Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 366 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mój chłopiec, motor i ja - Halina Korolec-Bujakowska

Na początku jest szalony pomysł, by udać się w podróż poślubną... motorem i ruszyć po przygodę życia, tak daleko, jak to możliwe, czyli, jak wskazują mapy, do Szanghaju. Stanisław Bujakowski dosiada maszyny B.S.A. o mocy 10 koni mechanicznych, Halina mości się w doczepionym do motocykla koszyku i tak zaczyna się niesamowita historia. Jest sierpień 1934 roku. Podróż młodej pary trwa rok i siedem miesięcy, szlak wiedzie przez całą Azję, od Turcji, poprzez Syrię, Irak, Persję, Indie, Burmę, Indochiny do Chin, prawie 24 000 kilometrów. Halina Korolec-Bujakowska żywiołowym, romantycznym, pełnym rozmachu, ale też nie pozbawionym autoironii i humoru językiem opisuje życie, obyczaje i stroje mieszkańców kontynentu. Spisane dziewczęcą ręką pamiętniki to także wdzięczna lektura dla miłośników twardej, męskiej przygody, świadectwo wielkiego wyczynu sportowego. Autorka w przejmujący sposób relacjonuje trudy przeprawy, kiedy to nie motocykl niesie podróżników, ale podróżnicy pchają czy wręcz przenoszą maszynę przez pustynie Beludżystanu i błotniste szlaki Birmy. Opowiada mrożące krew w żyłach przygody, niemal na porządku dziennym są płonące w przydrożnych przepaściach ciężarówki i baraszkujące pośrodku szosy tygrysy. Egzotyczna Azja z tygodnia na tydzień, z kilometra na kilometr staje się coraz mniej tajemnicza, wciąga i oczarowuje, przed naszymi oczyma roztacza się barwna mozaika orientalnych obrazów i sylwetek, szoferów, pograniczników, hinduskich sadhu, Ików z birmańskiej dżungli... Wyprawa, choć prowadzi ku wytyczonemu na mapie celowi, w pewnym momencie przestaje toczyć się zgodnie z planem - ale nie zdradzajmy wszystkiego. Dość powiedzieć, że beztrosko rzucony pomysł zmienia się nie tylko w wielką przygodę, ale staje się dla obojga bohaterów początkiem zupełnie nowego życia. I chociaż nie odkryliśmy Ameryki, ani nawet małego skrawka ziemi, bo wszędzie już ktoś był przed nami wozem, wołem, wielbłądem, osłem, pieszo, konno... to jednak żaden motocykl, ani nawet samochód nie przetoczył się wcześniej naszą trasą w całej jej rozciągłości. Halina Korolec-Bujakowska

Opinie o ebooku Mój chłopiec, motor i ja - Halina Korolec-Bujakowska

Fragment ebooka Mój chłopiec, motor i ja - Halina Korolec-Bujakowska

Copyright © by Poradnia K sp. z o,o, Wydanie I 

Warszawa 2011

Redaktor prowadzący: Adam Pluszka

Korekta: Mariola Hajnus, Katarzyna Pawłowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Po

Opracowanie graficzne wnętrza, skład i łamanie: manufaktura

Autorem fotografii z podróży jest Stanisław Bujakowski, pozostałe zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego Huberta Twardowskiego

Skanowanie i przygotowanie fotografii do druku:

Daniel Słoboda / Kosycarz Foto Press

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Wydawnictwo Poradnia K sp. z o.o.

01-063 Warszawa, ul. Okopowa 16 m. 169

tel. 790 830 070

poradniak@poradniak.pl

www.poradniak.p

Poradnia K: ISBN 978-83-929512-3-0

Wydawnictwo W.A.B.: ISBN 978-83-7414-293-4

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

SŁOWO WSTĘPNE REDAKTORA

Bohaterami tej romantycznej, nasyconej przygodą książki jest dwoje młodych ludzi, Halina i Stanisław Bujakowscy. Relacja z ich pionierskiej wyprawy motocyklowej do Chin miała się ukazać siedemdziesiąt lat temu. Tak się jednak nie stało.

Gdyby się wówczas udało, być może książka przysporzyłaby swym autorom sławy. Bujakowscy, małżeństwo powszechnie znanych i szanowanych podróżników, jeździliby po Polsce z wykładami i pokazami przezroczy, udzielali wywiadów. Szykowaliby się zapewne do nowej ekspedycji, do Afryki albo dookoła świata. A może wszystko ułożyłoby się jeszcze inaczej. Państwo Bujakowscy otrzymaliby sowite honorarium, nabyliby pensjonat, na przykład w Druskiennikach, i w gorących źródłach grzaliby wytrzęsione na azjatyckich bezdrożach kości.

Niestety wybuch II wojny światowej i późniejsze zmiany na mapie politycznej Europy sprawiły, że prawdziwa historia potoczyła się zupełnie inaczej. Dziewczęcy pamiętnik, a zarazem kronika jednego z najbarwniejszych polskich wyczynów podróżniczych spoczął w podróżnej walizce i upłynąć musiało siedemdziesiąt z górą lat, nim wydobyty na światło dzienne, kompletny i skończony wiosną 2011 roku trafia w ręce Czytelników.

Oboje pochodzili z zamożnych rodzin, Halina była córką prezesa towarzystwa ubezpieczeniowego, Stanisław synem lekarza zdrojowego w Druskiennikach. Wydawać by się mogło, że niczego im nie brakowało, że powodu nie mieli najmniejszego, aby brać rozbrat z komfortową codziennością, skazywać się na niewygody i tułaczkę. A jednak pewnego dnia tęsknota za szerokim światem podszepnęła pomysł śmiały, szalony wręcz, by ruszyć motocyklem przed siebie i zajechać tak daleko, jak to tylko możliwe, czyli, jak wynikało z mapy, do Szanghaju w Chinach.

Nabyli maszynę angielskiej produkcji, gustowne kombinezony i wszystko, co wydawało im się niezbędne podczas tego rodzaju podróży. Stanisław dosiadł motoru, Halina umościła się w doczepionym do maszyny koszyku i wyruszyli drogą krętą, wyboistą, ku krańcom świata, „gdzie droga i oczy poniosą”. Był sierpień 1934 roku.

Miała to być ich podróż poślubna, spełnienie marzeń o egzotycznych krajach, ekspedycja w poszukiwaniu przygody i swego miejsca na świecie… Nieoczekiwanie wyprawa okazała się początkiem zupełnie nowego życia obojga bohaterów.

Łukasz Wierzbicki

WPROWADZENIE

W cichym białym dworze siwa babka siedzi przy kominku i wspomina, a jakiś brzdąc uprzykrzony dopytuje słowami Iłłakowiczówny:

Czy babunia w Ameryce hodowała tygrysice?

A te tygrysice pewno miały tygrysięta?

Czy babunia pamięta?1

Babunia, chce czy nie chce, opowiada niekończące się historie o tym, jak umierała z głodu i pragnienia na słonej pustyni, jak przedzierała się przez mroczne dżungle Bengalu, gdzie czarna pantera kłapała zębami, jak bandyci napadli, okręt tonął wśród sztormu, nocą jadowita kobra wśliznęła się do namiotu i o górach opalowych, straszliwych śnieżycach, zabójczym słońcu i deszczach, gdy woda z nieba płynęła niczym z rynny, jak z wołami wędrowała przez błota, niosąc w kobiałce u pasa kartki błękitne, pióro i butelkę atramentu. A najdziwniejsze w tym wszystkim to może, że babunia nie była wtedy babunią, lecz młodą dziewczyną, biegała rączo, potrafiła strzelać, pływać, jeździć konno i mnóstwo innych rzeczy. Na pożółkłych fotografiach wygląda jak chłopiec, a ci ludzie, Hindusi, Arabowie, Chińczycy, pewnie dawno już nie żyją. Przecież babunia jest stara jak świat…

Może kiedyś tak będzie… a może diabli wezmą gdzieś po drodze materiał na świetną babkę, ale chciałabym móc ujrzeć za sto lat nasz motocykl w muzeum, historię niezwykłego wyczynu przeczytać w starej kronice, o doskonałości motoru i naszym bohaterstwie: „Niebywałe, sławny sportowiec pan Stanisław Bujakowski oraz jego dzielna małżonka przebyli drogi i bezdroża z Druskiennik do Szanghaju…”

– Niesamowite, tak prymitywne motory szukały kiedyś nowych dróg! – westchnie ktoś może. – A dzisiaj…

Nie wiem, co będzie w tym dzisiaj za sto lat, zapewne jednak przejazd z Warszawy do Chin nie będzie przedstawiał żadnych trudności.

Ale czy nasza maszyna trafi do muzeum? Motocykl umarł. Jego trup stoi na poddaszu poselstwa i rdzewieje. Biedak nawet dachu nie ma nad głową, a tylko swój nieprzemakalny brezent, przeżarty pleśnią i słońcem garaż podróżny. Włożył wszystkie swe siły w jeden wielki wyczyn sportowy i nic go dalej nie czeka. Kurz, rdza, zapomnienie. Może jeszcze raz ściągnie tłumy ciekawskich motocyklistów i Antków warszawskich2, gdy wróci w rodzinne progi. Ale czy wróci? Nikt zabrać go nie chce, nawet firma zapytana, co zrobić z motorem, milczy głucho. Żadnych sentymentów, nikomu niepotrzebny motocykl W 19-484 (PL) rozsypie się w nędzne próchno na obcym podwórku. Mijamy go obojętnie, jak przechodnia na ulicy.

Wyjechaliśmy z domu w Druskiennikach 19 sierpnia 1934 roku, by stanąć w Szanghaju 15 marca 1936 roku. Przez rok, sześć miesięcy i dwadzieścia cztery dni, na przestrzeni dwudziestu czterech tysięcy trzystu kilometrów maszyna była absolutnym władcą losu dwojga ludzi, byliśmy zdani na łaskę i niełaskę humorów, zgrzytów, złośliwości motoru, a każdy jego kaprys mógł stać się naszą tragedią.

Teraz on umarł, a my zaczynamy walkę o życie. Jakie ono będzie? Któż zdoła przejrzeć los? Start był niecodzienny, to każdy przyzna, i ten, który skwituje naszą lekkomyślność przyjaznym uśmiechem, i ten, co wzruszy ramionami z poczuciem niesmaku i niezrozumienia.

Przygotowań nie było żadnych, trudności paszportowe znaczne. Nie zapominajmy, że rok trzydziesty czwarty był rokiem najcięższego kryzysu w kraju i początkiem ograniczeń dewizowych. Gromadka kolegów rozradowanych perspektywą tak uciesznych przygód wepchnęła mnie w jakieś drzwi Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie akurat ten pan co potrzeba siedział, na co dzień obwarowany sekretarkami, niedostępny… wręczył mi paszport do ręki. Wtedy jeszcze uśmiechem dziecinnym potrafiłam rozbroić dorosłe, zgorzkniałe nawet serce.

Całą podróż odbyliśmy na własny koszt, za pieniądze ciężko zarobione i z trudem zdobyte, bo w owym czasie trzeba było uporczywie się w redakcjach upominać, by dostać należną zapłatę. Byliśmy tak daleko, że nikt nie mógł dopilnować terminów, toteż pieniądze przychodziły nieregularnie i nieraz głodowaliśmy w oczekiwaniu. Nieocenionym pośrednikiem pomiędzy redakcją a nami na szlaku była moja matka, która niezmordowanie walczyła o los swoich dzieci i w każdym liście dodawała otuchy do przetrwania. Przeciętna kosztów naszej podróży wypadła po 500 złotych na miesiąc, dla nas jednak, biorąc pod uwagę zużycie benzyny i oliwy oraz remonty motoru, wydatki na papier, atrament i materiał fotograficzny, zostawała z tego śmiesznie mała suma na życie.

Na szlaku znaleźliśmy wiele gościnności, przyjaźni, pomocy i serc nam życzliwych, ale mieliśmy także wielkiego przyjaciela w kraju. Byl nim doktor Marian Stępkowski3, radiokronikarz. Jego głos nawiązywał z nami łączność, nieraz zgubioną w szerokim świecie, a jego listy i odpowiedzi w skrzynce radiowej, serdeczny oddźwięk z dalekiego domu, dodawały nam energii do dalszych głupstw, dowodziły bowiem zrozumienia dla naszej fantazji i romantyzmu u starszego pokolenia.

Stach sporządził dla wszystkich auto – i moto-pism szczegółowe i bardzo techniczne sprawozdanie4 z podróży, po czym odezwał się do mnie w te słowa:

– A teraz ty, popchajwózku, napisz coś mniej praktycznego. Wytłumacz wszystkim, po co było ruszać w świat daleki, skazywać się na trudy i niewygody, tłuc po zakurzonych drogach na siodełku czy poręczy wózka, pchać motor, głodować, marznąć, moknąć, smażyć się w słońcu, spać na twardej ziemi.

Szukaliśmy swojej wielkiej przygody, tocząc się beztrosko poprzez bezkres w nieznane, au blanc de carte, jak zażartował pewien sympatyczny podoficer Legii Cudzoziemskiej, podarowując mi mapę pustyni, na której brakowało jedynie obranego przez nas szlaku. I chociaż nie odkryliśmy Ameryki, ani nawet małego skrawka ziemi, bo wszędzie już ktoś był przed nami wozem, wołem, wielbłądem, osłem, pieszo, konno… to jednak żaden motocykl, ani nawet samochód, nie przetoczył się wcześniej naszą trasą w całej jej rozciągłości. Nie pobiliśmy żadnego rekordu ani właściwie niczego nadzwyczajnego nie dokonaliśmy, ale przeżyliśmy przygodę dwojga narwańców i awanturników. Niedosypianie, głodówka, ciągłe niebezpieczeństwa i nieprawdopodobne wprost trudności silnie naderwały moje zdrowie, były chwile, w których zdawało mi się, iż nie dociągnę do celu i kości swe złożę w pustyni.

Pisałam, jak Bóg dał, w rowie przydrożnym, w zajazdach, w kokosowym lesie, na pustyni i w dżungli, z niedźwiedziem w ramionach, czasem co dzień na bieżąco, czasem spoglądając wstecz na przejechany szmat drogi. Niech nastrój włóczęgi naszej, jej chwile dobre i złe same przemówią za siebie.

DAMA W KOSZYKU

Wystartowaliśmy do rajdu 23 sierpnia 1934 roku o poranku. My, to znaczy ja i mój chłopiec, ubrani w białe combinaison z żaglowego płótna i takież hełmy, a w zasadzie to mój chłopiec wystartował, ja zaś pełniłam co najwyżej funkcję balastu.

Motocykl marki B.S.A. koloru zielonego, 10 koni mechanicznych, 1000 cm3, wózek (moje mieszkanie na wiele najbliższych miesięcy) także zielony, namiot, cztery koce, dwie poduszeczki, płaszcze przeciwdeszczowe, waliza, a w niej dwie (straszna prawda!) suknie, sportowe ubrania, swetry, trochę bielizny, buty na zmianę, kuchenka składana i aluminiowe rondle, maszyna do pisania, dwa aparaty fotograficzne, zapasowy łańcuch, opona, dętki, komplet narzędzi, sznur i łopata. Oto cały bagaż i ekwipunek na romantyczną przygodę na miarę don Kichota i co szlachetniejszych zdobywców nieznanych lądów, wyprawę transazjatycką zamierzoną na wielką skalę do celu tak lekkomyślnie palcem wytkniętego na mapie, najdalszego miejsca dokąd lądem można zajechać – do Szanghaju!

Motocykl marki B.S.A. i wózek (moje mieszkanie na wiele najbliższych miesięcy)

Wystartowaliśmy, mając w kieszeni niewiele, bo mniej niż sto funtów angielskich. Ile mniej, nie zdradzę, i tak byście zresztą nie uwierzyli. Stanęliśmy do walki z czasem, przestrzenią, drogą i ludźmi, na przekór wszystkim głosom rozsądku, które zamiast zachęty przynosiły oszczerstwa i nieustanne krakanie, że nie dalej dojedziemy, jak do Wiednia, na Bałkany, no co najwyżej do Konstantynopola. I nawet kiedy dobrnęliśmy do celu, nie zdołaliśmy wykrzesać z sybarytów naszego pokolenia bodaj iskry zapału i uznania. Jedyną pociechą w strapieniu było to, że zawsze wyprzedzaliśmy o krok wszystkich tych złorzeczących czarnowidzów.

Odprowadzało nas nieliczne grono przyjaciół

Odprowadzało nas nieliczne grono przyjaciół, przedstawiciele firmy motocyklowej, jeden dziennikarz, kilku przygodnych gapiów. Przyjemny wyraz twarzy, aparat pstryknął, motor warknął i para wariatów potoczyła się sprzed budynku automobilklubu na alei Szucha w Warszawie… do Szanghaju.

Czuliśmy się niczym wróble na gałęzi targanej wiatrem, bo i lekko, i szczęśliwie, i podrzucało na wszystkie strony. Skacząc z kamienia na kamień, wypadliśmy na szosę prowadzącą do Łowicza. Szosa fatalna, maszyna z trudnością brnęła przez piachy, sierpniowe słońce paliło upałem, pył osiadał na spoconych twarzach, myśli coraz więcej tęsknych, smutnych kołatało się po głowie.

Pożegnanie, ciepłe matczyne objęcia, pocałunki, łzy, uśmiechy. Ojciec płakał i siostra Hanka, jedynie Mama zdołała zachować twarz spokojną.

– Z Bogiem. Pod płaszczem Matki Najświętszej i opieką Świętego Antoniego, niech was omija zła przygoda, moje dzieci.

Jeszcze szeroki znak krzyża w powietrzu, zdławiony szloch, terkot motoru zagłuszył ostatnie przestrogi, zniknął dom za zakrętem. Tęsknoty, złe przeczucia rozwiały się szybko, jechaliśmy przecież w podróż naszego życia, uplanowaną w wielkiej tajemnicy podczas spacerów z psami po lesie, na nartach łazikując beztrosko, ruszaliśmy po wielką przygodę szerokich szlaków, do krajów słońca, ziszczał się sen dzieciństwa, najpiękniejsze marzenie, stawaliśmy do walki o swoje życie.

– Stachu, czy widzisz tego mnicha?

Szedł bosymi stopami po oślizłym skraju drogi, na ramieniu dźwigał krzyż chrystusowy. Zjawa czy znak? Na szarym tle nieba wyogromniał… znikł. Źle będzie czy dobrze, nie wolno oglądać się za siebie. Nikt i nic nas nie wróci. Przed nami szeroka szosa…

Słońce zamotane w pajęczyny babiego lata toczyło się kulą w białym pyle gościńca, przez rżyska i ścierniska, przycupnęło na progu chaty bielonej, aureolą świętych zawisło na krzyżu przy rozstaju, do nieba wysokim. Mknęliśmy za nim na zachód. Motor przybierał gazu, papieros parzył zgubionymi iskrami, uciekały topole, słupy telegraficzne, malwy i słoneczniki, jabłonie ciężkie czerwienią i złotem.

W podróżnych tobołkach zagnieździć się musiały skrzaty domowe, co podskok, inny sznur lub rzemień pęka, sypie się bagaż w pył szosy, przystawać trzeba, zbierać, wiązać. Opony z kolei umiłowały sobie zgubione na drodze gwoździe, toczy się taka, podrzuca, nabiera, wreszcie naszpikowana żelastwem wypuszcza powietrze z sykiem żmii. Uporasz się z jedną, za godzinę z drugą ten sam kłopot. Robota przy motorze nie dla mnie, podział ról od początku jasno ustalony, mój chłopiec ma motor, czuje każde drgnienie maszyny, pracuje, prowadzi, naprawia, opiekuje się dziesięciokonnym potworem, pasażerka wózka telepie się bezczynnie, oczy otwarte, uszy nastawione, wypatruje, nasłuchuje i pisze. Może uda się spisać kronikę tej przygody XX wieku? Właśnie! Dama w koszyku.

Niebotyczną aleją topolową dojechaliśmy do punktu granicznego

Niebotyczną aleją topolową dojechaliśmy do punktu granicznego Gorzycko. Pogranicznicy rozradowali się na widok naszych paszportów, nigdy jeszcze nie widzieli tylu egzotycznych wiz, urośliśmy w ich oczach. Do zaszczytu czytania chińskich, perskich, japońskich znaczków dopuszczono nawet kilku obywateli miasteczka. Motor otrzyma! plombę ołowianą, uścisnęliśmy po raz ostatni polskie dłonie.

– Jedźcie z Bogiem!

Zaskrzypiał szlaban, uniósł się, po chwili opadł znów, już za naszymi plecami.

– Heil Hitler!

Wieczorem wjeżdżamy aleją Frankfurcką do Berlina. Miasto jest kapitalnie zmotoryzowane, szeroką szarą szosą mkną auta i piętrowe autobusy, motocykle z przyczepkami i bez, wozy ładowne, ciężarowe, szare cienie suną przez szary kraj. Poczwórny szereg maszyn pędzi z szybkością 70 kilometrów na godzinę, nie dając żadnych sygnałów przy mijaniu, pod kołami wyślizgany asfalt, policjanta nie widać, ruch reguluje sygnalizator świetlny, mrugają robaczki świętojańskie znaków, sygnałów, objazdów, migotliwe, zdradliwe. Są ludzie, których raduje widok zachodniej cywilizacji. Motoryzacja, urbanizacja, militaryzacja, nacjonalizacja… dla mnie profanacja przede wszystkim, profanacja tego, co było przecie ongiś dzikie, piękne w swej naturalnej prostocie.

Uścisnęliśmy po raz ostatni polskie dłonie

– Saar ist unser! Saar ist Deutsch!5

Wszyscy odziani w czarne lub brunatne mundury ze swastyką na piersi. Tysiące sztandarów ze swastyką dumnie powiewa nie tylko na domach i ruinach, ale też na większości aut i motocykli. Czerwone płachty zbladły w mroku. Nasza chorągiewka Automobilklubu Polskiego widziana w pędzie jest łudząco podobna, toteż kierowcy maszyn i przechodnie pozdrawiają nas wyciągniętą ręką.

– Heil Hitler!

Biało-czerwona chorągiewka furczy na wietrze.

Dwudziestotysięczny tłum mieszczuchów bawi się nad brzegiem jezioro

Niedziela. Berlin wymarł. Znikły niezliczone szeregi samochodów, sygnały świetlne regulujące ruch stoją nieczynne. Gdzie się wszyscy podziali? Nad Wannsee, tam odbywa się dzisiaj święto ludowe.

Ruszamy śladem berlińczyków. Na miejscu zastajemy kolosalny park samochodowy, panuje idealny porządek, natychmiast przydzielają nam miejsce w tłumie maszyn. Podchodzimy do bramy o kilkunastu wejściach, za okazaniem legitymacji prasowej, jak za dotknięciem czarnoksięskiej różdżki, otwierają się przed nami wrota prowadzące do zaczarowanej krainy.

Natychmiast przydzielają nam miejsce w tłumie maszyn

Oszołomieni nawałem atrakcji, zduszeni przez tłum wspinamy się na wysoki brzeg. Mewy, żagle, białe puchy obłoków suną błękitem jeziora marszczonego wiatrem, roziskrzonego słońcem. Ryk megafonów, krzyki, nawoływania, śpiewki, chorągiewki… dwudziestotysięczny tłum mieszczuchów bawi się nad brzegiem jeziora. Między jednym a drugim występem gwiazd trzyletnia Gretchen lub mały Hans krzyczy w mikrofon mamo i wyrywa się z rąk artysty ogłaszającego, że mały obywatel zgubił rodziców. Wracamy torem wyścigowym AVUS6, szum mrowiska oddala się, zlewa w przeciągły gwizd pędu, wiatr, mimo okularów, wyciska łzy z oczu.

Nie myślałam wtedy o przestrzeni rzuconej hojną ręką za nami

Opuszczamy Berlin. Przed hotelem, gdzie pakujemy motor, zbiera się tłumek ciekawskich, ten i ów służy dobrą radą, wszyscy są ogromnie podekscytowani celem naszej podróży.

Całe następne trzy tygodnie toczymy się europejskim szlakiem automobilklubów. Pola, lasy, wsie, zamki rycerskie, stare miasteczka, drogi wysadzane sadem owocowym, nie myślałam wtedy o przestrzeni rzuconej hojną ręką za nami.

Spadamy na łeb na szyję w roześmiane Czechy

Wspinamy się serpentyną coraz wyżej, strzeliste jodły porastają skały gęstym zwartym lasem, aż nagle, nie zdążyłam się nawet obejrzeć, a karkołomnym zjazdem, przy jęku hamulców, spadamy na łeb na szyję w roześmiane Czechy. Co przejedzie maszyna lub motocykl, są tak bajecznie nowoczesne i kolorowe, że aż oczy kłują. Wsie krzyczą barwami, pomyśleć by można, że maszerował tędy olbrzym jakiś w butach siedmiomilowych i niósł pod pachą pudło z farbami, a że był w swawolnym nastroju, rozpaćkał barwy bezładnie wielkim pędzlem po palecie pól, siół, chat, kościołów, mostów, świątków przydrożnych, nawet słupków kilometrowych nie pominął i ubrał je w szafirowe czapeczki.

Staczamy się ku antycznej, wspaniałej Pradze

Dziw, że droga niemalowana, a tylko jedna biała kreska poprowadzona środkiem szarej jezdni.

Jest w Czechach miły zwyczaj, że wszystkie stacje benzynowe pozdrawiają przejeżdżającą maszynę, niczym starego przyjaciela. Wszyscy są w tak dobrych humorach, że ani się gniewać, ani dąsać nie można.

Przed Pragą łapie nas burza i deszcz tak straszliwy, że koszyk w parę minut zamienia się w wannę pełną wody. Przeczekujemy ulewę przykryci plandeką, po czym z szerokich pól staczamy się ku antycznej, wspaniałej Pradze otulonej w opalizujące welony mgieł. Odszukujemy budynek hotelu wciśnięty między stare domy, karzeł w czerwonej liberii prowadzi windę na czwarte piętro, w hotelowym pokoju na każdym meblu ląduje inna część garderoby. Suszymy się.

BIZANTYJSKI SZLAK

Zinwald. Posterunek graniczny skrył się w gęstym świerkowym lesie. W kawiarence zamawiamy białą kawę, znikają jedna po drugiej olbrzymie pajdy pytlowego chleba z masłem. Gospodarz z nabożeństwem rozkłada przed nami księgę gości, prawdziwy król pił jego kawę, z dumą prezentuje zaklejony celofanem podpis Alfonsa XIII. Radzę mu od razu zakleić nasz, bo będziemy sławni bez wątpienia, a jak się zdarzy zginąć po drodze, może zostaniemy bohaterami narodowymi. Bierze biedak księgę i spogląda nieufnie, nie wie, co myśleć…

Po raz pierwszy w naszej podróży rozbijamy namiot

Strumyk szemrze cicho pośród lasu. Nie gotując herbaty, nie zapalając świateł, w ciemności i ciszy, by nie ściągnąć nieproszonychgości, walczymy z linkami, po raz pierwszy w naszej podróży rozbijamy namiot. Kładziemy się, jednak jakoś niełatwo zasnąć, najcichszy szelest stawia na równe nogi, a ileż takich szmerów rozlega się w iglastym lesie, to szyszka spadnie, mysz skrobnie, trzaśnie gałąź. Straszne, nieprawdaż?

Budzi nas świtanie i chłop, który umieszczając „ooo” w każdej sylabie, kategorycznie oznajmia, że las jest jego własnością i nie wolno nam w tym miejscu biwakować. Uprzejmie wyjaśniamy, że nie grozi mu to, bowiem wprost z jego lasu wybieramy się do Chin. Z marszu zaimponowaliśmy mu i to bardzo, już jest zaszczycony, że spędziliśmy noc na jego terenie, rozstajemy się w wielkiej przyjaźni.

W Wiedniu pada deszcz, leje jak z cebra. Słoneczny Wiedniu, co się stało? Śliczne wiedenki biegają na wysokich, bardzo wysokich obcasach, błoto plami ażurowe, jedwabne pończochy, wiatr znęca się nad frywolnymi kapelusikami, miejscowi spoglądają w niebo i mówią, że im te chmury śniegiem pachną.

Mijamy ostatnią stację benzynową w znaczeniu środkowoeuropejskim, za granicą kończy się asfalt… podskakując na wybojach i kocich łbach, wjeżdżamy do Mariboru, spłoszone konie stają dęba na widok motoru, kopytami wymachują ponad naszymi głowami, z jękiem i brzękiem wali się wóz. Oto jesteśmy w Jugosławii.

Mijamy ostatnią stację benzynową w znaczeniu środkowoeuropejskim

Królewska droga Maribor-Varazdin-Belgrad, na mapie gruba pierwszorzędna czerwona kreska, w naturze wygląda tak: koła toną do wysokości osi w zwartym, ciężkim, żyznym błocku, które osiada grubą warstwą na motorze, ubraniach i twarzy. Na przestrzeni pięciuset kilometrów przez trzy dni toniemy dosłownie w tym bagnie. Zabawnie musimy wyglądać, niczym stwory zaskorupiałe błotem, nam jednak daleko do śmiechu.

Zabawnie musimy wyglądać, niczym stwory zaskorupiałe błotem

Miłym urozmaiceniem w tym wszystkim okazuje się naprawa gumy.

Całe szczęście, że awaria przydarza się we wsi, gdzie dostaliśmy wiadro z wodą, no i gromadę chłopów, by Stachowi kibicowali. Gorzej, gdy stajemy we wsi zakazanej bez paliwa. Mieliśmy pełen bak, ale kto mógł przypuszczać, że na przestrzeni stu kilometrów nie będzie benzyny i że tylko jeden cylinder będzie palił, bo magneto zamoknie? Mój chłopiec udaje się na rozstaje, kędy raz na dobę, o nieokreślonej porze przejeżdża autobus, ja siadam i czekam. Wtem słyszę ryk motoru i chlupot błota, uszom nie wierzę, od trzech dni przecież nie spotkaliśmy samochodu! Wyskakuję jak oszalała na środek drogi i staję zdesperowana z rozkrzyżowanymi ramionami. Trzej kulturalni panowie, Bułgarzy, zatrzymują się i ratują dwoma litrami. Chwytam bańkę i wlewam ostrożnie do baku, może wystarczy do następnej wioski.

Toniemy dosłownie w tym bagnie

Dumna ze swej zaradności czekam na mojego chłopca. Wraca wreszcie. Z pustymi bańkami. Ruszamy, nie ujeżdżamy jednak daleko, parę kilometrów za wsią znów stajemy, tym razem w szczerym polu. Cała benzyna wyciekła przez otwarty kranik. Co robić? Nic, tylko pchać. Pchamy godzinę, dwie, tonąc w błocie, w końcu zmrok zapada. Nieustannie pada deszcz.

Ruszam na obchód okolicznych chat, śpiących ludzi z łóżek wyciągam, benzyny jednak nikt nie ma. W końcu znajduję chłopa, który po wielkich targach podejmuje się za 60 dinarów podwieźć nas do stacji z paliwem. Idzie zaprzęgać, my tymczasem dostrzegamy migające w oddali światełko, słyszymy wyraźny warkot maszyny, drogą jedzie Serb złotowłosy, błękitnooki, na brąz spalony i choć sam goni resztkami pożyczonej benzyny, zgadza się wziąć nas na linkę. Już mamy ruszać, gdy z mroku wyłania się chłop i awanturę wszczyna zły, że zarobek przejdzie mu koło nosa. Uspokaja się dopiero, gdy zostawiamy mu bakszysz7. Spogląda jeszcze złowrogo, bolejąc nad utratą reszty, my tymczasem przyczepiamy motor. Szarpie, rzuca na strony, ale jedziemy. Tak dowlekamy się do rogatki policyjnej w Zemun na przedmieściach stolicy.

Belgrad wywiera na nas miłe wrażenie, w nocy promienieje życiem kawiarni i restauracji, w dzień mieni się barwami mundurów gwardii, a zarówno w nocy, jak w dzień ogłusza sygnałami samochodów, wydano tam bowiem przepis policyjny mówiący, że jadąc prosto, daje się jeden sygnał, w prawo dwa, a w lewo trzy, i przyznać trzeba, że szoferzy Belgradu sumiennie stosują się do nakazu.

Na przestrzeni następnych stu kilometrów droga wiedzie brzegiem pięknego, szerokiego, błękitnego Dunaju, a by dopełnić wrażenia, dorzućmy do malowniczego pejzażu ruiny fortec tureckich, młyn pływający, łódź samotną wyściełaną szuwarem, żywopłoty śnieżnobiałej akacji. Bajka. Posuwamy się na południe szlakiem bizantyjskim, odwiecznym traktem karawan handlowych, na którym każda wioska posiada swoją wielką historię z okresu walk o niepodległość, każda tyle widziała, nasłuchała się szczęku oręża, syku płonącej smoły, jęków zarzynanych niemowląt i gwałconych dziewic… niech śpią dzieje minionych istnień.

Posuwamy się na południe odwiecznym traktem karawan handlowych

Za Niszem krajobraz nabiera ognistorudej barwy, pośród rudych gór chaty lepione z rudej gliny, na pastwiskach rude owce i pasterze w rudych guniach8 o twarzach przez słońce na rudo spalonych. Nawet nasz motor przybrał rudą barwę. Wąska kamienna droga wije się z fantazją, wspina wprost pod niebo, to znów spada karkołomnym zjazdem lub wirażem. Pośród szarych, skąpanych w księżycowej poświacie gór, w samym sercu Bałkanów, na szerokiej hali stoją dwa posterunki, biały jugosłowiański i zielonoszary bułgarski.

Na drodze artyści wędrowni z niedźwiedziem, za parę groszy można mieć przedstawienie

W poselstwie polskim w Sofii pan poseł i pan attache prasowy przyjmują nas nadzwyczaj serdecznie, jednocześnie załamując ręce nad naszą lekkomyślnością, przestrzegając, że swawolni hajducy obłupią nas ze skromnego mienia i życie odbiorą, a Kurdowie w Kurdystanie zjedzą na surowo. Po co? Tego objaśnić jakoś nikt nie potrafi, taki mają zwyczaj po prostu. Mimo przestróg potoczył się zielony wózek krainą romantycznej starej Bułgarii, ruszyliśmy na spotkanie górskim hajdukom.

Ruch na drodze taki, że przecisnąć się trudno, wozy, osiołki, tancerki, artyści wędrowni z niedźwiedziem, za parę groszy można mieć przedstawienie na szosie. Chłopi, jak przed wiekami, wdziewają brunatne siermięgi, łapcie, serdaki baranie i nóż za szerokim pasem noszą, kobiety z nieodłączną kądzielą w ręku przechadzają się odziane w czerwone fartuchy z czarnym haftem. Przed każdą chatą pergola z winoroślą, pośrodku wsi w wyciętej framudze duży piec chlebowy, to piekarnia wioskowa.

Od Płowdiwu droga spada w dół ku stepom Marmara, płynie leniwa Marica, siwe czaple brodzą pośród traw, wzgórzami ciągną się winnice. Tu po raz ostatni rozbijamy namiot na bułgarskiej ziemi, gościnnej i serdecznej. Noc gwiaździsta, chłopi zasiadają kręgiem na trawie, gapią się w milczeniu, wstają i idą. Naród dobry, spokojny i poważny. Jak zabawnie wspomnieć te ostrzeżenia, że Bułgarzy źli, że obrabują nas i zarżną. Nie tylko nie zarżnęli, ale dokarmiali wzdłuż całej drogi i obdarowywali naręczami winogron.

Pasterze uwiązali psiaka do płotu, by pilnował naszego namiotu. A któż miałby nas okraść? Psina piszczy żałośnie. Idź spać, wracaj do budy. Oczy się kleją.

BO W ANATOLII JEST TAK

Egzotyczna Bułgaria zniknęła jak sen złoty. Nad samotną chatynką powiewa dumnie sztandar z półksiężycem, tu pogranicznicy przetrząsnęli nam bagaż po raz pierwszy. Co to się działo! Wypruli wszystko z tobołków, przewrócili do góry nogami zawartość walizki, a gdy przyszło do rewizji przyborów kuchennych, przestałam się złościć, a zaczęłam śmiać. Długo, podejrzliwie, uporczywie obwąchiwali konfitury z agrestu, ostrożnie, żeby coś nie wyskoczyło, nie ugryzło, nie wybuchło, otwierali puszki z odczynnikami fotograficznymi. Wytłumaczyć im nie sposób, języka nie znamy, gesty na nic się zdadzą, bo Turcy kiwają głową inaczej, niż reszta świata.

Wkraczamy do twierdzy przedmurza islamu [na fotografii meczet w Babaeski]

– Hajda Edirnepolis9 – huknął na pożegnanie strażnik graniczny.

Zatem hajda przez step do Edirne! W blaskach zmierzchu wyłoniły się zza widnokręgu strzeliste wieże minaretów, oto została za nami chrześcijańska Europa, wkraczamy do twierdzy przedmurza islamu. Przy wjeździe do miasta żandarmi skontrolowali paszporty i przykazali zameldować się u komisarza policji. Ruszyliśmy w stronę posterunku otoczeni rozwrzeszczanym tłumem. Tak w Edirne jeszcze dwukrotnie sprawdzono nam paszporty, a potem znów w Babaeski, Luleburgaz i Tchorus, po drodze przeszliśmy kilka mniejszych kontroli rogatkowych. Policjanci godzinami przewracali paszporty, czytali w lewo, prawo i do góry nogami, kwestionowali podobieństwo na fotografii, szczególnie mojej, bo nieszczęście chciało, że do zdjęcia paszportowego wystroiłam się w sukienkę i włosy ufryzowałam. Jak w tym półchłopcu w combinaison poznać pannicę z fotografii? Czemu oczy niebieskie? I żadne wyjaśnienia nie są wystarczające. Inny znów twierdzi, że Stach jest za tłusty na fotografii. Tłumaczę na migi, że droga długa i schudł. W końcu puścili.

Noc zaskoczyła nas w stepie gdzieś przed Silivri. Zatrzymaliśmy motor i zdjęliśmy hełmy. Wyraźny zapach morza uniósł się w powietrzu. Potoczyliśmy się jeszcze kilkaset metrów i po chwili spienione fale lizały koła motoru, szum fal i wiatr stepowy ukołysał do snu.

Stać! Żandarmeria! W Silivri dostajemy eskortę. Wyrok jest ostateczny i bezapelacyjny, lepiej się nie sprzeciwiać, byli tacy, co próbowali i przesiedzieli kilka dni w więzieniu. Żandarm z karabinem w łapie i naszymi paszportami w kieszeni mości się w wózku. Dama w koszyku otrzymuje dwie propozycje, może albo maszerować pod eskortą żandarma sześćdziesiąt osiem kilometrów do Stambułu, albo jechać autobusem. Na złość wybieram najpierw opcję pieszą, gdy jednak zdaję sobie sprawę, że wędrówka zajmie dwa dni, rezygnuję, wsiadam do wypchanego niczym beczka śledziami autobusu i podziwiam wybrzeże Marmara przez zamknięte okno dusznego pojazdu.

Stoję na falującym moście, przypatruję się portowi i miastu. Wspaniałe, potężne mury zamknęły w swym wnętrzu Stambuł, stolicę sułtańską, miasto-muzeum. Mogłabym tak godzinami stać i wyobrażać sobie, jak w czasie oblężenia zamykano Bosfor, zatopić się w modlitwie bez słów w meczecie świętej Zofii, z okien meczetu sułtana Ahmeda rozkoszować się widokiem morza, wsłuchiwać we wrzawę bazarów, w haremach sułtańskich wczuwać się w duszę kobiet, które spędziły tu całe swe życie pod strażą czarnego eunucha.

Mogłabym godzinami wyobrażać sobie, jak w czasie oblężenia zamykano Bosfor

Złoty Róg10 jest dosłownie złoty, a kręte, ponure ulice wieją chłodem i wilgocią, tam słońce nie dociera nigdy.

Kręte, ponure ulice wieją chłodem i wilgocią

W tych małych uliczkach, w załomach murów czai się mrok i nędza ludzka, stukają kopyta jucznych osiołków, przeciągły półkrzyk handlarzy odbija się martwym echem o sczerniałe mury, czasem zabłąka się turysta.

Zegnaj, Stambule!

Żegnaj, Stambule! Po pięciu dniach pobytu w mieście wyjeżdżałam, nie podejrzewając nawet, że czeka nas równa piekłu na ziemi przeprawa do Azji.

Anatolio, na mapie jesteś maleńka i nie dziw, że cię poeta z gęsią razem do rana szukał11, w naturze jednak masz właściwości gumy, mała teoretycznie liczba kilometrów rozciąga się na godziny, dnie i tygodnie, w twych objęciach zatraca się rachubę czasu, poczucie rzeczywistości, a noce i dnie, ranki i wieczory łączą się niczym sznur nizany z lapis lazuli i starych korali.

Jak każdego wieczora gaśnie za naszymi plecami złota kula słońca, a przed nami niewidzialna ręka zawiesza na szarzejącym niebie bladą lampę księżyca. Szeroki step pokryty burzanem zlewa się na horyzoncie z błękitnym pasem morza. Droga rozwidla się. Chcąc ominąć osiedla ludzkie, a nade wszystko posterunki żandarmerii, wybieramy ścieżkę zarośniętą i mniej uczęszczaną. Drożyną polną, bezdrożem, poprzez krzewy wyjeżdżamy na plażę. Oto idealne pustkowie do rozbicia namiotu, od lądu chroni nas skała pokryta laurem, od zachodu otwarte morze.

Słońce czerwoną pomarańczą tonie w morskiej głębi, czarne bawoły wracają do stodoły, podchodzą nieufnie, węszą, spoglądają, znów człapią dalej, tonąc w burzanach po rogi. Cicho jest i srebrzyście. Sen klei powieki. Słyszymy stukanie, ktoś szarpie płótnem namiotu.

– Czy wam czego nie brak?

Chłop z folwarku podaje wiadro słodkiej wody dla gości, po czym rozpływa się w mroku równie nagle, jak się wcześniej pojawił.

Słońce czerwoną pomarańczą tonie w morskiej głębi

Na stepie znaleźć można kurhany, jak z pieśni ukraińskich, stare mosty z kamienia ponad wyschłymi łożyskami rzek bezimiennych, umarłe szlaki, trakty przedwieczne wiodące po garbatych, powyginanych białych płytach marmuru, bezdroża rozchodnikiem i ostem porosłe, gliniane, poryte, spękane, zdradzieckie, wysypane okruchami kamieni, pełne wyrw, skał zwietrzałych, głazów wżartych w glebę, nie do odrzucenia, nie do przebycia, byle trudniej.

Na stepie znaleźć można bezdroza wysypane okruchami kamieni

– Ach, odetchnąć wiatrem stepu, swobodą, dziczą – mówiłam sobie jeszcze z tamtej strony Bosforu.

Miewa się takie marzenia. A teraz, pośród pustkowi, gdy oddycham co dzień pyłem stepu, spala słońce, dręczy pragnienie, wilczą nocą chłód sen z powiek spędza, ubranie szronem sztywnieje, palce przymarzają do metalowych części motoru, a ręce pękają od ran, odzywa się tęsknota za łazienką, wygodnym łóżkiem lub choćby drogą asfaltową.

O szoso, mogiło wszystkich naszych nadziei! Oślepiająco biała drogo usypana z tłuczonego marmuru, jakże jesteś piękna, ale jakże straszliwa dla opon. Jedzie się raczej objazdem wyrytym w żyznej glinie. Maszyna idzie nachylona do drogi pod kątem prostym, koło wózka górą, motor na dole, bo w przeciwnym razie zawiesza się podwozie na garbie koleinowym. Rola balastu jest w takiej chwili bardzo ważna, trzeba siedzieć na zewnętrznej poręczy wózka, trzymając się mocno i cały ciężar ciała wraz z nogami wyrzucić do zewnątrz. Ta gimnastyka trwa godzinami.

W południe posilamy się dynią i chlebem u studni z białego marmuru, za stołki służą nam dwa kapitele kolumn, korynckiej i doryckiej. Podchodzą osiołki do wodopoju, siadają chłopi, napatrzeć się nie mogą na egzotycznych cudzoziemców.

Oto dar dla spragnionych wędrowców – studnia. W mozaiki, marmurowa, drewniana, dziura w ziemi nawet, czy struga ujęta w koryto, antyczna czy nowa, każda piękna, bo upragniona. Przy studni odpoczną chłopi i konie, i osły. Przy studni skorpiony szare i czarne żyją szczęśliwie, gromadnie.

W południe posilamy się u studni z białego marmuru

W południe co dzień idą trąby powietrzne duże, małe, mniejsze, malutkie, równymi rzędami według wzrostu. Żar. Cisza. Wtem uderza wiatr, od ziemi porywa pył, piach ze świstem unosi, wciska się pod okulary i do gardeł, bije po skórze, z nóg zwala, łopoczą szare chusty, osty toczą się stepem w bezkres. Tuman pyłu przysłania wszystko, dławi, ogłusza, oślepia, omracza, nic nie widać, jedynie słychać skrzypienie. Na krzywej grobli drogę blokuje zator wozów. Mijamy je, gdy nagle spłoszone woły niespodziewanie spuszczają łby i ruszają do szarży na wózek. Z jednej strony rów, z drugiej karawana wozów, rozlega się ogłuszający trzask, zwijam się w kłębek, głowę kryję między kolanami, nogi biją po rogach, jarzmie, znów po rogach. Jakże długo to trwa… czy wytrzymam? Jeszcze ostatni trzask nad głową i po wszystkim. Czuję ból, ale kości na szczęście mam całe, nakładam bandaże na rany zalepione brudem, a tymczasem za moimi plecami Stach wymierza sprawiedliwość w utarczce z chłopem.

Napatrzeć się nie mogą na egzotycznych cudzoziemców

Gdy obieramy kierunek południowy i wkraczamy w dzikie góry Taurus, nasz B.S.A. zdać musi egzamin na górskiego osiołka. Naprawdę dokonuje cudów zręczności na wykutych w bazalcie ławkach, a mój chłopiec przez cały tydzień żmudnej przeprawy nosi bandaże na dłoniach, tak mu puchną na wybojach.

Bo w Anatolii jest tak, że albo na drogach tłok i zator taki się robi, że przejechać nie sposób, pchają jedni drugich, depczą w miejscu, ciągną szlakiem niezliczone szeregi wozów w czarne półdzikie woły zaprzężonych. Każdy inny – wózki malowane z budą z płótna na łęku, z drabinami i koszami po bokach, wozy górskie na pełnych tarczach drewnianych, a skrzypią tak makabrycznie, że w pierwszej chwili strach ogarnia człowieka. Wół azjatycki, trochę tylko oswojony, sympatię wzbudza słodkim wyrazem pyska, gołoskóry, pokryty gdzieniegdzie tylko kępami długiej sierści, o rogach szablastych półkolistych płasko położonych w tył, kocha błoto i nie ominie żadnej wody, żeby nie zatopić się w bagnie po czubek pyska, a wystarczy i mała kałuża, by legł w niej z miną wniebowziętą. Osiołki małe, szare, zamszowe plączą się, popychają, pracują najciężej, nieraz taki malec ciągnie dwa słupy telegraficzne, kopicę siana czy piramidę owoców równą ładunkowi wozu albo prowadzi karawanę trzydziestu głupich wielbłądów, obowiązkowo też dźwiga juki i grubego Turka z potomkiem oraz garnkiem pełnym wody uwiązanym u pasa.

Całymi dniami nie spotkasz żywej duszy

A może być w Anatolii też tak, że całymi dniami nie spotkasz żywej duszy, szlak znaczony kośćmi i ścierwem końskim wiedzie przez pustynię, drapieżniki przeróżnych odmian i wielkości przysiadają jak wrony na słupach, sępy to krążą nad głowami, poszukując żeru, to szarpią wędzącą się w słońcu padlinę, nażarte tak, że zbyt ciężkie są, by się spłoszyć na widok człowieka. Stada nieprzeliczone kuropatw umykają z furkotem spod kół, gołębi dzikich tyle, że mrok zapada, gdy stado nadlatuje, drzewa niczym rzędy czarownic strzegą drogi zeschłe, powyginane, szydzące otworami mrocznych dziupli. Tak jest właśnie w Anatolii i niechaj tak będzie.

Żegnaj, śliczna kraino, piękna w swej surowości niczym paw dziki. Chciałabym jeszcze kiedyś powrócić w twe progi, nim piękno wschodu zginie w zetknięciu z szarą i smutną brzydotą współczesnej Europy, nim cywilizacja przemieni twe bezdroża w autostrady, a dzikiego chłopa anatolijskiego zrówna z farmerem niemieckim. Obawiam się, że nie zdążę niestety. Przypuszczam, że za parę lat znikną takie wsie drążone w skale, jak Urgup, zginą jako zabytek czasów jaskiniowych, a może zburzą je, aby nie dowiedziano się nigdy, że istniały i były zamieszkane w XX wieku? Kobiety nie uciekną z krzykiem, zakrywając twarz na widok nieznajomych, a dzieci, które dziś niczym małe diablęta gonią z krzykiem za motorem, rzucając kamieniami, brudne, obdarte, pójdą grzecznie do szkoły, wziąwszy się za rączki, czyste i umyte, a jeżeli kto zapuści się maszyną na stepy Anatolii, znajdzie tam szosy lepsze niż w Europie, mosty, hotele, restauracje, miejsca kempingowe. Taka podróż nie będzie już wcale zabawna.

GOŚCINNA SYRIA

Rzymską drogą po kwadratowych omszałych głazach zbliżamy się ku granicy. Strażnica czeka na wzgórzu, zielony sztandar z gwiazdami i półksiężycem łopoce na wietrze. Wita nas szczekanie psa. Wychodzi Arab w mundurze i nocnych pantoflach, do których przypiął nieprawdopodobnie długie kolczaste ostrogi. Sprawdzanie paszportów trwa chwilę.

Na cztery dni rozbijamy namiot pod samotną figą. Za nami góry, przed nami morze i słońce. Niejeden przechodzień lub kierowca czuje się pewnie nieswojo, mijając tajemnicze światełko naszego domku, myśli sobie może, kto wie, co za licho ogień pali, może bandyci. A to my, beztroskie włóczęgi.

Jakże rozkosznie jest odpocząć, nie dusić się w żarze stepu, nie zamarzać nocą, nie być brudasem całymi tygodniami niemytym. Papiery, papierzyska wytaszczone z wózka wiatr przewraca, ręka opada, w głowie pusto. Nie próżniaczę, właściwie cały dzień mam wściekle zajęty. Rankiem otwieram oczy, słońce wstaje, co rano tak samo, a jednak inaczej. Zaraz przyjdzie stary Arab orać pole, siądzie przed namiotem, wypali papierosa. Potem zjem śniadanie, wykąpię się, pójdę na spacer wybrzeżem, pobawię się kamykami malachitu, lapis lazuli, pozbieram skorupy żółwi. Czasem z lądu nadejdzie stado bydła, albo bociany nadlecą, trzeba siąść i obserwować, sprawdzić, czy przelecą ponad górami. Kluczą długo, wreszcie przechodzą, kto wie, może jutro opadną nad Eufratem. Wreszcie, gdy słońce chyli się ku zachodowi, rozpoczyna się tajemny rytuał poławiaczy ptaków. Gdy ich pierwszy raz ujrzałam, wyobraziłam sobie w pierwszej chwili, że to trędowaci, a musicie wiedzieć, że niczego tak się nie boję, jak trędowatych, nawet szczurów. Zamarło serce, czułam się niczym ten ptaszek w bruździe, sparaliżowany ślepym strachem przed czymś niezrozumiałym. Nagan w dłoń i czekam, niech się tylko zbliżą do namiotu. Suną powolnym, uroczystym krokiem trzy postaci, niczym strachy, nietoperze z szeroko rozpostartymi czarnymi chustami na ramionach, głowie, drągach. W głuchym milczeniu, bez drgnienia, zbędnego ruchu, zataczają kręgi, szerokie, węższe, coraz ciaśniejsze. Siatka łapie ptaszęta. Odchodzą.

Jeszcze ostatnia kąpiel o zmierzchu, kolacja… i tak oto człowiek przez cały dzień strasznie zajęty.

Widnieje z daleka blada łuna świateł, słońce zachodzi nad miastem Alep, szukamy Jerzego Zabłockiego, jednego z najzdolniejszych inżynierów drogowych, o którym tak miło pisał profesor Herbut w swej relacji z podróży do Syrii. Jadąc szosą jego roboty, podziwialiśmy z jakim zrozumieniem, wyczuciem potrafi obliczyć serpentyny, nachylenia i szczerze żałowaliśmy, że w Syrii, a nie u nas buduje.

Na cztery dni rozbijamy namiot pod samotną figą

Po dłuższej wędrówce po mieście znajdujemy właściwy dom. Przyjmuje nas pani Zabłocka, Francuzka urodzona w Syrii, po chwili zjawia się inżynier Zabłocki, zaczynamy rozmowę po polsku – zapomniał, ale walczy z pamięcią i mówi całkiem nieźle.

Ród Zabłockich wyemigrował na Wschód trzy pokolenia temu, pan Jerzy urodził się i wychował w Konstantynopolu, jego czterej synowie używają już tylko francuskiego i arabskiego, ale śpiewają piosenki przysłane przez Wandzię i Jagódkę Piłsudskie, marzą o tym, by poznać swą Ojczyznę. Rozczulający jest patriotyzm pani Zabłockiej. Gdy pierwszy syn przyszedł na świat, męża nie było. Chcąc mu zrobić przyjemność, postanowiła nadać dziecku jakieś bardzo polskie imię. Słyszała często polskie imię Jadwiga, czyli Hedvige, postanowiła więc nazwać chłopca Edwin. Jakież było jej rozczarowanie, gdy dowiedziała się, że imię to w Polsce jest zupełnie nieznane.

Zabłoccy zatrzymali nas u siebie na parę dni

Zabłoccy zatrzymali nas u siebie na parę dni, byli tak gościnni i mili, że na samo ich wspomnienie łzy rozczulenia stają w oczach.

Na szosie do Deir ez-Zor mijamy rozległe ludne wsie arabskie. Ulepione z gliny wyglądają niczym babki z piasku, ma się wrażenie, że jakiś psotny brzdąc bawił się tu przed chwilą i umknął, zabierając ze sobą foremki. Rozwijamy nieprawdopodobną prędkość, gnamy jak widma, hieny zaczynają podawać pierwszy śpiew nocy, na zakręcie pod mrocznym nawisem glinianym mijamy biały pomnik, na nim dwa nazwiska, jedno polskie. Wysocki. Data 1926 rok. Tu leżą dwaj oficerowie Legii Cudzoziemskiej, zastrzeleni przez Beduinów podczas zasadzki. Dalej na srebrnym szlaku następny pomnik, kolejne ofiary napadu, tym razem sprzed dwóch lat, po skórze przechodzi zimny dreszcz.

Ulepione z gliny wyglądają niczym babki z piasku

Z LAMPĄ ALADYNA

Żegnamy słoneczną i gościnną Syrię, wkraczamy w kraj wpływów angielskich – królestwo Iraku. Na bezkresnej pustyni biały kamień, teoretyczna granica dwóch państw zaznaczona na mapie jedynie z myślą o cudzoziemcach. Beduini nie znają granic.

Białym szlakiem, bez drogi, bez drogowskazów gnamy przed siebie. Jedziemy poprzez umarłą pustynię, żar leje się z nieba, wyschłe wargi przylegają do zębów, śnieżnobiały blask oślepia intensywnie wpatrzone w przestrzeń oczy. Po paru godzinach spotykamy pierwszy posterunek konnej żandarmerii. Witamy się serdeczne, częstujemy wzajemnie papierosami.

W tym kraju życie jest proste i beztroskie, jak w raju pewnie bywało, je się palcami z jednej miski, chleb o wyglądzie brudnej ścierki wozi się pod siodłem, pyszne daktyle rwie prosto z palmy, mięso baranie piecze na rożnie, a kto chce, może bez grosza przy duszy przemierzyć pustynię od namiotu do namiotu, a gościnni Arabowie napoją go czarną arabską kawą lub arakiem12, uczęstują papierosami, przenocują i nakarmią. Z chwilą gdy wejdziesz do namiotu Araba i powiesz salam alejkum, a ten ci odpowie alejkum salam, nic ci nie grozi, choćbyś był wrogiem. Arab w razie potrzeby życie za ciebie odda. Co jego, to twoje. Możesz zostać dzień lub rok, tu prawa gościnności są święte.

Biada ci jednak, gdy nie odpowiesz na pozdrowienie – nic tak Araba nie obraża jak odmowa.

Arabki są śliczne, rosłe, rasowe, o regularnych rysach i oczach jak daktyle. Malują się przedziwnie, nozdrza, uszy, piersi henną, oczy na błękitno, od czoła na nos kreska pionowa, przez dołek na policzku dwie kreski, pozioma na brodzie i jeszcze znak na czole, pionowa linia lub koronka przez brzuch, po krzyżu i od pach do stóp. Klejnoty stanowią nieodzowną ozdobę, koła w uszach, kolczyk w nosie, jeden lub więcej, naszyjnik z dukatów, bransolety na rękach i nogach. Twarzy nie zakrywają.

Jak noszą się Arabowie, każdy wie, o ile jednak Turek europeizuje się od nakrycia głowy, u Arabów cywilizacja poszła w nogi. Buty, buty… co za buty, jaskrawożółte półbuciki, zabójcze lakierki, a do tego niebywałe skarpetki ażurowe, cieliste, różowe, zielone. Połączenie nóg tak obutych z zawojem i burnusem wygląda kapitalnie. Arabowie mają jeszcze jedną słabość, uwielbiają wodę kolońską.

Jedziemy poprzez umarłą pustynię

Bladobłękitna rzeka szeroko rozlana w jeszcze szerszej dolinie dwoma ramionami oplata zieloną wyspę, na niej ruiny, w cieniu postrzępionych wachlarzy palm skryło się ulepione z gliny miasteczko Annah. Nurt pędzi, wiruje, gna z wiatrem pustynnym w zawody, pośrodku rzeki ujrzysz czasem łódź przedwieczną, rzeźbioną, zdobną gryfami, ciężką purpurą żagli, ciągnie ją na linie półnagi holownik, kręcą się powoli ogromne koła wodociągów, słońce kładzie ostatnie blaski na świetlistą toń Eufratu, cisza wieczoru rozpościera swe skrzydła nad miastem.

Szukamy naczelnika urzędu celnego. Przydzielony policjant prowadzi nas labiryntem glinianych opłotków ku maleńkim drzwiom w murze. Wchodzimy na kwadratowe podwórze, pośrodku fontanna, kwiaty, taras z widokiem na rzekę, na ławie przykrytej perskim dywanem, majestatyczny w arabskich szatach i turbanie na głowie siedzi siwy hadżi13, u jego stóp bawi się dziewczynka.

Formalności nie załatwimy do rana, definitywnie nie puszczą nas w nocy na pustynię, bo niebezpiecznie, a przede wszystkim, bo urzędnik celny zapałał sympatią do nas i zapragnął dowiedzieć się wszystkiego o Polsce oraz spędzić wieczór w egzotycznym towarzystwie. Sam nie mówił po francusku, więc sprowadził tłumacza. Tak do północy zleciał mu i Stachowi czas na rozmowach o ich i naszej ojczyźnie, ja zaś miałam zaszczyt odwiedzić panie w haremie. Śliczne, rosłe, o regularnych rysach i oczach jak daktyle, nozdrzach, uszach i piersiach malowanych henną, Arabki dotykały twarzy nieznajomej, niemalowanej, obcego stroju, całowały, śmiejąc się radośnie i klaszcząc obracały na wszystkie strony niczym lalkę z gałganków.

Z lampą Aladyna w ręku ruszaj podróżniku szukać obrazków z baśni tysiąca i jednej nocy, znajdź prawdziwego złodzieja z Bagdadu. W pierwszej chwili powiesz: to niemożliwe, a jednak udasz się na poszukiwanie, zboczysz o krok w wąskie uliczki, stopy twe utoną w białym pyle i znajdziesz. Złodziej z Bagdadu jest nieuchwytny, bezkarny i wszechobecny. Od świtu po zmrok ulice zalewa tłum Beduinów, Żydów, kulisów, mieszczuchów, handlarzy, nędzarzy. Wielobarwny tłum faluje, kłębi się, przewala, dusi, tłamsi, depcze, potrąca, rozpycha się, rozlega się wrzask nieustanny, ryk osiołków, wycie gramofonów przeraźliwe. Wzdłuż ulic w otwartych kawiarniach na ławach leżą leniwcy Wschodu, dzień cały palą nargile i popijają kawę. Na straganach daktyle i muchy, muchy, muchy…

Co europejskie, jak pontonowe mosty, sklepy, hotele, jest bardzo wygodne, ale brzydkie. Co arabskie, choć brudne i hałaśliwe, piękne jest i ciekawe. Architektura glinianej wioski, krągłe guffy14 plecione z liści palmowych przepojonych smołą, meczety wyłożone perską mozaiką, lasy daktylowe wokół miasta i piękny leniwy Tygrys. A gdy jasna noc zawiesi nad miastem lampę księżyca, cichnie gwar handlarzy, ostrożnie stąpaj zbłąkany przechodniu po nielicznych chodnikach, bacz, by nie potrącić pogrążonych we śnie nędzarzy. Śpią w brudzie ulicy, jak szmata rzucona do rynsztoku.

Przez dwa dni pławiliśmy się w upale nad brzegiem płowej rzeki, gdy na główną ulicę Bagdadu wtoczył się biały od pyłu pustyni motocykl z przyczepką. Litera D sugerowała przynależność państwową niemiecką.

Dwaj młodzieńcy z Halberstadtu, kierowca Siegfried Wenhaus oraz pasażer przyczepki Hans Reichart, wyjechali z Berlina w trzy tygodnie po naszej tam wizycie, jako specjalni korespondenci. Dziwnym zbiegiem okoliczności obrali identyczną co my trasę, to znaczy przejeżdżają przez te same punkty, zdążając do tego samego celu, jest jednak pewna różnica. Podczas gdy my pchamy się uparcie lądem, zarówno szosą, jak i oślim szlakiem, nasi koledzy z Niemiec podążają najkrótszą drogą lądem lub morzem, tak że na odcinku Berlin-Bagdad zrobili o połowę mniej kilometrów. Będą pewno już dawno na granicy Syjamu, gdy my korzystać będziemy z gościnności perskiej w Teheranie. „Cel uświęca środki” i „kto pierwszy, ten lepszy” mawiają…

W glinianym miasteczku granicznym panuje nieznośny upał, przed budynkiem celnym tłoczą się autobusy, czekamy już parę godzin na naszą kolej, ale spokojnie, to dopiero początek. Urzędnik celny, bardzo uprzejmy Chaldejczyk, nie robi rewizji, za to płynną francuszczyzną dopytuje się, co mamy do oclenia, po czym wylicza przedmioty podlegające cłu. Zgodnie z przepisami deponujemy broń, ale po chwili rodzi się nowy kłopot, okazuje się, że musimy zdeponować dziesięć procent wartości naszego motoru, a na pozostałe dziewięćdziesiąt procent musimy mieć gwarancję wystawioną przez kogoś zamieszkałego w Persji. Tylko że my tu nikogo nie znamy. Co robić? Sytuacja bez wyjścia!

Dziki wyjący tłum oblega motor

W końcu otrzymujemy pozwolenie, by jechać dwieście pięćdziesiąt kilometrów do właściwego urzędu celnego w Kermanshah, skąd będzie można porozumieć się z centralą w Teheranie.

Po południu następnego dnia wjeżdżamy do Kermanshah, miasteczka przyczajonego pod niebotyczną skalną ścianą. Dziki wyjący tłum oblega motor, mamy coś ze stu przewodników walczących o pierwszeństwo, ciągną, szarpią, ktoś wyrywa mi papierosa z ręki.

W urzędzie celnym potwierdza się, że gwarancja obywatela perskiego jest niezbędna. Każą nam czekać na decyzję z Teheranu, a ta może przyjść nawet za miesiąc! Spędzić miesiąc w tej mieścinie? To byłaby okropność. Ślemy telegram do poselstwa polskiego w stolicy z prośbą o interwencję.