Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Mój największy błąd ebook

Paula Daly  

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mój największy błąd - Paula Daly

Do czego jest gotowa posunąć się zdesperowana kobieta?

Roz jest samotną matką, fizjoterapeutką, siostrą, przyjaciółką. I właśnie znalazła się w naprawdę rozpaczliwej sytuacji. Jej gabinet splajtował, niespłacone długi wciąż rosną, a teraz jeszcze będzie musiała wytłumaczyć synkowi, dlaczego ktoś zabrał im wszystkie meble. I nagle praktycznie obcy człowiek składa jej pewną propozycję. Za jedną wspólną noc zapłaci jej tyle, by mogła wreszcie wyjść z finansowego dołka. Roz musi podjąć ważną decyzję. 

Wciągający thriller pióra jednej z najbardziej poczytnych autorek w Wielkiej Brytanii zabierze Was do fascynującego świata seksu, szantażu i zbrodni, rozgrywających się w niewielkiej społeczności, gdzie samotność jest powszechniejsza niż skandale.

Daly doprowadza do wrzenia… hipnotyzuje.

„Kirkus Reviews”

Daly ma prawdziwy dar do pisania o życiu wewnętrznym. Intrygująca fabuła i ciekawe spostrzeżenia zachwycą wielu czytelników. 

„Booklist”

Paula Daly jest autorką książek „Co z ciebie za matka?” i „Gdy przejdziesz przez próg”. Mieszka z mężem, trójką dzieci i psem o imieniu Skippy w północno-zachodniej Anglii. „Mój największy błąd” jest jej trzecią powieścią.

Opinie o ebooku Mój największy błąd - Paula Daly

Fragment ebooka Mój największy błąd - Paula Daly

Tytuł oryginału

THE MISTAKE I MADE

Copyright © Paula Daly 2015

First published in Great Britain in 2015 by Bantam Press

an imprint of Transworld Publishers

All rights reserved

Projekt okładki

Richard Ogle/TW

Zdjęcie na okładce

© Irene Lamprakou/Arcangel

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wócik

Zdjęcie na okładce

© Irene Lamprakou/Arcangel

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Lucyna Łuczyńska

Korekta

Mariola Będkowska

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-668-9

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Grace

LIPIEC

Rozdział 1

Moja praca polegała na zajmowaniu się ciałami. Żywymi, nie martwymi. Ciało leżące przede mną twarzą do dołu w to upalne lipcowe popołudnie nie wyróżniało się niczym szczególnym. Dwunasty pacjent dzisiaj, więc plecy okropnie mnie bolały i coraz trudniej przychodziło mi zachowanie dobrego nastroju.

– Jak to wygląda? – zapytał mężczyzna, gdy wbijałam kciuki w jego napięte ciało wzdłuż kręgosłupa.

– Całkiem nieźle – powiedziałam. – Udało mi się pozbyć zrostu wokół L4, tam, gdzie bolało najbardziej. Kiedy pan wstanie, powinien pan odczuć ulgę.

Mężczyzna pracował w kamieniołomach. Tamtejsi robotnicy byli jednymi z najtrudniejszych pacjentów. Rzadko się odzywali, w przeciwieństwie do większości klientów, więc mogłam przy nich odpocząć chwilę od ciąg­łych pogawędek, ale fizycznie stanowili naprawdę ciężkie przypadki. Mięśnie mieli zawsze napięte, a ich tkanki stawiały opór, wymagający nacisku wręcz całego ciała, siły kierowanej w dół za pomocą obolałych kciuków.

Bo właśnie one stanowiły podstawowe narzędzie pracy, tak istotne w każdym aspekcie mojego zajęcia. Pozwalały mi postawić diagnozę, wykryć i ocenić najdrobniejsze zmiany w strukturze tkanek, ale też przynieść cierpiącemu ulgę.

Przez jakiś czas zastanawiałam się nawet, czy nie powinnam palców ubezpieczyć, tak jak Betty Grable, która ubezpieczyła nogi, ale tego nie zrobiłam.

– Kiedy skończy pani z plecami – odezwał się pacjent, unosząc głowę – zerknie pani jeszcze na moje ramię?

Uśmiechnął się przy tym nieśmiało, zupełnie jakby obawiał się, że sprawia mi kłopot.

– Oczywiście – odparłam, z trudem tłumiąc westchnienie.

W czasach, kiedy pracowałam jeszcze na własny rachunek, zawsze starałam się jak najlepiej dbać o pacjentów, bo jeśli nie zdołałam im pomóc, nie dostawałam zapłaty. Dlatego właśnie uwijałam się jak w ukropie, byle tylko przyjąć ich jak najwięcej.

Wszyscy walczymy o równowagę między życiem zawodowym a prywatnym. Bywało, że mogłam się nią nawet cieszyć.

Ale już nie.

Kompletnie spłukana wylądowałam tutaj, w jednej z placówek, która należała do całej sieci przychodni. Harowałam pięćdziesiąt godzin tygodniowo w dusznej klitce, pacjentów wciąż przybywało, lecz pieniądze trafiały do kieszeni kogo innego.

Byłam zdana na łaskę menedżera o imieniu Wayne.

Facet miał może najlepsze intencje, ale czasem w swoim dążeniu do perfekcji zamieniał się w despotę. Zdarzało się, że próbował nawet ze mną flirtować, choć muszę przyznać, że nigdy nie posuwał się za daleko. Zapewne zorientował się, że nie jestem nim zainteresowana i propozycja randki nie wchodzi w grę. Chyba zwyczajnie czuł się nieco samotny.

Robotnik z kamieniołomów usiadł na brzegu leżanki, a ja uklękłam za nim i kazałam wyciągnąć bolące ramię w bok. Kiedy uniósł je prostopadle, z bólu aż wciągnął powietrze i mimowolnie szarpnął ramieniem.

– Mięsień nadgrzebieniowy – wyjaśniłam.

– To źle?

– Może sprawiać problemy. Ale dzisiaj nie zdążę się tym zająć, nie mamy już czasu. Postaram się jednak zmniejszyć trochę ból za pomocą akupunktury. – Manipulując igłą, mimowolnie wsłuchiwałam się w głos Wayne’a, próbującego w recepcji przekonać jakąś pacjentkę, by umówiła się na wizytę u któregoś z pozostałych fizjoterapeutów.

– To musi być Roz Toovey, nikt inny – upierała się namolna kobieta.

– Roz ma zajęte wszystkie terminy aż do połowy następnego tygodnia. Może jednak zdecyduje się pani na Gary’ego Muira? – przekonywał Wayne. – Dzisiaj ma akurat wolny termin. Mógłby panią przyjąć za dziesięć minut.

Żadnej odpowiedzi.

– Rozumiem, w takim razie może Magdalena? – zaproponował Wayne.

Tak to właśnie zawsze wyglądało. Najpierw Wayne próbował upchnąć ludzi u Gary’ego, który moim zdaniem nie potrafił odróżnić własnego tyłka od łokcia i, o ile mi wiadomo, został przyjęty na kurs specjalistyczny tylko dlatego, że wówczas w całym kraju brakowało fizjoterapeutów płci męskiej. Przed ukończeniem kursu Gary był drugoligowym piłkarzem.

– Magdalena? – upewniła się pacjentka. – Ta Niemka?

– Austriaczka – sprostował Wayne.

– Ostatnim razem obchodziła się ze mną okropnie, nieumiejętnie. Czułam się tak, jakbym wpadła pod autobus. Nie, tylko Roz.

– Ale jak już mówiłem – Wayne tracił cierpliwość – Roz nie ma wolnych terminów.

A tak przy okazji, Roz Toovey to ja.

– Nie może pan z nią porozmawiać? – Kobieta się nie poddawała. – Proszę jej powiedzieć, że przyszła Sue Mitchinson, znowu bolą mnie plecy. Jako stałą klientkę na pewno gdzieś mnie wciśnie. Naprawdę bardzo cierpię. Tylko Roz może…

– Chwileczkę – rzucił Wayne poirytowany.

Usłyszałam zbliżające się kroki, a potem trzy krótkie stuknięcia do drzwi.

– Roz, przyszła pani Sue Mitchinson, pyta, czy ją przyjmiesz.

– Przepraszam na chwileczkę. – Odeszłam od pacjenta i wyjrzałam na korytarz.

Sue natychmiast ruszyła w moją stronę i zanim zdążyłam się odezwać, zaczęła przekonywać:

– Roz, naprawdę nigdy bym cię o to nie prosiła, gdybym nie znalazła się w podbramkowej sytuacji, chyba o tym wiesz, prawda? Więc może zgodzisz się mnie przyjąć? To potrwa dosłownie chwileczkę, a ja będę ci dozgonnie wdzięczna.

Jak widać, byłam jedyną fizjoterapeutką w South Lakeland zdolną pomóc Sue, ale znałyśmy się przecież nie od dziś.

Zresztą wielu moich dawnych pacjentów przeniosło się za mną tutaj. Kiedy pracowałam jeszcze na swoim, dzięki nim zdobywałam kolejnych klientów, więc miałam dług wdzięczności.

Na początku zamieściłam malutkie ogłoszenie w lokalnej gazecie, ale gdy tylko udało mi się uwolnić pierwszych pacjentów od czasem już chronicznego bólu (czego dotąd nie zdołali dokonać miejscowi fizjoterapeuci), wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Miałam wszystkie terminy zajęte na kolejny miesiąc. Problem w tym, że moi pierwsi pacjenci, ci, którzy zarekomendowali mnie kolejnym osobom, nagle nie mogli umówić się do mnie na wizytę. Dlatego właśnie często uciekali się do taktyki „wiesz, że nigdy bym cię o to nie prosił, gdybym nie znalazł się w podbramkowej sytuacji”.

– Sue, naprawdę nie mogę – powiedziałam twardo. – Muszę odebrać George’a ze świetlicy, a w tym tygodniu spóźniłam się już dwa razy.

– A gdybym zadzwoniła do mojej mamy i poprosiła ją o odebranie George’a? – zaproponowała bez namysłu.

Ani ja, ani George nigdy nie widzieliśmy jej matki na oczy.

– Mieszkamy teraz w Hawkshead – odparłam najtaktowniej, jak się tylko dało – więc to niemożliwe.

Sue, zmarszczywszy brwi, gorączkowo szukała w myślach innego rozwiązania, natomiast Wayne obserwował tę sytuację z narastającą irytacją. Nie znosił, gdy pacjenci nalegali na wizytę u mnie i nie chcieli nawet słyszeć o Garym czy innych fizjoterapeutach, bo to zaburzało mu cały grafik. W rezultacie ja harowałam jak wół, podczas gdy Gary zbijał bąki w recepcji.

Zresztą większość czasu spędzał tam na pogawędkach z Wayne’em, dyskutując o Premier League i zaletach adidasów Pumy. Przy czym obaj co drugie słowo powtarzali „obowiązkowo”.

– Potrzebuję góra pięć minut – oświadczyła Sue w akcie desperacji. – Albo nawet mniej.

– W porządku, pięć minut. – Poddałam się. – Ale musisz zaczekać. Mam jeszcze jednego pacjenta, a już jestem spóźniona.

Ale Sue już nie słuchała. Czym prędzej ruszyła z powrotem do poczekalni, żeby któreś z nas przypadkiem nie zmieniło zdania.

– Dzwoniłaś do tego gościa od ubezpieczeń? – zapytał Wayne.

– Co? A nie, przepraszam. Znowu zapomniałam.

Westchnął teatralnie, przewracając oczami, a potem przemówił tonem dorosłego, który łaja małe dziecko:

– Załatw to, Roz. Wszyscy poza tobą dostali już ocenę – powiedział i zniżył głos: – Bez tego nie masz ubezpieczenia. Klinika nie jest w pełni ubezpieczona, dopóki…

– Załatwię to, obiecuję. W pierwszej wolnej chwili. Słuchaj, Wayne. – Wyszłam na korytarz i zamknęłam za sobą drzwi gabinetu, żeby pacjent nie mógł mnie słyszeć. – Pewnie nie ma szansy na drobną zaliczkę, co? Po prostu krucho u mnie z forsą, nie wiem, czy dam radę jakoś przeżyć do piątku.

Przechylił głowę i popatrzył na mnie z lekką przyganą.

– Przecież już ci tłumaczyłem – odparł łagodnie. – Nie możemy robić wyjątków, nawet dla ciebie. Chciałbym ci jakoś pomóc, ale naprawdę mam związane ręce – dodał jeszcze na odchodne.

Wróciwszy do gabinetu, wciąż doskonale słyszałam dobiegający z recepcji głos Wayne’a; tłumaczył Sue ostrym tonem, że za wizytę trzeba zapłacić z góry pełną kwotę, niezależnie od czasu trwania zabiegu.

Często tak robił, kiedy nie udało mu się przeforsować swojego zdania w jakiejś kwestii, więc jego zachowanie mnie nie zaskoczyło.

Kiedy zaczynałam własną praktykę wiele lat temu, bardzo bałam się porażki. Zwierzyłam się nawet z tych obaw jednemu z moich pierwszych pacjentów, Keithowi Hollinghurstowi, a on powiedział mi wtedy:

„Ci, którzy nie mają innego wyjścia, zwykle jakoś sobie radzą. Ci, którzy tylko bawią się w biznes, ponoszą klęskę”.

Nadal zresztą pogardzał ludźmi, dla których prowadzenie firmy stanowi jedynie zabawę. Oni nie rozumieją, co znaczy codzienna walka o przetrwanie.

„Dziewięć na dziesięć firm plajtuje”, zwykł powtarzać. „Dopilnuj, żeby twoja się wśród nich nie znalazła”.

Keith Hollinghurst należał do starej gwardii. Prowadził skup złomu, zawsze miał w kieszeni plik zwiniętych dwudziestek i nigdy nie wzdragał się przed powiedzeniem komuś prawdy prosto w oczy. Nadal był moim pacjentem, a teraz, kiedy leżał przede mną twarzą do dołu, z owłosionymi plecami całymi w igłach do akupunktury, cierpliwie słuchałam jego narzekań na niekompetencję rady okręgu South Lakeland, pełnej najrozmaitszych formalistów, którym oczywiście musiał pokazać, gdzie ich miejsce, i od czasu do czasu pomrukiwałam przy tym ze współczuciem albo wtrącałam jakieś pytanie na dowód, że słucham uważnie. Wyjęłam igły wbite w jego ciało i kazałam mu zmienić pozycję, żeby zająć się lędźwiową częścią kręgosłupa. Kiedy wykonał polecenie, poprawiłam mu poduszkę pod głową. I wtedy zauważyłam dużą plamę zaschniętego moczu na jego slipach.

– Skoro już skończyłaś z moimi plecami, mam dla ciebie propozycję – zaczął, mrugając mocno powiekami.

– Nie zamierzam patrzeć, jak się masturbujesz, Keith.

Co proponował mi już niejeden raz.

Nie odzywał się więcej, kiedy poleciłam mu oddychać miarowo, a potem uniosłam jego zgiętą w kolanie nogę i docisnęłam do piersi, by uważnie nasłuchiwać charakterystycznego pstryknięcia.

Pacjenci błędnie zakładają, że to odgłos wydawany przez wpychany na swoje miejsce krążek międzykręgowy, ale tak naprawdę jest to efekt rozchodzenia się powierzchni dwóch kości stawu i uwolnienia w mazi stawowej banieczek gazu albo też, co znacznie częstsze, rozciągania przykurczonych mięśni wokół stawu, jak było właśnie w tym przypadku.

Nigdy jednak nie prostuję tego, co mówią o dysku, bo zwyczajnie szkoda mi czasu.

Godzę się w milczeniu na powtarzane chyba przez wszystkich pacjentów osteopatów stwierdzenie, że mają jedną nogę dłuższą od drugiej, na irytujące założenie, że niewidomi fizjoterapeuci czynią cuda, mają uzdrawiającą moc, jak sam Jezus Chrystus, no i na fałszywe przekonanie większości kobiet w średnim wieku, jakoby miały wyjątkowo wysoki próg bólu.

– Posłuchaj – odezwał się Keith – wiem, że krucho u ciebie z forsą, a przecież masz dzieciaka na utrzymaniu. Możesz zarobić sześćdziesiąt funciaków żywej gotówki, jeśli się zgodzisz. Nie musisz się nawet do mnie zbliżać. Uwinę się migiem.

– Koniec tematu, nie.

– A pamiętasz, co ci powiedziałem, kiedy zaczynałaś?

– Nie bardzo.

– Że trzeba się naprawdę przyłożyć, żeby przetrwać na rynku. Ci, którzy robią wyłącznie to, co konieczne, przegrywają… Jeśli nie przykładają się ekstra, żeby klient był zadowolony.

– Moja firma już splajtowała, więc chyba za późno na takie rady.

– Jasne, ale, Roz, jeśli masz z powrotem stanąć na nogi, nie możesz się ograniczać do absolutnego minimum. Ludzie oczekują więcej, w dzisiejszych czasach chyba nawet bardziej niż kiedyś. Zresztą trudno się dziwić. Wszyscy gonią za pieniędzmi, pracy coraz mniej, a w ogóle…

Popatrzyłam na niego twardo.

– Keith, chyba nie zamierzasz mnie przekonywać do robienia takich rzeczy argumentami o rosnącym poziomie bezrobocia?

Odwrócił wzrok i przygryzł dolną wargę.

– Osiemdziesiąt funtów – nie rezygnował. – Osiemdziesiąt, z ręki do ręki. Tu i teraz. Nie musisz nawet udawać, że ci się podoba.

– Bo mi się nie podoba.

– Stówa.

– Nie ma mowy, Keith – powiedziałam stanowczo. – Wkładaj spodnie.

Rozdział 2

Prom z łoskotem odbił wreszcie od brzegu, a ja wysiadłam z auta.

Rozanieleni turyści oczywiście zawsze wyskakują z samochodów, ledwie bramki się zatrzasną, i natychmiast zaczynają robić sobie zdjęcia na tle jeziora czy okazałych rezydencji na brzegu. Ja traktowałam to piękno wokół mnie jako coś oczywistego, zupełnie jak każdy miejscowy. Nie zwracałam już uwagi na usiane łupkiem wzgórza, prastare lasy, połyskującą taflę wody.

Kiedy trzeba się mierzyć z codziennymi problemami, dostojeństwo krajobrazu zwyczajnie przestaje interesować.

Miejscowości Bowness i Hawkshead rozdziela największe jezioro w kraju: Windermere. Od ponad pięciuset lat przez jego środek, stanowiący jednocześnie najszerszą część, kursuje prom. Podróż lądem to dobre dwadzieścia pięć kilometrów w każdą stronę, co latem, kiedy ruch na drogach jest największy, zajmuje ponad godzinę, więc przeprawa promowa to podstawa. Na początku korzystano ze zwykłych łodzi wiosłowych, potem pojawiły się parowce. Teraz prom liniowy jest napędzany silnikiem Diesla.

Gdybym dzisiaj miała lepszy dzień, pewnie uznałabym, że jestem prawdziwą szczęściarą. Cieszyłabym się w duchu, że mogę dojeżdżać do pracy z Hawkshead. Zadowolona z życia, szczęśliwa, że mieszkam w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Tutaj większość ludzi na emeryturze, po latach ciężkiej pracy, upatruje oazy odpoczynku.

Ale dzisiaj byłam zdenerwowana i niewyobrażalnie spóźniona.

Bajki o awarii świateł, tarasujących drogę traktorach z przyczepami pełnymi owiec czy konieczności zmiany koła nie przejdą. Ale niezależnie od tego, jak bardzo mi się śpieszyło, prom nie popłynie przecież szybciej.

Dwa tygodnie temu mój samochód stał tuż obok karetki wiozącej ofiarę wypadku, ale i wtedy nic nie dało się zrobić. To był naprawdę niesamowity widok, ta nieruchoma karetka z migającymi światłami na pokładzie promu niespiesznie przecinającego taflę jeziora. Ludzie wymieniali nerwowe spojrzenia, zastanawiali się pewnie, kto znajduje się w środku, komu pomoc lekarska okazała się tak nagle potrzebna. Nigdy się tego nie dowiedzieliśmy.

Nie zdążę do świetlicy na czas, więc George będzie się martwił, może nawet zacznie płakać. Miał dziewięć lat i był naprawdę dzielnym, pogodnym chłopcem, ale od czasu mojego rozstania z jego tatą bardzo się zmienił. Stopniowo tracił wrodzony optymizm i z każdym dniem coraz bardziej przypominał humorzastego, powściągliwego nastolatka. Zupełnie jakby starał się przygotować na wszystkie te przeszkody, które mogliśmy jeszcze napotkać na swojej drodze w tym niepewnym świecie.

Wyjęłam komórkę i wcisnęłam ponowne wybieranie numeru.

Słońce wciąż niemiłosiernie prażyło.

W ciężkim powietrzu cuchnęło spalinami z silników promu i kilku ciągle pracujących aut. Zanieczyszczenie tak absurdalne w zestawieniu z przejrzystymi wodami czystego jeziora. Oparłam się o barierkę i przyciskając telefon do ucha, po raz kolejny słuchałam wiadomości nagranej na automatycznej sekretarce w świetlicy.

A potem znowu zadzwoniłam do Dyllis, żeby przynajmniej spróbować zlokalizować mojego eks. Wreszcie odebrała.

– Dyllis? Tu Roz.

– Kto?

– Roz. Gdzie jest Winston?

– Och, nie mam pojęcia, kochaniutka – odparła Dyllis niepewnie, zupełnie jakbym właśnie wyrwała ją ze snu. Coraz częściej odnosiłam wrażenie, że traci kontakt z rzeczywistością. – Pewnie w pracy – dodała. – Wezmę tylko kartkę, długopis i zaraz zapiszę wiadomość, bo nie dam rady…

– Dyllis – przerwałam jej bezceremonialnie – przecież Winston jest bezrobotny. Nie ma żadnej pracy, nie pamiętasz? Dlatego nie przesyła mi ani grosza alimentów. Mam rozumieć, że właśnie zaczął pracować?

– Och… nie – wyjąkała Dyllis – nic takiego nie powiedziałam. Skąd. Właściwie to nie bardzo wiem, gdzie on się teraz podziewa. Może komuś pomaga, no wiesz, za darmo?

– Za darmo – powtórzyłam beznamiętnym tonem. – To do niego podobne. Posłuchaj, gdyby zjawił się w ciągu najbliższych pięciu minut, możesz mu przekazać, żeby pojechał odebrać George’a? Ja nie zdążę na czas.

– Ale przecież to nie nasza kolej, żeby go wziąć – zaprotestowała zdezorientowana Dyllis. Słyszałam, jak pospiesznie przewraca kartki swojego terminarza.

– Rzeczywiście, to nie wasz weekend – przytaknęłam – ale jestem już strasznie spóźniona. Więc byłabym wdzięczna, gdybyś odszukała Winstona i…

– Bilet, Roz – usłyszałam za plecami.

Przyciskając komórkę do ucha, odwróciłam się i wyciągnęłam banknot z portfela.

– Potrzebuję nowego bloczka, Terry – szepnęłam do wiekowego biletera. – Rano zużyłam ostatni.

Dokonaliśmy stosownej wymiany w milczeniu, bo Terry nigdy nie strzępił języka po próżnicy, a potem wróciłam do przerwanej rozmowy z Dyllis. Nie miała prawa jazdy, więc nie mogłam prosić jej o odebranie George’a. Mieszkała w Outgate, niewielkiej wiosce jakieś dwa i pół kilometra od Hawkshead. Ale Winston Toovey, mój eks, który zapewne pracował na czarno, i to już od Bożego Narodzenia, jeśli moje podejrzenia były słuszne, pewnie kręcił się gdzieś niedaleko domu w towarzystwie kumpli, bo tak naprawdę odkąd wrócił do „mamusi” i zręcznie wymiksował się z wszelkiej odpowiedzialności za syna, nic już nie musiał. Zwykle nie miał przy sobie komórki, więc zero kontaktu.

Pożegnałam się z Dyllis uprzejmie, choć miałam wielką ochotę rzucić telefonem, nie po raz pierwszy zresztą. Ale Dyllis tak na mnie działała. Zupełnie jakbym próbowała wyciągnąć informacje od dziecka. Często coś się jej wymknęło, palnęła na temat Winstona coś, o czym ewidentnie nie powinnam wiedzieć, a kiedy zaczynałam naciskać, milkła i wpatrywała się tylko w swoje stopy.

Jeśli nie dawałam jednak za wygraną, podnosiła głowę i patrzyła na mnie z żałosną miną, jakby czuła, że wpakowała się w naprawdę poważne kłopoty. Wręcz zdawała się mnie błagać spojrzeniem, żebym nic nie mówiła Winstonowi.

Zawsze miałam wielką ochotę nią potrząsnąć. Wrzasnąć jej prosto w twarz: Jak mogłaś pozwolić, żeby twój syn odszedł i tak po prostu zostawił mnie z horrendalnymi długami? Nigdy jednak tego nie zrobiłam, ponieważ w głębi duszy zdawałam sobie sprawę, że moja roztrzepana, rozkojarzona teściowa nie jest właściwie niczemu winna.

Kiedy dotarłam wreszcie do szkoły, była już osiemnasta dwadzieścia osiem.

Dwadzieścia osiem minut po czasie.

Pchnęłam drzwi wejściowe. W korytarzu powitały mnie tylko puste wieszaki na kurtki, z plączącym się gdzieniegdzie zapomnianym workiem z kapciami.

Odetchnęłam głęboko, a potem zajrzałam do klasy. Zajęcia świetlicowe odbywały się w klasie pierwszaków, więc zwykle kiedy czekałam na George’a zbierającego swoje rzeczy, z wielką przyjemnością podziwiałam kreś­lone niewprawną ręką koślawe litery czy rysowane przez maluchy podobizny rodziców, które niejednokrotnie okazywały się zaskakująco wierne – podkreślały te cechy, które dorośli chętnie by pewnie ukryli, na przykład odstające uszy czy krzywe zęby.

Dzisiaj George siedział z wyciągniętymi przed siebie nogami na podłodze i grał na Nintendo. Kiedy weszłam, nawet nie podniósł wzroku, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z mojej obecności. Machnął tylko głową, żeby odrzucić spadające mu na oczy włosy.

Iona, młoda świetliczanka, rzuciła mi od biurka blady uśmiech. Taki, który mówił jasno i wyraźnie, że to już naprawdę ostatni raz.

Był piątek, świeciło słońce, a ona nie mogła się już doczekać, kiedy wystrojona w górę od bikini, szorty i japonki wypije zimne piwo na rynku.

– Strasznie przepraszam – rzuciłam pospiesznie. – Bardzo, bardzo przepraszam. George, pozbieraj swoje rzeczy, biegiem.

– Roz?

– Wiem, to naprawdę niedopuszczalne. Ile jestem winna dodatkowo?

– Dziesięć funtów. Musieliśmy zacząć naliczać kary po pięć funtów za każdy nadprogramowy kwadrans, bo rodzice ciągle się spóźniali.

– Proszę wziąć dwadzieścia. – Wyjęłam ostatni banknot z portfela. – Wiem, że nie mogę tak ciągle…

– Roz – przerwała mi – nie chodzi o pieniądze, tylko o mój czas. Siedzę tutaj od siódmej trzydzieści, a przecież mam też swoje życie, prawda? – Nie podnosiła głosu. Jako profesjonalistka nie zamierzała dawać upustu złości na oczach George’a. Ale właściwie to było nawet gorsze. Mówiła tak, jakbym zawiodła samą siebie. I przede wszystkim mojego synka.

– Przepraszam – powiedziałam jeszcze raz. – To się więcej nie powtórzy, obiecuję.

– Chyba będziemy musieli zrezygnować ze współpracy, to zwyczajnie…

– Proszę – wtrąciłam czym prędzej. – Proszę tego nie robić. Bez świetlicy dla George’a sobie nie poradzę.

– Doskonale ciebie rozumiem, Roz. Wiem, że jest ci ciężko. Ale spóźniasz się codziennie, a to naprawdę nie fair. I wobec nas, i wobec… – Nie dokończyła, skinęła tylko ręką w stronę George’a, a on pobiegł po leżące na parapecie pudełko śniadaniowe; udawał, że nie słucha. Skończyły mi się herbatniki, więc rano zapakowałam mu jogurt z brzoskwiniami, ale teraz zaczynałam tego żałować. W szkole obowiązywała zasada, że dzieci zabierają resztki lunchu do domu, bo dzięki temu rodzice mogli kontrolować, czy pociechy na pewno wszystko zjadły. W tym kubeczku po jogurcie pewnie zdążyły się już rozwinąć nowe formy życia.

Odwróciłam się w stronę Iony, która, jak widać, czekała na moją odpowiedź.

– Nie mam pojęcia, co robić – wyznałam, rozmyślając o tym, co mnie czeka w przyszłym tygodniu.

Iona nie próbowała mi podsunąć żadnego rozwiązania. Zresztą nic dziwnego, jej cierpliwość wyczerpała się dobry miesiąc temu. Niejeden raz dawała mi drugą szansę.

Mogłabym poprosić moją siostrę, Petrę.

Nie. Dzisiaj przypadają przecież jej czterdzieste urodziny. Wieczorem wyprawia przyjęcie, a w przyszłym tygodniu leci do Nowego Jorku. Rodzice mieszkają za daleko, a poza tym obiecałam Petrze, że nie będę zrzucać na ich barki swoich problemów. W przeszłości bardzo ich zawiodłam, więc nie umiałabym prosić o pomoc. W każdym razie jeszcze bardzo długo nie.

Na Winstona nie mogłam liczyć. Nieraz zapominał odebrać George’a ze szkoły, kiedy zafascynowany jakąś wyjątkowo spektakularną burzą wyruszał za nią w pościg wzdłuż wybrzeża.

Iona odchrząknęła, nadal czekając na odpowiedź.

A potem wstała i aż się skrzywiła.

– Wszystko w porządku? – zaniepokoiłam się, widząc, jak przenosi ciężar ciała z jednej nogi na drugą.

– Niezupełnie. – Westchnęła. Dwukrotnie. – Dobra, niech już będzie – powiedziała ze znużeniem. – Dam ci jeszcze jedną szansę, Roz. – Zanim zdążyłam zapewnić, że to się już naprawdę więcej nie powtórzy, podwinęła nogawkę spodni. – Masz może chwilkę, żeby zerknąć na moje kolano?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI