Mój mąż potwór - Ingrid Falaise - ebook
Opis

Jak długo można być traktowaną jak zwierzę, katowaną i narażaną na śmierć, żeby uciec od ukochanego?
Miała osiemnaście lat, kiedy w rodzinnym Quebecu poznała pełnego uroku i tajemniczej charyzmy arabskiego studenta. Wyjechała z nim w jego rodzinne strony do Afryki, na najwspanialszą wycieczkę życia. Potem był ślub. Nie zauważyła, kiedy zdobył nad nią władzę, która zmieniła jej życie w piekło.
Jej ukochany okazał się potworem! Znęcał się nad nią fizycznie i psychicznie. A ona ciągle miała nadzieję...
Zmusił ją do przerwania studiów, odciął od rodziny, przyjaciół i świata, bił i więził w piwnicy obskurnego domu. Uciekała, jednak jej prześladowca potrafił ją odnaleźć. W końcu mogła się już tylko modlić, by kolejny atak skończył się jej śmiercią…
Ta historia zdarzyła się naprawdę i tylko cudem nie zakończyła tragedią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Agnieszka Deja

Anna Raczyńska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Stéphanie Lefebvre.

Tytuł oryginału

Le monstre

© Les éditions Libre Expression, Montréal, 2015,

through arrangement with Renata de La Chapelle Agency

Original title: Le monstre.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 rok by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5924-6

Warszawa 2016. Wydanie 1

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 68

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Nigdy

Prolog

Czuję, jak narasta we mnie panika. Krew pulsuje mi w skroniach. Nie mogę nabrać tchu. Poduszka, którą przyciska mi do twarzy, nie pozwala mi oddychać. Młócę rękami powietrze. Próbuję walczyć, ale bezskutecznie. Jestem zupełnie unieruchomiona, bo przygniata mnie całym bezwładem swojego ciała. Krzycząc, pozbawiłam się resztek powietrza, dzięki którym zachowałam dotąd przytomność. Nie jestem gotowa odejść. Nie jestem gotowa zniknąć.

Mój zamroczony z braku tlenu umysł wypełnia nagle płomienna modlitwa. Przynajmniej tego mnie nauczył… Modlić się. Wierzę w tego Boga. Wierzę ze wszystkich sił, całą duszą i każdą cząstką siebie tak przeraźliwie spragnioną miłości. Dobry Boże, pomóż mi znaleźć siłę, żeby przetrwać. Boże mój najukochańszy, błagam, pozwól mi przeżyć.

Jego nagły, zwierzęcy ryk przywołuje mnie do rzeczywistości. Przytłaczający ciężar mojego tyrana ustępuje, a ucisk pierza na mojej twarzy słabnie. Dopadają mnie zawroty głowy. Ciężko dysząc, łapczywie chwytam powietrze. Płuca aż kurczą mi się od tej gwałtownej ulgi. Muszę natychmiast odzyskać panowanie nad sobą i wyrwać się z tego odrętwienia, w którym niemal się zatraciłam.

Mało brakowało, a to łóżko z fioletową, niezmienianą od wielu miesięcy pościelą stałoby się moim łożem śmierci. Na stole popielniczka pełna wczorajszych niedopałków, a przede mną miota się rozjuszona bestia. Puścił poduszkę, która opadła na bok, i wielkimi łapami rozdziera na sobie koszulkę Hugo Bossa jak obłąkany. Dzieli nas kilka kroków. W jakimś wściekłym transie rozrywa na strzępy ubranie, które zwykle traktuje z taką dbałością. Ryczy z pasją, oczy zachodzą mu krwią, twarz ma przeraźliwie bladą, a na ogolonej głowie pojawiają mu się kropelki potu.

Instynkt przetrwania. To też mogę dopisać do mojej listy doświadczeń. Zajęty sobą i zaślepiony szałem, mój Potwór chwilowo o mnie zapomina. To wystarczy, żeby nagły przypływ adrenaliny pomógł mi złapać telefon porzucony na ziemi, tuż-tuż, w zasięgu ręki. Ileż to razy wpatrywałam się w ten telefon… W ten zakazany aparat, jakby owinięty drutem kolczastym, który nigdy nie dzwoni. W tę słuchawkę, której widok paraliżuje mnie strachem. Jest tuż obok… Czy to Bóg? Moje anioły? Dobre duchy? Szósty zmysł? A może to właśnie ten instynkt przetrwania daje mi siłę do walki. Chwytam słuchawkę i pośpiesznie wystukuję numer. Tyle razy wyobrażałam sobie, jak go wybieram… Te cyfry łączą mnie z moją bezpieczną twierdzą, z moimi korzeniami. Obraz tej chwili zapisany jest w każdej komórce mojego ciała. Mam to uczucie wyryte głęboko na dnie mojej duszy. Zamieram, gdy Potwór nieoczekiwanie odwraca ku mnie głowę. Wbija we mnie spojrzenie, którym przewierca mnie na wskroś. Siedząc zdyszana w fioletowej pościeli i z trudem łapiąc oddech, słyszę przy uchu pierwszy sygnał mojego ocalenia.

Dzieje się ze mną coś dziwnego. Niespodziewanie ogarnia mnie dziwne poczucie siły i zdecydowania. Nie wpadnę znów w odrętwienie. Od tej pory będę oddawać wszystkie ciosy. Choćbym miała walczyć do upadłego, nie dam sobą więcej pogrywać tak jak dotąd. Odzyskałam nad sobą władzę i już jej nie oddam. Będę się bić aż do śmierci, jeżeli będzie trzeba, ale nic nie zdusi tego zastrzyku miłości, jaki otrzymałam. Nie uda mu się zabić mojej osobowości i zniszczyć tego, kim jestem.

W jego wzroku widzę nienawiść i niepokój. Mieszaninę oszołomienia, szoku i wściekłości. Połączenie furii i niedowierzania. Zastyga, zaskoczony takim zwrotem akcji. Zawsze ma wszystko wykalkulowane, ale nie przyszło mu do głowy, że mógłby nagle utracić kontrolę.

Po pierwszym dzwonku w słuchawce rozlega się zaspane „Halo”, któremu nie pozwalam nawet wybrzmieć do końca. Nie mam chwili do stracenia. Czujnie obserwuję ruchy bestii, która znowu wydaje z siebie ryk. Czuję, że zaraz rzuci się na mnie i wyrwie mi z rąk słuchawkę. Wbija we mnie czarne ślepia, paznokciami rozdziera sobie skórę na głowie i wije się w spazmatycznym tańcu, jakby skręcał się z bólu. Zaraz zaatakuje, liczy się każda sekunda. W zaschniętych ustach formują mi się gorączkowe słowa. W panice ledwo mam czas wyrzucić z siebie:

– Wiesz, gdzie jestem, przyjedź!

A wtedy lew się rzuca. Czuję, jak zwala się na mnie całym swoim ciężarem. Telefon uderza o ścianę ciasnego dwupokojowego mieszkania w suterenie obskurnej kamienicy w Saint-Laurent przylegającego do podziemnego parkingu pełnego szczurów i karaluchów. Dobrze znam ten parking, bo to tam wlecze mnie Potwór, kiedy chce się nade mną szczególnie brutalnie poznęcać.

W tej chwili całym moim sercem malutkiej dziewczynki mam tylko nadzieję, że mama usłyszała mój głos i przyjdzie mi z pomocą. Potem następują najdłuższe minuty w moim życiu – najdłuższa walka, fizyczna i psychiczna, jakiej kiedykolwiek doświadczę. Muszę obudzić w sobie całą bojowość, na jaką mnie stać, bo inaczej nigdy się nie wyzwolę.

1. Moja prawda

Krzesło, na którym siedzę, jest twarde i niewygodne. Czas wszystko opowiedzieć. Zaprowadzono mnie do sali konferencyjnej i kazano czekać na mecenasa Savoie, który, jak się dowiaduję, jest wybitnym prawnikiem. Jest przy mnie mój ojciec. Zwykle taki spokojny i opanowany, co szczerze w nim uwielbiam, teraz jest wyraźnie spięty – jeszcze bardziej niż ja.

Tata mówi powoli. Zawsze był tym rozsądnym i wyważonym – tym, który dostrzega we wszystkich dobre strony (nawet w największych łajdakach tego świata, czego nigdy nie potrafiłam u niego zrozumieć). Właściwie to nie znosiłam go za to. Czasami chciałabym, żeby był taki, jak silny, włoski ojciec, który za nic nie pozwoli skrzywdzić swojej rodziny i zaprowadza porządek z rewolwerem w kieszeni. Ale mój tata to typ dobrego papcia. Wszyscy go uwielbiają, a dla mnie to ktoś, kogo kocham najbardziej na świecie. Zawsze umie wysłuchać i dać dobrą radę. Potrafi łatwo docierać do ludzi, będąc przy tym doskonałym biznesmenem. Jest szlachetny i sprawiedliwy. Jest moją opoką.

Zawsze twierdziłam, że moje siostry wrodziły się w mamę, a ze mnie jest wykapany ojciec. Bez wahania wsiadłabym na rower i pojechałabym za nim do Timbuktu, gdyby mnie poprosił. Kiedy byłam mała i strasznie męczyłam się w szkole, lubiłam towarzyszyć mu na rowerze, kiedy biegał swoje półmaratony.

Tata nagle podnosi się z miejsca i zaczyna krążyć obok długiego stołu z polakierowanego drewna. Ja siedzę nieruchomo. Nie mam najmniejszej ochoty opowiadać obcemu człowiekowi ostatnich lat mojego życia, tym bardziej przy moim ojcu. Nie chcę go rozczarować. Zwieszam głowę, żeby nie napotkać jego wzroku.

Do pokoju wchodzi mecenas Savoie, malutki mężczyzna na krótkich nóżkach, w okrągłych okularach. Jakim cudem ktoś tak niepozorny może mnie obronić? W ogóle nie przypomina adwokatów czy prawników z amerykańskich filmów. Żaden tam mafioso italiano, raczej miniaturowy jegomość, choć na pewno bardzo inteligentny, powtarzam sobie, żeby się podnieść na duchu.

Po zwykłym przywitaniu, ani serdecznym, ani chłodnym, siada na wprost i otwiera laptop. Dobrze, że ma tylko osiemnastocalowy ekran, bo podejrzewam, że inaczej cały by za nim zniknął.

Asekuracyjnie przybieram twarz bez wyrazu, ale czuję, że w gardle nabrzmiewa mi ogromna kula. Cały czas tam jest, nawet dziś. Pęcznieje, kiedy dopadają mnie koszmary w nocy i usiłuję krzyczeć, ale nie mogę wydobyć głosu. Często po przebudzeniu czuję ślady łez na policzkach i pieczenie w gardle od tego niemego krzyku.

Tata siada koło mnie i bierze mnie za rękę, a wtedy muszę w końcu napotkać jego wzrok. Jego łagodne oczy zaglądają mi prosto w duszę i czytam w nich całe cierpienie ojca, który nie potrafił ustrzec swojej córki. Czuję się mała, bezbronna, przygnębiona i tak strasznie winna. Tak mi przykro, tato, że przeze mnie musiałeś przejść przez to wszystko. Już czas. Mecenas Savoie prosi o moje zeznanie. Mam wszystko opowiedzieć.

To jest moja historia. Nie jakiejś innej, obcej kobiety gdzieś daleko. Moja, ale mogłaby równie dobrze przydarzyć się Twojej siostrze, córce, ukochanej, przyjaciółce, a może i Tobie.

2. M

Takiego człowieka jak Potwór spotyka się raz w życiu. Potwór ma w sobie tak magnetyczną energię, że każdy, na kogo padnie jego wzrok, natychmiast czuje się wyjątkowy i wyróżniony. Nabiera wartości i poczucia niezmierzonej siły.

Zawsze chciałam nazywać się Sophie. Miałam kuzynkę o tym imieniu, a kiedy byłam mała, bardzo ją podziwiałam i chciałam być taka jak ona. Zapamiętałam ją jako młodą dziewczynę galopującą na koniu z rozwianymi blond włosami i donośnym śmiechem. Niczym ujęcie z filmu.

Teraz mam osiemnaście lat i nie jeżdżę konno galopem. Wybieram raczej ogierów w swoim wieku albo jeszcze starszych. Lubię flirtować i szaleć. Potrzebuję czuć się pożądana i adorowana. Pragnę miłości i pasji. Mój słodki, anielski wygląd, naiwna i ufna osobowość oraz wrażenie samozadowolenia i pewności siebie, jakie mnie otaczają, przyciągają mrocznych, tajemniczych mężczyzn. No więc mam osiemnaście lat i będę nazywać się Sophie.

Mojego Potwora spotkałam na hucznej imprezie na szczycie najwyższego wieżowca w centrum miasta. Jestem z koleżankami. Na dole ochroniarze kierują nas do windy na trzydzieste siódme piętro, życząc nam miłej zabawy. Wystarczy piętnaście dolarów (Aj! To sporo dla niefrasobliwych studentek dorabiających sobie dorywczo w czasie wakacji) i drzwi windy rozsuwają się wprost na gwarny hol pełen ludzi. Jest jedenasta, najwyższy czas się zabawić… Szoty! Hop-siup, przed nami szalona noc!

Rozochocona atmosferą beztroski i zabawy idę potańczyć przy muzyce pop. Taka ładna, wysoka blondynka jak ja szybko zwraca uwagę polujących drapieżników dookoła, ale ja nie pozwalam się łatwo usidlić. Żebym podjęła grę, mężczyzna musi najpierw wzbudzić we mnie pasję. Szukam zafascynowania, ognia, namiętności. Znajduję to w jednym z nich. Jeden wieczór, jedno spotkanie, jedna chwila popchnie mnie w zupełnie nieznanym kierunku i na zawsze pozostawi blizny na moim sercu, ciele i mojej niewinności. Moment, który zaważy na całym moim życiu i usunie wszelkie ślady dziewczęcości, jakie jeszcze w sobie mam.

Od razu go zauważam. Wszystkie dziewczyny go zauważają. Stoi oparty o długi, biały bar, wpatrując się w tłum, nieprzenikniony niczym James Dean. Dopiero później zrozumiem, że lubi się separować, odsuwać trochę na bok, żeby stworzyć to wrażenie tajemniczości, którym świadomie operuje. Gawędzi z wydekoltowanymi barmankami, które na wyścigi serwują mu drinki. Ma w sobie niespotykany wdzięk, a to potężna i niszczycielska broń.

Mr Dean mi się przygląda. Bez skrępowania rozbiera mnie spojrzeniem przepaścistych, czarnych oczu. Dzieli nas kilka metrów, a mimo to wyczuwam tę huraganową namiętność. Między mną a nim przebiega nagła iskra i łączy nas natychmiast. To się nazywa grom z jasnego nieba.

Do teraz ten grom powali mnie jeszcze zbyt wiele razy.

M jak Monstrum, M jak Maniak, M jak Manipulant… M jak pierwsza litera jego imienia. M jak pierwsza litera jego nazwiska.

M przysuwa się ku mnie i wyczuwam delikatny zapach jego perfum. Choć jego biała koszula jest tylko nieznacznie rozpięta pod szyją, widzę, że ma gładkie i piękne, smagłe ciało. Długie ręce wiją się po obu stronach smukłej sylwetki do rytmu Billy Jean. Proste spodnie wspaniale leżą mu na biodrach. Takich twarzy praktycznie się nie spotyka: ma szlachetny nos, pięknie wyprofilowane rysy i kusząco pełne usta, po których błąka się uśmiech Mona Lisy. Jego zapach słońca, śniada cera, gładka twarz o wyraźnie zaznaczonych kościach policzkowych, zgrabne, szczupłe ciało i elegancki styl bycia nadają mu nieodpartego uroku. Nie jest plastikowy ani zbyt umięśniony. Mógłby spokojnie pracować jako model i zakasować wszystkich Beckhamów świata. Prawdę mówiąc, nigdy później nie spotkałam już tak pięknego mężczyzny.

Trudno stwierdzić, czy jest Hiszpanem, Włochem, czy mieszkańcem Maghrebu. Pochodzi z daleka, z innego świata. Pachnie miodem i pewnie tak samo smakuje. Tańczy teraz tak blisko mnie, że nasze nogi splatają się ze sobą. Pozwalam się ponieść temu nieznajomemu.

Kładzie mi rękę na biodrze, a mnie wzdłuż pleców przebiega strumień prądu. Rażona piorunem. Ogarnia mnie żar, od którego aż dygoczą mi uda. Muzyka zmienia się na bardziej zmysłową i zapadamy się w siebie nawzajem. Oddech Jamesa Deana pieści mnie po szyi. Wpadam w euforię i iskrzy we mnie każdy nerw. Całe moje ciało buzuje w płomieniach.

Piosenka trwa, a M nie odstępuje mnie ani na chwilę. Prawie niedosłyszalnie i z ujmującą grzecznością proponuje mi na ucho, żebyśmy wyszli się czegoś napić na tarasie. Nie odpowiadam, ale instynktownie ściskam rękę, która oplata moje palce.

Pod wpływem zetknięcia dłoni nasze ciała jakby stapiają się ze sobą.

M prowadzi mnie do gwiazd. Na dachu tego strzelistego budynku jesteśmy tak wysoko, że one praktycznie nas otaczają. Delikatnie otacza mnie ramionami. Jego skóra jest taka miękka! Jakby nigdy nie zaznał przesadnego upału czy mrozu, jakby przez całe dzieciństwo kąpał się w słodkich olejkach. Mimo otaczającej nas ciszy oboje wpadamy w trans. Serce wali mi w piersi tak gwałtownie, aż boję się, że usłyszy. Pożera mnie tymi zniewalającymi, czarnymi oczami. Zaczynam czuć się niezręcznie. Jakby wręcz czytał mi w myślach… Tak bardzo pragnę miłości i opieki. Z ust płynie mu cicha piosenka, serenada słów tylko dla mnie. Nuci półgłosem czarodziejską balladę Pierre’a Bacheleta: „A ja stałem się niewolnikiem tego uśmiechu i tej twarzy, i mówię jej: zabierz mnie ze sobą…”

M nachyla się nade mną powoli. Muska moje wargi ustami, a we mnie wzbiera fala gwałtownych emocji, połączenie lęku i rozkoszy.

Potem rozmawialiśmy i tańczyliśmy aż do chwili, gdy DJ zakończył imprezę kilkoma przytulańcami, na sali rozbłysły światła i ostatni klubowicze zaczęli się zbierać. Moje kumpele upewniły się, że jestem w dobrych rękach, i dyskretnie zostawiły mnie samą w moim śnie.

Wciąż tak samo szarmancki, odprowadza mnie do mojego samochodu zaparkowanego w wąskiej uliczce nieopodal. Delikatnie głaszcze mnie po twarzy. Nie potrafię rozszyfrować tego mężczyzny, którego inicjały wypaliły się już w moim sercu. Emanuje z niego jakaś łagodna siła. Za piękną twarzą kryje się pewna twardość zdradzająca trudny i nieobliczalny charakter. Z jednej strony czuję się absolutnie bezpiecznie pod opieką księcia, który, jak się wydaje, z łatwością pokonałby wszystkie straszliwe smoki na naszej drodze. Jednym ruchem miecza ściąłby głowę wszelkim potworom, które próbowałyby się do nas zbliżyć. Ale jakaś część mnie czuje zagrożenie ze strony tego człowieka, który, jak się obawiam, mógłby bez trudu całkowicie mną zawładnąć. Jestem oczarowana tą aurą tajemniczości wokół niego. W żyłach pulsuje mi magiczny ładunek zafascynowania. Urok działa, zupełnie mnie zawojował. Chcę go znowu zobaczyć, najszybciej jak to możliwe. Ostatni pocałunek i umawiamy się na następny dzień.

Zimno mi. Nagi materac leży pośrodku pokoju o pożółkłych ścianach. Sufit pokrywa grzyb. Leżę nieruchomo na podłodze w tym mrocznym pokoju. Jest noc. Trwam w stanie głębokiego odrętwienia, które nie pozwala mi otworzyć oczu. Zapadam się w obojętność. Jestem bezwładna, otumaniona i sparaliżowana przez kilka słoiczków lekarstw, które połknęłam naraz. Chcę się zatracić w pustce i nigdy już nie czuć bólu. Chcę uciec do lepszego świata i ukryć się przed bestiami, które zostawiły mnie na śmierć w tym budynku. Jestem sama, tak bardzo sama. Chcę zniknąć na zawsze.

3. Mała dziewczynka we mnie

Po tym pierwszym, burzliwym wieczorze spotykamy się jeszcze kilka razy w ciągu następnego tygodnia. Bez alkoholu zmysły reagują inaczej. Zabieram M na spacer po mojej okolicy na obrzeżach miasta. Jest małomówny, ale staram się go przeniknąć i odgadnąć znaczenie jego gestów. Bardzo mi zależy, żeby dobrze się czuł w moim towarzystwie.

Paląc papierosa za papierosem, stopniowo się przede mną otwiera. Pięknie się wysławia – chce tego, czy nie, mówi jak prawdziwy poeta. Dowiaduję się, że jest najstarszy z trójki rodzeństwa. Jego brat marzy, żeby zostać lekarzem, a siostra jest jeszcze zupełnie mała. Nigdy nie mówi swojej matce „kocham cię” i jej nie przytula. Mieszka w małym aneksie, który na jego prośbę zbudował mu ojciec tuż przy rodzinnym domu. Jego miejscowość oddalona jest o pięć godzin drogi od stolicy kraju, na granicy Sahary.

Ma dwadzieścia trzy lata i uwielbia Jamesa Deana i Pierre’a Bacheleta. Mówi mi nawet, że obmyślił już składankę piosenek, które mu się ze mną kojarzą. Nikt nigdy nie nagrał kasety specjalnie dla mnie. Jakie to romantyczne! Elle est d’ailleurs, Je vais t’aimer, Sultans of Swing, Total Eclipse of the Heart. To nie są piosenki mojego pokolenia, ale ponadczasowe hity. Zupełnie mnie tym podbija. Leżąc obok siebie na dywanie w salonie, słuchamy ich na okrągło. Między nami iskrzy magnetyczna siła i namacalne wprost przyciąganie.

Na moje nieszczęście jest lato i zbliża się okres wakacji. M ma już bilet lotniczy. Jedzie do swojej rodziny do Afryki na ponad miesiąc, a to przecież jak wieczność dla naszego dopiero rodzącego się związku. Boję się, że o mnie zapomni, że przestanie już o mnie myśleć. Boję się, że go stracę, a wspomnienia naszego pierwszego wieczoru zblakną i rozwieją się z upływem czasu.

Ja lecę z młodszą siostrą do Szwecji na dziesięć dni. Moja mama jest z pochodzenia Szwedką i co roku spędzam wakacje w Skandynawii, gdzie cały czas mieszkają moi dziadkowie i wujek. Ale w tym roku wyjazd wcale mnie nie cieszy. Wolałabym zostać w domu i poimprezować przed rozpoczęciem roku akademickiego. Chociaż dziesięć dni minie przecież szybko.

Kiedy miałam cztery lata, postanowiłam, że zostanę aktorką, a raczej gwiazdą (już wtedy zorientowałam się, że to brzmi bardziej prestiżowo). Byłam pyskata i przebojowa. Miałam kręcone, jasne włosy, zielone oczy i promienną twarz. Ludzie często nie kryli podziwu, kiedy nadarzała mi się okazja do popisu. Potrafiłam rozkręcić się na całego. Bywało, że wskakiwałam w restauracji na stół i na całe gardło zaczynałam śpiewać Ô Canada – moją, nie wiedzieć czemu, ulubioną piosenkę w tamtym czasie – nie zwracając uwagi na mamę, która usiłowała ściągnąć mnie „ze sceny”. „Rewelacja”, mówili wtedy wszyscy. Byłam rozkoszną dziewczynką, rezolutną i pewną siebie.

Moja mama wyjechała ze Szwecji, kiedy poznała mojego ojca, stuprocentowego Kanadyjczyka z Quebecu, który jako dwudziestoparolatek pracował w Anglii na statkach handlowych. Kiedyś, podczas rejsu do Malmö, trafił na pewną imprezę. Lubię opowiadać tę historię. Alkohol lał się strumieniami i w którymś momencie jakiś podchmielony, włochaty grubas ruszył chwiejnym krokiem w stronę mojej mamy. Kiedy zobaczyła, że się do niej mozolnie przybliża, odwróciła się w lewo i chwyciła za ramię pierwszego mężczyznę pod ręką.

– You! Dance with me!

I to był mój ojciec. Od tamtej pory już się nie rozstali.

Kocham moich rodziców, ale często odnoszę wrażenie, że nie potrafię sprostać ich oczekiwaniom. Wiele razy słyszałam, jak mówią: „Gdzie się podziała nasza rozkoszna, roześmiana dziewczynka?” Ta mała dziewczynka zniknęła, kiedy miałam dwanaście lat i pewnie będę jej szukać przez resztę mojego życia.

Tę wesołą, energiczną blondyneczkę trzymającą się prosto i śmiało podchodzącą do świata zgasiła szkoła średnia. To był koszmarny okres: przez cztery lata wymiotowałam co rano, zanim wsiadłam do żółtego autobusu, który zawoził mnie wprost do piekła. Przechodziłam prawdziwe męczarnie. Byłam szykanowana i prześladowana przez grupę dziewcząt, którym w końcu udało się całkowicie podkopać moje poczucie wartości.

Na szczęście szkoła średnia skończyła się dwa lata temu. Nie wiem, czy poradziłam już sobie z tamtą traumą, ale przynajmniej udało mi się wyrzucić ją z pamięci. Specjalnie zdecydowałam się na angielskojęzyczny college, żeby mieć pewność, że nikt mnie tam nie zna. Nowy początek – najlepsza decyzja w moim życiu. Jakoś się tam pozbierałam i odbudowałam swoje poczucie godności i pewność siebie na tyle, żeby się dalej rozwijać.

W domu jest nas trzy. Ja jestem ta środkowa, najbardziej zbuntowana, która musi wywalczyć sobie swoje miejsce. Mam osiemnaście lat, ale nadal wykłócam się ze starszą siostrą. Dzieli nas półtora roku i nigdy nam się nie układało: wybuchy zazdrości, docinki, kłamstwa i ciosy poniżej pasa – znamy to obydwie aż za dobrze. A jednak mam przeświadczenie, że obie darzymy się nawzajem bezwarunkową miłością, tyle tylko, że głęboko ukrytą. Jestem przekonana, że mam w sercu Victorii swoje miejsce. Co innego moja druga siostra, najmłodsza w rodzinie. Zawsze miała wszystko podane na tacy. Zaczęła mówić dopiero, kiedy miała trzy latka, bo na każde najmniejsze kwilenie z jej strony obie z Victorią na wyścigi odgadywałyśmy każdą jej zachciankę. Jest o cztery lata młodsza ode mnie, więc zawsze brałam ją pod opiekę i zadbałam o to, żeby jej lata szkolne potoczyły się inaczej niż moje.

4. Całkowite zaćmienie serca

Mijają dni. Wróciłam z wakacji w Europie, które nie sprawiły mi żadnej przyjemności. Nie mogłam się skupić na chwili obecnej. Moje myśli przez cały czas krążyły wokół M i wspomnienia jego zniewalającej twarzy. Chciałam tylko jednego: jak najprędzej wrócić do Montrealu, dorwać się do mojego pagera (dzisiaj to brzmi jak jakaś prehistoria) i odsłuchać wiadomości od mojego mężczyzny. Okazało się jednak, że nie czekały na mnie żadne płomienne wyznania ani deklaracje. Nic, cisza, zero kontaktu. Total Eclipse of the Heart. Przed wyjazdem rozwiązał umowę ze swoim właścicielem i po powrocie miał szukać nowego mieszkania przy uniwersytecie. Nie mam więc żadnego numeru, pod którym mogłabym go szukać. Pozostaje strach, nerwówka i oczekiwanie… Jestem niepocieszona.

5. Feromony

Wrzesień. Przez całe lato pracowałam w firmie mojego ojca. Wprowadzałam kody ładunków przywożonych przez zagraniczne statki. Szczerze nie znosiłam tej roboty. Mam duszę artystyczną, nienawidzę cyfr, za to uwielbiam tekst. Za kilka dni rozpoczynam studia na wydziale scenariopisarstwa, a jednocześnie przygotowuję się do przesłuchań w głównych szkołach teatralnych. Planuję dostać się do Kanadyjskiej Narodowej Szkoły Teatralnej, a co! Nadal trwam w stanie przygnębienia z powodu zniknięcia M. Ściska mnie w dołku. Dobrze wiem, że prawdopodobnie spotkam go na uczelni, i oczekuję odpowiedzi na moje pytania albo przynajmniej słowa wyjaśnienia. Trudno mi po prostu przekreślić tę naszą historię, chociaż taką krótką. Nie mogę zrozumieć, że ktoś mógłby mnie nie chcieć. Mnie, za którą ugania się tylu facetów. To solidny cios dla mojej ambicji.

Mieszkam wciąż z rodzicami, więc tata jest tak miły, że w drodze do pracy podwozi mnie i moją starszą siostrę na uczelnię. Pierwszy dzień. Wysiadamy przed wielką bramą brunatnego gmachu w centrum miasta i tata życzy nam miłego początku roku. Siostra wchodzi do środka, nie oglądając się na mnie. Jak zawsze. Tak bym chciała, żeby oprowadziła mnie po obcych korytarzach i pomogła mi przezwyciężyć zdenerwowanie. Chociaż od szkoły średniej minęło już sporo czasu, pierwszy dzień w szkolnej dżungli nadal wywołuje we mnie potworny lęk i momentalnie przypomina mi się żółty autobus, w którym ze wszystkich sił próbuję nie zwrócić śniadania. Strach przed wyśmianiem ciągle mnie nie opuścił i cała się trzęsę przed drzwiami tej nieznanej szkoły. Po raz kolejny muszę więc sama się z tym zmierzyć, przybrać niewidzialny pancerz i zebrać się na odwagę.

Pierwsze zajęcia są bardzo ciekawe. Pani Veilleux uprzedza, że nigdy nie stawia szóstek. Przyjęłam. Podnoszę wzrok na sufit i postanawiam sobie, że nie spocznę, dopóki nie dostanę u niej tej osławionej szóstki.

Po lekcji mam godzinne okienko między zajęciami. Idę więc do kafejki uniwersyteckiej, mojej nowej mety, gdy nagle czuję, jak wzdłuż kręgosłupa przelatuje mi ogień. Wiem, że jest w pobliżu. Kładę stos książek na niewielkim stoliku i z kawą w jednej ręce i papierosem w drugiej próbuję się odprężyć i opanować to dziwne mrowienie. Zawsze miałam ten słynny szósty zmysł. Gdy gwiazdy chcą mnie ostrzec, otwiera mi się trzecie oko, a w uszach rozbrzmiewa szum. Moja mama ma to samo, odziedziczyłam to po niej.

M jest ze swoją paczką. Kierują się do baru, gdzie zostało jeszcze kilka wolnych stołków. Czuję, że oblewam się rumieńcem. Jest mi gorąco. Już sama nie wiem, czy chcę, żeby mnie zobaczył, czy nie. To na tę chwilę czekam od przeszło dwóch miesięcy. Chcę, żeby mnie zauważył. Musi mnie zauważyć. Zaklinam los, żeby kazał mu się odwrócić.

Tego ranka starannie umalowałam oczy i ułożyłam moje długie, jasne włosy. Mam na sobie krótką spódniczkę i buty na niewysokim obcasie. Chciałam wyglądać jak najlepiej na wypadek, gdybym natknęła się na mojego mężczyznę, ale tak, żeby moje wysiłki nie rzucały się w oczy.

Gaszę papierosa i wtykam nos w książkę. Nie mogę się skupić. W kółko czytam jedno i to samo zdanie. Cały czas obserwuję go kątem oka, chociaż udaję, że czytam. Wyczuwam, że się zbliża i nagle jest – staje tuż na wprost mnie. Podnoszę wzrok i czerwienię się jeszcze bardziej. Wygląda bosko. Jego karnacja jest jeszcze ciemniejsza niż w moich wspomnieniach. Ma na sobie klasyczne dżinsy i brunatny sweter z trójkątnym wycięciem odsłaniającym fragment gładkiej klatki piersiowej. Między nogami budzi mi się wrzenie, od którego zaczynają dygotać mi uda, a w sercu wybucha ogień. Uśmiecha się po prostu i mówi z naciskiem:

– Dzień dobry.

To bardzo wymowne, sugestywne „Dzień dobry”. Jego czarne oczy przewiercają zieleń moich na wskroś i zapierają mi dech. Sama nie wiem, czy jestem raczej zła, onieśmielona, czy uradowana jego obecnością.

Odpowiadam „Dzień dobry”, starając się, żeby zabrzmiało to możliwie jak najpewniej, i wskazuję mu miejsce koło siebie, które zajmuje bez chwili wahania. Pan M, mój Pan M siedzi tuż przy mnie, niemal dotykając mojego ciała, w którym szaleją płomienie. Niespiesznie i delikatnie całuje mnie w policzek, bardzo blisko kącika ust. To wprost nie do zniesienia. Mam ochotę złapać go za szyję i gwałtownie przycisnąć usta do jego ust. Pachnie tak słodko i jest taki piękny. Otacza go ta sama aura tajemniczości. Jest tu, koło mnie, w zasięgu mojej ręki… Nareszcie. Siedzimy na kanapie obok siebie, ledwo stykając się ramionami, ale jego bliskość elektryzuje całą powierzchnię mojej skóry. Między nami aż buzują feromony.

Milczy uporczywie, więc muszę coś powiedzieć, żeby przełamać ten niezręczny moment. Tak strasznie chcę wiedzieć. Muszę wiedzieć. M znowu zagląda mi w oczy i, tak jak zawsze wcześniej, nachyla mi się do ucha. Wszystkie zmysły mam w stanie najwyższego napięcia. Chłonę każde słowo, ale szepcze tak cicho, że muszę skupić na nim całą swoją uwagę.

Wiedział, że mnie dziś spotka, i od powrotu z wakacji myślał tylko o mnie. Nie odzywał się, bo tak strasznie pragnął mnie zobaczyć, że chciał sobie przedłużyć tę rozkosz oczekiwania. Sam sobie narzucił takie cierpienie. Intryguje mnie to. Jestem zaskoczona jego wyjaśnieniem, uszczęśliwiona i wstrząśnięta zarazem. A co ze mną? W ogóle nie pomyślał o tym, co ja czuję? Ależ oczywiście, że tak… Bardzo chciał mnie zobaczyć i właśnie miał nadzieję, że to nastąpi dzisiaj. Z tym że na uczelni jest kilka tysięcy studentów, mogliśmy przecież mieć zajęcia w różnych budynkach. Może on też umie zaklinać rzeczywistość tak jak ja…

– Wiesz, dużo o tobie myślałem w ostatnim czasie.

Ach tak? Myślał o mnie? Chciałabym w to wierzyć. Od swojego powrotu nie odezwał się ani słowem, czyli najwyraźniej nie byłam dla niego priorytetem. Inna rzecz, że wcale tego nie oczekiwałam. Nigdy dla nikogo nie byłam priorytetem, łącznie ze mną samą. Zawsze najpierw myślałam o innych. Tak więc otworzę się przed nim, wpuszczę go w głąb mojego prawdziwego „ja” i pozwolę mu skraść sobie serce.

Do moich następnych zajęć zostało niewiele czasu. Nie mam najmniejszej ochoty się z nim rozstawać. Jestem szczęśliwa i zakochana. Będzie na mnie czekał po zajęciach i pokaże mi swoje nowe mieszkanie.

6. Mistrz i uczennica

M stał się mi niezbędny jak powietrze, i vice versa. Co rano, w tajemnicy przed ojcem, przemykam się do niewielkiej klitki przy ulicy Saint-Denis, o dwa kroki od uniwersytetu, gdzie w dwóch ciasnych pokoikach wytapetowanych plakatami Jamesa Deana rezyduje pan mojego serca. Całe wyposażenie mieszkania stanowi okrągły stół, dwa krzesła i łóżko. W kuchni, obok pożółkłej, nieustannie warkoczącej lodówki, zaropiała rdzą kuchenka woła o pomstę do nieba. Wślizguję się pod kołdrę, przywieram do rozgrzanej snem skóry M i przysypiam jeszcze na chwilę na jego ramieniu przed pójściem na zajęcia.

Często waletuje tam również jego kumpel Chafik, który śpi razem z nami na wąziutkim łóżku. Mamy osiemnaście lat – nic nam nie przeszkadza i nic nam nie potrzeba. Żadnych ograniczeń, jest tylko tu i teraz. Chodzę na uczelnię, ale zajęcia całkiem przestały mnie interesować. Wolę włóczyć się z M i jego znajomymi, też studentami z tego samego kraju, którzy wagarują jak my. Godzinami przesiadujemy w salach gier, wałęsamy się po ulicach Montrealu i zalegamy w shisha barach.

Ubieram się trochę seksownie i zawsze jestem odpicowana. M uwielbia się mną popisywać, wszędzie mnie ze sobą zabiera i nie odstępuje na krok.

Z każdym dniem zadziwia i pociąga mnie coraz bardziej. Wspaniale opowiada i nigdy mi się nie nudzi słuchać go przez długie godziny. Zna się na wszystkim i wie wszystko najlepiej. Okazuje się, że pasjonują go rekiny – szczególnie wielki żarłacz biały – filozofia – zwłaszcza Sokrates – i literatura – głównie Baudelaire. Najbardziej lubi Kwiaty zła i często recytuje mi całe fragmenty, puszczając w kółko piosenki Pierre’a Bacheleta, których słowa znam już teraz na pamięć. Ciągle powtarza mi, że jestem tak piękna i pełna elegancji, jakbym była istotą z innego świata, inna niż wszystkie dziewczyny. Jestem wyjątkowa, nikt nie ma tyle wdzięku co ja. Podsyca moją próżność i łechce ambicję. Jestem dla niego filarem i czuję się dumna, że wybrał właśnie mnie.

Jego przyjaciele są z nami cały czas i czasem nie mogę oprzeć się wrażeniu, które jednak szybko od siebie odsuwam, że M świetnie nadawałby się na guru jakiejś sekty. Wzdrygam się na samą myśl o tym. (Za to później wielokrotnie użyłam tego porównania do opisania naszego związku: on – mistrz, ja – uczennica).

W czasie naszych nasiadówek w gronie znajomych M zajmuje jedno z dwóch krzeseł, jakie ma w mieszkaniu, a mnie oferuje drugie. Dwa trony. Nasze trony. Jego wielbiciele siadają zaś na łóżku albo wprost na podłodze. Zapalam świecę zamiast lampy i on nas naucza. Dzieli się z nami swoją filozofią życiową, opowiada o zdarzeniach politycznych i pomstuje na Stany Zjednoczone. Nikt nigdy nie kwestionuje jego słów, bo czaruje nas pięknymi ideami i z wredną satysfakcją ośmiesza każdego, kto ośmieli się wyrazić inne zdanie. M ma zawsze rację, a to, co my mówimy, nie trzyma się kupy. Ja się nie odzywam, lecz chłonę jego słowa, a następnie robię z nich własny użytek na co dzień.

Na zajęciach często toczymy debaty i zdaję sobie sprawę, że gdy wysuwam stwierdzenia M, ludzie w grupie nie są w stanie kontrargumentować. Przed nimi czuję się silna, ale przy nim tylko potulnie słucham i nie wychylam się, żeby nie palnąć głupstwa. M nabrał też zwyczaju podawać mnie za przykład.

– Piękna twarz to twarz o wyraźnych rysach, taka jak jej – mówi.

Cieszę się, że mam wyraźne rysy. Biedny Bachir… Jego twarz jest okrągła jak księżyc. Boję się, że kiedyś przytnie sobie policzki maczetą, żeby tylko przypodobać się mojemu M. Tak samo jest, kiedy wraca do swojej rodzinnej miejscowości. Zasiada w szerokim fotelu, a inni, z wyjątkiem jego przyjaciela Ahmeda, który ma prawo siedzieć na pufie, sadowią się, gdzie popadnie. A gdy już się rozlokują, M zaczyna przemawiać. Uwielbia tę rolę mentora.