Mój czołg - Viktor Horvath - ebook
Opis

Rok 1968

Breżniew, Kádár, Żiwkow, Ulbricht i Gomułka tworzą plan najazdu wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, a ich burzliwe rozmowy tłumaczy poczciwy, choć niezbyt rozgarnięty młody podporucznik. Choć nie rozumie nic a nic z politycznych intryg, żyje wiarą w komunizm, a w wolnym czasie rozgrywa bitwy plastikowych żołnierzyków i koresponduje z narzeczoną, którą z lękiem pyta, czy w kontrrewolucyjnej Czechosłowacji wprowadzono już seks.

Viktor Horváth dopisuje kolejny rozdział do tradycji „dobrego wojaka”, który rozśmiesza i jednocześnie obnaża absurdy systemu, wielkiej historii i polityki. Autor pozostaje przy tym czuły na niuanse relacji węgiersko-słowackich – wystarczy wspomnieć, że bohater zapytany o narodowość odpowiada, że jest „Węgrem. To znaczy Czechosłowakiem. Znaczy Słowakiem”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Viktor Horváth

Mój czołg

 

 

Anna Butrym

(ur. 1985, Przemyśl) – absolwentka filologii węgierskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, ukończyła studium podyplomowe w Budapeszcie w zakresie tłumaczeń literackich. Wielokrotna laureatka konkursów translatorskich, w 2016 roku otrzymała nagrodę dla najlepszego tłumacza 8. edycji Festiwalu Conrada. Przekłada teksty prozatorskie, poetyckie, dramatyczne i okołoliterackie, prowadzi spotkania autorskie oraz wykłady poświęcone Węgrom i ich szeroko rozumianej kulturze, pisze teksty związane z węgierską literaturą. Autorka przekładu m.in. Tureckiego lustra Viktora Horvátha, które w 2012 r. zdobyło Europejską Nagrodę Literacką. W jej tłumaczeniu ukazały się również Dom kata Andrei Tompy (doceniony w ramach nagród Ambasador Nowej Europy 2017 i Angelus 2017), Linie kodu kreskowego Krisztiny Tóth oraz szereg innych książek i tekstów, prezentowanych w periodykach literackich i na deskach teatralnych. Stale współpracuje z Węgierskim Instytutem Kultury w Warszawie, bierze udział w międzynarodowych projektach hungarystycznych i tworzy autorski wideoblog kulturalny „Węgierska randka”. Zajmuje się tłumaczeniami ustnymi i pisemnymi, konferansjerką, szkoleniami z wystąpień publicznych oraz działalnością medialną. Pełni rolę sekretarza zarządu Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Swoim dorobkiem dzieli się na www.annabutrym.pl.

Tytuł oryginału węgierskiego: Tankóm

Redakcja: Małgorzata Wiśniowska-Deluga

Korekta: Kamila Buchalska, Elżbieta Regulska-Chlebowska

Projekt okładki: Tamás Horváth

Konwersja: O!Studio Magdalena Kocińska

© Viktor Horváth, 2018

© for the Polish translation by Anna Butrym 2018

Copyright © for the Polish edition by Książkowe Klimaty

Tłumaczenie iwydanie książki powstało przy wsparciu Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego | Supported by The International Visegrad Fund.

 

Mój czołg Viktora Horvátha to czwarty tytuł opublikowany wramach środkowoeuropejskiej serii K4. Celem serii jest przybliżenie czytelnikom współczesnej literatury czeskiej, słowackiej, polskiej iwęgierskiej we wszystkich tych krajach jednocześnie.

 

e-ISBN: 978-83-65595-41-6 (e-pub)

I. Zima

Boimy się

6 stycznia 1968, sobota

Szliśmy zwyczajnie, chodnikiem obok siebie, ale ja bardzo się bałem, bo dziewczynę, jak już się ją odprowadzi do domu, trzeba zawsze na pożegnanie pocałować, aja jeszcze nigdy się nie całowałem. Asfalt skuty był lodem, mróz szczypał mnie wpalce ustóp. Dziewczyna miała na imię Julika.

– Czytałaś ten artykuł wdzisiejszej „Wolności Ludu”? – zapytałem.

Spojrzała na mnie ztakim zaskoczeniem, jakbym chciał ją pocałować, albo jakbym nie chciał jej pocałować. Wtakiej sytuacji to obowiązek chłopaka. Co będzie, jeśli nie znajdę wsobie odwagi? Co będzie, gdy dotrzemy pod bramę?

– Jaki artykuł?

Powiedziała to już życzliwie, wciąż zprzyganą, ale jednak cicho iwybaczająco; nie miałem śmiałości spojrzeć wbok, ale czułem, że uśmiecha się łagodnie, jak moja mama, kiedy zbyt szybko próbuję wepchnąć sobie do ust banana lub poplamię koszulę, dajmy na to, budyniem czekoladowym, który bardzo lubię, ale gdy jeszcze całkowicie nie ostygnie, to jest kleisty, iwtedy kropla złatwością może spaść mi na koszulę. Po ostygnięciu budyń czekoladowy jest owiele gęstszy, można go kroić łyżeczką, ana wierzchu tworzy się kożuch. Kożuch zawsze zjadam osobno. Można też do budyniu dodać rodzynek. Będę musiał ją potem pocałować.

– No… zaraz na pierwszej stronie – odparłem. – Odbyło się posiedzenie Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Czechosłowacji.

– Tak?

– Tak. Zdymisjonowano Novotnego.

– Umamy wurzędzie też zwolniono dyrektora departamentu – odpowiedziała.

– Ale to przecież nie to samo. To tak, jakby unas zdymisjonowano towarzysza Kádára – zawahałem się, bo być może nie powinienem był przywoływać takiego przykładu. – Nie można tego zrobić tak po prostu. Ważnych przywódców nie można pozbawiać stanowiska jak kierowników wfabryce czy urzędzie, albo dowódców wwojsku.

– Keith Richards ma nową dziewczynę, pili razem colę na zdjęciu – powiedziała Julika.

– Na jakim zdjęciu?

– W„Magazynie Młodzieży”. Tobie nie przysługuje „MM”?

– Nie. To znaczy tak, znaczy: nie przysługuje, ale kupuję go osobno wkiosku. – Dzięki temu moja sytuacja stała się łatwiejsza, niż gdybym musiał bujać, że mam prenumeratę. – Tylko najnowszego jeszcze nie kupiłem.

– Jest też artykuł obok zdjęcia.

– Aha. Tak. Dobrze, sprawdzę.

Bardzo się już denerwowałem, bo skręciliśmy za róg idostrzegłem dom ibramę do klatki schodowej. Wiedziałem, która to klatka, bo poprzedniego dnia, iwcześniej też, śledziłem Julikę, gdy wracała do domu, iwszedłem za nią po schodach, żeby dowiedzieć się, na którym piętrze mieszka.

– Novotnego zdymisjonowano ipierwszym sekretarzem został Dubček. Ale Novotný to wciąż ważna osobistość. Pozostał na stanowisku prezydenta. Do tej pory był jednocześnie prezydentem ipierwszym sekretarzem.

– Pierwszym sekretarzem? Jakim pierwszym sekretarzem?

– Pierwszym sekretarzem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Nie rozumiem, Juliko, jak możesz tego nie wiedzieć? Przecież jesteś obywatelką Czechosłowacji. Azatem Czechosłowaczką. To są ważne sprawy obywatelskie.

– Tak, rzeczywiście, będę zwracać na to uwagę – powiedziała Julika. – Od teraz Dubček jest pierwszym sekretarzem.

Dotarliśmy pod klatkę.

– Dzisiejsza „Wolność Ludu” pisała otym… Ale tego wyboru dokonano uwas już wczoraj.

– Unas? WLévie?

– Nie, wPradze, stolicy Czechosłowacji.

– A, tak, rozumiem. Ale my mieszkamy wLévie, to znaczy wLevicach – powiedziała Julika.

– No tak. Tam.

Staliśmy wciszy. Czeka, żebym ją pocałował, pomyślałem. Była zwrócona do mnie nieco bokiem, zwiesiła głowę, jedną nogę postawiła na stopniu imilczała, ja zaś nie miałem śmiałości, by zrobić cokolwiek. Upłynęło zbyt dużo czasu, położyła dłoń na klamce inacisnęła ją. Tak wolno, jak po wiosennym niebie płynie baranek.

– Mam nadzieję, że unas nie zdymisjonują towarzysza Kádára – powiedziałem nagle, nim do końca nacisnęła klamkę.

Robiła to powoli, aprzecież nie miała rękawiczek. Jak wyraźnie widać każdy szczegół, gdy się boimy! Nie żebym się bał; byłem tylko zdenerwowany. Właściwie niespokojny.

– Ato nie za wiele, jak ktoś jest jednocześnie ipierwszym sekretarzem, iprezydentem? – zapytała.

– Co? Kto?

– Novotný.

– A, nie. Moim zdaniem nie. Jeśli jest dobrym komunistą. Ijeśli potrafi dobrze pokierować krajem, to może być jednocześnie iprezydentem, ipierwszym sekretarzem. Ale to prawda, że unas osobno jest pierwszy sekretarz iosobno prezydent.

– Akto jest prezydentem?

– Unas? Pál Losonczy. AKádár jest pierwszym sekretarzem. Widzisz, teraz iuwas te stanowiska są rozdzielone.

– Niech żyje! – powiedziała, otwierając bramę. Marzłem wpalce ustóp, coś ściskało mnie za gardło, przez co rozszerzył mi się kanał pomiędzy strunami głosowymi auszami isłyszałem echo własnego głosu, potem wszystko zeszło niżej, wokolice brzucha, ipaliło.

– „Magazyn Młodzieży” to postępowa gazeta. Gazeta Komunistycznego Związku Młodzieży – powiedziałem.

– Interesuje cię? Pokażę ci tamto zdjęcie.

– Jakie zdjęcie?

– To, na którym są Rolling Stones inowa dziewczyna Briana Jonesa. Protestują przeciwko wojnie wWietnamie.

– Wcześniej mówiłaś okimś innym. Kto pił colę.

– A, tak, bo tamten też ma nową dziewczynę.

– Wporządku. Gdzie mi pokażesz?

– No, na górze. Unas.

– Mogę wejść?

– Tak, jasne. Jeśli chcesz. Chcesz?

– No tak. Chcę. Ale muszę wracać do koszar.

– Dzisiaj?

– A, nie. Jutro.

– To wejdziesz?

– Nie jest jeszcze za późno?

– Jeszcze nie. Wejdziesz?

– Wejdę.

Abwehra

Wydarzyło się to na początku stycznia 1968 roku, wdzień Objawienia Pańskiego, oczywiście to święto już nie obowiązuje. Ruszyliśmy wgórę schodów.

– Lepiej byłoby jednak, jeśli zaszedłbym do ciebie jutro.

– Jutro? Jutro wracamy do Czechosłowacji – odparła Julika.

– Tak? Już jutro?

– Tak. Wiesz, przyjechaliśmy do mojej matki chrzestnej tylko na święta.

– Wiem.

– Skąd?

– To znaczy: tak tylko myślałem. Ale ta cała sprawa zchrzestnymi to klerykalne wstecznictwo.

– Aco, ty nie masz rodziców chrzestnych?

– Mam.

Wszedłem na drugi stopień, Julika znalazła się nieco zprzodu, ale nie całkowicie przede mną, tylko połowicznie. Jeśli szłaby obok mnie, zostałaby wtyle, bo schody pięły się koliście, to znaczy spiralnie, iosoba po zewnętrznej stronie musiała pokonać dłuższą drogę, dlatego albo ta druga musiała zwolnić, albo ta po zewnętrznej biec, my zkolei szliśmy zwróceni na pół ku sobie ina każdym podeście musieliśmy się wymijać. Ale przynajmniej nie było tak mroźno jak na ulicy. Chociaż ręce inogi miałem zimne.

To wszystko nastąpiło po tym, jak poprzedniej jesieni wKomunistycznej Partii Czechosłowacji zaczęli spierać się ze sobą bratni towarzysze, aAlexander Dubček spierał się najmocniej. Wszyscy pokładali wnim nadzieję.

Niewiele widziałem wciemności.

– Odwiedzę cię wLevicach, dobrze? – powiedziałem do Juliki.

– Dobrze.

Byłem wniej zakochany. To była miłość proletariacka, trudna miłość.

Dotarliśmy na wysoki parter, chciałem iść dalej, ale Julika mnie powstrzymała.

– Dokąd idziesz?

– No, do was. Nie idziemy do was?

– Ale skąd wiesz, na którym mieszkamy?

Odkryła, że ją śledziłem. Pokpiłem sprawę. Nie gniewała się jednak, raczej cieszyła, ja zkolei byłem zmieszany.

– Nie ma tu światła? – zapytałem inacisnąłem przy którychś drzwiach włącznik oświetlenia na klatce, ale to nie był kontakt, tylko dzwonek, który zaskrzeczał bardzo dokuczliwie. Popędziłem wdół schodów, Julika zaś wgórę, rozdzieliliśmy się. Szarpnięciem otworzyłem bramę iwyskoczyłem na ulicę, wbiegłem jednak zpowrotem na klatkę, ale już nie ku górze, tylko dalej wdół, iukryłem się wzejściu do piwnicy.

Na górze ktoś otworzył drzwi. Cisza, sapanie, potem zwnętrza, zoddali, dobiegł głos kobiety:

– Kto tam?

– Kto tam, nie wiem, kto tam, nikogo tu nie ma, jakieś głupie szczeniaki dzwoniły.

– Przeciąg jest, Béla, zimno idzie, zamknij już te drzwi.

Zmieszkania zalatywało smażoną kiełbasą ikiszonkami.

– Przeciąg, ajakże. Bo zostawiają otwartą bramę, żeby im mucha dupy nie dała.

Usłyszałem człapanie, mężczyzna zszedł do bramy, zamknął ją, po czym zpowrotem wspiął się po schodach, ja zaś czaiłem się na dole. Wtakiej chwili, wmomencie zagrożenia, każdy hałas jest mocniejszy. Każdy zapach intensywniejszy. Gdzieś grał telewizor, rozpoznałem melodię kończącą serial Stawka większa niż życie, potem spikerka coś powiedziała, ale nie zrozumiałem słów, myślałem raczej oStawce. Bardzo lubiłem ten serial. To znaczy, kiedy mogłem go oglądać. Kapitan Kloss przeniknął do faszystowskiej armii niemieckiej, oczywiście nie nazywał się Kloss, to było nazwisko operacyjne, bo tak naprawdę był polskim szpiegiem; grał go Stanisław Mikulski. Stawka to polski film. Kapitan Kloss był uNiemców najpierw tylko podporucznikiem, potem awansował przez coś takiego, co akurat dla Polaków iSowietów było dobre, ale Niemcy sądzili, że to właśnie im się przysłużył, bo Kloss był ichniejszym oficerem – oficerem Abwehry, to znaczy Niemcy tak sądzili. Abwehra była organem kontrwywiadu warmii niemieckiej. Taka przebiegłość to charakterystyczna cecha kapitana Klossa. Przeniknął akurat do tej jednostki, która właśnie jego miała schwytać.

Mężczyzna wrócił do mieszkania, zamknął drzwi za sobą izapachem kiełbasy, my zaś poczekaliśmy chwilę wciemności, po czym Julika krzyknęła do mnie zgóry zduszonym głosem:

– Jesteś tam?

– Tak. Aty gdzie jesteś?

– Tutaj. Chodź na górę.

Iwszedłem na górę

Przeskakiwałem po trzy stopnie, choć bałem się, co będzie, kiedy tam dotrę, ponieważ wiedziałem, że znajdę się wtym samym co dotąd punkcie: wejdę do mieszkania, Julika posadzi mnie wswoim pokoju, pokaże „Magazyn Młodzieży”, będziemy go kartkować, oglądać zdjęcia Beatlesów, Rolling Stonesów iJimiego Hendrixa. Julika otworzy też na tej stronie, gdzie młodzi pytają lekarza oseks, aon im odpowiada, ale tego nie można przeciągać wnieskończoność, wreszcie: albo się znią pożegnam – awtedy tak samo będę musiał ją pocałować, jak musiałem do tej pory – albo zostanę tam do rana, póki nie wrócę do koszar, ale iwówczas muszę ją wcześniej czy później pocałować. Mimo to nie chciałem wejść na górę zbyt wolno, żeby Julika nie pomyślała, że nie potrafię szybko biegać. Mężczyzna musi być szybki isilny.

Staliśmy przed drzwiami, patrząc na siebie, ze środka dobiegał sygnał wieczornego Dziennika Telewizyjnego, wtym momencie na ekranie zawsze pojawia się ogromna kamera: najpierw spogląda wbok, potem powoli odwraca się wnaszą stronę, ma czworo oczu, ate oczy wystają zdługich rurek, umieszczonych na błyszczącej powłoce korpusu; kamerą operuje człowiek, nie widać jego twarzy, zwraca się jedynie ku nam czworooką maszyną, akiedy już patrzy na nas zupełnie prosto, kręci małym kółkiem zboku, potem zaś zaczyna się dziennik.

– Teraz włożę klucz igo przekręcę, potem otworzę drzwi, aty wtym czasie zdejmij buty. Ja też zdejmę.

– Ale dlaczego mamy je zdejmować?

– Ciii. Muszę wejść do mojego pokoju po cichu. Uważaj. Zaczynam.

Kiedy piórko klucza obróciło wśrodku zasuwkę, Julika nie pozwoliła, żeby ta stuknęła, tylko przytrzymała ją kluczem przekręconym aż do oporu, po czym powoli go poluzowała, tak by sprężyna wewnątrz popchnęła na swoje miejsce części zamka. Patrzyłem zpodziwem, jaka zręczna dziewczyna ztej Juliki.

– Zdejmij wreszcie te buty.

Teraz klamkę nacisnęła równie powoli, zowiele większą siłą, niż byłaby potrzebna, iowiele wolniej, niż należałoby, akiedy klamka już znieruchomiała, Julika zastygła przez chwilę, nasłuchując. Oba języki zamka zpowrotem schowały się wskrzydle drzwi, można było oszaleć, ale Julika nadal trzymała klamkę naciśniętą.

– Już na pewno się dowiedzieli – szepnąłem pośpiesznie.

– Kto?

– Pozostali bratni przywódcy. Na przykład Niemcowi, Walterowi Ulbrichtowi zNRD, otym, że Novotnego zdymisjonowano, powiedział ambasador Czechosłowacji, na co towarzysz Ulbricht uniósł brwi: Ach so, zobaczymy więc, co powie na to towarzysz Breschnew.

– Bądź cicho, inaczej nie mogę otworzyć, bo nas usłyszą – odparła, ale ja znowu poczułem lęk.

– Towarzysz Todor Żiwkow, wSofii, przywódca Bułgarii, zpewnością też już wie: No proszę, no proszę, acóż na to Leonid Iljicz Breżniew? Towarzysz Władysław Gomułka także zdziwił się wWarszawie inatychmiast zadzwonił na Kreml.

– Aco to ten Kreml? – szepnęła Julika.

– Kreml jest wMoskwie. To twierdza towarzysza Breżniewa.

– Ucisz się, proszę, żebyśmy mogli wejść.

– Zkolei rumuński towarzysz Nicolae Ceauşescu zadzwonił nie na Kreml, ale do swoich węgierskich szpiegów wBratysławie, znaczy się: wywiadowców: Aha, aha, zatem mówicie, towarzyszu Szabó, że ten Dubček to nie Czech, tylko Słowak? Bardzo dobrze. To wybitny przykład internacjonalizmu proletariackiego. Minunat. Breżniew też zpewnością tak sądzi. Dymisja Novotnego zastanowiła także towarzysza Tito, porozmawiał więc ztowarzyszem Jánosem Kádárem izdecydowali, że poczekają na opinię towarzysza Breżniewa.

– János Kádár dowiedział się od Tito?

– Nie, zadzwonił do niego węgierski ambasador wPradze tuż po posiedzeniu plenarnym Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Wczoraj.

– No dobrze. ABreżniew wkońcu co powiedział?

– Powiedział: Nu, choroszo. Ten towariszcz jest wporządku.

– No dobrze, to wszystko jest bardzo mądre. Ateraz uważaj. Wchodzimy.

IJulika powoli otworzyła drzwi wejściowe. Na szczęście panowała ciemność, drzwi do dużego pokoju wkońcu przedpokoju były zamknięte, wśrodku migał niebiesko ekran, jego światło rozlało się po wzorzystych szybkach; na lewo znajdowała się kuchnia, Julika zkolei wskazała na prawo:

– Tam wejdź.

Patrzyła przy tym na mnie, zrobiłem krok wstronę pokoju, ale jakoś poruszyliśmy się jednocześnie, wpadliśmy na siebie, chociaż robiliśmy to powoli, musnęła mnie włosami, spojrzała na mnie, aja poczułem falę gorąca na plecach, to znaczy: raczej wkręgosłupie, awłaściwie całkiem wdole, iwszystko działo się jeszcze wolniej wtym ciemnym przedpokoju, ale wtedy zrobiło się jasno iusłyszałem stuknięcie. Głuche, krótkie stuknięcie: to pstryczek uderzył wplastikową obudowę kontaktu od lampy, gdy ktoś go przesunął wgórę.

– Juliko! Ile razy mówiłam, żebyś tu nikogo nie przyprowadzała?

Patrzyliśmy wmilczeniu, po czym Julika się odezwała.

– Tak, ale nie po to…

– Zwłaszcza wieczorem nikogo nie przyprowadzaj. Wiesz, że twój ojciec chrzestny potrzebuje spokoju ze względu na serce.

– Ale nie, to nasz harcmistrz, sekretarz zmłodzieżówki, Partia, wklubie ogłosiliśmy zobowiązanie, konkurs na rozprawkę, walka opokój, mój listowny przyjaciel radziecki, iznim – tu Julika wskazała na mnie – znim muszę podjąć się przetłumaczenia sił wytwórczych.

– Juliko, kiedy ostatni raz powiedziałam, żebyś nie przyprowadzała obcych? Pamiętasz, że to mówiłam?

– Pamiętam, mamo.

– Kiedy mówiłam?

– Yyyy… Nie wiem dokładnie.

– Wczoraj wieczorem.

– Tak?

– Tak. Codziennie proszę, żebyś po zmroku już nikogo nie przyprowadzała dla rozrywki. Tato też cię prosił.

– To nie jest mój tato, tylko twój nowy mąż.

Następnego dnia

Przed południem we dwóch siedzieliśmy wparlamentarnym gabinecie towarzysza Kádára: on ija. Czekaliśmy.

– Skoro czekamy, to porozmawiajmy – powiedział János Kádár.

– Tak, towarzyszu Kádár.

– Darujcie sobie formalności, towarzyszu poruczniku. To taka przyjacielska rozmowa. Żeby tylko zabić czas. Papierosa?

– Proszę?

– Ano, ano. To co? Zapalicie?

– Cóż, dziękuję. Sym–pho–ni–a.

– Tak. Symfonia – towarzysz Kádár wydmuchnął dym. – Wiecie, jest mocniejsza, niż przykładowo Jaskółka, ale słabsza, niż Robotnik czy Kossuth. Słyszałem, towarzyszu poruczniku, że macie zagraniczną narzeczoną.

Chwycił mnie ostry kaszel, mroczki latały mi przed oczami, łzawiłem.

– No, nic się nie stało, nic się nie stało. Sądziłem, że każdy żołnierz pali, ale jeśli wy nie lubicie, to nie musicie palić.

– Tak. Jakie pouczające nazwy papierosów, towarzyszu Kádár. Robotnik, Kossuth.

– Rzeczywiście. Jednak prawdziwe to Robotnik. Lajos Kossuth iFranciszek Rakoczy bardzo się starali, jak mówię, czapki zgłów, ale nadal byli obcy klasowo, aRakoczy był po prostu feudalnym ciemiężycielem. Oprócz tego oczywiście rozpoczął walkę przeciwko austriackim imperialistom, czeba mu to oddać. To czeba docenić.

– Rzeczywiście, ja też tak uważam.

– No, widzicie. Ale chciałem mówić opaleniu – powiedział János Kádár. – Opowiem zabawną historię otowarzyszu Breżniewie; no, przypomniało mi się to tylko dlatego, że zaraz będziemy znim rozmawiać. Wiecie, on też jest nałogowym palaczem, jak ija. Jednak jego żona, Wiktoria Pietrowna, obawiała się ozdrowie towarzysza Breżniewa ikazała mu przysiąc, że już nigdy więcej nie zapali. Wiemy oczywiście, że przysięga to taki burżuazyjno-klerykalny przeżytek. Choć prawdą jest, że wsocjalizmie nasi żołnierze składają przysięgę. Ipolicjanci. Ale tak tylko otym wspominam. Rozumiecie, prawda?

– Rozumiem, towarzyszu Kádár.

– To dobrze. Zatem Wiktoria Pietrowna ilekarze towarzysza Breżniewa zabronili pierwszemu sekretarzowi KPZR zapalić papierosa. Komu jak komu, ale przywódcy światowej potęgi, przywódcy najsilniejszego państwa na świecie? Ipierwszy sekretarz, wyobraźcie sobie, zrobił co?

– Co, towarzyszu Kádár?

– Obiecał im. Idoczymał słowa. Nie zapalił. Ale raz zdarzyło się, że spotkałem Leonida Iljicza na międzynarodowej konferencji pokojowej wSofii, rozmawialiśmy wprzerwie posiedzenia plenarnego, wyjąłem papierosy, bo nie wiedziałem o… cóż, ojego przysiędze, poczęstowałem go, na co Breżniew powiedział: Zapalcie wy, mnie lekarze iżona zabronili. Zapaliłem, awtedy on wyjął mi zręki papierosa i…

Wtym momencie zadzwonił telefon na stole, towarzysz Kádár podniósł słuchawkę iskinął na mnie, wtedy ija podniosłem swoją; taki był porządek tłumaczenia rozmów telefonicznych między przywódcami: na jednym końcu linii towarzysz Breżniew na Kremlu, na drugim towarzysz Kádár wParlamencie, obok niego zaś ja, tłumacz pomocniczy, iwszyscy we trzech słyszymy, co mówi pozostałych dwóch. Prawdziwą tłumaczką była towarzyszka Nágya Barta, ale wpilnych przypadkach, jeśli zjakiegoś powodu nie była osiągalna lub trzeba było udać się wtrudny teren, na przykład na polowanie, brano zpułku mnie. Bo ukończyłem Moskiewską Akademię Wojskową na kierunku oficer czołgista idobrze znałem rosyjski. Skończyłem studia zwyróżnieniem.

– Dziękuję, czekam na połączenie – powiedział János Kádár imrugnął do mnie. – No, Kreml już na linii, zaraz połączą zLeonidem Iljiczem. Ale na czym to ja skończyłem?

– Że Leonid Iljicz wyjął papierosa towarzyszowi Kádárowi zręki, kiedy towarzysz Kádár zapalił.

– Tak. No, więc wyjął mi go zręki, mocno się zaciągnął ipowiedział…

Wtedy usłyszałem głos towarzysza Breżniewa wsłuchawce. Pierwszy raz wżyciu. Bardzo się denerwowałem, ale na szczęście urządzenie było świetne, aispojrzenie towarzysza Kádára dodawało mi odwagi. Och, jaki on był dla mnie ważny!

My

Jakie to uczucie, gdy czyta to ktoś, kto jeszcze nie spotkał się zprzywódcami oznaczeniu na skalę krajową? Rozmawiać zosobami wpływającymi na światową politykę, widzieć je, uścisnąć im dłoń, pozdrowić… Jakie to uczucie dla tych, którzy nie żyją wtak wspaniałych czasach jak ja? Zpewnością byliby zadziwieni, na przykład dziwiłby się Zsolti, przyjaciel zmojego pułku, jeśli by otym wiedział, ale nie mogę mu powiedzieć, bo to tajemnica. Kwestia bezpieczeństwa. Albo jak zdumiona byłaby Julika, izpewnością podziwiałaby mnie, ale jej też nie mogę powiedzieć zpowodu bezpieczeństwa towarzysza Kádára, Partii iRepubliki Ludowej, bo ci zZachodu czają się itylko czekają, jakby tu zaszkodzić Jánosowi Kádárowi iLeonidowi Breżniewowi, naszym obrońcom.

To ci przywódcy kierują postępowym światem iprzez to możemy doświadczyć czegoś takiego, czego whistorii ludzkości jeszcze nikt nigdy nie czuł, ato uczucie nazywa się: „my”. Chłopi ciemiężeni przez feudałów zpewnością tego nie czuli, ponieważ właściciele ziemscy ich wyzyskiwali, gardzili nimi, robotnicy wkapitalizmie też nie czuli czegoś podobnego, jako że byli zależni ekonomicznie od burżuazji inie było równości; inie czuli tego dawniej niewolnicy wspołeczeństwie niewolniczym, bo nie posiadali środków produkcji, ale to ich właśnie postrzegano jako owe środki. Teraz jednak wreszcie zniknęły klasy, alud pracujący miast iwsi wziął los wswoje ręce. Lud pracuje sam dla siebie, aprzywódcy wywodzą się zmas.

Trzymamy się razem zprzywódcami; są znami, ufamy im, są naszymi wodzami, pokazuje ich telewizja, ale oni gniewają się zpowodu kultu jednostki izabronili fetowania siebie przez telewizję iradio. Rzecz jasna, redaktorzy kochają ich, tak jak ilud, ale zrozumieli, że trzeba mimo wszystko pozostać obiektywnym irzetelnie informować opinię publiczną.

Nasi przywódcy dają nam to, czego potrzeba, walczą onas iza nas, imy już nie musimy, bo oni biorą na siebie ciężar walki całego ludu, zwłasnej woli, ito wraz znimi my to „my”. Tito wJugosławii, Ceauşescu wRumunii, Żiwkow wBułgarii, Gomułka wPolsce, Ulbricht wNRD, Dubček wCzechosłowacji, Kádár na Węgrzech iLeonid Iljicz Breżniew wZwiązku Radzieckim.

Ludowa straż graniczna surowo strzeże granic, dzięki granicom jest „tu” i„tam”, wewnątrz izewnątrz, my ioni, dobrzy iźli, bezpieczeństwo iwrogość, komunizm ikapitalizm, Wschód iZachód, czerwony iniebieski – choć nie jest pewne, że niebieski, może też być czarny albo inny kolor – ale pewne, że my to czerwony, aten drugi to jakaś zimna barwa na mapie.

To nasi ojcowie. Ikiedy można ich słuchać nie tylko wradiu lub oglądać wczystym, niebieskawym migotaniu telewizora, tam, wświecie za szkłem ekranu, kiedy naprawdę ich spotykamy istoimy przed nimi, wówczas dziwimy się: no proszę, przecież oni też są prostymi ludźmi. Ale nie są prostymi ludźmi, bo są wspaniali, bo wyszli zza szkła, głosy mamy więc nieco wyższe, gdy odpowiadamy na ich pytania, jesteśmy nieco mniejsi, kurczymy się, by móc spoglądać na nich zdołu, jak zdołu patrzymy na naszych ojców imatki.

To przyjemne idające bezpieczeństwo uczucie tak wiedzieć, że ktoś inny, jakiś dorosły, broni nas iwalczy za nas, ajeśli jesteśmy tak blisko niego, jak teraz ja Jánosa Kádára, to czujemy nawet pewne zagrożenie: możemy podziwiać tylko takiego obrońcę, zktórym na co dzień nie możemy się zetknąć, bo jest tylko wtelewizji czy radiu. Jeśli możemy go dotknąć, wówczas staje się zbyt bliski, zbyt ludzki, zbyt taki jak ja.

Na szczęście przebywanie wpobliżu Jánosa Kádára również na żywo dawało poczucie bezpieczeństwa, ale jeśli by go nie było, to itak zawsze, gdzieś daleko, gdzieś na odległej wysokości znajdował się pierwszy sekretarz wielkiego Związku Radzieckiego.

Breżniew

– Ja was priwietstwuju, dorogoj moj wiengierskij drug – powiedział Breżniew – towariszcz Kádár.

– Witam was, drogi węgierski… – zacząłem tłumaczyć, ale towarzysz Kádár przerwał mi:

– Wporządku, to rozumiem, powiedzcie mu, że ja też pozdrawiam idziękuję, że zadzwonił.

Strasznie się zmieszałem. Na biurku stało przede mną porcelanowe popiersie Lenina wrobotniczej czapce: wielki rewolucjonista znieco ściągniętymi brwiami patrzył właśnie na mnie, aja wiedziałem, że rozmawiam teraz zjego następcą. Zczłowiekiem współczesnym Leninowi, choć młodszym, który po Stalinie iChruszczowie poszedł wślady Lenina, wyzwoliciela ludu. Co do Stalina, okazało się, że jest sekciarsko-dogmatycznym stalinistą, Chruszczow – rewizjonistycznym odchyleńcem idopiero Breżniew był prawdziwie dobrym przywódcą. Czwartym sekretarzem generalnym partii Związku Radzieckiego. Bohaterem wojennym ibojownikiem opokój. Przyjacielem Jánosa Kádára, który kiwał potakująco głową, bo rozumiał istotę rozmowy, ale itak pozwolił mi pracować.

– Przepraszam, towarzyszu Kádár, że niepokoję was wniedzielę, ale to ważna kwestia.

– Absolutnie nas nie niepokoicie, towarzyszu Breżniew. Jeśli ktokolwiek nas nie niepokoi, to właśnie wy.

– Dziękuję, jestem naprawdę wdzięczny, że jesteście tacy, tacy dobroduszni. Tak, to odpowiednie słowo. Jesteście dobrymi ludźmi. Zatem mamy tu tego… tego towarzysza, Dubčeka.

– Tak, to nasz wspaniały przyjaciel zCzechosłowacji.

– Już się znim wcześniej spotkaliście, prawda?

– Tak. Rozmawiałem znim już dwukrotnie, kiedy jeszcze był pierwszym sekretarzem Komunistycznej Partii Słowacji.

– Słowacji?

– Tak. Słowacy to… to pewna grupa etniczna wCzechosłowacji.

– Nu, czyli ten Dubček już jest nie tylko Słowakiem, ale iwpełni Czechosłowakiem.

– Dokładnie taka jest sytuacja, Leonidzie Iljiczu.

– Towarzyszu Kádár, na samym początku chciałem porozmawiać otym zwami, adopiero potem zpozostałymi przywódcami bratnich krajów. Wiem, że Władysław Gomułka iTodor Żiwkow nie ucieszyli się zpowodu Dubčeka, izdecydowałem, że poproszę was ozdanie.

– To wielki zaszczyt.

– Nie bądźcie tacy skromni. Zwaszym doświadczeniem. Macie największe poważanie. Ito nie tylko wbratnich krajach, ale będą was już niedługo chwalić wprasie kapitalistycznej. Atamte kraje sąsiadują zDubčekiem.

– Tak. Wiecie, Leonidzie Iljiczu, kiedy miałem spotkanie zDubčekiem rok temu wPożoniu… znaczy: wBratysławie, szybko do niego dotarłem.

– Wspaniale. Ijakie macie onim zdanie? Wiecie, nie tylko polskim ibułgarskim towarzyszom nie podoba się ten Dubček, ale zatroskany jest też towarzysz Walter Ulbricht. Wczoraj dzwonił.

– Towarzysz Ulbricht jest wspaniałym komunistą. Co mu powiedzieliście, Leonidzie Iljiczu?

– Odparłem, że choroszo, porozmawiam otym zbratnimi narodami. Nie powiedziałem mu, że do was zadzwonię jako pierwszego, ale to wy macie największe doświadczenie ipoważanie, tak jest, powiem to, macie wielkie poważanie, aja wysoko cenię wasze zdanie. Co zatem sądzicie? Możemy uspokoić kierownictwo bratnich partii? Jeśli mielibyście odpowiedzieć tylko jednym słowem, jak by ono brzmiało? Da ili niet?

– Da – odparł towarzysz Kádár, aja znów się zmieszałem, bo powiedział to już po rosyjsku. Na drugim końcu bratniej linii rozbrzmiał nawet śmiech towarzysza Breżniewa; podobała mu się znajomość języków towarzysza Kádára iten internacjonalistycznie proletariacki humor robotniczy. Słychać było wjego głosie, jak bardzo szanuje Jánosa Kádára. Tak rozwinięty kraj socjalistyczny! Taka potęga atomowa! Tak potężny kraj! Najsilniejszy inajwiększy kraj na świecie!

– Wporządku – uśmiechnął się zadowolony Leonid Iljicz, oczywiście nie widziałem tego uśmiechu, ale można go było usłyszeć wjego głosie. – Moi współpracownicy sprawdzili Dubčeka iprzekazali mi informacje. Tak, cóż, zaraz powiem, chwileczkę, moje okulary, a, tu są akta. No proszę. Zatem to młody człowiek, ma zaledwie czterdzieści siedem lat. Irobotnicze pochodzenie. Ojciec był płotnikom. Cieślą. To wspaniale.

– Proszę, proszę. Zatem to młodzież robotnicza. Uważam, że owiele lepszy komunista będzie zczłowieka orobotniczym pochodzeniu, niż zkogoś, kto się uczył marksizmu-leninizmu zksiążek. Ja sam wybrałbym bycie robotnikiem.

– Ato dopiero naczało. Za to jaki jest ciąg dalszy. Wtysiąc dziewięćset dwudziestym piątym roku jego rodzina wyemigrowała do Związku Radzieckiego, żeby wesprzeć budowę komunizmu. Zbudowali kołchoz, sowchoz. Mały Dubček unas uczęszczał do szkoły. Młody chłopak wmłodym Związku Radzieckim. Potem wrócił do kraju izaraz stał się nielegalnym komunistą. Rabotnikom. Wfabryce Škody był kotlarzem, podczas wojny partizanom, ipopatrzmy tylko, popatrzmy tylko, został ranny wwalce przeciw faszystom, wyzdrowiał iponownie został ranny, zaś jego brat zginął. Co wy na to, towarzyszu?

– To bohaterowie, Leonidzie Iljiczu.

– Zatem ten Dubček studiował prawo wBratysławie imarksizm-leninizm wwyższej szkole partyjnej wMoskwie. Ten człowiek całe życie walczył, pracował isię uczył. Towariszcz godzien zaufania. Imądry. Co sądzicie owczorajszej decyzji?

– Cóż, ja widzę to tak, że Dubček dobrze uchwycił cechy rozwiniętego socjalisty idemokraty.

– Da, da – powiedział Breżniew isię zamyślił. – Eto choroszo – stwierdził idalej rozmyślał. Ten długi namysł jakoś nie wróżył nic dobrego. Kádár przeczuł chłodny powiew iuprzedził troski przyjacielskiego przywódcy. Powiedział:

– Jak słyszeliście, Leonidzie Iljiczu, my właśnie tydzień temu ogłosiliśmy tu, wWęgierskiej Republice Ludowej, że wprowadzamy Nowy Mechanizm Gospodarczy. Wiecie, że od wielu lat pracowaliśmy nad planami, informowaliśmy was iwaszych współpracowników. Sądzę, że towarzysze czechosłowaccy przygotują podobny plan. Moim zdaniem wszystko będzie tam wporządku, towarzyszu Breżniew.

– Priekrasno. Ja wwas wierzę ipowiem to także przywódcom bratnich krajów. Jestem wam bardzo wdzięczny. Pomóżcie mu, towariszcz Kádár, pomóżcie Dubčekowi, to przecież wasz sąsiad.

– Zprzyjemnością mu pomogę, Leonidzie Iljiczu.

– Bardzo wam dziękuję, towarzyszu Kádár. Jestem naprawdę wdzięczny. Cóż, my, komuniści, powinniśmy sobie nawzajem pomagać. Da ili niet? Dla Dubčeka wasze wsparcie będzie bardzo dużo znaczyło. Iwkonce koncow, to wy jesteście starsi, hahaha.

Iwtedy przetłumaczyłem Jánosowi Kádárowi, co powiedział Leonid Iljicz:

– Iwkońcu to wy jesteście starsi, hahaha.

Ta ciepła, przyjacielska rozmowa między towarzyszami była jednak długa imęcząca, wreszcie Breżniew oznajmił, że natychmiast zaprasza Saszę na oficjalną przyjacielską wizytę do ZSRR – Saszą zdrobniale nazywano po rosyjsku Dubčeka – amnie już pot wystąpił na czoło. János Kádár widział, jak poluzowuję kołnierzyk koszuli od munduru, ikiedy odłożyliśmy słuchawki, poklepał mnie po twarzy.

– Dziękuję, towarzyszu poruczniku, dziękuję za waszą pracę. Jesteście dobrym tłumaczem. Idobrym komunistą. Napiszcie do waszej narzeczonej.

List do Juliki

Droga Juliko!

Mam nadzieję, że bezpiecznie wróciliście do Levic, imam nadzieję, że mój list znajduje wdobrym zdrowiu Ciebie iTwoją rodzinę również. To znaczy, że Twój tato imama też są zdrowi inp. nikt nie przemarzł wdrodze powrotnej służbowym samochodem. Dużo oTobie myślę. Zpewnością nie zmarzliście wTatrze 603, która jest nie tylko elegancka, ale też wygodna iszybka.

Ja dziś po południu ponownie pracowałem ztowarzyszem Kádárem wParlam, ale nie mogę Ci napisać otej pracy, która jest tajna, tylko tyle mogę powiedzieć, że to odpowiedzialne ipoważne zadanie. Może lepiej napiszę omoim pułku, ale oczołgach T-54 tym też nie mogę podać dokładnych danych, bo sprawy wojskowe są tajne zpowodu szpiegostwa krajów kapitalistycznych. To przede wszystkim reprezentujące sklepikarską mentalność Stany Zjednoczone (USA) próbują imperialistycznej działalności wywiadowczej wkrajach bloku wschodniego, ale nie uda im się ten plan.

Jutro towarzysz Kádár załatwi, żebym będę mógł służbowym samochodem wrócić do koszar wRétságu, gdzie wezmę udział wczynnościach szkoleniowych wmoim pułku. Tu niekiedy jestem ofiarą czepialstwa, na przykład dowódca mojego pododdziału mnie nie lubi.

Informuję Cię też, że wpułku żywienie jest odpowiednie, posiłki pożywne ismaczne, stan pojazdów bojowych jest również wspaniały azaopatrzenie wczęści zamienne płynne isukcesywne. Dobrze się czuję.

Proszę, napisz, co słychać uCiebie, od kiedy wróciłaś do domu. Na tym kończę mój list.

Budapeszt, 7 stycznia 1968 r.

PS: Chociaż „Magazyn Młodzieży” to gazeta Komunistycznego Związku Młodzieży igłosi postępowe poglądy, to jednak nie pochwalam, że zajmują się wniej seksem.

 

Odpowiedź

 

Mój Drogi Poruczniku!

Donoszę, że cało dotarliśmy do domu. Programy radiowe uWas na Węgrzech są owiele lepsze niż tutejsze. Jestem wTobie zakochana, napisz jeszcze do mnie. János Kádár oraz czołgi itak mnie nie interesują, tego fragmentu wogóle nie musiałeś pisać. Dziś radio Kossuth puściło piosenkę zespołu Illés Nie myśl. Uwielbiam ją, ale bardzo dobra jest też Dostrzegaj, nie tylko patrz. Ty też słuchasz audycji „Radio wtornistrze” i„Tylko dla młodych”?

Serdecznie cię pozdrawiam: Julika

Rozwój

Droga Juliko!

Mam nadzieję, że mój list znajduje wdobrym zdrowiu Ciebie iTwoją rodzinę. Twoją matkę, pełniącą ważną funkcję wlevickim komitecie partyjnym, iTwojego przybranego ojca, który jest głównym pełnomocnikiem ds. lasu okręgu levickiego, atakże Twoich drogich dziadków ipozostałych krewnych.

Ja rzadko czytam czechosłowackie iinne internacjonalistyczne gazety, bo nam nie przysługują ani wdomu, wBudapeszcie, ani wRétságu, jednak na szczęście dzisiejsza „Wolność Ludu” z11 stycznia opublikowała tłumaczenie wczorajszego artykułu zdziennika „Rudé Právo” oreformach wCzechosłowacji. Ty też zpewnością widziałaś ten artykuł wgazecie idowiedziałaś się, że wCzechosłowacji sprzeczność interesów nie wiąże się już zwalką klas, ijesteś dumna ztego rozwoju. Ja mam się dobrze, wkantynie jadłospis jest zróżnicowany izdrowy, azmoim przyjacielem Zsoltim wnieśliśmy już po kilka żołnierzyków; to nie jest zabronione, ale proszę, nie mów nikomu. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie, na tym kończąc mój list.

Rétság, 10 stycznia, magazyn opon

Wmagazynie opon do pływających opancerzonych wozów rozpoznawczych D-442 FUG okna były umieszczone wysoko, aszyby powleczono czerwonym filtrem, żeby promienie słoneczne nie niszczyły opon. Zkompanii naprawczo-konserwatorskiej przychodzili tu tylko wtedy, gdy FUG złapał gumę, na szczęście działo się to rzadko, bo niewiele takich pojazdów stacjonowało wbazie.

Już kiedy szedłem wstronę magazynu, trzymałem rękę wkieszeni spodni, choć to zupełnie nie było przepisowe ani godne oficera, iwreszcie – źle wpływało na wygląd. Poklepywałem żołnierzyki, myśląc otym, które mogły trafić wmoje ręce, kiedy wdomu na ślepo sięgnąłem do pudełka, żeby zabrać ze sobą całą garść; czy będzie wśród nich jakiś dawny, ulubiony egzemplarz? Kiedy wyjeżdżałem zBudapesztu, nie włączyłem światła, żeby nie obudzić rodziców, ponadto nie chciałem, żeby spostrzegli, że tu je przywożę. Planowałem, że przy każdych odwiedzinach wdomu zabiorę ich sporo ze sobą, jak najwięcej, oczywiście wtajemnicy.

Wczasie jazdy krajową dwójką zająłem wsłużbowym samochodzie przednie siedzenie, przez co tam też nie mogłem ich oglądać, tak by nie zauważył tego kierowca, młodszy chorąży Gyuszi. Właściwie nie miałbym żadnych kłopotów, gdyby zauważył, ale lepiej być ostrożnym. Jesteśmy wtym samym wieku, jednak jego ojciec podczas wojny działał wantyfaszystowskim ruchu oporu; Gyuszi był dość głupim chłopakiem, ale już młodszym chorążym, chociaż nie tylko nie skończył akademii oficerskiej, ale nawet szkoły podoficerskiej.

Wreszcie wszedłem wprzepuszczany przez szyby czerwony półcień magazynu opon imogłem zacząć. Wyjmowałem żołnierzyki po kolei. Dobrze jest przemycać je na ślepo, dzięki temu każdy to niespodzianka. Najpierw natrafiłem na największą: konia. Był szary, jeździec odpadł, kiedy koń walał się umnie po kieszeni, ale wiedziałem, że idzie wparze zniebieskim Indianinem, ichciałem go jak najszybciej posadzić na miejscu, więc prędko wyjąłem wszystkie żołnierzyki, znalazłem też niebieskiego Indianina. Był trochę za duży wstosunku do konia lub koń był zbyt mały, ale to się nie liczyło, bo pomiędzy innymi żołnierzami też były widoczne dysproporcje. Indianin trzymał napięty łuk, jeszcze nie puścił cięciwy, celował wbok itam też patrzył, na głowie miał pióro, rysy twarzy ostre iszlachetne, niczym Gojko Mitić wfilmie Wielki wąż Chingachgook, rysy wodza Delawarów. Cieszyłem się ztego Chingachgooka. Szkoda, że pozostali byli jedynie piechurami: żółty powstaniec ze średniowiecza zzakrzywioną szablą inożem, rycerz wzbroi ihełmie zmieczem itarczą, ale ramiona chroniła mu tylko kolczuga, potem niebieski Indianin ze strzelbą ijakimś kijem zpiórami, nie miałem pojęcia, co to było, potem beżowy Indianin ztarczą, tomahawkiem iwielkim pióropuszem na głowie – ten Indianin był nieco większy, niż pozostali, zdaje mi się, że kosztował nie forinta, ale półtora – potem kowboj bez kapelusza, niebieski, wjednej ręce trzymał teczkę znapisem CITY BANK, wdrugiej pistolet, którego końcówka była pogryziona, ale nie przeze mnie, tylko kogoś innego. Kowboja znalazłem wpiaskownicy przed naszym domem, jak pamiętam, został najwyraźniej złapany na gorącym uczynku podczas okradania banku przez szeryfa izmuszony do strzelaniny; dobrze wyglądał ztym koltem zobgryzioną lufą: jakby dymiła. Iwyciągnąłem jeszcze jednego kowboja, zielonego. Ustawiłem wszystkich wszeregu na warsztatowej leżance iczekałem na Zsoltiego.

Zsolti

Zastukał trzy razy długo idwa krótko wdrzwi magazynu, po czym zaśpiewał:

– Aj kent get noł. Satysfekszyn.

To był znak, dzięki któremu wiedziałem, że nie muszę szybko zmieść żołnierzyków zleżanki, bo nadchodzi przyjaciel. Nie podobało mi się, że hasło śpiewamy po angielsku, ale przystałem na to. Wkońcu te piosenki wyrażały bunt zachodniej młodzieży wobec kapitalizmu. Były nieprzyzwoite ipełne przemocy, ale dla nas liczyło się, że odrzucają imperializm. Zaśpiewałem odpowiedź:

– Hejhejhej. Dac łot aj sej. – Jednocześnie odciągałem zasuwę.

Podporucznik Zsolti, oficer polityczny 2. kompanii obiema rękami popchnął ciężkie drzwi, aja już wtedy zacząłem go wypytywać:

– No ijak? Przyniosłeś?

– Przyniosłem, ale teraz nie możemy, bo podpułkownik Kovács cię szuka, musisz iść do sztabu pułku, ale to szybko. Wszyscy biegają za tobą, dzwonili zPesztu. Pospiesz się.

– Wporządku, za chwilę. Ile przyniosłeś?

– Dziewięć.

– Tylko?

– Tyle zmieściłem do kieszeni. Następnym razem też przyniosę.

– Pokaż!

– Jeden kowboj, dwóch Indian, jeden rzymski piechur zwłócznią, jeden zbuzdyganem, jeden czarny zkarabinem maszynowym iplecakiem…

– Ten czarny zplecakiem to kto? Niemiec?

– Moim zdaniem Węgier. Ale zwęgierskiej armii jeszcze sprzed wyzwolenia.

– Czemu ma plecak?

– Jak to: czemu? Trzyma wnim ekwipunek. Manierkę, jedzenie itym podobne. Jak my. My też mamy plecaki.

– No ale wtrakcie bitwy? Przecież właśnie walczy, patrz, strzela zkarabinu. Plecak mu przeszkadza.

– Cóż, nie wiem. Nie miał czasu zdjąć, bo zaatakowali ich partyzanci, kiedy maszerowali wstronę garnizonu. Czemu tak cię interesuje ten zplecakiem?

– Bo jest czarny. Ite rysy twarzy – nie wiem, czemu denerwuje mnie ten żołnierz.

– Mamy jeszcze czarnych żołnierzy – powiedział Zsolti. – Jaki masz problem zjego twarzą? Jest tak mała, że ledwie ją widać.

– Głupota. Widać po nim, że…

– Co widać? Przypomina ci dziadka? Hehehe.

– Jasnobrązowy zpancerfaustem, średniowieczny jasnozielony zbuzdyganem iczołgający się zerkaemem. Ten żółty zerkaemem to kto, jak myślisz? Też Węgier? – zapytałem.

– Moim zdaniem to Amerykanin.

– Głupi jesteś. Jak możesz być oficerem politycznym ijednocześnie tak głupi? To żołnierz radziecki. Popatrz na hełm. Taki kształt mają radzieckie hełmy szturmowe.

– Jeśli byłby Rosjaninem, to miałby erkaema DP-27 zmagazynkiem talerzowym na dwójnogu, aten ma inny magazynek – oponował Zsolti.

– Nie Rosjanin, tylko Sowiet. To duża różnica. Jesteś ideologicznie niespójny – powiedziałem, ale Zsolti nie tylko nie dokonał samokrytyki, ale jeszcze bardziej się rozzuchwalił:

– Aty, prymusiku, chodzisz na rosyjskiej smyczy! Idiota!

– Sam jesteś idiota, ja jestem porucznikiem, aty tylko podporucznikiem, bo ja dostałem wMoskwie dyplom zwyróżnieniem, aciebie ojciec wcisnął do szkoły oficerskiej, żeby cokolwiek zciebie było, bo tylko żułeś sobie gumę, ty zachodni hippisie!

– Ty wazeliniarski dupowłazie!

– Coś ty powiedział?

– Wazeliniarski dupowłaz. Codziennie zabierają cię do Rusków ipolerują tobą buty.

– Nieprawda.

– Jego wysokość wazeliniarski dupowłaz, pupilek tatusia, pieprzony idiota, żeby cię jasna kurwa nędza…

Doskoczyłem do niego ispoliczkowałem, ale Zsolti się bronił. Wzięliśmy się za bary, próbowałem założyć mu od tyłu krawat, bo jeślibym zdołał, to umiałbym przekręcić się pod niego, podduszając, ale Zsolti był nieco pulchny, bo miał lepsze kontakty zzaopatrzeniowcami idużo jadł, kark miał gruby, był też cięższy ode mnie, ichociaż blokował moją prawą rękę lewym przedramieniem, to już prawie go miałem, sapaliśmy ztwarzami przyciśniętymi do siebie, jęczeliśmy iciekła nam ślina, zataczaliśmy się między półkami ależanką warsztatową, wpadając raz na to, araz na tamto, widziałem zbliska okrągłe czarne źrenice Zsoltiego, nagle wrzasnąłem, zebrałem wszystkie siły, ale znowu nie dałem rady go powalić, tylko zatoczyliśmy się na stół narzędziowy, przewracając go razem zżołnierzykami, asami upadliśmy itarzaliśmy się wplamie oleju.

Magazyn opon stał na końcu bazy, obok ogrodzenia, ale podpułkownik najwyraźniej już wszędzie mnie szukał, więc oddział dotarł itutaj, usłyszeli hałas, zaczęli walić wdrzwi, musieliśmy przerwać bójkę iim otworzyć, żeby nie było jeszcze większych kłopotów, otworzyliśmy więc: stał tam oficer iszeregowiec, arazem znimi wszedł styczniowy ziąb.

To był mój bezpośredni przełożony, kapitan Gyula Vajtai. Przeciwko Vajtaiemu wszczęto śledztwo zpowodu roli, jaką odegrał wkontrrewolucji 1956 roku; wkońcu nie zamknęli go do więzienia, nawet nie wyrzucili zwojska, ale za to przez dziesięć lat nie awansowali. Jego zdaniem nie nadaję się na oficera, bo nie mam ani wiedzy technicznej, ani żadnych innych zdolności, mój stopień zawdzięczam jedynie pokrewieństwu zkimś zkadry partyjnej. Bolało biedaka, że jestem dobrym komunistą, bo sam był zdrajcą. Wwojsku ludowym panował zwyczaj, że oficerowie uprzejmie zwracają się do siebie po imieniu, ale on grubiańsko na mnie naskoczył:

– Co wy tu wyprawiacie?! Poruczniku, biegiem do dowódcy pułku złożyć meldunek! Powiedziałem, biegiem!

Zakazane miejsce

Magazyn opon do FUG-ów to nie jest jakaś świetna kryjówka. Ale te wielkie garaże obok! To tam trzeba się dostać, tam moglibyśmy spokojnie rozstawić żołnierzyki. Płaskie budynki wdwóch szeregach, długich, zogrodzeniem ciągnącym się do punktu zbiegu perspektywy. Rząd okien ze szkła zbrojonego pod samym dachem – nikt tam nie zajrzy. To hangary D, E, G iM. Tajemne, zakazane miejsca, jak setny pokój wpałacu, gdzie królowa ukrywa smoczego księcia, Hollófernyigesa, wkamiennej kadzi, pod kamienną pokrywą przymocowaną trzema żelaznym obręczami; zakazane, jak siódme drzwi wzamku Sinobrodego ijak wieża, wktórej leży Śpiąca Królewna, póki nie zjawi się Książę, by obudzić ją pocałunkiem.

Wtych garażach zamknięto technikę wojenną. Wyczyszczone, nasmarowane, naolejowane, nowiutkie T-54 czekają na włączenie do walki; nie używamy ich do ćwiczeń, oszczędzamy je ichronimy. Drzemią tam ze wznoszącymi się ze spłaszczonych półsferycznych wież stumilimetrowymi gwintowanymi armatami zcelownikiem inieskazitelnymi stalowymi modułami, miękko połączonymi ze sobą wukładach gąsienicowych. Czyste, lśniące, śnią na jawie nocą ibudzą się, śniąc za dnia, ale wswoich snach wszystko wiedzą, niczym apostołowie, zgromadzeni wszeregu na gzymsach średniowiecznych katedr. Kto tam wchodzi, oddaje swój los wich ręce. Oni zaś wiedzą, że kiedyś przyjdzie Książę.

Ilekroć przechodziłem przed zaplombowanymi żelaznymi drzwiami, przystawałem inasłuchiwałem; słyszałem delikatnie skrzypiące piosenki, cichą, metalicznie, przyjemnie świergolącą melodię. Jeszcze nie rozumiałem wszystkich słów, ale wiedziałem, że to śpiewa ono: zakonserwowane uzbrojenie.

Praska zima

Chorąży Gyuszi prowadził. Był już wieczór, kiedy czarną wołgą dotarliśmy do Budapesztu, do centralnego biura Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej na placu Jászai, do Białego Domu, atam – do gabinetu Jánosa Kádára.

Siedzieliśmy przy telefonach, czekaliśmy, towarzysz Kádár patrzył na moją pobrudzoną olejem bluzę polową.

– Dziękuję, że tak prędko przyjechaliście, towarzyszu poruczniku. Mam nadzieję, że nie musieliście przerwać zmojego powodu naprawiania czołgów wRétságu. Dajcie znać, proszę, jeśli macie ciężką służbę. Jeśli chcecie, możemy coś wymyślić. Bo wasze tutejsze zadanie jest bardzo ważne dla Republiki Ludowej.

– Dziękuję, towarzyszu Kádár, ale nie chciałbym specjalnego traktowania. To byłoby niekoleżeńskie.

– Wporządku. Jesteście prawdziwym komunistą. Idobrym czołgistą. W