Mój przyjaciel kot - Britt Collins - ebook + książka

Mój przyjaciel kot ebook

Britt Collins

4,3

Opis

Historia niesamowitej przyjaźni, która wydarzyła się naprawdę

Michael King to bezdomny, zagubiony i smutny człowiek, który od wielu lat żyje na ulicach Portland. Pewnej deszczowej nocy znajduje zaniedbaną i ranną kotkę, którą postanawia przygarnąć. Michael wydaje ostatnie pieniądze na karmę i leki dla futrzaka, któremu nadaje imię Tabor.

Od tej chwili jego życie zaczyna zmieniać się na lepsze – wreszcie staje się zauważalny dla innych ludzi, którzy widząc ten nietypowy duet, chętniej dzielą się jedzeniem i pieniędzmi. Kiedy do Portland zbliża się zima, Michael postanawia zabrać Tabor w stronę ciepłej Kalifornii. Tak zaczyna się ich niesamowita podróż.

Na swojej drodze spotykają wiele życzliwych osób, ale także mnóstwo trudności do pokonania. W chwilach zwątpienia Tabor obdarza Michaela radością i nadaje jego życiu sens. Mężczyzna wreszcie ma kogoś, o kogo się troszczy i inspiruje go do bycia lepszym człowiekiem oraz uporania się z traumami przeszłości.

W trakcie podróży para staje się nierozłączna, ale kiedy Michael zabiera Tabor do weterynarza, okazuje się, że kotka ma chip identyfikacyjny i właściciela, który bardzo za nią tęskni. Michael stanie w obliczu trudnej decyzji. Czy zdobędzie się na to, aby rozstać się z Tabor i znaleźć nowy cel w życiu?

Ciepła i wzruszająca opowieść o uzdrawiającej więzi między człowiekiem i zwierzakiem, która może odmienić życie na lepsze

__

Spotkanie bezdomnego człowieka i zbłąkanego kotka daje początek pięknej odysei, która zmieniła ich życie na zawsze.

– „The New York Post”

Pięknie napisana, wzruszająca opowieść o tym, jak zwykłe zwierzę może zmienić człowieka oraz pryzmat postrzegania bezdomnych przez resztę społeczeństwa.

– „Booklist”

__

O autorce

Britt Collins – angielska dziennikarka. Jej teksty publikowane są między innymi w „The Guardian”, „Sunday Times”, „Independent” i „Harper’s Bazaar”. Jest wolontariuszką w wielu rezerwatach zwierząt na całym świecie. Dzięki jej publikacjom na temat okrucieństw wobec zwierząt udało się zebrać setki tysięcy dolarów. Jako aktywistka pomagała również w zamykaniu kontrowersyjnych hodowli zwierząt laboratoryjnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (13 ocen)
7
3
3
0
0
Sortuj według:
xMaximusx

Nie oderwiesz się od lektury

Cool dla Polaków sztos xD
00

Popularność




Pamięci Bobby Seale, rudowłosej piękności, która na zawsze pozostanie w moim sercu. I dla wszystkich,

Urodziłem się zagubiony i nie czerpię przyjemności z odnajdywania się.

– JOHN STEINBECK

Przedmowa

Gdy wracam pamięcią do najszczęśliwszych chwil mojego życia, przypominają mi się spacery o północy wzdłuż naszej plaży w Auckland w Nowej Zelandii. Nasz dom, otoczony morzem i lasem deszczowym, znajdował się jedynie piętnaście minut drogi od centrum miasta, ale równie dobrze mogłyby to być setki mil. Do złożonego z dziesięciu domów osiedla nie prowadziła żadna szosa, więc w okolicy nie było ani jednego samochodu, a żeby się tu dostać, należało przejść przez las. Gdy znaleźliśmy ten skrawek ziemi, moją pierwszą myślą było: „To idealne miejsce dla kotów”. Mieszkaliśmy wówczas z pięcioma kotami oraz psem, Benjym (bohaterem mojej książki The Dog Who Couldn’t Stop Loving), i te pierwsze największą frajdę miały wtedy, gdy okolica świeciła pustkami, a ja zabierałem Benjy’ego na jego ostatni spacer po plaży. Najpiękniejsze były wieczory o pełni księżyca, który oświetlał fale łagodnie rozbijające się o brzeg, a morze połyskiwało od bioluminescencyjnych ryb. Pięć kotów – Yossie, Minna, Miki, Moko i Megala – uwielbiało wyprzedzać nas, chować się za wydmą i znienacka wyskakiwać na Benjy’ego, by wciągnąć go w pułapkę, a on zawsze przyłączał się do zabawy, udając całkowicie zaskoczonego i przerażonego zasadzką: uciekał w stronę ciepłego oceanu, a w pogoń za nim ruszało całe kocie towarzystwo. One to uwielbiały. On to uwielbiał. Ja to uwielbiałem. Potem podchodziliśmy do kępy pohutukaw, ogromnych, stuletnich drzew o ogniście czerwonych koronach, które świetnie radzą sobie w warunkach brzegowych. Koty wspinały się wysoko na ich gałęzie, po czym zaczynały żałośnie miauczeć, zupełnie jakby w żaden sposób nie umiały same zejść na ziemię. Wtedy wkraczałem do akcji, udając, że zaczynam wchodzić na drzewo, a one szybko zbiegały po pniu i jednym susem zeskakiwały na piasek. Były w siódmym niebie. Następnie wszyscy stawaliśmy w milczeniu nad brzegiem oceanu i spoglądaliśmy w dal na pewną wysepkę, a ja wiedziałem, że spokój, który odczuwam, jest również udziałem sześciu zwierzaków u mojego boku. Zdawało się, że wszystko na świecie jest w porządku, nawet jeśli wtedy, tak jak i dziś, nic nie było w porządku. W takich przebłyskach upojnego szczęścia rozumiałem często powtarzany truizm, że zwierzęta żyją tu i teraz, nie martwiąc się tym, co było, ani tym, co będzie, lecz zwyczajnie rozkoszując się chwilą doskonałego spokoju.

Jednakże wiedziałem przy tym, że coś jeszcze daje mi niewymowne szczęście, a była to świadomość, że koty, pies i ja cieszymy się czymś wspólnie i w podobny sposób. To było jak porozumienie międzygatunkowe: wszyscy rozkoszowaliśmy się chwilą bardziej, ponieważ rozkoszowaliśmy się nią razem. Zrozumiałem wtedy w związku z kotami coś, co – jak wiedziałem – zadaje kłam ich złej reputacji zdystansowanych powściągliwców, rozpowszechnianej w niektórych kręgach. Poczułem to tak mocno, że wiedziałem, iż muszę napisać o ich złożonym i bogatym życiu emocjonalnym, co w końcu mi się udało. Swoją książkę zatytułowałem nieco ckliwie (większość moich tytułów jest ckliwa!): The Nine Emotional Lives of Cats. Rzecz w tym, że trzeba wejść w świat kotów, zamiast zmuszać je, by to one weszły w nasz. Uświadomiłem to sobie po przeczytaniu książki Elizabeth Marshall Thomas The Hidden Life of Dogs. Każde zwierzę wiedzie sekretne życie, a żeby je odkryć, trzeba chcieć żyć na ich warunkach, a nie zmuszać je do czegoś odwrotnego.

Czytając piękną, prawdziwą historię Micheala Kinga i Tabor, rannej kotki, którą Michael przygarnął z ulic Portland, zrozumiałem, że było dokładnie tak, jak opisała to Britt Collins: zarówno kot, jak i człowiek postanowili żyć życiem tego drugiego. Dzięki temu pojawia się osobliwa więź, której być może nie da się zadzierzgnąć w inny sposób. Poznając kocie zwyczaje, Michael odnajduje sens życia w opiekowaniu się innym stworzeniem i otwiera swoje serce bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Co więcej, zażyłość i głęboka relacja, jakie życie rodzi w drodze, również pozwalają poznać zwierzę w sposób, w jaki nie poznamy go, tylko mieszkając z nim pod jednym dachem. (Uważam, być może niesprawiedliwie, że zamykanie kotów w czterech ścianach pozbawia je możliwości życia w zgodzie z ich prawdziwą naturą, choć znam statystyki, które pokazują, że te zamknięte cieszą się znacznie dłuższym życiem). Michael i Tabor prawie się nie rozstawali i spali razem każdej nocy podczas swojej niemalże rocznej wędrówki przez zachodnie Stany Zjednoczone. Sama radość, tak dla kota, jak i dla człowieka. Przy okazji polecam każdemu, kto mieszka z kotem, by podzielił się z nim łóżkiem – spanie z kotami bez wątpienia należy do największych radości życia. Choć nie może się obyć bez trudności: wiele lat spałem w jednym łóżku z moim kotem, Megalą (oraz naturalnie z żoną, Leilą, która była tak dobra, że zaryzykowała i dzięki ciągłym kontaktom z kocią sierścią pozbyła się alergii na nią), a on w zimne noce wślizgiwał się pod kołdrę, wyciągał swoje małe ciałko tuż przy mnie i głośno mruczał, dopóki nie zasnął (zgłaszam prawa do następującego odkrycia: koty mruczą tylko wtedy, gdy obok nich przebywa żywe stworzenie, nigdy na własną łapę, ale mogę się mylić, gdyż wielu czytelników pisało do mnie, że widziało, jak koty mruczały, gdy nikogo nie było w pobliżu). To samo powiedziała mi genialna pisarka Doris Lessing, która bez wątpienia zna się na kotach lepiej ode mnie, a mimo to była tak uprzejma, że napisała do „Guardiana” recenzję mojej książki, pomijając wzmiankę o tym i innych możliwych błędach, bo tak podziwiała moją miłość do tych zwierzaków. Ale wracając do tematu: spanie z kotami bywało w moim przypadku o tyle trudne, że zdarzało mi się zrobić coś, co drażniło Megalę (choć nie mam najmniejszego pojęcia co – być może poruszałem się nie tak, jak trzeba), a wtedy on karał mnie szybkim ugryzieniem w nogę. To bolało. I raniło moje uczucia, więc wyganiałem go z łóżka, a on porzucał je, fukając na odchodne. Jednak po godzinie wracał, a ja, wiedząc, jaka przyjemność mnie czeka, jakże mogłem mu odmówić wstępu! Takie atrakcje zdarzały się przynajmniej dwa lub trzy razy w nocy i Leila zachodziła w głowę, dlaczego raz na zawsze nie przegoniłem go jeszcze z łóżka. Ale któż mógłby oprzeć się miękkiemu futerku (Megala był rasy bengalskiej, a wyglądem i zachowaniem przypominał małego geparda), wyciągniętemu kociemu ciałku i mruczeniu z czystego zadowolenia?

Czy można kochać kota i się dzięki temu nie zmienić? Nie sądzę. Psy też uwielbiam i sporo o nich pisałem (w tym książkę Dogs Never Lie About Love – kolejny ckliwy, acz prawdziwy tytuł), ale między nimi a kotami istnieje pewna zasadnicza różnica: nie potrzebujemy pozwolenia psów, by wejść do ich wymiaru, ponieważ już żyjemy z nimi w jednym świecie. Z kotami jest inaczej. Uważam, że nigdy nie zostały one prawdziwie udomowione. Z sobie tylko znanych powodów po prostu raczyły z nami zamieszkać. Ale gdy już pozwolą nam poznać swój świat, przenosimy się nagle do innej krainy. Postrzegamy koty jako tajemnicze, ponieważ właśnie takie są, a kiedy uchylą przed nami rąbka swojego sekretnego królestwa, na zawsze się zmieniamy. Być może nie umiemy wyjaśnić, w jaki sposób, być może nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale tak właśnie jest. Michael poczuł to z całą mocą, oddając całego siebie osobie (tak, koty z całą pewnością są osobami – stworzeniami z wykształconym w pełni charakterem i podmiotowością, jak w swoich licznych książkach przypomina nam pisarz i wielki obrońca praw zwierząt Tom Regan), którą obdarzył być może największą i bezwarunkową miłością, i odnajdując przy tym głębszy sens życia. Jak stary marynarz z poematu Coleridge’a Michael nauczył się troszczyć o słabszych, bezbronnych i tych, którzy mieli w życiu mniej szczęścia, mimo że sam był bezdomny. Nauczył się pomagać im na tyle, na ile tylko mógł, tak jak jemu pomogła ta mała, zagubiona kotka, której nadał imię Tabor. Wkraczając w jej świat, dostrzegł to, czego wcześniej nie był w stanie pojąć.

Rzeczą, która najbardziej urzekła mnie w Moim przyjacielu kocie, a raczej w opisie perypetii Michaela i Tabor podczas ich wędrówki, była niezwykła chęć przygody, tak u człowieka, jak i u kota, a ponadto sposób, w jaki ożywali oni w obliczu zagrożeń, z którymi większość z nas nigdy nie będzie musiała się zmierzyć. Czytając o ich podróży autostopem, rozciągniętej na tysiące mil, chwilami zastanawiałem się, jak mogli być tak ufni w stosunku do ludzi oferujących im podwózkę, jak mogli wsiąść do samochodu prowadzonego przez uzbrojonego i wytatuowanego mężczyznę, który ostatecznie uratował ich od nieznośnego upału, w jakim utknęli na cały tydzień w jednym z konserwatywnych stanów. Jeszcze bardziej zaskakujące były niespodziewane akty dobroci, które – mogłoby się zdawać – spotykały tę dwójkę na każdym kroku, ratując przed szalejącymi śnieżycami, fanatycznymi kaznodziejami, wygłodzonymi niedźwiedziami i kojotami czy pędzącymi stadami bydła.

Być może ta opanowana, urocza kotka o duszy wędrowca była dokładnie tym, czego Michael potrzebował, tak jak ona potrzebowała jego ochrony i opieki. Ale zanim ich wspólna podróż dobiega końca, Michael przechodzi transformację. Bez tego jakże mógłby postąpić słusznie i odwieźć Tabor do jej prawdziwego domu? Opowieść o Ronie Bussie, pierwszym opiekunie kotki, który przez niemal rok z dnia na dzień popadał w coraz większą rozpacz po jej stracie, i o bracie Tabor, Crecie, który co wieczór czekał na nią na werandzie, sprawia, że ta prawdziwa historia staje się jeszcze bardziej wciągająca. À propos: sama książka napisana jest w taki sposób, z taką dbałością o szczegóły, że można poczuć się naocznym świadkiem zdarzeń. Wszystko jest barwne: trawa, drzewa, zapach morza, odcienie światła, zmieniające się uczucia i nastroje Michaela i Tabor w obliczu ciężkich warunków i życia w drodze. A tu jeszcze autorka, Britt Collins, skromnie usuwa się w cień, co samo w sobie jest dużym pisarskim osiągnięciem. Odwiezienie Tabor do jej domu w Portland było zapewne najtrudniejszą rzeczą w życiu Michaela, ale też zdolność wyrzeczenia się tego, co najbardziej kochał, to najcenniejsza nauka uzyskana od Tabor, i w ten sposób wprowadził ją w życie. Mimo że ból i cierpienie Michaela nie rozwiały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w chwili, gdy przygarnął bezdomną kotkę, to jestem pewien, że Tabor stała się jego zbawieniem, i to w pełnym tego słowa znaczeniu: był już na najlepszej drodze do zatracenia, pijąc na umór, dopóki ona nie wniosła do jego codziennego życia spokoju i nie nadała temu życiu sensu.

Jestem pod wielkim wrażeniem ogromu pracy, jaki Britt włożyła, by nakreślić tę ciepłą, dowcipną i wciągającą opowieść w całej jej złożoności i barwności, ukazując przed czytelnikami trudy życia na ulicy, których doświadczają zarówno bezdomni ludzie, jak i bezpańskie koty. Podziwiam to, jak wiele serca i umiłowania dla prawdy poświęciła temu zadaniu, ile widać w nim troski o los Tabor i innych kotów. Z każdej strony emanują jej zrozumienie i miłość do tych zwierząt, która przejawia się w sposób najlepszy z możliwych: Britt pozwala im być sobą. Niemal każdy, kto mieszka z kotem, kocha koty. Jakże moglibyśmy nie czuć się dziwnie wyróżnieni, że te dzikie stworzenia wybrały życie u naszego boku, jakkolwiek krótkie (a zawsze jest zbyt krótkie) by ono nie było? A jednak wydaje się, że dopiero teraz jesteśmy bardziej skłonni pozwalać im na życie w pełnej zgodzie z własną naturą.

Wydaje się też, że świat ledwie zaczyna naprawdę okazywać swoją wielką miłość do tych czworonogów – bo jak inaczej wyjaśnić nagły wybuch zainteresowania wszystkim, co ich dotyczy? Książki podobne do tej, filmy, programy telewizyjne, memy internetowe, obsesja mediów społecznościowych na ich punkcie, kocie gwiazdy (Grumpy Cat, Bob i inne osobowości), niezliczone nagrania szaleństw kotów i kociaków wszelkich maści, gabarytów i stylów życia. Moja żona uparcie twierdzi, że gdybym tylko mógł, to spędzałbym całe dnie na ich oglądaniu. (Istnieją gorsze sposoby na życie). Jestem pewien, że to nie przelotna moda; to świat, który wreszcie uświadamia sobie kocią rzeczywistość: one nas akceptują. Kochają nas. Jesteśmy szczęściarzami. Dla tych z nas, którzy również je kochają, to ogromne wyróżnienie. Bo z żadnym innym zwierzęciem porozumienie międzygatunkowe nie jest łatwiejsze i urokliwsze niż z kotem.

Jeffrey Moussaieff Masson

Berlin, Niemcy

28 grudnia 2016 r.

Rozdział pierwszy Portland, Oregon: około północy

Było tuż po północy, ulice już opustoszały, a Michael King znowu był pijany. Padał rzęsisty deszcz, dość zimny jak na połowę września. Z długich, siwiejących włosów i przerzedzonej brody Michaela kapała woda, a jego obdarte ubrania przemokły do suchej nitki. Chodnik był tak zalany, że on i jego towarzysz czuli, jakby przedzierali się przez moczary. Michaelowi to zbytnio nie przeszkadzało. Nie padało już od pięćdziesięciu jeden dni, co stanowiło nowy rekord długości suszy, więc zimny deszcz przyniósł miłą ochłodę. A żyjąc na ulicy, Michael był przyzwyczajony do tego, że czuje się brudny.

Niemal dekadę wcześniej pracował jako szef kuchni w St. Louis, dobrze zarabiał i mieszkał w ładnym domu. Potem stracił kogoś ukochanego i został włóczęgą. Teraz, mając czterdzieści siedem lat, wyglądał na starszego, zmęczonego życiem człowieka, z brakującym przednim zębem i pokaźnym zbiorem blizn. Jego żywe niebieskie oczy były zacienione przez worki pod nimi, a po latach ostrego picia i sypiania na poboczu bądź w kartonowych pudłach pod wiaduktami wyraźnie zarysowane policzki Michaela zapadły się i pokryły zmarszczkami. Cały jego majątek nie przekraczał sumy trzech dolarów w monetach, brzęczących mu w kieszeniach.

Zatrzymując się pod jedną ze sklepowych markiz, otworzył puszkę four loko, a jej zawartość przelał do na wpół opróżnionej butelki taniego piwa słodowego, którą już zdążył napocząć. Dolał coś jeszcze z butelki cydru, którą wygrzebał wcześniej ze śmietnika, i tak przyrządzoną miksturę nazwał Chodnikowym Łomotem. Po kilku haustach poczuł odrętwienie.

Podał butelkę swojemu przyjacielowi Joshowi Stinsonowi, szczupłemu, nieogolonemu dwudziestosiedmiolatkowi ubranemu w postrzępioną czerwono-czarną flanelową koszulę i brudne, podarte czarne dżinsy spięte w pasie agrafką.

Stinson pociągnął głęboki łyk mikstury Michaela.

– Dobre, co? – zapytał Michael.

Stinson przełknął z trudem i skrzywił się.

– Można się przekręcić – odparł, oddając butelkę. – Wypompowałeś to z baku czyjegoś samochodu?

Szli dalej Hawthorne Boulevard, a Michael dopijał swój alkohol. Nocą na bulwarze co kilka przecznic pojawiały się obozowiska bezdomnych.

Nagle Michael potknął się o przemoczony materac wystający z bramy.

– A niech to – mruknął. Zamiast na chodniku, wolał sypiać w zaroślach i w odosobnionych miejscach, gdzie nikt mu nie przeszkadzał.

Przedzierając się przez ulewę, Michael i Stinson zmierzali w stronę swojej zwyczajowej noclegowni obok rampy załadunkowej UPS przy opuszczonym skrzyżowaniu Hawthorne i SE 41st Avenue. Zwolnili, gdy mijali Tabor Hill Cafe, zapuszczoną, staroświecką restauracyjkę, o tej porze już zamkniętą. Michael poczuł ukłucie głodu, które jakoś zdołało przedrzeć się przez mgłę upojenia alkoholowego. Na widok rysunków jajecznicy, gofrów, burgerów i frytek w witrynie ślina napłynęła mu do ust.

Nagle pod jednym ze stojących na zewnątrz stolików zauważył coś białego. Pochylił się i zaczął wpatrywać w ciemność, myśląc, że to może reszki jakiegoś jedzenia w koszu. Fantazjował o makaronie z serem i purée ziemniaczanym z sosem grzybowym. Miał zmysł do znajdowania niezwykłych skarbów: monety, zepsuta biżuteria, nadjedzone kanapki i tym podobne na ulicy miały wartość nie do przecenienia. Był w tym tak dobry, że inni bezdomni nadali mu przydomek Węszyciel.

– Na co tak patrzysz? – zapytał Stinson, przyklękając obok Michaela.

Spojrzenie bezdomnych odwzajemniła para jarzących się w ciemności oczu. Ich właścicielką była przemoknięta, drżąca z zimna kotka, która siedziała skulona, chowając się przed deszczem. Michael był rozczarowany – jedzenie byłoby lepszym znaleziskiem – ale coś w spojrzeniu zwierzęcia zaniepokoiło go. Jej białe, ozdobione prążkami futerko całe było powalane brudem i olejem silnikowym. Jedno z oczu miała opuchnięte, a na jej pyszczku zobaczył otwartą ranę. Kotka była przerażona i wyglądała jeszcze nędzniej od Michaela.

– Łap tego kota – powiedział do Stinsona, który był bliżej zwierzęcia. – I postaraj się go nie wystraszyć.

Nawet o tak późnej porze ulicą przejeżdżały jeszcze samochody, więc jeśli kotka wyskoczy na drogę, najpewniej dostanie się pod czyjeś koła.

Stinson sięgnął po nią, ale odskoczyła do tyłu, nie spuszczając z niego wzroku. Gdy towarzysz Michaela ponownie wyciągnął rękę, tym razem zrobiła unik w bok, przygotowując się, by ominąć ich jednym susem.

Michael odwrócił się i zobaczył nadjeżdżający samochód; we mgle zamigotały jego reflektory.

– A niech to – powiedział.

Stinson rzucił się szybko i pochwycił kotkę, zanim ta zdążyła umknąć na chodnik. Zwierzątko sapało, gdy przytulił je do piersi, ale nie próbowało się wyswobodzić. Spojrzał na kotkę, na zabłocone futerko, które przylepiało się jej do pyszczka, i delikatnie przesunął brudną dłonią po jej główce. Kotka natychmiast schowała w nią pyszczek.

Stinson podniósł wzrok i spojrzał na Michaela zza swoich zaparowanych okularów w drucianych oprawkach.

– Myślę, że powinniśmy ją ze sobą zabrać.

– Niech zerknę – odparł Michael, biorąc kotkę na ręce. Była tak wychudzona, że prawie nic nie ważyła. Michael mieszkał na ulicy dłużej od Stinsona i uważał, że jeśli nie miało się nic do zaoferowania, lepiej było nikomu nie pomagać. Ale kochał koty i chciał zabrać tę biedną, wynędzniałą koteczkę z deszczu i z dala od ruchliwej ulicy.

– Może weźmy ją na noc – podsunął Stinson. Ten bezdomny, młody weteran z małego miasteczka na Środkowym Zachodzie zawsze instynktownie wiedział, jak należy postąpić, zwłaszcza jeśli chodziło o bezbronne zwierzęta.

Kotka spojrzała na Michaela dużymi, błyszczącymi oczami, żałośnie drżąc z zimna w jego ramionach.

– Hej, kiciu – odezwał się łagodnym, uspokajającym tonem. – Co ci się stało?

Schował ją sobie za pazuchę i razem ze Stinsonem zabrali kotkę do małej wnęki za punktem UPS, którą nazywali domem. To było dobre miejsce, by spędzić noc bez strachu przed rabunkiem, pobiciem czy przepędzeniem przez policję. W ciągu dnia wrzała tu praca, a samochody dostawcze wciąż wjeżdżały i wyjeżdżały. Michael i Stinson musieli wstawać przed otwarciem i chować śpiwory w pobliskich zaroślach, mogąc wrócić dopiero po zamknięciu. Ale wtedy, w cieniu wielkiego klonu czerwonego, panowały tu cisza i spokój. Po drugiej stronie ulicy znajdował się supermarket New Seasons, pod którym Michael i jego znajomi niekiedy żebrali.

– Jesteśmy na miejscu, kiciu – oznajmił Michael, sadzając kotkę na suchym skrawku ziemi w bramie, po czym wyciągnął z zarośli swój plecak i śpiwór. Myślał, że kotka ucieknie, ale trzymała się go blisko, obwąchując okolicę, podczas gdy on rozstawiał obóz.

Stinson też wyjął plecak i rozłożył śpiwór na spłaszczonym kartonowym pudle, które schował pod rozłożystymi gałęziami klonu. Usiadł po turecku, poszperał w swoich rzeczach i znalazłszy w nich bluzę z kapturem, wsunął ją na siebie przez głowę. Deszcz przemoczył jego skołtunione rudoblond dredy wystające spod grubej ciemnoniebieskiej czapki. Pachniały wilgocią.

Kotka przywędrowała do jego śpiwora. Wyglądała, jakby tułała się już od jakiegoś czasu, zupełnie jak oni. Nie miała obróżki i od czasu do czasu drapała się po brzuchu, polując na pchły. Stinson wyciągnął dłoń, by pogłaskać ją po wilgotnym, zmatowiałym futrze na grzbiecie. Na widok otwartej, sączącej się rany na pyszczku kotki posmutniał.

– Masz za sobą trudne przejścia, co? – zapytał z litością.

Mała pręguska spojrzała na niego zdrowym okiem i zamiauczała, raz jeszcze wciskając mu tył głowy w dłoń, po czym wdrapała mu się na kolana i zasnęła.

Stinson pogłaskał ją.

– Skóra i kości – powiedział, odwróciwszy się do Michaela.

Ten nic nie odpowiedział, ale po chwili wstał.

– Co robisz?

– Idę kupić kocią karmę.

Stinson patrzył, jak Michael się oddala. Po raz pierwszy od bardzo dawna chciał wydać ostatnie pieniądze na coś innego niż alkohol.

Michael i Stinson poznali się, kiedy wpadli na siebie w pewnej bramie w Santa Barbara wiosną owego roku, a tym, co ich połączyło, był niespokojny duch, który w nich obu drzemał, sarkastyczne poczucie humoru i miłość do zwierząt. Stinson służył w marynarce, ale po czterech latach został z niej wyrzucony za palenie marihuany. Tuż przed przeprowadzką do Portland pracował w Japonii jako listonosz – wciąż miał swoje japońskie prawo jazdy.

Michael wrócił kwadrans później z półlitrowym kartonem mleka i puszką Meow Mix. Kotka obudziła się, a kiedy zobaczyła jedzenie, aż otworzyła z wrażenia pyszczek, wydając z siebie ciche kwilenie głodnego kota. Michael podniósł ją z kolan Stinsona i postawił na chodniku. Otworzył puszkę, wylał papkę do pudełka po burgerze i postawił je przed kotką. Zamiauczała słabo i zaczęła skubać jedzenie, ale już po kilku sekundach łapczywie je pochłaniała. Michael wlał mleko do plastikowej pokrywki, którą znalazł na ziemi, a ona równie szybko je wychłeptała.

Obaj mężczyźni siedzieli w milczeniu, przyglądając się kotce. Po skończonym posiłku trąciła nosem ich obu i pougniatała łapkami ich klatki piersiowe, by okazać swoją wdzięczność, a następnie znów ułożyła się na kolanach Stinsona, głośno mrucząc. Potem przeszła na kolana Michaela, jeszcze chwilę pomruczała i ponownie zasnęła.

– To skaleczenie na jej policzku wygląda dość paskudnie – powiedział Michael, przyglądając się ranie bitewnej kotki.

Nie budząc jej, sięgnął do plecaka, z którego wyjął garść serwetek z Taco Bell i miniapteczkę. Jeden z jego przyjaciół kupił mu ją, bo Michael ciągle miał jakieś obtarcia po pijackich upadkach. Delikatnie oczyścił czerwoną rankę na pyszczku kotki, a następnie odrobiną jodyny przemył też jej uszy. Podczas tych zabiegów zaspana kotka nawet się nie wzdrygnęła. Wydawała się dobrze wiedzieć, co robi jej nowy przyjaciel.

Jeszcze raz sięgnął do plecaka, gdzie znalazł olejek z wiesiołka – prezent od kolejnego znajomego – który dostał na wypryski na przedramionach. Nigdy go nie używał, ale teraz stwierdził, że może pomóc zaleczyć ranę kotki.

– Nie jest zbyt głęboka – powiedział, muskając odrobiną olejku rozcięcie na jej pyszczku. – Pewnie zaatakował ją inny kot. A przynajmniej mam nadzieję, że to był kot.

Michael przekazał kotkę Stinsonowi, a sam rozłożył na kartonie swój zniszczony śpiwór i zmęczony, wślizgnął się do środka. Od lat spał na twardej ziemi – było na niej wygodnie tylko po pijanemu, ale opróżnił już całą butelkę Chodnikowego Łomotu, a za pieniądze przeznaczone na napitek „na dobranoc” kupił jedzenie dla kotki.

Gdy obaj przygotowywali się do snu, mała się obudziła, a kiedy Michael był już zdecydowany się położyć, podkradła się do brzegu jego śpiwora i zaczęła go dookoła obwąchiwać.

Potem podeszła jeszcze bliżej i usiadła przy twarzy Michaela z lekko drgającym ogonem.

– Czego pani sobie życzy? Nie mam więcej kociej karmy.

– Chyba chce, żebyś ją wpuścił do śpiwora – odezwał się Stinson.

„Musi być nieźle zdesperowana, skoro chce mi wskoczyć do łóżka”, pomyślał Michael. Alkohol przestawał działać, a on chciał tylko odpłynąć. Zamknął na chwilę oczy, ale sen nie przychodził. Gdy znowu je otworzył, zobaczył, że kotka wciąż siedzi przy jego głowie, wpatrując się w niego zawzięcie.

– No dobra, kiciu – powiedział, unosząc połę. – Dziś możesz ze mną spać.

Kotka wpełzła do śpiwora i wtulając się w pierś Michaela, zaczęła cicho, hipnotyzująco mruczeć, zupełnie jakby była jego osobistą farelką.

Michael spojrzał na Stinsona, który wzruszył ramionami.

– Lubi cię – powiedział.

„Nieważne”, pomyślał Michael, „i tak zniknie przed wschodem słońca”.

Jednakże o poranku poczuł na policzku coś szorstkiego, a gdy otworzył oczy, zobaczył, że to kotka stoi na chodniku i liże go po twarzy. Na wpół przebudzony, wysunął rękę ze śpiwora i potarł małą za uchem. Spojrzała na niego, jednym okiem zdrowym, a drugim wciąż opuchniętym, i zamiauczała, najwyraźniej dając mu do zrozumienia, że jest głodna.

– Powinnaś znaleźć sobie innego opiekuna – powiedział, wstając. Już nie miał jej co dać. Uprzątnął swoje rzeczy, wziął ją na ręce i przez chwilę głaskał. Potem postawił kotkę na ziemi przy krzakach i poszedł na żebry. Myślał, że nigdy jej już nie zobaczy.

Ale gdy po południu wrócił do swojej miejscówki, kotka wciąż na niego czekała. Miał mglistą nadzieję, że tak będzie, więc przyniósł ze sobą kilka puszek kociej karmy z supermarketu, środek na pchły i kompres na jej opuchnięte oko.

Po wspólnym obiedzie oboje położyli się w śpiworze, by spędzić razem kolejną noc, czując się ze sobą jak w domu.

Rozdział drugi Smutek po kotce

– Maaata! – zawołał Ron Buss, zaglądając w ciemność pod werandą sąsiadki. Jego kotka lubiła się tam chować i przepędzać myszy z gniazda. Klęczał i opierał się dłońmi o ziemię, by móc zaświecić latarką w każdy ciemny kąt, ale nie dostrzegł niczego oprócz pajęczyn, suchych liści i świerszczy.

Podniósł się i zaszeleścił paczką chrupek, żeby wywabić ją z kryjówki. Zazwyczaj na kilometr słyszała swoje hałasujące przysmaki. Ron szukał kotki już od wielu godzin, ale wszelki ślad po niej zaginął. Zaczął podejrzewać najgorsze.

Potarł się po ogolonej głowie i wyprostował podkoszulek z zespołem rockowym Ministry. Mimo że był przysadzistym pięćdziesięciolatkiem, Ron zachował żywiołowy, chłopięcy wygląd, a przerwa między zębami, którą mógł się poszczycić, dodatkowo go podkreślała. Jako dziecko marzył, że zostanie słynnym muzykiem i będzie podróżował po świecie, a ta szczenięca wiara w nieskończone możliwości nigdy go nie opuściła, nawet po tym, jak dołączył do rodzinnej firmy produkującej schowki magazynowe.

Po dwudziestu pięciu latach sprzedał swoje udziały siostrze i szwagrowi, a za zarobione pieniądze zaczął kolekcjonować gitary i wkrótce otworzył sklep pod nazwą Boojumusic Guitar & Crazy Crap Inc., z siedzibą w nieużytkowanym biurze rodzinnej firmy, którego ściany wytapetował wystrzępionymi plakatami Davida Bowiego i Marca Bolana, a wnętrza zapełnił pamiątkami z koncertów z lat siedemdziesiątych. Jako wielbiciel Beatlesów specjalizował się w sprzedaży kolekcjonerskich egzemplarzy ich płyt, a także mikrofonów w stylu vintage, wzmacniaczy oraz unikatowych gitar elektrycznych Fender Stratocaster z lat sześćdziesiątych, których ceny sięgały nawet dziesięciu tysięcy dolarów. Był to skromny biznes, ale na nowo rozpalił jego dawną pasję. Współpracował z przyjaciółmi muzykami, publikując niewielkie nakłady albumów z niezależną muzyką R&B, dzięki czemu utrzymywał swoje marzenia przy życiu.

Bardziej od rock’n’rolla Ron kochał tylko swoje dwa koty, Matę Hairi i Creta. Zajmował się nimi niemalże tak, jakby wychowywał dzieci, zapewniając im wzbogacające doświadczenia. Zabierał je na plażę (bały się fal, ale Ron twierdził, że takie doznania „kształtują charakter”), wyprawiał im przyjęcia urodzinowe z pompą („koty też lubią dobrą zabawę”) i pisał dla nich piosenki na swoją gitarę akustyczną („koty to w głębi duszy rockmeni”). Oprócz tego gotował dla nich – w Whole Foods kupował ekologiczne kurczaki i łososia poławianego w naturalnym środowisku.

Jego ojciec, emerytowany prawnik, był zmieszany obsesją syna. Uważał ją za żałosną i często powtarzał Ronowi: „Możesz pojechać wszędzie, robić wszystko, a ty chcesz tylko być ze swoimi kotami”.

Będąc dzieckiem, Ron nigdy nie miał zwierzątka, mimo że bezustannie błagał rodziców o kota lub psa. Kiedyś znalazł bezdomnego psa, ale matka powiedziała, że zwierzak musi zostać w garażu. Gdy następnego popołudnia Ron wrócił ze szkoły, psa już nie było. Matka odwiozła go do schroniska. To złamało mu serce. Kota przygarnął dopiero, gdy skończył studia. Ta urocza czarnulka sprawiła, że zakochał się w tych zwierzętach na zabój. Teraz koty były dla niego całym światem.

Poranek upłynął Ronowi na odbieraniu swojego chevroleta chevelle ’67 z warsztatu i załatwianiu kilku spraw dla ojca, Donalda, który mieszkał niecałe pół godziny drogi od jego domu. Niewiele wcześniej on i jego siostra, Teresa, obiecali umierającej matce, że zaopiekują się tatą, choć od rozwodu rodziców upłynęło już kilkadziesiąt lat. Po rozwodzie Donald ożenił się z kobietą o imieniu Judy, swoją dawną sekretarką, która była od niego młodsza o piętnaście lat z okładem. Ron bardzo długo uważał ją za osobę, która rozbiła jego rodzinę, i nienawidził jej za to, że jego matka tyle przez nią wycierpiała, choć ona sama przed śmiercią przestała żywić urazę do Judy. Koniec końców Ron również jej wybaczył.

Ronowi spieszno było do domu, bo cieszył się na myśl o długim weekendzie, który właśnie się zaczynał. Było pogodne, ciepłe popołudnie babiego lata, sobota w przeddzień Święta Pracy. W planach miał spotkanie z przyjaciółmi na dorocznych tańcach Last Chance Summer Dance nad brzegami rzeki Willamette i chciał tam również zabrać swoje koty. Większość turystów zdążyła już wyjechać, więc Portland wyglądało na wymarłe. Jedynymi dźwiękami, jakie dało się słyszeć w jego okolicy, były krakanie wron, szelest spadających szyszek i gwizd pociągów w oddali.

Ale gdy zatrzymał się przed swoim biało-złotym, parterowym domem w stylu Craftsman położonym na rogu SE 37th Avenue, w zielonej dzielnicy Richmond nieopodal Berkeley Park, wiedział, że coś jest nie tak. Stół piknikowy na trawniku przed domem, na którym Mata zazwyczaj na niego czekała, był pusty.

Myśląc, że przegonił ją jakiś pies albo schowała się przed upałem gdzieś w pobliżu, w szopie albo pod jednym z krzewów, Ron zaczął przeszukiwać podwórka sąsiadów, wykrzykując jej imię. Brat Maty Hairi, czarno-biały Creto, szedł za nim krok w krok, niuchając i płaczliwie wołając siostrę.

Usłyszawszy Rona, na werandę wyszła jego najbliższa sąsiadka, Ann, i powiedziała, że tego ranka Mata chodziła za nią, gdy ona przycinała swoje róże, ale od tamtej pory jej nie widziała. Ann miała wielkiego czarnego, jednookiego kocura o imieniu Gordon, którego Ron znalazł i przygarnął. Ciągle znajdował i ratował bezdomne zwierzaki.

– Maaata! – zawołał ponownie, ostrożnie przeczesując kłujący żywopłot z ostrokrzewu okalający podwórko Ann, w którym Mata niekiedy lubiła ucinać sobie drzemkę.

– Mata, daj spokój – powiedział. – Nie rób mi tego.

Mata zawsze lubiła małe wędrówki i spędzała dni na patrolowaniu trzech najbliższych przecznic w spokojnej okolicy porośniętej starannie przyciętymi różami i cienistymi platanami, ale nigdy zbytnio się nie oddalała. I zawsze przychodziła na wołanie Rona. Ona i Creto trzymali się blisko domu, a jeśli zdarzyło im się nie wrócić przed zmrokiem, dostawały jedno- bądź dwudniowy szlaban. Tak więc były raczej posłuszne.

Mata i Creto należały do piątki kociąt porzuconych przy werandzie domu sąsiadki Rona, Stephanie. Gdy zajrzał do pudła w jej kuchni i ujrzał pięć drżących kociaków – maleńkich, cicho pomiaukujących kulek z puchu i kosteczek, o sklejonych oczach – wiedział, że musi im pomóc. Stephanie była w trakcie pakowania przed przeprowadzką, a ostatnie dwa koty Rona niedawno odeszły za tęczowy most, więc przejął opiekę nad znajdkami. Kilkanaście razy dziennie karmił te dwutygodniowe, niedożywione sieroty za pomocą zakraplacza i w ten sposób uratował im życie. Dwa miesiące później dwojgu znalazł domy, a jedno przygarnęła Stephanie. Pozostałą dwójkę zatrzymał i nadał jej imiona bohaterów swojego ulubionego programu dla dzieci z lat siedemdziesiątych Lancelot Link, Secret Chimp, w którym występowały szympansy w ubraniach prowadzące agencję detektywistyczną; Mata Hairi była asystentką głównego bohatera, Lancelota, a Creto, ich wąsaty kierowca, podwójnym agentem i arcyłotrem.

Teraz Ron wyjął z kieszeni szortów komórkę i zdenerwowany zadzwonił do Evana, trzydziestopięcioletniego fotografa, a zarazem irlandzkiego przesiedleńca, z którym bardzo się zaprzyjaźnił. Poznali się rok wcześniej wiosną na wieczornym pikniku na plaży Rooster Rock w kanionie Columbia River Gorge. Od razu przypadli sobie do gustu i zostali swoimi skrzydłowymi.

– Mata chyba znowu zniknęła – powiedział rozedrgany i bliski płaczu Ron. – Martwię się, że ten psychol z naprzeciwka coś jej zrobił.

Evan starał się go uspokoić najlepiej jak mógł, ale Ron miał powody, by obawiać się o bezpieczeństwo Maty. Wiódł tu w miarę szczęśliwe życie przez ponad dwadzieścia lat, nawet kiedy okolica była zapuszczona i mniej elegancka, na długo przed tym, jak Portland nabrało bardziej stylowego, hipsterskiego oblicza. Przedtem dzielnicą rządził przywódca meksykańskiego gangu i był tu ośrodek przejściowy dla chorych psychicznie, choć teraz pozostało po nich jedynie mgliste wspomnienie. Ron znał większość swoich sąsiadów i z nikim nie miał żadnych kłopotów – do czasu. Kilka lat wcześniej zamieszkał tu pewien osiłek o imieniu Jack, który szybko zyskał w okolicy reputację szemranego typa o wybuchowym temperamencie.

Ten dwudziestoparoletni, ciężki, umięśniony były zapaśnik okazał się bezrobotnym spawaczem i robotnikiem budowlanym na utrzymaniu swojej dziewczyny. Czerpał chorą przyjemność z dręczenia Rona, którego nienawidził za to, że był gejem, miał nadwagę, kochał koty i zasadniczo uosabiał wszystkie najnowsze przywary Ameryki. Wysoki, wytatuowany, z ulizanymi do tyłu włosami, jak na faszystę przystało, z długą, hipsterską brodą i kolczykami na twarzy, Jack dominował nad Ronem i dał mu jasno do zrozumienia, że nie lubi zwierząt. Wcześniej Ron nie sądził, że Jack mógłby spróbować skrzywdzić jego koty, ale za każdym razem, gdy sąsiad przechodził przed jego domem, Mata syczała, a Creto natychmiast się chował. A kiedy przychodzili do niego przyjaciele z psami, te warczały na widok Jacka.

Mata zaginęła także niemal rok wcześniej, dwudziestego pierwszego grudnia 2011 roku, w jeden z najzimniejszych i najbardziej śnieżnych dni, a Ron podejrzewał, że Jack maczał w tym palce. Tamtego ranka przed wyjściem do pracy zamknął na klucz oba koty, ale gdy przed wieczorem wrócił do domu, tylne drzwi były uchylone. Wtedy ostrożnie wszedł do środka i zauważył, że drzwi jego sypialni, które również zamknął, są otwarte. W samym pomieszczeniu panował bałagan, wszystko było poprzewracane do góry nogami, a na stoliku nocnym Ron znalazł butelkę wody, która nie należała do niego. Najbardziej niepokojące było jednak to, że we wnęce pod komodą leżał wetknięty koc – to mógł zrobić ktoś, kto chciał uwięzić pod meblem małe zwierzę. Przerażony Creto schował się w szafie, a Mata zniknęła.

Ktoś ewidentnie włamał się do jego domu i ją uprowadził. Nic więcej nie zginęło. Jednak Ron nie zadzwonił na policję, ponieważ uważał, że nikt nie uwierzy, by ktoś mógł włamać się do czyjegoś domu tylko po to, by ukraść kota albo wypuścić go na zewnątrz.

Przez trzy następne dni od świtu do zmierzchu Ron gorączkowo przeczesywał okolicę w poszukiwaniu Maty. Trzeciego dnia Jack zajechał na ulicę i wysiadł z samochodu. Widząc nawołującego i szukającego kotki Rona, powiedział, że jeśli Mata jeszcze żyje, to pewnie jest w lesie w sąsiednim stanie Waszyngton. Twierdził, że schowała się w bagażniku jego samochodu i pojechała z nim do Vancouver, do jego dziewczyny, Suzy. Uparcie twierdził, że wywiózł ją tam przypadkowo i nie miał pojęcia, że Mata jest w jego bagażniku, dopóki go nie otworzył, aby wyjąć swoje rzeczy, a ona wtedy wyskoczyła z niego jak błyskawica i pobiegła do lasu za domem jego dziewczyny.

Ron natychmiast zadzwonił do Suzy, którą poznał, gdy przyjeżdżała w odwiedziny do Jacka, i którą zdążył polubić. Zawsze przepraszała go za humory i zjadliwe komentarze swojego chłopaka. Zdradziła Ronowi swoje podejrzenia, że Jack mógł mieć coś wspólnego ze zniknięciem Maty, bo ostatnio dziwnie się zachowywał, zupełnie jakby miał coś do ukrycia. Gdy tylko Ron się rozłączył, wsiadł do samochodu i pojechał do oddalonego o czterdzieści pięć minut drogi Vancouver, gdzie on, Suzy i jej sąsiad, były policjant, a obecnie detektyw, do zmierzchu przeczesywali las w poszukiwaniu Maty.

Gdy zawrócili do domu Suzy, były policjant stwierdził, że wersja Jacka jest wybitnie niewiarygodna.

– Z doświadczenia wiem, że takie rzeczy po prostu się nie zdarzają – powiedział. – To się kupy nie trzyma. Koty nie wskakują do bagażników zaparkowanych samochodów, zwłaszcza jeśli te auta należą do ludzi, na których syczą.

Przez wiele następnych tygodni Ron wracał do tych ośnieżonych lasów, szukając Maty i zostawiając jej jedzenie. Po kilku miesiącach daremnych starań nabrał przekonania, że Jack zabił kotkę.

Jednak pół roku później, dwudziestego pierwszego czerwca 2012 roku, odebrał telefon od firmy chipującej zwierzęta z informacją, że Mata została znaleziona i przekazana Humane Society for Southwest Washington w Vancouver, towarzystwu opieki nad zwierzętami, które Ron już kilkakrotnie odwiedził podczas tych pierwszych tygodni, pełnych stresu i rozpaczy. Natychmiast wsiadł za kierownicę i ją odebrał. Przez pewien czas zachowywała się niemalże jak dzika kotka, była płochliwa i znerwicowana, ale powoli na nowo przyzwyczajała się do domowego życia z Ronem i Cretem.

A teraz znowu zniknęła.

Ron spędził całą noc na poszukiwaniach. Następnego dnia zauważył samochód Jacka na podjeździe przed jego domem, więc przeszedł na drugą stronę ulicy i zapukał do sąsiada. Od powrotu Maty panował między nimi napięty pokój, zawarty, gdy Ron przeprosił Jacka za oskarżenie go o uprowadzenie kotki i podarował mu zgrzewkę piwa. Ale wciąż się go bał. Czując, że nawet pytanie o to, czy nie widział jego kota, może wywołać kolejną wojnę, chciał jedynie wybadać reakcję Jacka. Kiedy więc sąsiad otworzył drzwi, Ron powiedział mu tylko, że Mata znowu się gdzie zabłąkała, i poprosił go, by miał otwarte oczy.

Neutralna prośba Rona rozzłościła Jacka.

– Nie jestem kocim hyclem. A teraz jazda z mojego ganku – warknął i zatrzasnął Ronowi drzwi przed nosem.

Jego wrogość obudziła w Ronie jeszcze większe podejrzenia.

Przez wiele następnych tygodni przemierzał ulice w poszukiwaniu Maty. Nawoływał ją, dopóki nie ochrypł. Nocą przesiadywał w pobliskim parku z otwartymi puszkami kociej karmy. Za każdym razem, gdy na czyjejś werandzie zauważał siedzącego kota, sprawdzał, czy to nie Mata, i pukał do drzwi danego domu. Ludziom, którzy mu otwierali, pokazywał zdjęcie kotki, pytając, czy jej nie widzieli. Podskakiwał na każde miauknięcie, jakie dobiegało jego uszu z podwórza, i na każdy dźwięk kocich bijatyk. Czasami budził się nagle w środku nocy, zmartwiony, że Mata jest zamknięta w jakiejś piwnicy albo uwięziona w szopie. W takich chwilach wypełzał z łóżka i chodził od podwórka do podwórka, a nawet zapuszczał się na werandy sąsiadów, by zajrzeć przez okno w nadziei, że w środku dostrzeże Matę.

Co wieczór na tylnym ganku zostawiał dla niej suchą karmę i wodę, skontaktował się ze wszystkimi miejscowymi weterynarzami i schroniskami, wydrukował plakaty z informacją o zaginionym kocie, które rozwiesił po okolicy. Pod zdjęciem Maty napisał: „Nagroda za odnalezienie zaginionej kotki. Czy widziałeś mnie w południowo-wschodnim Portland? Mata jest bardzo słodką kotką o dobrej intuicji i podejdzie do każdego, od kogo nie wyczuje złych zamiarów. Ma też chip, który można sprawdzić u dowolnego weterynarza bądź w stowarzyszeniu opieki nad zwierzętami. Bardzo za nią tęsknię”. Dołączył swój numer telefonu, a także link do profilu na Facebooku, bo słyszał historie ludzi, którzy odnaleźli swoje zwierzaki dzięki mediom społecznościowym.

Rozwieszając plakaty, przeglądał też inne ogłoszenia. Przeczytał o zaginionej czternastoletniej dziewczynce o rudoblond włosach. Wśród tego kolażu znalazło się również ogłoszenie o innym zbiegu, a mianowicie alpace o inteligentnym spojrzeniu, ogromnych, wodnistych czarnych oczach i burzy futra, które wyglądem przypominało afro. Obok wzmianki o nagrodzie w wysokości tysiąca dolarów widniało ostrzeżenie: „Sprawdźcie swoje podwórka na tyłach domów i szopy. Jeśli go zauważycie, nie przestraszcie go, bo na was napluje. Zwabcie go mleczami i trawą pszeniczną”.

„To możliwe tylko w Portland”, pomyślał Ron. Przez następnych parę tygodni odebrał kilkanaście telefonów od ludzi, którzy widzieli białego kota z pręgami i szarymi łatami. Jeden mężczyzna zauważył, jak myszkuje w jego śmietniku.

– Wyglądała na bardzo wychudzoną, jak te bezdomne koty w Meksyku – powiedział. – Aż jej żebra wystawały.

Jednak kolejne tygodnie nie przynosiły żadnych dalszych wieści, a Ron popadał w coraz większą rozpacz i przygnębienie. Stał się tułaczem w swoim własnym życiu.

Rozdział trzeci Przygarnij mnie

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Tytuł oryginału:

Strays

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Ewa Popielarz

Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski

Projekt okładki: Kevin Grady

Zdjęcia na okładce: © Xavier Armand (Tabor) © Junior Libby (Sky)

© Tiziano Niero © Limpido (Shutterstock.com)

Copyright © 2017 by Britt Collins

Foreword © by Jeffrey Moussaieff Masson

Copyright © 2018 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for Polish translation by Edyta Świerczyńska

All rights reserved, including the right to reproduce this book or portions thereof in any form whatsoever. For information, adress Atria Books, a Division Simon & Schuster, Inc., Subsidiary Rights Department, 1230 Avenue of the Americans, New York, NY 10020.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2018

ISBN 978-83-66074-40-8

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek