Mój ojciec jest mordercą - Rachel Caine - ebook

25 osób właśnie czyta

Opis

Mój ojciec to potwór. Gwałcił, torturował i zabijał dziewczyny niewiele starsze od nas.
Czy ten potwór tkwił w jego wnętrzu cały czas?

Drugi tom bestsellerowej "Żony mordercy"!

Za każdym razem kiedy Gina zamyka oczy, widzi go w swoich koszmarach. Teraz kiedy oczy ma szeroko otwarte, koszmar nie znika.

Gina Proctor wygrała bitwę ratując dzieci przed mężem, który okazał się seryjnym mordercą. Jednak wojna wciąż trwa. Zwłaszcza, że Melvin uciekł z więzienia i wysłał jej krótką wiadomość:

Teraz już nigdzie nie będziecie bezpieczni.

Schronienie w malowniczym Stillhouse Lake okazało się pułapką, dlatego Gina zostawia dzieci w domu opiekuńczego i dobrze uzbrojonego sąsiada. Wraz z Samem Cadem, bratem jednej z ofiar Melvina, wyruszają na polowanie.

Pomiędzy nimi zaczyna się psychologiczna wojna, której celem jest wzajemne wyniszczenie. Kiedy zaczynają znikać znajomi spośród wąskiego grona zaufanych Giny, pozostaje jej już tylko wściekłość i żądza zemsty.

Jedno jest pewne – któreś z nich musi umrzeć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 517

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział pierwszy

Gwen

Dwunastej nocy po tym, jak mój były mąż uciekł z więzienia, leżę w łóżku. Nie śpię. Obserwuję grę światła i cieni na zasłonach. Leżę na wąskim, składanym łóżku polowym i czuję każde ukłucie wystającej z cienkiego materaca sprężyny. Moje dzieci, Lanny i Connor, zajmują dwa normalnej wielkości łóżka w tym umiarkowanym cenowo pokoju motelowym. Średni przedział cenowy to obecnie najlepsze, na co mnie stać.

Telefon jest nowy. Kolejna jednorazówka z nowym numerem. Tylko pięć osób ma ten numer, a dwie z nich śpią ze mną w tym samym pokoju.

Nie mogę ufać nikomu spoza tego malejącego kręgu. Myślę wyłącznie o duchu mężczyzny, który idzie pod osłoną nocy – idzie, nie biegnie, bo nie wierzę, żeby Melvin Royal uciekał, choć poluje na niego połowa policji w kraju – i o tym, że chce mnie dopaść. Dopaść nas.

Mój były mąż to potwór, a mnie się wydawało, że tkwi bezpiecznie w zamknięciu, czekając na egzekucję… Nawet zza krat udało mu się prowadzić kampanię terroru przeciwko mnie i moim dzieciom. Owszem, miał pomoc, zarówno w więzieniu, jak i poza nim, a to, jak daleki miała ona zasięg, ciągle pozostaje niewiadomą, ale miał też plan. Dzięki doskonale ukierunkowanym groźbom i strachowi doprowadził mnie do miejsca, w którym chciał, abym się znalazła: do pułapki, z której udało się nam wyjść cało, ale tylko cudem.

Melvin Royal prześladuje mnie w chwilowej ciemności, która pojawia się, gdy zamykam oczy. Mrugnięcie, i jest na ulicy. Mrugnięcie, wchodzi po schodach motelu na otwarty korytarz drugiego piętra. Mrugnięcie, stoi pod drzwiami. Nasłuchuje.

Buczenie wiadomości pojawiającej się na moim telefonie sprawia, że wzdragam się tak mocno, że aż boli. Chwytam za telefon, gdy włącza się kaloryfer. Jest głośny, ale skuteczny, a ciepło rozchodzi się po pokoju powolną, przyjemną falą. Cieszy mnie to. Koce na składanym łóżku zdecydowanie nie wystarczą.

Mrugam zmęczonymi oczami i przysuwam telefon do twarzy. „Numer zablokowany” – odczytuję. Wyłączam aparat i wsuwam pod poduszkę, próbując przekonać samą sobie, że już mogę zasnąć.

Wiem, że to nieprawda. Wiem, kto do mnie pisze. A podwójne zamki w drzwiach pokoju motelowego to stanowczo za mało.

Minęło dwanaście dni od chwili, w której uratowałam swoje dzieci przed potworem. Jestem wyczerpana, obolała i nękają mnie bóle głowy. Przybita, zmęczona, niespokojna i przede wszystkim – przede wszystkim – wściekła. Muszę taka pozostać. Ta wściekłość utrzyma nas wszystkich przy życiu.

„Jak śmiesz”, mówię w myślach do telefonu pod poduszką. „Jak, kurwa, śmiesz”.

Gdy udaje mi się podsycić gniew do niemal bolesnego punktu wrzenia, wkładam rękę pod poduszkę i ponownie wyciągam telefon. Gniew jest moją tarczą. Gniew jest moją bronią. Klikam w wiadomość, spodziewając się zawartości.

Jestem w błędzie. Wiadomość nie jest od mojego byłego męża. Jej treść brzmi: TERAZ JUŻ NIGDZIE NIE JESTEŚ BEZPIECZNA, a na końcu znajduje się dobrze mi znany symbol: Å.

Absalom.

Szok rozprasza moją wściekłość, wysyłając gorące, podobne do prądu fale do klatki piersiowej i ramion, zupełnie jakby to telefon się na mnie rzucił. Mój mąż miał pomoc – pomoc w manipulowaniu nami, w porwaniu moich dzieci – i to Absalom mu ją zapewnił… Genialny haker, który wmanewrował mnie w pułapkę zaplanowaną przez Melvina. Miałam nadzieję, że wraz z końcem tej intrygi Absalom nie będzie miał powodów, aby dalej nam grozić. Powinnam była wiedzieć, że tak nie będzie.

Na chwilę całe moje ciało ścina fala czystego, instynktownego strachu, zupełnie jakby nagle okazało się, że wszystkie obawy z dzieciństwa przed duchami były uzasadnione, po czym biorę głęboki, powolny oddech i staram się zastanowić nad nieprawdopodobieństwem poradzenia sobie z tym wszystkim… po raz drugi. Nie jestem winna niczego prócz próby obronienia się przed człowiekiem, który chciał mnie zabić, a który w miarę upływu lat zaskarbił sobie moje zaufanie i stopniowo doprowadził mnie do miejsca przeznaczonego na moją egzekucję.

Jednak to nie sprawia, że wiadomość na ekranie telefonu znika.

Absalom wysłał za nami kogoś innego. Ta myśl krąży po moim ciele jak błyskawica, sprawia, że zasycha mi w ustach, a wszystkie nerwy stają w ogniu, bo wydaje się prawdziwa. Coś nie dawało mi spokoju przez te długie dni, w trakcie których ukrywaliśmy się i szukaliśmy bezpiecznego miejsca… Przeczucie, że nadal jesteśmy obserwowani. Przypisałam je swojej paranoi.

A co, jeśli się myliłam?

Usiłuję wstać po cichu, ale składane łóżko skrzypi, a po chwili słyszę jak Lanny, moja córka, szepcze:

– Mamo?

– Wszystko w porządku – mówię szeptem. Wstaję i wsuwam stopy w buty. Jestem całkiem ubrana. Mam na sobie wygodne spodnie, luźny sweter i grube skarpety. Zakładam kaburę na ramię i parkę, po czym otwieram wszystkie zamki i wychodzę na panujący na zewnątrz chłód.

Tutaj, w Knoxville, jest pochmurnie i zimno. Nie jestem przyzwyczajona do świateł miasta, ale w tej chwili przynoszą mi chwilową pociechę. Nie czuję się tak bardzo odizolowana. Wokół mieszkają ludzie. W razie czego usłyszą krzyki.

Wybieram jeden z niewielu numerów w telefonie. Rozlega się tylko jeden sygnał, po czym słuchawka zostaje podniesiona, a ja słyszę wiecznie zmęczony głos detektywa Prestera z Departamentu Policji w Norton – miasta znajdującego się najbliżej miejsca, w którym mieszkaliśmy, a raczej mieszkamy, ponieważ wrócimy do Stillhouse Lake, przysięgam, że tak – który mówi:

– Panno Proctor. Już późno. – Nie sprawia wrażenia ucieszonego moim telefonem.

– Czy jest pan stuprocentowo pewny, że Lancel Graham nie żyje?

To dziwne pytanie, a do moich uszu dobiega skrzypnięcie, które prawdopodobnie wydało z siebie krzesło, na którym Prester odchylił się do tyłu. Spoglądam na zegarek. Jest pierwsza w nocy. Ciekawe, dlaczego ciągle jest w pracy. Norton to małe, senne miasteczko, choć zdążyło już doświadczyć słusznej dawki zbrodni. Prester to jeden z dwójki pracujących w tamtejszej policji detektywów.

A Lancel Graham należał przecież do policji z Norton.

Odpowiedź Prestera jest powolna i ostrożna.

– Czy ma pani jakiś istotny powód, dla którego sądzi, że jest inaczej?

– Czy. On. Nie. Żyje?

– Już bardziej nieżywy być nie może. Na własne oczy widziałem, jak wyjmują z niego organy na stole do autopsji. Dlaczego pani pyta… – Waha się, a potem pojękuje, zupełnie jakby sam dopiero co spojrzał na zegarek. – Nie mogła pani zadzwonić rano?

– Dlatego, że trochę przeraziła mnie kolejna wiadomość z pogróżkami.

– Od Lancela Grahama?

– Od Absaloma.

– Ach. – Przeciąga westchnięcie. Robi to w taki sposób, że automatycznie wzmagam czujność. Detektyw Prester i ja nie jesteśmy przyjaciółmi. Do pewnego stopnia można nas nazwać sojusznikami, ale on nie ma do mnie pełnego zaufania, za co niespecjalnie mogę go obwiniać. – Skoro już o tym mowa… Kezia Claremont dokopała się do pewnych informacji. Twierdzi, że istnieje prawdopodobieństwo, że Absalom to nie tyle on, co raczej oni.

Szanuję Kezię. Była partnerką Grahama, przynajmniej przez jakiś czas, jednak w odróżnieniu od niego jest do szpiku uczciwa. Była kompletnie zdruzgotana, gdy odkryła, że jej partner okazał się mordercą.

Nie tak bardzo jak ja.

Mój głos staje się wściekły i napięty.

– Dlaczego, do cholery, mnie pan nie ostrzegł? Przecież wie pan, że jestem tu z dziećmi!

– Nie chciałem, żeby wpadła pani w panikę – odparł. – Nie ma jeszcze żadnych dowodów. To tylko podejrzenia.

– Przez cały ten czas, odkąd zdążył mnie pan poznać, uważa pan, że jestem skłonna do ataków ślepej paniki?

Pozostawia to bez komentarza, bo wie, że mam rację.

– Nadal jestem zdania, że lepiej by było, gdyby wróciła pani do Norton i pozwoliła nam się ochraniać.

– Mój mąż zmienił jednego z pańskich policjantów w mordercę. – Zmuszam się, aby przełknąć gulę morderczej furii. – Zostawił pan Grahama samego z moimi dziećmi, pamięta pan? Bóg jeden wie, co mógł im wtedy zrobić. Niby dlaczego miałabym wierzyć, że będą u was bezpieczne?

Nadal nie dowiedziałam się wszystkiego o tym, co zrobił Lancel Graham, gdy porwał moje dzieci. Ani Connor, ani Lanny nie chcą mi niczego powiedzieć, a ja znam ich na tyle dobrze, by nie naciskać. Przeżyli traumę i choć lekarze powiedzieli, że są w dobrym zdrowiu i nie zostali skrzywdzeni pod względem fizycznym, to nadal zastanawiam się, przez jakie psychiczne tortury musieli przejść. I jak bardzo skrzywi ich to w przyszłości.

Ponieważ skrzywienie ich, ukształtowanie na nowo i złamanie to coś, czego pragnie Melvin Royal. To właśnie z tych rzeczy czerpie głęboką, niepokojącą satysfakcję.

– Jakieś wieści o Melvinie?

Melu, odzywa się we mnie cichy głosik, nieśmiały i denerwujący. Nigdy nie lubił, gdy nazywano go Melvinem, tylko Melem, i właśnie dlatego postawiłam sobie za cel używać jego pełnego imienia. Nawet tak błahy rodzaj władzy to nadal władza.

– Obława jest zakrojona na szeroką skalę, a z tych, którzy uciekli, jakieś siedemdziesiąt pięć procent zostało już wsadzone z powrotem za kratki.

– Ale nie on.

– Nie – zgadza się Prester. – Nie on. Jeszcze nie. Chce pani uciekać do momentu, w którym nie zostanie złapany?

– Taki był plan – mówię. – Ów plan właśnie uległ zmianie. Jeśli Absalom ma w zanadrzu więcej ludzi, których może za nami wysłać w pościg, to oni mnie dla niego znajdą. Właśnie tego chce. Właśnie dlatego się ujawnił. Ucieczka tylko przedłuża ten koszmar i oznacza, że nie mam nad swoim życiem żadnej kontroli. Nie mam zamiaru mu jej oddać. Nigdy więcej.

Znów rozlega się skrzypnięcie jego krzesła. Tym razem jestem prawie pewna, że pochylił się do przodu.

– W takim razie co, u diabła, zamierzasz, Gwen?

Nadal mnie tak nazywa, używając nowej tożsamości, a ja to doceniam. Kobieta znana wcześniej jako Gina Royal, żona wyjątkowo okrutnego seryjnego mordercy, już dawno odeszła. Kolejne ciało, które pozostawił za sobą Melvin. Lepiej, że nie żyje. Jestem teraz Gwen. A Gwen nie zniesie kolejnych numerów.

– Nie sądzę, aby to się panu spodobało, więc podaruję sobie szczegóły. Dziękuję, detektywie. Za wszystko – mówię poważnie. Prawie.

Zanim zdąży zadać mi więcej pytań, wyłączam telefon, chowam do kieszeni kurtki i stoję przez chwilę na wilgotnym, zimnym wietrze. Knoxville nie zdążyło jeszcze opustoszeć na noc. Do moich uszu dolatują strzępy melodii z przejeżdżających ulicą samochodów. Widzę cienie ludzkich postaci poruszające się za zasłonami w innych pokojach. Na wewnętrznym dziedzińcu widać migotanie telewizora widocznego przez szparę między zasłonami. Nad moją głową przelatuje przecinający niebo samolot.

Słyszę, jak otwierają się drzwi pokoju, a na zewnątrz wychodzi Lanny. Założyła buty i kurtkę, ale pod spodem nadal ma piżamę. To sprawia, że niespokojny supeł w moim wnętrzu rozluźnia się nieco. Gdyby przebrała się w dżinsy i luźną, flanelową koszulę oraz buty do biegania, oznaczałoby to, że się boi.

– Smarkacz nadal śpi – mówi, opierając się o barierkę obok mnie. – Mów.

– To nic takiego, kochanie.

– Nie wciskaj mi kitu, mamo. Ty nie wstajesz z łóżka i nie dzwonisz gdzieś bez powodu.

Wzdycham. Jest na tyle zimno, że wiatr porywa ze sobą mój oddech i rozciąga go w biały pióropusz.

– Rozmawiałam z detektywem Presterem.

Widzę, że jej dłonie na barierce tężeją. Chciałabym móc wziąć to na siebie, ten strach i nieustanne, przytłaczające poczucie zagrożenia. Ale nie mogę. Lanny wie doskonale, jak niebezpieczna jest nasza obecna sytuacja. Zna już prawie całą prawdę o swoim ojcu. Muszę na niej polegać i liczyć na to, że mając niecałe piętnaście lat, nie załamie się pod ciężarem tej świadomości.

– Och. Chodziło o niego? – pyta moja córka.

Niego, czyli jej ojca, rzecz jasna. Posyłam jej nieznaczny i, mam nadzieję, podnoszący na duchu, uśmiech.

– Na razie nie ma żadnych nowych wieści. Pewnie jest daleko stąd. Ścigają go. Większość więźniów, która uciekła razem z nim, została już schwytana. Niedługo z powrotem trafi za kratki.

– Nie wierzysz w to.

Nie wierzę. Nie chcę okłamywać córki, więc zmieniam temat.

– Wracaj do łóżka, skarbie. Wyjeżdżamy wczesnym rankiem.

– Już jest rano. Dokąd jedziemy?

– Gdzieś indziej.

– Czy już zawsze tak będzie? – pyta, i tym razem w jej głos wkrada się cicha furia. – Na litość boską, mamo, wiecznie tylko uciekasz. Nie możemy pozwolić, żeby ciągle nam to robił! Nigdy więcej. Nie chcę uciekać. Chcę walczyć.

I walczyła. Oczywiście, że walczyła. Była odważnym dzieckiem, które zostało zmuszone do stawienia czoła paskudnej prawdzie o swoim ojcu, gdy miała zaledwie dziesięć lat, i wcale mnie nie dziwiło, że w głębi duszy nadal była wściekła.

Poza tym ma rację.

Odwracam się w jej stronę, a ona robi to samo, aby spojrzeć mi w twarz. Wytrzymuję jej spojrzenie, mówiąc:

– Będziemy walczyć. Ale jutro udamy się w bezpieczne miejsce, żebym mogła mieć wolną rękę i zrobić to, co trzeba. Zanim więc zaczniesz się ze mną kłócić, chcę, żebyś została z bratem i upewniła się, że jest chroniony. To twoje zadanie, Lanny. To twoja walka. Rozumiemy się?

– Rozumiemy? Znowu nas komuś podrzucisz? Nie, to wcale nie jest w porządku! Proszę, tylko mi nie mów, że chodzi o babcię.

– Myślałam, że kochasz swoją babcię.

– Bo kocham. Jako babcię. Nie kogoś, z kim mam zostać. Chcesz, żebyśmy byli bezpieczni? Ona nas nie ochroni. Nikogo nie jest w stanie ochronić.

– Zadbam o to, aby nie musiała. W międzyczasie twój ojciec będzie obserwował mnie, ponieważ znalezienie mnie to jego priorytet.

Modlę się, aby to była prawda. To ogromne ryzyko, ale mam bardzo ograniczoną grupę zaufanych ludzi, którzy mogą zaopiekować się moimi dziećmi. W pierwszym odruchu chcę je zabrać do mojej matki, ale muszę przyznać, że Lanny ma rację. Moja mama nie jest wojowniczką. Nie tak jak my. A to zupełnie inny poziom niebezpieczeństwa.

Nie mówię jej o tym od razu, ponieważ muszę się nad tym zastanowić, ale Javier Esparza i Kezia Claremont zaproponowali, że zaopiekują się moimi dziećmi, jeśli będę tego potrzebowała. Są niezrównaną, budzącą grozę parą. Javier jest emerytowanym żołnierzem piechoty morskiej i właścicielem strzelnicy, a Kezia twardym, bystrym i kompetentnym oficerem policji.

Minusem tej sytuacji jest fakt, że mieszkają poza granicami Norton, stosunkowo blisko Stillhouse Lake. Tamto piękne, ustronne miejsce objawiło mi się jako schronienie, sanktuarium, i szybko zmieniło się w pułapkę, a ja nie wiem, czy kiedykolwiek poczuję się tam bezpiecznie. Z pewnością nie możemy wrócić do naszego domu nad jeziorem. Bylibyśmy łatwym celem.

Jednak dom Javiera nie znajduje się nad jeziorem. To leżąca w sporym oddaleniu, obwarowana chata, a ja podświadomie wierzę, że Melvin i Absalom sprawdziliby każde miejsce oprócz tego, z którego dopiero co uciekliśmy.

– Zostawiasz nas z Samem? – pyta Lanny.

– Nie, ponieważ Sam jedzie ze mną. – Nie zdążyłam go jeszcze o to spytać, ale wiem, że się zgodzi. Pragnie odnaleźć Melvina Royala równie rozpaczliwie jak ja, z tak samo osobistych powodów. – Sam i ja znajdziemy waszego ojca i powstrzymamy go, zanim zrobi komuś krzywdę. Zanim w ogóle pomyśli, że mógłby skrzywdzić ciebie i twojego brata. – Daję jej chwilę, aby się nad tym zastanowiła, po czym mówię: – Musisz mi pomóc, Lanny. To najlepsze wyjście, jakie mamy, nie licząc ponownej ucieczki i ukrywania się. Nie mam ochoty tego robić tak samo jak ty. Musisz w to uwierzyć.

Odwraca wzrok z wystudiowaną obojętnością i wzrusza ramionami.

– Jasne. Wszystko jedno. Nadal nas do tego zmuszasz.

Poprzednie ucieczki były konieczne. W tamtym czasie to była jedyna właściwa decyzja. Rozumiem jednak, jak głęboko odbiło się na moich dzieciach życie w stanie ciągłej czujności.

– Tak mi przykro, skarbie.

– Wiem – mówi w końcu, a po chwili obejmuje mnie w szybkim, nieoczekiwanym uścisku i wraca do pokoju.

Stoję i rozmyślam przez chwilę na zimnie, po czym wybieram numer Sama i mówię:

– Jestem na zewnątrz.

Wyjście na wąski korytarz na drugim piętrze zajmuje mu niecałą minutę. Jego pokój znajduje się tuż obok naszego. Podobnie jak ja, jest ubrany od stóp do głów. Gotowy do walki. Opiera się o poręcz w miejscu, w którym stała wcześniej Lanny, i mówi:

– To chyba nie jest zaproszenie na szybki numerek.

– Zabawne – odpowiadam, patrząc na niego z ukosa.

Nie jesteśmy kochankami. Owszem, łączy nas pewna zażyłość i chyba w którymś momencie nabierze ona bardziej intymnego charakteru, ale w tej chwili żadne z nas się nie śpieszy. Bóg jeden wie, że mamy za sobą bolesną przeszłość. Była żona seryjnego mordercy, żyjąca w ciągłym strachu przed fanami Melvina, jego sprzymierzeńcami i samozwańczymi, internetowymi obrońcami. A Sam? Jest bratem jednej z ofiar mojego byłego męża. Ostatniej ofiary Melvina. Nadal mam przed oczami ciało tamtej biednej, młodej kobiety wiszące na drucianej pętli. Torturowanej i zamordowanej dla czystej, sadystycznej przyjemności.

Nasza relacja jest skomplikowana. Gdy spotkałam Sama po raz pierwszy, myślałam, że jest przyjaźnie nastawionym nieznajomym, niemającym żadnych powiązań z moim dawnym życiem. Odkrycie, że celowo mnie namierzał i śledził w nadziei na znalezienie dowodów, że byłam współwinna zbrodni swojego męża… prawie wszystko zniszczyło.

Wie, że nie jestem i nigdy nie byłam winna, ale między nami nadal zieją głębokie otchłanie, a ja nie mam pojęcia, czym je zapełnić i czy w ogóle powinnam próbować. Sam mnie lubi. Myślę, że w innym życiu, bez trującej obecności stojącego między nami ducha Melvina Royala, bylibyśmy razem szczęśliwi.

Na razie skupiam się wyłącznie na przeżyciu i zapewnieniu przetrwania moim dzieciom. Sam to jeden ze środków umożliwiających osiągnięcie tych celów. Dzięki Bogu, doskonale to rozumie. Jestem pewna, że postrzega mnie w ten sam sposób.

– O co chodzi? – pyta, a ja wyjmuję telefon, klikam w wiadomość i podaję mu urządzenie.

– Niech to szlag. Przecież Graham nie żyje, prawda? – Słyszę w jego głosie identyczną dezorientację, ale szybko odzyskuje przytomność. – Wysyłają kogoś innego, tak?

– Prawdopodobnie więcej niż jedną osobę. Prester jest zdania, że Absalom może być czymś w rodzaju zespołu hakerów. Kto wie, ile osób liczy ich siatka? Musimy teraz zachować jeszcze większą ostrożność. Pozbędę się tego telefonu i kupię nowy. Posługujemy się gotówką i trzymamy z dala od kamer.

– Gwen, nie dam rady tego ciągnąć. Ukrywanie się nie jest…

– Nie ukrywamy się – przerywam mu. – Polujemy.

Prostuje się i odwraca twarzą do mnie. Sam nie ma wielkiej postury i nie jest szczególnie wysoki, ale jest gibki i silny, a ja wiem, że poradzi sobie w walce. Jednak przede wszystkim – i właśnie to jest dla mnie najważniejsze – wiem, że mogę mu ufać. Nie jest sługusem Melvina i nigdy nim nie będzie. Czego nie mogę powiedzieć o wielu innych ludziach.

– Nareszcie – mówi. – Co z dziećmi?

– Skontaktuję się z Javierem. Zaproponował wcześniej, że je do siebie weźmie, i w dodatku możemy mu zaufać.

Sam kiwa potakująco głową.

– Pozostawienie ich wiąże się z ryzykiem, ale nie aż tak wielkim jak wtedy, gdybyśmy próbowali je chronić i jednocześnie ścigać Melvina. Brzmi nieźle – stwierdza. – Jesteś tego pewna? – pyta prawie łagodnym tonem. – Moglibyśmy zostawić tę sprawę policji. I FBI. W rzeczywistości tak właśnie powinniśmy zrobić.

– Oni nie znają Melvina. I nie rozumieją Absaloma. Jeśli to faktycznie większa grupa, mogą ukrywać Melvina w nieskończoność i namierzać nas dla niego. Sam, nie możemy sobie pozwolić, aby przeczekać całą sytuację. Ukrywanie się nie zdaje egzaminu. – Wciągam gwałtownie haust zimnego powietrza i wydmuchuję w postaci ogrzanego kłębu pary. – Poza tym, chcę go dorwać. Nie chcesz tego samego?

– Wiesz, że tak. – Taksuje mnie bezosobowym spojrzeniem, oceniając niczym drugiego towarzysza broni. – Jesteś pewna, że nie potrzebujesz więcej odpoczynku?

Parskam nieco gorzkim śmiechem.

– Wyśpię się po śmierci. Jeśli chcemy dotrzeć do Melvina przed policją, będziemy musieli być twardsi od niego, szybsi i lepsi. Będzie nam potrzebna pomoc. Informacje. Wspominałeś coś kiedyś o przyjacielu, który byłby w stanie udzielić nam wsparcia.

Kiwa potakująco głową. Ma mocno zaciśniętą szczękę i błysk w oczach. Zwykle Sam jest chodzącą enigmą, ale w tej chwili widzę całą jego wściekłość i rozpacz jak na dłoni. Melvin przebywa na wolności, mając możliwość śledzić i zabijać kobiety takie jak siostra Sama. Zabije ponownie. Jeśli nauczyłam się czegoś o swoim byłym mężu, to tego, że będzie pragnął umrzeć w chwale egoistycznej, morderczej furii rodem z teatru grozy Grand Guignol.

Ściga go FBI. Policja z każdego stanu sąsiadującego z Kansas również. Jednak mało prawdopodobne, aby odnaleźli go szybko na środkowym zachodzie, ponieważ jestem pewna, że pierwszą rzeczą, jaką zrobił Melvin, jest dotarcie na południowy wschód, czyli do nas.

Absalom wyśledził nas aż tutaj, więc to oznacza, że Melvin nie znajduje się po drugiej stronie kraju ani nie jest w drodze do granicy jakiegoś państwa, w którym nie ma ekstradycji. Jeszcze go tu nie ma, ale wiem, że się zbliża. Czuję to w powietrzu.

– Wyruszamy o siódmej rano. Niech dzieci odpoczną jeszcze trochę. – Zerkam na telefon. – Zadzwonię do Kezii i Javiera, żeby wszystko przygotowali.

Sam odbiera mi telefon szybkim ruchem i wsuwa go do kieszeni.

– Jeśli Absalom ma ten numer, nie możesz go użyć do załatwienia schronienia dla swoich dzieci – mówi, a ja momentalnie czuję się jak idiotka, że o tym nie pomyślałam. Chyba jestem bardziej zmęczona, niż mi się wydawało. – Usunę rozmowy i kontakty i zostawię, żeby ktoś mógł go ukraść. Lepiej, żeby nadal był włączony i jeszcze przez jakiś czas wprowadzał Absaloma na fałszywy trop. – Kiwa głową w stronę oświetlonego sklepu całodobowego po drugiej stronie ulicy. – Wieczorem kupię nowy. Zadzwonimy z niego do Javiera i natychmiast się go pozbędziemy. Nie kupimy już żadnego nowego aparatu w pobliżu tego adresu. To pierwsze miejsce, które Absalom sprawdzi w poszukiwaniu jakichkolwiek dokonanych transakcji.

Ma absolutną rację. Muszę teraz myśleć jak myśliwy, ale nie wolno mi zapominać, że jestem też ofiarą. Melvin uczynił mnie bezbronną przez zwodzenie i manipulowanie, dzięki którym trafiłam do miejsca, w którym od samego początku miałam się znaleźć. Teraz musimy zastosować tę samą taktykę wobec niego.

Przez lata trzymałam się kurczowo okropnej małżeńskiej fikcji – życia, w którym Melvin Royal kontrolował każdy aspekt mojej rzeczywistości, a ja nie zdawałam sobie z tego sprawy. Gina Royal, dawna ja, bezbronna ja… Ona i dzieci były przykrywką dla sekretnego, potwornego życia Melvina. Z mojej perspektywy wszystko wydawało się normalne. Tyle że nigdy takie nie było, a po tym, jak pozostawiłam za sobą dawną tożsamość, widzę to jasno i wyraźnie.

Nie jestem już Giną. Gina była nieśmiała, przejęta i słaba. Bałaby się tego, że Melvin wyruszy w pościg, aby ją odnaleźć.

Gwen Proctor jest na niego gotowa.

W głębi serca wiem, że wszystko sprowadza się do nas. Pani i pana Royal. Zawsze tak było.

Rozdział drugi

Lanny

Connor, mój młodszy brat, jest zbyt cichy. Przez cały dzień prawie się nie odzywał i chodzi z wiecznie spuszczoną głową. Schował się za wzniesionym przez siebie wewnętrznym murem, a ja mam ochotę go zburzyć, wywlec go stamtąd i zmusić do krzyku, walnięcia w ścianę, czegokolwiek.

Nie mogę jednak zamienić z nim nawet dwóch słów bez wykrywającego problemy radaru mamy… a przynajmniej do czasu, w którym drzwi zamykają się za nią, a ona wychodzi na motelowy balkon. Znam swoją matkę. Kocham ją, przez większość czasu. Ale czasami wszystko utrudnia. Nie wie już, jak to jest opuścić na moment gardę.

Connor nie śpi. Jest świetny w udawaniu, że śpi, ale ja wiem, co go zdradza. Przez dwa lata, kiedy mamy nie było z nami – siedziała w areszcie i uczestniczyła w procesie, oskarżona o bycie wspólniczką ojca – dzieliliśmy pokój, bo u babci nie było zbyt wiele miejsca, choć miałam wtedy dziesięć lat, a on siedem i byliśmy zdecydowanie zbyt duzi na mieszkanie w jednym pokoju. Musieliśmy być dla siebie sprzymierzeńcami i opiekować się sobą nawzajem. Nauczyłam się rozróżniać, kiedy naprawdę spał, a kiedy tylko udawał. Nigdy zbyt wiele nie płakał, tak samo jak ja. Teraz w ogóle tego nie robi.

Chciałabym, żeby płakał.

– Hej – mówię. Cicho, ale tak, żeby usłyszał. – Wiem, że udajesz, cieniasie. – Nie odpowiada. Nie rusza się. Oddycha gładko i miarowo. – Ej, Squirtle. Przestań ściemniać.

W końcu wydaje z siebie westchnięcie.

– Czego? – Jest całkiem rozbudzony. Nawet nie sprawia wrażenia poirytowanego. – Śpij. Jesteś gderliwa, gdy nie uda ci się zażyć tej swojej drzemki nie dla urody.

– Zamknij się.

– No co, sama chciałaś rozmawiać. Nie moja wina, że nie podoba ci się to, co mówię.

Brzmi całkiem normalnie.

On nie jest normalny.

Opadam z powrotem na łóżko. Śmierdzi jak w jakimś tanim sklepie, jak stary pot i cuchnące stopy. Cały ten pokój capi jak wnętrze taniego sklepu. Nienawidzę go. Chcę wracać do domu… a dom to budynek, nad którym mama, Connor i ja napracowaliśmy się, by uczynić go pięknym. Ten, w którym mam własny pokój i ścianę, którą pomalowałam w fioletowe kwiaty. Ten ze schronem Connora na wypadek apokalipsy zombie.

Nasz dom znajduje się w Stillhouse Lake i uosabia coś, o czym sądziłam, że już nigdy tego nie zaznamy: bezpieczeństwo. Moje wspomnienia po dniu, w którym musieliśmy opuścić nasz pierwszy dom – ten w Wichicie – przez lata wiązały się z serią nijak urządzonych pokojów i szarymi, nudnymi miasteczkami. Nigdy nie zatrzymaliśmy się w jednym miejscu na tyle długo, aby móc poczuć, że jesteśmy w domu.

Stillhouse Lake było inne. Miałam poczucie, że to coś trwałego, na stałe, jakby cała nasza trójka naprawdę zaczynała nowe życie. Miałam tam przyjaciół. Dobrych przyjaciół.

Miałam Dahlię Brown, dziewczynę, której z początku nienawidziłam, a która stała się moją najlepszą przyjaciółką na świecie. Bolało mnie to, że muszę ją tam zostawić, niczym porzuconą, zepsutą zabawkę. Nie zasługiwała na to. Ja też nie zasługuję. Miałam nawet kogoś w rodzaju chłopaka, ale małym szokiem było dla mnie to, że uświadomiłam sobie, że wcale za nim nie tęsknię. Ani przez chwilę o nim nie pomyślałam.

Tylko o Dahlii.

Zostawiliśmy nasz dom tak, jak stał. Ciekawe, czy do tej pory nie został już kompletnie zniszczony. Pewnie tak. Wieści o tym, kim jesteśmy, kim jest nasz ojciec, pojawiły się w samym środku szaleństwa z oficerem Grahamem, a ja pamiętam, co działo się z naszymi starymi domami, gdy ludzie dowiadywali się prawdy. Bazgroły z farby w spreju na ścianach. Martwe zwierzęta na progu. Wybite szyby w oknach i zdewastowane samochody.

Ludzie potrafią być naprawdę tragiczni.

Nie mogę przestać zastanawiać się nad tym, jak może teraz wyglądać nasz dom w Stillhouse Lake, po tym jak ludzie wyładowali swoją agresję na nim, zamiast na nas. Czuję ściskanie w piersi i skurcze w żołądku. Przewracam się na bok i w złości uderzam pięścią w tanią poduszkę, próbując nadać jej lepszy kształt.

– Jak myślisz, od kogo była ta wiadomość?

– Od taty – mówi. Mojej uwadze nie umyka nieznaczna zmiana tonu, ledwie słyszalne zająknięcie, ale nie wiem, co one oznaczają. Gniew? Strach? Tęsknotę? Prawdopodobnie wszystkie te rzeczy. Wiem o czymś, o czym moja mama raczej nie ma pojęcia: że Connor tak naprawdę nie pojmuje, że tata jest potworem. To znaczy tak, ale miał siedem lat, gdy nasze życie wywróciło się do góry nogami. Pamięta ojca, który czasem był dla niego świetny, i tęskni za tym. Ja byłam starsza. I jestem dziewczyną. Inaczej postrzegam pewne rzeczy. – Chyba w końcu go dopadnie. – Znów słyszę inny ton w jego głosie. Taki, który rozpoznaję.

Próbuję wybadać sytuację.

– Złości cię to?

– A ciebie nie? Pozbędzie się nas jak przybłęd – mówi. Tym razem zimny, stanowczy ton jego głosu jest pozbawiony wszelkiej subtelności. – Pewnie zostawi nas u babci.

– Przecież lubisz być u babci. – Staram się mówić o tym z entuzjazmem. – Robi nam ciasteczka i te kule z popcornu, które tak lubisz. Daleko temu do tortur. – Ogarnia mnie przerażenie w tej samej sekundzie, w której ostatnie słowo wychodzi z moich ust, ale jest już za późno. Jestem na siebie wściekła. Paląca, czerwona błyskawica złości sprawia, że nerwy skwierczą mi tak, jakby zmieniły się w lonty fajerwerków. W następnej chwili jestem w chacie wysoko na wzgórzach, ciągnięta w stronę piwnicy. Zamknięta razem z bratem w mikroskopijnej celi, niewiele większej od trumny.

Wiem, że mama zastanawia się, co się z nami stało w tamtej piwnicy. Connor i ja nie rozmawialiśmy o tym, a ja nie wiem, kiedy, i czy w ogóle kiedykolwiek, to zrobimy. Prędzej czy później mama nas do tego zmusi.

Ja chcę tylko móc zamknąć oczy i nie widzieć pod powiekami wyciągarki, zwisającej z niej drucianej pętli, noży, młotków i pił połyskujących na tablicy z kołkami przytwierdzonej do ściany. Pomieszczenie wokół celi wyglądało jak garażowy warsztat mojego ojca – a przynajmniej jak przedstawiające go zdjęcia. Wiem, co tam się działo. Wiem, co mogło się nam stać w replice sali tortur Lancela Grahama.

Jednak przede wszystkim chciałabym móc zapomnieć o głupim dywaniku. Jakimś cudem Graham znalazł identyczną kopię dywanika mojego taty. Tak naprawdę to był mój dywanik, ponieważ był jednym z moich pierwszych wspomnień – miękki, pleciony spiralnie dywanik w pastelowych odcieniach zieleni i błękitu. Uwielbiałam go. Kładłam się na nim twarzą w dół i zasuwałam po podłodze, a mama i tata śmiali się, po czym mama podnosiła mnie i kładła dywanik z powrotem na swoje miejsce pod drzwiami. Ten głupi dywanik był symbolem miłości.

Któregoś dnia, gdy miałam pięć lat, dywanik zniknął ze swojego miejsca w korytarzu, a tata położył tam nowy. Był całkiem fajny. Miał pod spodem antypoślizgową matę, więc nikt nie mógł się na nim poślizgnąć. Powiedział nam, że wyrzucił stary dywanik.

Jednak w dniu, w którym nasze życie dobiegło końca, a tata stał się potworem, ten dywanik, mój dywanik, leżał na podłodze w garażu tuż pod wyciągarką, pętlą i dyndającym z niej ciałem martwej kobiety.

Widok identycznego dywanika w makabrycznej piwnicy Lancela Grahama sprawił, że coś we mnie pękło. Gdy nocą zamykam oczy, właśnie to widzę pod powiekami. Mój dywanik, który stał się elementem tego koszmaru.

Ciekawe, co widzi Connor. Może dlatego nie potrafi zasnąć. Gdy człowiek śpi, nie jest w stanie kontrolować swoich wspomnień.

Connor nie skomentował mojej gafy, więc dalej drążę temat.

– Na serio chcesz pojechać z mamą, gdy będzie zajęta polowaniem na ojca?

– Zachowuje się tak, jakbyśmy nie umieli o siebie zadbać – mówi. – A przecież umiemy.

Zgodzę się co do tego, że ja umiem, ale jestem też na tyle dorosła, aby stawić czoła okrutnej prawdzie o naszym tacie i temu, do czego jest zdolny. Nie chcę być zmuszona do walki z nim. Już sam pomysł jest straszny i przerażający. Nie chcę jednak także, żeby zostawiono mnie samą z Connorem i bym musiała być odpowiedzialna za bezpieczeństwo nas obojga. Prawie nabieram ochoty, by pojechać do babci, nawet jeśli jej ciasteczka są ciut niejadalne, kule z popcornu zbyt lepkie, a ona sama traktuje nas, jakbyśmy byli małymi dziećmi.

Zwalam winę na co innego.

– Mama nigdy nam nie pozwoli z nim walczyć. Dobrze to wiesz.

– A zatem jedziemy do babci. Jakby tata nie umiał się tego domyślić.

Wzruszam ramionami, ale wiem, że nie widzi mnie w ciemności.

– Babcia też się przeprowadziła i zmieniła nazwisko. Poza tym, będziemy tam tylko przez chwilę. Jak na wakacjach.

To upiorne, że Connor w ogóle się nie rusza, nie reaguje. Nigdy nie słyszę nic więcej prócz cichutkiego szelestu sztywnej pościeli i głosu odzywającego się w mroku.

– Tak. Jak na wakacjach. A jeśli mama już nigdy po nas nie wróci? Co będzie, jeśli to on zjawi się zamiast niej? Zastanowiłaś się nad tym?

Otwieram usta, aby z pełnym przekonaniem powiedzieć mu, że nigdy do tego nie dojdzie, ale nie mogę. Nie mogę zmusić się, by to powiedzieć, ponieważ jestem wystarczająco dorosła, aby wiedzieć, że mama nie jest nieśmiertelna ani wszechpotężna, a dobro nie zawsze wygrywa. Wiem też – podobnie jak Connor – że nasz tata jest potwornie niebezpieczny.

– Jeśli faktycznie nas znajdzie – mówię w końcu – uciekniemy mu. Albo powstrzymamy go w jakiś sposób.

– Obiecujesz? – Nagle jego głos znów brzmi, jakby należał do jedenastolatka. Jest zbyt młody, aby użerać się z czymś takim. Czasami zapominam, jak bardzo młody. Sama mam prawie piętnaście lat. To duża różnica wiekowa, a mój młodszy brat od zawsze był niańczony.

– Tak, głupku, obiecuję. Nic nam nie będzie.

Wypuszcza z ust powolny, przeciągły oddech, który brzmi prawie jak westchnięcie.

– W porządku. Ty i ja. Razem.

– Zawsze – mówię.

Nie odpowiada. Słyszę, jak mama rozmawia z kimś na zewnątrz przyciszonym głosem. To chyba Sam Cade. Słucham cichego szmeru ich głosów, a po chwili dociera do mnie, że oddech Connora pogłębił się i zwolnił. Chyba w końcu udało mu się zasnąć.

To znaczy, że ja też mogę pójść spać.

***

Mama zaskakuje nas pączkami i kartonami mleka o nieludzko wczesnej godzinie. Ona i Sam są już ubrani i na nogach, i w dodatku mają kawę. Proszę o trochę, ale spotykam się z odmową. Connor nawet się tym nie przejmuje. Wypija swoje i moje mleko, które podsuwam mu, gdy mama nie patrzy.

Jesteśmy zdziwieni, gdy mama oznajmia, że nie wyśle nas do babci aż na wybrzeże. Zamiast tego wysyła nas z powrotem do Norton. Nie do domu, ale blisko. Nie mogę powstrzymać ogarniającej mnie jednocześnie ulgi i niepokoju. Przebywanie blisko domu jest niebezpieczne pod wieloma względami… Nie chodzi o to, że tata by nas odnalazł, a o to, że momentalnie dociera do mnie, że tak naprawdę nie mogę wrócić do naszego starego domu. Do swojego pokoju. Być tak blisko i nie być w domu? To okropne. A jeszcze gorsze jest to, że nie mogę rozmawiać ani pisać z Dahlią. Nie mogę nawet dać jej znać, że wróciłam. To jest dopiero do bani.

Nie mówię tego mamie.

Connor ożywia się nieco, gdy odkrywa, że zamiast tygodni spędzonych u babci będzie mógł widywać się z Javierem Esparzą, który jest milczącym supertwardzielem. Jego obecność zawsze przynosi spokój i dodaje otuchy, a ja nie mam wątpliwości, że będzie w stanie nas obronić. Connor potrzebuje towarzystwa innego faceta, z którym może się zaprzyjaźnić. On i Sam Cade nawiązali nić porozumienia, ale wiem, że Sam ma do pokonania własne demony. W dodatku jedzie razem z moją mamą, mam co do tego absolutną pewność.

A zatem zamieszkamy w chacie pana Esparzy, którą czasami dzieli z policjantką z Norton, Kezią Claremont. Ona też jest milczącą twardzielką. Założę się, że ze sobą sypiają, choć raczej nie powinniśmy tego wiedzieć. Mimo to nie mam nic przeciwko Kezii. To znaczy, że mamy przy sobie dwa razy więcej osób z bronią do ochrony. Wiem, że mama robi to właśnie z tego powodu, ale nadal się cieszę, przez wzgląd na Connora. Mam nadzieję, że obecność pana Esparzy przełamie jego notoryczne milczenie.

Pakowanie się nie stanowi wielkiego problemu. Uciekamy od tak dawna, że Connor i ja jesteśmy specami od wrzucania rzeczy do toreb i bycia gotowym do wyjścia w ciągu paru minut. Prawdę mówiąc, Connor wcale nie musi tego robić. Spakował się wcześniej, gdy ja nadal spałam. Rywalizujemy w tej dziedzinie. Wskazuje na swoją torbę w milczeniu, by dać mi znać, że wygrał. Znowu. Po chwili siedzi już z nosem w książce, co jest jego sposobem na uniemożliwienie jakichkolwiek prób nawiązania rozmowy. W dodatku uwielbia czytać.

Szkoda, że pod tym względem nie jesteśmy tacy sami. Kolejny raz obiecuję sobie w duchu, że pożyczę od niego jakąś lekturę.

Po półgodzinie od momentu, w którym mama postawiła na stole pudełko z pączkami, siedzimy już w samochodzie i jedziemy zalaną mgłą autostradą.

Przez większość czasu drzemię ze słuchawkami w uszach, które tłumią całkowity brak rozmów. Mama i Sam są wyjątkowo milczący. Connor przewraca kolejne kartki. Umilam sobie czas tworzeniem nowej playlisty: PIOSENKI DO KOPANIA TYŁKÓW i ZABIJANIA. Jazda samochodem jest nudna, a rytmiczny łoskot muzyki sprawia, że mam ochotę pobiegać. Może pan Esparza pozwoli mi na to, gdy już dotrzemy do jego chaty, choć szczerze w to wątpię. Po raz kolejny jesteśmy objęci aresztem domowym i ukrywamy się przed czającymi się w mroku potworami – nie tylko przed tatą i jego przyjaciółmi, ale także przed plującymi jadem internetowymi trollami. Wystarczy, że ktoś udostępni jedno zdjęcie na Reddicie albo 4chanie, a sytuacja w mgnieniu oka przybierze naprawdę kiepski obrót.

A zatem bieganie odpada.

Jedziemy przez dwie godziny, po czym zatrzymujemy się przed dużym sklepem dyskontowym, gdzie Sam kupuje cztery nowe, jednorazowe telefony. Przez chwilę jestem podekscytowana odkryciem, że musiał kupić prawdziwe smartfony, choć nadal są nieco toporne. W sklepie nie mieli telefonów z klapką. To zwykłe, czarne modele, nic szczególnego. Rozpakowujemy je w samochodzie i wymieniamy się numerami. Zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić. Wcześniej mama kupowała mnie i Connorowi różnokolorowe telefony, żebyśmy ich nie pomylili, ale Sam o tym nie pomyślał. Wszystkie cztery aparaty są identyczne. Mama konfiskuje mój i Connora, i majstruje przy nich, odcinając dostęp do internetu i wyłączając inne funkcje, po czym oddaje je z powrotem. To całkiem normalne. Nigdy nie chciała, abyśmy zobaczyli masę okropieństw wypisywanych o naszym tacie i o nas samych.

Wsuwam telefon do kieszeni, podłączam słuchawki do iPoda i podgłaśniam muzykę. Przechodzę do Florence + The Machine, gdy uświadamiam sobie, że Sam nie uruchomił silnika. Ma w dłoni skrawek papieru i wpisuje numer telefonu w swoim urządzeniu, po czym wykonuje telefon.

– Witam, czy mogę rozmawiać z agentem Lustigiem? – Słucha przez kilka sekund. – W porządku. Czy mogę zostawić mu wiadomość? Proszę mu przekazać, żeby zadzwonił do Sama Cade’a. Zna moje nazwisko. Oto mój numer… – Czyta numer z opakowania. – Proszę mu powiedzieć, żeby zadzwonił najszybciej, jak tylko będzie mógł. Będzie wiedział, o co chodzi. Dzięki.

Rozłącza się i uruchamia silnik. Gdy wyjeżdżamy na drogę i ruszamy dalej w trasę, uświadamiam sobie, że nie ma zamiaru podzielić się z nami informacjami. Postanawiam poświęcić się dla reszty.

– Kim jest agent Lustig?

– Moim przyjacielem – mówi Sam. Jest z nami szczery, a przynajmniej na tyle szczery, na ile może. To jedna z rzeczy, które naprawdę w nim lubię.

– Dlaczego rozmawiałeś z FBI? Bo on jest z FBI, prawda?

– Dlatego, że zajmują się ustaleniem miejsca pobytu waszego taty. Poza tym musimy wyjaśnić coś na temat Absaloma. Liczę na to, że FBI będzie miało więcej informacji.

Wiem o Absalomie. Marszczę brwi.

– Czemu?

– Istnieje możliwość, że oprócz oficera Grahama Absalom wysłał za nami kogoś jeszcze – tłumaczy, po szybkim zerknięciu na mamę, potwierdzającym, że może mi o tym powiedzieć. – Mogli dotrzeć za nami aż tutaj. Właśnie dlatego używamy teraz nowych telefonów.

– Absalom może być zorganizowaną grupą, niekoniecznie jedną osobą – wtrąca w końcu mama. – Jeśli tak, mogą pomagać waszemu ojcu w ukrywaniu się, jednocześnie pracując nad tym, aby nas dla niego odnaleźć.

– Skoro istnieje realne zagrożenie, po co zabieracie nas z powrotem do Norton? Dlaczego nie możemy zostać z wami? – pyta Connor. Opuszcza książkę, ale zaznacza palcem miejsce między stronami.

– Ty tak na poważnie? – Mama stara się, aby zabrzmiało to wesoło, ale jej słowa są ponure. – Dobrze wiecie, że ostatnią rzeczą, do jakiej dopuszczę, jest zbliżenie was do jakichkolwiek kłopotów. Moim zadaniem jest trzymanie was od nich z daleka. Poza tym, przeżyliście już wystarczająco dużą traumę. Oboje musicie znaleźć się w bezpiecznym miejscu i musicie wreszcie odpocząć.

„A ty nie?”, myślę sobie, ale nie mówię tego na głos, co w moim przypadku jest dziwne. Zamiast tego się odzywam:

– Wcale nie musisz nigdzie jechać. Ściga go policja. I FBI. Dlaczego nie możesz zostać z nami?

Mama nie śpieszy się z odpowiedzią. Ciekawe, czy sama to wie.

– Skarbie, znam waszego ojca. Jeśli pozostanę na widoku, może zrobić coś głupiego i ujawnić się, żeby mnie dopaść. To znaczy, że zostanie złapany dużo szybciej i ucierpi na tym mniej ludzi. Nie mogę jednak podjąć tego ryzyka, jeśli będziecie przy mnie. Rozumiesz?

Sam znów milczy. Obserwuję jego dłonie na kierownicy. Jest świetny w ukrywaniu swoich myśli i uczuć, ale najwyraźniej nie aż tak dobry, bo widzę, że kłykcie nieznacznie mu bieleją.

– Tak – mówię przyciszonym głosem. – Rozumiem. Jesteś przynętą. – Majstruję przy iPodzie, ale nie zakładam słuchawek. – Zabijesz go? – Nie wiem, jaką odpowiedź chcę usłyszeć.

– Nie, kochanie – mówi mama, ale nie słyszę w jej słowach żadnego przekonania.

Wiem, że Sam chce wpakować ojcu kulę w łeb. Może nawet więcej niż jedną. I doskonale to rozumiem. Rozumiem, że tata jest potworem, którego należy zgładzić.

Jednak jest dla mnie również wspomnieniem. Silnym, kochającym ojcem, kładącym mnie spać do łóżka i całującymi w czoło na dobranoc. Roześmianym człowiekiem, obracającym mnie w kółko w słońcu. Ojcem całującym mnie w palec, gdy zrobiłam sobie kuku, i sprawiającym, że od razu było mi lepiej. Olbrzymim cieniem podnoszącym mnie z tamtego miękkiego, plecionego dywanika i tulącym w ciepłych, dających poczucie bezpieczeństwa ramionach.

Odwracam wzrok, wyglądam przez szybę i się nie sprzeciwiam. Myślenie o moim ojcu, który jest zarówno potworem, jak i człowiekiem, sprawia, że dostaję zadyszki i robi mi się niedobrze. Nie mam pojęcia, co powinnam czuć. Nie, to kłamstwo. Wiem, że powinnam go nienawidzić. Mama go nienawidzi. Sam również. Wszyscy go nienawidzą i mają absolutną rację.

Ale to przecież mój ojciec.

Connor i ja nie rozmawiamy o tym – nigdy – ale wiem, że on też to czuje… tę wewnętrzną szamotaninę przy próbie poskładania w całość dwóch kompletnie różniących się od siebie rzeczy. Znów wracam myślami do tamtego ślicznego, kolorowego dywanika, kawałka domu we wnętrzu jaskini potwora. Nie mogę zdecydować, czy robił to mimo usilnych prób bycia ojcem, czy też potwór tkwił w jego wnętrzu przez cały ten czas, a ojciec był maską, którą przywdziewał, aby z nas zakpić.

Może obie te rzeczy są prawdziwe, a może żadna. To wyczerpujące, więc włączam z powrotem muzykę i próbuję wszystko zagłuszyć.

Na jakiś czas zapadam w sen. Gdy się budzę, jesteśmy już prawie na miejscu. Sam zjeżdża z głównej autostrady na mniejszą drogę stanową. Mijamy tuziny małych miasteczek, zanim pojawia się skręt do Norton i Stillhouse Lake. Przyglądam się mijanej starej tablicy podziurawionej śrutem z głębokim bólem świdrującym brzuch. Mam ochotę wyskoczyć z samochodu i pobiec drogą prosto do domu, rzucić się na łóżko i zakryć głowę kołdrą.

Nie wjeżdżamy na główną drogę w Norton. Zamiast tego wybieramy boczną trasę przecinającą las. Droga jest błotnista, wyboista i pokryta koleinami. Nawet Connorowi trudno jest czytać przy podskakiwaniu na wybojach, więc sfrustrowany zaznacza odpowiednią stronę zakładką. Jedziemy tak przez jakieś osiemset metrów, po czym objeżdżamy szeroko zakręt i stajemy przy małej, starej, starannie utrzymanej chacie otoczonej wysokim, żelaznym ogrodzeniem.

Javier Esparza siedzi na werandzie. Jest przynajmniej dwanaście lat starszy ode mnie, jeśli nie więcej. Ma na sobie koszulkę w kolorze khaki i ciemne dżinsy. Wygląda bardziej jak żołnierz niż policjant. Gdy wstaje, widzę, że ma strzelbę w łatwo dostępnym miejscu. Ma przy sobie również półautomatyczny pistolet w kaburze przy pasku – nosi go w sposób bardziej oczywisty od mojej mamy, której broń jest ukryta w kaburze na ramieniu pod skórzaną kurtką. Ma też wielkiego psa mordercę – rottweilera – który leży mu u stóp, dysząc.

Gdy pan Esparza podnosi się z miejsca, jego pies robi to samo, skupiając na nas całą swoją uwagę.

Mama wysiada z auta jako pierwsza, a ja widzę, że pan Esparza nieznacznie się odpręża. Spogląda na psa i mówi coś po hiszpańsku, a zwierzę ponownie kładzie się na ziemi. Pies jest spokojny, ale w dalszym ciągu obserwuje.

– Witaj, Gwen – mówi do mojej mamy, podchodząc, aby otworzyć bramę. – Jakieś kłopoty po drodze?

– Żadnych.

– Nikt was nie śledził?

– Nie – mówi Sam, opuszczając samochód od strony kierowcy. – Nie było nikogo z przodu ani z tyłu. Żadnych dronów.

Przy wysiadaniu posyłam swojemu bratu spojrzenie znad wysoko uniesionych brwi i mówię bezgłośnie „Drony?”.

– Żyjemy w jakimś głupim filmie szpiegowskim czy co?

– Nie – odpowiada Connor bez śladu uśmiechu na twarzy. – Raczej w horrorze.

Przełykam kąśliwą uwagę i podchodzę do bagażnika po swoją torbę. Connor bierze swoją. Otwarta klapa na chwilę ukrywa nas przed dorosłymi, więc wykorzystuję tę szansę i pytam szybko:

– Nic ci nie jest? Mów prawdę.

Mój brat zastyga w bezruchu na ułamek sekundy, jakby się zaciął, po czym przenosi na mnie swój wzrok. Jego oczy są jasne. Nie wygląda na zdenerwowanego. W ogóle nie okazuje żadnych emocji.

– Nie. Tobie też nie, więc przestań próbować być za nas odpowiedzialna.

– Jestem za nas odpowiedzialna – mówię wyniosłym tonem, ale ubodła mnie jego uwaga. Ignoruję go, bo w tej chwili to najlepsze, co mogę zrobić, i podchodzę, żeby stanąć obok mamy. Przyglądam się psu, który przygląda się mnie. One umieją wyczuwać strach. Potwornie boję się wielkich, hałaśliwych i agresywnych psów od momentu, gdy jeden z nich rzucił się na mnie, kiedy miałam cztery lata.

Postanawiam zmusić go do odwrócenia wzroku.

Connor podchodzi i szturcha mnie w plecy. Mocno. Krzywię się i rzucam mu mordercze spojrzenie znad ramienia.

– Psy tego nie lubią – mówi. – Przestań się na niego gapić.

– A ty co jesteś, Zaklinacz Psów?

– Uspokójcie się – mówi mama, a ja daję mu kuksańca, żeby zostawił mnie w spokoju. Robi unik z wrodzoną zwinnością wkurzającego młodszego brata. – Javier, dziękuję ci, że to robisz. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile to dla mnie znaczy. Na całym świecie jest tylko trójka ludzi, którym powierzyłabym opiekę nad swoimi dziećmi, a ty i Kez jesteście na tej krótkiej liście.

Nadal nie mogę przyzwyczaić się do tego, że zwraca się do niego po imieniu. Stojąc tak blisko niego (choć w rzeczywistości wcale nie aż tak blisko), nie umiem sobie tego wyobrazić. Wypowiadam jego imię w myślach. Javier. Sam ma wystarczająco dużo lat, aby być moim ojcem, a poza tym, to w końcu Sam. Pan Esparza jest… inny. Jest spoko. To facet, w którym powinnam się zabujać, i wcześniej przez pół sekundy chyba nawet tak było… Ale to już przeszłość. Tak jest łatwiej, skoro mamy z nim zamieszkać.

Nie lubię być wyprowadzona z równowagi, więc robię to, co przychodzi mi naturalnie. Patrzę na Javiera Esparzę spod byka, jakbym nie mogła uwierzyć, że ma na mnie taki wpływ, pozwalam, aby włosy zakryły mi połowę twarzy, i jęczę pod nosem, jakby moja torba miała w środku sto kilo cegieł.

– Będziemy mieli własne pokoje? Czy mamy spać w stodole z kurczakami?

Gdy czuję się niekomfortowo, atakuję. Dzięki temu ludzie schodzą mi z drogi, a ja mam czas, żeby zastanowić się, gdzie iść. Tym razem nie czekam. Ruszam prosto na werandę. Udaje mi się zrobić dwa kroki, gdy przypominam sobie o psie.

Psie, który zrywa się z drewnianej podłogi niczym wystrzelony z procy i wpatruje się we mnie tymi wielkimi, przerażającymi ślepiami. Bardziej wyczuwam niż słyszę jego bardzo cichy warkot. Zatrzymuję się, nagle uświadamiając sobie, że jestem całkiem odsłonięta. Idiotka, idiotka, idiotka.

Pan Esparza nawet nie ruszył się z miejsca, a teraz powoli wyciąga dłoń w stronę psa. Warkot milknie. Rottweiler oblizuje kły i siada, ziejąc. Znów jest posłuszny. Nie kupuję tego. Nawet przez sekundę.

– Może najpierw przedstawię cię Rekrutowi. Hej, mały, zachowuj się.

Rekrut wydaje z siebie szczeknięcie. Potężny dźwięk uderza we mnie i sprawia, że mam ochotę zwiewać gdzie pieprz rośnie, ale nie robię tego. Ledwie. Rekrut podnosi się, zbiega ze schodów, przypominając kłębowisko mięśni i jedwabistej sierści, i zaczyna krążyć wokół mnie. Nie ruszam się, nie bardzo wiedząc, do mam robić. W końcu Rekrut zatrzymuje się i siada naprzeciwko mnie.

– Uhm… – mówię. Genialna uwaga. Nie jestem w stanie wymyślić niczego innego. W ustach mi zaschło. Boję się choćby spojrzeć na tego psa. – Cześć?

Powolutku odkładam torbę na ziemię. Rekrut ani drgnie. Wpatruje się we mnie, gdy wyciągam dłoń w jego stronę, po czym odwraca się i spogląda na pana Esparzę takim wzrokiem, jakby chciał spytać „Ona tak na poważnie?”. Potem obwąchuje moje palce i pozwala sobie na ich lekceważące liźnięcie. Prycha, jakby nie spodobał mu się mój płyn do kąpieli czy coś w tym stylu, wreszcie odwraca się tyłem i rzuca na ziemię w cieniu, opierając pysk na przednich łapach. Wygląda na absolutnie zawiedzionego. Najwyraźniej oczekiwał porządnej bójki, od której mógłby zacząć dzień.

Rekrut i ja mamy ze sobą wiele wspólnego.

Nie podnosząc głowy i w ogóle nie patrząc na pana Esparzę, pytam:

– Mogę już wejść do środka?

– Jasne – odpowiada. Głos ma spokojny, z ledwie wyczuwalną nutą rozbawienia. Nie spuszczam wzroku z Rekruta, gdy podnoszę torbę i idę powoli przez otwartą przestrzeń w kierunku schodów werandy.

– Dobry piesek – mówię do Rekruta.

Odwraca wzrok, ale w odpowiedzi macha mi nieznacznie ogonem. W następnej chwili wchodzę już po schodach. Stoi tam stare, wytarte krzesło, a przy drzwiach widać opartą o róg strzelbę. Nachodzi mnie szalona ochota, aby jej dotknąć, ale mama dostałaby świra, gdyby tak się stało, więc otwieram tylko drzwi do chaty i wchodzę do środka.

– Świetnie – mruczę cierpko pod nosem, rozglądając się wkoło. Nie ma tego zbyt wiele. Dochodzę do wniosku, że jest tu nawet całkiem przyjemnie. Na kominku płonie ogień odpędzający chłód, a kanapa wygląda na wielką i wygodną. Krzesła również. Niewielki stół jadalny stoi obok równie małej kuchni. Wszystko jest schludne i czyste.

Od głównego salonu odchodzi troje drzwi: do łazienki (tylko jednej, rany boskie) oraz dwóch małych sypialni. Ciskam torbę na pierwsze łóżko, jakie widzę, i rzucam się na nie twarzą do dołu. Biorę głęboki wdech.

Pachnie sosnami i świeżo praną pościelą. Ściskam kurczowo poduszkę. Przynajmniej ma dobry kształt.

– Hej – odzywa się od drzwi Connor. – A gdzie ja mam spać?

– Nie obchodzi mnie to – mamroczę w poduszkę. – Przejmuję tę ziemię w imieniu Atlanty.

– Nie zachowuj się jak su…

– Jeśli powiesz słowo, o którym myślę, to skopię ci tyłek.

– Wstręciuch – mówi, co jest na tyle dziecinne, że chce mi się śmiać, szczególnie że powiedział to w tak pełen godności sposób. – Muszę gdzieś spać.

– Zajmiesz drugi pokój – odzywa się zza jego pleców pan Esparza, a szybkie zerknięcie w jego stronę uświadamia mi, że się uśmiecha. – Ten większy, skoro Lanny zdążyła już zaklepać swój.

– Hej! – Natychmiast zrywam się z miejsca, ale jest za późno. Connor zdołał już dopaść do drzwi drugiego pokoju. Zza zasłony czarnych włosów wpatruję się morderczym wzrokiem w pana Esparzę. – To nie fair! – Wzrusza ramionami. – Chwileczkę… a pan gdzie będzie spał?

– Na kanapie. Nic mi nie będzie. Jestem przyzwyczajony do gorszych warunków, a ona w dodatku się rozkłada i jest całkiem wygodna.

Myśli zupełnie jak mama, która zawsze wybiera pokój znajdujący się najbliżej drzwi… stając między nami a niebezpieczeństwem, które może nadejść.

– Mam nadzieję, że pan nie chrapie – odpowiadam zgryźliwie.

– Och, ależ oczywiście, że chrapię. Jak rębak spalinowy do drewna. Mam nadzieję, że wzięłaś ze sobą stopery do uszu.

Wydaje mi się, że żartuje. Chyba. Nie chcę pytać, na wypadek gdyby było inaczej. Rzucam się z powrotem na łóżko, jakby mnie ktoś postrzelił, i gapię się w sufit. Całkiem nijaki. Pokój jest… nudny, choć czysty i ładnie pachnie. Mam w torbie kilka osobistych drobiazgów. Connor ma całą masę książek. Może uda mi się którąś podkraść.

Pan Esparza odwraca się, a do środka wchodzą mama i Sam.

– Javi, jesteś pewien, że dobrze robimy? – Nagle w głos mamy wkrada się niepewność, co jest do niej zupełnie niepodobne. – Wiem, że ta prośba jest niedorzeczna. Narażam cię na niebezpieczeństwo i jednocześnie przysparzam kłopotów…

– Nie martw się – mówi pan Esparza. – Miło będzie mieć przez jakiś czas gości. Słuchaj, ta chata może i wygląda jak szopa, ale jest wzmocniona. Mam alarmy i reflektory. Mam też Rekruta, broń i szkolenie wojskowe. Nic im nie będzie. Dopilnuję tego. – Robi pauzę, a ja dostrzegam spojrzenie, które posyła Samowi. Nie wiem, co ono oznacza. – Ściganie twojego eks to kretyński pomysł, Gwen.

– Zdaję sobie z tego sprawę – zgadza się. – Ale spędziłam już zbyt wiele lat w ukryciu i zobacz, do czego to doprowadziło. Manipulował mną. Doprowadził do miejsca, w którym od początku miałam się znaleźć. Teraz to on ucieka i jest ścigany, a ja nie dopuszczę do tego, aby znów ścigał moje dzieci.

To pierwszy raz, kiedy miałam okazję usłyszeć, jak mama mówi o tym bez ogródek. To znaczy wiem, że o tym myśli. Musi być cały czas pomiędzy nami i nim. Rozumiem to. Martwię się tylko, do czego może dojść.

Mama wchodzi do mojego pokoju i siada na łóżku obok mnie. Nie mam ochoty na pożegnalną rozmowę, więc zaczynam się rozpakowywać.

– Obojętnie dokąd pojedziemy, ty zawsze zaczynasz od rozpakowywania się – mówi mama, a ja waham się, składając koszulkę. – Wiesz o tym?

– Wszystko jedno.

Otwieram szufladę komody. Jest pusta i wyłożona cedrem, którego ciepły zapach uwalnia się ze środka. Będę pachniała jak drzewo. Super. Wkładam tam stertę bielizny i skarpetek, po czym wrzucam koszulki do drugiej szuflady.

– Connor nigdy tego nie robi – dodaje mama. – Zostawia wszystko w torbie.

– Tak, no cóż, on zawsze jest gotowy do ucieczki. Lubię mieć poczucie, że ja nie muszę.

Choć jest odwrotnie. Wiem dokładnie, gdzie są wszystkie moje rzeczy, i w razie niebezpieczeństwa jestem w stanie spakować torbę w mniej niż minutę.

Wyjmuję z niej resztę koszulek i wygładzam zmarszczki na ubraniach, po czym odkładam je na miejsce.

– Myślałam, że już się tego pozbyłaś – mówi, a ja uświadamiam sobie, że chodzi jej o wyblakłą koszulkę z postacią z kreskówki Truskawkowe ciastko, którą trzymam w ręku. Muszę przyznać, że wygląda dziwacznie na tle mojej mrocznej szuflady pełnej czarnych, czerwonych i ciemnogranatowych ubrań. Wyrosłam już z tej bajki. Noszę luźne bojówki ozdobione suwakami i brzęczącymi kółkami, wielką koszulę do gry w kręgle z gigantyczną, wyhaftowaną na plecach czaszką jak z meksykańskiego święta zmarłych. Długie i proste włosy mam w kolorze granatowej czerni. Nie pomalowałam dziś oczu eyelinerem. Brakuje mi tego.

– Lubię jej materiał – mówię, zatrzaskując szufladę ze wspomnieniem dziewczyny, którą kiedyś byłam. – Gotowe. Nie ma jak w domu. Na jak długo nas tu zostawiasz?

Uwaga jest kąśliwa, ale nie robi to na niej wrażenia.

– Nie wiem. Zdaję sobie sprawę, że będzie trudno, ale nie możecie kontaktować się ze swoimi przyjaciółmi z Norton, okej?

Okej, przecież żaden z nich i tak nie chce ze mną rozmawiać. Jestem nie tylko miejscowym dziwadłem, ale złem wcielonym z powodu powiązań z ojcem. Poza tym wszyscy i tak są w szkole.

– Jak rozwiążemy kwestię zajęć?

– Wybacz. Wiem, że jest ciężko, ale sytuacja jest tymczasowa. Javier i Kezia dopilnują, żebyście mieli lekcje podczas mojej nieobecności. Mam nadzieję, że potrwa to tydzień, najwyżej dwa. Ale musisz…

– Być odpowiedzialna, opiekować się Connorem, i tak dalej, i tak dalej. Wiem. – Przewracam oczami, bo najwyraźniej dotarłyśmy do tej konkretnej części rozmowy. – Hej, może uda nam się zapolować na własne jedzenie. Będzie świetnie. Zupa z wiewiórki. Pychota.

Wkładam rękę do torby. Na wierzchu leży zdjęcie przedstawiające naszą roześmianą trójkę stojącą przed domkiem w Stillhouse Lake. Zrobił je Sam. To był dobry dzień. Stawiam fotografię na komodzie i przez chwilę majstruję przy niej, ustawiając pod różnymi kątami. Mama nie dała się nabrać na moją przynętę. Wcale mnie to nie dziwi.

– Powiedziałaś nam, że nie zastrzelisz taty – mówię w końcu.

– Nie jadę po to, aby to zrobić – odpowiada, co biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, jest całkiem szczere.

– Szkoda. Wolałabym, żeby już nie żył. Powinni byli zabić go już w Kansas. Chyba dlatego nazywa się to cela śmierci, prawda? – Staram się mówić spokojnym głosem i się nie garbić. – Zabije kogoś innego, zgadza się? Możliwe, że nas też.

– Nie dojdzie do tego. – Mama odzywa się łagodnie. Wiem, że chce mnie uściskać, ale stała się ekspertką w odczytywaniu Języka Lanny, więc trzyma się na wyciągnięcie ręki. Nie chcę się przytulać. Chcę kłótni. Ale ona nie ma zamiaru mi tego dać, co jest do bani. – Złapią go i wróci do więzienia. A gdy nadejdzie właściwa chwila, państwo wykona wyrok. To jedyny właściwy sposób. W przeciwnym razie to tylko zemsta.

– A co jest złego w zemście? Nie widziałaś zdjęć zwłok? Gdybym to ja zwisała z tej pętli, nie pragnęłabyś zemsty?

Zastyga w bezruchu. Wyłącza się. Chyba dlatego, że nie chce, abym wiedziała, jak bardzo chciałaby się zemścić. Potem mruga szybko powiekami i mówi:

– Czy Connor widział te zdjęcia?

– Co? Nie! Oczywiście, że nie. Nie jestem głupia. Nie pokazałabym mu ich. Ale nie o to chodzi, mamo. Chodzi o to, że tata nie zasługuje na to, żeby żyć, prawda?

– Mam do tego emocjonalny stosunek. Ty również. Dlatego to nie my powinnyśmy decydować o tym, co się z nim stanie.

Mówi z pełnym przekonaniem, ale wiem, że go nie czuje. Chce go posłać do piachu, i to tak bardzo, że aż się trzęsie. Stara się jednak jak może nie przekazać mi takiego wzorca. Całkiem słusznie z jej strony.

Odwracam torbę do góry dnem, a zawartość wysypuje się na łóżko. Głównie są to kosmetyki do makijażu. Album z wycinkami z ostentacyjnym, łatwym do otwarcia zamkiem, o którym Connor powiedział, żeby mógłby go podważyć spinaczem do papieru. Do tego pamiętnik, również na kłódkę. Lubię pisać na papierze. Lubię myśleć, że moje zapiski przetrwają, podczas gdy rzeczy w internecie to tylko zbiór pikseli, które mogą zniknąć w ułamku sekundy. Tak jakby nigdy nie istniały.

– Lanny, moim zadaniem jest stać między wami a ojcem. Właśnie dlatego muszę jechać. Rozumiesz to?

Majstruję coś przy opakowaniu szminki o nazwie Pąsowy Cień i kładę na komodzie.

– A ja jestem jedyną osobą stojącą między nim a Connorem. Rozumiem. Po prostu tego nienawidzę, to wszystko. Nienawidzę faktu, że bez względu na to, co robimy i jak bardzo się staramy, wszystko kręci się wyłącznie wokół niego.

Tym razem mama obejmuje mnie ramionami i ściska. Mocno.

– Nie. Chodzi o to, żeby wreszcie przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie należymy do niego, tylko do siebie.

Odwzajemniam uścisk, ale szybko, po czym się wyłączam. Rzucam się na łóżko i zakładam słuchawki na szyję.

– Kiedy odzyskam laptop, Pani Naczelnik?

– Kiedy wszystko dobiegnie końca.

– Wiem, czego nie robić. Mogłabyś nawet włączyć kontrolę rodzicielską.

Uśmiecha się.

– Jesteś bystrym dzieciakiem, który rozgryzie to w dwie sekundy po tym, jak znajdę się za drzwiami, więc nie. Wybacz, ale dopiero jak to wszystko się skończy.

Rzucam jej swoje słynne spojrzenie. Nie robi na niej żadnego wrażenia.

– Zadzwonię wieczorem – mówi, a ja wzruszam ramionami, jakby fakt, że nie zadzwoni wcale, nie miał dla mnie znaczenia. Tyle że ma. Obie to wiemy.

Po ułożeniu zestawu kosmetyków w zadowalający mnie sposób rozglądam się i widzę, że mama poszła do salonu i jest przy kuchennym stole. Siedzi naprzeciwko Connora. Javier postawił przed moim bratem szklankę wody, ale on ją ignoruje. Całą swoją uwagę skupia na czytanej stronie. Mama bierze jego szklankę i upija łyk. To również ignoruje.

– To musi być wyjątkowo dobra lektura – mówi.

Siadam na jednym z foteli przy oknie. Miałam rację. Jest wygodny. Przerzucam nogę przez podłokietnik i przyglądam się rozgrywającej się na moich oczach szopce, w której mama próbuje delikatnie przedostać się za mur obronny Connora, a Connor udaje, że jej tam nawet nie ma.

W końcu poddaje się odrobinę i mówi:

– Bo jest. – Ostrożnie wkłada podniszczoną zakładkę między strony książki, zamyka ją i kładzie na stół. – Mamo? Czy ty jeszcze wrócisz?

Widzę jego oczy. Martwię się tym, jak wyglądają. Już nie wiem, co właściwie myśli sobie mój brat. Odkąd porwał nas Lancel Graham, nie czuł się bezpiecznie. Wiem to. Pokładał tak wielką wiarę w to, że mama zapewni nam całkowitą ochronę, osłoni przed złym światem, więc dla niego ta wpadka miała epickie rozmiary. To nie była jej wina. Uratowała nas, tak jak się tego spodziewałam.

Nie wiem jednak, jak naprawić swojego brata.

Rzecz jasna, mama mówi właściwe rzeczy i ściska go mocno. Connor wyrywa się szybko z jej ramion, jak zawsze zresztą… Connor nie przepada za uściskami, szczególnie gdy w pobliżu są inni ludzie. Ale tu chodzi o coś więcej niż to.

Mama całuje mnie w czoło, a ja ją mocno przytulam, z prawdziwym uczuciem, choć nie mówię ani słowa. Sam, który w milczeniu opiera się o drzwi, podchodzi do mnie i mówi:

– Opiekuj się bratem, dobrze?

Sam to dobry człowiek. Przez długi, długi, długi czas byłam nieufna w stosunku do niego, ale widziałam, jak robi dla nas dyskretne, niesamowite rzeczy, wliczając w to walkę o uratowanie nas, gdy nasze życie wisiało na włosku. Gdy mówi, że się o nas troszczy, wierzę mu.

Wierzę również, że to dla niego potwornie trudne, ponieważ nasz pieprzony ojciec zabił jego niewinną siostrę, a gdy na nas patrzy, nie może oprzeć się wrażeniu, że widzi we mnie i Connorze ślady Melvina Royala. Czasami godzinami oglądam w lustrze swoją twarz, wyłapując cechy upodabniające mnie do taty. Włosy mam bardziej jak mama, ale wydaje mi się, że kształt nosa mam raczej po tacie. Oraz podbródek. Sprawdziłam już, ile muszę mieć lat, żeby zrobić operację plastyczną, tylko po to, by pozbyć się wszelkich śladów.

Connor czasami wygląda dokładnie tak jak nasz ojciec na zdjęciach z dzieciństwa. Wiem, że strasznie mu to przeszkadza. Wiem, że spędza mnóstwo czasu na obsesyjnym myśleniu o tym, kiedy się okaże, że jest… zły.

Mama musi znaleźć dla niego pomoc, i to szybko. Jeśli tego nie zrobi, ja się tym zajmę.

– Zaopiekuję się nim – mówię Samowi, po czym wzruszam dla zasady ramionami, jakby wcale nie chodziło o nic wielkiego. Sam rozumie.

– I sobą, twardzielko.

– Kogo nazywasz twardzielką? – pytam rozkazującym tonem, posyłając mu szeroki uśmiech. Nie ściskamy się. Robimy żółwika, a po chwili Sam robi to samo z Connorem.

Potem Sam i mama wychodzą, a my schodzimy na werandę z Javierem Esparzą i Rekrutem, aby pomachać im na pożegnanie. No tak, przecież Rekrut nie macha. Nadal wygląda na niezadowolonego, że nie udało mu się odgryźć mi twarzy. Częstuję go ostrożnym klepnięciem w czubek głowy. Znowu prycha, po czym odwraca się w stronę Connora, a mój brat, nie okazując najmniejszego nawet strachu, siada obok psa i drapie go między uszami. Rekrut zamyka oczy i opiera się o niego.

Chłopcy, myślę sobie i przewracam oczami.

Patrzę, jak mama i Sam wsiadają do samochodu. Przyglądam się, jak odjeżdżają. Oczy mam suche, z czego jestem dumna.

Pan Esparza mówi, że zrobi na lunch chili dogi. Przydziela Connorowi zadanie w postaci siekania cebuli.

Idę do swojego pokoju, zamykam drzwi i płaczę w poduszkę, ponieważ boję się jak jeszcze nigdy wcześniej w całym swoim życiu, że już nigdy więcej nie zobaczę swojej mamy.

I że tata w końcu nas znajdzie.