Moc pragnienia. Tom I cyklu "Poza granicą zmysłów" - J.M. Wajdenfeld - ebook
Opis

J. M. Wajdenfeld autorka książki "Moc pragnienia" pokusiła się o napisanie romantycznej, zabawnej i poruszającej opowieści. Jest to łącząca w sobie elementy romansu i horroru, pełna erotycznego napięcia historia niebezpiecznej fascynacji tym co tak naprawdę powinno przerażać i odstraszać. Tylko z pozoru zwykła historia, zwykłej trochę dziwnej dziewczyny, która na imprezie poznaje przystojnego bardzo pociągającego faceta. Bohaterowie powieści jednak nie są tak zwykli jak by się mogło wydawać…

Julia studiuje antropologię, wynajmuje mieszkanie z dwoma koleżankami, studia pochłaniają ją bez reszty, aż do momentu, kiedy wyciągnięta przez współlokatorki idzie na imprezę do klubu. Tam przykuwa jej uwagę niesamowicie seksowna para tańcząca, zachowująca się jakby świat należał tylko do nich.

Ciężko kogoś takiego zignorować, zwłaszcza gdy chłopak porzuca grupę znajomych, nawet swoją śliczną partnerkę, by właśnie nią - Julią się zainteresować…. To co dzieje się potem to szalony romans, bolesne kłopoty i poważne niebezpieczeństwo, w które pakuje się dziewczyna decydując na związek z Maksem. Zdecydowanie nie jest on zwykłym facetem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 229

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Joanna Wajdenfeld "Moc pragnienia tom I cyklu Poza granicą zmysłów"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2014 Copyright © by Joanna Wajdenfeld, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki Projekt okładki: Joanna Wajdenfeld, Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki: © Joanna Wajdenfeld Korekta: Paulina Jóźwiak

ISBN: 978-83-7900-250-4

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242

Joanna Wajdenfeld
Moc pragnienia
tom I cyklu Poza granicą zmysłów
Wydawnictwo

Rozdział I

Uciekam ile sił w nogach, wiem doskonale, że jedyna osoba mogąca mi teraz pomóc nie ma takiej szansy, by nawet sama się bronić. Zresztą, On ścigał Mnie i pójdzie tylko za Mną. Po co uciekam? To i tak była jedyna deska ratunku, teraz raczej jestem trupem do kwadratu. Muszę zyskać tylko trochę czasu.

Uciekałam więc, zostawiając przyjaciela, starając się jednocześnie biec, sprawdzać gdzie On jest i nie myśleć….

Cholera ciężka, poczułam obezwładniający huk tuż przy swojej głowie. Coś rozprysło się i odpadło od starego fragmentu muru….

O rany, jak boli… co to? Nic… Muszę się skoncentrować, bo inaczej nie ucieknę. Jeszcze parę kroków, choć chwilę. Traciłam oddech.

Schowałam się za fragment obdrapanego muru, chyba ogrodzenia…, złapałam oddech i ostrożnie wyjrzałam. Był bardzo blisko, nawet się specjalnie nie śpieszył. Skoncentrowałam się maksymalnie by się uspokoić i na oślep strzeliłam w jego stronę. Poczułam szarpnięcie i huk wystrzału, a potem następne, i następne… aż do ostatniej kuli… i… generalnie, to wszystko, na co mnie było stać. Wiedziałam, że nic mu nie zrobię, ale może, choć trochę go spowolnię.

Niestety, był bardzo silny i zręczny, uskoczył nim pierwsza kula do niego dotarła i nawet się nie zawahał, uchylając się przed następnymi. I to by było na tyle, skończyła mi się amunicja i nadzieja…. Ruszyłam dalej, nic więcej nie przyszło mi do głowy, poza myślą by zaczaić się na niego i walnąć go w łeb. Ale to było idiotyczne, wyczułby mnie i tyle by było, a tak zyskuje kolejną sekundę i może nawet minutę.

Wtedy poczułam uderzenie. Ale nie takie, przed którym mogłabym się obronić, tylko inne, jak by mnie coś uderzyło w kręgosłup i owinęło się wokół nóg. Poleciałam na pysk i z jękiem wylądowałam na ziemi. W ostatniej chwili odkręciłam się na plecy i zasłoniłam twarz tworząc blokadę obu rękami. Ogłuszający cios padł w bok. Ale Onbył tuż nade mną. Udało mi się wyzwolić jedna nogę, więc z całej siły po prostu kopnęłam go w te rzeczy.

Nie do końca trafiłam, ale się zachwiał i  znieruchomiał. Bomba tego się nie spodziewał. Dostrzegłam w jego oczach błysk ciemnego gniewu. Zamachną się celując w moja twarz, ale odchyliłam się w bok i cios wylądował tuż obok, wznosząc tuman kurzu i oślepiając mnie.

Nie widziałam już go, wpadłam w panikę, nie wiedziałam, co robi. Aż poczułam ucisk jego kolana na klatce. Jednocześnie jego palce zacisnęły się na moim gardle i obu nadgarstkach… Poczułam go na sobie, przyciskał mnie całym ciałem. Czułam jego podniecenie wywołane pogonią, gniew na mnie i  jednocześnie głęboko gdzieś, pożądanie. Moja panika stała się wprost namacalna. Czując jego wściekłość byłam pewna, że to koniec i, że zasłużyłam na to, by mnie zabił.

Czułam w obezwładniającej panice, a może i czymś więcej…, gdzieś w środku we mnie jego pożądanie. A co najdziwniejsze jednocześnie ja czułam podobnie. Tuż pod powierzchnią, wzbierające i wymykające się spod kontroli oszałamiające pożądanie silniejsze niż cokolwiek innego. Mój umysł bronił się przed tym, to niewłaściwe, niemożliwe, absurdalne, ale moja podświadomość, moje ciało było daleko poza kontrolą. Wybuchało i zapadało się poza czas i zmysły…. Byłam pewna, że za moment poczuję ukłucie bólu śmierci, lub że moje własne doznanie mnie rozerwie….

Nic już nie widziałam i nie słyszałam, mogłam jedynie czuć. Jednak to, co wtedy poczułam, nie było bólem, duszeniem, czy czymś takim, tylko eksplozją w moim mózgu, wywołaną przez dotyk jego warg na moich. Wbił się w moje usta jakby chciał je zmiażdżyć, całując z gwałtownością taką, jak by chciał powstrzymać koniec świata. Jego język zniewalał mnie i obejmował wnętrze moich ust w posiadanie, łączył się z moim w szalonym tańcu i walce…. Cały wszechświat łączył swoje pożądanie z moim, z siłą dla mnie niewyobrażalną, ogarniał mnie i zabijał mnie….

Miałam wrażenie, że cały świat eksploduje, nie czułam bólu, jego dotyku…, a może czułam, ale raczej nie jak dotyk, tylko falę gorąca idąca od jego ciała do mojego. Niosąca zniszczenie, zniewolenie i obezwładniające upojenie….. Spadałam w nieskończoność… Przeraziłam się tak bardzo. Pomyślałam, że tak wygląda umieranie…, śmierć…. Za wcześnie. Jaka szkoda, że nie zdążyłam…

Budzę się, jestem cała zlana potem i drżę wstrząsana dreszczami. W gardle mam sucho i nie mogę przełknąć śliny. Wszystkie moje mięśnie są napięte do granic możliwości. Ich ból dociera do moich zmysłów z niepochamowana siłą. Nie mogę złapać tchu jak po długim biegu…

Co to, do cholery, było?

Gdzie ja jestem?

Kim jestem?

Co…..?

Kim jestem? – banalne pytanie wielu nastolatków. W pewnym momencie zadają je wszyscy i usiłują znaleźć na nie odpowiedź, wtedy ich tożsamość krzepnie i…jak niesie wieść, stają się dorośli.

A…, jeśli nie jest to takie proste, jeśli nie można odpowiedzieć na to pytanie. Czy to oznacza, że nie ma się swojej własnej tożsamości…? Więc kim się jest? I czy, w takim razie, nigdy tak naprawdę się nie dorośnie?

Tak i ja zadaje sobie to pytanie, zastanawiając się, czy mogę na nie znaleźć odpowiedź…?

A może Ja nigdy jej nie będę miała. Bo, jak by to powiedzieć, większość ludzi myśli o sobie, bogatych w doświadczenia dzieciństwa i dorastania, a moje doświadczenia są żadne, więc jak mogę to wiedzieć….

Nawet teraz, wyrwana z odurzającego, przerażającego snu, obolała i odrętwiała, zadaje sobie pytanie, kim jestem. Czy odpowiedź na nie jest ważna… Czy jestem sobą czy uciekającą dziewczyną ze snu?

Wracając do rzeczywistości jestem sobą i tylko sobą…

Szybko biorę prysznic, wciągam top i podkoszulkę, spodnie i buty do biegania. Codzienny krótki bieg po parku przed zajęciami dobrze mi zrobi. Po drodze zamiast muzyki słucham fragmentów wykładu. Droga umyka w rytm szybkich i zapalonych słów prof. Bossaka. Nie mam czasu na myślenie o dziwnych koszmarach, czeka mnie kolokwium to najważniejsze potem pomyślę… To już koniec tygodnia, piątkowy poranek.

Ach, wieczorem idziemy na imprezkę, no nie wiem czy to mi się podoba.

Jednak pomimo, że poranne bieganie miało mnie oderwać od własnych myśli i skoncentrować na wykładach z kulturoznawstwa, niestety sowa oddalają się i zaczynam błądzić myślami po moim życiu. Czy to ten sen tak mnie rozkojarzył, był taki wyraźny, czułam wszystko, tak bardzo? Czy chciałabym tak czuć i przeżywać? Może i tak, ale to nie ja, ja jestem zwykła i może trochę porąbana, ale nic nadzwyczajnego…

Ale zaczynając od początku…, czyli odkąd…? Może od teraz. Nazywam się Julia, a dokładnie Julia Moro, mam 21 lat i studiuję antropologię. Banalne i znów nic nadzwyczajnego, no jasne, ale… no właśnie, jest małe ale… Nie pamiętam swojego dzieciństwa…

Oczywiście to nie żadna magiczna klątwa, ani nic takiego. Po prostu, kiedy miałam 15 lat miałam wypadek, spadłam ze skałki na łeb. Nic mi się nie stało specjalnego, tylko straciłam przytomność. No miałam wstrząs mózgu, trochę się potłukłam i… jak się obudziłam…okazało się, że straciłam pamięć.

Tak całkowicie, nie wiedziałam jak się nazywam, nie znałam rodziców i koleżanek, nic kompletnie żadnych wspomnień. Potrafiłam jednak mówić, chodzić, pisać czytać itd.

Teraz kiedy studiuję antropologię i miałam zajęcia z psychologii poznawczej, wiem, że to uszkodzenie hipokampa i dostępu do pamięci autobiograficznej, a pamięć proceduralna pozostała sprawna. Wtedy wydawało się to całkiem absurdalne, kiedy okazywało się np., że potrafię jeździć na rowerze, ale nie wiedziałam tego dopóki nie wsiadłam na rower, podobnie z łyżwami itp.

Z wiedzą też było dziwnie w zasadzie nie pamiętam przeczytanych książek, materiału szkolnego, ale dużo łatwiej było mi się uczyć. Wystarczyło, że coś, co powinnam wiedzieć, raz przeczytam, a pamiętam tak jak bym wielokrotnie powtarzała. Biorąc pod uwagę, że musiałam nauczyć się od nowa całej wiedzy z podstawówki i nie tylko, to naprawdę duża różnica. Ale ma to i dobre strony każda książka jest nowa, każdy film i piosnka… same nowości, żadnej nudy, a ja nie znoszę nudy.

Pamiętam pierwszy dzień w szkole po wakacjach. Brrrr… Bo tak na marginesie, ten wypadek miałam tuż przed wakacjami po szkolnym balu, pewnie poszłam rano poćwiczyć, nie mam pojęcia po diabła... Byłam sama nikomu nic chyba nie mówiłam, w każdym razie nikt o tym nie wiedział, po co tam poszłam, tak rano…

Najpierw przeleżałam tydzień w szpitalu, potem prawie miesiąc w domu, przebadali mnie na wszystkie strony i nic, tylko nic nie pamiętałam. Resztę wakacji spędziłam na uczeniu się i czytaniu, by nadrobić materiał i w szkole nie wyjść na głupka.

Podejrzewałam, że wcześniej chyba nie byłam specjalnie towarzyska, bo jakoś nikt nie rzucał się by mnie odwiedzać i choćby do mnie pisać. Po oglądaniu różnych filmów, wiedziałam, że tak zwykle wygląda, jak ktoś jest chory i leży w szpitalu, znajomi walą do nie go tłumem.

Wracając do pierwszego dnia w szkole… Tak więc, do szkoły poszłam z lekkim przerażeniem, przestudiowawszy wcześniej zdjęcia klasowe i z jakiś wycieczek, no i miej więcej wiedziałam, kto jest kto, dajmy na to. Ale w praktyce okazało się to nie takie łatwe. Po pierwsze już na dzień dobry obraziła się na mnie Kama, dziewczyna, z którą podobno od dwóch lat zawsze siedziałam na wszystkich zajęciach, bo jak przyszłam to siadłam sama.

Po drugie, wyglądałam jak debilka, bo mama powiedziała, że na rozpoczęcie roku wszyscy przychodzą na galowo, a okazało się, że w szkole był zwyczaj, że ostatnie klasy nigdy nie przychodziły na galowo. Potem nauczycielka z troską wyjaśniła wszystkim, że jestem nienormalna i potłuczona, no może nie dosłownie, ale taki był wydźwięk, w każdym razie… super.

Wtedy stałam się eksponatem i obiektem badań, to znaczy, chłopcy np. sprawdzali czy jak będą ciągnąc mnie za włosy to zapamiętam to, czy jak podwiną mi spódnicę, to będę, to pamiętać i pójdę na skargę itd. Kiedy wcześniej wyszłam ze stołówki i poszłam posiedzieć chwilę sama, w szatki zaczepił mnie Patryk. Zastawił mi drogę i przycisną do ściany.

- Wiesz, że tak naprawdę jesteś moją dziewczyną…

- Nie pamiętam, nie wiedziałam…

- Nie szkodzi, no widzisz my razem to… już, to robiliśmy – powiedział i obleśnie pochylił się nade mną. – Więc, może teraz, jak tu jesteśmy sami, to no wiesz….

- Co? – myślałam, że umrę, ze wstydu.

- No co ty, taka…

- Zostaw mnie, nie pamiętam cię, ale nigdy bym z tobą…

- Hej, co tak się ciskasz, nie wiesz, co tracisz…

- Nie i nie chce wiedzieć, zostaw mnie – wrzasnęłam.

Złapał mnie mocniej i przycisnął. Poczułam jego oddech i zapach, tak blisko i wyraźnie. Gdzieś bardzo głęboko we mnie wzbudziło się bliżej nieokreślone pragnienie, coś jak by głód, ale głębsze i bardziej mroczne. Jednocześnie poczułam narastającą panikę obezwładniający strach i chęć ucieczki. Wszystkie te instynkty walczyły we mnie jakby poza moją kontrolą. Przez ułamek sekundy, trwający jak wieczność, byłam obserwatorem samej siebie. Potem nagle jakby moje myśli przykryła czarna kotara, a zadziałał inny instynkt bardziej pierwotny i głębszy.

Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale nagle, w panice, moje ciało samo zareagowało. Zrobiłam bliżej nieokreślony ruch ręką, potem odwróciłam się w miejscu i moja pięść znalazła się na jego podbródku, a moje kolano w jego kroczu. Wcale nie chciałam zrobić mu krzywdy, w ogóle nie wiedziałam, co robię, chciałam tylko uciec. Patryk wylądował na szafkach i osuną się zwinięty na ziemię. Strasznie się przestraszyłam, oczywiście w tym momencie musiał wejść woźny...

Patryk leżał na ziemi nieprzytomny, woźny na mnie wrzeszczał, zlecieli się zaraz nauczyciele, potem zaprowadzono mnie do dyrektora. Pełen bajer. Oczywiście Patryk powiedział, że zaatakowałam go bez powodu, bo on tylko ze mną rozmawiał. W końcu wezwano szkolnego psychologa, a ten powiedział, że to pewno skutek urazu i trzeba mnie traktować delikatnie, bo się pewnie przestraszyłam. Skończyło się nieźle, wróciłam na lekcje, Patryk zresztą też, nic mu nie było. Jedyne pocieszenie, że chłopaki na jakiś czas mi odpuścili.

Dziewczyny natomiast, najpierw użalały się nade mną, a potem popisywały się w objaśnianiu mi wszystkiego, co, kto, z kim i dlaczego, która jest w czym najlepsza i co ma super. Na koniec obgadywały jedna drugą, tłumacząc, że z tamtą nie powinnam mieć nic wspólnego. Generalnie efekt końcowy był taki, że po kilku dniach już wszystkie były na mnie obrażone. No i tak mijały kolejne dni i tygodnie, potem wszyscy zapomnieli i w miarę przestali się czepiać.

To była ostatnia klasa gimnazjum, może dlatego, że nie miałam zbyt wielu przyjaciół, to znaczy wcale, a może po prostu z nudów dużo czasu poświęcałam na czytanie i uczenie się, a także zaczęłam malować. To stał się mój świat, co prawda nie wszystkie obrazy podobały się, niektóre były zbyt odjechane, ale dla mnie nie miało to znaczenia. Często malowałam po prostu dla rozładowania się, takie obrazy, które tkwiły we mnie, albo po prostu dla samej przyjemności malowania.

Artystką w każdym razie nie zostałam, bo…, choć nadal lubię malować, to tylko dla siebie i to mój własny świat i nikomu nic do tego, a może… moje obrazy są zbyt odjechane, by ktoś je oglądał i… oceniał, a może banalnie…, boję się ich oceny….

W tym czasie moi rodzice mieli lekki kryzys małżeństwa, w zasadzie nie wnikałam, ale efekt był taki, że tata zmienił pracę i postanowili się przeprowadzić. Szczerze mówiąc powitałam to z ulgą, tam gdzie mieszkaliśmy było jedno gimnazjum i jedno liceum, pewnie od nowego roku znów bym musiała być z tymi samymi ludźmi, a tak miałam szansę zacząć od nowa. Egzaminy poszły mi świetnie, mogłam iść do dowolnej szkoły, więc nie było problemu. Myślałam o jakiejś szkole artystycznej, ale chyba wolałam malować dla siebie, więc zrezygnowałam. Może to był błąd…

Przeprowadziliśmy się w zasadzie na drugi koniec kraju, na wybrzeże, było to już w czasie wakacji, więc miałam wrażenie, że to takie ekstra wakacje. W starym domu nie byłam do niczego specjalnie przywiązana i nie było to jakieś super atrakcyjne miejsce. Małe zwykłe miasteczko w zwykłej nieciekawej okolicy, a tu wszystko było nowe i odjazdowe.

Zaczynając już od tego, że mieszkaliśmy tuż nad morzem. Choć wody jako takiej to nie lubię, a takie banalne bajery z szumem oceanu i spokojem fal to mnie o ciarki przyprawiają, widok z okna był niesamowity. Groźny i oszałamiający.

W starym domu z okna widziałam tylko inne domy, tu z okna sypialni widziałam z daleka fale i przestrzeń. Potem okazało się, że w zimie w czasie sztormu, to nie jest takie atrakcyjne, ale i tak było fajnie.

Ojciec dostał niezłą pracę i rodzice uznali, że lepiej z moimi problemami bym poszła do prywatnej szkoły. Szkoła okazała się niezła, sporo było w niej świrusów gorszych ode mnie, a nauczyciele podchodzili do nich w miarę tolerancyjnie. Mnie uznano za artystkę, a takich było już kilkoro i przestano zwracać uwagę. Tak, że kolejne trzy lata minęły bez większych problemów.

Nawet zaprzyjaźniłam się z paroma osobami na tyle by razem spędzać wakacje i jeździć na obozy. Uwielbiam wszelkie wyprawy i długie wycieczki, nocowanie pod gołym niebem, przy ognisku, czy to na plaży, czy w górach, zawsze bomba. Bolące mięśnie, poobdzierane kolana, to sprawiało mi frajdę, po prostu czułam, że żyję.

Ze niektórymi znajomymi z klasy (głównie z chłopakami) często wyjeżdżaliśmy na wycieczki w góry. Bo dla tych, co mieszkają nad morzem, atrakcyjne stają się wyjazdy w góry i biwakowanie w lesie, chodzenie po skałkach i takie tam wyprawy, a ja byłam w tym dobra i czułam, że jest mi to potrzebne.

W efekcie liceum przeszło, szybko, miło i bez komplikacji. Miałam znajomych, choć nie bliskich przyjaciół, próby związków z chłopakami mi nie wychodziły. Nie wiem czy to mój własny dystans i obawa przed zaufaniem, czy po prostu na nikogo odpowiednio atrakcyjnego nie trafiłam.

Tak, to moje kolejne demony… nikt nie wzbudza we mnie większego zainteresowania, no takich fajerwerków pożądania. Nie mdleje na widok piłkarza z drużyny, czy klasowego „ciacha”, jak inne dziewczyny. Nie wiem czy to normalne, z obserwacji wynika, że raczej nie. Nie gadam z przyjaciółkami o takich sprawach, bo nie mam przyjaciółek.

Ale z opowieści o marzeniach i upodobaniach innych dziewczyn, raczej wnioskuje, że to ze mną jest coś nie tak. Bo generalnie wszystkie, jak jeden mąż pragną słodkich serduszek, śpiewających ptaszków i królewiczów na białych rumakach stylu Kena od Barbie. Cóż ja jestem zboczona w takim razie, ale rozlazły wymuskany Ken to nie moja bajka.

Moje romantyczne wyobrażenia to owszem rycerze na koniach, jak najbardziej, ale raczej mroczni i brutalni zbóje. Kręcą mnie ucieczki i pogonie, mroczne wyobrażenia czarnych zbroi i mieczy, kamieni i mrocznych zamkowych wież pełnych pobielałych kości… Porąbane i owszem, ale to moja sprawa i nikt, ale to nikt, nie musi o tym wiedzieć. Choć pewnie rezultatem są potem obezwładniające koszmary nocne, gdzie budzę się zlana potem i no w każdym razie nieprzerażona, raczej pobudzona...

A teraz biegnę, biegnę jak dziewczyna ze snu. Nie, nie uciekam, nie boję się. Biegnę spokojnie, równo, lekko w chłodnym pochmurnym poranku. To nic podobnego do tego snu, brakuje lęku, podniecenia i… pożądania. Czy można w ogóle czuć coś takiego… do kogokolwiek? Tak obezwładniające, ogarniające i rozrywające głębokie pożądanie płynące z samego wnętrza… Na granicy przeżycia. Na samą myśl zrobiło mi się gorąco. To tylko sen, jak jeden z wielu, nieprawdopodobny, nienormalny…. Muszę o nim zapomnieć…

No, właśnie to nic…, teraz jestem normalną nudną studentką. Mam zaraz kolokwium, na tym powinnam się skupić, bo jestem poważną studentką antropologii, dlaczego akurat antropologii? Sama nie wiem, może dlatego, że nikt ze szkoły nie poszedłby na taki kierunek, nawet w pobliże. A może to, że zawsze lubiłam dziwne klimaty miejsca wyprawy, grzebanie się w kościach, a z tym mi się kojarzyła antropologia…A może, bardziej dorośle, to fascynuje pochodzenie ludzi i różne kultury, zwyczaje, czasem tak odległe i przerażające, a czasem tak podobne i też przerażające… No i tak padło, nie wiem czy do końca przemyślane. Ale przemyślane było to, że moja uczelnia jest tak daleko jak to możliwe od wszystkiego, co znałam. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe widoki za oknem. W mieście, które graniczy z Parkiem Narodowym, to znaczy tuż pod miastem jest Krajobrazowy, a dalej przechodzi w Park Narodowy i rezerwat przyrody.

Tak, a propos, wydział Biologii jest tu niesamowity, podobnie jak wydział Nauk o Środowisku, nawet się zastanawiałam nad przeniesieniem, oni maja połowę zajęć w terenie! Ale egzaminy podobno wredne. Jeszcze zobaczę.

Na razie mi się podoba, ale to dopiero pierwszy rok, wiec jeszcze ciężko powiedzieć czy będę antropologiem, brzmi dziwnie i jakoś tak poważnie naukowo. Oczywiście jak uda mi się zaliczyć to cholerne kolokwium….

Rozdział II

No cóż, koncert plus imprezka w nowo otwartym klubie, w piątkowy wieczór, to na pewno nie jest szczyt moich marzeń. Ale nie dało się przekonać Pat, że trzeba popilnować kota, ani nic w tym stylu. To był koncert znajomych Pat, ich artystyczny debiut, a Pat była nimi urzeczona. Na dodatek, Pat stwierdziła, ze znawstwem, że potrzeba nam chłopaków, bo po tak ciężkim kolosie z kulturoznawstwa, wpadniemy w obłęd, jak nie oderwiemy się od rzeczywistości i nauki.

Pewnie ma rację, bo ubierając się złapałam się na myśli o archetypowych uwarunkowaniach stereotypów kulturowych. To znaczy, że wariuję, bo powinnam tylko zastanawiać się po cholerę stroić się na imprezę, jak i tak większość facetów jest napalonych na wszystko, co się rusza, a ja na żadnego takiego nie mam ochoty.

Nic to, podporządkowałam się stereotypom, odstawiłam się jak trzeba. W każdym razie wystarczająco, by przejść krytyczną ocenę Patrycji.

To dla mnie ważne, ponieważ odkąd mieszkam z dwoma koleżankami z grupy Mią i Patrycją, są mi bliższe niż ktokolwiek inny, chyba po raz pierwszy w ogóle mogę powiedzieć, że mam kogoś więcej niż znajomych.

Najpierw razem mieszkałyśmy w akademiku, ale Mia zaczęła pracować w kasynie jako krupierka, co prawda tylko w weekendy i raz w tygodniu, ale wracała zbyt późno, a może wcześnie, jak na tolerancje akademika. Zarabiała kupę forsy i mogła wynająć mieszkanie, a nam zaproponowała, byśmy wspólnie płaciły tylko część czynszu, więc ja i Patrycja byłyśmy wniebowzięte.

Własne mieszkanie, pełna swoboda i blisko uczelni, odjazd. Nawet mamy własnego kota. Nazywa się Ruda, łatwo domyślić się, dlaczego. Po pierwsze jest ruda, a po drugie ustalenie innego imienia było praktycznie niemożliwe w naszym przypadku, więc pozostała Ruda.

Oczywiście to, że mieszkamy same nie oznacza, że od rana do nocy imprezujemy, wręcz przeciwnie, to w akademiku było więcej okazji do balang. Teraz czasem gdzieś wyskakujemy, ale raczej w piątek, bo w sobotę Mia pracuje, a my zakuwamy do statystyki na poniedziałek. Mia jest z nami w grupie, ale nie musi ryć, ma matematyczny umysł i tylko jak wraca nad ranem, to sprawdza, co zrobiłyśmy, poprawia nasze błędy i zaznacza, co powinnyśmy poćwiczyć. Też bym chciała tak łapać statystykę i w ogóle cyferki, ale jakoś mnie to nie dotyczy.

Żadna z nas nie ma stałego chłopaka, pewnie wtedy byłoby inaczej, tak nie mamy problemu. W sumie jesteśmy nieźle dopasowane, mamy podobne przekonania ogólne, jednak różne upodobania, uzupełniamy się też jeśli chodzi o wiedzę i umiejętności.

Mia jest konkretna, matematyczny umysł, wszystko policzy i wszystko uporządkuje. Patrycja romantyczna i uduchowiona, świetna w kontaktach z ludźmi. Ja natomiast, można powiedzieć dusza artystyczna, lubię pisać i malować, no ale opiekuje się kotem, w tych bardzo prozaicznych zadaniach i dramatycznych też… to znaczy kuweta, weterynarz, szczepienia, pchły itd. Do przytulania i głaskania jest Pat.

Wnoszę tu też trochę nonkonformizmu i artystycznego nieładu, inaczej mówiąc bałaganię, by się nie nudziły. Nie znoszę ładu, porządku i ogólnie przyjętych zasad, prowokują mnie od ich złamania, szukania innego rozwiązania, lub przekraczania granic dla samego faktu, że są. Ale dziewczyny się do tego przyzwyczaiły i tolerują mnie taką, jaka jestem. Dbam też o ich ruch i kondycje fizyczną, czyli zmuszam do ćwiczeń choćby raz na jakiś czas, ku ich wielkiej zgrozie. Ale też w zamian chętnie i łatwo pisze im każdą pracę. Lubię drążyć i szukać materiałów, wymyślać tezy i szukać ich uzasadnienia, wtedy wszystko przestaje się dla mnie liczyć i „idę po trupach do celu”, co powoduje, że staje się bardzo skuteczna.

Pod warunkiem, że nie wiąże się to z bezpośrednią pracą z ludźmi. Myślę, że w takich kontaktach bliskich, ludzie w dużej ilości zwłaszcza, mnie przerażają, no może nie przerażają, ale wprawiają w dyskomfort. Wole leśne wycieczki, nawet samotne, niż tłumy na koncertach czy piknikach. Pewnie ze zdziwieniem ktoś by spytał, po jaką cholerę w takim razie antropologia? To proste, moja bajka to nie taka antropologia od badania ludzi, tylko od badania samotnych szkieletów…. Niezłe, co?

W tłumie ludzi czuję się dziwnie, ciekawi mnie i pociąga, ale jednocześnie powoduje u mnie dreszcze, takie jak duża ilość ciastek i lodów w cukierni, kiedy jesteś objedzona. Jednocześnie ci niedobrze i masz ochotę wszystko zjeść. Tak, jestem porąbana, przebywanie w dzikim tłumie np. w szkole, metrze, klubie itp. kojarzy mi się z głodem, zaraz staje się głodna, a często i napalona. Czuje się z tym absurdalnie, więc staram się unikać.

Mia z kolei unika imprez i lokali, bo ma ich dość po pracy, jedynie Patrycja kocha ludzi i imprezy, uwielbia romantyczne randki itp. Zmienia chłopaków jak rękawiczki, bo jak twierdzi, woli chodzić na pierwszą randkę, niż wiązać się na stałe. Na szczęście, nas w to niekoniecznie musi mieszać, więc jest spoko. Tylko czasem tak jak teraz, upiera się byśmy poszły gdzieś razem, więc raz na jakiś czas w piątkowy wieczór idziemy wszystkie razem na imprezkę. Czy będziemy się dobrze bawić? Zobaczymy. Patrycja na pewno… ciekawe, jakie ciacho upoluje tym razem?

I tak stojąc przed lustrem w przedpokoju, widzę tę samą drobną, szarooką i szarowłosą dziewczynę, co zwykle, lecz zamiast dżinsów i T-shirta, teraz odstawioną w małą czarną, szpilki, srebrne kolczyki z zielonymi kamyczkami i bransoletkę własnej roboty z odjazdowymi zawieszkami.

Jasno szare włosy, zamiast zwykłego kucyka, mam upięte w dziwny stylowy węzeł (ciężka praca Pat), no teraz nawet tak nie przeszkadza mi ich nijaki kolor, może być. Szkoda, swoją drogą, że nie mogę zmienić koloru, już parę razy próbowałam, ale po ciemnej farbie (by mieć kolor Mii) wychodzę jak zgniła marchewka, a po jasnych blondach w stylu Patrycji, jak jajecznica z morelką brrr… To jeszcze gorsze niż mam z natury.

W momencie kiedy wychodziłyśmy z domu, właśnie zapadał zmierzch i na naszej ulicy pozapalały się latarnie. Mieszkałyśmy niedaleko uczelni, ale uliczka była mała i zamknięta z jednej strony, co powodowało, że mało kto nią jeździł, a na pewno nie taksówki i autobusy.

- To daleko – powiedziała Patrycja – weźmiemy taryfę czy pojedziemy metrem, jeszcze wcześnie.

- No, złapanie tu taksówki o tej porze to byłby wyczyn, prościej będzie metrem – przyznała Mia. – Chociaż o tej godzinie tłumy jeszcze wracają z pracy, będzie tłok.

- To może przejdźmy się w stronę metra, a może trafi się taksówka po drodze – zaproponowałam.

Po drodze jeszcze chwilę dyskutowałyśmy o niedogodnościach jazdy metrem i taksówką, ale los chciał, że przed samym zejściem do metra stała piękna samotna taryfa, jakby na nas czekała, więc cóż pojechałyśmy taksówką. I okazało się to kolosalnym błędem. W piątkowy wieczór korki okazały się niemiłosierne, klub był po drugiej stronie miasta i trzeba było jechać przez centrum. Miałyśmy zdążyć na otwarcie, o dwudziestej, a o dwudziestej to byłyśmy jeszcze w centrum. W sumie to na piechotę pewnie byłoby prędzej, byle nie w szpilkach.  Pech chciał, że jeszcze po drodze zatrzymała nas policja, bo był jakiś wypadek na moście. W końcu na miejsce dotarłyśmy prawie o dwudziestej drugiej, nawet taksiarz policzył nam z litości połowę za kurs i nie chciał napiwku. Najdłuższa jazda pod słońcem.

Oczywiście przed klubem było już spokojnie, wszyscy weszli na otwarcie i teraz tylko takie niedobitki jak my próbowały się dostać, z zaproszeniem lub bez. Patrycja na szczęście miała zaproszenia, nie wiem jak je skombinowała, ale to jej specjalność, więc weszłyśmy bez problemu tylko bramkarz patrzył na nas jak na głupie, mieć wejściówkę na otwarcie i spóźnić się dwie godziny, absurd.

W klubie było tłoczno, głośno i ciasno. Muzyka była fajna, a nawet więcej, ludzie podpici i rozchachani, więc własnych myśli nie było słychać, ale nie miało to dużego znaczenia, do świetnej muzyki prawie wszyscy tańczyli. Parkiet był pełen, migające światła robiły ekstra wrażenie. Wchodząc po niewielkich stopniach przyglądałam się tańczącemu tłumowi, zastanawiałam się, co ja tu robię, w takim tłumie nie odważę się tańczyć, stratują mnie. Jedna para przykuła moją uwagę. Byli niesamowici i to pod każdym względem.

Po pierwsze z antropologicznego punktu widzenia byli doskonali, oboje piękni, harmonijnie zbudowani, idealnie ruszali się w rytm muzyki jakby byli jednością. Po za tym, naprawdę umieli tańczyć, stwarzali też wokół siebie jakąś niesamowitą aurę, która dawała im miejsce i przestrzeń w tym tłumie. Dziewczyna była piękną blondynką, o nienagannej figurze, długich włosach i tak obcisłej, srebrnej, odjazdowej sukience, że faceci musieli mieć jazdę.

Jestem kobietą i patrzę w miarę obiektywnie, a nawet krytycznie, na inne kobiety, musze przyznać, jednak to był naprawdę ideał bogini. Jej facet też nie był gorszy, wysoki ciemnowłosy, choć z chłopięcą urodą w stylu Brada Pita, cały ubrany na czarno. Idealnie zbudowany, o ruchach wskazujących na nadzwyczajną sprawność i siłę, ale w żadnym razie nie ociężałość. Wręcz przeciwnie, zwinność wręcz zwierzęcą. O regularnych rysach i hipnotyzujących ciemnych oczach, tak przystojny, że szok. I to ja nie zwracam uwagi na facetów….

Mało ze schodków nie spadłam, przyglądając im się jak debilka, naprawdę nie wiem, dlaczego. Czułam, jak by coś ciągnęło mnie do nich. Przez moment wydało mi się, że facet spojrzał na mnie przelotnie, a blondynka uśmiechnęła się w moją stronę, kiedy patrzyłam jak rewelacyjnie się porusza. Choć prawdopodobnie tylko mi się wydawało, bo nie sądzę by mogli mnie widzieć. Potem wyrwało mnie z tego zauroczenia szarpanie Patrycji.

- Chodźcie zamówimy coś, przy barze są miejsca – wrzasnęła przekrzykując muzykę.

Na końcu długiego baru było kilka wolnych stołków, zamówiłyśmy drinki i siadłyśmy. Tu zdecydowanie było ciszej i nawet można było porozmawiać, ale dziewczyny nie wytrzymały tu zbyt długo, chwile poobcinałyśmy facetów i zaraz namierzyły jakiś dwóch przystojniaków, więc ruszyły potańczyć. Pomimo przekonywań Patrycji, że to jedyne słuszne działanie, zostałam ze swoim piwem przy barze wciskając się jak najdalej w kąt. Mogłam tu spokojnie poobserwować tańczących ludzi, ta część baru nie była zbyt mocno oświetlona, więc nikt nie powinien na mnie zwrócić dużej uwagi. Próbowałam wypatrzeć tamtą tańcząca parę, ale nie mogłam. Może byli po drugiej stronie, a może już znudziło im się tańczyć.

Jak zwykle w takich miejscach zrobiłam się głodna, zapach spoconych tańczących ciał, podniecenia i ruchu sprawiał, że ścisnęło mnie w żołądku. Na szczęście na barze stały orzeszki i krakersy. Orzeszki przyniosły ulgę i mogłam z przyjemnością oglądać tańczące pary. Mia zdecydowanie poderwała przystojnego blondyna i wirowała z nim teraz zapamiętale, co chwilę ze śmiechem lądując w jego ramionach. Fajnie było na nią patrzeć, pięknie się ruszała i inni faceci też to dostrzegali.