Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 252 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mój przyjaciel zdrajca - Maria Nurowska

Dla jednych był zdrajcą, dla innych - bohaterem. Podczas pierwszego spotkania w Waszyngtonie powiedział: „Opisz mnie ze wszystkimi moimi ułomnościami i błędami, jakie popełniłem. Chciałbym, by zapamiętano mnie jako człowieka, a nie jakiegoś Jamesa Bonda o nadludzkich możliwościach". Postawił przy tym jeden warunek - książka ukaże się dopiero po jego śmierci. Był rok 2002, więc Marii Nurowskiej wydawało się, że ma jeszcze dużo czasu na rozmowy, spotkania, opracowanie materiału. I gdy Ryszard Kukliński dwa lata później zmarł, autorka wciąż miała w głowie mnóstwo pytań. Kukliński zdążył jej opowiedzieć o najtrudniejszej decyzji swojego życia, kiedy to postanowił w pojedynkę wydać wojnę zbrodniczemu systemowi. O pierwszych próbach nawiązania kontaktu z Amerykanami, sposobach przekazywania informacji, kobietach, które miały zapewnić mu alibi, i o zimnym pocie spływającym mu po plecach, gdy wydawało się, że został zdekonspirowany. Wspominał pierwsze mieszkanie we Wrocławiu - tak duże, że mógł po nim jeździć na wrotkach, i sukę Kamę, której z tęsknoty za nim pękło serce. Wydobywał z pamięci chudą dziewczynkę w niebieskiej sukience, która została jego żoną, pierwszy romans, nieznaczące przygody i wielkie namiętności. Opowiadał o ucieczce z PRL-u, wojnie z myszami w Ameryce i stracie dwóch synów.

Opinie o ebooku Mój przyjaciel zdrajca - Maria Nurowska

Fragment ebooka Mój przyjaciel zdrajca - Maria Nurowska

Copyright © by Maria Nurowska, 2011

Wydanie II

Warszawa 2011

Redaktor prowadzący: Adam Pluszka

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Pol

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © Fotonova

Fotografia autorki: Tomasz Kordek

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-252-1

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

MARIA NUROWSKA

Autorka powieści i dramatów. Wydała ponad dwadzieścia książek, m.in. Postscriptum (1989, wznowione ostatnio pt. Wybór Anny), Hiszpańskie oczy (1990), Listy miłości (1991), sagę Panny i wdowy (1991—1993), Rosyjskiego kochanka (1996), Tango dla trojga (1997), Miłośnicę (1998), Niemiecki taniec (2000), trylogię ukraińską — Imię twoje… (2003), Powrót do Lwowa (2005), Dwie miłości (2006), Sprawę Niny S. (2009), Nakarmić wilki (2010), wspomnieniaKsiężyc nad Zakopanem (2006) i opowieść biograficzną Anders (2008). Książki Marii Nurowskiej były wielokrotnie wznawiane. Zostały przetłumaczone na szesnaście języków, w tym chiński i koreański. We Francji i w Niemczech stały się bestsellerami, a w kilku landach trafiły do kanonu lektur szkolnych.

Nazwisko: Kukliński

Imię: Ryszard

Urodzony: w Warszawie

Zawód: zdrajca…

Tak myśli o mnie wielu ludzi w moim kraju. Ale to ciągle jest mój kraj, mimo że dzielą mnie od niego tysiące kilometrów.

Na pewno nie czuję się Amerykaninem, mimo że Ameryka mnie doceniła. Ameryka dała schronienie, mnie i mojej rodzinie, gdy musiałem uciekać przed zemstą systemu, najbardziej zbrodniczego i perfidnego systemu XX wieku. Kiedy to do mnie dotarło, postanowiłem wydać mu wojnę. W pojedynkę, bo jak inaczej – nie miałem ani rakiet, ani żołnierzy. To była szalona myśl, która powstała w mojej głowie wiele lat temu i trwała we mnie do czasu, aż pojawiła się realna szansa, aby przemienić ją w czyn. Opowiem ci o tym, skoro obiecałem. Jesteś pisarką, chcesz potraktować moje życie jako materiał literacki, zgadzam się, ale pod pewnymi warunkami. Opublikujesz powieść dopiero po mojej śmierci. Absolutnie wykluczone! Nawet mnie o to nie proś! Nie zgadzam się na wcześniejsze wydanie. Ależ mam zaufanie do twojego pióra, inaczej nie zapraszałbym cię do Ameryki, nie o to chodzi. Chodzi o to, że nie chciałbym przeczytać tej książki, bez względu na to, jak zobaczysz moje życie i jak je opiszesz. To twoja sprawa. Chcesz mnie opisać jako zdrajcę, zrób to, chcesz przyznać rację mojej najbardziej dramatycznej decyzji życiowej, będę się tylko cieszył. Gdzieś tam…

Nie, niczego się już nie boję, nawet swojego literackiego wizerunku. O jedno cię tylko proszę, opisz mnie ze wszystkimi moimi ułomnościami i błędami, jakie popełniłem. Chciałbym, aby zapamiętano mnie jako człowieka, a nie jakiegoś Jamesa Bonda o nadludzkich możliwościach. Jesteś zmęczona po podróży, w końcu znalazłaś się na drugiej półkuli, więc zanim wejdziemy na mroczne ścieżki mojego życia, na początek, dla rozweselenia, opowiem ci o mojej przygodzie świeżo upieczonego majora z generałami, która o mało źle się dla mnie nie skończyła. Tutaj kilka słów wstępu. Co jakiś czas odbywały się u nas ćwiczenia, w których brały udział siły radzieckie. Najpierw opracowywano cały scenariusz w ścisłym gronie, potem przydzielano role, oczywiście wszystko w najgłębszej tajemnicy. Lista osób uczestniczących w tym wydarzeniu była dokładnie sprawdzana przez Wojskową Służbę Wewnętrzną i tak dalej. Mnie przypadło w udziale niewdzięczne zadanie dowiezienia polskich generałów na taki pokaz, który miał się odbywać w Czersku na Pomorzu, wiesz mniej więcej, gdzie to jest? Dobrze. Więc nasi generałowie, którzy mieli uczestniczyć w tym ćwiczeniu, którzy mieli je obserwować, mimo że byli najwyższej rangi oficerami, nie wiedzieli, gdzie ani po co jadą. Ja miałem ich dowieźć autobusem z Drawska Pomorskiego do Czerska…

Wiesz co, tutaj na balkonie jest bardzo przyjemnie, ale jednak wejdźmy do środka, bo może nas ktoś słyszeć. Nie szkodzi, że mówimy po polsku, trzeba uważać. No… to się działo trzydzieści cztery lata temu, pamięć mi, jak widzisz, jeszcze dopisuje, nie jestem takim kościanym dziadkiem, za jakiego mnie pewnie uważasz. Nie uważasz? No cóż, kobiety zawsze mnie lubiły, ale o tym innym razem, teraz wracamy do generałów.

Miałem więc ich dowieźć na ten poligon wojsk lotniczych. Była wtedy śnieżna zima, śnieg padał i padał, do tego jeszcze mróz. Warunki okropne, na drogach zaspy, trzeba było użyć pługów śnieżnych, żeby utorować przejazd. Jednostki inżynieryjne miały pracować całą noc, a ja potem miałem przewieźć czterdziestu polskich generałów przez poligon sowiecki Borne-Sulinowo. Ponieważ Rosjanie byli bardzo niechętni do przepuszczania kogokolwiek przez swoje tereny, trzeba było to jakoś dyplomatycznie z nimi rozegrać. W przeddzień całej wyprawy pojechaliśmy z moim szefem do dowódcy sowieckiego garnizonu i zakomunikowaliśmy, że marszałek Greczko będzie tutaj z marszałkiem Spychalskim prowadził ćwiczenia, na które trzeba dowieźć wysokich rangą polskich oficerów. Całą trasę przejazdu pokazałem mu na mapie. Gdyby Rosjanie odmówili, trzeba by było nadłożyć spory kawałek drogi. Ale on podszedł do tego ze zrozumieniem. Powiedział:

nie ma sprawy, zawołał jakichś oficerów. Sądziłem, że najgorsze mam za sobą, jednakże kłopoty zaczęły się już w samym Drawsku, do którego moi podopieczni mieli dojechać własnym transportem. Generałowie zadali mi podstawowe pytanie: „Po co my tu jesteśmy?”. Ja mówię: „Bo taki jest rozkaz”. „Tak, ale gdzie my jedziemy?”. Na co ja: „Nie mam prawa tego ujawniać, wszystko się okaże na miejscu”. Oni poczuli się dotknięci, że zwykły major ma jakieś tajemnice przed wielkimi generałami, dowódcami armii, dowódcami lotnictwa, marynarki. Na dodatek nadeszła wiadomość, że ćwiczenia mają się rozpocząć dwie godziny wcześniej, nie o dziesiątej, ale o ósmej, podobno Greczko wydał takie polecenie. Kiedy oficerowie kładli się spać, wiedzieli, że będą obudzeni o piątej rano, przyjdą na śniadanie o piątej trzydzieści, a o godzinie szóstej wyruszymy autobusem w niewiadomym kierunku. I teraz, proszę ja ciebie, kiedy oni położyli się już spać, przyszedł ten rozkaz. Już ich nie budziłem, aby im o tym zakomunikować, tylko zarządziłem pobudkę dwie godziny wcześniej. Musisz wiedzieć, że panowie do późna pili wódkę i grali w karty. Kiedy więc sierżant z WSW przyszedł budzić jednego, drugiego generała, ten patrzy na zegarek. „Jak to, major mówił, że nas obudzą o piątej. Jest trzecia rano!”. Nie chcieli wstawać, ale kazałem ich ściągać za nogi, bo nie miałem innego wyjścia. W kasynie zaczął się atak na mnie, dlaczego zmiana planu. Ja znowu mówię: „Taki dostałem rozkaz”. Napięcie, które od początku się pojawiło pomiędzy całą wierchuszką a mną, świeżo upieczonym majorem, jeszcze wzrosło. Ale podjedli sobie, dobudzili się, zaczęli się nawet śmiać. Dojeżdżamy do przejazdu, a tu szlaban zamknięty – przetaczają wagony, z prawa na lewo, z lewa na prawo. A ja mam czas wyliczony co do minuty! Biegnę do dróżnika, ten nie chce ze mną gadać. Mówi: „My tu mamy swój rozkład jazdy”. I koniec. Stoimy dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut. Generałowie się denerwują i oczywiście winny jestem ja. Ale był taki fajny generał Ohanowicz. Mówi: „Pójdę, pogadam z tym dróżnikiem”. Ucieszyłem się, z generałem zawsze inaczej się rozmawia. Więc ten Ohanowicz, postawny, z brwiami jak namalowanymi węglem, Cygan z pochodzenia zresztą, poszedł, coś tam interweniuje, a dróżnik swoje: „Muszą wszystkie wagony przetoczyć, bo nie ma żadnej komunikacji z parowozem”. Wreszcie po czterdziestu minutach skończyli te manewry i podnieśli szlaban. Jedziemy. Docieramy do garnizonu sowieckiego, zatrzymują nas! Ja mówię, że chcę rozmawiać z oficerem dyżurnym. Oficera dyżurnego nie ma! Nikt nic nie wie, nie było żadnych poleceń. Perturbacje trwały około godziny, zanim puścili nas przez ten poligon. Komentarz generałów był taki: „No, jak już się Sztab Generalny w coś wtrąci, to robi się straszny bałagan!”. I ja, jako przedstawiciel tego sztabu, zostałem obarczony całą winą.

Jedziemy przez poligon, generałowie są już dobrze podładowani, docieramy do drogi, która miała być oczyszczona przez nasze wojska inżynieryjne. I co się okazuje? Te sukinsyny, Sowieci, oczyścili swoją drogę, odgarniając śnieg na naszą stronę… Ściana nie do przebycia, co najmniej na dwa piętra. Klęska straszna. Autobus się zatrzymał, ja mówię do generałów: „Bardzo mi przykro, ale mieliśmy tędy jechać”. „No tak! Sztab Generalny! Co to za major, skąd oni takiego majora wytrzasnęli!”. Decyduję się ruszyć drogą na Okonek. Przez Okonek i przez Wałcz też miała być przetarta droga. O tak, pamiętam te nazwy i chyba ich nie zapomnę do samej śmierci! Słuchaj dalej, bo to nie koniec moich klęsk na samym początku kariery w Sztabie Generalnym. Jedziemy na ten Okonek i po dwóch kilometrach bodajże napotykamy nową przeszkodę – pośrodku drogi stoi pług śnieżny. Zepsuty! Przed nim zwały nieodgarniętego śniegu. Co tu robić? Proponuję, aby generałowie pozostali w autobusie, który jest ogrzewany, na zewnątrz zimno jak cholera, a ja rozejrzę się w sytuacji. Stamtąd było już niedaleko do punktu obserwacyjnego, do którego przetarto wąską dróżkę. Rozglądam się i widzę leśniczego, nadjeżdża na motorowerze. Ja do niego: „Panie, pożycz mi ten pojazd, to sprawa gardłowa”. Ten biedak zsiada, bo jakie ma wyjście… Łapię za motorower i kątem oka widzę, jak generałowie wysiadają z autobusu, podwijają poły płaszczy i gęsiego maszerują przez zaspy. Chyba specjalnie, aby mnie pognębić! No cóż, wjeżdżam na poligon i widzę kolumnę WSW pilotującą dwóch marszałków w limuzynach. Mówię do tego oficera z WSW: „Dawaj mi te swoje wszystkie gaziki, trzeba przywieźć generałów, którzy tam brodzą w śniegu”. Wysłał po nich półciężarówkę i kilka samochodów. Ale generałowie odmówili, nie wsiedli, na miejsce dotarli piechotą. Potem, po zakończeniu ćwiczeń, była wspólna kolacja z naszymi sojusznikami. W rozstawionych namiotach stały kotły z bigosem, alkohol lał się strumieniami i, ma się rozumieć, nie był to koniak. Ja też byłem zaproszony do namiotu generalicji, ale jakoś nie miałem ochoty na rozrywki. Byłem zmęczony, chciałem się wyspać. I rozgoryczony też, oczywiście. Przechodząc obok swojego dowódcy, który stał z generałem Molczykiem, chyba najbardziej mi niechętnym z całej „autobusowej wycieczki”, usłyszałem strzęp rozmowy: „Skąd wyście takiego matoła wytrzasnęli?”. „Nie miejcie żalu do majora Kuklińskiego, on tylko wykonywał nasze rozkazy” – padła odpowiedź.

Mój komentarz? Po latach widzę to tak samo jak wtedy… Rozumiesz, trzecia wojna światowa tuż-tuż, najnowocześniejsze rakiety z głowicami nuklearnymi w pogotowiu, a z drugiej strony dróżnik na małej stacyjce przetaczający wagony… to kwintesencja tego systemu, kwintesencja komuny. O nie, to wcale nie było niegroźne, przeciwnie, to było zagrożenie najwyższego stopnia, bo w tym bałaganie ktoś mógł wydać rozkaz, który unicestwiłby cały świat.

Mam nadzieję, że wypoczęłaś po trudach podróży? Może przejdziemy się po mieście? Pokażę ci ścieżki, którymi tu chodziłem. Lubię to miasto, nawet te zmienne temperatury, bo tutajjest inaczej niż w moim kraju. I nie chcę, żeby było podobnie. Nic nie może mi zastąpić tamtych widoków, tamtego klimatu, tam tego surowego morza. Wiesz, że byłem zapalonym żeglarzem? Nawet sam sobie zbudowałem jacht, przy okazji ci o tym opowiem. A ty zadawaj mi ostre pytania, nie bój się mnie. Skoro zdecydowałem się na tę spowiedź, niech będzie prawdziwa. Być może staniesz się moim jedynym konfesjonałem. Dlaczego wybrałem ciebie? Przecież to ty wybrałaś mnie!

Wczoraj przy kolacji zadałaś mi pytanie, na które teraz chciałem ci odpowiedzieć. Moi przeciwnicy krzyczą: „Skoro był taki święty, dlaczego wstąpił do komunistycznego wojska?”. Przepraszam bardzo, w czterdziestym siódmym roku nie było komunistycznej armii, nawet działalność partii w wojsku była zakazana, nielegalna, tak, tak, moja droga. Była tam mieszanina prostych żołnierzy, których wyciągnięto z Kazachstanu, gdzieś tam z różnych zakątków Związku Radzieckiego, kadrę oficerską stanowili głównie Sowieci. Oficerów polskich było niewielu, bo oni wyszli z armią Andersa, ale zaczęli się powoli odnajdywać… poza tymi w Katyniu, oczywiście. Powtarzam, w czterdziestym siódmym roku system komunistyczny nie był jeszcze w Polsce ustanowiony. Ja straciłem w Warszawie wszystko – ojca, dom, nie wiedziałem, co się dzieje z matką, potem dopiero się odnaleźliśmy. Ale w Warszawie, póki co, nie miałem czego szukać. Ponieważ Niemcy zniszczyli kamienicę, w której mieszkaliśmy, miałem prawo do otrzymania mieszkania na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Wyjechałem do Wrocławia i tam przypadkowo natknąłem się na plakat zachęcający do wstępowania do wojska, robiono wtedy szeroką propagandę pod hasłem „otwartych drzwi”, otwartych drzwi do koszar. No i zobaczyłem chłopców w pięknych mundurach, na głowie mieli rogatywki. W tym czasie komendantem szkoły oficerskiej był przedwojenny oficer, który powrócił z Zachodu, tam był tylko podpułkownikiem, tutaj szybko awansował na generała. A więc nie można mówić, że w tamtym czasie wojsko było komunistyczne. Uważałem wtedy, że staniemy na swoich nogach i tych sowieckich oficerów zastąpimy my, młodzi. I z tą myślą zapisałem się do szkoły oficerskiej. Co prawda zdjęli orłowi koronę, ale wszędzie były polskie sztandary. Pamiętaj, armia jest zawsze gwarantem niepodległości państwa. W czasie okupacji nie mieliśmy możliwości noszenia polskich mundurów, kryliśmy się po lasach, w podziemiu. A tutaj masz biało-czerwone flagi, tam gdzieś przemawia polski prezydent, są polskie władze. Oczywiście, widziałem, jak Sowieci nas traktowali, jak plądrowali i wywozili wszystko, ale myślałem sobie, że to się wkrótce skończy.

Pomimo młodego wieku dostałem duże poniemieckie mieszkanie w bardzo dobrym punkcie, przy rynku. Gdybym miał wrotki, mógłbym sobie spokojnie jeździć po nim. Na tym samym piętrze mieszkała rodzina, repatrianci ze Wschodu, matka i pięć córek, najstarsza była w moim wieku, a najmłodsza jeszcze całkiem mała, kilkuletnia. Podczas przypadkowych spotkań na schodach grzecznie się im kłaniałem, ale one były jakieś wystraszone, a kiedy do nich zagadywałem, odwracały głowy, jakby z mojej strony mogło im coś zagrażać. W końcu mnie to zezłościło i któregoś dnia po prostu do nich zapukałem. Długo nikt nie otwierał, wreszcie drzwi się lekko uchyliły.

– Jestem waszym sąsiadem, chciałbym porozmawiać.

Usłyszałem gorączkowe szepty, trwało to dosyć długo, ale w końcu mogłem wejść do środka. Zaskoczył mnie niebywały porządek panuj ący w tym domu. U mnie był straszny bałagan, mimo że nie miałem zbyt dużo rzeczy, a tutaj wszystko było na swoim miejscu… Żadnych walających się ubrań, płaszcze na wieszaku, rzędem ustawione buty, od największych do całkiem malutkich. W oknach firanki, na parapetach kwiaty, chyba pelargonie. One, te kobiety, też wyglądały bardzo schludnie. Matka miała na sobie fartuch, z szelkami skrzyżowanymi na plecach, dziewczynki – czyste sukienki, z białymi kołnierzykami i mankiecikami.

W kuchni stał samowar, a na nim czajniczek przykryty pokrowcem z naszytymi koralikami, wyobrażający kurę siedzącą na jajkach. Wyglądała bardzo prawdziwie, miała skrzydła, grzebień, dziób, a nawet czerwone, koralikowe oczy. Oglądałem ten wynalazek z Tuły z dziwnym uczuciem, jak rzecz z innego świata, jakiego nie znam i nigdy nie znałem. Chyba chodziło mi o rodzinną atmosferę, jaką ten samowar uosabiał, wokół niego koncentrowało się życie domu. Najpierw nalewało się z czajniczka esencję, potem odkręcało kurek, z którego z sykiem leciał wrzątek. Dziewczynki zasiadały przy stole, a matka nakładała im konfitury na talerzyki. Mnie też nałożyła, były domowej roboty i bardzo mi smakowały. Wtedy dowiedziałem się, dlaczego traktowały mnie dotąd z taką rezerwą. One po prostu się mnie bały, urazy wyniesione spod okupacji sowieckiej były wciąż świeże, tam każdy młody mężczyzna mógł być zagrożeniem. Lęk dziewczynek wynikał też stąd, że wychowywały się bez ojca, który nie wrócił z łagru.

Sąsiadki z naprzeciwka pochodziły z Wilna i mówiły ze śpiewnym akcentem. Do mnie zwracały się: Rysia, co mnie trochę śmieszyło, bo to tak, jakby zmieniały mi płeć. Zaprosiły mnie nawet na wigilię. Wysłanniczką była najmłodsza z sióstr, Asia. Ją chyba najbardziej lubiłem z całej piątki, często do mnie przychodziła, siadała mi na kolanach i prosiła o kolejną bajkę. Ciągle musiałem wymyślać nową, a ona bardzo przeżywała te wszystkie przygody królewiczów i księżniczek, miała tylko prośbę, aby bajka dobrze się kończyła. Lgnęła do mnie, bo brakowało jej ojca, prawie go nie pamiętała. Czasami zdarzało jej się zasnąć w trakcie tego bajania, odnosiłem ją wtedy na rękach do jej domu.

Przyjaźń z sąsiadkami z Kresów wywarła na mnie duży wpływ. Wbiłem sobie wtedy do głowy, że sam też chciałbym mieć taką rodzinę. Przede wszystkim dużo dzieci i najlepiej, żeby to były dziewczynki. Mój dom rodzinny wyglądał inaczej, byłem samowolnym jedynakiem i ciągle gdzieś uciekałem matce. Ojciec ciężko pracował, wracał zmęczony wieczorem, prawie się nie widywaliśmy.

Po moim wstąpieniu do wojska nasze kontakty się rozluźniły, wpadałem do nich coraz rzadziej i na krótko, a kiedy poznałem Hankę, swoją pierwszą dziewczynę, jej poświęcałem większość czasu. Małej Asi podarowałem swojego psa znajdę, który zresztą i tak stale u nich przebywał. Widocznie i on chciał mieć dom.

Kiedy wstępowałem do wojska, komunizmu w Polsce nie było! Gdyby armia była wtedy komunistyczna, nie wiem, czy do niej bym wstąpił. Przecież komendantami mianowano przedwojennych polskich oficerów, którzy mówili piękną polszczyzną i wyróżniali się szykiem. Na przykład dowódca mojego batalionu, major Krukierek, też oficer przedwojenny, prezentował się wspaniale – pięknie skrojony mundur, czapka, jak salutował szablą, to było coś niezwykłego. Ten ceremoniał wojskowy! Byłem na apelu wieczornym kompanii, najpierw szef kompanii sprawdzał nazwiska, a potem śpiewano rotę. Słuchaj, jak tych osiemdziesięciu chłopa zagrzmiało: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz…”, a na końcu: „Tak nam dopomóż Bóg”, to robiło wrażenie na takim chłopcu, jakim wtedy byłem. Nie wolno nikomu mówić, że wstąpiłem do komunistycznej armii! Ale wyznam ci, w czym tkwi tragedia Kuklińskiego. Kukliński szedł do wojska z pewnymi przekonaniami, w coś głęboko wierzył. Ale nie zmieniał swoich przekonań. To wojsko się zmieniało! Komuniści je zmieniali na moich oczach, a ja szedłem swoją wytyczoną drogą, więc się coraz bardziej od nich oddalałem, do momentu aż nadszedł czas ostatecznego rozstania. Pod pretekstem, że uprawia pruską dyscyplinę, pozbyto się majora Krukierka – bardzo go lubiłem, naprawdę – a potem także innych przedwojennych oficerów. Spełnili swoją rolę, wykorzystano ich nazwiska do przyciągnięcia takich młodych ludzi jak ja, a potem poszli w odstawkę. Dowódcą batalionu po majorze Krukierku został kapitan Siwicki, tak, tak, ten sam Siwicki, późniejszy minister obrony. Razem z Jaruzelskim kończył w Riazaniu szkołę oficerską. Zaraz go mianowano majorem. Miałem dyżur w kasynie, kiedy on oblewał awans. Wynosiłem go z kolegą za nogi, spitego kompletnie. Całą drogę bełkotał: „Mnie, gówniarzowi, dali majora”. Na miejsce komendanta przyszedł pułkownik, który nawet po polsku nie mówił. Po rosyjsku, jak inaczej! Rotę jeszcze śpiewano na apelu, ale zamiast słów: „Tak nam dopomóż Bóg”, słowa: „Tak nam dopomóż lud”. Szybko to wszystko poszło, zmieniono rogatywki na czapki okrągłe z czerwonymi otokami, wprowadzono sowiecką musztrę, te karabiny do przodu… Pojawiły się też przeróżne kanalie, które usiłowały nam robić wodę z mózgu, na przykład książeczkę niejakiego profesora Schaffa Pogadanki ekonomiczne musiałem znać na pamięć, jeszcze dzisiaj, po pięćdziesięciu latach mogę ci cytować całe fragmenty tego dziełka. Na dokładkę ten sam wykładowca, który prowadził zajęcia z ekonomii politycznej socjalizmu, twierdził, że nie ma Boga, i podawał przykłady w rodzaju: jeżeli Bóg może wszystko, to dlaczego nie podniesie tego głazu przy drodze? To były bzdury obliczone na prostaczków, którym można wiele wmówić. Zaczynało się od drobnych rzeczy, od bredni. Kto wynalazł radio? Nie, wcale nie Marconi, tylko Radionow. A kto wynalazł telefon? Oczywiście, Telefonow. To był najmądrzejszy naród na świecie i należało go naśladować we wszystkim. Ja? Nie, nie byłem człowiekiem wierzącym, ale wychowywałem się w wierze katolickiej i takie gadanie mnie raniło. Brałem ślub kościelny, chrzciłem swoje dzieci. W czasie, o którym mówimy, jeszcze nie miałem dzieci, żony też nie, chociaż się już znaliśmy. Swoją żonę Hankę poznałem, kiedy ona miała czternaście, a ja szesnaście lat.

To było zaraz po moim przyjeździe do Wrocławia. Dorabiałem sobie wtedy jako nocny stróż w magistracie, tam pracował jej ojciec i ona do niego przychodziła. Wiesz, w holu stało rozklekotane pianino, usłyszałem brzdąkanie i zobaczyłem przy klawiaturze chudziutką dziewczynkę w niebieskiej sukience, z warkoczykami. Uśmiechnęła się do mnie, tak jakbyśmy się dobrze znali, i nagle wydała mi się kimś bliskim, kimś z rodziny, a jej uśmiech towarzyszył mi potem przez całe życie, wtedy, gdy byliśmy razem i gdy byliśmy osobno. Nie, nie jest pianistką, pracowała wiele lat jako księgowa. Jak wiesz, jest bardzo chora i martwię się o nią… ale nawet teraz uśmiecha się do mnie, po tym ją poznaję, tę nieśmiałą, smukłą dziewczynę, która w tajemnicy przed rodzicami przychodziła do mojego wrocławskiego mieszkania. Jeszcze ci o tym opowiem, teraz zakończmy temat, który zaczęliśmy. Jestem wojskowym i lubię porządek. Odpowiem na twoje pytanie tak: czuję się żołnierzem i umrę jako żołnierz.

Musisz mnie zobaczyć takiego, jakim wtedy byłem. Bardzo młody chłopak, który naoglądał się przerażających rzeczy, widział śmierć ludzi i śmierć swojego miasta, który poprzysiągł sobie, że nie pozwoli, aby to się kiedykolwiek powtórzyło. I święcie wierzył, że jest to w jego mocy. Szedł do polskiego wojska z hasłem na ustach: Bóg, Honor, Ojczyzna. Sądzę, że pozostał temu wierny do dziś.

Wróg ludu

W czasie okupacji przynależność wojskowa nie była sprawą wyboru, ale środowiska, w jakim się żyło. Oczywiście, najbardziej chciałem walczyć w Armii Krajowej, która miała już swoją legendę. Ale byłem i za młody, i za mały, dzisiaj nie jestem potęgą, więc wyobraź sobie, jak się prezentowałem wtedy, kiedy miałem trzynaście lat! Wzięli mnie na zbiórkę i tam tych wyrostków, głupszych nawet ode mnie, poprzyjmowali, a mnie odesłali do szkoły. Zgłoś się do nas za dwa lata – usłyszałem. No, ale na mojej ulicy akurat działała organizacja Miecz i Pług, wzięli więc mnie do roznoszenia ulotek. I potem napisałem o tym w swoim życiorysie. Dopóki nie miałem podejrzanych wypowiedzi, było wszystko w porządku, a potem, po kilku donosach, dobrali mi się do skóry. Urosła dosyć duża teczka z tymi moimi wypowiedziami, które uznano za antyludowe. Największy zarzut był ten, że w czasie wojny należałem do faszystowskiej organizacji, bo za taką Miecz i Pług został uznany przez powojenne władze.

Kto na mnie donosił? Koledzy, oczywiście, że koledzy. Kiedy się w tym zorientowałem, zacząłem zwracać uwagę na to, co mówię, bo chciałem tę szkołę skończyć. Nie chciałem się poddać. Tak, gdybym wtedy zrezygnował, to byłoby tak, jakbym się poddał. I do dnia dzisiejszego myślę, że dobrze zrobiłem, iż się wtedy nie wycofałem. Chociaż miałem taki moment, kiedy chciałem się wycofać, chciałem strzelić sobie w łeb… ale o tym później.

Teraz, na przełomie czterdziestego dziewiątego i pięćdziesiątego roku, zrobili zebranie partyjne poświęcone sierżantowi podchorążemu Kuklińskiemu, cały batalion przyszedł, zastępca komendanta do spraw politycznych i oficer Informacji. Przedstawiono mnie tam jako wroga ludu, co o tyle było humorystyczne, że ja przecież pochodziłem z ludu, pochodziłem z biednej rodziny. Wytoczyli działo, że należałem do zbrodniczej organizacji, a ponadto sfałszowałem datę urodzenia, dodając sobie dwa lata. Przedtem się tego nie czepiali, chociaż było to powszechnie wiadome. Chciałem iść do armii, a oni chcieli mnie przyjąć, więc z bohatera pozytywnego zmieniłem się w bohatera negatywnego, z antyludowym nastawieniem. Wiedziałem, co to znaczy. Tacy ludzie po prostu znikali. Tak się nad tym szeroko rozwodzę, bo ta sprawa zaważyła na moim dalszym życiu. Na tym zebraniu za wykluczeniem mnie z partii głosowali wszyscy moi koledzy. A z partią to było tak, że to nie ja się do niej zapisałem, ale mnie zapisano. Mówiłem ci, że zaraz po przyjeździe do Wrocławia dorabiałem sobie jako nocny stróż w magistracie. Moim przełożonym był tam sekretarz PPR-u, przedwojenny komunista. On mi trochę ojcował, więc kiedy szedłem do szkoły oficerskiej, wystawił mi partyjną rekomendację, chociaż nie byłem członkiem PPR-u. Nie bardzo chciałem się na to zgodzić, opierałem się, ale on nalegał.

– Rysiu, ja mam już życie za sobą i wiem lepiej od ciebie, jak ono wygląda. A wygląda tak: albo ty kogoś zjesz, albo zjedzą ciebie.

– To my, panie Jankowski, żyjemy wśród ludożerców?

On się roześmiał.

– Tak jakby, więc patrz, jak się odwrócisz, żeby ktoś ci tyłka nie odgryzł.

Nie posłuchałem tej prostej rady i potem miałem duże kłopoty. Ale do partii wstąpiłem, jak widzisz, wcale o to nie prosząc. Uważasz, że towarzysz Jankowski mnie zwerbował? Nazywaj to, jak chcesz, ale nie miał złych intencji.

Na tym zebraniu mnie zgnoili, było głosowanie, proszę ciebie, każdy musiał podnieść rękę. I podniósł się las rąk za wykluczeniem mnie z partii i co za tym idzie, relegowaniem ze szkoły. Kto się wstrzymał od głosu? Nie ma nikogo. Kto przeciw? Jeden głos. To był syn komunisty z Francji i dlatego nigdy nie szufladkuję ludzi. Ten podchorąży pochodził z górniczej, komunistycznej rodziny, a ci moi nibyreakcyjni koledzy, którzy robili do mnie oko, że są ze mną, pisali na mnie donosy. Pytają tego podchorążego, dlaczego jest przeciw.

– A bo ja nie jezdem przekunany – mówi. – Ile on miał lat, trzynaście? I co z niego tam za faszysta. No, naklejał jakieś ulotki, no to co?

Ale to był tylko jeden głos. I wiesz, jak mnie zrobili faszystą i wrogiem ludu, strasznie mnie to zabolało. Poza tym wiedziałem, że to mój koniec w szkole, a spędziłem tutaj trzy lata, zżyłem się już z wojskiem. Sądziłem poza tym, że jestem lubiany, mam przyjaciół. A tu wstaje jeden z moich najbliższych kolegów, razem wybieraliśmy się do tej szkoły, ja go zawsze wspierałem, i on teraz wstaje, i przytacza moje „antyludowe wypowiedzi”. Taki straszny zawód, straszny zawód. Kazali mi wyjść z sali. Już wcześniej wokół mnie zrobiła się dziwna atmosfera, miałem uczucie, że jestem obserwowany, nie bardzo jeszcze rozumiałem, o co chodzi, ale na wszelki wypadek trzymałem nabój w poduszce. Mieliśmy broń, nie dawano nam jednak do niej amunicji. Wtedy, po zebraniu, wpadłem do pokoju, załadowałem karabin… gdyby nie mój dowódca, który szedł za mną, zastrzeliłbym się. Zabrał mi broń, przycisnął do siebie.

Miałem trochę szczęścia w życiu, w ostatniej chwili cało wychodziłem z opresji, ale tym, których kochałem, nie zawsze się to udawało.

No cóż… odesłano mnie do jednostki, gdzie musiałem odbywać służbę jako zwykły żołnierz. Ale nie rezygnowałem, bo pamiętaj, życie bez marzeń jest niczym, zarówno życie prywatne, jak i życie narodów. Mój naród był upokorzony, pozbawiony niepodległości, ale pozbawienie go marzeń byłoby rzeczą katastrofalną. Nadzieją na niepodległość mogła być armia, bo armia nie była komunistyczna, należeli do niej twój brat i twój swat, i jeszcze twój sąsiad, to tylko jej trzon był komunistyczny, i należało go zmienić. Wyobraź sobie, że w latach siedemdziesiątych sam opracowałem dla polskiej armii alternatywne plany operacyjne na wypadek, gdybyśmy byli zmuszeni do udziału w agresji przeciwko Zachodowi. Zajęło mi to dobre półtora roku. Już ci powiedziałem, że życie bez marzeń nie jest wiele warte.

Hanka

Wtedy po relegowaniu mnie ze szkoły oficerskiej, w drodze do jednostki wojskowej, gdzie miałem odbywać służbę zasadniczą, zajechałem do Wrocławia, żeby zobaczyć się z Hanką. To już nie była chudziutka dziewczynka z cienkimi warkoczykami, ale dziewczyna o pięknej figurze i tak samo pięknej twarzy. Co ci będę mówił, zadurzyłem się w niej po uszy, tym bardziej że była moją pierwszą dziewczyną, tak jak ja jej pierwszym chłopakiem. Stało się to w moim mieszkaniu przy rynku. W końcu ją tam zaprosiłem, chociaż wygląd mojego mieszkania każdego mógł odstraszyć. Zwłaszcza że miałem czworonożnego lokatora, który wabił się Asik i miał najbardziej kochaną mordę na świecie. Znalazłem go na ulicy i zabrałem do siebie, bo wydał mi się tak samo bezdomny jak ja. Całe życie miałem psy i do wszystkich byłem bardzo przywiązany, chyba z wzajemnością, bo kiedy podjeżdżałem pod dom, na całej ulicy słychać było radosne ujadanie. Oho, Kukliński wraca z pracy, mówili sąsiedzi. Kiedy Hanka pierwszy raz przyszła do mnie – była wtedy niedziela, miała na sobie odświętną sukienkę z falbankami, bo taka panowała wtedy moda – znalazła jakąś szmatę, wiadro i wzięła się do sprzątania. Z przerażeniem patrzyłem, jak jej jasna sukienka zmienia kolor na brudnoszary. Po kilku godzinach mieszkanie aż lśniło, Hanka postawiła na stole kwiatki, które ode mnie dostała, co prawda w słoiku po ogórkach, ale i tak pięknie wyglądały. Poczułem wtedy, czym jest kobieca ręka w domu, i to mnie wzruszyło.

Po raz pierwszy byliśmy ze sobą blisko, zanim jeszcze wyrzucili mnie ze szkoły. To ona tego chciała. Ja byłem przestraszony, bałem się i za nią, i za siebie, bo dla obojga miał to być pierwszy raz. Zgasiliśmy światło i po omacku weszliśmy pod kołdrę, podciągając ją pod samą brodę. Trwaliśmy tak w bezruchu, w kompletnej ciszy, wreszcie ona wzięła moją rękę i położyła sobie na piersi. Poczułem jej ciepło i coś we mnie odtajało. Chciało mi się płakać, a jednocześnie wezbrało we mnie uczucie, jakiego dotąd nie znałem. Nie sądziłem, że jestem do tego zdolny.

Jako młody chłopak dużo przeżyłem w czasie wojny, oglądając te wszystkie okropności, śmierć ludzi na moich oczach, trupy leżące na ulicy. Szczególnie jedna scena zapadła we mnie na długo, na zawsze. Obserwowałem z okna mojego warszawskiego mieszkania bramę, do której niemieccy żołdacy wprowadzili dwoje młodych Żydów, mężczyznę i kobietę czy raczej chłopca i dziewczynę. Niemcy kazali im się rozebrać do naga i uprawiać seks. Ci dwoje niemal rzucili się na siebie, w jakimś zapamiętaniu. Dziewczyna jęczała coraz głośniej, jakby w pobliżu nikogo nie było, jakby byli sami. Tylko on i ona. I ten akt spełniającej się miłości. Ona odchyliła głowę do tyłu i widziałem jej przymknięte oczy i rozluźnioną, szczęśliwą twarz. W tym momencie padły strzały, jeden po drugim. Dwa nagie ciała osunęły się na bruk, a potem pojawiła się kałuża krwi, większa, coraz większa… Nie mogłem tego wyrzucić z pamięci. Miałem niecałe trzynaście lat, byłem jedynakiem rozpieszczanym przez matkę, która starała się chronić go przed sprawami ludzi dorosłych. Więc prawie wierzyłem, że dzieci przynosi bocian, no, może coś tam podejrzewałem, ale nie miałem o tych sprawach zbyt wielkiego pojęcia. I nagle zobaczyłem, że miłość może być silniejsza niż strach przed śmiercią. Nie wiem, czy ci dwoje znali się wcześniej, czy się kochali, czy tylko przechodzili obok tej bramy. Ale jeżeli nawet byli tylko przechodniami, to przestali nimi być. Zrozumiałem wtedy, że miłość to coś potężnego, czego nie potrafię pojąć. I bałem się jej. To ona, Hanka, okazała się odważniejsza.

Wkrótce potem znów umówiliśmy się w moim mieszkaniu. Hanka, kiedy mnie tylko zobaczyła, zrozumiała, że coś złego się wydarzyło. Patrzyła na mnie pytająco.

– Wyrzucili mnie ze szkoły – powiedziałem przez ściśnięte gardło. – Nici z naszych planów, że zostanę oficerem i wtedy się pobierzemy…

I cisza. Sądziłem, że się z tym zgadza, że mnie skreśla, bo po co jej ktoś bez żadnej przyszłości. Tak wtedy myślałem o sobie, że dostałem wilczy bilet i jestem skończony.

– No to teraz pojedziesz do tych koszar – powiedziała po chwili. – Ja się będę uczyła, a potem, jak wrócisz, ty się będziesz uczył. A ja będę na nas zarabiać.

W nocy, kiedy leżeliśmy obok siebie w ciemności, wyznałem jej, że chciałem do siebie strzelić. Długo milczała i nie wiedziałem, co sobie myśli.

– Jak następnym razem będziesz chciał się zabić, najpierw mi o tym powiedz – usłyszałem jej spokojny głos.

Posłuchałem. Dzięki temu żyję do dziś.

Następnego dnia pojechałem do pułku i zameldowałem się u dowódcy. Od razu zobaczyłem, że to fajny gość, niesamowicie przyjemny facet. Zarośnięty trochę, nie bardzo wojskowy. Szeroki uśmiech od ucha do ucha.

Powiedziałem mu, jak sprawa wygląda. Wywalili mnie z partii i ze szkoły. Powinienem się tu zameldować jako szeregowy, ale ponieważ zgodnie z regulaminem nie zdegradowano mnie przed kompanią, sam nie zerwałem naszywek. A on na to:

– Co się przejmujesz. Ja potrzebuję takich jak ty. Nie mam dowódcy kompanii i ty nim będziesz!

I postawił mnie na stanowisko dowódcy kompanii. W maju była promocja w mojej szkole i gdyby nie ta cała zadyma, już byłbym oficerem. Ale cóż… Jakoś wkrótce potem wezwał mnie dowódca i powiedział, że dostał telefonogram, iż mam się stawić we Wrocławiu przed komisją kontroli partyjnej. Wystraszyłem się, że może mnie spotkać coś gorszego niż to zesłanie, na przykład zechcą mnie skrócić o głowę, takie były wtedy czasy. Ale mój dowódca, naprawdę kochany człowiek, który traktował mnie jak rodzonego syna, powiedział:

– Oni mają ważniejsze głowy do skracania niż twoja. Jedź, może coś dobrego dla ciebie z tego wyniknie.

Dostałem przepustkę, błogosławieństwo na