Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Mój przyjaciel najemnik ebook

James Brabazon

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mój przyjaciel najemnik - James Brabazon

Wstrząsający obraz bratobójczych walk w Liberii, kulisy jednego z najbardziej groteskowych zamachów stanu, portret prawdziwej męskiej przyjaźni, a zarazem bezwzględnie uczciwe pytanie o etykę warsztatu reportera.

Pewnego słonecznego popołudnia, siedząc przy piwie w jednym z hotelowych barów w Afryce Zachodniej, James Brabazon, brytyjski reporter wojenny, dowiedział się od swojego przyjaciela Nicka du Toit o planowanym zamachu stanu w Gwinei Równikowej. Skomplikowany spisek, jego groteskowe wykonanie i makiaweliczne intrygi zamieniły przewrót w tragifarsę, w której jego przywódca Simon Mann i kilkudziesięciu ludzi padło ofiarą własnej chciwości.
Zrządzeniem losu Brabazon, który miał filmować te wydarzenia, pozostał wolny. Jego przyjaciel najemnik nie miał tyle szczęścia, Nicka skazano na trzydzieści cztery lata w Playa Negra - więzieniu w całej Afryce słynącym z tortur i nieludzkiego traktowania osadzonych.
Przyjaźń między Brabazonem a najemnikiem zawiązała się dwa lata wcześniej w Liberii, gdzie toczyły się walki partyzantów z armią despotycznego prezydenta. James był wtedy jedynym zachodnim dziennikarzem na froncie, a Nick pełnił funkcję jego ochroniarza. Doświadczenie wojny okazało się dla Brabazona egzaminem z fizycznej i psychicznej wytrzymałości, ale też sprawdzianem jego etyki zawodowej i badaniem moralnych granic, które może przekroczyć reporter w pogoni za sensacyjnym materiałem.
Mój przyjaciel najemnik to poruszający obraz bezsensownych, krwawych zmagań w Liberii i kulisy jednego z najbardziej farsowych zamachów stanu w najnowszej historii. Brabazon rozbija mity dotyczące dzisiejszych najemników, a zarazem kreśli portret mocnej, męskiej przyjaźni wystawianej na ekstremalne próby.

 

Brabazon znalazł się w świecie, w którym nikogo nie obchodzą prawa człowieka, w krainie barbarzyństwa, wśród „władców much" mających do dyspozycji kałasznikowy i wyrzutnie granatów. I cały ten horror opisał bez najmniejszej taryfy ulgowej dla czytelnika.
„The Scotsman"

Brabazon równie przekonująco, a zarazem oszczędnie opisuje makabryczną rzeczywistość walk partyzanckich, jak i dylematy moralne reportera wojennego. To najbardziej mroczny obraz postkolonialnej Afryki, jaki czytelnicy mogli dostać. Wstrząsające wspomnienia, a także hołd złożony towarzyszowi broni.
„Kirkus Reviews"

Brabazon w hipnotyzujących szczegółach pokazuje patologię wojny i szaleństwo żołnierzy uzależnionych od walki.
„The Wall Street Journal"

Siła tej książki tkwi w jej dynamice, w ukazaniu świadomości początkującego dziennikarza, który wie, jak bardzo jego decyzje i postępowanie różnią się od tego, co powinien robić reporter wojenny.
„The Spectator"

To nie tylko znakomity pisarz, lecz także niezwykle odważny dziennikarz. I w tej książce widać to na każdej stronie.
Sebastian Junger

Połączenie opisów bezprawia w Afryce Zachodniej z historiami bezwzględnych najemników, zdesperowanych partyzantów, nieprzewidywalnych handlarzy bronią, chciwych przedsiębiorców naftowych i bezdusznych agentów wywiadu (...) to z pewnością przepis na poruszającą książkę. Brabazon doskonale miesza wszystkie te składniki.
„The Globe and Mail"


Stanisław Kroszczyński, absolwent romanistyki na UW oraz warszawskiej ASP. Tłumaczył między innymi książki z cyklu „Arsène Lupin", nieprzekładane dotąd części cyklu o Mary Poppins, biografie malarzy, książki popularnonaukowe oraz kilkadziesiąt powieści.
Z tematyką opisywaną przez Brabazona ma do czynienie nie po raz pierwszy - kilka lat temu przetłumaczył książkę Roberta Peltona Younga Najemnicy XXI wieku, w której pojawia się postać Nicka du Toit.

Opinie o ebooku Mój przyjaciel najemnik - James Brabazon

Fragment ebooka Mój przyjaciel najemnik - James Brabazon

Tytuł oryginału:My Friend the Mercenary

Copyright © James Brabazon 2010

Published by arrangement with Canongate Books Ltd, 14 High Street, Edinburgh EH1 1TE

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Przekład: Stanisław Kroszczyński

Redaktor serii: Adam Pluszka

Redakcja: Andrzej Szewczyk

Korekta: Mariola Hajnus, Katarzyna Pawłowska

Redakcja techniczna: Izabela Gołaszewska

Projekt okładki i stron tytułowych: www.pagegraph.pl,

na podstawie koncepcji graficznejmamastudio

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki:

© Tim Hetherington/Panos

Fotografia autora: © Tim Hetherington

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-366-5

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Nazwiska oraz inne dane, które mogłyby ułatwić identyfikację pewnych osób występujących w tej książce, zostały zmienione, by chronić ich prywatność i bezpieczeństwo. Ze względu na brak zapisów audio, wideo lub sporządzonych na bieżąco notatek autor odtworzył część rozmów, zwłaszcza prywatnych, z pamięci, starając się uczynić to jak najwierniej.

Pokaż mi takiego, który nie jest pasożytem, a ja modlić się za niego będę.

Bob Dylan

Dla Jacoba

Mapy

wymowa słów w języku afrikaans

W afrikaans „v” brzmi miękko, jak nasze „f”; „g” w słowieagbrzmi podobnie do „ch” w niemieckimAchtung; „j” wjawymawia się jak polskie „j”.

I

prolog Playa Negra

Mężczyzna wisi, nagi, na rzeźnickim haku umieszczonym w suficie. Jego stopy są związane, a usta wypełnia wrzask przyznania się do winy. Otacza go kilku żołnierzy w obszarpanych mundurach, ich pięści są splamione jego krwią. Odpowiedzi więźnia ich nie zadowalają, więc zarzucają go pytaniami w języku, którego on nie rozumie. Walą go kolbą karabinu w jądra. Dziewięć dni po aresztowaniach rozpoczął się najdrastyczniejszy okres kary. Powietrze wypełnia gorzko-słodki swąd spalonego mięsa. Płomień zapalniczki żołnierza przypala stopy więźnia, aż tłuszcz pryska i skwierczy niczym wołowina na rozżarzonym grillu. Skazany więcej nie poczuje już nic. Oczy szeroko otwarte od cierpienia ostatni raz spoglądają na zachlapaną krwią izbę, w której wisi, naprężony jak struna, a potem serce już nie wytrzymuje. Pożółkłe zwłoki zostaną wystawione na widok publiczny – dla innych więźniów.

Gdy pójdziemy dalej korytarzem, możemy ujrzeć kolejne przesłuchanie. W świetle słabej żarówki widzimy więźnia, kilku następnych żołnierzy i ministra rządu, który siedzi i poci się w garniturze. Kiwa głową z uznaniem. Obok ministra, a za żołnierzami, stoi mężczyzna z kamerą wideo i nagrywa wszystko z najmniejszymi szczegółami, na jakie pozwala technika cyfrowa. Utrwalił na filmie milczącego więźnia przywiązanego za ręce i nogi do poziomej belki, twarzą w dół. Do jego genitaliów przymocowano elektrody, w usta wetknięto mokre szmaty.

W celi obok leżą jego towarzysze. Płaczą, załamani, okrwawieni, wciśnięci do pomieszczenia o powierzchni trzydziestu metrów kwadratowych wraz z dwustu innymi więźniami. Bezlitosne słońce rozpala dach z blachy falistej. Wyciągają ich jednego po drugim na przesłuchania lub tylko po to, by ich pobić czy też publicznie upokorzyć. Jeden z nich błaga, by go zastrzelono. Innemu połamano wszystkie palce.

Na podłodze ostatniej celi leży mężczyzna i krzyczy. Ręce ciasno spięto mu kajdankami, a nogi zakuto w żelaza. Żołnierze walili młotami tak długo, aż metal wbił się w skórę i żywe ciało, do kości. Ciężkie buciory stąpają po jego stopach, miażdżąc mu palce. Ten więzień nazywa się Nick du Toit. Jest najsławniejszym najemnikiem z RPA i jednym z moich najlepszych przyjaciół.

Nick przyznał się do winy, jeszcze zanim zaczęły się tortury – uczynił to publicznie, pod wymierzonymi weń lufami, zdając dokładnie sprawę ze wszystkich szczegółów już następnego dnia po tym, jak został pojmany. Teraz już nie wie, ani też go nie obchodzi, do czego się przyzna. Jego zeznania zmieniają się zależnie od fantazji oprawców. Trwa rozpaczliwa i bezcelowa rozgrywka. W tym skupisku drewnianych ruder i betonowych bunkrów odgrodzonych od morza oraz całego świata zwojami drutu kolczastego katom pastwiącym się nad Nickiem nie chodzi o prawdę: są żądni zemsty.

Ktoś dźwiga Nicka z kamiennej podłogi i zmusza, by ukląkł. Drzwi celi się otwierają, wchodzi dowódca i przytyka lufę pistoletu do jego głowy. Przyszedł, aby dokonać egzekucji, ale magazynek jest pusty. Strażnicy rechocą, tłukąc więźnia do nieprzytomności kolbami karabinów. Ten rytuał powtarza się wielokrotnie.

Pozostawiają Nicka na łasce szczurów w ciasnej izolatce, dwa i pół na półtora metra. Ręce i nogi nadal ma skute. Je ochłapy jak zwierzę, z podłogi, na której także śpi i defekuje. Nie widzi światła dziennego, przebywa bezustannie w całkowitej ciemności. Biją go codziennie. Wdaje się gangrena, ropa cieknie z otwartych ran, zapewniając smakowity pokarm rojącym się karaluchom. Kiedy wreszcie wywleką go na zewnątrz, nie będzie w stanie otworzyć oczu. Żołnierze wpychają jego głowę do lodowatej wody, a potem zrywają strupy z powiek.

Tak oto rozpoczął się pobyt Nicka w Playa Negra, najstraszliwszym więzieniu Afryki. Wyrok opiewa na trzydzieści cztery lata. Zatrzymano go 8 marca 2004 roku wraz z piętnastoma towarzyszami podczas próby dokonania zamachu stanu, obalenia rządu Gwinei Równikowej, maleńkiego kraju w Afryce Zachodniej, chlubiącego się bajecznie bogatymi złożami ropy naftowej. Kogoś tu jednak brakuje, na scenie nie ma jednego z aktorów. Kiedy Nick zdoła otworzyć oczy, nie ujrzy – mnie. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, zapewne znalazłbym się pośród jego towarzyszy niedoli. Miałem mianowicie filmować przebieg zamachu.

1. uścisk dłoni szatana

Zmierzając szybkim krokiem, depczę swój cień w południowym słońcu, idę wzdłuż brzegu basenu. Zerkam na zegarek. Jest dwunasta, 11 kwietnia 2002 roku. Przybyłem punktualnie. Przy stoliku w lobby luksusowego hotelu w Johannesburgu czeka na mnie dwóch białych mężczyzn. Jeden, muskularny, o długich włosach spiętych w kucyk, skrywa się za czarnymi okularami; drugi, starszy i uczesany schludnie, z przedziałkiem, gładzi wąs, obserwuje, co się dzieje na tarasie, potem patrzy na mnie. Wyciągam dłoń na powitanie, nieco przedwcześnie. Wstają obaj, odpowiadając tym samym gestem i mrukliwym: „Witaj”.

Tego z końskim ogonem poznałem rok wcześniej w Sierra Leone. Ma trzydzieści siedem lat, służył w wojskach spadochronowych RPA, później walczył jako najemnik. Cobus Claassens w połowie lat dziewięćdziesiątych pracował dla przedsiębiorstwa militarnego noszącego nazwę Executive Outcomes (EO), prywatnej armii dowodzonej przez Afrykanerów, a wynajętej przez prezydenta Sierra Leone do walki z partyzantami, którzy usiłowali opanować stolicę państwa, Freetown.

Gdy do walki wkroczyli doskonale wyszkoleni żołnierze EO, rebelianci szybko ponieśli całkowitą klęskę. Po wygaśnięciu kontraktu, Cobus chętnie pozostał w kraju, gdzie zlecenia dla fachowego „ochroniarza” wprost roiły się niczym muchy wokół ścierwa, czyli tamtejszego przemysłu wydobycia diamentów.

Cobus wrócił do RPA na krótkie wakacje, by spotkać się z rodziną i rozejrzeć za nowymi kontraktami. Spotkałem go kilka dni wcześniej, podczas rozmowy przypadkowo pojawił się pomysł na wyprawę filmową do Afryki Zachodniej. Zamiar równie niedorzeczny, co kuszący: miałbym filmować wojnę w Liberii, czego nie dokonał jeszcze żaden inny dziennikarz; prawdę mówiąc, mało kto w ogóle wiedział, co się tam dzieje. W tym celu potrzebowałem jego pomocy, a także wsparcia polecanego przez niego człowieka.

Schroniłem się w cieniu markizy i dopiero wtedy zobaczyłem ich wyraźnie.

Pierwszy odezwał się Cobus.

– To jest Nick du Toit. Nick – to jest James.

Mówił z afrykanerskim akcentem, dziwnie zniekształcając angielskie samogłoski. Nick, facet około czterdziestki, o dość pospolitym wyglądzie, wyciągnął rękę przez stół i uścisnął moją dłoń. Odniosłem wrażenie pewnej niezręczności, tak jakby jego dłonie i uszy były zbyt wielkie w stosunku do pozostałych wymiarów, jak u nastolatka, który czeka jeszcze, by dorosnąć do reszty swojego ciała. Czyżby to miał być ten nieustraszony zabijaka, o którym mówił Cobus? Nick patrzył prosto w oczy, co niepokoiło, lecz nie spoglądał napastliwie. Miał prawie dwa metry wzrostu. Po przywitaniu rozsiadł się znów w fotelu. Pojawiło się piwo.

– Miło cię poznać – odezwałem się do Nicka. – Dzięki, że zechciałeś przyjść.

Ze wszystkich sił starałem się ukryć rozczarowanie. Miałem wszak zatrudnić bohatera, który będzie mnie ochraniał podczas wyprawy filmowej do Liberii. Wydawało mi się, że wiem, kogo potrzebuję – zresztą wiele osób tłumaczyło mi to dobitnie. Powinienem nająć ochroniarza, czyli doświadczonego żołnierza; kogoś, kto będzie w stanie mnie obronić, gdy znajdziemy się w ogniu. Kogoś doprawdy niezwykłego. Nick zupełnie do tego obrazu nie pasował. Wyprasowane drelichowe spodnie khaki oraz koszula w biało-niebieską kratę plus równy rządek długopisów w kieszeni na piersi przywodziły na myśl księgowego lub co najwyżej dobrotliwego biznesmena. Wobec osobnika o tak niepozornym wyglądzie poczułem się zawiedziony.

Stuknęliśmy się szyjkami butelek. Nikły brzęk szkła utonął w rytmicznym szumie kaskady hotelowego basenu, bijącej galonami kryształowo czystej wody. W basenie nikt nie pływał, skwar był zbyt nieznośny.

– Nick służył w Recces, czyli w siłach specjalnych RPA, w rozpoznaniu – Reconnaissance, w 5. Pułku. Mieli go zrobić pułkownikiem, ale zrezygnował ze służby. Świetnie orientuje się w regionie, do którego chcesz się wybrać – Cobus zawiesił głos, by przydać znaczenia swoim następnym słowom: – Prawdę mówiąc, Nick był ze mną w Sierra Leone.

Cobusa lubiłem, ale też wiedziałem doskonale, że to wytrawny gawędziarz. Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie wciska mi kitu. Z pewnością otrzyma szczodrą prowizję od sumy, jaką zapłaciłbym ewentualnie Nickowi za to, żeby trzymał mnie za rączkę w dżungli. W dodatku, niczym sprzedawca samochodów, który dorzuca w ofercie jeszcze pełny bak, oznajmił:

– A poza tym jest doświadczonym paramedykiem. Co nie?

–Ja– przytaknął Nick. – Wszystkich nas szkolono i pod tym względem, ale tak się jakoś złożyło, że medykowanie stało się moją specjalnością. W Angoli robiliśmy sporo akcji na większą skalę. Kiedyś musiałem sam siebie łatać. Przechodziliśmy też szkolenia w zwyczajnych szpitalach, takich dla cywili. Mieli tam do czynienia z najrozmaitszymi obrażeniami, trochę bardziej interesującymi niż te, które zdarzają się w wojsku.

Nick wbił wzrok w blat stołu, niemal zawstydzony. Mówił spokojnie, rzeczowo. Nie popadał w przesadę, chyba żadnej ściemy.

Wtedy o Recces nie wiedziałem prawie nic poza tym, co wpad-ło mi w uszy, gdy zadawałem się z Cobusem. A więc – był to południowoafrykański odpowiednik brytyjskich SAS, znakomiciewyszkoleni zabójcy i specjaliści w sztuce przetrwania. Prowadzilizarówno wojnę konwencjonalną, jak i świadczyli na rzecz państwa apartheidu usługi o kontrowersyjnym charakterze podczas wojen w buszu oraz powstań, które wstrząsały RPA przez ponad ćwierć wieku. Ukształtowano ich na fanatycznie oddanych profesjonalistów, natomiast w przeciwieństwie do SAS z pewnością nie można było stwierdzić, że znajdowali się pod kontrolą demokratycznego rządu. Prawdę mówiąc, armia południowoafrykańska mocno przywodziła na myśl wszystko, do czego wpojono mi wstręt, kiedy dorastałem. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że Recces bardziej przypominali Waffen SS niż Special Air Service.

– Pułkownik, powiadasz? Pracowałeś już kiedyś z dziennikarzami?

Jakoś nie mieściło mi się w głowie, żeby Nick miewał do czynienia z mediami, choć dżunglę zapewne znał doskonale.

Głęboko osadzone oczy, błękitne niczym turkusowe wody pobliskiego basenu, znów wpatrzyły się we mnie. Nie zamykał się w sobie, a jednak pozostawał nieprzenikniony. Gdzieś w dali, poniżej, rozległ się dziwaczny odgłos, którego nie sposób pomylić z żadnym innym: trąbienie słonia pośród zgiełku wielkiego miasta. Nick przyglądał mi się uważnie, jak farmer taksujący wołu, nim go kupi.

– Z dziennikarzami? Nie, ale z tego, co opowiadał Cobus, wydaje mi się, że to może być niezła zabawa.

„Zabawa?” – pomyślałem. Czy naprawdę ludzie, którzy zabijają innych ludzi dla pieniędzy uważają to za zabawę?

– Byłeś oficerem? – zapytałem ponownie.

Chyba dosłyszał powątpiewanie w moim głosie. Odwrócił na chwilę wzrok, jakby zakłopotany na wzmiankę o jego dawnym stopniu, po czym przytaknął.

– Pod sam koniec to była już tylko robota za biurkiem. Przerzuciłem się więc na sektor prywatny – Sierra Leone z EO, a potem kopalnie w Angoli. Przygoda z EO okazała się całkiem niezła. Stworzyliśmy tam oddział szturmowy; Cobus był moim zastępcą.

Bez wątpienia zauważył, że drgnąłem, zaskoczony. Wiedziałem doskonale, co wyczyniała jednostka Cobusa w Sierra Leone – tymczasem Nick wyjawił mi właśnie, że był jej dowódcą. Oznaczało to, że podlegli mu ludzie wybili w walce na krótki dystans bardzo wielu rebeliantów. Rozgromili ich do szczętu. Myśl o tym, ile krwi mieli na rękach, sprawiła, że poczułem się nieswojo. Zmieniłem więc temat.

– Nie wiem, na ile jesteś poinformowany, ale Cobus uważa, że potrzebuję w Liberii kogoś, kto trzymałby mnie za rączkę. Planuję trzytygodniową wyprawę na terytorium opanowane przez rebeliantów.

Umilkłem i spojrzałem na niego, próbując ocenić reakcję rozmówcy. Twarz Nicka nadal była pozbawiona jakichkolwiek emocji. Zdałem sobie sprawę, że usiłuję popisywać się wiedzą na temat Afryki wobec dwóch Afrykanerów, którzy walczyli tu, kiedy ja jeszcze chodziłem do szkoły. Nagle poczułem się zagubiony. Postanowiłem więc dalej brnąć w swój blef.

– Nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, co tam się dzieje. Przede wszystkim zależy mi na tym, żeby dotrzeć do przywódców i jeśli się uda, sfilmować nieco akcji, by dowieść w ten sposób, że tam faktycznie toczy się wojna. Usilnie mi ciebie polecano.

To ostatnie zdanie odnosiło się do Cobusa, który teraz przybrał równie beznamiętny wyraz twarzy. Czułem się coraz mniej pewnie. Nigdy dotąd nie próbowałem niczego, co choć trochę przypominałoby wyprawę, o jakiej mówiłem. Nie wiedziałem nawet, czy to w ogóle wykonalne.

Zwróciłem się znów do Nicka; sposób bycia eksoficera Recces nie budził entuzjazmu, natomiast doświadczenie chyba przemawiało na jego korzyść…

– Zainteresowany?

Jego twarz rozjaśnił szeroki, porozumiewawczy uśmiech. Przysunęliśmy się wszyscy do stołu. Cobus sięgnął po notes Nicka, otworzył go na czystej stronie. Niemiły ucisk, jaki odczuwałem w żołądku, wzmógł się jeszcze. Cobus zdjął okulary przeciwsłoneczne i odłożył je na bok.

– Oto, jaki jest plan.

Kiedy poznałem Nicka, sądziłem w swoim zarozumialstwie, że wiem, kim jestem. Kimś, kto przemierzył już głębie ludzkiego cierpienia. W ciągu ośmiu lat od ukończenia studiów na uniwersytecie – wieży z kości słoniowej, której charakter pobudzał chłopięcą ciekawość wobec skandali i burzliwych przemian afrykańskiej historii – pracowałem głównie jako fotograf w najbardziej niespokojnych zakątkach kuli ziemskiej, tak przynajmniej mi się zdawało. Robiłem zdjęcia w Kosowie, Afganistanie i na okupowanych terytoriach Palestyny oraz spędziłem niemało czasu w Zimbabwe. Fotografowałem baterie artylerii w Kaszmirze na wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów nad poziomem morza i wykonywałem zdjęcia w Erytrei, gdzie pole bitwy było usiane ludzkimi ciałami, lecz nigdy nie widziałem z bliska bezpośredniego starcia, walki na krótki dystans.

Gdy jeszcze w szkole zacząłem zajmować się fotografią, fascynowały mnie prace Roberta Capy oraz Dona McCullina. Wydawało mi się, że aby podążyć ich śladem, wystarczą aparat fotograficzny oraz odpowiedni zasób determinacji. Myliłem się. Nie byłem przygotowany na tak silną konkurencję. Tymczasem w Londynie odniosłem wrażenie, że fotografów jest całe mrowie, a wszyscy wprost rwą się do akcji. Z trudem udawało mi się wiązać koniec z końcem, nie miałem pojęcia, co muszę uczynić, by wieść życie zawodowego fotografa, jakie sobie wymarzyłem.

Cobusa poznałem w Sierra Leone podczas mojej pierwszej podróży do Afryki Zachodniej w 2001 roku. Pojawiłem się w tym kraju, kiedy wojna domowa siejąca spustoszenie od dziesięciu lat wreszcie zbliżała się ku końcowi. Ze skrzynką pełną filmów oraz dwoma wysłużonymi aparatami wybrałem się do stolicy kraju, Freetown. Miałem wówczas dwadzieścia dziewięć lat, otrzymałem zlecenie od pewnego magazynu, by zrobić reportaż na temat obecności wojsk brytyjskich w Sierra Leone. Towarzyszył mi Robert, amerykański dziennikarz, który obiecał dodatkową atrakcję do wykorzystania w mojej opowieści: otóż zaopiekuje się nami prawdziwy najemnik.

Kiedy przeszliśmy przez cło, zapakowano nas do helikoptera i polecieliśmy do miasta, tam już czekał na nas land rover. Wreszcie znaleźliśmy się w przytulnym domku na przedmieściach stolicy. Panował upał nie do zniesienia. Drzwi otworzył uśmiechnięty, muskularny Afrykaner. Przekroczyłem próg domu Cobusa. Zupełnie, jakbym przeszedł na drugą stronę lustra.

Robert był z nim umówiony na dwutygodniowy pobyt. Zapewniał mnie, że mogę liczyć na życzliwe przyjęcie, lecz jak się okazało, on również nigdy przedtem osobiście nie spotkał Cobusa. Wyhaczył go po prostu na forum internetowym najemników. Jednak Cobus powitał nas naprawdę serdecznie i zaprosił do domu także mnie. Wręczył nam pęk kluczy i oznajmił, że we właś-ciwym czasie dostaniemy do dyspozycji mercedesa z kierowcą. Gdyby pojawiły się jakieś problemy, mamy dzwonić. Nie miałem pojęcia, kim jest Cobus, ani też, doprawdy, jakiego rodzaju problemy możemy spotkać na swojej drodze. Słowo „najemnik” nie padło z niczyich ust, ale wojskowy sposób bycia Cobusa oraz siedziba pełna wyposażenia w kolorze khaki mówiły same za siebie.

Opuszczałem ten dom i wracałem do niego, zajmując się wypełnianiem zlecenia dla mojego czasopisma – wdzięczny za samochód i posiłki przyrządzane przez gospodynię, ponieważ dysponowałem ograniczonym budżetem. Artykuł napisał się właściwie sam: każdy miał coś do powiedzenia na temat wojny, podczas której ledwie uszedł z życiem. Pewien człowiek opisał, jak rebelianci ze Zjednoczonego Frontu Rewolucyjnego ucięli mu obie ręce; inni opowiadali o nastoletnich żołnierzach, którzy trzymali ich, gdy wydłubywano im oczy i wlewano do oczodołów gorący plastik z roztopionych toreb reklamówek.

Zjednoczony Front Rewolucyjny (RUF, Revolutionary United Front) zyskał niechlubną sławę ze względu na szczególne okrucieństwa, jakich dopuszczali się jego członkowie. Ulubioną taktyką bojowników było okaleczanie ludności cywilnej. Jednostki bojowe Frontu przybierały takie nazwy, jak Szwadron Rozlewu Krwi, Jednostka Podpalaczy czy Bezkrwawi Zabójcy – ci ostatni chlubili się tym, że bili swe ofiary na śmierć, nie przelewając przy tym ani kropli ich krwi. Szwadron Nagiej Śmierci przed egzekucją pozbawiał zabijanych odzienia. To tylko nieliczne przykłady. Kampanie prowadzone przez rebeliantów nosiły równie znamienne kryptonimy: operacja „Palenie domów”, operacja „Haracz”, no i brutalnie oczywista w swoim sensie operacja „Nie ma życia”.

W drugim tygodniu mojego pobytu poleciałem wraz z przedstawicielami ONZ na obszar zwany Parrot’s Beak – szczególnie niebezpieczne terytorium na wschodzie kraju, opanowane przez bandytów. O ile Freetown zostało skutecznie rozbrojone kilka tygodni wcześniej i znajdowało się już pod kontrolą żołnierzy brytyjskich oraz ONZ, o tyle w Parrot’s Beak nikt nie zdał jeszcze ani jednej sztuki amunicji. Gdy wylądowaliśmy, około sześćdziesięciorga dzieci wypełzło z gęstych zarośli na przecinkę. Bojownicy RUF traktowali je jak niewolników, zmuszali do udziału w walkach; gwałcono je lub przywłaszczano sobie w charakterze „żon”.

Czułem się uprzywilejowany jako świadek odzyskania przez nie wolności, ale jednocześnie wstrząsnęło mną poczucie włas-nej ignorancji. Nie doświadczyłem wydarzeń, które ukształtowały życie tych ludzi, tylko zjawiłem się tu niczym turysta, robiłem zdjęcia i wysłuchiwałem opowieści, jakbym zbierał pamiątki z zagranicznej wycieczki.

Wróciliśmy do Freetown; Robert wyjechał do Stanów Zjednoczonych; spieszyło mu się na uroczystość rozdania dyplomów, ponieważ jego córka właśnie ukończyła szkołę. Zostałem sam na sam z Cobusem. Siedziałem na jego kanapie, gapiliśmy się na burzowe chmury za oknem.

– No, to kim ty właściwie jesteś? – spytał, nalewając kolejną szklankę rumu Red Heart. Sprawiał wrażenie autentycznie zainteresowanego, w jego afrykanerskim akcencie pobrzmiewała tylko nikła nutka ironii. Zgłupiałem. Bądź co bądź sypiałem już od dwóch tygodni na jego kanapie, więc chyba wiedział dokładnie, kim jestem.

– Co masz na myśli?

– No, kim jesteś? – powtórzył, na przemian połykając i rozciągając samogłoski.

Nagle dotarło do mnie, że moje pojawienie się mogło go zdziwić bardziej, niż po sobie pokazał.

– Moment. Chyba poinformowano cię, że przyjadę, nie?

Uśmiechnął się i potrząsnął głową. Podał mi szklankę pełną rumu.

– Boże, okropnie mi przykro. – Poczułem się upokorzony, odstawiłem naczynie. – Myślałem, że zaprosiłeś nas obu. Bardzo przepraszam. Głupio, że nie spytałem. Znajdę jakiś hotel, to…

Kiedy wstałem i skierowałem kroki w stronę moich bagaży, po drodze przewieszając przez ramię aparat, przed dom zajechał motocykl. Po kilku sekundach trzasnęły rozsuwane drzwi. Do pokoju wpadł mężczyzna o nieco komicznym wyglądzie i ciemnej, śródziemnomorskiej karnacji.

– Yossi, to jest James. Dziennikarz, mój przyjaciel. Mieszka u mnie.

Wyciągnąłem dłoń i się przywitałem. Yossi spojrzał mi prosto w oczy, po czym przemówił z twardym, izraelskim akcentem:

– Jeżeli zrobisz mi zdjęcie, zabiję cię.

Nie wiedzieć czemu, wygląd Yossiego nagle przestał mnie bawić. Zerknąłem na Cobusa, w którego oczach dostrzegłem uśmiech.

– Właśnie wpadłem na świetny pomysł – oznajmiłem.

Yossi nie spuszczał mnie z oczu, zezując tylko na mój aparat.

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, nie zrobię ci zdjęcia, zgoda?

Obaj zarechotali.

– Yossi i ja mamy pewną sprawę do załatwienia – wyjaśnił Cobus. – James, czuj się, hm, jak u siebie w domu, okej?

Drzwi trzasnęły znowu, ryknął silnik motocykla. Zostałem sam. Stanąłem przed wyborem: wziąć sobie pogróżkę Izraelczyka do serca i zniknąć albo przyjąć wielkoduszną gościnność Cobusa, a następnie w pełni wykorzystać te kilka dni dzielących mnie od powrotu do kraju. Wahałem się przez chwilę, po czym postanowiłem dopić rum.

Przez następne sześć dni Cobus oprowadzał mnie po swoim Freetown. Po mieście, w którym na każdym kroku natrafiało się na ślady dopiero co zakończonej wojny, lecz zarazem metropolii, w której mimo to można było się nieźle zabawić. Wybraliśmy się do kasyna, gdzie przegrałem resztę mojego skromnego budżetu; pojechaliśmy do rezerwatu małp, tam zrobiłem zdjęcie wyjątkowo rzadkiego okazu, szympansa albinosa imieniem Pinky – ta fotografia przyniosła mi więcej pieniędzy niż jakakolwiek inna w mojej karierze. A przy okazji zawarłem znajomość z całą zbieraniną najemników, żołnierzy i biznesmenów, których Cobus zwał swoimi przyjaciółmi.

Okazało się, że Yossi jest strzelcem wyborowym, dowodził tajną, elitarną jednostką izraelskich sił zbrojnych. W latach osiemdziesiątych, podczas wojny w Libanie, ludzie z jego oddziału oddali piętnaście strzałów. Zabili czternastu nieprzyjacielskich dowódców. W 1990 roku Yossi osiadł we Freetown i założył tam własny biznes – firmę ochroniarską. Na krótko przed moim wyjazdem poprosił mnie o pewną przysługę. Spytał, prawie nieśmiało, czy nie mógłbym zrobić trochę zdjęć jego dzieciom. Cykając te fotki, widziałem go kątem oka. Obserwował uważnie, w którą stronę kieruje się mój obiektyw.

Podczas imprez w domu oraz w barach na plaży pojawiały się też inne postacie. Poznałem na przykład Nealla Ellisa, zwanego przez wszystkich Nellis. Jako legendarny pilot śmigłowca bojowego, Nellis służył zrazu w południowoafrykańskich siłach powietrznych, po czym wstąpił do EO. Już jako wojskowy lotnik zyskał niemałą sławę, natomiast we Freetown stał się lokalnym bohaterem, ponieważ niemal w pojedynkę powstrzymał kolejny marsz rebeliantów na stolicę. Było to w roku 2000, kiedy Sierra Leone pozostawiono własnemu losowi, a większość zawodowych żołnierzy dawno opuściła Freetown. Neall wykonał dziesiątki lotów rosyjskim Mi-24, nim wreszcie pojawili się Anglicy i zdołali zabezpieczyć miasto.

Cobus i Nellis fascynowali mnie. Wychowałem się w wielkim poszanowaniu dla ruchów narodowowyzwoleńczych, które RPA usiłowała zlikwidować w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Oni zaś opowiedzieli mi o tej wojnie, ukazując jej drugą stronę; usłyszałem historie zupełnie niepoprawne politycznie. O takich rzeczach nie uczono w szkole. Czułem się jak ksiądz w burdelu. Ich luz był zaraźliwy, szczerość rozbrajająca, a piwo lało się strumieniami. Opowieści, w których odwaga i przyjaźń odgrywały niepoślednią rolę, zapadały w pamięć, trudno było im się oprzeć.

Którejś nocy, kiedy ogarnął nas mniej pobożny nastrój, Cobus i ja zapakowaliśmy do mercedesa kilka ładnych dziewczyn i woziliśmy się z nimi od baru do baru, dopóki nie zbliżyła się godzi-na policyjna. Potem znaleźliśmy się w jego domu, rozsiedliśmy na sofie, mając do dyspozycji, jak się zdawało, nieograniczone zasoby rumu i coca-coli. Rozmawialiśmy o jego dwóch obsesjach: diamentach i historii. Wcześniejsze skrępowanie opuściło mnie i odważyłem się go spytać, co robił dla Executive Outcomes.

Cobus podał mi wtedy przez stół jakieś zdjęcie. Widniał na nim otoczony grupką kilkunastu innych najemników ubranych tak samo jak on w panterki. Nie rozpoznałbym go, ponieważ jego twarz pokrywał czarno-zielony kamuflaż. Nie sposób było stwierdzić, czy jego towarzysze są biali czy ciemnoskórzy – do tego stopnia zmieniał ich bojowy makijaż.

– Zostałem zatrudniony na podstawie rekomendacji przyjaciół zajmujących wysokie stanowiska w Executive Outcomes. Podpisałem kontrakt w maju dziewięćdziesiątego piątego roku. Płacili trzy razy więcej niż w wojsku, więc rzuciłem służbę i zostałem najemnikiem. – Kilku przyjaciół poszło w jego ślady. – Nie wiedzieliśmy nawet, dokąd nas poślą. Dopiero w samolocie lecącym tutaj z RPA usłyszeliśmy, że krajem docelowym jest Sierra Leone, czyli piekło na ziemi.

Zaśmiał się cicho, bo ironicznym zrządzeniem losu tu właśnie się osiedlił. Dolał sobie rumu.

Wkrótce dla Cobusa wojna nabrała osobistego charakteru. Rozprawa z rebeliantami przestała być tylko pracą wykonywaną dla pieniędzy. Wobec okrucieństw, jakich się dopuszczali, w coraz większym stopniu poczytywał sobie za obowiązek, by „oczyścić” dżunglę ze zbrojnych bandytów. Kreował się na anioła śmierci, w przekonaniu, że opowiedział się po słusznej stronie. Jego grupa szturmowa (jak się później dowiedziałem, dowodzona przez Nicka du Toit) wytrwale tropiła partyzantów. Któregoś dnia najemnicy otrzymali raport o napaści na wioskę. Kiedy przybyli na miejsce, ujrzeli martwe kobiety z kijami powbijanymi w waginy oraz starców, którym poderżnięto gardła. Było już za późno, żeby pomóc, ale rebeliantów dopadli w sąsiedniej wsi, odległej o dwadzieścia kilometrów.

Cobus i jego ludzie ruszyli tyralierą i rozprawiali się z bandytami. Nie przeżył ani jeden partyzant, nie brali bowiem jeńców. W tej wojnie nie było miejsca na litość. Rysy Cobusa stężały.

– Na pewnym etapie istota ludzka przestaje być człowiekiem, przeistacza się w bestię, a wówczas należy ją jak najprędzej wytropić i zlikwidować, żeby pozwolić innym ludziom na normalne życie.

Nie miałem w zanadrzu podobnych opowieści, którymi mógłbym mu się zrewanżować. Bezkompromisowe podejście Cobusa do kwestii sprawiedliwości zdawało mi się trudne do strawienia, zbyt odległe od moich doświadczeń, bym mógł je we właś-ciwy sposób ocenić. Cobus tymczasem życzył mi dobrej nocy. Sprzątnąłem niedopałki oraz puste butelki po coli, zaciągnąłem moskitierę chroniącą kanapę, która przez trzy minione tygodnie służyła mi za miejsce wypoczynku.

Mój pobyt w Sierra Leone dobiegł końca. Następnego dnia Cobus odwiózł mnie motorówką na lotnisko. Nalegał, byśmy pozostali w kontakcie. Kiedy dziób szybkiej łodzi pruł błękitne wody, zapytałem go, czy czegoś żałuje.

– Zrobiliśmy coś, dzięki czemu ci ludzie mogli choć w pewnym stopniu odzyskać nadzieję – odpowiedział. – Ale owszem – dodał – żałuję. – Dopłynęliśmy już do plaży, silnik ucichł. – Żałuję, że nie udało mi się zabić więcej tych skurwysynów.

Stwierdzenie nie zachęcało do dyskusji, podobnie jak opowieści usłyszane poprzedniego dnia przy rumie. Poglądy Cobusa w tej kwestii były ustalone, a czy ktoś się z nimi zgadzał, czy nie – to mojego gospodarza zupełnie nie obchodziło.

Zgodnie z sugestią Cobusa pozostaliśmy w kontakcie. Osiem miesięcy później, czyli w lipcu 2002 roku, odwiesiłem swoje aparaty fotograficzne na kołek i podjąłem pierwsze kroki prowadzące mnie ku karierze filmowca. Udałem się do Zimbabwe z kenijskim domem produkcyjnym działającym na zlecenie BBC, która miała zakaz wstępu do tego kraju. Zimbabwe trochę już znałem, ponieważ pracowałem tam jako fotograf. Ku mojemu zaskoczeniu odnieśliśmy zdumiewający sukces. Nasza ekipa, składająca się z Anglików, Afrykanerów i obywateli Zimbabwe, zdołała zapewnić stały dopływ materiałów filmowych oraz analiz producentom BBC, którzy redagowali cowieczorne raporty telewizyjne dokumentujące drogę Roberta Mugabego do zbrodni. Kiedy uporaliśmy się z tą robotą, przenieśliśmy się do RPA. Przedsiębiorstwo założyło biuro w modnej dzielnicy Johannesburga, aby zdyskontować reputację, którą, jak nam się zdawało, zyskaliśmy. Poleciałem do George na Garden Route na spotkanie z Cobusem – akurat wziął urlop i odwiedził ojczyznę, żeby odetchnąć od nieco klaustrofobicznej atmosfery Freetown.

Wetknął czterdziestkę piątkę za pasek, z tyłu („w tym pieprzonym kraju nigdy nic nie wiadomo”), po czym razem z jego żoną i dziećmi wybraliśmy się do Knysny, żeby w tamtejszym barze specjalizującym się w ostrygach wyłuskać ze skorup złowione tego dnia małże. Cobus, jak zwykle szczery i bezpośredni, zwierzył mi się, że gdy wygasła umowa z EO, zainteresowanie jego usługami wyrazili inni mocodawcy – włączając w to rząd Stanów Zjednoczonych.

Niedługo po moim wyjeździe z Sierra Leone w czerwcu 2001 roku Cobus udał się do sąsiedniej Gwinei, aby odwiedzić pewnego przyjaciela, który pracował dla wywiadu USA w tamtym regionie. Na wyspie Kassa położonej opodal wybrzeża amerykańskie siły specjalne szkoliły gwinejskich żołnierzy. Cobus wpadł tam ot, tak sobie. Głównie, żeby sprawdzić, jak się strzela z amerykańskiego M4. W strzeleckim „małpim gaju” przekonał się, że wielu „gwinejskich” żołnierzy porozumiewa się po angielsku z wyraźnym liberyjskim akcentem – a nie po francusku, czyli w miejscowym języku.

Nie mogłem pojąć, dlaczego armia amerykańska miałaby szkolić Liberyjczyków.

– W Liberii wybuchła nowa wojna – wyjaśnił Cobus. – Trudno stwierdzić cokolwiek z całą pewnością, ale chyba w pobliżu granicy gwinejsko-liberyjskiej utworzyła się nowa armia powstańcza. Wyłoniła się z rozmaitych frakcji, które walczyły z Taylorem w poprzedniej wojnie. Partyzanci skupili się w regionie wokół Macenty, na wschodzie.

Ta „poprzednia wojna”, jak dowiedziałem się od Cobusa, była jeszcze jedną zachodnioafrykańską tragedią. Rozegrała się równolegle do walk, w których uczestniczył w Sierra Leone, i pośrednio przyczyniła się do ich wybuchu. W latach 1989–1997 Charles Taylor, a także inni watażkowie prowadzili zaciętą wojnę domową przeciwko rządowi Liberii oraz między sobą. W tej wojnie Taylor w końcu odniósł zwycięstwo, a w 1997 roku został wybrany na prezydenta.

– Po wyborach Taylor dobrał się do skóry konkurentom, natomiast większość ich zwolenników uciekła do Gwinei. W dziewięćdziesiątym ósmym wybiło prawdziwe szambo. Znów rozpoczęły się walki w Monrowii, bojownicy lojalni wobec watażki wspieranego przez jankesów po prostu zwiali do ambasady USA. Amerykanie czym prędzej zorganizowali misję ratunkową – zanim Taylor zdążył ich zmasakrować.

Cobus uczestniczył w tej misji, z naszywką w amerykańskich barwach na mundurze. W ciągu następnych czterech lat przeciwnicy Taylora z wolna dokonali przegrupowania, a prezydent tymczasem skompromitował się w oczach międzynarodowej opinii publicznej. ONZ oskarżyła go o finansowanie, szkolenie i zbrojenie oprawców z RUF w sąsiadującym Sierra Leone, na jego reżim nałożono sankcje wojskowe oraz handlowe.

11 września wszystko zmienił. Mając już powyżej uszu rządów Taylora, zwłaszcza wobec doniesień, iż być może zezwolił przedstawicielom Al-Kaidy na swobodne poruszanie się po kraju, Amerykanie znów byli skłonni dopomóc swoim dawnym sojusznikom. Postanowiono, że Taylor musi odejść.

– To długa historia – oznajmił Cobus. – Jeszcze w dziewięćdziesiątym szóstym, kiedy wyglądało na to, że Taylor spuści wpierdol bojownikom z ULIMO-J, rząd amerykański dostarczył im broni. Sprawę załatwiono za pośrednictwem pewnego prywatnego kontraktowca. To ci sami goście, którym Stany Zjednoczone pomagały później, w dziewięćdziesiątym ósmym. A teraz regularne bitwy rozgrywają się w odległości stu sześdziesięciu kilometrów od największego zgromadzenia sił ONZ, i nikt nic o tym nie wie.

Z nienawiścią i pogardą mówił o ONZ, która, choć przeprowadziła zakrojoną na wielką skalę operację pokojową w Sierra Leone, nawet nie kiwnęła palcem, by interweniować w Liberii.

– Nie do wiary, sąfokkenfrajerami i tyle.

Jego twarde „r” sprawiało, że wypowiedź brzmiała tym dobitniej. Wszystko wskazywało na to, że poza Gwineą i Liberią (oraz wywiadem USA) naprawdę nikt nie wie, co się dzieje.

Skorupy po ostrygach spiętrzyły się w spory stosik. Wsiedliśmy do samochodu Cobusa i ruszyliśmy z powrotem do domu. Rozmyślałem o tym, czego się dowiedziałem. Gdyby udało mi się nawiązać kontakt z armią powstańczą biorącą udział w tej nikomu nieznanej wojnie, relacja z niej mogłaby się okazać strzałem w dziesiątkę – mówiąc ściślej, taki materiał pozwoliłby mi wyrobić sobie markę jako dziennikarzowi.

– A czy ten twój kumpel, Amerykanin, mógłby mnie w to wprowadzić? To znaczy, czy mógłbym tam nakręcić film?

Słońce zniżało się ku morzu. Cobus, siedzący za kierownicą, poprawił okulary słoneczne.

– Muszę go zapytać. Nie wiem zbyt dokładnie, jak w tej chwili wygląda sytuacja, jak duże terytorium znajduje się pod kontrolą powstańców. Wiesz, Amerykanie próbują im pomóc, ale na ograniczoną skalę, dostarczają jedynie broń ręczną i zapewniają wsparcie logistyczne. Żadnego ciężkiego sprzętu, tyle tylko, żeby trochę ich wzmocnić i przekonać się, czy dadzą radę uporać się z Taylorem. Czy w ogóle do czegoś się nadają.

Objechaliśmy wzgórze; naszym oczom ukazał się widok na ocean. Cobus wyłączył silnik, otworzyliśmy okna. Wnętrze półciężarówki wypełniło się zapachem słonej wody i szumem fal.

– Dam ci znać.

Po dwóch dniach zadzwonił mój telefon. Odszedłem od baru, który podpierałem w Johannesburgu, pozostawiając za sobą gwar rozmów licznych w porze lunchu klientów. Prawie już zapomniałem, że czekam na wiadomość od Cobusa. W świetle dziennym wydawało się nieprawdopodobne, by wywiad USA (kimkolwiek był jego przedstawiciel i niezależnie od tego, dla której agencji pracował) zamierzał ułatwić nawiązanie kontaktu między grupą powstańców (istniejącą lub nie) a dziennikarzem. Tym bardziej nie mogłem uwierzyć, żeby partyzanci chcieli mieć cokolwiek wspólnego z takim przedsięwzięciem.

– James, wygląda na to, że ta drużyna chce z tobą zagrać. Wchodzisz w to.

– Słucham?

– Wchodzisz w to. Gadałem z jankesami. Zapewniłem ich, że mogą mieć do ciebie zaufanie, że nie zamierzasz ich wyruchać ani nic, że po prostu chcesz puścić na cały świat historię o powstańcach. O ile się zgodzisz, żeby nie nadawać nic o Amerykanach, chyba nie będzie problemu.

Nie wierzyłem własnym uszom. Przez chwilę w moim umyśle zapanowała zupełna pustka. Co właściwie powinienem powiedzieć? Oczyma wyobraźni ujrzałem siebie na jakiejś polanie w dżungli otoczonego potrząsającymi bronią rebeliantami. Opanowało mnie nerwowe podniecenie.

– Do tego potrzebujesz kogoś, kto się tobą zaopiekuje i w razie czego ułatwi ewakuację. Kogoś, kto przypilnuje, żeby nic ci się nie stało.

Zerknąłem do wnętrza restauracji, a potem wbiłem wzrok we własne stopy.

– Cobus, ja nawet nie mam na to budżetu. Ciężko będzie.

Bo i rzeczywiście, pozyskanie zgody Amerykanów to dopiero początek, nie koniec. Aby cokolwiek sfilmować, potrzebowałem sprzętu, ludzi – i pieniędzy.

– Rozumiem, rozumiem. Słuchaj, nie przejmuj się, jakoś się z tym uporamy. Wszystkie płatności będą przechodzić przeze mnie. Postaram się to załatwić, kiedy wrócę do Freetown. Pod koniec tygodnia będę w Johannesburgu. Jest taki facet, o którym pomyślałem. Spotkajmy się w hotelu Westcliff…

Nick zamówił następną kolejkę. Właśnie tam, nad brzegiem basenu, sporządziliśmy pierwsze notatki. Plan był dosyć prosty, przynajmniej tak się wydawało. Cobus miał obsługiwać we Freetown wojskową radiostację działającą na falach UHF – taką, jakiej używali żołnierze, operującą na innych częstotliwościach niż lokalne nadajniki, o zasięgu wystarczającym, by nawiązać kontakt z Monrowią, stolicą Liberii, a zamierzaliśmy przecież oddalić się na znacznie mniejszą odległość. Nick oraz Cobus chcieli utrzymywać regularny kontakt, przy czym Nick miał mu codziennie podawać nasze współrzędne z GPS-u, dzięki czemu Cobus w razie potrzeby mógłby zwrócić się do Amerykanów. Na wszelki wypadek mieliśmy też wziąć ze sobą telefon satelitarny, a poza tym kamizelki kuloodporne, sprzęt do filtrowania wody oraz żelazne racje żywnościowe, aby nie stanowić ciężaru dla miejscowej ludności.

Przyszło mi nagle do głowy, że powstańcy mogą nie być zachwyceni faktem, iż moim ochroniarzem będzie najemnik. Ostrożnie dobierałem słowa. Cobus nie widział powodu do niepokoju.

– Jeśli Amerykanie powiedzą im, że wszystko w porządku, pogodzą się z tym. Poza tym to leży w ich interesie, żeby Nick był z tobą. Dzięki temu, jeśli pojawią się problemy, nie będą musieli się tobą zajmować, to ostatnia rzecz, na jaką mieliby wtedy chęć.

Jego rozumowanie brzmiało sensownie, jednak nadal moje wątpliwości budziło jego całkowite zaufanie do Amerykanów.

– Nick – spytałem – będziesz uzbrojony?

– Tak, ale nie od razu. Nie możemy zabrać broni stąd. To znaczy, dałoby się, ale ktoś mógłby zrozumieć to opacznie, jasne? Myślę, że kiedy już znajdziemy się na miejscu, dostanę od partyzantów kałacha. Nie powinno z tym być problemu.

Nick zerknął nad moim ramieniem; nadeszły piwa, więc umilkliśmy wszyscy trzej. Biały jak kreda turysta wychynął z bezpiecznego schronienia w cieniu i plusnął do basenu. Wachlowałem się jadłospisem. Przyjąłem stwierdzenie Nicka za dobrą monetę. Chciałem, żeby był uzbrojony, i chciałem wiedzieć, po co, jego zdaniem, miał być uzbrojony. Gdy wygładziły się fale na powierzchni wody, wytłumaczył mi, w jakich okolicznościach mógłby posłużyć się kałasznikowem:

– Jeśli pojawi się jakiś problem – ciągnął – zrobię nam trochę luzu, żebyśmy mogli się wycofać. Tylko tyle.

Znów pustka w głowie: wycofać się skąd? A zwłaszcza: dokąd? Wyobraziłem sobie dżunglę, taką jaką widziałem w Sierra Leone, i Nicka opróżniającego magazynek w kierunku pozbawionych twarzy wrogów, podczas gdy ja biegnę, przerażony, by schronić się pośród drzew.

– Spodobało mi się to „my” – przyznałem. – Jeszcze nigdy czegoś takiego nie robiłem.

Słowa zawisły w ciszy, którą przerwał Cobus:

– Nie przejmuj się. Po prostu musisz zaangażować sporą ekipę. Mogą nie mieć pojęcia o filmowaniu, ale im więcej ludzi będziesz miał pod sobą, tym bardziej będą cię szanować.

Nick przytaknął z uśmiechem. Notowałem pilnie.

– I zabierz duże kamery, żebyście wyglądali jak ekipa telewizyjna z prawdziwego zdarzenia. To im się spodoba.

Pochwyciłem ukrytą w tym zdaniu sugestię, że tak naprawdę wcale nie będziemy ekipą z prawdziwego zdarzenia. Trudno byłomieć mu to za złe. Umówiliśmy się, że Nick zajmie się wyposażeniem apteczki oraz kupi zapasy żywności. Dom produkcyjny zgromadzi ekipę, a ja zadbam, żeby wszystkie papiery były w porządku.

– A właściwie, jak my tam dotrzemy? Bo jeżeli wylądujemy bezpośrednio w Konakry… to może być cholernie trudna sprawa.

Konakry, stolica sąsiedniej Gwinei, gdzie mieściło się biuro polityczne rebeliantów, zaliczała się do najmniej przyjaznych dziennikarzom miejsc na ziemi. Lotnisko cieszyło się więc pośród reporterów szczególnie złą opinią: drapieżni celnicy, nieprzewidywalni żołdacy i złowrodzy agenci rządowi – za ich sprawą formalności przy wjeździe do kraju przywodziły na myśl policyjną ścieżkę zdrowia. Nick pochylił się, by usłyszeć odpowiedź, również żywo zainteresowany.

– Nie przejmujcie się – rzekł na to Cobus. – Będę tam przed wami. Wyjadę po was na lotnisko w towarzystwie jednego z ich ludzi.

Poza znajomością ponurej reputacji tamtejszego międzynarodowego portu lotniczego o Gwinei i Liberii nie wiedziałem prawie nic. Przez kilka dni od rozmowy z Cobusem przeczesałem internet w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek, by zorientować się w sytuacji. Nie znalazłem praktycznie niczego.

Nieliczne doniesienia, z których wynikało, iż konflikt rozgorzał na nowo, często były utrzymane w sceptycznym tonie. Jeden z wysłanników BBC wyrażał przypuszczenie, że prezydent Liberii, Charles Taylor, inscenizował napaści na jego wojska, aby wpłynąć na społeczność międzynarodową w celu złagodzenia embarga na dostawy broni do jego kraju. Rzeczywiście, w lutym 2001 roku Charles Taylor zwrócił się z pisemnym apelem do Kofiego Annana, ówczesnego sekretarza generalnego ONZ, domagając się zniesienia zakazu dostaw broni, a to z racji zagrożenia ze strony Gwinei. Żądanie to spotkało się ze stanowczą odmową.

Strony internetowe liberyjskich dysydentów, działające na amerykańskich serwerach, informowały o nowym sojuszu zawiązanym przeciw Taylorowi, by usunąć go z urzędu oraz dopuścić do władzy zmarginalizowane rdzenne plemiona. Jednak tym relacjom nie towarzyszyły żadne zdjęcia, podawano tylko nieliczne nazwiska, poza tym brakowało faktów, które dałoby się zweryfikować. Wszystko wskazywało na to, że powstańcy nie mieli kontaktu z europejskimi dziennikarzami, nikt ich nie sfilmował, co składało się na dość mętne wrażenie. Przybrali nazwę LURD – Liberians United for Reconciliation and Democracy (Liberyjczycy Zjednoczeni na rzecz Pojednania i Demokracji), a przewodniczył im ponoć były sprzedawca używanych samochodów, niejaki Sekou Conneh. Jednak ten ostatni fakt – zarówno kwestię dowództwa Conneha, jak i wręcz jego istnienie – wielu poważnych komentatorów podawało w wątpliwość. Istniało tylko kilka drukowanych wzmianek o tej postaci; jedną z nich stanowił dziwaczny komunikat wydany przez jego „rzecznika prasowego” – człowieka, który najwyraźniej się nie przepracowywał.

Najnowszy raport ONZ – licząca sto szesnaście stron aktualizacja rezolucji Rady Bezpieczeństwa z 2001 roku, w którejponownie nałożono na rząd Taylora ścisłe embargo na broń orazsankcje odnośnie do podróżowania i handlu diamentami – poświęcał LURD mniej niż jedną stronicę. Zawarto tam nieliczne fakty dotyczące organizacji, między innymi wzmiankę o przywódcy zwącym się Kone, oraz stwierdzenie, że struktura dowodzenia ma „charakter frakcyjny”, plus informację o słabnącym wsparciu ze strony Gwinei dla cechującej się ograniczonym zakresem działalności sojuszu. W konkluzji raportu zawarto stwierdzenie: „niewykluczone, iż ostatnio aktywność LURD się wzmogła”.

Właściwie o tym, że LURD w ogóle istniało, świadczyły tylko dwa czynniki: po pierwsze, Cobus uparcie twierdził, że Amerykanie utrzymują z nimi kontakt; po drugie, tylko prawdziwi, zatwardziali i nieprzejednani buntownicy mogli przyjąć tak dziwacznie brzmiącą nazwę.

– Pozostaje jeszcze jedna rzecz do omówienia. – Przypomniałem sobie w porę. – Chodzi o filmowanie ciebie, Nick.

Spojrzeli po sobie z Cobusem, potem znów na mnie.

– Tego nie da się uniknąć, prędzej czy później przemkniesz gdzieś w kadrze, z boku albo w tle – wyjaśniłem. – Oszaleję, jeżeli będę musiał bez przerwy uważać, żebyś nie znalazł się ani przez chwilę na filmie. W skrócie, chodzi mi o to, żebyś mi zaufał. Zapewniam, że twoja twarz nie pojawi się w programie, sceny z tobą zostaną wycięte.

Nick skinął głową. Prawdę mówiąc, nie miałem najmniejszego pojęcia, co to będzie za program i z czego wytnę owe sceny.

– W porządku, chłopie. Jak dla mnie, żaden problem. Tylko nie wymieniaj mojego nazwiska. Jakoś przeżyję, jeśli nie ujrzę go na liście płac pod koniec filmu. – Nick przeciągnął się i odchylił w fotelu. – Niezłe piwo tu dają, naprawdę niezłe.

Cobus oddał Nickowi mały notes na metalowej spiralce, zamienili kilka słów w afrikaans. Czekałem na ich odpowiedź; ja już podjąłem decyzję.

– Świetnie. W takim razie umowa stoi.

Wyciągnąłem rękę, żeby uścisnąć dłoń Nicka. Poczułem przypływ ulgi, moje wątpliwości znikły.

– Sprawy finansowe omówię z Cobusem. Teraz potrzebujemy tylko zgody partyzantów.

– Jestem przekonany, że ją wyrażą – odparł Cobus. – Amerykanie dysponują wśród nich niemałymi wpływami. Jeden z wyżej postawionych gości ponoć utrzymuje z nimi bardzo dobre stosunki.

Nie drążyłem tematu, wraz z ostatnim łykiem piwa przełknąłem też kwestię narastającej dwuznaczności mojej pozycji.

Tego wieczoru przemyślałem to spotkanie i skomplikowaną sieć interesów, jaka się podczas niego objawiła. Było jasne, że bez Nicka staję się bezsilny. Natomiast beze mnie Cobus nie miał żadnego sposobu, żeby pod nosem Amerykanów umieścić w Liberii swojego człowieka. Natomiast Nick potrzebował zarówno mnie, jak i Cobusa, ponieważ chciał dostać tę robotę. Łudziłem się, że czeka mnie rozmowa, podczas której podejmę decyzję, czy zatrudnić Nicka. Tymczasem w gruncie rzeczy był to sprawdzian dla każdego z nas. Nie miałem pojęcia, dlaczego amerykańscy wojskowi chcą ułatwić moją wizytę w Liberii i na wszelki wypadek wolałem się nad tym nie zastanawiać.

Aż nazbyt dobrze zdawałem sobie sprawę z pułapek, jakie mogą na mnie czyhać, jeśli podejmę współpracę zarówno z Amerykanami, jak i z Afrykanerami. Niemniej, choć pozostawały jeszcze niezliczone sprawy do wyjaśnienia – jak choćby niebagatelna kwestia tego, kim tak naprawdę jest Nick, a także co przeszedł i czego dokonał, by zyskać swój stopień oraz reputację – miałem w zasięgu ręki potencjalnie rewelacyjny materiał, więc nie rwałem się do zadawania kłopotliwych pytań. Co do Nicka, w Liberii będę miał dość czasu, żeby poznać go bliżej.

W następnym tygodniu skompletowaliśmy ekipę. Kamerzystą został ogolony na łyso biały Południowoafrykańczyk, Dudley Saunders; dźwiękowcem – nieposkromiony Zulus, niejaki Mandla Mlambo. Z Mlambą pracowałem wcześniej tego samego roku w Zimbabwe; Dudleya wypożyczyłem nieoficjalnie od South African Broadcasting Corporation (SABC). Facet nafilmował się aż do bólu najrozmaitszych koszmarów, jakie rozgrywały się w ostatnich latach apartheidu: płonące ofiary na szyjach kolejnych ofiar, pobicia, zamieszki. Jednak żaden z nas nie był dotąd w Liberii. Piliśmy więc piwo i usiłowaliśmy sobie wyobrazić, co nas czeka.

Napisałem do rebeliantów z LURD dwa długie listy, opatrując je nagłówkiem: „Do wszystkich zainteresowanych”. Zgodnie z planem przesłałem je faksem oraz mailem Cobusowi do Sierra Leone. Prosiłem, by pozwolono mi skontaktować się z ich przywódcami, obejrzeć ich bazy i sfilmować bojowników biorących bezpośredni udział w starciach. W zamian obiecywałem obiektywizm, możliwość nieskrępowanej wypowiedzi oraz perspektywę zaistnienia w międzynarodowych mediach. Uważałem zarazem, by ani słowem nie zagwarantować, że zostaną przedstawieni w całkowicie lub choćby częściowo korzystnym świetle. Fakty miały przemawiać same za siebie.

Cobus zawiózł te listy do Konakry i postarał się, aby za pośrednictwem Amerykanów dotarły tydzień później do Sekou Conneha – krajowego przewodniczącego LURD. Conneh natychmiast przekazał pośrednikom w Konakry swoją odpowiedź: zdecydowane „tak”.

Wystąpiłem o niezwykle trudne do uzyskania wizy gwinejskie dla ekipy, otrzymałem je od ręki. Dom produkcyjny sprowadził z Nairobi kamizelki kuloodporne, po czym dogadał się z Cobusem. Dudley oraz Mandla zostali zatrudnieni na mocy trzytygodniowych płatnych kontraktów. Ja za pobyt w Liberii miałem nie dostać żadnego wynagrodzenia poza skromną zaliczką. Mogłem liczyć tylko na udział w ewentualnych zyskach ze sprzedaży nienakręconego jeszcze materiału. BBC wyraziła zainteresowanie, jednak niczego nie obiecywała, nie dała też ani grosza. Krótko mówiąc, dom produkcyjny podejmował ogromne ryzyko, gdy wykładał na tę podróż pieniądze, których nie miał.

Nick, mieszkający w Pretorii, przyjechał do Johannesburga, żeby się ze mną spotkać. Kupiliśmy namioty, suszoną żywność, środki do oczyszczania wody, moskitiery oraz zapas środków leczniczych i opatrunkowych wystarczający do zaopatrzenia małego szpitala. Wszystko zostało najpierw spisane, a następnie pilnie odhaczone w jego notesie.

Dziwnie było znów spotkać się z Nickiem, tym razem bez Cobusa. Schludnie ubrany, dbający o szczegóły facet. Odnosiłem wrażenie, jakbym wybierał się pod namiot z moim ojcem, a nie z żołnierzem fortuny na wojnę. Gdy wyładowaliśmy zakupy, komórka w kieszeni na jego piersi nagle zagrałaEye of the Tiger. Wyciągnął ją i odpowiedział w afrikaans. Mówił jakby przyciszonym głosem, łagodząc twardą intonację tego języka swoistym zaśpiewem. Domyśliłem się, że rozmawia z dzieckiem.

–Rocky– odezwałem się, gdy skończył rozmowę. – Świetny film.

–Ag, to moja córka, chłopie. Mówi na mnie Tiger. Taki nasz żarcik.

Podaliśmy sobie ręce. Poczułem się lepiej, wiedząc, że tajemnicza postać wywodząca się z sił specjalnych, o niewątpliwie burzliwej przeszłości, ma do kogo wracać.

W ostatnim tygodniu wybrałem się najpierw do Londynu, a potem do Glasgow, by spędzić ostatni weekend z moją dziewczyną, Rachel, z którą spotykałem się, choć niesystematycznie, przez ponad rok. Pierwszy raz ujrzeliśmy się na randce w ciemno zaaranżowanej przez telefon za pośrednictwem wspólnych znajomych. Dość rozpaczliwe przedsięwzięcie, ale poleciałem specjalnie do Glasgow, żywiąc nadzieję, że Rachel okaże się chociaż w połowie tak interesująca, jak sugerowały to jej SMS-y. Wyszła po mnie na lotnisko. Była w połowie Angielką, w połowie Włoszką, o oliwkowej skórze, jasnozielonych oczach i oszałamiającej figurze. Takie dziewczyny miewali zawsze inni, nie ja. Nie wierzyłem własnemu szczęściu.

Nick i ja kontaktowaliśmy się ze sobą niemal codziennie. Jego wyważony entuzjazm okazał się zaraźliwy; jego skłonność do metodycznego planowania pozwalała mieć nadzieję, że nic nie zostanie zaniedbane. Mogłem tylko liczyć, że na miejscu będzie się zachowywać mniej jak mój ojciec, a bardziej jak przystało na ochroniarza. Wszystkie daty zostały potwierdzone. Zamierzaliśmy polecieć do Konakry w Gwinei wszyscy tego samego dnia. Najpierw Cobus z Freetown, potem Nick, Dudley oraz Mandla z RPA, a na końcu ja z Londynu – mieliśmy się tam znaleźć 29 maja 2002 roku.

Pożegnałem się z Rachel, kupiłem telefon satelitarny oraz cały plik amerykańskich dolarów przeznaczonych na zaspokojenie nieprzewidywalnych, lecz spodziewanych wymagań tamtejszych łapowników. Wybierałem się na wojnę za przyzwoleniem powstańczego przywódcy, który być może nie istniał, oraz amerykańskiego agenta, którego nigdy nie widziałem na oczy.

Nick przesłał mi pocztą elektroniczną ostatnią listę niezbędnych sprawunków. Kiedy ją przeglądałem, w oczy rzuciła mi się ostatnia pozycja: „jaja ze stali”.

2. martwi prezydenci

Kiedy wysiadłem z samolotu Air France na lotnisku w Konakry, buchnęła mi w twarz fala wilgotnego skwaru. Po stu metrach wędrówki od stopni maszyny do budynku terminalu ociekałem potem. Żołnierze w mundurach o ponurym, oliwkowym odcieniu podpierali brudne ściany, pod ich pachami czerniały plamy wilgoci. Bawili się bronią, poprawiali czarne berety, palili papierosy. Dwóch z nich krzyczało na młodego człowieka w wytartym brązowym garniturze. Wpatrywałem się intensywnie w czubki własnych butów. Przy małej, drewnianej budce, w której odbywała się kontrola paszportowa, ustawiła się kolejka. Jakiś facet z pistoletem zatkniętym za pasek wypchnął z niej kobietę i dziecko, kazał im odejść na bok z powodów równie dla mnie niejasnych, co niepokojących. Nikt się nie odzywał. Nad naszymi głowami skrzypiało pojedyncze śmigło wiatraka, mieszające powietrze gęste od much. Ustawiłem się wraz z innymi. Zerknąłem dyskretnie na swoją angielską komórkę – brak zasięgu. Komórka z RPA – to samo. Pocieszałem się, że Nick i Cobus czekają na mnie po drugiej stronie. Gdy przyszła moja kolej, podałem paszport kobiecie siedzącej w budce.

– Zawód? – zapytała po francusku z silnym akcentem.

–Producteur– odparłem. – Producent.

Jej spojrzenie pozbawione wyrazu spoczęło na mnie. Dostrzegłem kropelki wilgoci na jej górnej wardze. Rzecz jasna nie miała pojęcia, czym zajmuje się producent. Ciekawe, to zupełnie tak samo jak ja.

–Quelle est la nature de votre voyage, monsieur?– nie dawała za wygraną.

Sam bym chciał wiedzieć – pomyślałem. Uznałem, że biznes będzie najlepszą wymówką.

–Affaires.

Przyjrzała się wnikliwie mojej fotografii, a potem zaczęła niespiesznie przewracać strony w poszukiwaniu wizy. Przygotowałem się na dłuższą wymianę zdań. Jednak gdy wreszcie znalazła odpowiedni dokument, zerknęła na mnie raz jeszcze, a następnie z rozmachem przybiła pieczęć ociekającą tuszem.

–Bienvenu– na jej ustach pojawił się uśmiech. – Witamy.

A więc przekroczyłem granicę. Przecisnąłem się ostrożnie przez zgromadzonych pasażerów do taśmociągu z bagażami. Czekałem na torbę. Kiedy się rozejrzałem, stwierdziłem, że muszę okropnie rzucać się w oczy. Wszyscy inni biali, którzy le-cieli ze mną samolotem, dawno już znikli. Trzy metry ode mnie zgraja celników w białych koszulach z podwiniętymi rękawami i obcisłych niebieskich spodniach przeczesywała zawartość walizek, tekturowych pudeł oraz zawiniątek, które moi współpasażerowie rozpaczliwie usiłowali przed nimi ocalić, by ponieść je ku wyjściu jarzącemu się oślepiającym blaskiem. Tymczasem wszystko, co miało jakąkolwiek wartość handlową, a więc kartony papierosów i francuskie likiery oraz, o dziwo, wielkie tabliczki czekolady, odbierano prawowitym właścicielom, coraz to nowe fanty znikały za ustawionym na kozłach stołem, który służył za miejsce egzekucji. Pomyślałem sobie, że kiedy zaczną przetrząsać moje rzeczy, dopiero się obłowią.

Zarzuciłem plecak na ramię, chwyciłem torbę fotograficzną przeznaczoną dla Dudleya, po czym ruszyłem ku światłości. Zdumiewające, ale nikt mnie nie zatrzymał. Aż mnie kusiło, żeby się odwrócić i spytać, o co w tym wszystkim chodzi, w co oni pogrywają. A potem już znalazłem się na zewnątrz, sam jak palec. Cobusa i Nicka nigdzie ani śladu.

Czekałem więc. Mijali mnie żołnierze. Kilku schludnie odzianych facetów nieokreślonej profesji poprosiło o ogień. Zwracałem na siebie uwagę wszystkich, a to nie wróżyło najlepiej. Ogarnął mnie gniew zmieszany z lękiem. Wytrzymałem jeszcze dziesięć minut, a potem miałem dosyć. Podszedłem do rozsypującej się żółtej taksówki, obudziłem kierowcę. Przynajmniej wiedziałem, gdzie mam się zatrzymać na noc. Dobre i to.

– Hotel Petit Bateau,s’il vous plaît.

Spojrzał na mnie, jakby nic nie rozumiał.

–Monsieur?

Wcisnąłem mu w dłoń złożony banknot dziesięciodolarowy. Jego oczy zabłysły.

–Okay, ça va. On y va.

Przekręcił klucz w stacyjce, wsiadłem.

Konakry okazało się zbiorowiskiem niskich ruder rozrzuconych na czubku półwyspu wbijającego się w Zatokę Beninu. Republika Gwinei to biedny kraj, a wygląd stolicy dobitnie o tym świadczy. Choć na terytorium tego państwa znajduje się około połowy światowych złóż boksytu, mnóstwo złota, diamentów i zasobów leśnych, ludność Gwinei zalicza się do najuboższych w Afryce. Wyzyskiwana przez autorytarny reżim staroświeckiego dyktatora wyznającego zasadę „krwi i żelaza”, niejakiego Lansany Contégo, ma przed sobą mizerne perspektywy. Zgodnie z licznymi raportami organizacji międzynarodowych zajmujących się prawami człowieka narodową dewizę: „Praca, Sprawiedliwość, Solidarność” należałoby raczej zastąpić znacznie trafniejszą: „Korupcja, Nepotyzm, Chaos”.

Hotel wznosił się na samym krańcu półwyspu – odizolowany, przytulony jedną ścianą do mola. Gdyby można było wyruszyć prosto przed siebie – czego w tamtej chwili bardzo pragnąłem – następnym przystankiem na stałym lądzie byłaby Wenezuela. W zestawieniu z rybackimi łodziami, w cuchnących oparach odpływu, budynek sprawiał absurdalne wrażenie byle jak skleconej konstrukcji z na pozór niepołączonych ze sobą szklanych paneli, gołych ścian i pomalowanych na biało cementowych słupów.

Dudley i Mandla czekali na mnie w lobby, rozparci na sofie, która wyglądała, jakby żywcem przeniesiono ją z lat siedemdziesiątych. Nick oraz Cobus wyjechali po mnie zaledwie pół godziny wcześniej – gdyż wszystkie samoloty, wyłączywszy ten mój, przybyły z opóźnieniem.

– Przewieźliśmy cały sprzęt bez problemu. Cobus i szef ochrony lotniska tylko machnęli rękami, żebyśmy przechodzili. – Dudley wyraźnie wciąż nie mógł się nadziwić swemu szczęściu. – Mam propozycję, może byśmy się napili piwa? Odnoszę wrażenie, że i tak nie ma tu nic innego do roboty.

Najwyraźniej doszedł do tych samych wniosków względem Konakry, co i ja podczas mojej krótkiej podróży z lotniska. Kiedy zameldowałem się i dołączyłem na tarasie do Dudleya oraz Mandli, pojawili się Nick z Cobusem.

– Wybacz, chłopie, totalny fakap z tym przylotem. Wszystko poszło dobrze?

Gdy uścisnęliśmy sobie dłonie, Nick wcisnął się w fotel obok mnie. Skruszony Cobus także usiadł.

– Bez problemu – zapewniłem go.

Tak było naprawdę. Odczuwałem jednak niepokój na myśl o tym, co mnie czeka. Cokolwiek się stanie – pomyślałem, zmęczony długim lotem i upałem – przynajmniej jestem na tyle bezpieczny, na ile gwarantuje mi to ich towarzystwo.

– Miło was widzieć – zwróciłem się do nich obu, po czym wskazałem stojące na stoliku kufle jasnego piwa pokryte kropelkami wilgoci. – Pijemy?

– O – odparł Nick. – Znakomity pomysł.

Powtórnie stuknęliśmy się szkłem i powiedzieliśmy: „Cheers”.

Nim poszedłem tej nocy spać, zapoznaliśmy się już z całością hotelowego jadłospisu. Najlepsze z całej ubogiej oferty byłygrandes bières pressionorazpoulet frites. Zwróciłem uwagę, że jak na kogoś spragnionego Nick pił bardzo mało; ponadto w przeciwieństwie do reszty z nas nie skarżył się na jedzenie i nie wygłaszał na ten temat sarkastycznych uwag.

Od czasu do czasu dopowiadając coś w afrikaans do Dudleya, Nick zastanawiał się na głos, czego powinniśmy się dowiedzieć od rebeliantów, gdy jutro spotkamy się z ich przedstawicielami. Cobus zapewnił, że Amerykanie zadbają o to, byśmy następnego ranka zostali odpowiednio poinformowani. Przed przybyciem do Konakry nie dało się przeprowadzić żadnej sensownej oceny ryzyka ani też opracować rozkładu dni zdjęciowych. Nie mieliśmy pojęcia, jakie terytoria znajdują się pod kontrolą powstańców w Liberii, i na ile ta kontrola jest skuteczna. W rezultacie nie wiedzieliśmy też, dokąd się udajemy ani w jaki sposób się tam dostaniemy.

Pod wieloma względami niepokoiła mnie ta niepewność, lecz mimo to perspektywy przedstawiały się nader kusząco. Pięć tygodni przed naszym przyjazdem do Konakry Rada Bezpieczeństwa ONZ opublikowała raport dotyczący Liberii, który sygnował Panel Ekspertów organizacji. Prowadzący badania nie zdołali ani dostać się na terytorium opanowane przez rebeliantów, ani w samej Liberii spotkać jakichkolwiek przedstawicieli LURD. W konkluzji pojawiło się więc stwierdzenie, iż „dostęp do nich nie jest możliwy”. Wedle wszelkich oznak wojna domowa w Liberii była pozbawiona cech tak charakterystycznych dla współczesnych medialnych konfliktów, jak reporterzy telewizji satelitarnych na dachach czy filmy kręcone przez lokalnych kamerzystów. Nic z tych rzeczy. Aby czegoś się dowiedzieć, należało znaleźć się na miejscu, osobiście. Zapowiadała się więc przygoda bardziej przypominająca wyprawy w starym stylu godne Capy lub McCullina niż relacje z wojny w Zatoce Perskiej przywodzące na myśl gry wideo.

Przypuszczalnie istniała możliwość przekroczenia granicy od strony Sierra Leone lub, co wydawało się jeszcze bardziej prawdopodobne, od razu z Gwinei. Absolutnie natomiast nie wchodziło w grę, by udać się samolotem do Monrowii, stolicy Liberii, a potem chyłkiem przedostać się na terytorium zajęte przez rebeliantów. Zdaniem Cobusa jedno było „pewne”, mianowicie istnienie czegoś na kształt linii frontu, której w żaden sposób nie da się przekroczyć, choć nikt nie wiedział, czy przebiega ona dwieście metrów, czy też dwieście kilometrów od Monrowii.

Co więcej, zbrodniczy reżim w stolicy nie przepadał za zagranicznymi mediami. Dwa lata wcześniej ekipa telewizyjna pracująca nielegalnie na zlecenie londyńskiego Channel 4 została zatrzymana pod zarzutem szpiegostwa i spędziła za kratkami niemal cztery tygodnie. Jakiś czas później, w okresie poprzedzającym nasz przyjazd, aresztowano dzielnego dziennikarza prasowego, Hassana Bility’ego, i uwięziono go bez żadnego procesu sądowego na czas nieokreślony. Gdyby rząd się dowiedział, co knujemy, z pewnością nie moglibyśmy liczyć na ulgowe traktowanie. Nasze szanse przed liberyjskim sądem wojennym prezentowały się nader mizernie, zwłaszcza dotyczyło to Nicka, jeśli wziąć pod uwagę, że uczestniczył w radykalnej eliminacji RUF w Sierra Leone siedem lat wcześniej.

Od atlantyckiego wybrzeża, gdzie właśnie siedziałem i raczyłem się miejscowym tanim piwem, Gwinea skręca jak banan w głąb lądu, okrążając od wschodniej strony Sierra Leone oraz Liberię i dochodzi potem do Wybrzeża Kości Słoniowej. Przez tę granicę, prawdopodobnie pod nosem gwinejskiej armii, mieliśmy przedostać się na drugą stronę. Potem zaś pozostawały już same niewiadome.

Następnego dnia przy śniadaniu pojawił się wywiad Stanów Zjednoczonych – do hotelu zawitało dwóch mięśniaków, olbrzymów o kwadratowych szczękach, w okularach przeciwsłonecznych. Siedzieli przy odległym stoliku na tarasie, przed nimi rozciągał się widok niczym z obrazka: jaskrawe poranne słońce rozświetlało wypucowane białe stoliki, w oddali lśniły kuszącym błękitem wody oceanu. Okazało się, że nasz hotel to oaza anonimowości na skraju stolicy tętniącej życiem i owładniętej chaosem. Nick w schludnym, choć swobodnym stroju w kolorze khaki siedział już tam z nimi, zdążył zapisać w swoim nieodłącznym notesie całą masę równych rzędów jakichś liczb. Pojawił się Cobus z filiżanką kawy i zaprowadził mnie do ich stolika.

– James, to jest Frank. Frank, to jest James Brabazon, o którym rozmawialiśmy. Myślę, że pewnie dacie radę pomóc mu w realizacji tego projektu.

Cobus, wytrawny dyplomata.

– Hej, James. Witaj.

Frank ujął moją dłoń w taki sposób, że wywnioskowałem, iż bez trudu wycisnąłby na ławeczce ciężar równy wadze mojego ciała.

– Z przyjemnością udzielimy pomocy. To jest George, z ambasady. – Skinął głową w stronę drugiego giganta, dokonując prezentacji, po czym dodał, najwyraźniej o rebeliantach: – George też poznał paru z tych gości.

– Znaczy się, jesteś dziennikarzem? – upewnił się George.

Przywołałem na twarz zawodowy uśmiech, który miał wyrażać coś w rodzaju „owszem, ale jestem naprawdę w porządku”; wszyscy w mediach, którzy mają do czynienia z wojskowymi, uczą się robić tę minę na zawołanie. Jak się okazało, George był urodzonym żołnierzem. Podczas wstępnej wymiany grzeczności zdradził, że dziewięć lat wcześniej w Somalii brał udział w bitwie o Mogadiszu, uwiecznionej potem filmemHelikopter w ogniu. Zionął zaprzysięgłą nienawiścią wobec uzbrojonych muzułmanów i nie mógł się doczekać, kiedy znów coś poważniejszego zacznie się dziać w Iraku. Stanowczo gardził każdego rodzaju fuszerką. Cobus wtrącił:

– James nie jest takim dziennikarzem jak wszyscy. Jest okej. Świetnie bawiliśmy się razem w Sierra Leone. Wprowadziłem go trochę w co istotniejsze tajniki życia nocnego Freetown.

Podobał mi się sposób, w jaki Cobus o mnie mówił. Dzięki temu nie czułem się wśród nich tak obco.

– Świetnie – stwierdził Frank. – Znaczy się, nie jeden z tych, co się czają za drzewami. Powiedz mi, James, co zamierzasz zrobić? Jaki cel chcesz osiągnąć?

Mówiąc to, wyciągnął z plecaczka małą, brązową kopertę. Zawierała plik fotografii. Frank doskonale wiedział, jakie są moje plany, ale wyraźnie chciał, żebym powtórzył to przed nim. Wyklepałem więc znów wyuczony już tekst: chcę udowodnić, że partyzanci istnieją; przekonać się, jak znaczny obszar znalazł się pod ich kontrolą; dowiedzieć się, jakie są ich zamiary. Frank tymczasem rozłożył na stoliku fotki przedstawiające młodych ludzi pozujących z kałasznikowami w rękach. Obaj Amerykanie zdjęli okulary słoneczne marki Oakley, by zerknąć na nieostre, prześwietlone zdjęcia. Nick także przyjrzał im się wnikliwie, czasami wybierał którąś z fotografii i oglądał ją uważniej, po czym podawał je dalej, do mnie. Partyzanci, ubrani jak gangsterzy z Los Angeles, w większości wyglądali na nie więcej niż kilkanaście lat – a przy tym robili wrażenie bardzo groźnych.

Okazało się, że te zdjęcia, niezbyt wiarygodne raporty LURD oraz nagrania z nasłuchu, które trudno było przetłumaczyć i zrozumieć, stanowiły właściwie całość informacji zebranych przez wywiad. Czyli rozpaczliwie mało, Frank nie wiedział właściwie nic pewnego na temat owego powstania przeciwko prezydentowi Taylorowi, tymczasem było to dla niego o tyle ważne, że polityka zagraniczna USA wobec Liberii skłaniała się do usunięcia przywódcy z urzędu. Tak więc Frank, jako wysokiej rangi oficer wywiadu Stanów Zjednoczonych, uznał planowaną przeze mnie wyprawę za doskonałą okazję, by zdobyć najistotniejsze dane dotyczące rebeliantów i prowadzonej przez nich wojny. Prawdę mówiąc, zdążył już porozumieć się w mojej sprawie z przywódcami liberyjskiego buntu przebywającymi na wygnaniu w Gwinei. Jeden z nich, jak mnie zapewnił, miał wkrótce do nas dołączyć.

Na tym jednak Frank nie poprzestał, lecz dał do zrozumienia, że w zamian za ułatwienie mi kontaktu z powstańcami liczy na szczegółowy raport po moim powrocie. Uznałem to za jak najbardziej uprawnione żądanie. Frank był skłonny mi pomóc, zatem rzeczą zrozumiałą samą przez się jest, bym i ja mu pomógł.

Nadszedł czas na kolejną prezentację. Frank wstał i uniósł dłoń.

– O, idzie – szepnął.

Zerknąłem znad stołu pokrytego dwuwymiarowymi wizerunkami partyzantów, by ujrzeć idącego ku mnie prawdziwego rebelianta. Przywódca LURD miał na sobie koszulę w elegancki wzorek, dizajnerskie okulary słoneczne, w dłoni trzymał skórzaną walizeczkę i z wyglądu stanowił ucieleśnienie miejskiej elegancji.

– Hej, Joe – zagrzmiał Frank. – Co tam słychać?

Joe miewał się jak najlepiej.

– Hej, Frank. Wszystko w porządku. Sprawy posuwają się do przodu. Miło was widzieć w Konakry.

Mówił z silnym liberyjskim akcentem, który wtedy usłyszałem po raz pierwszy. Ten język od razu mnie zafascynował. Brzmiał jak głos z innej epoki, język angielski przywieziony do Liberii w dziewiętnastym stuleciu przez wyzwolonych niewolników z południowych stanów Ameryki.Nowjak „nah”;it, pozbawione swojego „t”, Joe wymawiał jak „ih”. „Th” przekształcało się w twarde „t” albo „d” – co przywodziło na myśl wymowę moich irlandzkich kuzynów.

Doszło do ogólnej prezentacji. Nowo przybyły przedstawił się jako Joe Wylie, starszy rangą doradca wojskowy partyzantów z LURD. Siadł obok Nicka, a ja powtórnie przystąpiłem do relacjonowania swoich zamiarów.

– Zgadzam się, żebyś udał się do buszu. Dostajesz zielone światło i możesz przejść od strony Voinjamy – przerwał mi Joe. – Jednak zanim pojedziemy, trzeba dopracować pewne, hm, drobiazgi.

Joe kręcił coś nieustannie o „drobiazgach” oraz „istotnych szczegółach” i wyrażał się coraz mętniej. Ja tymczasem nie mogłem się nadziwić, na jak swobodnej stopie pozostaje ten przywódca partyzantów z oficerem amerykańskiego wywiadu. Wyglądało na to, że Franka i Joego łączy dość bliska relacja. Przypuszczałem, że ostatecznie Joe nagnie się do wymagań Franka, lecz z drugiej strony, stało się dla mnie jasne, że to Joe chce kierować moją wyprawą.

– Joe – spytałem, w nadziei, iż uda mi się przebić przez pokłady bełkotu coraz wyżej piętrzące się między nami – chcesz, żebym czegoś nie filmował, tak?

Amerykanom chyba przypadło do gustu bezpośrednie ujęcie sprawy.

„Istotne drobiazgi” wyjaśniły się wreszcie, przynajmniej poniekąd. W zamian za pozwolenie na przemieszczanie się po terytorium partyzantów oraz przeprowadzenie wywiadów z przywódcami, musiałbym się zgodzić na to, żeby nie zdradzać żadnych szczegółów dotyczących uzbrojenia otrzymanego przez rebeliantów od rządu Gwinei wspieranego przez Amerykanów. Frank natychmiast ochoczo przyznał Joemu rację.

Dostawy tej broni stanowiły jawne pogwałcenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Obaj nie żartowali. Motywacje Franka były podejrzane; motywacje Joego – wręcz niebezpieczne. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, przysunąłem się nieco bliżej do Nicka. Wiedziałem o nim mniej niż mało, ale bądź co bądź miał dostać pieniądze za to, by opowiadać się po mojej stronie.

Podano kawę i croissanty dla Joego. Z jednej strony, żądania Joego były uzasadnione. Mogłem sobie wyobrazić, że siły brytyjskie czy amerykańskie stosowałyby takie same restrykcje dotyczące doniesień co do szczegółów ich zaopatrzenia w czasie wojny. Z drugiej strony, na szczęście nikt nie był w stanie mnie zmusić, żebym się im podporządkował. Nie miałem pojęcia, jakiego rodzaju wsparcia tak naprawdę udziela rebeliantom rząd gwinejski. Aby się tego dowiedzieć, miałem tylko jedno wyjście: zgodzić się na żądania partyzantów oraz Amerykanów, a na miejscu robić swoje.

Cała ta gadanina o „istotnych szczegółach” sprawiła, że poczułem się nieswojo. Usiłując dogadać się z Joem, odnosiłem wrażenie, jakbym próbował zjeść zupę widelcem. Zdawałem sobie sprawę, że gdzieś za horyzontem czai się jeszcze inny problem, ale nie wiedziałem, jak się do tej tajemniczej sprawy dobrać. Podejrzewałem, że mój rozmówca bardzo okrężną drogą zmierza do tego, by zażądać łapówki. Impas wreszcie przerwał Nick. Chciał się dowiedzieć, w jaki sposób i kiedy dostaniemy się do Liberii, kto będzie nam towarzyszył i czego możemy się spodziewać w kwestii bezpieczeństwa po drodze. W odpowiedzi Joe wyraził się zdumiewająco jasno:

– Zabierzemy was stąd i dowieziemy na miejsce, nie ma żadnego problemu. Nie grozi wam żadne niebezpieczeństwo. – Siwe pasma na jego skroniach połyskiwały bielą, gdy słońce wzniosło się nad dach hotelu. – Kiedy sfinalizujemy całą operację, możemy ruszać. Zapewnimy wam swobodę ruchów, a moi chłopcy będą was ochraniać. Tylko musicie nam coś dać – musicie zapłacić.

Prosto z mostu, domagał się pieniędzy.