Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Modlitwa do trzeciej dziewicy ebook

Fred Vargas  

4.71428571428571 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 440

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Modlitwa do trzeciej dziewicy - Fred Vargas

„Wynosząc kryminał do poziomu tragedii greckiej, autorka dowodzi wyczucia szczegółu, zrozumienia relacji międzyludzkich i umiejętności podsuwania fałszywych tropów. Silny ugina się tu przed słabym, cała gama postaci nagina przeznaczenie, poezja skutecznie pokonuje okropności tego świata, a najważniejsze, że czytelnik w to wierzy”. Le Magazine littéraire Komisarz Adamsberg musi się zmierzyć ze sprawą, którą teoretycznie powinien się zająć wydział do spraw narkotyków: w okolicy Porte de la Chapelle zostają znalezieni martwi dwaj młodzi mężczyźni, czarny i biały. Adamsberg jednak ma swoje zdanie na ten temat, pewne ślady wskazują, że może chodzić o coś więcej. Ze swoją stałą ekipą podejmuje trudne dochodzenie, od którego co rusz odrywają go dziwne zjawiska. Najbardziej jednak doskwiera mu nowy pracownik, niejaki Veyrenc. Za jego sprawą odżywa przeszłość, o której Adamsberg wolałby zapomnieć…

Opinie o ebooku Modlitwa do trzeciej dziewicy - Fred Vargas

Fragment ebooka Modlitwa do trzeciej dziewicy - Fred Vargas

Tytuł oryginału:

DANS LES BOIS ÉTERNELS

Copyright © Editions Viviane Hamy, 2006.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Emila Grzeszczak, Edyta Antoniak-Kiedos

ISBN: 978-83-8110-116-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

I

Po spięciu zasłony na oknie klamerką do bielizny Lucio mógł wygodniej obserwować nowego sąsiada. Niewysoki brunet, półnagi na zimnym marcowym wietrze, stawiał ceglany mur, nie korzystając z pionu. Po godzinie obserwacji Lucio potrząsnął głową jak jaszczurka, która budzi się z drzemki, i wyjął z ust zgaszonego papierosa.

– Ten gość – rzekł, ustaliwszy w końcu diagnozę – ma chyba sieczkę we łbie, że muruje bez pionu. Robi na oko, a na oko, wiadomo, chłop umarł w szpitalu. Widać tak mu pasuje…

– Daj spokój – powiedziała bez przekonania Maria, jego córka.

– Wiem, co mam robić.

– Głównie zamęczać ludzi swoimi opowieściami.

Jej ojciec klasnął językiem o podniebienie.

– Inaczej byś mówiła, jakby cię dopadła bezsenność. Tej nocy znowu ją widziałem jak ciebie teraz.

– Wiem, już mówiłeś.

– Pojawiła się w oknach na górze. Przeszła powoli, jak zjawa.

– Wiem – powtórzyła Maria obojętnie.

Starzec wstał, wspierając się na lasce.

– Jakby czekała na tego nowego, jakby się szykowała, żeby dopaść tego tam – dodał, brodą wskazując obrazek za oknem.

– Wysłucha cię jednym uchem, a drugim wypuści – powiedziała Maria.

– Jego sprawa, czy wypuści czy nie. Daj mi papierosa, pójdę.

Maria włożyła ojcu papierosa do ust, podała mu ogień.

– Do licha, dziewczyno, oderwijże filtr!

Zrobiła, co kazał, następnie pomogła ojcu włożyć płaszcz. I wsunęła mu do kieszeni radyjko, z którego z trzeszczeniem dochodziły niezrozumiałe słowa. Starzec nigdy się z nim nie rozstawał.

– Nie potraktuj brutalnie sąsiada – zaleciła, wiążąc mu szalik.

– Sąsiad z niejednego pieca chleb jadł, wierz mi.

Adamsberg beztrosko pracował pod czujnym nadzorem staruszka z naprzeciwka, zastanawiając się, kiedy sąsiad do niego przyjdzie, by obejrzeć go z bliska. Patrzył teraz, jak równym krokiem przechodzi przez ogródek, wysoki, dumnie wyprostowany, o urodziwej twarzy pooranej zmarszczkami i gęstej siwej czuprynie. Adamsberg już miał wyciągnąć doń rękę, lecz spostrzegł, że człowiek ów nie ma prawego przedramienia. Podniósł więc tylko kielnię na powitanie i spojrzał na niego beznamiętnie.

– Mogę panu pożyczyć pion – uprzejmie zaproponował starzec.

– Radzę sobie – odparł Adamsberg, kładąc kolejną cegłę. – U nas zawsze stawiało się mury na oko i dotąd się trzymają. Trochę krzywe, ale się trzymają.

– Pan jesteś murarzem?

– Nie, gliniarzem. Młodszym inspektorem policji.

Stary oparł laskę o świeżo zbudowany mur i zapiął sweter pod samą szyję, zyskując czas potrzebny na przyswojenie tej informacji.

– Narkotykami się pan zajmujesz? Czy czymś w tym stylu?

– Trupami. Jestem w kryminalnym.

– Aha – skwitował starzec wyraźnie pod wrażeniem. – Ja robiłem kiedyś w parkiecie. – Puścił oko do rozmówcy. – Ale nie na giełdzie. Sprzedawałem parkiety.

Żartowniś był z niego w swoim czasie, pomyślał Adamsberg, uśmiechając się ze zrozumieniem do sąsiada, który wyglądał mu na człowieka potrafiącego się byle czym zabawić bez pomocy innych. Skory do zbytków wesołek, ale czarnymi oczami przewierca na wylot.

– Dąb, buk, sosna. W razie czego wiesz pan, gdzie się zwrócić. W pańskim domu są tylko posadzki.

– Zgadza się.

– Parkiet jest cieplejszy. Nazywam się Velasco, Lucio Velasco Paz. Firma Velasco Paz i córka.

Lucio Velasco uśmiechał się szeroko, nie odrywając oczu od twarzy Adamsberga, którą badał centymetr po centymetrze. Stary ewidentnie krążył wokół jakiegoś tematu, miał mu coś do powiedzenia.

– Maria przejęła firmę. Ma dziewczyna głowę na karku, nie opowiadaj jej pan żadnych bredni, ona tego nie lubi.

– Jakiego rodzaju bredni?

– A przykładowo o duchach – odparł starzec, mrużąc czarne oczy.

– Nie ma obawy, nie znam bredni o duchach.

– Tak się mówi, a potem jakąś się poznaje.

– Może… Ma pan źle ustawione radio. Uregulować panu?

– Po co?

– Żeby słuchać audycji.

– Za nic, hombre. Nie chcę słuchać ich głupot. Człowiek w moim wieku ma prawo nie dać się wodzić za nos.

– Jasne – przytaknął Adamsberg.

Jeśli sąsiad chce taszczyć w kieszeni rozregulowane radio, jeśli jego chce nazywać „hombre”, wolna wola.

Stary znowu chwilę pomilczał, obserwując, jak Adamsberg układa cegły.

– Zadowolonyś pan z domu?

– Bardzo.

Lucio wymamrotał coś niezrozumiale i roześmiał się w głos. Adamsberg uśmiechnął się grzecznie. W śmiechu starca było coś młodzieńczego, podczas gdy jego wygląd zdawał się wskazywać, że w mniejszym bądź większym stopniu odpowiada za ludzkie losy na tym padole.

– Sto pięćdziesiąt metrów kwadratowych – podjął Lucio. – Ogród, kominek, piwnica, drewutnia. W Paryżu coś takiego już nie istnieje. Nie zastanowiłeś się pan, czemu dało się kupić całość za grosze?

– Pewnie dlatego, że dom jest stary, zapuszczony.

– A nie zastanowiłeś się pan, czemu go nie zburzono?

– Stoi na końcu uliczki, nikomu nie przeszkadza.

– I co z tego, hombre? Przez sześć lat nie znalazł się ani jeden chętny. Nie zastanowiłeś się pan czemu?

– Wie pan, mnie w ogóle trudno zaskoczyć – wyjaśnił Adamsberg i jednym ruchem kielni zgarnął nadmiar zaprawy.

– A przypuśćmy, że jesteś pan zaskoczony – nalegał stary. – Przypuśćmy, że zastanawiasz się pan, czemu nie było kupca.

– Bo ubikacja jest na zewnątrz. Dziś ludziom to nie odpowiada.

– Każdy mógł zrobić dobudówkę. Pan robisz.

– Nie dla siebie. Dla żony i syna.

– Rany boskie, chyba nie każesz pan tu mieszkać kobiecie?

– Raczej nie. Wpadną tylko na krótko.

– A ona? Będzie tu spała?

Adamsberg zmarszczył brwi, kiedy stary chwycił go za rękę, by zwrócić na siebie uwagę.

– Lepiej nie myśleć, że jesteś pan silniejszy od innych – rzekł Lucio zniżonym głosem. – Sprzedaj pan ten dom. Tu się dzieją niepojęte rzeczy. Przerastają nas.

– A konkretnie co?

Lucio poruszył ustami, międląc zgaszonego papierosa.

– Widzisz pan to? – zapytał, podnosząc okaleczoną prawą rękę.

– Tak – przyznał Adamsberg z szacunkiem.

– Straciłem ją, jak miałem dziewięć lat, w czasie wojny domowej.

– Aha.

– I do dzisiaj czasami mnie swędzi. Po sześćdziesięciu dziewięciu latach swędzi mnie ręka, której nie ma! W jednym miejscu, zawsze w tym samym – mówił, wskazując punkt w powietrzu. – Mama wiedziała, dlaczego akurat tu: przez ukąszenie pająka. Straciłem rękę, ale nie przestałem się drapać. Ciągle mnie swędzi.

– Jasne – przytaknął Adamsberg, bezgłośnie mieszając zaprawę.

– Bo ukąszenie nie dokonało żywota, rozumiesz pan? Domaga się tego, co mu się należy, mści się. Niczego to panu nie przypomina?

– Gwiazdy – odparł Adamsberg. – Świecą, chociaż już są martwe.

– Ano, można i tak – przyznał stary lekko zaskoczony. – Albo uczucie: weź pan przykładowo chłopaka, który kocha dziewczynę, czy przeciwnie, kiedy ze sobą zerwali. Łapiesz pan?

– Tak.

– I czemu niby chłopak ciągle kocha dziewczynę czy przeciwnie? Jak to wytłumaczyć?

– Nie wiem – cierpliwie wyznał Adamsberg.

Między jednym a drugim podmuchem wiatru blade marcowe słońce lekko grzało go w plecy, super się czuł przy budowie tego muru w zapuszczonym ogrodzie. Lucio Velasco Paz mógł gadać do woli, w ogóle mu to nie przeszkadzało.

– Proste: bo uczucie nie dokonało jeszcze żywota. Coś takiego istnieje poza nami. Trzeba czekać, aż samo zdechnie, trzeba się drapać do końca. I podobnie jest, jak ktoś umiera, zanim dokona żywota. Zamordowani plączą się w próżni, to takie plemię, które bez przerwy nas swędzi.

– Ukąszenia pająka – podsumował Adamsberg, nawiązując do początku opowieści.

– Zjawy – poważnie rzekł starzec. – Rozumiesz pan teraz, czemu nikt nie chciał kupić tego domu? Bo jest nawiedzony, hombre!

Adamsberg dokończył oczyszczanie wiadra z zaprawy i zatarł ręce.

– Hm, może być – powiedział. – Mnie to nie przeszkadza. Jestem przyzwyczajony do rzeczy, które mi umykają.

Lucio zadarł podbródek i z lekkim smutkiem wpatrzył się w Adamsberga.

– Hombre, ty jej nie umkniesz, jeśli będziesz zgrywał chojraka. Co ty myślisz? Żeś od niej silniejszy?

– Od niej? To kobieta?

– To zjawa z zaprzeszłego wieku, z czasów przed rewolucją. Stara mącicielka, zjawa.

Młodszy inspektor Jean-Baptiste Adamsberg powoli przesunął dłonią po chropowatej powierzchni cegieł.

– Tak? – odezwał się z nieoczekiwaną zadumą. – Zjawa?

II

Adamsberg, jeszcze nieprzyzwyczajony do nowego miejsca, robił kawę w przestronnej kuchni. Światło wpadało przez małe szybki w oknach, oświetlając starą jasnoczerwoną posadzkę, posadzkę z zaprzeszłego wieku. Czuć było zapach wilgoci, spalonego drewna, nowej ceraty, czegoś, co łączyło go z rodzinnym domem w górach. Postawił dwa różne kubki na stole, w miejscu, gdzie słońce rysowało prostokąt. Sąsiad siedział wyprostowany, zaciskając jedyną dłoń na kolanie. Dłoń szeroką, taką, że byka by udusiła, jakby przerośniętą, aby skompensować brak drugiej.

– Nie miałbyś pan czego do kawy? Jeśli to nie kłopot, rzecz jasna…

Lucio nieufnie zerkał na ogród, kiedy nowy sąsiad szukał jakiegoś alkoholu w nierozpakowanych jeszcze kartonach.

– Córka nie pozwala? – zapytał Adamsberg.

– Nie namawia.

– Co my tu mamy? – zastanowił się Adamsberg, wyjmując z pudła butelkę wina.

– Sauternes – rozpoznał stary, mrużąc oczy niczym ornitolog, który z daleka identyfikuje ptaka. – Trochę za wcześnie na wino deserowe.

– Nie mam nic innego.

– Poradzimy sobie – oświadczył Lucio.

Adamsberg nalał mu szklaneczkę i także usiadł przy stole, wystawiając plecy do słońca.

– Co pan zasadniczo wiesz? – zapytał stary.

– Że poprzednia właścicielka powiesiła się w pokoju na górze – odparł Adamsberg, wskazując palcem sufit. – Dlatego nikt nie chciał domu. Mnie to nie robi różnicy.

– Boś pan widział niejednego wisielca?

– A widziałem, widziałem. Ale z martwymi nigdy nie mam kłopotów. Kłopoty miewam z zabójcami.

– Nie mówimy o prawdziwych umarłych, hombre. Mówimy o innych, o takich, którzy nie odchodzą. A ona nie odeszła.

– Ta, co się powiesiła?

– Ta, co się powiesiła, odeszła – wyjaśnił Lucio i wychylił szklaneczkę duszkiem, jakby pił za to wydarzenie. – Wiesz pan, czemu się zabiła?

– Nie.

– Ten dom doprowadził ją do obłędu. Każdą kobietę, która tu zamieszka, zjawa niszczy doszczętnie. I z tego umierają.

– Zjawa?

– Zjawa z klasztoru. Dlatego ten zaułek nosi nazwę ruelle aux Mouettes.

– Nie rozumiem – przyznał Adamsberg, nalewając kawę.

– W zaprzeszłym wieku był tu klasztor żeński. Zakonnice nie mogły mówić.

– Śluby milczenia.

– Właśnie. Dla ludzi to była rue aux Muette, ulica Niemych. A potem zrobiła się z tego rue aux Mouettes, ulica Mew.

– Czyli z ptakami nie ma nic wspólnego? – spytał Adamsberg zawiedzionym głosem.

– Nie, tylko o mniszki chodzi. Ale „muettes” trudno wymówić. Muettes – powiedział Lucio, starannie artykułując.

– Muettes – powtórzył wolno Adamsberg.

– A widzisz pan, że niełatwo?… No, w każdym razie jedna z tych niemych w tamtych czasach zbrukała ten dom. Podobno z diabłem. Z tym że na to nie ma dowodów.

– Panie Velasco, a na co są dowody? – zagadnął Adamsberg z uśmiechem.

– Możesz mi mówić Lucio. W ogóle dowody są. Odbył się proces w tysiąc siedemset siedemdziesiątym pierwszym roku, klasztor został porzucony, a dom oczyszczono. Ta niema kazała się wołać świętą Klarysą. W zamian za udział w stosownej ceremonii i za odpowiednią opłatę obiecywała kobietom, że pójdą do raju. Ale staruszki nie wiedziały, że przejście nastąpi od razu. Przychodziły z pełną sakiewką, a niema podrzynała im gardło. Siedem tak zabiła. Siedem, hombre. Aż którejś nocy trafiła kosa na kamień. – Lucio wybuchnął swoim młodzieńczym śmiechem, zaraz się jednak opanował. – Nie wolno igrać z tymi demonami – powiedział. – A niech to, swędzi mnie ukąszenie, to moja pokuta.

Spokojnie czekając na ciąg dalszy, Adamsberg patrzył, jak stary porusza palcami w powietrzu.

– Takie drapanie przynosi ci ulgę?

– Na chwilę, ale potem znowu się zaczyna… Wieczorem trzeciego stycznia tysiąc siedemset siedemdziesiątego pierwszego do Klarysy przyszła staruszka, żeby kupić sobie raj. Tyle że towarzyszył jej syn, człowiek nieufny i chytry. Był garbarzem, zabił świętą. O tak – pokazał Lucio, waląc pięścią w stół. – Zmiażdżył ją łapskami jak bochny chleba. Uważnie słuchałeś?

– Tak.

– Bo jak nie, mogę powtórzyć.

– Nie trzeba, mów dalej.

– Tylko że ta szelma Klarysa tak naprawdę nie odeszła. Bo miała raptem dwadzieścia sześć lat, rozumiesz. I wszystkie kobiety, które po niej tu mieszkały, wychodziły stąd nogami do przodu. Umierały nagle. Przed Madeleine, tą, co się powiesiła, była w latach sześćdziesiątych pani Jeunet. Bez powodu wyskoczyła z okna na górze. A przed Jeunetową niejaka Marie-Louise w czasie wojny. Znaleziono ją z głową w piecu węglowym. Mój ojciec znał obydwie. Straszne.

Obaj równocześnie pokiwali głową. Lucio Velasco z powagą, Adamsberg z niejaką przyjemnością. Inspektor nie chciał staremu sprawić przykrości. A w głębi ducha niewinna historyjka o zjawach obydwu bardzo odpowiadała, toteż przedłużali ją, póki nie rozpuścił się cukier w kawie. Straszne czyny świętej Klarysy dodawały podniet życiu Lucia, Adamsberga zaś odrywały na chwilę od trywialnych morderstw, które miał na głowie. Kobieca zjawa była znacznie bardziej poetycka niż dwóch facetów poharatanych w poprzednim tygodniu przy porte de la Chapelle. Niewiele brakowało, a opowiedziałby Luciowi o tej sprawie, ponieważ stary Hiszpan zdawał się mieć wyrobione zdanie o wszystkim. Polubił jednorękiego gawędziarza mimo radia, które bez przerwy trzeszczało mu w kieszeni. Na znak Lucia dolał mu wina.

– Skoro wszyscy zamordowani kręcą się w próżni – podjął – to ile zjaw jest u mnie? Święta Klarysa plus jej siedem ofiar. Plus dwie kobiety, które znał twój ojciec, plus Madeleine… Jedenaście? Czy więcej?

– Tylko Klarysa – zapewnił Lucio. – Jej ofiary były za stare, nie wróciły. Chyba że każda jest we własnym domu, to całkiem możliwe.

– Ano.

– Tamte trzy kobiety to zupełnie co innego. Nie zostały zamordowane, tylko opętane. A święta Klarysa nie dokonała żywota, kiedy garbarz ją zmiażdżył. Rozumiesz teraz, czemu nie zdecydowano się na wyburzenie domu? Bo Klarysa przeniosłaby się gdzieś obok. Do mnie na przykład. Dlatego tu w okolicy wszyscy wolimy wiedzieć, gdzie się kryje.

– Tutaj.

Lucio potwierdził przymknięciem powiek.

– A póki tutaj się nie wchodzi, nie ma żadnych szkód.

– Domatorka z niej, można powiedzieć.

– Nawet do ogrodu nie wychodzi. Czeka na swoje ofiary na górze, na strychu. I teraz znowu ma towarzystwo.

– Mnie.

– Ciebie – przyznał Lucio. – Tyle że ty jesteś mężczyzną, nie będzie cię zbytnio nękała. Do obłędu doprowadza kobiety. Dobrze ci radzę, nie sprowadzaj tu żony. Albo sprzedaj dom.

– Nie, polubiłem go.

– Uparty jak osioł, hę? Skąd pochodzisz?

– Z Pirenejów.

– Porządne góry – z szacunkiem orzekł Lucio. – Nie warto strzępić sobie języka, żeby cię przekonać.

– Znasz je?

– Urodziłem się po drugiej stronie, hombre. W Jace.

– A co z ciałami tych siedmiu staruszek? Szukano ich wtedy, kiedy toczył się proces?

– Nie. W tamtych czasach, w zaprzeszłym wieku, śledztwa prowadziło się inaczej niż teraz. Możliwe, że ciała nadal są tam – rzekł Lucio, wskazując ogród laską. – Dlatego nie kopie się tu za głęboko. Lepiej nie prowokować diabła.

– A pewnie, bo i po co?

– Jesteś jak moja Maria – powiedział stary z uśmiechem. – Bawi cię to. Ale ja często ją widuję, hombre. Mgła, opar, a potem owiewa mnie jej oddech, lodowaty jak zimowy podmuch wysoko w górach. A w tamtym tygodniu sikałem w nocy pod leszczyną i naprawdę ją zobaczyłem. – Lucio wychylił wino i podrapał się w ukąszenie. – Okropnie się postarzała – dodał prawie z niesmakiem.

– Trochę czasu minęło – zauważył Adamsberg.

– A pewnie. Klarysa ma twarz pomarszczoną jak wysuszony orzeszek.

– Gdzie była?

– Na piętrze. Chodziła tam i z powrotem.

– Tam będzie mój gabinet.

– A sypialnia gdzie?

– Obok.

– Odważnyś, hombre – powiedział Lucio, podnosząc się. – Ale przynajmniej nie byłem za bardzo brutalny, co? Maria nie chce, żebym był brutalny.

– Skądże – zapewnił go Adamsberg, któremu nagle przybyło siedem trupów pod nogami i jedna zjawa o twarzy jak orzeszek.

– I dobrze. Może uda ci się ją udobruchać. Chociaż mówią, że tylko wiekowy starzec jej dopadnie. Ale to bajki. Nie wierz we wszystko, co ludzie mówią.

Kiedy Adamsberg został sam, dopił wystygłą kawę, potem popatrzył w sufit i zaczął nasłuchiwać.

III

Po spokojnej nocy spędzonej w towarzystwie milczącej świętej Klarysy młodszy inspektor Adamsberg pchnął drzwi Instytutu Medycyny Sądowej. Dziewięć dni wcześniej przy porte de la Chapelle znaleziono dwóch mężczyzn, którzy dali sobie poderżnąć gardło w odległości kilkuset metrów jeden od drugiego. Dwóch dziadów, dwóch drobnych oszustów, którzy handlowali na pchlim targu, jak ich przedstawił dzielnicowy. Adamsberg gorąco zapragnął ponownie obejrzeć obydwu, kiedy się okazało, że młodszy inspektor Mortier z brygady narkotykowej zamierza mu ich zabrać.

– Dwie łachmyty zarżnięte przy porte de la Chapelle to moja działka, Adamsberg – oświadczył Mortier. – Zwłaszcza że jeden to czarny. Czemu mi ich nie dajesz, na co czekasz? Aż spadnie śnieg?

– Muszę najpierw zrozumieć, czemu mają ziemię za paznokciami.

– Bo byli brudni jak nieboskie stworzenia.

– Bo grzebali w ziemi. A jak jest ziemia, to sprawa dla kryminalnej. Czyli dla mnie.

– Nie widziałeś nigdy kretynów, którzy ukrywają dragi w donicach z kwiatami? Tracisz czas, Adamsberg.

– Nieważne. Tak lubię.

Dwa nagie ciała leżały obok siebie w kostnicy, rosłego białego i rosłego czarnego, jedno owłosione, drugie nie, każde oświetlone neonówką. Zamordowanych ułożono ze złączonymi nogami i rękami wzdłuż tułowia, wyglądali, jakby śmierć obdarowała ich świeżą sztubacką układnością. Prawdę powiedziawszy, dumał Adamsberg, patrząc na grzeczne zwłoki, ci dwaj wiedli mocno klasyczne życie, bo los zawsze skąpi na oryginalności. Każdy dzień mieli zaplanowany: przedpołudnie przeznaczali na sen, popołudnie na handel, wieczory poświęcali dziewczynom, a niedziele matkom. Ludziom z marginesu, tak samo jak wszystkim innym, rutyna narzuca własne reguły. Brutalne morderstwo w nienormalny sposób przerwało ich bezbarwne życie.

Lekarka sądowa patrzyła na Adamsberga, który krążył wokół zwłok.

– Co mam zrobić? – spytała w końcu z ręką na udzie czarnego, poklepując je od niechcenia jakby dla dodania mu otuchy w ostatniej drodze. – Zarżnięci dwaj faceci, którzy handlowali w jakichś ruderach… to robota dla chłopców z narkotykowej.

– Faktycznie. Domagają się ich wielkim głosem.

– No i? W czym problem?

– We mnie. Nie chcę im oddać tej sprawy. I oczekuję, że pani mi pomoże. Proszę coś znaleźć.

– Dlaczego? – zapytała lekarka z dłonią wciąż na udzie czarnego, sygnalizując tym gestem, że człowiek ten chwilowo jest pod jej pieczą, w strefie neutralnej, i że tylko ona decyduje o jego dalszym losie, o tym, czy trafi do brygady narkotykowej czy do kryminalnej.

– Mają świeżą ziemię za paznokciami.

– Przypuszczam, że narkotykowa też ma swoje powody. Są u nich notowani?

– Nie. Ci dwaj są moi i już.

– Ostrzegano mnie przed panem – rzekła lekarka spokojnie.

– W jakim sensie?

– A w takim, że nie zawsze da się zrozumieć sens pańskiego postępowania. Stąd konflikty.

– Nie będzie to pierwszy raz ani nie ostatni, Ariane.

Stopą lekarka przyciągnęła sobie taboret na kółkach i usiadła z nogą założoną na nogę. Dwadzieścia trzy lata wcześniej Adamsberg uznał ją za piękną i taka była również teraz, w wieku sześćdziesięciu lat, gdy w ładnej pozie siedziała na stołku.

– No proszę… – zdziwiła się. – Pan mnie zna?

– Owszem.

– A ja pana nie. – Zapaliła papierosa i zastanawiała się chwilę. – Nie – stwierdziła w końcu – nic mi się nie kojarzy. Przykro mi.

– To było dwadzieścia trzy lata temu i trwało tylko parę miesięcy. Pamiętam panią, pani nazwisko i imię, pamiętam nawet, że byliśmy na ty.

– Aż tak? – spytała chłodno. – A na czym polegała nasza zażyłość?

– Mieliśmy straszną pyskówkę.

– Zakochanych? Przykro by mi było, że nie pamiętam.

– Zawodową.

– No proszę… – mruknęła ze zmarszczoną brwią.

Adamsberg pochylił głowę rozproszony wspomnieniami, które przywodził donośny głos i ostry ton lekarki. Odnajdywał jej dwoistość, która go kusiła i deprymowała w młodości: surowy ubiór i rozpuszczone włosy, wyniosły ton i naturalne słowa, wypracowane pozy i spontaniczne gesty. W sumie trudno było wyczuć, czy ma się do czynienia ze zdystansowaną superinteligentną osobą czy z pracowitą mrówą, która zapomina o swoim wyglądzie. Charakterystyczne było nawet to „No proszę”, od którego często zaczynała wypowiedź, i nie wiadomo, czy miał to być wyraz pogardy czy oznaka wiejskiego pochodzenia. Nie tylko Adamsberg zważał przy niej na słowa. Doktor Ariane Lagarde była najbardziej renomowanym lekarzem medycyny sądowej w kraju, bezkonkurencyjnym.

– Byliśmy na ty? – podjęła, strzepując popiół na podłogę. – Dwadzieścia trzy lata temu już miałam renomę, a pan był pewnie jakimś komisarzyną.

– Tylko młodym sierżantem.

– Dziwi mnie to. Nieczęsto przechodzę na ty z kolegami z pracy.

– Rozumieliśmy się świetnie. Póki nie doszło do strasznej pyskówki, od której aż drżały mury pewnej kawiarni w Hawrze. Trzasnęły drzwi i nie widzieliśmy się więcej. Nie zdążyłem dopić piwa.

Ariane zgniotła niedopałek butem, po czym poprawiła się na metalowym stołku, znowu uśmiechnięta, acz niepewna.

– Czy tym piwem nie rzuciłam o ziemię przypadkiem? – zapytała.

– Owszem.

– Jean-Baptiste… – rzekła, przeciągając głoski. – Ten kretyn Jean-Baptiste Adamsberg, który uważał, że wszystko lepiej wie.

– Właśnie to mi powiedziałaś, zanim rzuciłaś moim piwem.

– Jean-Baptiste – powtórzyła Ariane jeszcze wolniej. Wstała z taboretu i położyła dłoń na ramieniu Adamsberga. Wydawało się, że zaraz go uściska, jednakże wsunęła rękę do kieszeni kitla. – Lubiłam cię. Rozwalałeś świat i nawet nie byłeś tego świadomy. A sądząc po tym, co się mówi o inspektorze Adamsbergu, czas niczego nie zmienił. Teraz rozumiem: on to ty, a ty to on.

– Poniekąd.

Ariane oparła się łokciami o stół sekcyjny, na którym spoczywały zwłoki białego, przesunęła trochę jego tors, by mieć wygodniej. Jak wszyscy lekarze sądowi nie miała ani krzty szacunku dla zmarłych. Z niezrównanym talentem natomiast odkrywała tajemnice ich ciał, po swojemu oddając w ten sposób hołd niezmierzonej złożoności każdego z osobna. Badania doktor Lagarde rozsławiły trupy tych, którzy za życia byli zwykłymi ludźmi. Inaczej mówiąc, kto dostał się w jej ręce, wkraczał do historii. Martwy niestety.

– To był wyjątkowy denat – przypomniała sobie. – Znaleziono go w sypialni z wyszukanym listem pożegnalnym. Członek rady miasta, skompromitowany i zrujnowany. Otworzył sobie brzuch szablą na japońską modłę.

– A dla odwagi zalał się najpierw dżinem.

– Bardzo dobrze go pamiętam – ciągnęła Ariane łagodniejszym tonem osoby, która wspomina coś miłego. – Samobójstwo bez dwóch zdań, poprzedziła je długotrwała depresja kompulsywna. Radzie miasta ulżyło, że sprawa nie miała ciągu dalszego, pamiętasz? Napisałam raport, bez zarzutu. Ty robiłeś fotokopie, bindowałeś, biegałeś po zakupy, ale za posłuszny nie byłeś. Wieczorem chodziliśmy na drinka do lokalu na nabrzeżu. Ja szykowałam się do awansu, ty marzyłeś bez widoków na zmianę. W tamtym czasie dolewałam grenadyny do piwa, które wtedy mocno się pieniło.

– Dalej wymyślasz koktajle?

– Tak – przyznała Ariane tonem lekko zawiedzionym. – Pamiętasz jajeczny? Ubite jajko, mięta, malaga.

– Nigdy nie chciałem tego skosztować.

– Przestałam go robić. Na nerwy był dobry, ale za bardzo kaloryczny. Wtedy w Hawrze wypróbowaliśmy sporo koktajli.

– Z wyjątkiem jednego.

– No.

– Koktajlu ciał. Nie spróbowaliśmy tego.

– Nie. Byłam jeszcze mężatką, i to oddaną jak pies. Za to stanowiliśmy świetną parę, jeśli chodzi o raporty policyjne.

– Do czasu.

– Do czasu, aż kretyn nazwiskiem Jean-Baptiste Adamsberg nie wbił sobie do łba, że rajca z Hawru został zamordowany. A na jakiej podstawie? Dziesięciu martwych szczurów, które znalazłeś w magazynie portowym.

– Dwunastu, Ariane. Dwunastu szczurów, którym wypruto flaki.

– Niech ci będzie, że dwunastu. Wydedukowałeś z tego, że morderca się wprawiał na szczurach, zanim zaatakował. Ale było coś jeszcze. Twierdziłeś, że rana jest zbyt pozioma. Mówiłeś, że rajca powinien był trzymać szablę bardziej ukośnie, z dołu do góry. A przecież facet był pijany w sztok.

– I rzuciłaś moim piwem o ziemię.

– Kurczę, jakoś przecież nazwałam to piwo z grenadyną.

– Grenadziocha. Przez ciebie wyleciałem z Hawru, a ty napisałaś raport sama: samobójstwo.

– Miałeś coś, co by na to nie wskazywało? Nic.

– Nic – zgodził się Adamsberg.

– Chodź na kawę. Powiesz, co cię trapi z tymi denatami.

IV

Komisarz Veyrenc od trzech tygodni wykonywał jedno zadanie: ukryty w komórce o powierzchni metra kwadratowego strzegł młodej kobiety, którą widywał na schodach dziesięć razy dziennie. Rozczulała go ta kobieta i niepokoiło owo uczucie. Poprawił się na krześle, aby zmienić pozycję.

Nie miał czym się przejmować, to było tylko ziarnko piasku w trybach, drzazga w stopie, ptak w silniku. Wierutną bzdurą jest mityczne przekonanie, że jeden ptaszek, choćby i najpiękniejszy, może doprowadzić do wybuchu silnika odrzutowego, czego to ludzie nie wymyślą, żeby się nastraszyć. Jakby i bez tego nie mieli dość zmartwień. Veyrenc odgonił ptaka przestawieniem myśli na co innego, odkręcił pióro i zaczął starannie czyścić stalówkę. I tak nie miał nic innego do roboty. Cały dom spowijała cisza.

Zakręcił pióro, zaczepił je skuwką w wewnętrznej kieszeni i zamknął oczy. Mijało dokładnie piętnaście lat od dnia, gdy zasnął w zakazanym cieniu orzecha. Piętnaście lat ciężkiej pracy, której nikt mu nie odbierze. Po przebudzeniu wyleczył się z alergii na sok tego drzewa, a potem z czasem oswoił lęki, wspiął się na szczyt strapień i zdusił turbulencje. Piętnaście lat starań, by przeobrazić chłopaka o zapadniętej klatce piersiowej, ukrywającego włosy, w silnego chwata o dzielnym sercu. Piętnaście lat wysiłków, by nie miotać się jak oszalały łatwy do zniszczenia cel w świecie kobiet, a zwieńczeniem tego było przepojenie doznaniami i nasycenie komplikacjami. Kiedy się podniósł wtedy pod orzechem, przystąpił do strajku niczym przemęczony robotnik przechodzący na wcześniejszą emeryturę. Byle oddalić się od niebezpiecznych szczytów, dolać wody do wina uczuć, rozcieńczyć, dawkować, złamać przymus żądz. Radził sobie dobrze w swoim mniemaniu, z dala od zamieszania i chaosu, bliżej jakiegoś idealnego spokoju ducha. Osiągnął stan prawie doskonały: niegroźne przelotne związki, rytmiczne podążanie do celu, praca, lektura i składanie wierszy.

Cel osiągnął – dostał przeniesienie do paryskiej brygady kryminalnej, którą kierował inspektor Adamsberg. Był usatysfakcjonowany, lecz zaskoczony. W tej grupie panował niesamowity mikroklimat. Pod niezbyt zauważalnym dowództwem szefa agenci na własną rękę rozwijali swój potencjał, poddając się humorom i kaprysom pozbawionym związku z wyznaczonymi zadaniami. Brygada bezsprzecznie odnosiła sukcesy, ale Veyrenc pozostawał bardzo sceptyczny. Nie wiedział bowiem, czy jej skuteczność to efekt strategii czy działania opatrzności. Opatrzności, która przymykała oko na przykład na to, że Mercadet zainstalował na górze materace z gąbki i przesypia na nich kilka godzin dziennie; że porąbany kot załatwia się na ryzy papieru; że komendant Danglard chowa wino w szafce w piwnicy; że po biurkach poniewierają się dokumenty niemające związku z dochodzeniami, ogłoszenia biur nieruchomości, listy zakupów, artykuły na temat ichtiologii, prywatne pretensje, czasopisma geopolityczne, spektrum kolorów tęczy – to przynajmniej zauważył w ciągu miesiąca. Wydawało się, że nikomu to nie przeszkadza, może tylko komisarzowi Noëlowi, brutalowi, któremu nikt się nie podobał. I który zaraz nazajutrz rzucił uwłaczającą uwagę na temat jego włosów. Dwadzieścia lat temu Veyrenc pewnie by się popłakał, a dzisiaj miał to gdzieś. No prawie gdzieś. Skrzyżował ramiona i oparł głowę o ścianę. Nieprzeparta siła ukryta w gęstej materii.

Jeśli chodzi o samego inspektora, to z trudem zdołał go zidentyfikować. Z daleka Adamsberg wyglądał niepozornie. Minął się parę razy z tym niewysokim człowieczkiem o nerwowym ciele i powolnych ruchach, twarzy jakiejś nieforemnej i zbolałym spojrzeniu, w wymiętym ubraniu, ani podejrzewając, że to jeden z najsłynniejszych – w tym, co dobre, i w tym, co złe – członków brygady kryminalnej. Wydawało się, że nawet oczami się nie posługuje. Od pierwszego dnia Veyrenc spodziewał się oficjalnego spotkania z szefem. Tymczasem Adamsberg w ogóle go nie zauważył, chodził wiecznie pogrążony w jakimś gejzerze myśli głębokich lub pustych. Veyrenc nie mógł wykluczyć, że nawet rok upłynie, zanim inspektor zauważy, że jego ekipa doczekała się nowego członka.

Inni agenci natomiast nie omieszkali złapać w locie korzyści, jaką dawało przybycie nowego. Dlatego właśnie, umierając z nudów, tkwił teraz na posterunku w komórce na siódmym piętrze. Zasady mówiły, że powinien być regularnie zmieniany, i tak było z początku. Później zmienników zaczęło ubywać pod pretekstem a to melancholii, a to senności, a to klaustrofobii, niecierpliwości, bólu w plecach, tak że obecnie sam wartował od rana do wieczora, siedząc na twardym drewnianym krześle.

Wyciągnął nogi, na ile się dało. Taki już los nowych, niezbyt się tym przejmował. Ze stosikiem książek u stóp, kieszonkową popielniczką w kurtce, widokiem na niebo przez lufcik i piórem ze zbiornikiem pełnym atramentu mógłby mieszkać tu prawie szczęśliwy. Z umysłem ukojonym, samotnością opanowaną, celem osiągniętym.

V

Doktor Lagarde skomplikowała sprawy, żądając kropli syropu orszadowego do dużej kawy ze śmietanką. W końcu jednak zamówienie wylądowało na ich stoliku.

– Co się stało doktorowi Romainowi? – zapytała, mieszając zawiesisty napój.

Adamsberg rozłożył ręce na znak, że nie ma pojęcia.

– Ma wapory. Jak dziewiętnastowieczna dama.

– No proszę… Skąd ta diagnoza?

– Sam Romain ją postawił. Nie ma depresji ani żadnych odchyłów od normy. Ale przewala się tylko z kanapy na kanapę, tu podrzemie, tam rozwiąże krzyżówkę.

– No proszę… – powtórzyła Ariane, marszcząc brew. – Romain to raczej aktywny człowiek, świetny patolog. Lubi swoją pracę.

– Owszem. Ale ma wapory. Wahaliśmy się długo, zanim zdecydowaliśmy się go zmienić.

– A czemu ściągnąłeś akurat mnie?

– Wcale cię nie ściągnąłem.

– Powiedziano mi, że paryska brygada koniecznie chce mnie u siebie.

– Ja nie chciałem, dobrze jednak, że tu trafiłaś.

– Żeby wybronić tych dwóch chłopaków przed narkotykową.

– Według Mortiera wcale nie chodzi o dwóch chłopaków, tylko o dwóch łachmytów, z których jeden jest czarny. Mortier dowodzi narkotykową, nie łączą nas dobre stosunki.

– Dlatego nie chcesz mu oddać denatów?

– Skądże! Przecież nie uganiam się za trupami. Ale tak się składa, że ci dwaj są moi.

– Już mówiłeś. Opowiadaj.

– Nic nie wiadomo. Zginęli w nocy z piątku na sobotę przy porte de la Chapelle. Zdaniem Mortiera to oczywiście znaczy, że siedzieli w dragach. Zdaniem Mortiera zresztą czarni zajmują się tylko dragami, pytanie, czy w ogóle znają w życiu coś innego. No i jest ten ślad po ukłuciu w zgięciu łokcia.

– Zauważyłam. Rutynowe badania nic nie wykazały. Czego ode mnie oczekujesz?

– Żebyś poszukała. Chcę wiedzieć, co było w strzykawce.

– Czemu odrzucasz hipotezę o narkotykach? Przy porte de la Chapelle tego nie brakuje.

– Matka czarnego zaklina się, że chłopak nie tykał dragów. Ani nie brał, ani nie zajmował się dilerką. Matka białego nie wie.

– Jeszcze wierzysz w słowa leciwych mamusiek?

– Moja zawsze mówiła, że głowę mam jak przetak: słychać, jak wiatr wpada z jednej strony i z gwizdem wypada z drugiej. Miała słuszność. Już ci mówiłem: mają brudne paznokcie. Obaj.

– Jak wszyscy nędzarze z pchlego targu.

Ariane wymówiła słowo „nędzarze” współczującym tonem wielkich obojętnych, dla których bieda jest faktem, a nie problemem.

– To nie brud, Ariane, tylko ziemia. A ci chłopcy nie uprawiali ogródka. Mieszkali w zdewastowanych blokach bez prądu i ogrzewania, bo tylko to miasto oferuje nędzarzom. Z leciwymi mamuśkami.

Doktor Lagarde utkwiła spojrzenie w ścianie. Kiedy patrzyła na denata, jej oczy się zwężały i nieruchomiały, przekształcały się jakby w okulary mikroskopu o dużej zdolności rozdzielczej. Adamsberg był pewien, że gdyby w tej chwili zajrzał jej w źrenice, zobaczyłby dwa wyraźne ciała, białego w lewym oku i czarnego w prawym.

– Powiem jedno, co może ci pomóc, Jean-Baptiste: zabiła ich kobieta.

Adamsberg odstawił filiżankę, wahając się, czy sprzeciwić się jej po raz drugi w życiu.

– Ariane, widziałaś gabaryty tych facetów?

– Jak sądzisz, na co patrzę w kostnicy? Przeglądam swoje wspomnienia? Widziałam przecież tych chłopaków. Byki takie, że każdy jednym palcem dźwignąłby szafę. Mimo to zabiła ich kobieta. Obydwu.

– Wyjaśnij.

– Przyjdź wieczorem. Muszę sprawdzić parę rzeczy.

Wstała, na kostium narzuciła kitel, który zostawiła na wieszaku. Obsługa kawiarni w pobliżu kostnicy nie lubiła lekarzy w stroju służbowym. Przeszkadzało to klientom.

– Nie mogę. Idę na koncert.

– To wpadnij po koncercie. Pracuję do późnej nocy, jak może pamiętasz.

– Nie dam rady. Koncert jest w Normandii.

– No proszę… – powiedziała Ariane, zastygając. – Co w programie?

– Nie mam pojęcia.

– Jedziesz aż do Normandii, nie wiedząc, co grają? Czy uganiasz się za kobietą?

– Nie uganiam się za nią, uprzejmie jej towarzyszę.

– No proszę… W takim razie wpadnij jutro. Tylko nie z rana. Rano śpię.

– Pamiętam. Nie przed jedenastą.

– Nie przed południem. Z czasem wszystko się nasila. – Przysiadła jeszcze na chwilkę na brzegu krzesła. – Chciałabym ci coś powiedzieć. Nie wiem tylko, czy mam na to ochotę.

Chwile milczenia nigdy nie wprawiały Adamsberga w zakłopotanie, nawet jeśli trwały długo. Czekał więc, myślami uciekając ku wieczornemu koncertowi. Upłynęło pięć minut albo i dziesięć, nie wiedział.

– Siedem miesięcy później – zdecydowała się naraz Ariane – morderca przyznał się do wszystkiego.

– Mówisz o tym facecie z Hawru – rzekł Adamsberg, podnosząc wzrok na lekarkę.

– Tak, o tym od dwunastu szczurów. Powiesił się w celi dziesięć dni po złożeniu zeznań. Miałeś rację.

– A tobie się to nie spodobało.

– Nie. Moim przełożonym jeszcze mniej. Ominął mnie wtedy awans, musiałam na niego czekać kolejne pięć lat. Czyli podałeś mi rozwiązanie na tacy, ale ja nie chciałam słuchać.

– I nie dałaś mi znać.

– Nie pamiętałam, jak się nazywasz, wymazałam cię z pamięci, wyrzuciłam. Jak wtedy szklankę z piwem.

– I dalej masz mi za złe.

– Nie. Dzięki zeznaniom faceta od szczurów zaczęłam badać dysocjację. Nie czytałeś mojej książki?

– Kawałek – skłamał Adamsberg.

– Ja stworzyłam termin „morderca dysocjacyjny”.

– A tak, słyszałem. Osoba podzielona na dwie części.

Lekarka się skrzywiła.

– Raczej podmiot złożony z dwóch nieprzystających do siebie części, jednej, która zabija, i drugiej, która żyje normalnie, przy czym obydwie nie wiedzą o sobie nawzajem albo mają przebłyski. To bardzo rzadkie przypadki. Na przykład tej pielęgniarki aresztowanej w Asnières dwa lata temu. Takich zabójców, bardzo groźnych, wielokrotnych, właściwie nie da się wytropić. W zasadzie pozostają poza wszelkimi podejrzeniami, nawet sami siebie nie podejrzewają. I są groźni, bo w działaniu zachowują wielką ostrożność, tak bardzo się boją, żeby druga połowa ich nie wytropiła.

– Pamiętam sprawę tej pielęgniarki. Twoim zdaniem była zdysocjowana?

– Niemal idealnie. Gdyby nie natrafiła na genialnego policjanta, urządzałaby jatki do śmierci, nawet się o to nie podejrzewając. Trzydzieści dwie ofiary w ciągu czternastu lat. Bez mrugnięcia.

– Trzydzieści trzy – sprostował Adamsberg.

– Trzydzieści dwie. Wiem najlepiej, wiele godzin z nią przegadałam.

– Trzydzieści trzy, Ariane. To ja ją aresztowałem.

Lekarka się zawahała, potem uśmiechnęła.

– No jasne – powiedziała.

– Kiedy morderca z Hawru wybebeszał szczury, był tym drugim? Zabójczą częścią?

– Interesuje cię dysocjacja?

– Ta pielęgniarka mnie interesuje. A zabójca z Hawru jest częściowo mój. Jak on się nazywał?

– Hubert Sandrin.

– A kiedy się przyznał, był wtedy tym drugim?

– To niemożliwe, Jean-Baptiste. Drugi nigdy sam siebie nie wydaje.

– Ale część numer jeden też nie mogła mówić, bo nie wiedziała.

– Właśnie w tym rzecz. Na kilka chwil dysocjacja ustąpiła, doszło do pęknięcia między obiema osobowościami, powstała szczelina w dzielącym je murze. Przez tę szparę Hubert numer jeden zobaczył Huberta numer dwa i ogarnęło go przerażenie.

– To się zdarza?

– Prawie nigdy. Ale dysocjacja rzadko jest idealna. Zawsze są jakieś przecieki. Dziwne słowa przeskakują na drugą stronę muru. Zabójca ich nie zauważa, ale psychoanalityk może je uchwycić. A jeśli ten przeskok jest za szybki, może dojść do rozszczelnienia systemu, rozbicia osobowości. Właśnie to się przytrafiło Hubertowi Sandrinowi.

– A pielęgniarka?

– Jej mur mocno się trzyma. Nie wie, co zrobiła.

Adamsberg zadumał się, wodząc palcem po policzku.

– Dziwne – wyznał cicho. – Wydawało mi się, że wie, dlaczego ją aresztuję. Na wszystko zgadzała się bez słowa oporu.

– Owszem, jedna jej część, co tłumaczy zgodę na wszystko. Ale nie pamięta, co zrobiła.

– Udało ci się dowiedzieć, jak zabójca z Hawru odkrył Huberta numer dwa?

Ariane uśmiechnęła się szeroko, strzepując popiół na podłogę.

– Dzięki tobie i dwunastu szczurom. Lokalna prasa opublikowała wtedy twoje przypuszczenia.

– Pamiętam.

– Hubert numer dwa, morderca… nazwijmy go Omega… zachował wycinki z gazet, ale ukrył je przed wzrokiem Huberta numer jeden, zwyczajnego człowieka. Nazwijmy go Alfa.

– Aż kiedyś Alfa odkrył wycinki schowane przez Omegę.

– Właśnie.

– Powiedziałabyś, że Omega tego chciał?

– Nie. Alfa zwyczajnie się przeprowadzał. Wycinki wypadły z szafki. I wszystko się wydało.

– Gdyby nie moje szczury – podsumował Adamsberg cichym głosem – Sandrin by się nie przyznał. Bez niego ty nie zaczęłabyś badać dysocjacji. Wszyscy psychiatrzy i gliniarze we Francji słyszeli o twoich badaniach.

– Tak – zgodziła się Ariane.

– Wisisz mi piwo.

– Jasne.

– Na nabrzeżu Sekwany.

– Jak chcesz.

– I oczywiście nie przekażesz tych dwóch chłopaków narkotykowej.

– Decydują ciała, Jean-Baptiste. Nie ty ani nie ja.

– Strzykawka, Ariane. I ziemia. Pilnuj mi tej ziemi. I powiedz mi, jak to jest naprawdę.

Podnieśli się równocześnie, jakby ostatnie słowa Adamsberga były gwizdkiem na znak odjazdu.

Inspektor szedł ulicą spacerowym krokiem, lekarka zaś usiłowała się dostosować do jego za wolnych kroków, myślami już będąc przy czekających ją autopsjach. Umykał jej powód troski Adamsberga.

– Martwią cię te ciała, prawda?

– Tak.

– Nie tylko z powodu narkotykowej?

– Nie. To jedynie… – Adamsberg nie dopowiedział myśli. – Idę tędy, Ariane, będę u ciebie jutro.

– To jedynie…? – nalegała lekarka.

– Nie pomoże ci to w badaniu.

– Mimo wszystko powiedz.

– To jedynie zjawa, Ariane, zjawa pochylona nad nimi. Albo nade mną.

Ariane patrzyła za Adamsbergiem oddalającym się ulicą, patrzyła na jego kołyszącą się sylwetkę nieczułą na obecność innych przechodniów. Po dwudziestu trzech latach rozpoznawała ten chód. I cichy głos, wolne ruchy. Nie zwracała na niego uwagi, kiedy był młody, niczego nie odgadła, niczego nie zrozumiała. Gdyby można cofnąć czas, inaczej by słuchała jego historii o szczurach. Wcisnęła ręce w kieszenie kitla i pomaszerowała ku dwóm denatom, którzy na nią czekali, aby przejść do historii. To jedynie zjawa pochylona nad nimi. Dzisiaj taki absurd potrafiła zrozumieć.

VI

Komisarz Veyrenc wykorzystywał długie godziny w komórce, aby przepisać dużymi literami sztukę Racine’a dla niedowidzącej babci. Nikt nigdy nie pojął uczucia, jakim jego babcia darzyła tylko tego jednego pisarza, odkąd została sierotą wojenną. Wiedziano, że w żeńskiej szkole klasztornej, w której przebywała, uratowała z pożaru dzieła zebrane Racine’a z wyjątkiem tomu zawierającego Fedrę, Esterę i Atalię. Później, jakby te utwory dostały się jej zrządzeniem samego Pana Boga, mała wieśniaczka przez jedenaście lat czytała je linijka po linijce. Na zakończenie szkoły matka przełożona podarowała jej te książki jako święty wiatyk, a babcia niestrudzenie przez całe życie czytała je w kółko i nigdy nie zmieniała kolejności, nie ciekawiła jej również treść Fedry, Estery i Atalii. Babcia mamrotała tyrady swojego towarzysza życia właściwie bez przerwy, a mały Veyrenc rósł pośród jej monotonnych recytacji, które w dziecięcych uszach brzmiały jak melodia nucona w domu.

Pech chciał, że zaraził się tym, instynktownie odpowiadał bowiem babci tak samo, to znaczy aleksandrynami. Ponieważ jednak nie pochłonął jak ona tysięcy wersów kosztem niedosypiania, musiał je wymyślać. Wszystko było dobrze, póki mieszkał w domu rodzinnym. Ale kiedy poszedł w świat, drogo kosztował go ów odruch zapożyczony od Racine’a. Bezskutecznie różnymi sposobami próbował się go wyzbyć, potem dał sobie spokój, składał rymy na chybcika, mamrocząc jak babcia. Ta mania do rozpaczy doprowadzała jego przełożonych, wielokrotnie też go ratowała, albowiem rytmiczne wypowiedzi aleksandrynem wprowadzały niezwykły dystans – „niepodobny do niczego” – między nim a zgiełkliwym światem. Efekt wycofania zawsze pozwalał mu zachować spokój i dawał czas na zastanowienie, przede wszystkim zaś nie dopuszczał do popełnienia nieodwracalnych błędów w ogniu akcji. Racine, choć w żarliwych słowach opisywał namiętne uczucia, był najlepszym antidotum na nieprzemyślane działania, natychmiast studząc wszelką przesadę. Veyrenc rozmyślnie z tego korzystał, zrozumiawszy, że jego babcia w ten sposób zadbała o swoje życie i porządek w nim. Ot, takie samoleczenie nikomu innemu nieznane.

Chwilowo babci zabrakło lekarstwa, toteż Veyrenc przepisywał jej Brytanika dużymi literami. „Kształtna, bez stroju, w skromnem odzieniu lękliwa, Jak piękność, kiedy nagle kto sen jej przerywa”…1 Oderwał pióro od papieru. Słyszał, jak ziarnko piasku wspina się po schodach, rozpoznawał jej kroki, szybki stukot butów z cholewami, bo ziarnko piasku nie opuszczało skórzanych botków z klamrą. Ziarnko piasku przystanie najpierw na piątym piętrze, zadzwoni do mieszkającej tam inwalidki, aby dać jej pocztę i lunch, a tutaj będzie za kwadrans. Ziarnko piasku, czyli lokatorka tego piętra, czyli Forestier Camille, której pilnował już całe dziewiętnaście dni. Niewiele mu powiedziano, mianowicie tylko że przydzielono jej ochronę na pół roku z powodu możliwej zemsty jakiegoś starca, który mordował ludzi2. Znał jedynie jej nazwisko, nic więcej o niej nie wiedział. Oprócz tego, że sama wychowuje synka, bo żaden facet nie krążył w pobliżu. Veyrenc nie mógł odgadnąć, czym Forestier Camille się zajmuje, wahał się między hydrauliczką i muzyczką. Dwanaście dni temu grzecznie go poprosiła, by wyszedł na chwilę z komórki, bo chce zespawać rurkę w lampie pod sufitem. Wyniósł krzesło na podest i obserwował ją, gdy pracowała, skupiona i delikatna pośród podzwaniania narzędzi i płomienia palnika do spawania. Właśnie wtedy poczuł, że coś pcha go ku zakazanemu chaosowi, którego się obawiał. Od tej pory dwa razy dziennie przynosiła mu gorącą kawę, o jedenastej i o szesnastej.

Usłyszał, że stawia torbę na piątym piętrze. Z krzesła poderwała go myśl, że powinien może wyjść z komórki i nigdy więcej nie spotkać tej dziewczyny. Ciasno skrzyżował ręce, podniósł głowę do lufcika, patrząc badawczo na swoją twarz odbitą w zakurzonej szybie. Dziwne włosy, nieciekawe rysy, jestem brzydki, jestem niewidzialny. Zaczerpnął powietrza, zamknął oczy i wymamrotał:

Ale już widzę, drżysz i chwieje się twa dusza.

Tyś Troi zdobywca, który dokonał cudu,

Zdobył miasta mury i miłość jego ludu.

Czy teraz serce twe jedno dziewczę porusza?

Nie, w żadnym razie. Veyrenc spokojnie usiadł na powrót. Te cztery wersy mocno go ostudziły. Czasami potrzebował ich sześć lub osiem, niekiedy wystarczały dwa. Zadowolony z siebie po stoicku wrócił do przepisywania. Ziarnka piasku idą dalej, ptaki odlatują, opanowanie trwa. Nie ma czym się przejmować.

Camille zatrzymała się na piątym piętrze, przełożyła dziecko na drugą rękę. Najprościej byłoby bez wątpienia zejść na dół i wrócić dopiero o dwudziestej, kiedy zmieni się dyżurny policjant. Dziewięć warunków odwagi to ucieczka, twierdziła jej turecka przyjaciółka, wiolonczelistka u Świętego Eustachego, która jak z rękawa sypała porzekadłami równie kwiecistymi, jak niezrozumiałymi i przydatnymi. Zdaje się, że istniał także dziesiąty warunek, lecz Camille go nie znała i wolała sama wymyślić. Wyjęła z torby pocztę i zakupy i zadzwoniła do drzwi po lewej. Schody stały się zbyt twarde dla Yolande, jej nogi zbyt słabe, ciężar za duży.

– Straszna bieda – rzekła Yolande, ledwie otworzyła drzwi – wychowywać samotnie dzieciaka.

Staruszka codziennie wygłaszała tę opinię. Camille wchodziła do mieszkania, kładła na stole zakupy i pocztę. Po czym Yolande nie wiedzieć czemu grzała jej mleko jak niemowlęciu.

– To nic, mam przynajmniej spokój – odpowiedziała mechanicznie Camille, siadając.

– Bzdura! Kobieta nie nadaje się do życia w pojedynkę. Nawet jeżeli z facetami same kłopoty.

– Wie pani, z kobietami też są same kłopoty.

Ze sto razy już miały taką wymianę zdań, niemal dosłownie, i Yolande najwyraźniej w ogóle tego nie pamiętała. Po ostatniej uwadze gruba staruszka zamyślała się na chwilę.

– W takim razie – kwitowała to w końcu – równie dobrze każdy mógłby żyć na własną rękę, skoro miłość i jednej, i drugiej stronie przynosi same kłopoty.

– Pewnie tak.

– Tylko widzisz, dziecko, nie ma co też za bardzo unosić się dumą. W miłości człowiek nie zawsze robi, co chce.

– W takim razie kto za nas robi to, czego się nie chce?

Camille się uśmiechała, a Yolande tylko sapała w odpowiedzi, przesuwając ciężką dłonią w tę i we w tę w poszukiwaniu nieistniejących okruszków. Kto? Możni, odpowiadała sobie Camille w duchu. Wiedziała, że Yolande wszędzie dostrzega wpływ „Możnych, którzy nami rządzą”, kultywując osobisty pogański kult, o którym niewiele opowiadała ze strachu, że zostanie go pozbawiona.

W odległości ośmiu stopni od swojego piętra Camille zwolniła. Możni, pomyślała. Którzy w komórce na jej piętrze posadzili faceta o krzywym uśmiechu. Nie urodziwszego niż tamten, jeśli podejść do tej kwestii bez uprzedzeń. Dużo urodziwszego, jeśli się wpadło na głupi pomysł, aby o tym myśleć. Camille zawsze miała słabość do niepewnego spojrzenia i miękkiego głosu, toteż piętnaście lat wytrzymała w ramionach Adamsberga, lecz obiecała sobie, że już nie wróci do niego. Nie wróci do niego i nie zwiąże się z nikim, kto będzie miał w sobie subtelną łagodność i zdradliwą czułość. Dość jest na świecie nieskomplikowanych facetów, przy których w razie czego bez większych wymagań może się przewietrzyć i wrócić do domu nasycona i spokojna, więcej o nich nie myśląc. Camille nie czuła potrzeby posiadania towarzystwa. Jakim paskudnym zrządzeniem losu ten typ wspierany przez Możnych zawrócił jej w głowie tym swoim ochrypłym głosem i krzywą wargą? Położyła dłoń na główce małego Thomasa, który zaśliniony drzemał na jej ramieniu. Veyrenc. O rudo-czarnych włosach. Piasek w trybach i niedogodne zakłócenie spokoju. Nieufność, czujność i ucieczka.

VII

Ledwie pożegnał się z Ariane, na boulevard Saint-Marcel sypnęło gradem, zamazując kontury paryskiej alei i upodabniając ją do zalanej pierwszej lepszej wiejskiej drogi. Adamsberg szedł zadowolony, nieodmiennie szczęśliwy w strugach łomoczącej ulewy, rad, że po dwudziestu trzech latach może zamknąć sprawę zabójcy z Hawru. Popatrzył na posąg Joanny d’Arc, niewzruszonej w nawałnicy. Było mu bardzo żal Joanny d’Arc, on by nie mógł ścierpieć głosów, które by mu kazały zrobić to czy tamto albo iść tam czy gdzie indziej. Miał problem ze słuchaniem własnych zaleceń, a nawet z identyfikowaniem ich, więc mocno by się zżymał na rozkazy wydawane przez niebiańskie głosy. Głosy, które by go zaprowadziły w paszczę lwa po krótkiej świetlistej drodze. Takie historie zawsze kończą się źle. Adamsberg natomiast nie miał nic przeciwko zbieraniu kamieni, które niebiosa łaskawie kładły na jego drodze. Brakowało mu jednego dla brygady, szukał go wytrwale.

Kiedy po pięciu tygodniach przymusowego urlopu na polecenie przełożonego zszedł z pirenejskich wyżyn i wrócił do Paryża, do swojej brygady, przywiózł trzydzieści szarych otoczaków wygładzonych przez wodę w rzece. Położył po jednym na biurku każdego ze swoich współpracowników w charakterze przycisku do papieru lub w dowolnej roli. Ot, iście rustykalny prezent, którego nikt nie odważył się odrzucić, nawet jeśli nie miał ochoty trzymać kamienia na biurku. Prezent, który wcale nie pomagał zrozumieć, dlaczego inspektor przywiózł także obrączkę, która błyszczała mu na palcu i od drzwi do drzwi rozpalała iskierki ciekawości. Skoro Adamsberg się ożenił, czemu nie powiadomił swojej ekipy? Ale najważniejsze: z kim się ożenił i dlaczego? Czy normalnie, z matką swojego syna, czy też nienormalnie ze swoim bratem? A może legendarnie z łabędziem? Tu chodziło o Adamsberga, więc każdą możliwość rozważono szeptem, który płynął od pokoju do pokoju, od otoczaka do przycisku do papieru.

Liczono, że komendant Danglard rzuci światło na tę sprawę – z jednej strony dlatego, że jest najstarszym współpracownikiem Adamsberga, człowiekiem, który ewoluował wraz z nim, toteż łączą ich nieskrępowane stosunki wyzute ze wstydu i ostrożności; z drugiej zaś dlatego, że Danglard nie znosił pytań bez odpowiedzi. Pytań bez odpowiedzi, które niczym chwasty pleniły się na glebie życia i przeobrażały w niezliczone wątpliwości, one z kolei podsycały jego lęki, a lęki rujnowały mu życie. Danglard niestrudzenie pracował nad tym, by unicestwiać pytania bez odpowiedzi, robił to na modłę maniaka, który wciąż wypatruje pyłku na marynarce i każdy skrupulatnie strzepuje. Tytaniczna robota, często sprowadzała go w ślepy zaułek, skąd był już tylko krok do bezsilności. A bezsilność pchała go do piwnicy w siedzibie brygady, gdzie czekała butelka białego wina – ona i tylko ona potrafiła sobie poradzić ze zbyt opornym pytaniem bez odpowiedzi. Danglard schował butelkę tak daleko nie ze strachu, że Adamsberg ją odkryje, ponieważ inspektor doskonale wiedział o tym sekrecie, jakby słyszał głosy. Po prostu zejście i potem wejście po kręconych schodach do piwnicy było na tyle dlań uciążliwe, że odkładał na później zastosowanie rozpuszczalnika. Przeżuwał zatem cierpliwie swe wątpliwości razem z obydwoma końcami ołówka, którego używał w charakterze przegryzki.

Adamsberg hołdował teorii odwrotnej do przeżuwania, mianowicie zakładał, że suma wątpliwości, które człowiek jest w stanie naraz udźwignąć, nie może rosnąć w nieskończoność, lecz powinna się zatrzymać na maksymalnie trzech do czterech żywionych równocześnie. Co nie znaczyło, że innych już nie ma, tylko że jedynie trzy do czterech mogą być przerabiane przez ludzki umysł. I że zatem Danglardowa mania, aby z każdą się uporać, na nic się nie zdaje, ponieważ ledwie Danglard rozprawi się z dwiema, zwalnia się miejsce na dwa kolejne pytania bez odpowiedzi, których by nie poznał, gdyby miał dość rozumu, by wytrzymać ze starymi.

Danglard odrzucał tę interpretację. Podejrzewał, że Adamsberg lubuje się w niepewności do upojenia. Lubuje się w niej tak bardzo, że osobiście ją kreuje, zasnuwa mgłą jasne rozwiązania dla samej przyjemności nieodpowiedzialnego zmagania się z nimi, tak jak nieodpowiedzialnie chodzi w deszczu. Jeśli czegoś się nie wie, jeśli niczego się nie wie, po co zawracać sobie tym głowę?

Ostre zmagania między dociekliwymi „Dlaczego?” Danglarda i nonszalanckimi „Nie wiem” inspektora punktowały dochodzenia prowadzone w brygadzie. Nikt nie próbował pojąć ducha tej ostrej walki akuratności z nieścisłością, ale każdy się opowiadał po tej lub po tamtej stronie. Jedni, pozytywiści, byli zdania, że Adamsberg przedłuża śledztwa, ściągając je leniwie na mgliste bezdroża, za sobą zostawiając pogubionych współpracowników bez wyznaczonej trasy i bez rozkazów. Inni, szuflujący chmury – nazywani tak na pamiątkę traumatycznego pobytu przedstawicieli brygady w Quebecu3 – uważali, że efekty osiągane przez inspektora wystarczą, by usprawiedliwić meandry, na które zbaczało dochodzenie, nawet jeżeli umykało im sedno metody. W zależności od nastroju, w zależności od aktualnego przypadku skłaniającego do zdenerwowania lub wyrozumiałości, każdy mógł być pozytywistą jednego dnia, a nazajutrz szuflującym chmury i na odwrót. Tylko Adamsberg i Danglard, z racji dzielącego ich antagonizmu, niezmiennie trwali na swoich pozycjach.

Pośród nieistotnych pytań bez odpowiedzi wciąż jaśniała obrączka na palcu inspektora. Danglard wybrał dzień z gradobiciem, by zapytać Adamsberga samym wymownym spojrzeniem zawieszonym na niej. Inspektor zdjął przemoczoną kurtkę, przysiadł z boku, po czym wyciągnął rękę. Ręka ta, za duża w stosunku do reszty ciała, obciążona dwoma zegarkami, które trącały się na nadgarstku, teraz przystrojona złotym pierścionkiem, nie pasowała do reszty wyglądu niedbałego w swej prostocie. Można by powiedzieć, że to przyozdobiona dłoń jakiegoś dawnego szlachcica doklejona do ciała wieśniaka, przesadna elegancja nałożona na śniadą skórę górala.

– Mój ojciec nie żyje – wyjaśnił spokojnie Adamsberg. – Siedzieliśmy sobie we dwóch pod amboną, śledziliśmy wzrokiem myszołowa, który krążył nad nami. Świeciło słońce. I nagle padł.

– Nic mi nie powiedziałeś – burknął Danglard, którego tajemnice kolegi urażały bez powodu.

– Zostałem tam do wieczora, leżałem koło niego, trzymałem jego głowę na ramieniu. Pewnie dalej bym tam leżał, ale już po ciemku znalazła nas grupa myśliwych. Zanim zamknięto trumnę, wziąłem jego obrączkę. Myślałeś, że się ożeniłem? Z Camille?

– Zadawałem sobie pytanie.

Adamsberg się uśmiechnął.

– Znasz już odpowiedź. Wiesz lepiej niż ja, że dziesięć razy pozwoliłem Camille odejść, zawsze myśląc, że pociąg przejedzie po raz jedenasty, kiedy mnie będzie pasowało. Ale akurat teraz nie nadjeżdża.

– Ze zwrotnicami nigdy nic nie wiadomo.

– Pociągi tak jak ludzie nie lubią się kręcić w kółko. Po jakimś czasie zaczyna je to wkurzać. Po pogrzebie ojca czas mijał mi na szukaniu kamieni w wodzie. To potrafię robić. Wyobraź sobie nieskończoną cierpliwość wody, która przepływa po tych otoczakach. A one potulnie się godzą, by rzeka jakby nigdy nic ścierała z nich wszelkie nierówności. Ostatecznie wygrywa woda.

– Co do walki, to wolę kamienie w wodzie.

– Jak chcesz – rzekł ospale Adamsberg. – À propos kamieni i wody… Z jednej strony mam zjawę w nowym domu. Chciwą zakonnicę morderczynię, która straciła życie od pięści garbarza w tysiąc siedemset siedemdziesiątym pierwszym roku. Zmiażdżył ją. Po prostu. Mieszka na strychu pod postacią fluidu. To jeśli chodzi o wodę.

– Rozumiem – odparł Danglard ostrożnie. – A kamienie?

– Widziałem nową patolożkę.

– Elegancka, zimna i twarda w robocie podobno.

– I zdolna do przesady, Danglard. Czytałeś jej pracę doktorską na temat morderców podzielonych na dwie części?

Zbędne pytanie – Danglard przeczytał wszystko, nawet instrukcje postępowania w razie ewakuacji na wypadek pożaru przyszpilone na drzwiach w pokojach hotelowych.

– O mordercach dysocjacyjnych – sprostował Danglard. – Po dwóch stronach muru zbrodni. Książka narobiła hałasu.

– Tak się składa, że ona i ja zwarliśmy się jak dwa psy ponad dwadzieścia lat temu w knajpie w Hawrze.

– Wrogowie?

– Skądże. Na takich zwarciach budowane są czasem solidne przymierza. Nie radzę chodzić z nią do lokalu, wymyśla koktajle, które mogą zwalić z nóg bretońskiego marynarza. Zajmuje się tymi dwoma z porte de la Chapelle. Jej zdaniem zabiła ich kobieta. Pierwsze wnioski sformułuje dziś wieczór.

– Kobieta?! – Danglard oburzony aż poderwał swe obwisłe ciało. Nie mógł znieść myśli, że kobieta dopuszcza się zbrodni. – Widziała gabaryty tych kolesiów? Żartuje?

– Uważaj, Danglard. Doktor Lagarde nie myli się nigdy, a w każdym razie bardzo rzadko. Szepnij chłopcom z narkotykowej, jaką wysunęła hipotezę, to powinno ich uspokoić na jakiś czas.

– Mortiera nie da rady teraz kontrolować. Od miesięcy łamie sobie zęby na sprawie handlu między Clignancourt i la Chapelle. Jest w niekorzystnej sytuacji, potrzebuje wyników. Przed południem dzwonił dwa razy, jest wściekły.

– Niech sobie pokrzyczy. W końcu i tak woda wygrywa.

– Co zamierzasz zrobić?

– Z zakonnicą?

– Z Dialą i La Paille’em.

Adamsberg obrzucił Danglarda zamglonym spojrzeniem.

– To te dwie ofiary – wyjaśnił Danglard. – Diala Toundé i Didier Paillot zwany La Paille. Wpadniemy do kostnicy wieczorem?

– Wieczorem jestem w Normandii. Grają koncert.

– Aha – rzekł Danglard, podnosząc się ciężko. – Szukasz zwrotnicy?

– Mam skromne wymagania, nadkomisarzu. Wystarczy mi, że pilnuję dziecka, kiedy ona gra.

– Komendancie. Jestem teraz komendantem. Przypomnij sobie, byłeś na uroczystości, kiedy dostałem awans. Co to za koncert? – spytał Danglard, któremu zawsze leżało na sercu dobro Camille.

– Na pewno jakiś ważny. Brytyjskiej orkiestry z dawnymi instrumentami.

– Leeds Baroque Ensemble?