Mój język prywatny - Jerzy Bralczyk - ebook
Opis

Profesor Bralczyk kocha język jako zjawisko samo w sobie. A skoro go kocha, kocha się nim posługiwać i uczyć innych posługiwania się nim. Bo wbrew pozorom nie jest to sprawa prosta: czy zawsze wiemy, jak zmienia się znaczenie najprostszego, nawet często używanego słowa w zależności od kontekstu, w jakim je zastosujemy? Profesor jednak nie poucza, lecz gawędzi cudownie, swe językoznawcze pogwarki przeplatając osobistymi wspomnieniami, refleksjami. I choć sam autor przyjął dla swych rozważań formę słownika, dał czytelnikom najciekawszy literacki esej.

Tytuł nie zawiera zdjęć obecnych w wydaniu drukowanym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 295

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opra­co­wa­nie ‌gra­ficz­ne: An­drzej Ba­rec­ki

Re­dak­cja: Ewa ‌Ja­strun

Co­py­ri­ght © by ‌Je­rzy Bral­czyk, War­sza­wa 2004

Co­py­ri­ght ‌© ‌by Wy­daw­nic­two ‌ISKRY, War­sza­wa ‌2004

ISBN 978-83-244-0248-9

Wy­daw­nic­two ‌ISKRY

ul. Smol­na ‌11, 00-375 War­sza­wa

Dział ‌han­dlo­wy: ‌tel./faks (0-22) 827-33-89

e-mail: ‌iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo ‌Sp. ‌z o.o.

Początek

Wycho­wy­wa­łem się wśród lu­dzi ‌mó­wią­cych. Moi ‌ro­dzi­ce ‌byli ‌na­uczy­cie­la­mi, ich ‌ro­dzi­ce też. Dla mnie ‌wszy­scy ro­dzi­ce byli na­uczy­cie­la­mi, ‌zresz­tą tak po tro­sze ‌pew­nie jest. Byli na­uczy­cie­la­mi ‌wiej­ski­mi, uczy­li wszyst­kie­go. Wszyst­ko ‌wie­dzie­li. Oj­ciec ‌na ogół wie­dział, że ‌wie, co bu­do­wa­ło ‌jego au­to­ry­tet, mat­ka nie ‌była pew­na, co ‌też bu­do­wa­ło ‌au­to­ry­tet. ‌Mat­ka lu­bi­ła i umia­ła ‌mó­wić – pod wa­run­kiem, ‌że ‌słu­cha­ły jej ‌tyl­ko bli­skie oso­by. Była ‌świet­nym mów­cą ‌pry­wat­nym. Po­dob­nie ‌jej mat­ka, ‌moja bab­ka. Oj­ciec ‌pu­blicz­nie mó­wił ‌zna­ko­mi­cie. Traf­nie, mą­drze ‌i dow­cip­nie, zwłasz­cza kie­dy go ‌do­brze słu­cha­no. ‌Pry­wat­nie ‌mó­wił mniej, ‌a były ‌oso­by, do któ­rych nie ‌mó­wił.

Jego oj­ciec, mój ‌dzia­dek, ‌pra­wie w ogó­le nic nie ‌mó­wił, po­słu­gi­wał się ‌tyl­ko groź­ny­mi ‌(dla mnie) mo­no­sy­la­ba­mi. Przez ‌to ‌się go ba­łem ‌i nie­zwy­kle ‌sza­no­wa­łem. Ale ‌był na­uczy­cie­lem, po­dob­no do­brym, ‌więc pew­nie ‌mó­wił ‌wte­dy, ‌kie­dy było trze­ba. ‌Jego dru­gi syn, mój ‌stryj, był księ­dzem. Miał do­bre ka­za­nia, a pry­wat­nie był jed­nym z naj­do­wcip­niej­szych lu­dzi, ja­kich zna­łem.

By­łem (cią­gle je­stem) dziec­kiem wiej­skich na­uczy­cie­li. To był przy­wi­lej, ale i ob­cią­że­nie. Gdy­bym był jako dziec­ko duży i sil­ny, gdy­bym się źle uczył, miał­bym może ja­kiś mir u ko­le­gów, mimo że by­łem dziec­kiem na­uczy­cie­li. Ale by­łem mały i sła­by, a do tego (a może przez to?) do­brze się uczy­łem. Mia­łem kom­plek­sy wy­ni­ka­ją­ce z od­rzu­ca­nia. Dla­te­go tak mi za­le­ża­ło, żeby się po­do­bać.

Po­do­ba­ło się in­nym, zwłasz­cza do­ro­słym, tak­że ojcu (mat­ce mniej), kie­dy się po­do­ba­łem przez mó­wie­nie. Mó­wi­łem róż­ne rze­czy od dzie­ciń­stwa. Naj­czę­ściej re­cy­to­wa­łem wier­sze. Na szkol­nych aka­de­miach za­wsze i chęt­nie. Kie­dyś, gdy za­nie­mo­gła ko­le­żan­ka od oko­licz­no­ścio­we­go wier­sza, na aka­de­mii z oka­zji rocz­ni­cy re­wo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej po­wie­dzia­łem Re­du­tę Or­do­na, co było moim pierw­szym (i jed­nym z ostat­nich) ak­tem sprze­ci­wu wo­bec re­żi­mu ko­mu­ni­stycz­ne­go.

Cie­szy­łem się, kie­dy da­wa­no mi mó­wić, ale tyl­ko w świe­cie do­ro­słych. Wo­bec ró­wie­śni­ków, dużo sil­niej­szych ode mnie, a więc dużo mą­drzej­szych, by­łem nie­pew­ny i skrę­po­wa­ny.

Nie wie­dzia­łem, co trze­ba mó­wić. Nie­zdar­nie klą­łem, żeby się przy­po­do­bać. Nie umia­łem mó­wić gwa­rą, cho­ciaż pró­bo­wa­łem.

Od­bi­ja­łem so­bie w szko­le, gdzie by­łem prze­mą­drza­ły. Od­bi­ja­łem so­bie na młod­szej sio­strze, któ­rą wpro­wa­dza­łem w ję­zy­ko­we ry­tu­ały i wy­mu­sze­nia. Two­rzy­łem sys­te­my za­klęć, któ­rym ocho­czo ule­ga­ła, a na­wet prze­ja­wia­ła wła­sną in­wen­cję.

Sło­wa mnie zaj­mo­wa­ły. Po­dob­no jako trzy­la­tek bie­ga­łem wo­kół sto­łu, wy­krzy­ku­jąc świe­żo po­zna­ne sło­wo „cy­cek”. Gdy moja ku­zyn­ka mnie skar­ci­ła, za­py­ta­łem na­iw­nie, co mogę wy­krzy­ki­wać, bie­ga­jąc wo­kół sto­łu. Pod­su­nę­ła mi dwa pierw­sze z brze­gu wy­ra­zy, „kar­to­fe­lek” i „ró­życz­ka”. Jak głu­pi, wy­krzy­ki­wa­łem je z rów­nym en­tu­zja­zmem. Pew­nie cho­dzi­ło o to, żeby wy­krzy­ki­wać. O Oby­wa­te­lu Kane nie mo­głem jesz­cze wte­dy sły­szeć.

Z pol­skie­go by­łem oczy­wi­ście naj­lep­szy. Nie ro­bi­łem błę­dów or­to­gra­ficz­nych i pi­sa­łem naj­lep­sze wy­pra­co­wa­nia. Wszyst­ko czy­ta­łem, co trze­ba. Mia­łem ta­kie przy­mu­so­we dzia­ła­nie, żeby czy­tać całe książ­ki. Je­śli opu­ścił­bym ja­kąś li­te­rę, nie li­czy­ło­by się.

Pa­mię­tam, jak czy­ta­łem jako dzie­się­cio­la­tek Quo va­dis.

To była strasz­na mę­czar­nia, czy­ta­łem po parę razy każ­dą stro­nę, a po­tem wra­ca­łem, bo prze­cież mo­głem coś prze­oczyć. Do dziś uwa­żam, że to jed­na z naj­le­piej na­pi­sa­nych po pol­sku ksią­żek.

Znam jej frag­men­ty na pa­mięć.

Wie­dzia­łem chy­ba od po­cząt­ku, że naj­lep­szą pol­ską książ­ką jest Pan Ta­de­usz. Czy­ta­łem go w kół­ko od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa i uczy­łem się na pa­mięć. Efekt jest taki, że nie tyl­ko znam go w więk­szo­ści na pa­mięć do dziś (na­wet chy­ba co­raz wię­cej i le­piej, bo cią­gle go czy­tam), ale jesz­cze zbie­ram jego eg­zem­pla­rze i mam je­den z naj­więk­szych zbio­rów w Pol­sce. Na świe­cie oczy­wi­ście też.

Kie­dy mia­łem pięt­na­ście lat, mie­rzy­łem może metr pięć­dzie­siąt. Prze­zię­bi­łem się wte­dy i wsta­łem z cho­ro­by za wcze­śnie. Gra­li we­stern w ki­nie, bar­dzo się spie­szy­łem, bie­głem i spo­ci­łem się. Ale za­trzy­mał mnie pan Jan­kow­ski, przy­ja­ciel ro­dzi­ców, i mu­sia­łem z nim po­roz­ma­wiać. Wiał wiatr i zzią­błem. Na­stęp­ne­go dnia po­ło­ży­łem się, jak się po­tem oka­za­ło – na parę mie­się­cy. Do­sta­łem za­pa­le­nia sta­wów. Mia­łem w domu kom­plet dzieł Sło­wac­kie­go. Prze­czy­ta­łem wszyst­ko, od de­ski do de­ski, z od­mia­na­mi tek­stu. Nie­wie­le zro­zu­mia­łem, ale mia­łem po­czu­cie cze­goś waż­ne­go. Po paru mie­sią­cach le­że­nia osią­gną­łem swój obec­ny wzrost – metr sześć­dzie­siąt osiem (ale mó­wi­łem za­wsze, że dzie­więć). I po­lu­bi­łem ser­decz­nie Sło­wac­kie­go. By­łem na­stro­jo­ny ro­man­tycz­nie. Do dziś je­stem.

I ro­man­ty­cy rze­czy­wi­ście mają udział w moim ję­zy­ku. Czę­ściej iro­nicz­no-za­ba­wo­wi, z Pana Ta­de­usza i Be­niow­skie­go, z au­to­te­ma­tycz­nych żar­tów – niż pod­nio­śli. Jak­kol­wiek mam głę­bo­ką świa­do­mość, że ję­zyk jest tym, co nam dane naj­bar­dziej po­waż­nie, co jest naj­praw­dziw­sze, bo nie pod­le­ga kwe­stii, to wiem też, że jego praw­dzi­wość naj­bar­dziej ujaw­nia się w jego ope­ra­cyj­nej moż­li­wo­ści tak po­twier­dza­nia, jak za­prze­cza­nia, tak mó­wie­nia se­rio, jak iro­ni­zo­wa­nia, tak prze­ka­zy­wa­nia praw­dy, jak kła­ma­nia. Ję­zyk jest dla świa­ta, ale jest po­nad nie­go. Naj­wy­raź­niej to wi­dać wte­dy, gdy jego uży­cie wią­że się z żar­tem, dow­ci­pem, zwłasz­cza ję­zy­ko­wym – w każ­dym ra­zie z dy­stan­sem do świa­ta. A tak­że z dy­stan­sem do sa­me­go ję­zy­ko­we­go opi­sy­wa­nia świa­ta. Dla­te­go oprócz iro­nicz­nych ro­man­ty­ków wchła­nia­łem hu­mo­ry­stycz­ne­go Sien­kie­wi­cza z Try­lo­gii, gro­te­sko­we­go Gom­bro­wi­cza z Trans­atlan­ty­ku i Ślu­bu, jaw­nie już dow­cip­ku­ją­cych ję­zy­kiem Tu­wi­ma, Gał­czyń­skie­go i Brze­chwę. Spe­cjal­ny wpływ na moje mó­wie­nie i my­śle­nie ję­zy­kiem miał (i ma) Ste­fan The­mer­son, któ­re­go uczniem chciał­bym być, z jego pre­cy­zyj­nym i za­ra­zem luź­nym sto­sun­kiem do tego, co moż­na by po­wie­dzieć i co trze­ba mó­wić. Pę­drek Wy­rzu­tek i Pro­fe­sor Mmaa, ale też Kar­dy­nał Pölätüo i Bay­amus to wpraw­dzie nie wzor­ce ję­zy­ko­we, ale do­bre przy­rzą­dy do ostrze­nia ję­zy­ka.

Poza więk­szą czę­ścią Pana Ta­de­usza znam na pa­mięć kil­ka­dzie­siąt wier­szy Mic­kie­wi­cza, dru­gą część Dzia­dów i znacz­ną część trze­ciej, wie­le wier­szy Sło­wac­kie­go i wiel­kie frag­men­ty jego dra­ma­tów, Ma­ra­ton Ujej­skie­go, nie­mal w ca­ło­ści Ze­mstę i We­se­le, wie­le Tu­wi­ma, w tym szcze­gól­nie prze­ze mnie ulu­bio­ne jego tłu­ma­cze­nie Sło­wa o puł­ku Igo­ra, mnó­stwo Brze­chwy, 120 przy­gód Ko­zioł­ka Ma­toł­ka i wie­le jesz­cze rze­czy, któ­rych w tej chwi­li so­bie nie przy­po­mi­nam. Mój syn cie­szył się tym jako dziec­ko. Moja wnucz­ka dzi­siaj już mniej.

Uwa­żam za waż­ne ję­zy­ko­wo wła­sne iden­ty­fi­ka­cje: jak wy­glą­da data mo­je­go uro­dze­nia, jak na­zy­wa się jego miej­sce, jak sam się na­zy­wam.

Bar­dzo mnie ba­wi­ło, uwa­ża­łem to zresz­tą za spe­cjal­nie ory­gi­nal­ne, że moja me­try­kal­na data uro­dze­nia róż­ni się od tej praw­dzi­wej. Uro­dzi­łem się 23 maja, a w me­try­ce, a po­tem w do­wo­dzie oso­bi­stym mam za­pi­sa­ną datę 5 czerw­ca. Cza­sem się mylę i za­miast piąt­ki pi­szę szóst­kę, przed chwi­lą też się tak po­my­li­łem. Uro­dzi­łem się w Cie­cha­no­wie, me­try­ka i za nią do­wód po­da­ją, że w Ko­by­li­nie. Ta mała wio­ska nie­da­le­ko Opi­no­gó­ry na­zy­wa się Ko­by­lin, ale, jak to bywa, lo­kal­nie mia­ła i inną na­zwę, mia­no­wi­cie Ko­by­li­no, i w tej for­mie funk­cjo­nu­je jako miej­sce mo­je­go uro­dze­nia. Nie tyl­ko nie­praw­dzi­we, ale jesz­cze prze­krę­co­ne.

Naj­daw­niej­si przy­ja­cie­le mó­wią do mnie ra­czej „Bral­czyk” niż „Ju­rek”. Na­wet żona tak o mnie do nich cza­sem mówi. Sama mo­je­go na­zwi­ska nie nosi. Twier­dzi, że do­da­ła­by so­bie do wła­sne­go, no­ta­be­ne bar­dzo ory­gi­nal­ne­go, na­zwi­ska „Bral­czy­ko­wa”, ale „Bral­czyk” – nie.

Je­stem bar­dziej przy­wią­za­ny do na­zwi­ska niż do imie­nia. My­ślę o so­bie jako o Bral­czy­ku. To ra­czej rzad­kie na­zwi­sko, część mo­jej ro­dzi­ny zresz­tą prze­mia­no­wa­ła się daw­no temu na Bral­skich, pew­nie dla­te­go, żeby z za­moż­nych chło­pów stać się przy­najm­niej w ten spo­sób szlach­tą. Nie­ste­ty Bral­czy­ko­wie her­bu nie mają, cze­go ża­łu­ję o tyle, że jesz­cze ja­kaś na­zwa by się ze mną łą­czy­ła. Moja mat­ka za to była her­bu Ko­ście­sza, jako Go­ła­szew­ska, a jej mat­ka, Tur­ska z Tur­skich z Tu­rzy, mia­ła herb Do­łę­ga. Ja nie je­stem Ko­ście­sza, tym bar­dziej nie Do­łę­ga, a swo­je na­zwi­sko lu­bię. Wy­da­je mi się ono z jed­nej stro­ny ory­gi­nal­ne, z dru­giej – bar­dzo swoj­skie. Dla mnie rze­czy­wi­ście jest swoj­skie.

Na stu­diach, gdy trze­ba było wpi­sy­wać się na li­sty obec­no­ści, przez pe­wien czas po­mi­ja­łem imię. Wy­da­wa­ło mi się ba­nal­ne – w moim po­ko­le­niu chy­ba tyl­ko An­drze­jów wię­cej było niż Je­rzych. Te­raz Je­rzych mało. Ten zwy­czaj po­mi­ja­nia imie­nia tłu­ma­czy­łem tym, że imie­nia nie uży­wam. Było to na tyle ory­gi­nal­ne, że przy­cią­ga­ło uwa­gę wy­kła­dow­ców i w su­mie się opła­ca­ło. Ale nie ro­bi­łem tego z wy­ra­cho­wa­nia.

Stu­dio­wa­łem oczy­wi­ście po­lo­ni­sty­kę. Chcia­łem być dzien­ni­ka­rzem, wcze­śniej ak­to­rem. Po czę­ści je­stem ak­to­rem, moje pro­gra­my te­le­wi­zyj­ne i wy­kła­dy mają w so­bie coś z ak­tor­stwa. Dzien­ni­ka­rzem też by­wam, pi­su­ję fe­lie­to­ny, przez rok by­łem (tro­chę ma­lo­wa­nym, trze­ba przy­znać) re­dak­to­rem na­czel­nym ogól­no­pol­skie­go dzien­ni­ka, któ­re­go dziś nikt nie pa­mię­ta. Ale zo­sta­łem po­lo­ni­stą. I ję­zy­ko­znaw­cą, co na po­cząt­ku było mniej oczy­wi­ste. Ale kie­dy oka­za­ło się, że je­stem do­bry z ła­ci­ny (od razu czy­ta­łem hek­sa­metr hek­sa­me­trem), że znam ję­zyk sta­ro-cer­kiew­no-sło­wiań­ski (ta­jem­ni­ca była taka, że na­uczy­łem się na pierw­sze za­ję­cia czy­tać tę oso­bli­wą cy­ry­li­cę), że lu­bię i znam gra­ma­ty­kę – wy­bra­łem spe­cja­li­za­cję ję­zy­ko­znaw­czą.

Naj­wię­cej kło­po­tu na stu­diach mia­łem ze szko­le­niem woj­sko­wym. Po­cząw­szy od dru­gie­go roku, ze wszyst­kich eg­za­mi­nów mia­łem piąt­ki. Ale nie na Stu­dium Woj­sko­wym. Tu ze wszyst­kich eg­za­mi­nów mia­łem dwój­ki, na­wet mu­sia­łem zda­wać tak zwa­ny eg­za­min ko­mi­syj­ny, z przed­sta­wi­cie­lem rek­to­ra­tu. Nie by­łem i nie je­stem pa­cy­fi­stą, lu­bi­łem Sien­kie­wi­cza i fil­my wo­jen­ne, sta­ra­łem się, jak mo­głem, i uczy­łem, cze­go trze­ba – nic nie po­ma­ga­ło. Po la­tach ob­wi­niam o to moje po­dej­ście ko­mu­ni­ka­cyj­ne. Na jed­nym z eg­za­mi­nów puł­kow­nik zwró­cił się do mnie: „za­cho­wuj­cie się bo­jo­wo!”, ale po­wie­dział to tak, że stru­chla­łem. By­łem z pew­no­ścią ofer­mą woj­sko­wą, choć wte­dy wo­la­łem tak o so­bie nie my­śleć. Ję­zyk woj­sko­wy był czę­stym przed­mio­tem drwin stu­denc­kich – do­brze było mieć ja­kieś gor­sze, śmiesz­niej­sze ję­zy­ki. Nie­któ­rzy jed­nak z wy­kła­dow­ców mie­li cie­ka­we wy­czu­cie ję­zy­ko­we. Pa­mię­tam, jak je­den z nich dłu­go szu­kał, ja­kie okre­śle­nie naj­le­piej by pa­so­wa­ło do mnie, zaj­mu­ją­ce­go wła­śnie po­zy­cję strze­lec­ką le­żąc. W koń­cu, zre­zy­gno­wa­ny, po­wie­dział: „No piz­da, piz­da! In­a­czej nie moż­na po­wie­dzieć”. Za­brzmia­ło to tym smacz­niej, że za­cią­gał.

In­nym śmiesz­nym, gor­szym ję­zy­kiem był ję­zyk or­ga­ni­za­cji mło­dzie­żo­wych, tro­chę przy­po­mi­na­ją­cy ję­zyk par­tyj­ny. Dzia­ła­łem w Związ­ku Mło­dzie­ży So­cja­li­stycz­nej – ra­czej ze wzglę­dów to­wa­rzy­skich niż ko­niunk­tu­ral­nych – ale i od we­wnątrz był ten ję­zyk, w któ­rym się „to­wa­rzy­szy­ło”, dość za­baw­ny. Kie­dy po­tem, już bar­dziej ko­niunk­tu­ral­nie, choć bez ide­olo­gicz­ne­go wstrę­tu, za­pi­sa­łem się do Pol­skiej Zjed­no­czo­nej Par­tii Ro­bot­ni­czej, jej ję­zyk brzmiał mi jesz­cze śmiesz­niej nie­na­tu­ral­nie, ale, wpraw­dzie z pew­nym ma­so­chi­zmem i dwój my­śle­niem, uży­wa­łem go, świa­dom śmiesz­no­ści, tak­że na ze­bra­niach par­tyj­nych.

Wresz­cie jesz­cze jed­nym ję­zy­kiem cza­sem ob­śmie­wa­nym, ale już nie­jed­no­znacz­nie i z pew­ny­mi kom­plek­sa­mi, był tak zwa­ny „żar­gon iblow­ski”, sto­so­wa­ny przede wszyst­kim przez uczo­nych z In­sty­tu­tu Ba­dań Li­te­rac­kich, ale tak­że przez ich bar­dziej eru­dy­cyj­nych niż in­te­li­gent­nych stu­denc­kich ako­li­tów. Ten ję­zyk było w do­brym to­nie znać, ale do­brze też było mieć do nie­go dy­stans. Inna moja ak­tyw­ność or­ga­ni­za­cyj­na wią­za­ła się z Ko­łem Po­lo­ni­stów, w ra­mach któ­re­go pro­wa­dzi­łem Sek­cję Ję­zy­ko­znaw­czą, prze­kształ­co­ną po­tem w Koło Ję­zy­ko­znaw­cze. Sam już le­d­wo pa­mię­tam, że by­łem jego pierw­szym prze­wod­ni­czą­cym.

Moja ję­zy­ko­znaw­czość roz­wi­ja­ła się we­so­ło i atrak­cyj­nie pod okiem wie­lu naj­wy­bit­niej­szych. Cho­dzi­łem na wy­kła­dy i se­mi­na­ria do wszyst­kich: do May­eno­wej i Wierz­bic­kiej, do Do­ro­szew­skie­go i Bo­gu­sław­skie­go, do Pu­zy­ni­ny i We­ins­ber­ga, do Pel­ca i Bel­ler­to­wej. A głów­nie do Ha­li­ny Kur­kow­skiej, mo­jej naj­waż­niej­szej na­uczy­ciel­ki, któ­rej po­tem by­łem dru­gim dok­to­rem, po Sa­lo­nim, a przed Mar­kow­skim. Naj­pierw by­łem sty­li­sty­kiem (róż­ne rocz­ne pra­ce), po­tem gra­ma­ty­kiem-se­man­ty­kiem (ma­gi­ste­rium), po­tem pew­nie prag­ma­ty­kiem (dok­to­rat), na­stęp­nie so­cjo­lin­gwi­stą i po­li­to­lin­gwi­stą (ha­bi­li­ta­cja), wresz­cie prak­tycz­nym re­to­ry­kiem – i wszyst­kie­mu temu przy­pi­sy­wa­łem głę­bo­kie tre­ści.

Kie­dy zo­sta­łem na uni­wer­sy­te­cie jako asy­stent-sta­ży­sta z pen­sją mniej­szą od sty­pen­dium na­uko­we­go, by­łem szczę­śli­wy i pe­łen za­pa­łu. Po­tem jed­nak się oże­ni­łem i za­czą­łem wę­dro­wać po Pol­sce i nie tyl­ko. W Bia­łym­sto­ku uczy­łem gra­ma­ty­ki opi­so­wej i pi­sa­łem dok­to­rat, w So­snow­cu uczy­łem ję­zy­ko­znaw­stwa ogól­ne­go i pi­sa­łem ha­bi­li­ta­cję, w Up­psa­li uczy­łem po pro­stu pol­skie­go i wię­cej wy­pi­łem dżi­nu niż na­pi­sa­łem cze­go­kol­wiek, wresz­cie w Kra­ko­wie ba­da­łem pra­sę, uczy­łem re­to­ry­ki i koń­czy­łem ha­bi­li­ta­cję.

Z dok­to­ra­tem kło­po­tów nie było – by­łem przez pra­wie trzy­dzie­ści lat naj­młod­szym dok­to­rem war­szaw­skiej po­lo­ni­sty­ki, ten re­kord po­bi­to parę ty­go­dni temu (pi­szę to w lu­tym 2004). Miał dłu­gi, bar­dzo ję­zy­ko­znaw­czy ty­tuł.

Z ha­bi­li­ta­cją było go­rzej. Po­my­śla­łem po dok­to­ra­cie, że jest pe­wien ro­dzaj tek­stów, cha­rak­te­ry­zu­ją­cy się oso­bli­wą pa­ra­dok­sal­no­ścią. Są one naj­bar­dziej eks­po­no­wa­ne, a nikt ich nie czy­ta ani nie słu­cha. Ję­zyk pro­pa­gan­dy par­tyj­nej, któ­ry ob­ser­wo­wa­łem tak­że z we­wnątrz, wy­dał mi się nie­zwy­kle atrak­cyj­ny jako te­mat głów­nie przez swo­ją na­pu­szo­ną śmiesz­ność i nie­lo­gicz­ność. Wy­gła­sza­łem re­fe­ra­ty, pi­sa­łem tek­sty – nie­ste­ty naj­czę­ściej nie do dru­ku. Ha­bi­li­ta­cyj­na książ­ka zo­sta­ła za­trzy­ma­na w ostat­niej chwi­li przez cen­zu­rę – na­wet mały na­kład i na­uko­wa ofi­cy­na nie po­mo­gły. Był to po­dob­no je­den z bar­dzo nie­wie­lu przy­pad­ków, kie­dy ko­lo­kwium ha­bi­li­ta­cyj­ne od­by­ło się na pod­sta­wie nie ofi­cjal­nie wy­da­nej książ­ki, ale tek­stu po­wie­lo­ne­go, na pra­wach rę­ko­pi­su, przez mo­ich przy­ja­ciół z Ośrod­ka Ba­dań Pra­so­znaw­czych, któ­re­go ów­cze­sny szef, Wa­le­ry Pi­sa­rek, był moim men­to­rem i przy­ja­znym zwierzch­ni­kiem, a jest ję­zy­ko­znaw­czą in­stan­cją i naj­bar­dziej wy­ma­rzo­nym roz­mów­cą nie tyl­ko ję­zy­ko­znaw­czym.

Cie­szę się, że je­stem ję­zy­ko­znaw­cą. O czym­kol­wiek jest rzecz, ję­zy­ko­znaw­ca za­wsze ma tam miej­sce, bo rzecz ta zwy­kle jest wy­ra­ża­na sło­wa­mi. In­ży­nie­ro­wie i le­ka­rze, biz­nes­me­ni i księ­ża, po­li­ty­cy i re­kla­mia­rze – wszyst­kim się zda­rza po­trze­bo­wać ję­zy­ko­znaw­cy, któ­ry lubi się przy­dać. To­też się przy­dać pró­bu­ję, daję po­ra­dy i eks­per­ty­zy, wy­ro­ku­ję ję­zy­ko­wo, re­da­gu­ję i kon­sul­tu­ję. Naj­dłu­żej kon­sul­to­wa­łem tekst usta­wy za­sad­ni­czej, czy­li kon­sty­tu­cji RP a i tak parę rze­czy mu­sia­łem prze­pu­ścić, bo mnie prze­gło­so­wa­no. Przez to dzie­sią­ty ar­ty­kuł ma ta­kie brzmie­nie, ja­kie ma.

Je­stem po­lo­ni­stą. Ję­zyk pol­ski jest moim pierw­szym i za­pew­ne bę­dzie ostat­nim, a na­praw­dę jest wła­ści­wie moim je­dy­nym ję­zy­kiem. Uczy­łem się z pew­nym po­wo­dze­niem ła­ci­ny, z mniej­szym gre­ki. Znam tro­chę – kon­wer­sa­cyj­nie – serb­sko-chor­wac­ki, mam po­dob­no nie naj­gor­szy nie­miec­ki ak­cent, z bie­dą się w tym ję­zy­ku do­ga­dam i znam w nim wie­le wier­szy na pa­mięć. Tro­chę znam – wię­cej w nim mogę po­wie­dzieć, niż zro­zu­mieć – szwedz­ki. Znam nie­źle ro­syj­ski, ale nie lu­bię czy­tać graż­dan­ki. Czy­tam za to bez więk­szych kło­po­tów po an­giel­sku, ale roz­mo­wa przy­cho­dzi mi z tru­dem. W su­mie, jak­kol­wiek li­zną­łem wie­lu ję­zy­ków, nie za­przy­jaź­ni­łem się na­praw­dę z żad­nym. Je­den z mo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół przy­zna­je się w swo­jej praw­dzi­wej skrom­no­ści do zna­jo­mo­ści dwu­dzie­stu kil­ku, przy czym kil­ka­na­ście pod­sta­wo­wych zna bie­gle. Ja ze zna­jo­mo­ścią wpraw­dzie zna­czą­ce­go, ale do­pie­ro trze­cie­go pod wzglę­dem wiel­ko­ści spo­śród nie naj­bar­dziej po­pu­lar­nych ję­zy­ków sło­wiań­skich, mam pew­ne kom­plek­sy. A kie­dy przy­cho­dzi mi mó­wić w któ­rymś z in­nych, od­czu­wam wręcz nie­przy­jem­ne sen­sa­cje fi­zjo­lo­gicz­ne. Wstyd mi za nie­do­wład ko­mu­ni­ka­cyj­ny.

Ta znacz­nie ogra­ni­czo­na dys­po­zy­cyj­ność ko­mu­ni­ka­cyj­na do­pro­wa­dzi­ła mnie do pew­nej nie­mi­łej au­to­re­flek­sji. Kie­dyś by­łem zmu­szo­ny do wy­ra­że­nia swo­jej opi­nii na ja­kiś go­rą­cy te­mat w jed­nym z nie­po­lskich ję­zy­ków. Za­czą­łem ją z mo­zo­łem wy­ra­żać. W pew­nej chwi­li za­uwa­ży­łem, że, wy­ko­rzy­stu­jąc za­pa­mię­ta­ne fra­zy, mó­wię cał­kiem co in­ne­go, niż skłon­ny je­stem twier­dzić na­praw­dę. Zro­bi­ło mi się nie­swo­jo, bo mó­wi­łem wbrew in­nym oba­wom względ­nie swo­bod­nie. Moje sa­mo­po­czu­cie jesz­cze się po­gor­szy­ło, kie­dy po­czu­łem, że te­raz je­stem w obo­wiąz­ku sam przed sobą uza­sad­nić ra­cje, któ­re wła­śnie prze­ciw­ko so­bie wy­ra­ża­łem. Za­mil­kłem, ale au­to­nie­smak po­zo­stał.

Wy­po­wia­dam się dość czę­sto (na­wet te­raz) na pi­śmie, ale o wie­le bar­dziej lu­bię mó­wić. Po­nie­kąd dla­te­go, że ver­ba vo­lant, ale też i dla­te­go, że je­stem tro­chę nie­wy­ży­tym ak­to­rem. Lu­bię mó­wić i na­wet nie­ste­ty nie­kie­dy to sły­chać. Za­wsze by­łem prze­ko­na­ny o wyż­szo­ści mowy nad pi­smem, in­to­na­cja jest dla mnie nie­wy­czer­pa­nym no­śni­kiem niu­an­sów zna­cze­nio­wych i ro­bie­nia wra­że­nia, ge­sty spra­wia­ją przy­jem­ność nie­mal fi­zjo­lo­gicz­ną. Na­wet kie­dy pi­szę, to po tro­chu mó­wię, bo sły­szę, co pi­szę. Po­nie­waż inni sła­biej, nie za­wsze wy­pi­su­ję się tak, jak wy­po­wia­dam. Żona uwa­ża, że po pro­stu po­wi­nie­nem bar­dziej my­śleć o czy­tel­ni­kach. Jest czę­sto moim pierw­szym czy­tel­ni­kiem.

Lu­bię mó­wić, zwłasz­cza lu­bię mó­wić o mó­wie­niu. Szko­lę więc mów­ców (z wy­jąt­kiem po­li­ty­ków pod­czas kam­pa­nii), pro­wa­dzę wy­kła­dy na róż­nych uczel­niach, mam swo­je pro­gra­my w ra­diu i w te­le­wi­zji. Lu­dzie lu­bią słu­chać o ję­zy­ku, za­wsze do­brze jest słu­chać o tym, na czym się czło­wiek zna, a na ję­zy­ku pol­skim Po­la­cy się zna­ją. Wie­dzą też, że inni Po­la­cy mó­wią go­rzej niż oni sami. To do­bry, za­wsze ak­tu­al­ny te­mat. Ilu ja wy­wia­dów udzie­li­łem na te­mat ję­zy­ka! I, je­śli bę­dzie trze­ba, jesz­cze po­udzie­lam. Choć nie za­wsze i nie wszyst­kim po­do­ba się, co mó­wię. Słu­cha­ją i czy­ta­ją mnie głów­nie lu­dzie in­te­re­su­ją­cy się ję­zy­kiem, a wśród nich jest wie­lu pu­ry­stów. Za­tem przede wszyst­kim je­stem kry­ty­ko­wa­ny za nad­mier­ną to­le­ran­cyj­ność.

Istot­nie, je­śli są ja­kieś for­my rów­no­praw­ne w ję­zy­ku pol­skim, ja­kieś dwa wzor­ce od­mia­ny – cie­szę się. Lu­bię, że są po­sta­ci i po­sta­cie, że to, że bę­dzie pa­dać jest rów­nie praw­do­po­dob­ne jak to, że bę­dzie pa­da­ło. Lu­bię ję­zy­ko­we nie­lo­gicz­no­ści i to, że okręt pod­wod­ny jest czę­ściej jed­nak w wo­dzie niż pod wodą; że choć ży­ciem po­za­gro­bo­wym cie­szy­my się wszy­scy, poza le­tar­gi­ka­mi, to tyl­ko o pew­nej for­mie ży­cia tak się mówi; że choć ra­czej naj­pierw je­den, po­tem dru­gi, to jed­nak je­den za dru­gim; że miej­sce sie­dzą­ce nie sie­dzi. Do­pusz­czam co­fa­nie się w tył i wra­ca­nie z po­wro­tem, ak­cep­tu­ję re­al­ne fak­ty, a na­wet słusz­ne ra­cje. Je­stem rzecz­ni­kiem więk­szej po­ło­wy, świa­dom, że jest za­wsze bar­dziej praw­do­po­dob­na niż ide­al­nie rów­na z tą dru­gą, mniej­szą. Może ta to­le­ran­cja tro­chę wy­god­nic­ka, ale zgod­na z moim ludz­kim cha­rak­te­rem i, co waż­niej­sze, z du­chem ję­zy­ka – ta­kim, jak go poj­mu­ję.

Cza­sem jed­nak mam za złe. Draż­nią mnie eg­zal­ta­cje i mody. Zło­ści nad­miar, zwłasz­cza, po­wiedz­my, cza­sa­mi, cze­goś w ro­dza­ju, jak­by, w pew­nym sen­sie, po­wie­dział­bym, obec­no­ści cze­goś, co moż­na by na­zwać być może ta­kim okre­śle­niem jak, po­wiedz­my, czyn­nik hu­ma­ni­stycz­ny. Ta­kich słów, zmięk­cza­ją­cych ko­mu­ni­kat już nie do po­sta­ci pły­nu, lecz gazu. Ulot­ne­go oczy­wi­ście, jak to gaz. Ale i prze­szka­dza nad­mier­na pew­ność sie­bie i ka­te­go­rycz­ność. A tak­że nie­po­koi, tak­że nie­ste­ty cza­sem i wła­sna, po­wierz­chow­ność ję­zy­ko­wa w kon­tak­cie. Stąd nie­kie­dy uważ­ne ła­pa­nie za sło­wa, przy­słu­chi­wa­nie się kry­tycz­nie mo­wie z wy­łą­czo­nym my­śle­niem.

Mam za złe dzien­ni­ka­rzom (tak­że przez sie­bie szko­lo­nym) ogól­ni­ko­wość ich py­tań. Zda­rzy­ło się na przy­kład pew­ne­go dnia (już daw­no), że dzien­ni­karz Pro­gra­mu III Pol­skie­go Ra­dia za­py­tał mnie, czy ję­zyk pol­ski się roz­wi­ja. Po­wie­dzia­łem, że tak, i to bar­dzo. Da­łem przy­kła­dy. Po paru go­dzi­nach dzien­ni­kar­ka Pro­gra­mu I Pol­skie­go Ra­dia za­py­ta­ła mnie, czy ję­zyk pol­ski się roz­wi­ja. Nie wy­trzy­ma­łem i po­wie­dzia­łem, że nie­spe­cjal­nie, że mógł­by bar­dziej, i da­łem przy­kła­dy. Nada­no to tego sa­me­go dnia, a pew­na za­przy­jaź­nio­na, ale po­waż­na pani pro­fe­sor, wy­słu­chaw­szy obu wy­po­wie­dzi, mia­ła mi za złe fi­lu­ter­ność na­uko­wą, pod­wa­ża­ją­cą róż­ne rze­czy. Prze­pra­szam bar­dzo tą dro­gą.

Myślę o ję­zy­ku jako ję­zy­ko­znaw­ca, ale my­ślę też o nim jako czło­wiek mó­wią­cy. I my­ślę, że jest tak. Naj­pierw jest świat. Po­tem go po­zna­ję róż­ny­mi zmy­sła­mi. Po­zna­ję go, więc o nim my­ślę. Ta myśl po­win­na do nie­go pa­so­wać. Gdy­by świat za­czął się do­pa­so­wy­wać do my­śli, by­ło­by nie­do­brze. Wte­dy to ja za­czął­bym nie pa­so­wać do świa­ta, tyl­ko że o tym bym nie wie­dział.

Więc myśl pa­su­je do świa­ta. Jest tak, jak my­ślę, że jest, to jest, prze­pra­szam, my­ślę, że jest tak, jak jest, i tak my­ślę, jak jest. A wiem, jak jest, kie­dy mogę roz­po­znać, co jest, a roz­po­zna­ję, co jest, kie­dy mogę to na­zwać. Nie­któ­re na­zwy już znam, in­nych się do­my­ślam, inne po­zna­ję. Jesz­cze inne mogę wy­my­ślić sam.

My­ślę, wy­obra­żam so­bie trzy war­stwy: jed­na to świat, dru­ga to pa­su­ją­ce do nie­go my­śle­nie, a trze­cia to pa­su­ją­cy do tego my­śle­nia (a przez to i do świa­ta) ję­zyk. I, oczy­wi­ście, wiem, że samo my­śle­nie na­le­ży do świa­ta, a i ję­zyk też.

My­ślę o świe­cie, my­ślę też (cza­sa­mi po to, żeby od my­śle­nia o świe­cie uciec) o sa­mym my­śle­niu. O świe­cie mó­wię; mogę, je­śli trze­ba, mó­wić też o my­śle­niu; i o ję­zy­ku też mogę mó­wić. Mó­wić mogę dzię­ki na­zwom. To, o czym w świe­cie my­ślę, czy­li to wszyst­ko, co się skła­da na świat, ma swo­je na­zwy; to, o czym mogę my­śleć w my­śle­niu, czy­li co się w mo­jej my­śli skła­da na my­śle­nie, też ma na­zwy. W ję­zy­ku też wie­le rze­czy ma na­zwy. Sama na­zwa ma na­zwę „na­zwa”, „na­zwa” to na­zwa na­zwy, ale inne na­zwy, na­zwy in­nych rze­czy, nazw osob­nych już nie mają, moż­na je co naj­wy­żej tak­że na­zy­wać tą ogól­ną na­zwą: „na­zwa”.

Ale o tych na­zwach moż­na my­śleć. Moż­na o nich mó­wić.

O tym, ja­kie są. Jak wy­glą­da­ją, jak brzmią, z cze­go się skła­da­ją, co zna­czą, z czym się ko­ja­rzą.

Spo­ry ka­wał ży­cia zaj­mu­je mi my­śle­nie i mó­wie­nie o tej czę­ści świa­ta. Mam na­wet nie­ja­kie po­czu­cie, że, mó­wiąc o na­zwach, mó­wię o świe­cie. A w każ­dym ra­zie o my­śle­niu o świe­cie, a my­śle­nie o świe­cie to dla mnie naj­cie­kaw­sza część świa­ta. Oczy­wi­ście poza tą czę­ścią świa­ta, któ­rą jest my­śle­nie i mó­wie­nie o ję­zy­ku. Zresz­tą kie­dy my­ślę o ję­zy­ku, my­ślę o naj­cie­kaw­szej czę­ści my­śle­nia. Ją­drem świa­ta jest my­śle­nie o nim, ją­drem tego ją­dra jest ję­zyk.

Dobrze, że je­stem ję­zy­ko­znaw­cą, bo mogę zaj­mo­wać się sło­wa­mi.

Sło­wa są dla mnie bar­dzo waż­ne. My­ślę, że tak w ogó­le są chy­ba waż­niej­sze od rze­czy, cho­ciaż to trud­no mie­rzyć. W każ­dym ra­zie sło­wa znam i lu­bię, rze­czy czę­sto nie znam, a wie­lu z tych, któ­re znam, nie lu­bię. O sło­wach dużo my­ślę.

„Słów nam trze­ba, nie czy­nów!”. A ja­ki­mi pięk­ny­mi czy­na­mi są sło­wa! Samo to ha­sło zo­sta­ło zresz­tą po­wie­dzia­ne sło­wa­mi. Poza tym kto po­wie­dział, że jak czy­ny, to nie sło­wa, i od­wrot­nie? Gdzie czy­ny, tam i sło­wa. A że cza­sem sło­wa bez czy­nów? To do­brze, że cho­ciaż sło­wa. Od sa­me­go ich bra­ku czy­nów nie przy­bę­dzie.

O sło­wach na­pi­sa­no i po­wie­dzia­no dużo do­bre­go i dużo złe­go. Jed­ną ich ce­chę trze­ba znać i uznać. Zgo­dzić się z nią, choć to tro­chę trud­ne. Ich moż­li­wość wy­ra­ża­nia pra­wie wszyst­kie­go, co kto chce – i to, że dru­gą stro­ną ich wspa­nia­łej uży­tecz­no­ści jest ich nie­mi­le gięt­ka słu­żeb­ność.

Po­słu­żę się jed­nym z bar­dziej zna­nych cy­ta­tów. „Lecz nade wszyst­ko – sło­wom na­szym, zmie­nio­nym chy­trze przez krę­ta­czy, je­dy­ność przy­wróć i praw­dzi­wość: niech pra­wo za­wsze pra­wo zna­czy, a spra­wie­dli­wość – spra­wie­dli­wość”. Pięk­ne te i jak­że słusz­ne sło­wa cy­to­wa­ne są po wie­le­kroć i za­wsze wszy­scy się z nimi zga­dza­ją. A kie­dy wszy­scy się z czymś zga­dza­ją, są dwie moż­li­wo­ści. Mogą to być praw­dy pod­sta­wo­we i nie­pod­wa­żal­ne, ta­kie, że na­wet wła­ści­wie mó­wić o nich nie trze­ba. Ale (co jest tro­chę mniej pięk­ne) ta po­wszech­na ak­cep­ta­cja może się wią­zać tak­że z róż­nym, zwy­kle do­wol­nym, a naj­czę­ściej ży­cze­nio­wym, ro­zu­mie­niem my­śli i słów, któ­ry­mi są one wy­ra­żo­ne.

Ży­cze­nio­wym – czy­li ta­kim, ja­kie mi wła­śnie od­po­wia­da. Bo czę­sto ro­zu­miem my­śli tak, jak chcę je ro­zu­mieć.

Każ­dy za­tem, na­wet chy­try krę­tacz (a może on wła­śnie przede wszyst­kim), przyj­mie taką ra­cję, któ­rą może po swo­je­mu ro­zu­mieć. Przed sa­mym sobą nie bę­dzie prze­cież chy­trym krę­ta­czem. I on wła­śnie bę­dzie gło­sił, że pra­wo musi zna­czyć pra­wo – bo w obu tych wy­ra­zach, i w obu tych po­ję­ciach, bę­dzie wi­dział to samo.

To, co umoż­li­wia ta­kie szczyt­ne i dla wszyst­kich słusz­ne ape­le, jest jed­no­cze­śnie do­wo­dem na od­wiecz­ną prze­wrot­ność ję­zy­ka, na ciem­ną stro­nę słów: słu­żą kłam­stwu rów­nie gor­li­wie co praw­dzie. W ję­zy­ku usta­la się zna­cze­nia słów i do­wol­nie je zmie­nia. Po­eta w swo­jej za­wo­do­wej na­iw­no­ści jest prze­ciw­ko tej ciem­nej stro­nie i wła­śnie dla­te­go udo­wad­nia, wbrew woli, że jest ona nie­unik­nio­na i że nie ma z tego wyj­ścia.

Więk­szość tego, co wiem, wiem dzię­ki sło­wom, tek­stom, ję­zy­ko­wi. Wię­cej do­wie­dzia­łem się z tego, co usły­sza­łem i prze­czy­ta­łem, niż z tego, co zo­ba­czy­łem czy po­czu­łem. Lu­dzi też znam dzię­ki sło­wom.

Sło­wa róż­nie ukła­dam. Naj­czę­ściej w wy­po­wie­dzi, w tek­sty. Żeby coś opi­sać czy opo­wie­dzieć, żeby roz­ma­wiać i kłó­cić się, żeby być z in­ny­mi. Z ogrom­ną więk­szo­ścią lu­dzi, któ­rych znam, i z ogrom­ną więk­szo­ścią tych, któ­rych nie znam, ale o któ­rych wiem, je­stem przez sło­wa – przez sło­wa o nich, ich sło­wa do in­nych, ich sło­wa do mnie i moje do nich.

Ukła­dam je, te tek­sty, cza­sem dla za­ba­wy. Dla­te­go, że ja­kieś sło­wa bar­dzo do sie­bie pa­su­ją lub zu­peł­nie nie pa­su­ją. To nie­zu­peł­nie za­ba­wa. To też słu­ży cze­muś (za­ba­wa zresz­tą też słu­ży). Ta­kie ukła­dan­ki dają mi po­czu­cie pew­nej au­to­no­mii ję­zy­ka, tego, że mogę ła­twiej wy­obra­zić so­bie ję­zyk bez świa­ta niż świat bez ję­zy­ka.

Cie­szę się też wy­szu­ki­wa­niem słów po­je­dyn­czych, a to dłu­gich, a to krót­kich, a to dziw­nych, ale moż­li­wych. I form słów. Ale w skra­blach nie je­stem naj­lep­szy.

Z róż­nych ukła­dów słów słow­nik wy­da­je mi się naj­po­waż­niej­szy i za­ra­zem naj­bar­dziej bez­sen­sow­ny. Na po­wa­gę wska­zu­ją rze­tel­ność i po­wa­ga słow­ni­ków, ich uży­tecz­ność. Na ab­sur­dal­ność – układ al­fa­be­tycz­ny, któ­ry do­pusz­cza, a na­wet za­kła­da przy­pad­ko­wość. Za­wsze mnie ba­wi­ło, że wiem, jak się słow­nik skoń­czy – ży­zno­ścią.

Ta książ­ka ma układ słow­ni­ko­wy, al­fa­be­tycz­ny. Każ­de sło­wo jest tam, gdzie jego miej­sce. A do słów do­da­ję kil­ka rze­czy. Ja­kąś myśl oso­bi­stą, wspo­mnie­nie wła­sne, cy­tat czy coś in­ne­go – to po pierw­sze. Po dru­gie – coś w ro­dza­ju fe­lie­to­nu. Te fe­lie­to­ny w więk­szo­ści były wcze­śniej dru­ko­wa­ne wła­śnie jako fe­lie­to­ny, głów­nie w mie­sięcz­ni­ku psy­cho­lo­gicz­nym „Cha­rak­te­ry” i w ilu­stro­wa­nym ty­go­dni­ku „Prze­krój”. Te pierw­sze są dłuż­sze i do­ty­czą ra­czej po­jęć niż słów, ale w re­zul­ta­cie i tak na sło­wach się koń­czy. Te dru­gie, krót­sze, to pró­by po­ka­za­nia sło­wa przez za­ba­wę nim, a wła­ści­wie za­ba­wę jego róż­ny­mi uży­cia­mi. Po­le­ga ona przede wszyst­kim na mie­sza­niu su­po­zy­cji i uży­wa­niu tego sa­me­go sło­wa nie tyl­ko w róż­nych zna­cze­niach, ale tak­że na róż­nych po­zio­mach od­nie­sień. Sam się tym ba­wi­łem, może i czy­tel­nik spró­bu­je. Czy­tel­ni­ku…

Słownikautobiograficzny

NIE MAM ŻAD­NE­GO (chy­ba) cha­rak­te­ry­stycz­ne­go po­wie­dzon­ka. A może mam, tyl­ko o tym nie wiem. Ta­kie nie­uświa­da­mia­ne po­wie­dzon­ko by­ło­by naj­bar­dziej au­ten­tycz­ne, spon­ta­nicz­ne. Do­brze by­ło­by też, żeby było ory­gi­nal­ne i ład­ne. Wie­le po­wie­dzo­nek jest ba­nal­nych. Li­te­ra­tu­ra i fil­my jesz­cze je ba­na­li­zu­ją. Szo­fer w jed­nym se­ria­lu, da­mul­ka w dru­gim – mie­li ta­kie samo po­wie­dzon­ko. U szo­fe­ra był to wy­raz pro­ste­go i bez­kom­pro­mi­so­we­go od­bie­ra­nia świa­ta, u da­mul­ki – wy­raz pre­ten­sjo­nal­nej, ale sym­pa­tycz­nej emo­cjo­nal­no­ści. Wolę tę pierw­szą od­mia­nę. Ale oba­wiam się, że czę­ściej by­wam emo­cjo­nal­nie pre­ten­sjo­nal­ny…

Ab­so­lut­nie

Pach­nie trans­cen­den­cją. Coś osta­tecz­ne­go. Ab­so­lut­nie osta­tecz­ne­go. Da­lej nie ma ab­so­lut­nie nic. I żad­nych, ab­so­lut­nie żad­nych wy­jąt­ków. Sa­mych „żad­nych” mo­gło­by być za mało.

Może być i ab­so­lut­nie wszyst­ko, i ab­so­lut­nie nic. Pa­mię­tam ab­so­lut­nie wszyst­ko. Ab­so­lut­nie ni­cze­go nie pa­mię­tam. Nie pa­mię­tam, bo za­po­mnia­łem, za­po­mnia­łem ab­so­lut­nie. I wte­dy to nie­ko­niecz­nie ab­so­lut­nie o wszyst­kim. Mogę za­po­mnieć ab­so­lut­nie – o czymś jed­nym. Na przy­kład za­po­mnia­łem ab­so­lut – nie, co przed chwi­lą na­pi­sa­łem. I mogę ab­so­lut­nie za­po­mnieć, że przed chwi­lą na­pi­sa­łem, że za­po­mnia­łem. Ab­so­lut­nie. Ale wte­dy to już po­wi­nie­nem pa­mię­tać, co za­po­mnia­łem.

Mogę ab­so­lut­nie za­po­mnieć, nie mogę ab­so­lut­nie pa­mię­tać. Na­wet gdy mam pa­mięć ab­so­lut­ną i pa­mię­tam ab­so­lut­nie wszyst­ko, to jed­nak nie mogę pa­mię­tać cze­goś jed­ne­go – ab­so­lut­nie. Mogę do­kład­nie, do­głęb­nie, ale jak nie wszyst­ko, to nie ab­so­lut­nie. I już.

I w ogó­le jest to nie­sy­me­trycz­ne, choć nie ab­so­lut­nie nie­sy­me­trycz­ne. Mogę być ab­so­lut­nie zmę­czo­ny i ab­so­lut­nie wy­po­czę­ty, ale choć mogę mieć ab­so­lut­nie nowy sa­mo­chód, to ab­so­lut­nie sta­re­go nie. Może mi się coś ab­so­lut­nie po­do­bać i ab­so­lut­nie nie po­do­bać, a na­wet nie tyl­ko mnie: może to być ab­so­lut­nie (w ogó­le, dla wszyst­kich, obiek­tyw­nie) ab­so­lut­nie pięk­ne albo ohyd­ne ab­so­lut­nie – ale może być tyl­ko, po­wiedz­my, ab­so­lut­nie nie­spo­dzie­wa­ne. Ab­so­lut­nie spo­dzie­wa­ne jest ab­so­lut­nie nie­moż­li­we. Nie mo­gło­by być też zresz­tą, jak ab­so­lut­nie nic, ab­so­lut­nie moż­li­we.

I to ab­so­lut­nie wszyst­ko, co mogę dziś po­wie­dzieć.

SZCZE­GÓL­NIE LU­BIĘ SŁO­WA am­bi­wa­lent­ne, ta­kie, któ­rych iro­nicz­ne uży­cie sta­je się rów­no­praw­ne z uży­ciem pod­sta­wo­wym. Po­do­ba­ją mi się sło­wa wy­ra­ża­ją­ce wąt­pli­wo­ści, pod­wa­ża­ją­ce twier­dze­nia roz­mów­cy: zwłasz­cza te, któ­ry­mi mogę to zro­bić może bez­ce­re­mo­nial­nie, ale szcze­rze i bez­po­śred­nio. A oprócz tego, osob­no, lu­bię sło­wa, któ­re mimo ob­ce­go po­cho­dze­nia są bar­dzo pro­ste i wska­zu­ją na za­ży­łość.

Aku­rat

Sło­wa w pol­skim ję­zy­ku ak­cen­tu­ję zwy­kle na sy­la­bie przed­ostat­niej, zda­rza się, że na trze­ciej od koń­ca, rzad­ko – na czwar­tej. Cza­sem – na ostat­niej. Jest też parę, któ­re mogę ak­cen­to­wać róż­nie. I aku­rat to sło­wo mogę na ostat­niej: „aku­rat”, albo na przed­ostat­niej: „aku­rat”. Kie­dy ak­cen­tu­ję na ostat­niej, my­ślę, że tak aku­rat bę­dzie bar­dziej wy­ra­zi­ste: aku­rat! Moc­ne, jędr­ne. Ale po­tem za­raz my­ślę, że może aku­rat wca­le nie, że aku­rat od­wrot­nie. I ak­cen­tu­ję na przed­ostat­niej, tro­chę ją prze­dłu­ża­jąc: aku­rat.

Mó­wię „aku­rat”, kie­dy za­uwa­żam, że coś bar­dzo pa­su­je. Wła­śnie to, co trze­ba. Mia­ło być sie­dem­na­ście – i aku­rat tyle jest. Do­brze by było spo­tkać te­raz Ste­fa­na – i aku­rat Ste­fa­na wi­dzę z da­le­ka. Cześć, Ste­fan. Aku­rat o To­bie my­śla­łem.

Czy­li: w tej chwi­li. W tej aku­rat chwi­li. Albo: aku­rat przed chwi­lą po­my­śla­łem. A cza­sem: aku­rat za chwi­lę. Mia­łem po­my­śleć. Albo coś zro­bić, co daw­no po­wi­nie­nem. Na przy­kład za­dzwo­nić do Ste­fa­na. Jak tyl­ko po­my­śla­łem, aku­rat za­dzwo­nił te­le­fon. I, jak na złość, mu­siał to być aku­rat Ste­fan.

– Do­brze, że dzwo­nisz, Ste­fan. Aku­rat mia­łem dzwo­nić do Cie­bie.

– Aku­rat! (Czy­li: „nie wie­rzę!”. Nie dał się Ste­fan na­brać. In­nych może bym na­brał, ale aku­rat jego trud­no na­brać. Znam go do­brze). Aku­rat mia­łeś dzwo­nić! Mów to komu in­ne­mu!

Komu mam mó­wić? Dzwo­nię aku­rat do Ste­fa­na, nie do kogo in­ne­go. Ale on aku­rat taki jest. Mógł­by być inny, ale jest aku­rat taki. Taki aku­ratny. Choć­bym go chciał zmie­nić, aku­rat jego nie zmie­nię.

Ale aku­rat wca­le nie chcę. Aku­rat! Tego by bra­ko­wa­ło!

ZA­WSZE MIA­ŁEM I MAM nadal po­czu­cie osta­tecz­no­ści, de­ter­mi­na­cji. Mimo tak czę­ste­go wy­ra­ża­nia al­ter­na­tyw.

Albo

Cał­kiem po­rząd­ne sło­wo. Albo in­a­czej: wy­raz. Uży­wam go, gdy chcę coś po­łą­czyć albo roz­dzie­lić.

Mó­wię „albo”, gdy chcę po­wie­dzieć, że może to to, a może tam­to. Ktoś tu był – Jan albo Piotr. Cza­sem to waż­ne, kto. Jan albo Piotr – wy­bie­raj! A cza­sem nie.

Jan albo Piotr, wszyst­ko jed­no. A cza­sem to tak wszyst­ko jed­no, że to jed­no: „Jan albo Piotr (bo i Pio­trem go na­zy­wa­ją) był tu nie­daw­no”. Wte­dy cza­sem to uści­ślam i mó­wię ra­czej: „Jan albo ra­czej Piotr” albo in­a­czej: „Jan albo in­a­czej Piotr”. Albo nie uści­ślam i nie mó­wię.

Kie­dy mó­wię „albo przy­najm­niej”, to to dru­gie mniej­sze jest od pierw­sze­go, a kie­dy „albo na­wet” – to jest więk­sze. Zro­bił to albo przy­najm­niej chciał. Chciał zro­bić albo na­wet zro­bił. A naj­cie­kaw­sze jest „albo i”. Albo i nie naj­cie­kaw­sze.

Bywa god­no­ścio­we. Albośmy to jacy tacy? Co to? Nie do­ce­nia­ją nas? Le­piej niech do­ce­nią, albo…

„Albo” daje al­ter­na­ty­wę. Cza­sem mnie ją daje. Sły­szę: „Zo­stań albo wyjdź” – i to jest ja­sne. Bywa go­rzej: „Wyjdź albo cię wy­rzu­cę”. Mam niby wy­bór, ale przy­kry. Albo na przy­kład: „Pie­nią­dze albo ży­cie!”. Cza­sem wy­bór jest ła­twiej­szy: „Śmierć albo pie­nią­dze!” (wy­bie­ram to dru­gie). Albo ja­kiś nie­okre­ślo­ny, jak, po­wiedz­my: „Weź zrób coś albo co!”. Nie­okre­śle­nie też bywa groź­bą: „Ucie­kaj, albo…”. Nie wiem co – iw stra­chu ucie­kam.

Kie­dy nie może być za­ra­zem jed­no i dru­gie, mó­wię „albo” dwa razy. „Albo tak, albo nie!”. A kie­dy ten dy­le­mat po­twier­dzam, mó­wię te dwa razy ra­zem. Alboalbo.

A bywa, że nie wiem, jak jest. I mu­szę to po­wie­dzieć. Ale też nie mu­szę wie­dzieć. Wte­dy uda­ję, że py­tam. „Albo ja wiem?”. Nie wiem, nie mu­szę. Albo ja ja­kiś uczo­ny je­stem? Albo to mało ta­kich, co to wszyst­ko wie­dzą? I jak tak za­py­tam, za­raz mi le­piej.

Albo i nie.

WY­KO­RZY­STU­JĘ SZAN­SĘ, kie­dy mogę rzecz ująć nie­jed­no­znacz­nie, z za­strze­że­nia­mi – ale draż­ni mnie, gdy wy­ko­rzy­stu­ją ją inni. Wy­obra­żam so­bie z przy­jem­no­ścią pryn­cy­pial­ny świat. Bez wa­run­ków i za­strze­żeń. Ale…

Ale

– Ale, ale, Ka­pi­ta­nie […] wszak­że da­łeś sło­wo […]

– Cóż sło­wo? […] Sło­wo dam na nowo! […] Ot, sło­wo!

(Ro­bak z Ry­ko­wem w Panu Ta­de­uszu)

„Ale, ale” to dwa sło­wa. Mó­wię tak, jak so­bie coś przy­po­mnę. Ale jak ktoś za­po­mni. A jak na coś wpad­nę, mó­wię „no, ale wła­śnie”.

Jak nie wie­rzę, mó­wię „ale!”. Ta­kie na­sze swoj­skie „aku­rat!”. Jesz­cze bar­dziej swoj­skie by­ło­by „hale!”. Ta­kie Bo­ry­no­wo-gó­ral­skie. Ża­łu­jąc, mó­wię: „ale cóż…”, a po­dzi­wia­jąc: „ale…” i wsta­wiam, co po­dzi­wiam, na przy­kład „ale leje”, „ale heca” itd. Kie­dy je­stem za­sko­czo­ny, kie­dy nie zga­dzam się z tym, co wi­dzę, mó­wię „ale prze­cież to nie tak!” albo coś w tym ro­dza­ju.

A kie­dy in­nych prze­ko­nu­ję, że jed­nak, że wła­śnie, to mó­wię „ale tak!”, czę­sto do­da­jąc na okra­sę „ż”. Cza­sem prze­ko­nu­ję bar­dzo. „Bar­dzo, ale to bar­dzo”.

Mó­wię „ale” z grzecz­no­ści. Cza­sem tak układ­nej, że aż mniej grzecz­nej od jej bra­ku. „Przy­kro mi, ale pan się myli”. Za­miast „nie­praw­da”. „Prze­pra­szam, ale nie mam cza­su”. Za­miast „pro­szę wyjść”. Zwy­kle wolę sły­szeć to dru­gie, mniej układ­ne.

Ale głów­nie mó­wię „ale” mię­dzy rze­cza­mi, co się ze sobą nie zga­dza­ją. Niby do­brze, ale z dru­giej stro­ny źle.

Ład­nie, ale bez sen­su. Nie­do­brze: do­brze by­ło­by, gdy­by i ład­nie, i z sen­sem. Szko­da. A z ko­lei: „bez sen­su, ale ład­nie” to: wpraw­dzie bez sen­su, ale nie szko­dzi, bo ład­nie. Zależy, co pierw­sze. Li­czy się, co na koń­cu.

„Mogę, ale nie chcę” – nie zro­bię. „Chcę, ale nie mogę” – też nie. A „nie mogę, ale chcę”? Może jed­nak, je­śli bar­dzo chcę… „Nie chcę, ale mu­szę”. Oczy­wi­ście.

„Przy­szedł póź­no, ale zdą­żył”. Spo­dzie­wa­łem się, że jak przyj­dzie póź­no, to nie zdą­ży, a zdą­żył. Mimo to. „Mą­dry, ale bied­ny”. Nie na wie­le mu się ta mą­drość przy­da­je. Jak taki mą­dry, mógł­by nie być bied­ny – a jest. Cho­ciaż taki mą­dry.

„Niech bę­dzie bied­ny, ale czy­sty / Nasz dom…”. Czy­li jak bied­ny, to my­śli­my, że prę­dzej brud­ny? „Bied­ny, ale uczci­wy”. Jesz­cze go­rzej. To niby, jak kto bo­ga­ty, prę­dzej bywa uczci­wy? Chy­ba po­win­no być: „bo­ga­ty, ale uczci­wy”! No nie, tu mam skrót. Bied­ny to źle – ale uczci­wy, to znów do­brze. Tu­taj „ale” to tyle, co „za to”, a nie „mimo to”. Ale skąd mam wie­dzieć, któ­re to „ale”?

„ Ale” ogra­ni­cza. „Tak, ale nie do koń­ca”. „Do­brze, ale nie ze wszyst­kim”. To czy do­brze? Chy­ba jed­nak nie. „Lu­bił go, ale nie za bar­dzo” (nie prze­pa­dał za nim). „Lu­bię po­mi­do­ry, ale nie tak zno­wu, żeby je jeść”. „Mą­dre, ale nie za bar­dzo” – to zło­śli­wa kry­ty­ka. „Je­steś in­te­li­gent­ny, ale bez prze­sa­dy” jest gor­sze niż „ty bał­wa­nie”.

Ale na tym nie ko­niec (czy­li czu­ję, że mo­żesz my­śleć, że ko­niec? Nie: dużo już było, ale jesz­cze coś zo­sta­ło).

Zo­sta­ło jed­no małe „ale”. Rza­dziej mó­wię „duże ale”. Czy to zna­czy, że „ale” czę­ściej bywa małe? Wręcz prze­ciw­nie, mu­szę mó­wić, że jest małe, bo zwy­kle bywa duże. A prze­cież i tak, kie­dy mó­wię, że jest jed­no małe ale, roz­bi­jam w pył i proch to, co wła­śnie po­wie­dzia­no. Po­wie­dzia­no i ucie­szo­no się. A ja: „w po­rząd­ku, ale jest jed­no ale”.

I ko­niec.

NIE­KTÓ­RE SŁO­WA WY­PO­WIA­DA­ŁEM, żeby do­da­wa­ły mi ta­jem­ni­czo­ści. Wy­po­wia­da­łem je cza­sem, gdy nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. „Ba!”. Woła tak Asa­sel­lo do Mał­go­rza­ty przy pierw­szym spo­tka­niu – to mu umoż­li­wia znik­nię­cie. Cza­sem za­pi­sy­wa­łem to w za­gra­nicz­nej for­mie – bah! Tak pi­sał zresz­tą Sło­wac­ki. To przy­po­mi­na­ło (mnie sa­me­mu w każ­dym ra­zie) ude­rze­nie.

Ba

Jed­no z pierw­szych słów, któ­re czło­wiek wy­po­wia­da. Ła­two je wy­mó­wić, ba, na­wet przy­jem­nie. Dźwięcz­ne jest i krót­kie. I zna­czą­ce.

Bo też zna­czeń ma spo­ro, roz­róż­nia­nych in­to­na­cją. „Ba!” dzi­wię się, nie­co roz­cza­ro­wa­ny. Już by­łem w ogród­ku, a tu oka­zu­je się… Baaa – nie mogę po­wstrzy­mać jęku za­wo­du. To bar­dzo dziw­ne, za­ska­ku­ją­ce!

A z dru­giej stro­ny uży­wam „ba” przy mó­wie­niu o rze­czach zro­zu­mia­łych aż do oczy­wi­sto­ści. Do po­twier­dza­nia, wska­zy­wa­nia, że to zu­peł­nie nor­mal­ne, gdy wziąć pod uwa­gę, że… Ba, mó­wię, w tej sy­tu­acji to nic dziw­ne­go… To prze­cież ja­sne! Mó­wiąc „ba”, po­ka­zu­ję, że do­brze ro­zu­miem dzia­ła­nie oko­licz­no­ści.

„On to zro­bił we czwar­tek? Ba, we czwar­tek każ­dy by zro­bił! Gdy­bym ja tam był we czwar­tek, też bym zro­bił…”. Tyl­ko że jak to po­wiem, wte­dy mogę usły­szeć inne „ba”: „Ba, gdy­by! To by­ła­by cał­kiem inna spra­wa! Ła­two ci po­wie­dzieć! Trze­ba było być!”.

I dziw­nie roz­cza­ro­wu­ją­ce, i ba­nal­nie oczy­wi­ste, i zwra­ca­ją­ce uwa­gę na ła­twość mó­wie­nia. A oprócz tego wska­zu­ją­ce na to, że coś tak bar­dzo jest (ba, pew­nie, że jest!), i na to, że wca­le tego nie ma (ba, jesz­cze tego by bra­ko­wa­ło!) – czy­li w pew­nym sen­sie po­twier­dza­ją­ce, że jest in­a­czej, niż mó­wisz (tak!). Czy my­ślisz.

Ba, na tym nie ko­niec. Uży­wam „ba”, żeby po­ka­zać, że nie ko­niec. Że na­wet wię­cej. Ba, cza­sem dużo wię­cej.

A kie­dy się ze mną nie zga­dzasz, mogę po­wie­dzieć „ba” parę razy i ostrzec Cię w ten spo­sób. Ba, ba, ba, nie za­pę­dzaj się! Uwa­żaj!

Uwa­żam.

NIE PRZE­PA­DAM za prze­sa­dą ję­zy­ko­wą. Bar­dzo mnie razi mó­wie­nie, że coś jest ja­kieś: nie­by­wa­le, fan­ta­stycz­nie, nie­sły­cha­nie. Ale lu­bię sły­szeć, że coś jest ja­kieś – bar­dzo. Mó­wić też. Gdy­by to się znów przy­ję­ło, wró­cił­bym do mó­wie­nia, że do­syć.

Bar­dzo

Jak się za­sta­no­wić, to do­syć dziw­ny wy­raz. Na­wet bar­dzo dziw­ny. Dziw­nie brzmi i wy­glą­da. A w ogó­le jest ja­kiś nie­zu­peł­ny. Bar­dzo co?

Stop­niu­je się, jak naj­bar­dziej. Ale też nie bar­dzo sam się stop­niu­je, tyl­ko po­ma­ga w stop­nio­wa­niu cze­goś in­ne­go, co samo nie bar­dzo po­tra­fi. Cie­pło – cie­plej, ale go­rą­co – bar­dziej go­rą­co. „Go­rę­cej” jest ja­kieś ta­kie nie bar­dzo.

Z jed­nej stro­ny – ka­wa­łek for­my od­mia­ny, z dru­giej – bar­dzo przy­zwo­ite sa­mo­dziel­ne sło­wo. Jak bar­dzo sa­mo­dziel­ne, za­le­ży od uży­cia.

Do­da­ję „bar­dzo” do na­zwy ja­kiejś ce­chy, kie­dy chcę wy­ra­zić duże jej na­tę­że­nie. I bar­dzo do­brze. Ale czę­sto „nie bar­dzo