Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy można kochać Kościół, jeśli doświadczyło się w nim zranienia? Jak zachować wiarę, gdy kończą się łatwe odpowiedzi, a wspólnota staje się miejscem zgorszenia? A może właśnie wtedy, gdy wszystko się rozpada, Bóg jest najbliżej?
Marcin Jakimowicz i o. Mateusz Filipowski, karmelita bosy, prowadzą czytelnika przez najtrudniejsze momenty życia duchowego. Zamiast powielać religijne slogany i udzielać prostych odpowiedzi, pozostawiają przestrzeń do osobistej refleksji. Pokazują, że wiara nie rodzi się z pewności, lecz dojrzewa pośród pytań, rozczarowań i doświadczeń, które burzą wyobrażenia o Bogu i Kościele.
Prostota, przyjaźń i empatia stają się dla autorów punktami odniesienia dla rozważań nad duchowością, która nie ucieka przed gniewem, zwątpieniem, kryzysem czy depresją. Zgłębiają oni również temat modlitwy wolnej od perfekcjonizmu – takiej, w której jest miejsce zarówno na wdzięczność oraz ufność, jak i na bunt. Dużo uwagi poświęcają pytaniom o zmęczenie Kościołem, doświadczenie cierpienia i sens pozostawania we wspólnocie mimo jej słabości.
Kryzys nie musi oznaczać końca drogi z Bogiem, ale może stać się okazją do głębokiego i autentycznego spotkania z Nim.
Potrzebujemy niewątpliwie przejścia od teologii triumfalizmu do teologii kruchości (...). Bardzo powoli przychodzi nam uznanie, że to, co w nas ranliwe, nie jest słabością czy defektem natury, lecz ludzkim DNA, które Bóg uczynił swoim przez wcielenie. Starzec Paisjusz Michalović (...) napisał słowa, które od lat mi towarzyszą: „Tylko człowiek z sercem zranionym, krwawiącym i przebitym może kochać, bo serce, które jest zdolne do tego by być zranionym, jest sercem z ciała, a nie z kamienia. Jedynie żywe serce można zranić, kamiennego się nie da”.
Mateusz Filipowski OCD – urodził się w 1988 roku. Z wykształcenia jest patrologiem. Rekolekcjonista, towarzysz duchowy i pasjonat św. Teresy od Dzieciątka Jezus oraz duchowości liturgicznej. Promotor nurtu modlitwy kontemplacyjnej. Duszpasterz osób skrzywdzonych seksualnie w Kościele. Absolwent studiów podyplomowych z profilaktyki przemocy seksualnej wobec dzieci i młodzieży. Publikuje m.in. na łamach „Więzi”, w „Przewodniku Katolickim” oraz na swoich profilach w mediach społecznościowych. Współautor książki Tkanie. Modlitwa i kontemplacyjny lifestyle oraz autor książki Anatomia Prostoty. Biografia wiary św. Teresy z Lisieux.
Marcin Jakimowicz – urodził się w 1971 roku w Dzień Dziecka. Ukończył prawo na Uniwersytecie Śląskim. Dziennikarz, ewangelizator. Mąż Doroty, ojciec Marty, Łukasza i Nikodema. Autor bestselleru Radykalnii ponad dwudziestu książek. Interesuje go to, co mówi dziś do Kościoła Duch Święty.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 248
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MATEUSZ FILIPOWSKI OCD MARCIN JAKIMOWICZ
Modlitwa zmęczonych Kościołem
O BUNCIE, GNIEWIE I ZAUFANIU
WSTĘP
abp Adrian Galbas
ILUSTRACJE
Laura Makabresku
Wydawnictwo WAM
Gdybym miał jednym słowem scharakteryzować ojca Mateusza Filipowskiego OCD i pana Marcina Jakimowicza, użyłbym określenia: „uczciwy”. Znam ich obu – pierwszego trochę bardziej, drugiego nieco mniej – i to mogę o nich powiedzieć na pewno: są uczciwi! To uczciwi ludzie i uczciwi chrześcijanie. Ucieszyłem się więc bardzo z ich wspólnej – spisanej dla nas – rozmowy. Od razu byłem przekonany, że jej lektura nie będzie czasem zmarnowanym. Nie zawiodłem się! Przede wszystkim jest to rozmowa o chrześcijaństwie – najdosłowniej rozumianym, czyli o obecności Chrystusa pośród nas: tu – na tej ziemi, i teraz – w tym czasie; o tym, jak być chrześcijaninem w Polsce i w świecie pierwszej ćwiartki XXI wieku. Co nam w tym pomaga, a co przeszkadza?
Szczególnie dotykają mnie fragmenty o trudnościach w wierze, które są jej oczywistą częścią. Rozmówcy są tu bardzo pokorni, delikatni, nienachalni i niebanalni zarazem. Zwłaszcza gdy czytałem rozdział o Jonaszu, przypomniały mi się cudowne zdania z encykliki Lumen fid ei papieża Franciszka:
Światło wiary nie powoduje, że zapominamy o cierpieniach świata (…). Wiara nie jest światłem rozpraszającym wszystkie nasze ciemności, ale lampą, która w nocy prowadzi nasze kroki, a to wystarcza, by iść. Cierpiącemu człowiekowi Bóg nie daje wyjaśniającej wszystko argumentacji, ale swoją odpowiedź ofiaruje w formie obecności, która towarzyszy historii dobra, łączącej się z każdą historią cierpienia, by rozjaśnił ją promień światła. W Chrystusie Bóg zechciał podzielić z nami tę drogę i ofiarować nam swoje spojrzenie, byśmy zobaczyli na niej światło. Chrystus jest Tym, który zniósł ból, i dlatego „nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala” (Hbr 12,2) (nr 57).
Taką wiarę obaj mają i taką wiarą się z nami dzielą. Wiarą, która nieodłącznie związana jest z Tajemnicą – i to Tajemnicą przez wielkie „T”. Nie z rebusem, nie łamigłówką czy zagadką, które w końcu, prędzej czy później, da się rozwiązać, ale właśnie z Tajemnicą, do której wciąż się zbliżamy, pewni jednak, że po tej stronie wieczności nigdy jej w pełni nie poznamy. Przeciwieństwem takiej wiary jest niewiara, a jej zaciekłym wrogiem – religijny fundamentalizm.
Jest to rozmowa o wierze w Kościół, którym obaj Rozmówcy bywają nieraz zmęczeni, a nawet wyczerpani. I pytania pana Marcina, i odpowiedzi ojca Mateusza dotyczące Kościoła nad Wisłą AD 2026 są czasem dość gorzkie, może nawet i smutne, a jednak niepozbawione nadziei. Jest to przecież wciąż „ich” Kościół, który kochają i który – czego są pewni – daje im życiową orientację, duchowe pożywienie i bezpieczne schronienie jednocześnie...
Piękne są wątki dotyczące zwykłości życia w Kościele i zwykłości życia w ogóle; te o małych gestach, o wartości odpoczynku i o budowaniu wspólnoty za pomocą jedzenia, o potrzebie akceptacji, o spotkaniu i rozmowie. Pełno jest tu dobrze dobranych cytatów z mistrzów chrześcijańskiej duchowości i nie tylko, co niejednego Czytelnika skłoni pewnie do sięgnięcia po te dzieła.
W końcu – książka, którą trzymacie Państwo w dłoniach, jest nie tylko do przeczytania, ale, może nawet bardziej, do przeżycia. Może ona być swego rodzaju rekolekcyjnym podręcznikiem, w czym pomagają konkretne pytania do refleksji, medytacji i odpowiedzi. Trudno więc będzie komuś ją pożyczyć.
Wśród wielu pięknych wierszy Emily Dickinson jest również pewien o nadziei, którą Autorka przyrównuje do ptaka. Wiersz brzmi tak:
Nadzieja – pierzaste stworzenie // Mości się w duszy na grzędzie //Śpiewa piosenkę bez słów // I zawsze śpiewać będzie (…) // Słyszałam go w mroźnej krainie // Na morzu obcym i głuchym // Lecz nigdy – w największej potrzebie – // Nie prosił – mnie – o okruchy.
Przypomniał mi się ten wiersz podczas lektury Modlitwy zmęczonych Kościołem. W duszach obu naszych Rozmówców umościł się ten ptak na dobre – obaj są nadziejopełni i nadziejodajni zarazem, i tym się z nami dzielą. Dziękuję im za to, a Państwu życzę głębokiego, osobistego spotkania z tymi treściami. Oby zaowocowało w nas ono wzrostem nadziei, pomimo rozmaitych życiowych zmęczeń.
+ Adrian J. Galbas SAC
Warszawa, 11 lipca 2026 roku, w święto św. Benedykta, patrona Europy
Karmelitom też zdarza się wykrzyczeć w Niebo słowa, po których, spłoszeni, zatykają dłonią usta?
Czy wszystkim karmelitom? Nie wiem. Wiem, że mnie – karmelicie – wielokrotnie zdarzały się modlitwy, gdy krzyczałem wniebogłosy. Ostatnio nawet znalazłem karteczkę z modlitwą, którą napisałem w trudnym dla mnie momencie. Przez bardzo długi czas powtarzałem jak mantrę słowa: „Odpowiedz miłością, bo mnie, kurwa, stracisz… Odpowiedz!”. Chociaż nie zawsze tak było…
Nie uczono nas tego na religii…
Nie uczono. Wpajano nam raczej zachowanie nieskazitelnego pierwszokomunijnego garniturku lub sukienki. Zostaliśmy w nie wciśnięci i przykazano nam wtedy: „Tak masz się zachowywać przed Panem Bogiem!”. Sporo czasu potrzebowałem, aby odblokować całe moje odczuwanie, afektywność, i w końcu dojść do etapu, kiedy wiem, że emocje, stany psychiczne nie są moralnie ani dobre, ani złe. Są one zawsze czułą informacją, która domaga się zauważenia, otulenia, przyjęcia, wejścia z nią w konkretny dialog – bo te doświadczenia coś nam komunikują.
A potem potrzebowałem czasu, by zobaczyć, że skoro we mnie to wszystko jest, to ma prawo również być przed Panem Bogiem. Mogę wyjść z tego kubraczka, który i tak był już za ciasny.
Ćwiczenie
Z jak głębokiej czeluści własnej egzystencji wołałem / wołałam do Pana?
Często traktujemy Boga jak dziecko specjalnej troski. Gdy gadamy sobie tutaj w kontekście książki, rozmawiamy po ludzku, a mówiąc do Niego, stosujemy jakiś metajęzyk…
Całe moje doświadczenie głoszenia przez ostatnich dziesięć lat rekolekcji wprowadzających w metodę modlitwy kontemplatywnej można podsumować jednym stwierdzeniem: Bóg stał się człowiekiem, wszedł w ludzką egzystencję – a my co robimy? Najpierw sadzamy Go na katapulcie i wywalamy w kosmos, a potem konstruujemy skomplikowane mechanizmy, które pozwalają nam… dosięgnąć Go i spotkać się z Nim. To absurdalne, bo On po to właśnie stał się człowiekiem, by być blisko nas. Nasz Bóg jest Emmanuelem, to znaczy Bogiem z nami, a nie przeciwko nam. To ktoś dramatycznie bliski. W modlitwie chodzi właśnie o tę bliskość. Jeden z moich ulubionych autorów – o. Hieronim, trapista z Sept-Fons – w książce Możliwości i melodie pisał: „Jeśli kochamy i chcemy być kochani, trzeba przede wszystkim spędzać czas w bliskości z przyjacielem, w zasięgu jego wzroku i głosu. Twarzą w twarz albo ramię w ramię, ale zawsze blisko. (…) Miłość i przyjaźń opierają się na tym samym podstawowym wymogu – wzajemnej obecności”.
Dla mnie życiowym odkryciem jest to, że Chrystus w tym, co do nas mówi, nieustannie zaprasza do miłości wzajemnej. To znaczy, że moja miłość względem Niego jest Mu potrzebna. Jasne, jest taki koncept w teologii, że On mojej miłości do niczego nie potrzebuje, bo wystarcza sam sobie. Chyba nie po drodze mi z takim podejściem. Wewnętrznie czuję w nim jakieś fałszywe nuty, bo skoro Bóg nas stworzył, potem stał się dzieckiem, wszedł w naszą kruchą egzystencję i sam mówił o miłości wzajemnej, to znaczy, że również jej pragnie i jest od niej w jakiś sposób zależny – że jej potrzebuje. A co za tym idzie, w całym Jego działaniu w świecie dostrzegam szukanie tej miłości, wzajemności i bliskości z człowiekiem. Powiedziałbym może nawet o jakimś żebraniu o naszą miłość. On kocha i pragnie być pokochanym.
Jest poruszony, gdy chcemy obsypać Go „pocałunkami naszych ust” (por. Pnp 1,2)? Gdy mówimy szczerze, kim dla nas jest?
Myślę, że jak najbardziej. Jeżeli przyjął nasze człowieczeństwo ze wszystkimi jego konsekwencjami, od a do zet, to jak miałyby Go takie słowa nie poruszać? Jak mogłyby nie dotykać Go słowa wydobywane z trzewi, z głębi, skoro podzielił się z nami swoją relacyjnością, która stanowi o wewnętrznej dynamice Trójcy Świętej? Stając się człowiekiem, nie przestał być Osobą, a więc relacją.
Tylko że o tym świetnie czyta się w Biblii. Marta, a za nią Maria mówi: „Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł” i nie ma to charakteru Credo, tylko bezradnego krzyku: „Czuję się oszukana. Przecież ta choroba nie miała zmierzać ku śmierci. Po co teraz przychodzisz? Jest już za późno!” (por. J 11,17–37); Bartymeusz drze się wniebogłosy, Syrofenicjanka mówi: „Nie wyjdę z tego pokoju, dopóki moja córeczka nie zostanie uwolniona” (por. Mt 15,21–28), a potem Jan Kowalski zdobywa się na taki okrzyk i… dręczą go wyrzuty sumienia. Czy nie przesadził? Nie przeholował? A nuż Pan Bóg się obrazi?
Nie obrazi się. Pierwszą rzeczą, którą trzeba byłoby zrobić, to rozbroić całą katechezę, którą wpajano takiemu człowiekowi od najwcześniejszych lat – zaczynając od tego, co do głowy wbijało mu środowisko, w którym wzrastał. Trzeba się również przyjrzeć temu, w jakim domu się wychowywał i jak wyglądała jego relacja z rodzicami. To oni są przecież pierwszym obrazem Pana Boga, który otrzymujemy. Dziś wiemy, że nasze relacje z nimi, a szczególnie z własnym ojcem, projektujemy na tę z Bogiem…
Ćwiczenie
Jaki obraz Pana Boga przekazali mi moi rodzice, bliscy, katecheci, środowisko, w którym wzrastałem / wzrastałam?
Zwiewałeś od tej prawdy?
Myślę, że jak większość z nas zmagałem się, walczyłem z obrazem Boga, który wyniosłem z domu. Ale miałem również szczęście, bo po drodze spotykałem nauczycieli , którzy, z jednej strony, zachowywali we mnie wszystko, co było dobre, a z drugiej – pokazywali mi inną wizję Boga. Siłą rzeczy musiałem oczyścić pierwotny obraz z projekcji wynikających z sytuacji rodzinnej, które każdy z nas mniej lub bardziej świadomie nosi. Jasne – to nigdy nie będzie przeniesienie jeden do jednego, bo każda historia jest inna. Każdy miał inną relację z rodzicami i, co ważne, spotkał innych nauczycieli . Być może rodzice de facto nie powiedzieli mu niczego o Panu Bogu, a największy wpływ na relację z Nim miały osoby, które jako pierwsze przekazały mu treść Ewangelii? Papież Franciszek mówił: „Dopiero poznanie czułości Boga, osobiste jej doświadczenie, sprawi, że zostaniemy uwolnieni od fałszywych obrazów, jakie w sobie nosimy, i zapragniemy wejść z Nim w głębszą relację. Jezus zaprasza nas, byśmy poznali rewolucyjną moc czułości Boga”. Patrząc na historię mojego chrześcijańskiego życia, widzę, że tę czułość Boga spotykałem. Dzięki niej zapragnąłem wejść z Nim w głębszą relację. Chociaż w pewnym stopniu tajemnicą jest dla mnie to, że od samego początku w relacji z Bogiem pozwalałem sobie na bunt. Jakbym przeczuwał, że mogę, że mam do tego prawo. Jest taka tradycja żydowska, która mówi, że w Biblii każdy znajduje przynajmniej jedną postać, która o nim opowiada. Moją postacią jest…
Niech zgadnę: Jonasz?
Jonasz! (śmiech). Prorok, który od razu przyjmuje postawę buntownika i zwiewa na statek. Pamiętam, jak moi przyjaciele powiedzieli kiedyś: „Wiesz, Mateusz, ty jesteś takim człowiekiem, który z zasady musi powiedzieć na początku: «nie», by potem móc z wolnością powiedzieć: «tak»” (śmiech).
By nawrócić Niniwę, Jonasz musiał zostać zwymiotowany przez rybę.
To niezbyt przyjemny element tej układanki. Ale patrząc na życie, trzeba powiedzieć, że niezbędny – muszę być spacyfikowany przez Pana Boga, na najróżniejsze sposoby. Oczywiście, On to robi niesamowicie delikatnie, ale robi! Cała moja historia jest wiecznym uciekaniem przed Panem Bogiem, ciągłym buntem, wkurzaniem się na Niego, obrażaniem się, by po czasie stwierdzić: „OK, miałeś rację”. To nieustanna walka w różnych konstelacjach: nie tylko najbardziej dramatycznych, ale i codziennych, gdy zwiewam, a On mnie łapie. Wieloryb, mój osobisty humbak, musi mnie przemielić, przetrawić i, delikatnie mówiąc, wypluć.
Ale jaki jest tego owoc? Nawraca się miasto; wszyscy „od najmniejszego do największego” (Jon 3,5). Czytamy, że Niniwa była miastem na trzy dni drogi, a Jonasz szedł przez jeden dzień i wołał (por. Jon 3,3–4). Albo mu nie zależało, albo biegał jak Usain Bolt…
To, dlaczego ludzie się nawracają, zawsze pozostanie dla nas tajemnicą, przestrzenią zakrytą. I dobrze! Prorok w Biblii to nie jest ktoś, kto przepowiada przyszłość, ale ten, który mówi rzeczy oczywiste, wraca do fundamentów, do pierwotnej miłości. Albo za słowem prorockim stoi Bóg, Jego łaska, albo nie stoi nikt i wówczas taka osoba jest fałszywym prorokiem przemawiającym jedynie we własnym imieniu. Jeżeli Niniwa się nawraca, to tylko dlatego, że za słowem Jonasza stoi Pan Bóg, a miasto porusza do żywego Jego łaska. Thomas Merton w drugiej części swojego dziennika pt. Znak Jonasza pisze, kim jest prorok-mnich: „Każdy mnich może ważnie i pełnoprawnie porównywać się do proroka, bo mnisi są spadkobiercami proroków. Prorok jest to człowiek, którego całe życie jest żywym świadectwem działania opatrzności Bożej w świecie. Każdy prorok jest znakiem i świadkiem Chrystusa. Każdy mnich, w którym żyje Chrystus i w którym przez to wypełniają się wszystkie proroctwa, jest świadkiem i znakiem Królestwa Bożego. Nawet nasze pomyłki mają swoją wymowę, większą, niż przypuszczamy. Znakiem obiecanym przez Jezusa pokoleniu, które Go nie rozumiało, był «znak Jonasza proroka», to jest znak Jego zmartwychwstania. Życie każdego mnicha, każdego księdza, każdego chrześcijanina jest naznaczone znakiem Jonasza, ponieważ wszyscy żyjemy mocą Chrystusowego zmartwychwstania. Ale czuję, że moje życie szczególnie przypieczętował ten wielki znak, który poprzez chrzest, śluby zakonne i święcenia kapłańskie został wypalony aż do korzeni mojej istoty, bo tak jak Jonasz spostrzegłem, że płynę ku memu przeznaczeniu we wnętrznościach paradoksu”.
W radach dla spowiedników, dla prezbiterów, dla kaznodziejów Jan od Krzyża podpowiadał: „Możesz być najcudowniejszym mówcą, wspaniałym oratorem, ale jeżeli twoje głoszenie i przepowiadanie nie jest poprzedzone kontemplatywnym czasem spędzonym z Panem, jeżeli pod twoimi słowami nie podpisze się sam Pan, to pozostanie to wszystko na poziomie estetycznego wrażenia: «Ależ pięknie ojciec mówił!»; «Cudowna homilia!»”…
„Dziękujemy kaznodziei, że tak bardzo nas ubogacił” – recytujemy jak z nut, choć wiemy, że błogosławionymi zostają „ubodzy w duchu” (por. Mt 5,3).
Klasyczny katolicki komentarz (śmiech). A jednocześnie mamy w naszej historii świętych, którzy mówili słabo, nieporadnie, „z obawą i wielkim drżeniem”, jąkali się, jak Mojżesz, a jednak ich słowa przemieniały słuchaczy.
Nie chcieli ich uwieść?
Nie! A to częsta homiletyczna pokusa. Ostatecznie jednak lic zy się nie narzędzie i to, czy ktoś się jąka, czy nie, ale to, czy za słowem proroka stoi sam Bóg. Tylko wtedy ma ono moc przemiany rzeczywistości i ludzkiego serca.
Jeden z księży z krakowskiej kolegiaty św. Anny żartował, że dla niego cudem było, jak po kilkudziesięciu latach przyszedł facet do spowiedzi, a zapytany, co go poruszyło, odparł: „Jedno zdanie z czytanego przed chwilą lis tu episkopatu”. A ten był podobno nudny jak flaki z olejem…
Nie znamy dnia ani godziny (śmiech). Niniwa się nawraca, bo za słowem zbuntowanego Jonasza stał Pan Bóg. A dlaczego to robił? Moim zdaniem wynikało to z autentyczności relacji, jaką miał z Nim prorok. Podkreślam: autentyczności, bo przecież widzimy, jak była ona trudna, szorstka, nieszablonowa. Jonasz nie był chłopcem, który składał ręce i na polecenie: „Idź” odpowiadał posłusznie: „Oczywiście, idę!”.
„Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu” (J 3,21) – mówi Jezus, a my, katolicy nad Wisłą, od razu poprawiamy: „aby się okazało, że jego dobre uczynki są dokonane w Bogu”.
Wszystko dokonuje się w Bogu. Wszystkie nasze uczynki są prześwietlone przez Światło. W Nim żyjemy, poruszamy się, jesteśmy (por. Dz 17,28). Oddychamy Nim. Od lat obserwuję w naszej myśli chrześcijańskiej pewien rozbrat, który myślę, że ciągnie się za nami aż od Platona, czyli życie w pewnego rodzaju fałszywym dualizmie. Nieustanne stawianie rzeczywistości na ostrzu noża: „albo, albo”. A dodatkowo to wszystko jeszcze podlane manichejskim sosem, za pomocą którego próbuje się nam obrzydzić świat i tych wszystkich, których nazywamy: „oni”. Czyli zły świat, źli „oni”, no i my jedyni sprawiedliwi. Papież Leon XIV przeciwstawił się takiemu podejściu, mówiąc: „Odrzućmy manichejskie podziały, typowe dla narracji pełnych przemocy, które dzielą świat na dobrych i złych” (Encyklika Magnifica humanitas, 222).
Albo się modlę, albo się podlę.
Dobro – zło, czerń – biel, Kościół otwarty – Kościół tradycjonalistyczny, lewica – prawica, lib erałowie – konserwatyści, biskupi – świeccy, państwo – Kościół… i możemy tak wyliczać bez końca. Pławimy się w tym dualizmie i potem przekładamy go na życie duchowe, wskutek czego rodzi się mniemanie, że istnieją jakieś święte uczynki oraz te, które należą do sfery profanum. A gdy Teresa od Jezusa mówi o całym koncepcie życia modlitwy, to chce nam podpowiedzieć, że życie jest modlitwą. Jesteśmy cali zanurzeni w Bożej rzeczywistości, a Chrystus w jakiś sposób zniósł podział na sacrum i na profanum, ukazując nam, że cały świat, całe stworzenie jest Bożym dziełem, i Stwórca pragnie przenikać absolutnie wszystkie sfery naszego życia. Porzucenie tego przeklętego dualizmu czy też dualistycznego sposobu postrzegania rzeczywistości nie jest łatwym zadaniem. Gdy jednak człowiek raz zakosztuje krainy, w której nie ma już złowrogiego „albo, albo”, lecz jest harmonijna, obejmująca wszystko i wszystkich pojednana różnorodność, zaczyna dostrzegać głębsze sensy boskiej natury rzeczy. Ojciec Richard Rohr OFM pięknie o tym pisał: „W zdrowym katolicyzmie jest miejsce na ogromną różnorodność, większą, niż mamy tego świadomość. Dotarło do nas, że świat jest ogromnie zróżnicowany. To świat różnych ludzkich charakterów, kultur, teologii i dającego siłę przetrwania pluralizmu. Wiedzieliśmy, że nie istnieje tylko jeden sposób patrzenia na Boga i służenia Mu. To, co wiemy o Bogu, jest ważne, ale co robimy z tą wiedzą, jest jeszcze ważniejsze. Zbyt często słyszy się, że wszyscy powinniśmy postrzegać Boga w ten sam sposób (co, nawiasem mówiąc, nie jest możliwe). Bardziej konieczne jest jednak, byśmy słuchali Boga i zgodnie z tym postępowali . To, że Bóg obdarzył nas tak wielką różnorodnością twarzy, temperamentów, emocji, historii, pokazuje, że szanuje On wszystkie kultury i życie każdego z nas. Bóg nie boi się tych różnic. To my się ich boimy”.
Od lat staram się w moim przepowiadaniu nie skupiać na złu, ale akcentować to, co w człowieku dobre. Chcę poszukiwać w nim dobra. Bliskie mi jest to, co pisze św. Paweł: „Niech nie wychodzi z waszych ust żadna mowa szkodliwa, lecz tylko budująca, zależnie od potrzeby, by wyświadczała dobro słuchającym” (Ef 4,29). Wielokrotnie podkreślałem, że nie da się budować autentycznego, głębokiego życia duchowego na krytyce – ponieważ gdy nie będziemy już mieli czego krytykować, to nam się wywali całe życie duchowe.
Oj, to bolesna diagnoza dla Polaków, którzy na pytanie: „Co u ciebie?” odpowiadają: „Stara bieda”, i których najpopularniejszy zwrot brzmi: „I tak źle, i tak niedobrze!”.
Taka nasza wąska narodowa specjalizacja: wieczne narzekanie, które – jak zauważa bł. Henryk Suzo – jest modlitwą demonów. Teresa od Jezusa mówiła: „Bardziej obawiam się narzekającego człowieka niż zastępu szatanów”. Tymczasem Księga Rodzaju nie zaczyna się od trzeciego rozdziału, czyli od upadku Adama i Ewy, ale od opowieści o tym, że wszystko, co Bóg stworzył, było dobre. Uważam, że odwoływanie się do ludzkich zasobów, poszukiwanie w nich dobra i wzmacnianie go jest drogą o wiele głębszą i skuteczniejszą niż nieustanne wytykanie ludziom ich błędów. Mam wrażenie, że generalnie są oni w miarę inteligentni i wiedzą, co oraz gdzie zrobili źle. A jak nie wiedzą, to przychodzą, rozmawiają, dopytują i rozeznają. Niezwykle ważne jest to wzmacnianie wewnętrznego człowieka oraz złożonego w nim dobra.
Od lat obserwuję, że w osobach, które spotkały żywego Boga, automatycznie uruchamia się wewnętrzny kompas – podskórnie wyczuwają, co jest dobre, a co złe. Potrafią to rozeznać, ponazywać, rozróżnić. A my przez lata robiliśmy odwrotnie: zaczynaliśmy naszą opowieść od serwowania im moralności, lis ty zasad do wykucia na blachę.
Wiesz, w czym tkwi geniusz św. Pawła, który odkrywam w Liście do Rzymian? Nie tylko w tym, co w nim napisał, ale i w kolejności, w jakiej to napisał. Pierwsza część to kerygmat, druga to pareneza, czyli lekcje tego, jak naśladować Chrystusa. A my to odwróciliśmy. Najpierw uczymy naśladowania i serwujemy ludziom parenezę, która ostatecznie zamienia się w zwykłe moralizatorstwo.
Wielokrotnie widziałem, że gdy człowiek doświadczy realnego, osobowego spotkania z Bogiem i gdy wejdzie w tę relację, wówczas zaczynają się z niej rodzić wszystkie inne uczynki i dokonuje się przebudzenie wewnętrznego kompasu, który nazywamy sumieniem. Nagle okazuje się, że ludzie jednak potrafią rozeznawać i podążać za tym, co dobre! Na niejednych już rekolekcjach spotkałem się z – przedziwnym dla mnie – oporem wynikającym z przekonania, że musimy być ostrożni w głoszeniu kerygmatu, tego, że jesteśmy zbawieni dzięki łasce, ponieważ dzisiaj ludzie chorują na zanik świadomości grzechu i wizja łatwego, niezasłużonego zbawienia jest niezwykle niebezpieczna. Ciekawe, że te zarzuty wysuwają głównie ludzie znający teologię (księża, siostry zakonne, świeccy teologowie). Zawsze na to odpowiadam, że jeszcze nigdy nie spotkałem człowieka, który zacząłby grzeszyć albo żyć zgodnie z logiką „hulaj dusza, piekła nie ma” po tym, jak usłyszał opowieść o pięknie stworzenia oraz Dobrą Nowinę o zbawieniu z łaski, a „nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił” (Ef 2,9). Spotykałem jednak wielokrotnie takich ludzi, którzy straszeni piekłem lub faszerowani fałszywą wizją chrześcijańskiej doskonałości dawali sobie z wiarą w Chrystusa święty spokój i dryfowali w wybranych przez siebie kierunkach.
Ta odwrócona kolejność sprawia, że zaczynasz powtarzać refren: „Jak będę moralnym człowiekiem, to wtedy otrzymam dar łaski i zbawienia, a Pan Jezus się ze mną spotka”.
Nie prowadziłeś zapisków po roratach: „Pomogłem mamusi”, „Podlałem kwiatki”, „Posprzątałem pokój”? To zasługiwanie zostaje do końca życia. Dziwnym trafem skończyłem kierunek studiów, który kończyła również moja mama: prawo…
Tak, to zasługiwanie, nieustanne fik ołki przed Panem Bogiem i udowadnianie Mu, że warto się z nami spotkać, jest w nas bardzo głęboko zakorzenione. To obecnie jedna z największych duchowych chorób. Tyle że pokazywanie Mu bilansu naszych osiągnięć jest ślepą uliczką. Bardzo lubię (i często ją przytaczam) historię o tym, jak dziennikarz zapytał Thomasa Mertona, co jest największą pokusą we współczesnym podejściu do wiary (przyznał, że oczekiwał odpowiedzi w stylu: „Ludzie się nie modlą, nie chodzą do kościoła, nie spowiadają się, grzeszą”). Trapista odpowiedział krótko: „Efektywność”. Wieczne zabieganie o efekty jest dla mnie całkowitym przeciwieństwem chrześcijańskiej prostoty. Komplikujemy sobie życie od dzieciństwa: uczymy się dla ocen, dla promocji do następnej klasy, na studiach dla punktów ECTS, w pracy wyrabiamy normy, a potem przenosimy to na duszpasterstwo. Przyjeżdża biskup na wizytację…
…i zaczyna się malowanie trawy na zielono i udowadnianie, że jesteśmy Wincentymi Pstrowskimi duszpasterstwa, wyrabiającymi 200% normy.
Następuje wyliczanka: tyle chrztów, tyle wspólnot, tylu bierzmowanych. Nie ma już osoby – są lic zby, lic zby, lic zby. Mentalność handlowa, bo próbuję udowodnić biskupowi, że nadaję się na proboszcza, gdyż wykazuję się osiągami. Znajomy ksiądz nieustannie zastanawia się, kiedy od własnego biskupa usłyszy pytanie: „Czy kochasz swoich parafian?”, bo póki co rozmowy dotyczą jedynie spraw ekonomicznych.
Rozmawiasz z facetem ze Śląska, gdzie – jeśli przed farą nie stoi koparka – mówi się, że farorz jest do luftu.
Tak, mocno jest w nas zakorzeniony kult wykazywania efektów, które jesteśmy w stanie opisać lic zbami. Kiedy poznaję nowego zakonnika, to sobie czasem myślę: „Ciekawe, w której minucie padnie sakramentalne pytanie: «A ile macie powołań?»” (śmiech). Tabelki, wykresy, Excel… Przypominam sobie wówczas Małego Księcia, który opuszczając planetę biznesmena zajętego lic zeniem planet, był zdumiony tą cechą dorosłych. Czuł się zdegustowany tym, że dorośli nieustannie lic zą. Oczywiście przez to, co tutaj mówię, nie chcę w żaden sposób deprecjonować starań wielu osób. Mam świadomość ogromu pracy, którą wnoszą w ten świat, w Kościół, w nasze społeczeństwo. Myślę jedynie o pewnym typie mentalności i zafiksowania na efektach, które często pozbawiają nas dostępu do tego, co źródłowe, co najważniejsze. A chodzi tutaj przecież o miłość i bliskość z samym Bogiem.
Tę efektywność bardzo często przenosimy później na naszą relację z Nim i zamiast podejść do Niego „po prostu”, chcemy się wykazywać statystykami albo robimy duchowe pajacyki, które ostatecznie zabijają spotkanie. Myślenie o prostocie zaczynam od pytania: „Mateusz, masz na sobie maskę efektywności, czy już ją zdjąłeś?”. Jest On, jestem ja i to wystarczy. Naprawdę nie muszę Mu nic udowadniać.
Ćwiczenie
W jaki sposób zakładam w swoim życiu maskę efektywności, chcąc pokazać przed Bogiem, drugim człowiekiem lub samym / samą sobą, że zasługuję na miłość?
Nawet Mesjasz miał słabiutkie statystyki. Na dziesięciu uzdrowionych wrócił jeden, a 90% odpadło (zob. Łk 17,11–19). Jeden z dziesięciu, jak w teleturnieju. Nie mówiąc już o apostołach w kulminacyjnym momencie dramatu. Gdyby pod krzyżem została choć połowa wspólnoty… ale jeden uczeń?
Kiedy podchodzisz do życia duchowego z pragnieniem efektywności, prędzej czy później musisz doświadczyć tego, że jesteś pusty. I wtedy następuje dramat: Pan Bóg mnie nie kocha? Odrzucił mnie? Gdzie tu mowa o darmowości Dobrej Nowiny? Kiedyś zastanawiałem się, z czego się wziął ten fenomen, że chrześcijaństwo „zakwasiło” cały basen Morza Śródziemnego – że jakaś religia z zapyziałej Judei rozlała się na cały ówczesny świat, na wielką cywilizację rzymską i grecką. Grecy przecież mieli najwyższych lotów fil ozofię (do dzisiaj uznajemy ją za kanon), Rzymianie zaś posiadali solidne prawo, a tu nagle wkracza Paweł głoszący naukę z kłopotliwej, odległej prowincji. Co porwało tych ludzi? Filozofowie w pierwszym odruchu – jak czytamy na kartach Dziejów Apostolskich – odrzucili apostoła, mówiąc: „Posłuchamy cię innym razem” (por. Dz 17,32), ale potem zaczęli wsłuchiwać się, chłonąć, przyjmować. Co zafascynowało ten świat?
Gdy zadałem to pytanie ks. Przemysławowi Markowi Szewczykowi, odpowiedział: „Chrześcijaństwo wniosło coś, co w świecie starożytnym było traktowane jako maksymalna cnota, największa zdobycz: brak lęku przed śmiercią. To był ideał. A Rzymianie widzieli tę cnotę u chrześcijan – nie u jakichś wyjątkowych wojowników, fil ozofów, ale u kobiet, dzieci… A zatem decydowała nie wsiąkająca w piasek krew, ale wolność, z jaką chrześcijanie podchodzili do śmierci. To było zakorzenione w świadectwie Ewangelii, bo przecież stojący pod krzyżem setnik widział mnóstwo egzekucji. Widział, jak przerażeni ludzie skomlą o lit ość, przeklinają wrogów, szamoczą się. Dlaczego właśnie wtedy wyznał: «To jest Syn Boży»? W Ewangelii jest sformułowanie, że widział, jak umierał Jezus. Zobaczył kogoś, kto oddaje życie bez lęku. To go przekonało. I to przekonało starożytny Rzym”.
Tak, to jest ważny powód. Niemniej myślę, że chodziło również o to, że Syn Boży jest kimś z krwi i kości, to znaczy: stał się kimś bliskim, na wyciągnięcie ręki! Niedostępni greccy bogowie żyli daleko, na Olimpie, i raczej nie interesowało ich życie czcicieli , a tu nagle Bóg staje się Emmanuelem, kimś dramatycznie bliskim…
Żarłokiem i pijakiem…
…przyjacielem celników i grzeszników (por. Łk 7,34). Dodatkowo po spotkaniu z Dobrą Nowiną cały śródziemnomorski świat zrzucił w końcu ze swoich ramion to wieczne, chorobliwe zasługiwanie przed bóstwem. W końcu mógł rozwalić ołtarze całopaleń. Ówczesny człowiek już nie musiał przebłagać lub przekupić bóstwa. Dlaczego? Bo usłyszał: „Łaską jesteście zbawieni” (por. Ef 2,8). Bóg jest kimś absolutnie bliskim, kto pragnie darmowo obdarować człowieka swoją miłością. Ostatecznie wszyscy jesteśmy tacy sami, niezależnie od szerokości geograficznej czy wieku, w którym żyjemy: każdy z nas czegoś się lęka i każdy z nas pragnie kochać oraz być kochanym. Jezus z Nazaretu zdjął z nas wszelkie lęki i pokochał. Powtarza: „Nie bójcie się – to Ja jestem. Jak Ojciec Mnie umiłował, tak samo Ja was pokochałem”.
Profesor Anna Świderkówna zastanawiała się kiedyś w rozmowie ze mną, ile milionów baranków musiano zabić w jerozolimskiej świątyni do momentu jej zburzenia. Gdy Jan Chrzciciel zawołał: „To jest Baranek Boży” (zob. J 1,29), nikt nie pytał o kontekst.
A teraz wyobraź sobie, co się dzieje w tamtym momencie w świątyni: tysiące zabijanych baranków, leje się krew, która ma specyficzny zapach, kamienie rozgrzane czterdziestostopniowym upałem…
Józef Flawiusz zanotował, że pewnego roku podczas Paschy zabito 255 660 baranków, a na obchodach obecnych było ponad dwa miliony ludzi. Nawet jeśli grubo przesadził, wciąż mówimy o gigantycznym tłumie. W świąteczne dni Jeruszalaim stawało się jednym z najludniejszych miast świata.
Tłumy, przepychanki, dym kadzideł – można powiedzieć, że kult poniekąd barbarzyński. I nagle przychodzi Jezus i mówi: „Nie szukam wyznawców i ofiarników, ale przyjaciół oraz czcicieli w Duchu i prawdzie”.
To dlatego eksplodował gniewem w świątyni? Chciał rozbroić naszą dewizę: „Bóg, handel, ojczyzna”? Jedynym przedmiotem, którego własnoręczne wykonanie przez Jezusa opisują ewangeliści, był bicz ze sznurków…
Może chciał wywrócić nasz mały stoliczek, by pokazać, jakie jest prawdziwe oblicze Ojca? Nie mógł wyraźniej zaznaczyć, że nie o handel tu chodzi, tylko o relację dziecięctwa. Jesteśmy dziećmi, a one nie handlują. Ojciec Łazarz, koptyjski mnich, zwykł powtarzać: „Zapomnij, że jesteś dorosły. Przed Bogiem zawsze będziesz dzieckiem”. Moimi najlepszymi formatorami były dzieci. Od wielu lat spędzam wakacje u przyjaciół, którzy mają ich szóstkę. Marcin powiedział kiedyś żartem: „Wiesz, ja to cię trochę podziwiam, bo masz tylko kilka tygodni urlopu, mógłbyś sobie pojechać gdzieś realnie wypocząć, a przyjeżdżasz do nas, w cały ten rodzinny rozgardiasz”. Tymczasem myślę sobie, że bez przyjaźni to bym usechł, a poza tym takie jest właśnie ich życie. Jak można przyjaźnić się w sterylnych warunkach? Życie, a zatem i przyjaźń, wydarzają się w określonej rzeczywistości. Nie „odpływam” od życia chyba właśnie dzięki temu, że nieustannie jestem zanurzony w życiu konkretnej rodziny. Poza tym uważam, że przestrzeń rodzinna – to, co się wydarza między rodzicami a dziećmi – jest jedną z najlepszych szkół duchowości. Lubię tych i innych moich przyjaciół podglądać w rodzinnym życiu. Nasiąkam ich codziennością, która mnie kształtuje i ubogaca. Bardzo lubię ten moment, kiedy wtapiam się w krajobraz rodzinny i staję się częścią tkanki tej wspólnoty. Dobrze czasem usłyszeć od dzieci: „Mati, ogarnij się”.
Kiedyś zobaczyłem scenę: małe dziecko – czteroletni szkrab – nagle wpadło w taką dziecięcą złość, frustrację. Tu kopnęło tatę, tam coś głupiego do niego wykrzyczało. Mój przyjaciel wiedział, że to jest dziecko, że w tamtym momencie kompletnie nie radzi sobie z emocjami, więc… trzeba je przytulić. Wiedział, że ten krzyk, ten gejzer emocji nie jest o nim, nie jest na serio, i że istnieje radykalna różnica między umysłem dorosłego a malutkim umysłem dziecka. Przytulił synka i zaczął z nim rozmawiać. Widząc to, pomyślałem: „O ileż bardziej radykalna jest różnica między naszym dorosłym umysłem a umysłem Boga!”. Różne rzeczy robimy w tym świecie: obrażamy się, tupiemy nogami, histeryzujemy, grzeszymy w najbardziej podły sposób, a Pan Bóg na nas patrzy i mówi: „Dziecko moje, widzę, że sobie nie radzisz. Masz malutki rozumek, jak Kubuś Puchatek”, bierze nas i kolejny raz przytula. Z tym wszystkim, z czym sobie nie radzimy. On przecież cały czas jest Ojcem!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Okładka
Strona tytułowa
Wstęp
1. Bunt Jonasza… i nasze bunty
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
© Wydawnictwo WAM, 2026
Opieka redakcyjna: Joanna Pakuza
Redakcja: Elżbieta Wiater
Korekta: Marta Koziak-Podczerwińska
Projekt okładki: Adam Gutkowski
Ilustracje wewnątrz książki: Kamila Kansy (Laura Makabresku)
Zdjęcie na skrzydle: z archiwum prywatnego autorów
Skład: Lucyna Sterczewska
ISBN 978-83-277-5108-9
Cytaty z Pisma Świętego według Biblii Tysiąclecia, wyd. V,
Pallottinum, Poznań, 2014
NIHIL OBSTAT
Przełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego,
ks. Jarosław Paszyński SJ, prowincjał, Kraków, dn. 29 czerwca 2026 r.,
l.dz. 25/2026
WYDAWNICTWO WAM
ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków
tel. 12 62 93 200
e-mail: [email protected]
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 12 62 93 254-255
e-mail: [email protected]
KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA
tel. 12 62 93 260
www.wydawnictwowam.pl
Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk
