt się nie cieszy z moich sukcesów, to po co się będę starała?

Taka była prawda, łaknęłam pochwał, jakiegokolwiek komplementu. Nauczyciele nie zwracali na mnie większej uwagi, uczyłam się dobrze, nie miałam problemów z przyswajaniem materiału. Nic nie wzbudzało podejrzeń, starałam się uchodzić za zwykłą dziewczynę z normalnego domu. Czasami mi się udawało… ale nie zawsze. Szczególnie w podstawówce trudno mi było ukryć swoje pochodzenie. Okrutne dzieciaki ze szczęśliwych domów dokuczały mi i traktowały jak wyrzutka społecznego. Nienawidziłam ich i dotąd ich nienawidzę…

– Dla siebie powinnaś się uczyć. Żeby się stąd wyrwać, uciec jak najdalej i nigdy nie wracać. W tym roku matura, Margo.

– Ucieknę kiedyś, zobaczysz. Jeszcze znajdę lepsze życie – powiedziałam do przyjaciela i uśmiechnęłam się do niego. – I ty też się wyrwiesz, wierzę w to.