Mniej strachu. Ostatnie chwile z Januszem Korczakiem - Agnieszka Witkowska-Krych - ebook
Opis

Agnieszka Witkowska-Krych napisała książkę ważną, poświęconą codziennemu życiu dzieci Domu Sierot Janusza Korczaka w ostatnich latach jego funkcjonowania. Autorce udało się dotrzeć do wielu świadectw, dokumentów i wzmianek prasowych, które opisują walkę Korczaka, Stefanii Wilczyńskiej oraz reszty personelu o przetrwanie w możliwie ludzkich warunkach, z zachowaniem zasad pochodzących z dawnego regulaminu, wypracowanego jeszcze w macierzystej siedzibie przy ul. Krochmalnej 92. A walka ta sprowadzała się do najprostszej rzeczy, czyli zapewnienia dzieciom minimalnych chociażby warunków do życia, ale również do uchronienia ich przed straszliwym strachem przed śmiercią. Stąd ucieczka Korczaka w marzenia, stąd przedstawienie teatralne „Poczty”, wystawione na kilka dni przed wyprowadzeniem dzieci na Umschlagplatz w sierpniu 1942 r. Ten opis przejścia przez getto jest chyba najbardziej wstrząsającym fragmentem książki. Dla mnie osobiście dodatkowo przejmującą rzeczą było to, że wielu świadków oraz bohaterów tego przemarszu znałem osobiście. Dzięki Autorce mogłem Im towarzyszyć do ostatniej chwili.

Jarosław Abramow-Newerly

Agnieszka Witkowska-Krych – z wykształcenia kulturoznawczyni, hebraistka i socjolożka, z zamiłowania badaczka życia i działalności Janusza Korczaka, przez ostatnie lata związana z Korczakianum (pracownią naukową Muzeum Warszawy), obecnie doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Autorka tekstów naukowych i popularnonaukowych dotyczących historii i kultury Żydów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja i korekta: JOLANTA SHEYBAL
Skład i łamanie: „Radon” RADOSŁAW KIEREŁOWICZ vel KIERYŁOWICZ
Opracowanie kartograficzne mapy: „Radon” RADOSŁAW KIEREŁOWICZ vel KIERYŁOWICZ
Projekt okładki: EWA MAJEWSKA
Na czwartej stronie okładki wykorzystano fotografię pochodzącą ze zbiorów Korczakianum, pracowni naukowej Muzeum Warszawy
Copyright © by Agnieszka Witkowska-Krych and Wydawnictwo Akademickie DIALOG Sp. z o.o., 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowegopochodzących z Funduszu Promocji Kultury
ISBN e-pub 978-83-8002-815-9
ISBN mobi 978-83-8002-814-2
Wydanie elektroniczne, Warszawa 2019
Wydawnictwo Akademickie DIALOG Spółka z o.o. 00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218 tel./faks (+48 22) 620 87 03 e-mail:redakcja@wydawnictwodialog.pl WWW:www.wydawnictwodialog.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Mojemu Mężowi

PRZEDMOWA

Wiemy, że piątego sierpnia 1942 roku było szalenie upalnie. Dzieci z Domu Sierot, Janusz Korczak, Stefania Wilczyńska i inni pracownicy wyruszyli wczesnym przedpołudniem z ulicy Siennej 16 w kierunku Umschlagplatzu. Wiemy, dokąd szli, choć nie sposób dokładnie ustalić, jak tę drogę przemierzyli i jak dużo im to czasu zajęło. Może dwie, a może cztery godziny...

W filmie Andrzeja Wajdy i w wielu relacjach przedstawiony jest obraz kolumny dzieci idących przez miasto, z Korczakiem na czele i flagą sierocińca niesioną przez któregoś ze starszych wychowanków. Są świadkowie, którzy zapamiętali Starego Doktora, jak prowadził jedno dziecko za rękę, a drugie trzymał w ramionach. Szli otoczeni przez niemieckich żołnierzy, ci zaś trzymali karabiny z bagnetami postawionymi na sztorc. Marek Rudnicki, świadek tych dni, pisał: „Była straszliwa, zmęczona cisza. Korczak wlókł się noga za nogą, jakiś skurczony, mamlał coś od czasu do czasu do siebie. Dzieci początkowo czwórkami, potem jak popadło, w pomieszanych szeregach, gęsiego. Któreś z dzieci trzymało Korczaka za połę, może za rękę, szły jak w transie”. Inny obserwator wspominał: „Ów orszak był bardzo smutny, Korczak był przygnębiony, szedł o lasce”. Podobno ledwo dotarł na Umschlagplatz, gdzie kłębiły się tłumy oszalałych ze strachu ludzi. Wtedy nie było już wątpliwości. Korczak zrozumiał przeznaczenie, widząc wysypane wapnem wagony. Wszystko stało się dla niego jasne, gdy kopniakami, nahajkami, strzałami wpychali Niemcy, Ukraińcy i żydowscy policjanci przerażonych ludzi do pociągu. Wiedział, że tej podróży „na Wschód” nie przeżyje, modlił się tylko o to, by móc umierać świadomie i przytomnie. Wcześniej pisał w Pamiętniku: „Nie wiem, co powiedziałbym dzieciom na pożegnanie. Pragnąłbym powiedzieć wiele i to, że mają zupełną swobodę wyboru drogi”. Takie było niespełnione marzenie Korczaka. O czym mógł jednak z nimi rozmawiać na Umschlagplatzu, w pociągu, w obozie? Nie wiadomo. Jeszcze jedno zdanie warte jest tutaj przywołania: „Ciężka to rzecz urodzić się i nauczyć się żyć. Pozostaje mi o wiele łatwiejsze zadanie: umrzeć”. Z tych słów wyłania się ktoś otoczony smutkiem, poczuciem samotności, czasem przegranej; człowiek chory, zmęczony, oddany tylko dzieciom. One chroniły go przed dorosłymi. Żył dla nich, ale zarazem obok nich. Obserwował je, pomagał, uczył, ale miał własne życie. Pisał: „Życie moje było trudne, ale ciekawe. O takie właśnie prosiłem Boga w młodości. – Daj mi, Boże, ciężkie życie, ale piękne, bogate, górne”. Do siebie, do swoich tajemnic nikogo nie dopuszczał. Nikomu się nie zwierzał. „Rozmawiam, gdy jestem sam”, pisał.

Autorka książki Mniej strachu. Ostatnie chwile z Januszem Korczakiem, Agnieszka Witkowska-Krych, daje nam bogaty obraz losu Domu Sierot Janusza Korczaka, jego gettowej tułaczki i wreszcie ostatnich, wyjątkowo trudnych, naznaczonych głodem, ciężkich tygodni jego życia oraz marszu ku śmierci. Nie jest to typowa biografia, a raczej rzetelna, skromna opowieść o bohaterze naszych czasów. Nie umiem myśleć o nim inaczej, choć sam zapewne nie uważał się za bohatera.

Pociąg z transportem Żydów, w tym dzieci z sierocińca, najprawdopodobniej dotarł do Treblinki rano, szóstego sierpnia 1942 roku. Do południa wszystkich zagazowano. Potem zwłoki wywleczono z komór gazowych i wrzucono do dołów. Tam, pośród 900 000 innych ofiar Zagłady, leży także on, jego współpracownicy i wychowankowie. Niech ich dusze zostaną włączone w wieczny pochód życia. Baruch Dayan HaEmet. Niech będzie błogosławiony Prawdziwy Sędzia.

Paweł Śpiewak, profesor Uniwersytetu Warszawskiego,

dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego

Nie róbcie dzieciom niespodzianek, jeśli nie chcą.

Powinny wiedzieć, zawczasu być uprzedzone.

Czy będą strzelać, czy na pewno, kiedy i jak.

Trzeba się przygotować do długiej, dalekiej, niebezpiecznej podróży.

(Janusz Korczak)

ZAMIAST WSTĘPU

Janusz Korczak[1] opuścił warszawskie getto 5 sierpnia 1942 roku, gdy wraz z dziećmi i personelem żydowskiego Domu Sierot wsiadł do wagonu pociągu towarowego jadącego do Treblinki. O tym wiemy. To wydarzenie unieśmiertelniło go w ludzkiej pamięci i zmieniło jego życie w legendę, której zostały podporządkowane prawie wszystkie elementy jego doświadczenia i twórczości. Legenda ta w dużej mierze przesłoniła zaś człowieka z krwi i kości, jego problemy, niepokoje, wątpliwości, okresy trudne i bolesne. Przesłoniła także złożoność jego egzystencji, wachlarz postaw i różnorodnych funkcji społecznych, które do końca życia pełnił. Badacz życia i spuścizny Korczaka stoi zatem wobec niełatwego problemu. Z jednej strony nie jest w stanie całkowicie odejść od legendy (która zapewne wyrosła z prawdy...) i w sumie wcale nie chciałby jej przeczyć, z drugiej zaś powinien zrobić wszystko, by oddzielić fakty od zapisów zachowanych w społecznej pamięci, niejednokrotnie opierającej się jedynie na zasłyszanych historiach, domysłach i plotkach. Dotyczy to szczególnie ostatniego okresu życia Janusza Korczaka.

Książka ta jest próbą odtworzenia ostatnich lat, miesięcy, tygodni, dni, a nawet godzin funkcjonowania Domu Sierot, a tym samym, przez wzgląd na tragiczny splot okoliczności, także losu prowadzącego tę instytucję Janusza Korczaka. Chciałabym pokazać, że te ostatnie wojenne lata były czasem niewyobrażalnie trudnym, ale przy tym twórczym i przez to niezmiernie ciekawym, czyli dokładnie takim, o jaki sam Korczak ponoć prosił Boga w młodości[2]. Zależy mi, by ten wyjątkowy okres istnienia sierocińca pokazać jako czas niezachwianego trwania zakładu, ciągłej pracy pedagogicznej i ustawicznego podejmowania prób zachowania placówki w stanie jak najmniej zmienionym w stosunku do przedwojennego. I mimo że Dom Sierot i Korczak są nierozdzielni, to, nie chcąc zubożyć ani pomniejszyć wielkości dzieła tego drugiego, chciałabym jednak ten pierwszy uczynić równie ważnym bohaterem mojej książki. Co więcej, wspominając Korczaka i prowadzoną przezeń placówkę, chcę pamiętać także o wszystkich innych wychowawcach i opiekunach dzieci, którzy w latach wojny zdecydowali, że będą ze swoimi podopiecznymi do końca. „Przecież ich nie zostawię”[3] – powiedziała Markowi Edelmanowi opiekująca się dziećmi Hendusia Himelfarb, gdy ten, już na Umschlagplatzu, zaproponował jej ratunek. Taka postawa była dla niej logiczną konsekwencją wyboru, którego dokonała wcześniej[4]. Zresztą nie tylko ona.

Ludzi tego pokroju było bowiem więcej. Sam Korczak w ostatnim tekście opublikowanym za swojego życia, w styczniu 1942 roku na łamach „Gazety Żydowskiej”, pisał wprost: „Dom Sierot nie był, nie jest, nie będzie Domem Sierot Korczaka. Za mały, za słaby, za biedny i za głupi na to, by dwie setki bez mała dzieci wybrać, ubrać, zgromadzić – wyżywić, ogrzać – otoczyć opieką i w życie wprowadzić... Tej wielkiej pracy dokonał wysiłek zbiorowy wielu setek ludzi dobrej woli i światłego zrozumienia sprawy dziecka... sieroty. Są wśród nich liczne piękne imiona, są liczni bezimienni... – ich praca, pomoc, rada, doświadczenie budowały materialnie i duchowo wartości tego warsztatu i bogatego przedsiębiorstwa”[5]. Myśląc o swoich współpracownikach, zakładał także obecność innych, sobie osobiście nieznanych, ale bliskich przez wzgląd na wierność swoim podopiecznym.

Pisząc o historii Domu Sierot w latach 1939−1942, nie da się uniknąć nawiązania do tradycji, z jakiej sierociniec wyrósł i z jaką wszedł w ten wojenny czas. Nie da się także pominąć kontekstu społecznego, w jakim istniał i rozwijał się. Losy tej instytucji przedstawiam zatem na tle wielkich wydarzeń: od powstania placówki jeszcze w czasie zaborów, poprzez Wielką Wojnę, twórcze lata dwudzieste oraz, niestety, kryzysowe trzydzieste, zwieńczone wybuchem kolejnej, tragicznej w skutkach wojny, która pociągnęła za sobą miliony cywilnych ofiar. To zakorzenienie w rzeczywistości dwudziestolecia jest dla mnie bardzo istotnym punktem odniesienia, a czas tuż przedwojenny staje się swoistym momentem wyjściowym, chwilą, w której, jak w lustrze, będą odbijać się późniejsze wydarzenia związane z Domem Sierot.

Oczywistym jest także, że nie da się uniknąć krótkiego naszkicowania postaci Janusza Korczaka oraz Stefanii Wilczyńskiej[6], którzy byli twórcami, wiernymi krzewicielami i propagatorami, nie tylko w Domu Sierot, nowoczesnej, personalistycznej idei wychowania dzieci. I to dzieci szczególnych pod wieloma względami. Korczak w jednym ze swoich przedwojennych tekstów dość gorzko podsumował los tych, którymi się zajmował. Pisał: „Czy dobrze być dzieckiem? Tak sobie. Nie bardzo. Nie wiem. Zapomniałem. Ale wiem, że gorzej być dzieckiem żydowskim. A jeszcze gorzej być dzieckiem żydowskim, biednym i osieroconym”[7]. Warto być może dodatkowo zastanowić się, jak to krzyżowe wykluczenie wyglądało w wojennych realiach, kiedy to określenie „Jude” było często jednoznaczne z wyrokiem śmierci.

Oryginalność Domu Sierot na tle zarówno żydowskich, jak i polskich sierocińców okresu międzywojennego była wyraźna. Po pierwsze, już w założeniach, powstał on jako autonomiczna republika dzieci, w której to one same miały wydatny wpływ na zasady funkcjonowania placówki. Po drugie, był to zakład koedukacyjny, w którym liczba dziewczynek i chłopców była niemal równa. Po trzecie, od samego początku pomyślany był jako dom, w którym każdy mieszkaniec miał swoje konkretne obowiązki do wypełnienia, ale także jasno określone osobiste prawa, dzięki którym mógł w miarę bezkolizyjnie funkcjonować w społeczności dziecięcej oraz czuć się tam bezpiecznie i pewnie.

Tekst książki został podzielony na kilka zasadniczych części. Pierwsza z nich dotyczy stanu, w jakim Dom Sierot wkroczył w drugą wojnę światową. Umownie, czysto operacyjnie, jest to dla mnie moment tuż przed 1 września 1939 roku. W tym fragmencie maksymalnie szczegółowo odtwarzam rytm pracy Domu Sierot oraz metody wychowawcze, jakie tam stosowano. Dalej koncentruję się na pierwszym roku wojny, to jest okresie, kiedy Dom Sierot, mimo okupacji, wciąż znajdował się w swojej macierzystej siedzibie: w budynku przy ulicy Krochmalnej 92[8]. Ten czas, niemożliwy do precyzyjnego wyznaczenia, ograniczony jest datą pierwszego września 1939 roku oraz mniej lub bardziej umowną datą przeprowadzki do getta warszawskiego, która dokonała się najprawdopodobniej pod koniec listopada 1940 roku. Kolejna część dotyczy pierwszego roku funkcjonowania placówki na terenie getta, wtedy już przy ulicy Chłodnej 33. Ten okres ograniczony jest datą zmiany granic getta warszawskiego i związanej z nią kolejnej przeprowadzki, w październiku 1941 roku. Czwarty wyraźnie wyodrębniony fragment dotyczy pobytu Domu Sierot przy ulicy Siennej 16/Śliskiej 9 oraz tragicznego wymarszu Korczaka, personelu i wszystkich mieszkańców tej placówki w pierwszych dniach sierpnia 1942 roku. Tam też znajduje się próba dokładnego odtworzenia – na podstawie świadectw i wspomnień – ostatniej drogi Korczaka, Wilczyńskiej, pozostałych pracowników i sierot na Umschlagplatz. Wszystko, o czym mowa wcześniej, prowadzi do tej sierpniowej daty.

Celem nadrzędnym, jaki sobie stawiam, jest maksymalnie rzetelna rekonstrukcja historyczna wojennych lat funkcjonowania sierocińca oraz pokazanie ponadczasowości zasad, na których oparte było jego działanie. W związku z tym opieram się na źródłach archiwalnych z okresu wojny, związanych z Domem Sierot, ale także na świadectwach z epoki i późniejszych wspomnieniach osób jakoś zaprzyjaźnionych z tą instytucją. Posługuję się także bardzo wczesnymi – jeszcze przedwojennymi – wspomnieniami wychowanków, którzy w trakcie pobytu w Domu Sierot pisywali do „Małego Przeglądu” o swoich doświadczeniach z sierocińca albo też z perspektywy czasu, tuż po wojnie, próbowali przypomnieć sobie zasady funkcjonowania tej instytucji. Korzystam również z innych dokumentów, głównie z materiałów pochodzących z getta warszawskiego, między innymi ocalałych źródeł administracyjnych, a także tych, którym dane było przetrwać w Archiwum Ringelbluma. Nieocenionym, choć być może nieco kontrowersyjnym, źródłem jest dla mnie również koncesjonowana przez Niemców „Gazeta Żydowska” wydawana od połowy 1940 roku dla mieszkańców gett Generalnego Gubernatorstwa. Pomimo swojego ewidentnie propagandowego charakteru, stanowi ona rezerwuar wiedzy dotyczącej życia codziennego Żydów pod okupacją[9]. Dla zbudowania kontekstu interpretacyjnego oraz zrozumienia ówczesnej rzeczywistości obserwowanej w skali mikro, posługuję się też wojennymi pismami Korczaka. Szczególnie cenny jest dla mnie jego Pamiętnik pisany od maja do pierwszych dni sierpnia 1942 roku, ale również inne teksty wówczas powstające[10], w tym materiały bezpośrednio dotyczące Domu Sierot, które nie wyszły spod pióra Korczaka. W nich – niejako komplementarnie wobec Pamiętnika – oddane są realia gettowej codzienności instytucji. Pisząc o źródłach, muszę także dodać, że poddaję je analizie krytycznej, czasem wyraźnie je falsyfikując, a czasem korzystam z nich jedynie celem skonstatowania, że na niektóre pytania nie da się dziś już niestety odpowiedzieć. Mimo że, paradoksalnie, pula materiałów z warszawskiego getta dotyczących Korczaka i prowadzonego przezeń Domu Sierot jest zaskakująco obfita, to konieczna jest szczególna pokora wobec ogromnych wyrw w dokumentacji. Uważam jednak, że nawet ustalenie, iż do pewnych informacji nie można już dotrzeć, ma także swoją wartość. Dobrze zadane pytanie, nawet jeśli pozostaje bez odpowiedzi, pozwala bowiem zwrócić uwagę na istotne elementy historii czy zagadnienia.

Bardzo kuszące, ale jednak niewykonalne, wydaje się zrekonstruowanie każdego wojennego dnia funkcjonowania Domu Sierot. Oprócz niekompletnej dokumentacji, dzisiejszemu historykowi czy socjologowi brakuje także zdolności wczucia się w tamtą, wojenną, a później także i gettową, rzeczywistość. Jako osoba chcąca tamten świat opisać, muszę już na wstępie pogodzić się z faktem, że nie wszystkie szczegóły życia będą mi znane, że nie uda mi się ustalić wszystkich personaliów i że nawet próba rekonstrukcji ostatniej drogi dzieci na Umschlagplatz pełna będzie niedomówień, białych plam i poważnych wątpliwości. To, co interesuje mnie jednak przede wszystkim, i co staram się pokazać, to ów nieomal niemożliwy do pojęcia upór trwania Domu Sierot oraz podejmowane przez jego pracowników i mieszkańców próby utrzymania go w niezmienionym kształcie mimo pogarszających się warunków. I to, że Dom Sierot był „domem pracy i szkołą życia” dla kilkuset dzieci. Do ostatnich chwil swojego istnienia.

Tekst ten, podobnie zresztą jak materiały źródłowe, na których się opieram, jest zatem z konieczności obciążony. Rekonstrukcja historyczna, która jest podstawą do dalszych rozważań, nieuchronnie będzie miała zatem charakter selektywnego studium, złożonego z nie zawsze pasujących do siebie elementów, połączonych ze sobą zgodnie z pomysłem i wizją piszącego. Ów odautorski komentarz wobec źródeł jest więc jeszcze jedną, dodatkową warstwą impregnującą i scalającą post factum od zewnątrz tę opowieść. Jest to próba monograficznego, acz wyraźnie autorskiego, ujęcia wojennej historii Domu Sierot i niejako podsumowania społecznej świadomości dotyczącej jego funkcjonowania. Za wszystkie niedopowiedzenia i subiektywne – być może – sądy ponoszę pełną odpowiedzialność. Wiem jednak, że prawdopodobnie nie uda mi się ich uniknąć, pisząc na temat tak ważny i bliski.

DOM ODZYSKANEGO DZIECIŃSTWA

Jak wyglądał Dom Sierot w przededniu drugiej wojny światowej? Warto o to zapytać, bowiem była to niewątpliwie chwila, kiedy instytucja mogła poszczycić się już ponad dwudziestopięcioletnią tradycją działalności i wieloma sukcesami pedagogicznymi na swoim koncie[11]. Obraz życia Domu Sierot w dniu 31 sierpnia 1939 roku jest dla mnie stanem wyjściowym, stanem maksymalnej dojrzałości organizacyjnej placówki, a tym samym swoistym kapitałem, z jakim jego mieszkańcy weszli w kolejną wojnę. Chciałabym się im przyjrzeć i spróbować niejako wniknąć do wnętrza sierocińca. W każdym kolejnym rozdziale będę odwoływała się do tej części, jako że to właśnie wtedy powstała większość, jeśli nie wszystkie, ważne zwyczaje i tradycje Domu Sierot.

Zdjęcie 1: Janusz Korczak w latach 30.

W odtwarzaniu działalności tej instytucji korzystam głównie ze wspomnień wychowanków, współpracowników, bursistów oraz przyjaciół Domu na Krochmalnej 92. W tym i w kolejnych rozdziałach posiłkuję się również dokumentami życia społecznego dotyczącymi funkcjonowania Domu Sierot. Pomocne dla mnie są także wczesne pisma Korczaka, w których jako wychowawca mówi o codzienności sierocińca, owych na pierwszy rzut oka niezauważalnych czy niedocenianych „szczelinach istnienia”[12], w których tętniło życie. Posługuję się też, dziś wciąż nie dość znaną, spuścizną Stefanii Wilczyńskiej[13] – najbliższej współpracowniczki Janusza Korczaka, która, mimo że być może mniej widoczna, stanowiła niewątpliwie podporę tej dziecięcej republiki.

W 1910 roku Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”, które już od dwóch lat zajmowało się opieką nad biednymi i opuszczonymi dziećmi żydowskimi, podjęło decyzję wybudowania własnego domu. W dniu 12 maja 1910 roku zakupiono plac przy ówczesnej ulicy Krochmalnej 92 za kwotę 24 000 rubli. Powołano Komisję Budowlaną pod przewodnictwem doktora Izaaka Eliasberga. Był to bliski kolega i współpracownik Korczaka. Znali się jeszcze ze Szpitala Bersohnów i Baumanów, czyli miejsca, w którym Janusz Korczak w 1905 roku jako młody lekarz rozpoczął swoją karierę pediatryczną. Projekt budynku sierocińca powstał w wyniku konkursu. Autorem zwycięskiego planu był Henryk Stifelman, wówczas popularny architekt, autor wielu warszawskich kamienic i budynków użyteczności publicznej. Dobrany prawie idealnie, by wymyślić przestrzeń domową dla szczególnej społeczności dziecięcej. Kamień węgielny pod budynek przeznaczony dla ponad setki wychowanków, położono 14 czerwca 1911 roku, natomiast 7 października 1912 roku Janusz Korczak – wtedy już dyrektor Domu Sierot − i Stefania Wilczyńska, kierowniczka placówki i jednocześnie naczelna wychowawczyni − wprowadzili do nowego domu pierwszych wychowanków, czyli osiemdziesięcioro pięcioro dzieci żydowskich. Korczak i Wilczyńska pełnili swoje obowiązki zawodowe bez wynagrodzenia, a jako ekwiwalent za pracę otrzymywali wyżywienie oraz mieszkanie. I – zapewne – całkiem niematerialne, ale niewątpliwie bezcenne poczucie, że robią coś niezwykle ważnego dla tych, dla których los i ludzie dotychczas nie byli zbyt łaskawi.

Warto oddać głos Korczakowi, który po pierwszym roku pracy na Krochmalnej, w sprawozdaniu Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” w następujący sposób opisywał historię sierocińca, zanim ten jeszcze wprowadził się do nowego lokum na Woli: „Rok 1908 – pierwszy rok działalności. Przytułek, mieszcząc się w wynajętym lokalu w Grodzisku, przygarnia czterdzieścioro dzieci. W kwietniu tegoż roku zarząd uchwala, by nie brać do przytułku pod żadnym pozorem ani jednego dziecka więcej. I już w maju, łamiąc swoją uchwałę, przyjmuje znów dwoje sierot. Życie obala postanowienia niezgodne z jego niezłomnymi wymaganiami. [...] Przytułek mieści się znów w Warszawie, ul. Franciszkańska numer 2. Do obszerniejszego lokalu można zapisać dziesięcioro nowych sierot, wzięto ich dwadzieścia czworo. Założono dwie filie, pierwsze dwa ogniska, gdzie pod opieką ubogich rodzin umieszczono czternaścioro dzieci. A Towarzystwo jest tak biedne, że na posiedzeniu z dnia 21 października zastanawia się, czy założyć telefon, czy przyjąć jeszcze jedno dziecko – sierotę pod opiekę. [...] Bez własnego domu dalszy rozwój instytucji jest niemożliwy. Dalszy rozwój jest konieczny, a prośby nowe napływają. Więc potrzeba dojrzała. I pierwszy już miesiąc styczeń roku 1910 przynosi ofiarę dziesięciu tysięcy rubli na budowę Domu Sierot. 14 I – pierwsza ofiara, 19 I – druga, 26 I – trzecia ofiara. 9 II – czwarta i piąta ofiara, 16 II – szósta ofiara itd. 25 IV 1910 – nadzwyczajne zebranie w sprawie kupna placu na ulicy Krochmalnej nr 92. 26 V 1911 – dzień zatwierdzenia planu Domu Sierot. 14 VI 1911 – założenie kamienia węgielnego. 7 X 1912 – dzieci spędziły pierwszy dzień w nowym gmachu”[14]. Marzenie stało się rzeczywistością.

Szlomo Nadel, mieszkaniec Krochmalnej 92 w latach 1927−1935, pisał, że Dom Sierot w latach międzywojennych wyróżniał się wśród warszawskiego krajobrazu i królował bielą na tle szarej robotniczej Woli[15]. Najbliższa okolica nie należała bowiem do najbardziej reprezentacyjnych. Trzeba też wiedzieć, że w zasadzie od początku istnienia Domu Sierot ani Korczak, ani żydowskie dzieci nie byli mile widziani przez mieszkańców dzielnicy. Wynikało to być może z faktu, że ulica Krochmalna była dość wyraźnie podzielona na dwie części: polską i żydowską. Część żydowska lokowała się po stronie wschodniej (niskie numery), część polska po stronie zachodniej (wysokie numery), bliżej Woli. O budynkach znajdujących się przy żydowskiej Krochmalnej wspominał noblista Izaak Bashevis Singer[16]. Ten, w którym mieszkał, czyli przy Krochmalnej 10, nie wyglądał najlepiej. Pisał o nim: „Od dłuższego czasu nasza rodzina rozważała ewentualność przeprowadzki z mieszkania przy Krochmalnej 10, gdzie używaliśmy lampy naftowej, ponieważ nie było gazu, i mieliśmy na podwórku wspólny wychodek ze wszystkimi lokatorami. Ten wychodek stanowił zmorę mojego dzieciństwa. Było tam zawsze ciemno i brudno. Wszędzie biegały myszy i szczury, nad głową i po podłodze. Wiele dzieci cierpiało też na obstrukcję i zaburzenia nerwowe”[17]. Z pewnością pod wieloma względami interesująca, nie była to jednakże najbardziej komfortowa przestrzeń do życia. I nawet ożywienie budowlane, które miało miejsce tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej, nie zmieniło zasadniczo wyglądu i charakteru ulicy. Krochmalna należała wciąż do najbardziej zaniedbanych ulic Śródmieścia; wiele starych, skrajnie przeludnionych kamienic znajdowało się w katastrofalnym stanie i zostało przeznaczonych do rozbiórki[18]. Mieszkańcy ulicy także nie zaliczali się do zamożnych, zwykle byli to drobni rzemieślnicy, robotnicy oraz... złodzieje. Zapożyczone z jidysz, a istniejące w polszczyźnie, słowa takie jak: dintojra, machlojka czy szaber mogły być tam w ciągłym, nie tylko werbalnym zresztą, użyciu.

Dom Sierot został pobudowany jednak w centrum polskiej części. Stella Eliasbergowa, czyli żona Izaaka Eliasberga, a przy tym aktywna działaczka Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” wspominała po latach: „Ludność okoliczna na Krochmalnej odnosiła się na początku nieufnie i nawet niechętnie do nowo powstałego Domu Sierot. Jednakże dobra wola Doktora, jego takt, uczynność, łagodny uśmiech dla spotykanych na ulicy dzieci – przełamały lody. Niektórym dzieciom – sąsiadom wolno było bawić się na dziedzińcu Domu Sierot, w razie nagłej potrzeby [dzieci te] Doktor bezpłatnie odwiedzał i leczył”[19]. Bez różnicy wyznania.

Zdjęcie 2: Dom Sierot przy ul. Krochmalnej 92 przed wojną

To właśnie w tej okolicy znajdował się największy warszawski browar Haberbusch i Schiele, fabryka cukierków, fabryczka wyrobów tytoniowych, skład materiałów budowlanych, firma blacharska oraz oddział fabryki farb i lakierów oraz inne drobniejsze przedsiębiorstwa[20]. Niemniej, pomimo dość dobrze rozwiniętego przemysłu, ulica ta, szczególnie w swoim wschodnim odcinku (zaczynając od okolic Ciepłej), była ogniskiem skrajnej nędzy, nierządu i przestępczości, a poziom higieny należał do najbardziej alarmujących w Warszawie. Poetycko zaświadczył o tym Konstanty Ildefons Gałczyński, który o jednej z najbliższych Domowi Sierot ulic, czyli o Towarowej, pisał, że ta „mgłami i alkoholem [...] rośnie i boli”[21]. Można zakładać, że okoliczne ciemne zaułki bolały podobnie.

W pobliżu ulicy Krochmalnej znajdował się także słynny bazar, zwany Kercelakiem, który zresztą bardzo często pojawia się we wspomnieniach wychowanków Domu Sierot[22]. Było to miejsce po wielokroć magiczne, kolorowe i pełne różnych, wprost niestworzonych rzeczy, które zdobyć łatwo było tylko tutaj. Kercelak był nieomal miasteczkiem, stragany były domami, a przejścia między nimi wyglądały jak labirynt, w którym można było się pogubić[23]. Można tam było posłuchać również charakterystycznej wolskiej gwary, którą posługiwała się tamtejsza ferajna, czy też – czego chyba nikt szczególnie sobie nie życzył – spotkać cieszącego się nie najlepszą sławą Tatę Tasiemkę, czyli chyba najsłynniejszego wolskiego gangstera, który wraz ze swoimi poplecznikami trudnił się wyłudzeniami. Wychowankowie Domu Sierot, głównie chłopcy, bywali tam często, kupowali jakieś drobiazgi, oglądali gołębie i farbowane wróble udające kanarki.

Czas przejść do Domu Sierot i jego najbliższego otoczenia. Budynek ten przetrwał wojenną pożogę i dziś (otoczony w większości blokami mieszkalnymi) przypomina przechodniom o dawnych czasach. Wspominała je Ida Merżan, jedna z młodych wychowawczyń pracujących tam w latach międzywojnia: „Na teren Domu Sierot wchodziło się od ulicy Krochmalnej. Na żelaznej bramie widniał numer 92. Nie pamiętam, czy szyld «Dom Sierot» wisiał na bramie, czy też na głównym budynku, na wprost bramy”[24]. Wzdłuż parkanu rosły bzy i drzewa. Tuż przy bramie, po lewej stronie stojąc twarzą do budynku, stał domek służbowy, w którym mieszkali niektórzy pracownicy Domu Sierot. Obok niego znajdował się gołębnik z niewielką królikarnią[25]. Tuż za wejściową bramą rozpościerało się frontowe, południowe podwórko, bardzo duże, w dni pogodne zalane słońcem. Dzieci grały tu w siatkówkę, dwa ognie, skakały na skakance, a także jeździły rowerami. Z lewej strony podwórko odgrodzone było od istniejącej tam od 1856 roku, znanej w całej Polsce, Fabryki Wyrobów Platerowanych Hennebergów, w której wyrabiano nakrycia stołowe srebrzone oraz niesrebrzone, niklowe, tak zwane alpakowe[26]. Fabryka ta mieściła się pod adresem Wolska 17, zaś bezpośrednio z działką Domu Sierot sąsiadował ogród, który znajdował się na jej tyłach. Blisko domu, przy głównym wejściu, pod rozgałęzionym drzewem stała ławeczka, na której lubił odpoczywać Korczak, prawie zawsze otoczony chmarą rozgadanych dzieci. Nieopodal Krochmalnej 92, przy ulicy Karolkowej 49, we wczesnych latach trzydziestych wybudowano także rzymskokatolicki kościół parafialny. Wzdłuż przeciwległej, wschodniej strony Domu Sierot, ciągnął się mur odgradzający dziedziniec od posesji Krochmalna 90 (znajdowało się tam niezbyt atrakcyjne „pijackie podwórko”[27]), tworząc długi korytarz – tam stały śmietniki[28]. Posesja mieszcząca się pod numerem 90, co wspominał po wojnie Michał Wróblewski, bursista i wychowawca z Domu Sierot mieszkający tu w latach trzydziestych, była siedliskiem niezbyt przyjaźnie nastawionej młodzieży, która co jakiś czas obrzucała przednie podwórko Domu Sierot kamieniami. Można by rzec: „niezła granda”, gdyby chcieć podsumować to działanie językiem tamtego miejsca i czasu. Z drugiej jednak strony, mieszkało tam także polskie małżeństwo dozorców, które zawsze oddawało żydowskim dzieciom piłki, przypadkiem przerzucone na drugą stronę muru[29]. W rogu podwórza posesji Domu Sierot stała budko-chatka, zbudowana przez chłopców ze starych desek i służąca do zabawy w ciepłe letnie dni[30]. Bliżej ulicy Wolskiej, przy północnej ścianie budynku znajdowało się jeszcze jedno podwórko, dużo mniejsze od frontowego i mniej komfortowe. Tam dzieci miały swoje grządki.

Dom Sierot wyróżniał się na tle fabrycznej Woli. Zbudowany w latach 1911−1912 był, jak na ówczesne czasy, bardzo nowoczesny i reprezentacyjny. Nieco oddalony od samej ulicy, sprawiał wrażenie bezpiecznej enklawy zanurzonej wśród drzew. W sam raz dla nieco ponad setki dzieci, którym chciano zapewnić przestrzeń tak do życia, jak i zabawy. Blisko Domu Sierot znajdowało się kilka innych instytucji opiekuńczych, takich jak chociażby Szpital imienia Karola i Marii przy ulicy Leszno 136, czy też żydowski Dom Schronienia Ubogich, Sierot i Starców Starozakonnych mieszczący się przy Wolskiej 18, z którym to w latach drugiej wojny losy Korczaka boleśnie się splotły.

Zdjęcie 3: Janusz Korczak, Stefania Wilczyńska i Izaak Eliasberg w otoczeniu dzieci z Domu Sierot, 1923

Zajrzyjmy teraz do przedwojennego Domu Sierot i spróbujmy przyjrzeć się układowi pomieszczeń. Budynek miał cztery kondygnacje, a ich rozmieszczenie i funkcja nie były przypadkowe. Do gmachu wchodziło się przez frontowe drzwi, które wychodziły na klatkę schodową. Prowadziła ona w dół do sutereny oraz na wysoki parter, wprost do sali rekreacyjnej. W suterenie, w specjalnie izolowanych od wilgoci pomieszczeniach[31], po prawej stronie drzwi tuż za schodami, znajdowała się obszerna kuchnia ze zmywalnią, wyłożona glazurą. Stały w niej małe stołki dla dyżurujących dzieci. Z kuchni wchodziło się do magazynu z produktami żywnościowymi. Naprzeciwko kuchni mieściły się pralnia oraz kotłownia centralnego ogrzewania. Ze względów bezpieczeństwa malcy nie mieli tu wstępu. Bywali tam tylko starsi wychowankowie – dyżurni kuchni i pralni. Po lewej stronie drzwi znajdowały się pomieszczenia przeznaczone dla dzieci: szatnia, rozbieralnia oraz pokój kąpielowy. W pokoju kąpielowym, jak czytamy w jednym z artykułów na temat Domu Sierot, który ukazał się w „Małym Przeglądzie” w 1933 roku, „znajdowało się sześć białych porcelanowych wanien oraz sześć pryszniców”[32]. Jak na owe czasy? Absolutny luksus.

Na planach architektonicznych wnętrz Domu Sierot na poziomie suteren zaznaczona jest także jadalnia. Wydaje się jednak niemożliwe, by mogła się tam zmieścić ponad setka wychowanków. Być może początkowo było to miejsce wykorzystywane do tego celu, a dopiero z czasem dzieci zaczęły jeść na parterze? Być może jadły „na raty”? A może, po prostu, już od pierwszych dni funkcjonowania sierocińca plany architektoniczne rozminęły się z praktyką życia codziennego?

Na parterze największą powierzchnię zajmowała sala zwana rekreacyjną (około stu osiemdziesięciu metrów kwadratowych, o wysokości dwóch kondygnacji, czyli około siedmiu metrów), która docelowo jednocześnie pełniła funkcję jadalni. Wchodziło się do niej przez drzwi wahadłowe, które miały klamki tylko z jednej strony – w ten sposób dzieci nie miały możliwości, by się zderzyć. W sali rekreacyjnej znajdowały się stoły, przy których wychowankowie i pracownicy pedagogiczni razem jadali posiłki. Na jednym ze stołów stało także pudełko – swoiste biuro rzeczy znalezionych, o którego przeznaczeniu bardziej szczegółowo dalej. W jedną ze ścian sali rekreacyjnej wbudowano także specjalną szafę[33], w której znajdowały się tak zwane kasetki na osobiste drobiazgi dzieci, ponieważ według zwyczaju: „każde dziecko po miesiącu pobytu w Domu Sierot, kiedy ma już trochę własnych rzeczy, otrzymuje kasetkę. Jeżeli utrzymuje ją w porządku, dostaje trochę większą. Dzieci od piątego oddziału mają już szafeczki z kluczykami”[34]. Pomysł, by dla każdego wyodrębnić ową niewielką, ale jednak całkowicie własną przestrzeń, był praktycznym pochyleniem się nad ludzką potrzebą posiadania choćby skrawka prywatności.

W sali rekreacyjnej umieszczono także szafę z książkami, a ponadto fortepian i tablicę, na której wywieszano wewnętrzne komunikaty oraz umieszczano różnego rodzaju zestawienia i listy, na przykład spraw sądowych, łez czy bójek. Nad częścią sali rekreacyjnej znajdowała się galeria, czy też antresola, biegnąca na poziomie pierwszego piętra wzdłuż zachodniej ściany budynku. Można z niej było obserwować wszystko, co dzieje się na dole. Obok sali rekreacyjnej znajdowała się kancelaria, a dalej także klasa, z czasem zamieniona na szwalnię, do których wchodziło się bezpośrednio z auli[35]. Po drugiej stronie budynku, bardziej na wschód, mieściła się klasa zwana szkolnym pokojem, w którym czytano na głos gazetkę Domu Sierot, odrabiano lekcje i modlono się[36]. Za nim było kolejne pomieszczenie – pełen kwiatów pokój ciszy, przeznaczony wyłącznie dla starszych dzieci i personelu. W pobliżu drzwi do kancelarii wbudowano w ścianę dużą oszkloną szafę, w której umieszczono gry i zabawki przeznaczone do wspólnego użytku, wydawane dzieciom przez dyżurującego wychowawcę. Za szafą znajdowały się drzwi do wspomnianej wcześniej szwalni – stały tam duże stoły, na których krojono, a także reperowano bieliznę wychowanków. Odzież układano w szafach, w których były przegródki z numerami dzieci. Dzieci uczyły się tam drobnych napraw, takich jak cerowanie i przyszywanie guzików. W sali rekreacyjnej znajdowała się także niewielka winda towarowa, którą dziś pewnie nazwałoby się potrawówką, służącą do przewożenia posiłków i naczyń z kuchni w suterenie. Na ścianie prostopadłej do drzwi szwalni wisiała tablica, na której przypinano jadłospis, aktualną listę uchybień oraz zapisywano inne istotne informacje. I o ile można zakładać, że podobne tablice informacyjne, tudzież ścienne gazetki znajdowały się w większości instytucji opiekuńczo-wychowawczych, o tyle umieszczenie na niej tak zwanej listy łez czy listy bójek było już charakterystyczne tylko dla Domu Sierot.

Po prawej stronie od wejścia do auli, na wschodniej ścianie, w samym rogu znajdowały się drzwi do sklepiku. W tym malutkim pokoiku mieściła się szafka, niewielki stolik i dwa krzesła. Tu dyżurny wydawał dzieciom przybory szkolne i przedmioty osobistego użytku. Nieopodal stało urządzenie z dostępem do bieżącej wody, przypominające fontannę, zwane przez mieszkańców źródełkiem. Dzieci mogły pić stamtąd do woli, co więcej: nie używając do tego szklanek. W sali rekreacyjnej umieszczono także podium, na którym stał wspomniany fortepian, choć głównie pełniło ono funkcję sceny, a nierzadko było także miejscem samotnego przebywania dziecka wyłączonego z zabawy za jakieś przewinienie. Za drzwiami wychodzącymi z sali rekreacyjnej na tylną, północną klatkę schodową znajdowały się wyłożone glazurą ubikacje – po jednej stronie dla dziewcząt, po drugiej dla chłopców. Klatka ta prowadziła na wyższe piętra oraz na małe podwórko otoczone białym murem.

Na pierwsze piętro, czyli poziom antresoli, można było się dostać na dwa sposoby: albo używając tylnej klatki schodowej, połączonej od północy z salą rekreacyjną, albo korzystając ze schodów położonych po wschodniej stronie budynku. Na pierwszym piętrze znajdowało się także domowe ambulatorium – pokój opatrunkowy, w którym można było uzyskać pierwszą pomoc przy okazji zadrapań, lekkich zwichnięć czy siniaków. Na tym poziomie mieściły się także pokoiki mieszkalne przeznaczone dla bursistów, czyli młodych praktykantów. Po drugiej stronie, przy galerii sali rekreacyjnej, znajdowała się tak zwana szafarnia, czyli pokój, w którym szafy były ustawione w taki sposób, że tworzyły jakby jeszcze jedno wewnętrzne pomieszczenie. Przez całą długość budynku po południowej stronie ciągnął się korytarz z umywalnią i ubikacją przeznaczonymi dla mieszkańców pierwszego piętra. Drzwi korytarza wychodziły na boczną, wschodnią klatkę schodową, która prowadziła na drugie piętro.

Na drugim piętrze znajdowały się dwie zbiorowe sypialnie, z których jedna przeznaczona była dla dziewczynek, a druga dla chłopców. W każdej sypialni stało około pięćdziesięciu łóżek, dość ciasno ustawionych, a także ulokowane były umywalnia i sanitariat. Między sypialniami znajdował się maleńki pokoik – swego rodzaju „kajuta” przeznaczona dla dyżurującego wychowawcy. Początkowo sypiał tam Korczak, z czasem jego miejsce zajęli młodsi wychowawcy lub bursiści. Zadaniem osoby przebywającej w nocy z dziećmi była przede wszystkim dyskretna, a przy tym uważna obecność, ale również – w razie konieczności wyprowadzenia dziecka do łazienki czy też uspokojenia tego, któremu przyśniło się coś koszmarnego – także i konkretne zaangażowanie. Obok sypialni dziewczynek, przy wschodniej klatce schodowej, na drugim piętrze, znajdował się pokój pani Stefy oraz izolatka dla chorych. Warto podkreślić, że pokój pani Stefy jest jednym z niewielu domosierotowych miejsc, którego dokładny opis się zachował. We wspomnieniach czytamy, że był: „niezbyt mały, ale podłużny, pozbawiony proporcji. Wąskie spartańskie łóżko wygładzone, jakby nikt nigdy na nim nie spał. Stół niewielki, pokryty świeżo wyprasowaną serwetą. Komoda z szufladami, ładna staroświecka umywalka w kącie przy drzwiach”[37]. Pokój Wilczyńskiej, zresztą tak jak pokój Korczaka, sprzątane były przez wybranych dyżurnych, za co oprócz prestiżu, którym cieszyli się wśród pozostałych dzieci, otrzymywali specjalne wynagrodzenie. Według relacji byłej wychowanki, pani Stefa, która czuwała nad czystością i porządkiem w całym gmachu, nie dbała przesadnie o ład w najbliższym otoczeniu. Na biurku leżały nieuporządkowane papiery, które dyżurna układała według wielkości, na krzesłach zaś porozrzucane były suknie i fartuchy, które sprzątając, wieszała w szafie. Pewnego razu wspominająca to miejsce wychowanka przeżyła wstrząs, bowiem gdy otworzyła szafę, na jej drzwiach zobaczyła przyklejoną kartkę z napisem: „Po mojej śmierci proszę ciało oddać do prosektorium i żeby dzieci nie przerywały nauki”[38]. Oczywiście. Cała Stefania Wilczyńska. Nie chcąc przysparzać innym kłopotu związanego z ewentualnym pogrzebem, postanowiła, że nawet po śmierci będzie użyteczna dla społeczeństwa.

Piętro wyżej, na poddaszu użytkowym znajdował się niewielki pokój Korczaka; obok, w korytarzu, suszyły się sienniki moczących się dzieci[39]. W pokoju Korczaka stało olbrzymie biurko (wcześniej należące do jego ojca), szafa, kilka etażerek z książkami, łóżko oraz „kanapka z wystającymi żebrami”[40]. Pokój ten, jak czytamy we wspomnieniach, urządzony był bardzo ascetycznie, jedyną ekstrawagancją było wielkie półokrągłe okno, które dziś możemy już tylko podziwiać na przedwojennych fotografiach. I o ile jesteśmy w stanie, dzięki planom architektonicznym, a mimo remontów, wyobrazić sobie przedwojenny układ pomieszczeń Domu Sierot do drugiego piętra włącznie, o tyle rozmieszczenie pokoi na stryszku pozostaje poznawczo niedostępne[41]. Ostatnia kondygnacja, zniszczona podczas działań wojennych, nie została zrekonstruowana[42]. Jedyne informacje, jakie posiadamy, to te, które znajdują się w broszurze autorstwa Korczaka pod tytułem Ku otwarciu Domu Sierot. Czytamy tam, że: „na poziomie strychu, specjalnie zastosowanego do suszenia wielkiej ilości bielizny, posiada gmach pokój dla przełożonego Domu, magiel oraz szafy do przechowywania bielizny, ubrań, kołder”[43].

Mimo że Dom Sierot zaprojektowany przez Henryka Stifelmana prezentował się, jak na ówczesne czasy, bardzo nowocześnie, to Korczak nie był jednak do końca usatysfakcjonowany układem pomieszczeń w budynku[44]. Uważał, że mimo starań architekta nie do końca odpowiadał on psychofizycznym potrzebom dziecka. Co więcej, podejrzewał, że został zbudowany pod znakiem nieufności. Pisał o gmachu z przekąsem: „Wszystko widzieć, wiedzieć, wszystkiemu zapobiec. Ogromna sala rekreacyjna – to plac otwarty, rynek. Jedna czujna osoba wszystko ogarnie. Toż samo – wielkie koszarowe sypialnie”[45]. A przecież, myśląc o wychowywaniu żydowskich sierot, nie chciał stać na czele jednostki o charakterze wojskowym. Nie był zwolennikiem instytucji totalnych, gdzie żyje zamknięta, formalnie kontrolowana przez „wyższy” personel grupa. Marzył, by dobudować trzecie piętro, które urządzone zostałoby systemem hotelowym – korytarz i małe pokoiki, dla kilku osób, w których dzieci miałyby możliwość przebywania samotnie lub obcowania tylko z wybranymi przyjaciółmi. Doskonale zdawał sobie sprawę, że dzieciom pozbawionym rodzinnego ciepła i domowego spokoju trzeba zapewnić choć minimum intymności. Stąd też jego, ale też i Stefanii Wilczyńskiej, nowatorskie pedagogiczne pomysły takie jak: pokój ciszy, galeria nad salą rekreacyjną przeznaczona dla niedysponowanych i, wyżej wspomniane, prywatne kasetki dzieci.

W Domu Sierot mieszkało na stałe około setki wychowanków, około dziesięciorga bursistów-praktykantów[46], około dziesięciorga osób stałego personelu wychowawczego i technicznego. W sumie, w tak zwanych normalnych czasach, liczba mieszkańców mogła sięgać około stu trzydziestu osób i w gruncie rzeczy nie zmieniała się. Co roku po odejściu najstarszych wychowanków na ich miejsce, nieomal natychmiast, przyjmowani byli nowi (nierzadko bracia lub siostry opuszczających placówkę), których podania czekały już w kancelarii. Na czele Domu Sierot stał Korczak, czyli dyrektor, oraz Stefania Wilczyńska zatrudniona na stanowisku kierowniczki sierocińca i działającej przy nim bursy. Formalnie to ona miała pod swoją opieką tak dzieci, jak i uczącą się młodzież. Niektórzy dowcipkowali, że w praktyce miała pod swoją opieką również Korczaka.

Funkcję, jaką w Domu Sierot pełnił Korczak, można najkrócej określić jako opiekę medyczno-pedagogiczną. Zakres jego pracy przedstawiał się następująco: naczelne kierownictwo zakładem, opieka lekarska, waga, miara[47], badanie nowych dzieci, kontakty z rodzinami, spotkania z byłymi wychowankami, udział w wewnętrznych pracach sejmu i sądu, pisanie cotygodniowych artykułów do gazetki, prowadzenie kasy pożyczkowej i kasy oszczędności, współprowadzenie cotygodniowych zebrań wychowawczych z bursistami[48]. Co tydzień zajmował się kąpaniem chłopców oraz drobnymi zabiegami higienicznymi, takimi jak obcinanie paznokci czy strzyżenie. Uważał zresztą, że ta ostatnia, pozornie łatwa czynność, wymaga wiedzy i umiejętności. Pisał: „Gdyby istniały egzaminy praktyczne dla wychowawców internatu, wprowadziłbym między innymi następujący: rozebrać maszynkę do strzyżenia włosów, dobrać sprężynę, oczyścić, naoliwić, ostrzyć dziecko maszynką wadliwą”[49]. Podobnie było zresztą z myciem włosów, które – jego zdaniem – również wymagało sprawności i doświadczenia „O myciu głowy dodam, że należy – najlepiej dużym palcem – dobrze kilka razy potrzeć włosy nad czołem, dookoła uszów i w rowku z tyłu głowy, gdyż tu zbiera się brudne mydło z całej głowy, zasycha i tu najczęściej rozpoczyna się «grzybek»[50]. Naciskać należy brzuszkami palców, a nigdy – drapać paznokciami”[51]. Pisał o tym także Arie Buchner, praktykant w Domu Sierot: „Wspominam wspólny dyżur w pokoju z prysznicami w piątek wieczorem; kiedy po raz pierwszy przyszedłem z chłopcami na prysznic, zwrócił się do mnie Korczak i powiedział: «Panie Buchner, chodź, nauczę cię, jak należy myć głowę. Nie dziw się, dla matki myjącej głowę swojego dziecka – praca jest przyjemna, ona namydliła główkę, myje ją, głaska i bawi się nią, ona nie musi się spieszyć, ona ma czas i można być pewnym, że umyje głowę dobrze. Inaczej wychowawca, który ma umyć pięćdziesiąt głów. Jeśli ty zmarnujesz jedną minutę zbytecznie, to zmarnotrawisz prawie godzinę, jeśli bez zastanowienia będziesz spieszył się, to głowy będą nieczyste. Dlatego musisz znać, gdzie, w jakim miejscu na głowie zbiera się brud, aby sprawnymi palcami – i pokazał mi ruchy palców na jednej z głów – usunąć brud możliwie szybko»”[52]. Mistrz ekonomii codziennego wysiłku.

Do zadań Korczaka i Wilczyńskiej pośrednio związanych z wychowaniem najmłodszych dochodziły także kwestie współpracy z mieszkającymi w Domu Sierot bursistami. Co tydzień w piątkowe popołudnie w Domu Sierot odbywało się seminarium, podczas którego bursiści mieli okazję wysłuchać wykładu Korczaka na tematy pedagogiczne, najczęściej dotyczące aktualnych problemów dzieci z Domu Sierot[53]. Ponadto, oprócz obowiązków wewnątrzdomowych, Korczak pracował także poza Krochmalną. Wygłaszał wykłady popularnonaukowe na warszawskich wyższych uczelniach, w instytucjach kształcenia pracowników socjalnych oraz wypowiadał się publicznie jako autorytet (teoretyk i praktyk!) w sprawach dotyczących wychowania, pracował w sądzie jako biegły, w warszawskiej Kasie Chorych jako referent pism zagranicznych, ponadto brał udział w pracach nad założonym przez siebie w 1926 roku „Małym Przeglądem”, pisał książki i artykuły pedagogiczne[54] oraz mniej lub bardziej regularnie bywał w Naszym Domu[55] na Bielanach, czyli bliźniaczej placówce opiekuńczej przeznaczonej dla robotniczych dzieci polskich, którą współzakładał w 1919 roku[56]. Widać wyraźnie, że Korczak pomimo zanurzenia w codziennej, bardzo wymagającej pracy w Domu Sierot, prowadził również bogate „życie zewnętrzne”. W latach tuż przedwojennych daje się jednak zauważyć jego tak mentalne, jak i czysto fizyczne, odejście od spraw związanych z sierocińcem – Korczak wyprowadza się z Krochmalnej 92 i bywa tu tylko kilka razy w tygodniu. Oddaje się dodatkowym zajęciom, wciąż wykłada, między innymi w Wolnej Wszechnicy, w Państwowym Instytucie Pedagogiki Specjalnej oraz w żydowskich seminariach nauczycielskich, wygłasza autorskie audycje w radiu, pisze, ale przede wszystkim coraz częściej zastanawia się nad wyjazdem do Palestyny, by tam osiąść i prowadzić zakłady opiekuńcze dla dzieci. Niewiele, niestety, wiadomo na temat tego oddalenia się Korczaka od Domu Sierot, w zachowanych dokumentach brak jest wzmianek, choć można przypuszczać, że konflikt, którego efektem była jego wyprowadzka, wynikał z jakichś niesnasek personalnych. Na chwilę przed wybuchem wojny Korczak jednak wrócił na Krochmalną 92. Być może w związku ze zbliżającym się zagrożeniem chciał być bliżej dzieci, być może uznał, że doświadczenie zdobyte podczas wcześniejszych wojen pomoże mu w utrzymaniu placówki i zapewnieniu jego mieszkańcom opieki i protekcji. Być może czuł też, że taka decyzja jest najlepszą, jaką w tej sytuacji w ogóle można podjąć. Tak dla siebie, jak i dla innych, szczególnie tych, za których był odpowiedzialny i tych, z którymi przez lata blisko i owocnie współpracował. Taką osobą była niewątpliwie Stefania Wilczyńska, zwana przez dzieci i innych współpracowników po prostu Panią Stefą.

Na oficjalnej pieczątce, jaką posługiwała się Stefania Wilczyńska, napisano „Kierowniczka Domu Sierot i Bursy”, co nie oddawało w pełni wszystkich funkcji, jakie pełniła w placówce. Była naczelną wychowawczynią oraz troszczyła się o sprawy związane z rozpatrywaniem podań o przyjęcie nowych dzieci oraz bursistów. Prowadziła także, przy pomocy etatowych pracownic i bursistek, kancelarię Domu Sierot oraz zajmowała się kwestiami związanymi z zaopatrzeniem placówki. Wychowanka Teresa Osińska tak przedstawiła zakres jej obowiązków: waga, miara i kąpiel dziewcząt, kontrola pracy odpowiedzialnych dyżurnych i ich opiekunów, patronat nad czytelnią i kółkiem pożytecznych rozrywek, opatrunki, opieka nad chorymi, izolatka[57]. Należy dodać jeszcze do tych obowiązków opiekę nad bursą oraz pracę społeczną z rodzinami lub opiekunami dzieci. Była również tą osobą, która dyskretnie troszczyła się o dobrostan tych, którzy opuszczali Dom Sierot... Warto przyjrzeć się dokładniej Stefanii Wilczyńskiej, która szczęśliwie przestała już funkcjonować jako cień wielkiego mistrza. Była to osoba, której Dom Sierot zawdzięczał praktyczne wdrożenie teorii wychowawczych Korczaka oraz twórcze ich rozwinięcie. To ona dbała o to, by życie w sierocińcu płynęło równym, spokojnym, ustalonym rytmem. Sama także była autorką wielu ciekawych i innowacyjnych metod wychowawczych. To właśnie jej dzieci zawdzięczały różnego rodzaju systemy motywacyjne, a wśród nich system dyżurów i tak zwane kategorie czystości, o których jeszcze będzie mowa, oraz inne pomysłowe udogodnienia i usprawnienia życia w gromadzie. Już w 1913 roku, w Sprawozdaniu Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” czytamy: „Przetworzenie stu dzieci na stu pracowników, z których każde – zależnie od wieku, zasobu sił, jakości i stopnia uzdolnienia i chęci – ma obowiązek współpracy we wspólnym gnieździe, zadanie niepomiernie trudne, rozwiązane zostało pomyślnie dzięki naczelnej wychowawczyni Domu Sierot, pannie Stefanii Wilczyńskiej”[58].

To ona czuwała nad Domem Sierot nieustannie, nie jak zatrudniony „na godziny”, dochodzący pracownik, ale jak świadoma swojej roli matka. Pracująca na Krochmalnej Ida Merżan pisała o niej: „Pani Stefa wstawała przed nami, ostatnia kładła się spać, nawet chora nie przerywała pracy. Była obecna przy wszystkich posiłkach, uczyła nas robienia opatrunków, kąpania dzieci, strzyżenia włosów itp. Wysoka, w czarnym fartuchu, włosy ostrzyżone po męsku, zawsze uważna i czujna, nawet podczas odpoczynku pamiętała o każdym dziecku i bursiście. [...] Podczas posiłków siedziała w takim miejscu, aby widzieć wszystkie dzieci i nieraz wstawała od stołu, aby pouczyć nowe dziecko, jak należy trzymać chleb w ręku, łyżkę, czym wytrzeć wylaną zupę. W nocy wstawała, żeby przykryć dzieci, wysadzić moczące się, dowiedzieć się, czemu któreś jęczy przez sen. [...] Dom był pełen Pani Stefy, czuliśmy wszędzie jej myśli, jej troskę”[59]. Byłych wychowanków i bursistów Stefa Wilczyńska traktowała jak swoją przybraną rodzinę. Dzieliła ich radości i smutki, starała się pomagać im w znalezieniu pracy, a także w miarę możliwości wspierała ich materialnie, korzystając z własnych oszczędności. Dzieci dawnych wychowanków traktowała zaś jak wnuki. Z tymi, którzy rozproszyli się po świecie, pozostawała w kontakcie korespondencyjnym, interesowała się ich rodzinami i sukcesami zawodowymi. Na odległość, czasem tylko listownie, czuwała, radziła, martwiła się.

Zdjęcie 4: Stefania Wilczyńska i Jarosław Abramow-Newerly, 1937

Stefania Wilczyńska od samego początku, bez żadnej dłuższej przerwy, dbała o rozwój Domu Sierot i na przykład pod nieobecność Korczaka trwała w placówce podczas pierwszej wojny światowej. W związku ze zwiększającą się nędzą społeczności żydowskiej w tym wojennym czasie do Domu Sierot przyjmowano kolejne, nadprogramowe dzieci, a ona z całym poświęceniem dalej prowadziła pracę opiekuńczą rozpoczętą przez twórcę systemu wychowawczego Domu Sierot. Panienka z dobrego domu stojąca w cieniu „Pana Doktora”. A nawet za kulisami spektaklu, w którym to on grał rolę pierwszoplanową. W zasadzie można powiedzieć, że była cały czas na miejscu, choć zdarzało jej się wyjeżdżać do innych sierocińców z wizytą, a nawet je reorganizować. W latach trzydziestych była także czterokrotnie w Palestynie, gdzie włączyła się w pracę wychowawczą w przedszkolu kibucowym w Ein Harod. Te ostatnie wyjazdy w latach trzydziestych były rezultatem jej zmęczenia atmosferą tak Polski, jak i Domu Sierot. Co więcej, wówczas nie widziała tu perspektyw dla młodzieży żydowskiej, a w szczególności dla odchodzących z Domu Sierot dzieci, które były jej dobrze znane i tym samym bardzo bliskie. Można zakładać, że Wilczyńska szukała wówczas odmiany, była bowiem świadoma, że Dom Sierot pracuje jak dobrze naoliwiona maszyna, której nie potrzeba ciągłej kontroli. Powoli dojrzewało w niej marzenie o innej pracy, na innej ziemi, w miejscu, do którego zaczynały już wyjeżdżać coraz większe grupy byłych wychowanków. Postanowiła rozpocząć nowy etap i w lipcu 1937 opuściła Dom Sierot, w którym przeżyła 25 lat. Wynajęła pokój w Warszawie i niedługo później podjęła pracę ekspertki w Poradni Pedagogicznej Centrali Towarzystw Opieki nad Sierotami i Dziećmi Opuszczonymi, znanej pod nazwą Centosu[60], dla ich stu osiemdziesięciu internatów w całej Polsce. Kontakt z tą organizacją oraz jej pracownikami okazał się podczas już majaczącej na horyzoncie wojny bezcenny. Z czasem zdecydowała się na wyjazd do Palestyny na dłużej, stąd też zrozumiałe były jej starania o certyfikat[61], pod koniec 1937 roku uwieńczone sukcesem. Nie była jednak pewna swoich planów, miała poczucie, że nie uporządkowała warszawskich spraw. O swoim wyjeździe pisała do przyjaciółki: „Doktór też bardzo przybity – może go ściągnę, bo mi go w takim stanie ciężko zostawić. A Dom na Krochmalnej nie stoi mocno. I smutne to bardzo”[62]. Mimo wątpliwości, z ciężkim sercem, postanowiła wyjechać, jednakże nie bez próśb Korczaka, by pozostała w kraju: „Przykro i ciężko wyjeżdżać, bo siostra[63] taka samotna, a i Domu Sierot nie zostawiam w porządku. [...] Głupie to wszystko. Doktór oburza się na mój wyjazd i wciąż powtarza, że powinnam wrócić”[64]. To jasne. Była mu potrzebna jako prawa ręka, para zawsze czujnych oczu i zdrowy rozsądek.

W czasie jej nieobecności, miejsce głównej wychowawczyni zajęła Matylda Temkin, była bursistka Domu Sierot i Naszego Domu, posiadająca belgijski doktorat, która tak gładko weszła w tryby pracy Domu Sierot, że praktycznie nie zaistniała we wspomnieniach wychowanków. Krytycznie napisał o niej Korczak: „Tolerowałem przez z górą rok z nieprawdziwego zdarzenia kierowniczkę w swoim internacie i na przekór własnej wygodzie i spokojowi namawiałem ją do pozostania”[65], widząc być może, jak bardzo różniła się od Wilczyńskiej. W jego oczach zdecydowanie in minus.

Ostatni wyjazd Stefy do Palestyny przypadł na marzec 1938 roku i planowany był na dłużej niż trzy poprzednie. Być może nawet na zawsze. Jednakże już rok później wróciła do Warszawy. 2 maja 1939 roku wypłynęła rumuńskim statkiem z Hajfy. Z pewnością niepokoiły ją pojawiające się wiadomości o grożącym Europie niebezpieczeństwie. W liście do przyjaciółki pisała, że nie potrafi przywiązać się do nowych dzieci i że bez miłości nie można wychowywać. Co więcej, czuła, że w Polsce ktoś bardzo na nią czeka. „Moje dzieci są w Warszawie. Tam jest moje miejsce”[66]. Wróciła zatem na swoją dawną posadę naczelnej wychowawczyni i wraz z mieszkańcami Domu Sierot wkroczyła w trudny czas wojny.

Prawidłowe i sprawne funkcjonowanie Domu Sierot zapewniali również nieliczni zatrudnieni na etat wychowawcy oraz pracownicy techniczni, czyli kucharki, szwaczka, praczka i dozorca, którzy także byli zaangażowani w całościowy, codzienny proces wychowawczy realizowany na Krochmalnej. Jak pisała Klara Maayan, międzywojenna praktykantka w Domu Sierot: „Personel techniczny miał kolosalne znaczenie w wychowaniu i Korczak zapraszał ich często jako ekspertów na różne zebrania, a wychowankowie lubili przebywać w pralni lub kotłowni i utrzymywali z nimi przyjazne stosunki”[67]. Ludzie ci również czuli się częścią całości, nie tylko pracując w Domu Sierot, ale też mieszkając na jego terenie, w tak zwanym frontowym domku. Nie czyniono rozróżnienia, jakże wówczas powszechnego, między wychowawcami a osobami pracującymi fizycznie. W Domu Sierot ich zdanie liczyło się na równi ze zdaniem personelu pedagogicznego, a nierzadko, w kwestiach mniej związanych z procesem stricte wychowawczym, było nawet ważniejsze. Zdarzały się sprawy, w których to ich uważano za znawców. Praczka i stróż byli zapraszani na posiedzenia na Krochmalnej i to nie po to, żeby im sprawić przyjemność, ale żeby jako znawcy „mięsa życia” poradzili i pomogli. „Szanuję uczciwych pracowników. Ręce ich są dla mnie czyste i zdanie ich ważę na wagę złota”[68] – pisał o nich Korczak.

W Domu Sierot nie było sprzątaczek, a i wyżej wspomniany personel techniczny był dość nieliczny. Dzieci bowiem obsługiwały się same, ponieważ w placówce zastosowany został system dyżurów sprzątania pomieszczeń użytkowych, a także dyżurów w kuchni i pralni. Wszyscy mieli być odpowiedzialni za to, jak funkcjonował Dom Sierot. Jak wspominała Stella Eliasbergowa, która z racji swojej funkcji w Towarzystwie „Pomoc dla Sierot”[69] była często obecna na Krochmalnej: „Doktor Goldszmit organizuje, reorganizuje, uczy pracy, pracy uczciwej, zbożnej. Nie ma nieważnego dyżuru. Organizuje gromadę dzieci pochodzących z najuboższego środowiska, z pomiędzy których wiele nie umiało korzystać z klozetu, myć się, jeść przyzwoicie”[70]. Do skutecznych zabiegów pedagogicznych związanych z utrzymaniem porządku w Domu Sierot należało zaangażowanie do tego także i wychowawców. Korczak uważał bowiem, że pedagog nie jest w stanie nauczyć dziecka porządnie zamiatać, jeśli sam nie będzie wiedział, jak trzyma się miotłę. „Personel miał naznaczone dyżury tak samo jak dzieci i dyżury te musiały być wypełniane z największą dokładnością. Personel pedagogiczny świeci przykładem, pierwszymi dyżurnymi w klozetach są: Doktór u chłopców, u dziewczynek – Pani Stefa. Dzieci sprzątają same trzypiętrowy gmach”[71]. To chyba nazywa się praca u podstaw.

Taki wspólnotowy model organizacji był dla Domu Sierot niezwykle istotny nie tylko wychowawczo, ale także ze względów materialnych. Praca dzieci, wychowawców i bursistów była wystarczająca, nie trzeba było dodatkowo zatrudniać osób sprzątających albo osób jakkolwiek nadzorujących innych, co dla instytucji utrzymywanej w dużej mierze ze składek członków Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”, szczególnie w początkowej fazie jej istnienia, miało ogromne znaczenie. Poza tym fakt, że dzieci same dbały o swój dom powodowało, że były do niego daleko bardziej przywiązane niż w przypadku, gdyby tego nie robiły. Ponadto doświadczenie to uczyło je doceniać wartość dobrze wykonanej pracy i porządku, o który same na co dzień zabiegały. Oraz szanować wysiłek innych.

Zdjęcie 5: Janusz Korczak z wychowankami przed Domem Sierot, lata 30.

Dzięki zachowanym dokumentom możemy częściowo odtworzyć skład osobowy pracowników Domu Sierot w latach przedwojennych. I tak, w szwalni od 1926 roku do samego końca pracowała pani Saba, czyli Sabina Lejzerowicz, w kancelarii zatrudniona była Natalia Poz, intendentką była zaś Róża Azrylewicz-Sztokman, dawna wychowanka, żona Józefa Sztokmana, także wychowanka i pracownika. Sztokmanowie przed wojną mieszkali na terenie Domu Sierot w tak zwanym frontowym domku wraz z córką Romcią, która wychowywała się z domosierotowymi dziećmi. W tym samym budynku mieszkał także inny pracownik Domu Sierot, Polak, Piotr Zalewski z żoną Kazimierą. Kolejną wieloletnią pracownicą Domu Sierot była nieznana z imienia pani Wolańska, zwana panią Wosią, praczka, oddana dzieciom i bardzo przez nie ceniona[72]. Była szczególnie lubiana, także przez Korczaka, który jeszcze w getcie pisał o niej: „Trzeba byłoby grubą książkę napisać o bohaterskiej kobiecie, matce ofiarnej i wiernej żonie – o najpewniejszej i najbliższej towarzyszce”[73]. Oczywiście nie byli to wszyscy zatrudnieni – część z pracowników była tam bowiem tylko przez niedługi czas i nie zapisała się aż tak wyraźnie w pamięci. A część z nich po prostu bezimiennie zginęła podczas wojny.

Poza pracownikami etatowymi w Domu Sierot ważną rolę odgrywali praktykanci, zwani bursistami. Bursa była pomysłem Korczaka i w zasadzie działała od 1923 roku, pomyślana początkowo jako miejsce zatrudnienia dla byłych wychowanków. Była to pionierska forma kształcenia młodzieży, która, w zamian za pracę na rzecz placówki, otrzymywała możliwość praktyki wychowawczej połączonej z codziennym kontaktem z doświadczonymi wychowawcami. Korczak tak uzasadniał jej istnienie: „W Domu Sierot personel dawny, stary, zużywa się i męczy. Młodzież ma niespożyty zapas energii, którą wykorzystać można dla dobra dzieci, której entuzjazm może przynieść korzyść organizacji. [...] Bursa, młodzież, dać może kierowników sportu, zabaw, zdobnictwa, muzyki, śpiewu i tańca. Bursiacy byliby hospitantami, którzy wniknąć mogą we wszystkie szczegóły życia internatowego, poznać w zarysie technikę prowadzenia gromady i tu bezpiecznie, bez silnych wstrząśnięć pozbyć się złudzeń i przesądów i przygotować do przyszłej samodzielnej pracy w szkole lub w internacie”[74]. Jak też nietrudno się domyślić, bursa była także dla tego typu instytucji kolejnym już sposobem oszczędności – zapewnienie dachu nad głową i posiłków dwudziestu osobom przy setce dzieci było zdecydowanie mniejszym wydatkiem niż regularne wypłacanie uposażenia. A każdy grosz liczył się po wielokroć. Szczególnie w latach trzydziestych, kiedy ogólnoświatowy kryzys dotknął także członków Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”, nawet tych najzamożniejszych, co wpłynęło tak na ilość, jak i na wysokość składek przeznaczanych przez nich na Dom Sierot. Od 1923 roku przyjmowano do bursy wyłącznie byłych wychowanków, dając im tym samym szansę na kontynuowanie pobytu w miejscu znanym i bezpiecznym, z czasem jednak, od połowy lat dwudziestych, Dom Sierot otworzył swoje podwoje dla kandydatów spoza sierocińca[75]. Młodzież była kwalifikowana do bursy na podstawie podań. Do obowiązków bursistów należała praca na rzecz Domu Sierot jako ekwiwalent za utrzymanie i mieszkanie. Bursista miał obowiązek przepracować cztery godziny dziennie w dziale gospodarczym lub trzy godziny w dziale pedagogicznym. Czasem była to pomoc w odrabianiu lekcji, nauka języków obcych, śpiew, gimnastyka, zajęcia introligatorskie, opieka nad biblioteką i zabawkami. Do obowiązków bursistów należały też: dyżury w sypialni, dyżury w jadalni, dyżury w klasie, w której odrabiano lekcje, organizacja gier i zabaw, prowadzenie robót ręcznych, prowadzenie sklepiku i biblioteki, opieka nad szwalnią, wywiady w szkołach[76]. Ponadto uczyli oni hebrajskiego i jidysz, jako że w Domu Sierot na co dzień mówiło się po polsku. Była to dla nich szansa praktycznego sprawdzenia siebie i swojego powołania pedagogicznego. Wiedza, w tym także o sobie, którą udało im się zyskać w codziennym kontakcie z dziećmi, była bezcenna i niektórym z pewnością oszczędziła późniejszych rozczarowań. Słomiany ogień miał szansę wypalić się już tutaj. W kontrolowanych i bezpiecznych warunkach.

Dzięki obecności bursistów nowo przyjęci wychowankowie, nierzadko opóźnieni w nauce, zamiast iść od razu do szkół, omawiali materiał szkolny w przyspieszonym tempie w Domu Sierot, tym samym uzupełniając braki, co pozwalało im później trafiać do klas bardziej odpowiednich dla ich wieku. Bursiści zaś, oprócz pracy na terenie Domu Sierot, byli również zobowiązani do dobrego wywiązywania się z obowiązków połączonych z własnym kształceniem w różnych zewnętrznych instytucjach edukacyjnych.

Bursa zajmowała pierwsze piętro budynku przy Krochmalnej 92. Bursistów w najlepszym czasie było maksymalnie dwadzieścioro, dziesięć dziewcząt i dziesięciu chłopców. Mieszkali po kilka osób w pokojach – sypialniach, w których nie mogli się odwiedzać. Rozmawiać można było na korytarzach i we wspólnym pokoju – świetlicy, w której odrabiano lekcje czy przygotowywano się do zajęć uniwersyteckich. Bursiści, podobnie jak dzieci, sami dbali o porządek na swoim piętrze, po kolei szorowali korytarze, sypialnie i toalety. Jedli to samo, co wychowankowie, razem, przy stołach, w dużej auli na parterze. Jednak wieczorem, kiedy dzieci były już w sypialniach, bursiści otrzymywali tak zwaną drugą kolację. Starano się, by ten ostatni posiłek był pikantny, przeznaczony dla „dorosłych” żołądków. Raz w tygodniu, w piątki, bursiści byli zobowiązani pojawiać się na seminarium pedagogicznym prowadzonym przez Korczaka. Tam otrzymywali konkretne zadania do wykonania lub konkretne dzieci do obserwacji. Jednym z ich obowiązków było prowadzenie „dziennika” – ich notatki były później komentowane przez Korczaka lub Wilczyńską. Ta ostatnia robiła to czerwonym atramentem, zwykle krótko i bardzo rzeczowo.

Początkowo Korczak chciał, by bursa była kontynuacją Domu Sierot, żeby wykształciły się w niej podobne struktury i żeby jej funkcjonowanie było oparte na zasadach zbliżonych do panujących wśród młodszych wychowanków, ale rzeczywistość pokazała, że trudniej jest zaszczepić wśród młodzieży takie same formy współżycia jak u dzieci. Ich młodzieńcze sprawy, pragnienie niezależności oraz życie „pozadomowe” powodowały, że niezbyt chętnie wdrażali się w system zaprojektowany dla wychowanków, bądź co bądź, ale w wieku uczniów szkół powszechnych. Bursa, zastępując etatowych, płatnych pracowników, przygotowywała do pracy coraz to młodszych ludzi; odświeżając niejako tym samym charakter prowadzonych zajęć, pozwoliła także na obniżenie wieku przyjmowanych dzieci oraz stała się swoistym „nowicjatem” dla młodzieży, która w przyszłości chciała oddać się pracy pedagogicznej. Lata spędzone na Krochmalnej 92 dla niektórych bursistów były dostateczną motywacją, by porzucić „górne i chmurne” marzenia o wychowywaniu i uczeniu cudzych dzieci i zdecydować, by z nimi nie pracować. Co z pewnością, w ostatecznym rozrachunku, było korzystne tak dla jednych, jak i drugich.

Czas teraz zająć się właśnie „tymi drugimi”, czyli wychowankami Domu Sierot. Do instytucji, zgodnie z regulaminowymi ustaleniami, przyjmowano dzieci w wieku od siedmiu lat. Mogły one przebywać w sierocińcu do czternastego roku życia, po czym zazwyczaj wracały do bliższych lub dalszych rodzin albo, jeśli nie było to możliwe, zaczynały życie na własną rękę. Szczegółowo o „ruchu dzieci” pisała Stefania Wilczyńska w tekście noszącym znaczący tytuł: Próby uporządkowania albo usuwanie bez bólu[77], gdzie mowa jest o poszczególnych krokach przygotowujących dzieci do zmiany warunków życia. Nierzadko po zakończonym pobycie w Domu Sierot próbowano ułatwić im wejście w dorosłość i pomagano w znalezieniu pracy.

W latach międzywojennych na Krochmalnej zwykle przebywała nieco ponad setka wychowanków. Przyjmowano dzieci – mówiąc dzisiejszym językiem – w normie intelektualnej, zasadniczo bez fizycznych niepełnosprawności. Korczak tak pisał o tych, które mogły znaleźć się w Domu Sierot: „Nie przyjmowaliśmy dzieci wprawdzie ubogich, ale mających dostateczną opiekę, nie przyjmowaliśmy kalek, chorych, niedorozwiniętych, a przyjąwszy przez niedopatrzenie – usuwaliśmy. Postępując tak, wychodziliśmy z założenia, że Dom Sierot dawać winien opiekę zdrowym fizycznie, acz dziedzicznie ciężko obarczonym, słabym i niedokarmionym, zdrowym umysłowo i moralnie sierotom. Innymi słowy lokujemy kapitał pracy i środków tam, gdzie oczekujemy maksimum społecznego pożytku”[78]. Czyli, krótko mówiąc, nie tracimy energii i nie angażujemy się w działania, gdy widzimy, że potencjalny wychowanek nie ma szans na zaadaptowanie się we wspólnocie. „U nas każdy sam siebie musi pilnować. Dziecko niemądre sobie i innym krzywdę może zrobić. Dlatego chociaż żal, nie możemy ich brać do siebie”[79] – pisał Korczak w artykule opublikowanym na łamach „Małego Przeglądu”. Słusznie uważał bowiem, że instytucja powinna mieć prawo do selekcji nowych podopiecznych i to w taki sposób, by utrzymać dobrostan tych już w placówce przebywających. Takie podejście powodowało, że do Domu Sierot trafiały dzieci wywodzące się z podobnych środowisk i z podobnym, zwykle niełatwym, doświadczeniem życiowym. Stworzenie z nich wspólnoty niewątpliwie było wyzwaniem. Stąd też właśnie owa wstępna decyzja o tym, by – jeśli było to możliwe – „dobierać” dzieci, a później także i takie narzędzia wychowawcze, które pozwalały na osiągnięcie maksymalnie użytecznego społecznie efektu. On był bowiem tym, do czego nieustannie dążono. „Jak Harpagon cedzę celowość każdej zużytej jednostki energii”[80], napisał o sobie Korczak po latach, mając również na myśli sposób, w jaki (współ-)zorganizował Dom Sierot. Dla dzieci zaś pobyt w Domu Sierot był szansą wyjścia z ubóstwa i rozpoczęcia nowego życia. Wiedziały, że może to być dla nich całkowita zmiana, nowy punkt startowy, wychylenie w lepszą przyszłość, kapitał, który – jeśli tylko dobrze go zainwestują – zaprocentuje.

Po przyjściu do Domu Sierot dzieci były badane przez Korczaka i dostawały nowe ubrania, na których wyhaftowany był ich numerek. Bardzo ułatwiało to pracę związaną z praniem oraz pozwalało na zwracanie zagubionych rzeczy ich prawowitym właścicielom. Co więcej, było typowe dla tak zwanych zamkniętych instytucji opiekuńczych, oferujących dzieciom pomoc wielowymiarową i długofalową. I co najważniejsze, nie było piętnem w podstawowym znaczeniu tego słowa, czyli tradycyjnie przyjętym w poprzednich wiekach dożywotnim oznaczaniem wychowanków zakładów opiekuńczych. Oprócz nadania „porządkowego” numerka, czasem także zmieniano dzieciom imiona. Do wychowanków w Domu Sierot nie zwracano się po nazwisku, zatem należało zadbać o to, żeby imiona dzieci były różne. I tak, jak wspominał Israel Zyngman, wówczas głównie posługujący się zdrobnieniem Srulek, jego – w sumie dość nielubiane, a bardzo popularne – imię zostało zmienione na Stasiek, ponieważ w Domu Sierot był już jeden Srul i jeden Srulek[81]. On sam był tą zmianą zachwycony.

Od początku nowe dziecko otrzymywało też osobistego opiekuna – starszego wychowanka, który miał wprowadzić nowicjusza w zasady funkcjonowania sierocińca. Opieka zasadniczo trwała trzy miesiące, jednakże na życzenie obu stron mogła być przedłużona lub skrócona. Opiekunowie zgłaszali się dobrowolnie, ale to ogół dzieci głosował, czy zasługują na to, by dostać pod opiekę nowego wychowanka. Opiekun w zeszycie notował ważniejsze wypadki z życia swojego podopiecznego. Na zakończenie okresu opieki wypisywał także wszystkie dostrzeżone wady i zalety nowego dziecka[82]. Gdy to już się zadomowiło i zasługiwało na zaufanie innych, samo dostawało pod opiekę młodsze dziecko. Jak wspominała Ida Merżan, w taki właśnie sposób tworzyły się całe „rodziny”. Pierwszy opiekun stawał się głową rodu, następny był synem lub córką, kolejni podopieczni byli wnu(cz)kami i prawnu(cz)kami. Więzy te były mocne, często zdarzało się, że, gdy po jakimś czasie chłopiec czy dziewczyna zakładali własną rodzinę, traktowali swojego opiekuna jako człowieka szczególnie sobie bliskiego[83].

Po miesiącu od przybycia do Domu Sierot odbywało się między dziećmi głosowanie – tak zwany plebiscyt życzliwości i niechęci, który miał pokazać, jak nowy wychowanek odnalazł się w grupie i jakie było zdanie pozostałych dzieci i dorosłych na jego temat. Głosowało się za pomocą kart, na których widniały znaki: plus, minus lub zero, oznaczające odpowiednio: lubię, nie lubię, jest mi obojętny/a. Plebiscyt był tajny, a jego wyniki traktowano bardzo poważnie. Co ciekawe, najdotkliwszym rezultatem wcale nie było otrzymanie dużej liczby minusów – te przynajmniej mówiły, że jest się przez ogół współmieszkańców, nawet jeśli niekoniecznie lubianym, to przynajmniej zauważanym. To właśnie duża liczba zer oznaczała, że rola, którą odgrywa się w tej społeczności, nie jest ani znana, ani ważna. A to mogło być już bolesne. Po upływie pierwszego roku od przyjęcia organizowano następny plebiscyt, który przyznawał nowemu wychowankowi coś w rodzaju kategorii obywatelskiej. Istniały w Domu Sierot cztery takie kategorie: „uciążliwy przybysz”, „obojętny mieszkaniec”, „mieszkaniec” i „towarzysz”[84]. Taka forma oceny pozwalała dzieciom na szczere wypowiedzenie się na temat innych. Michał Wróblewski, pisał po latach: „Wyniki plebiscytu, zgodnie z panującą u nas jawnością, ogłaszano publicznie. Mnie osobiście podobał się ten pomysł, jako pewnego rodzaju próba diagnostyczna, uzmysławiająca wychowawcom to, czego gołym okiem nie daje się uchwycić. Nie tylko dzieci podlegały plebiscytom. Dorośli również. I te dowody sympatii czy obojętności stanowiły dla nas przeżycie i ważne wskazówki”[85]. W styczniu każdego roku, dzieci, które chciały uzyskać rehabilitację i przejść do wyższej kategorii, mogły złożyć wniosek z prośbą o przeprowadzenie kolejnego plebiscytu[86]. Na pożegnalnej pocztówce, wręczanej odchodzącym wychowankom i bursistom, umieszczano wynik ostatniego głosowania. Na pamiątkę. A czasem ku przestrodze.

Dla dzieci, które znalazły się w Domu Sierot, nowe zwyczaje i sposób funkcjonowania placówki były dużym zaskoczeniem. Same bowiem najczęściej pochodziły z bardzo ubogich domów. W Domu Sierot kładziono ogromny nacisk na odpowiedzialność za przestrzeń. Przede wszystkim, to mieszkańcy dbali o utrzymanie porządku w Domu Sierot. Co miesiąc każde dziecko pisało na kartce, jaki dyżur chce pełnić[87]. Zwracano jednak uwagę na to, by był on dostosowany do wieku, zajęć szkolnych i stanu zdrowia wychowanka[88]. O dyżurach szczegółowo pisała Wilczyńska, autorka całego skomplikowanego systemu: „Wszystkie bez wyjątku dzieci w Domu Sierot mają dyżur. Jedną z największych kar, bardzo rzadko stosowaną, jest pozbawienie dyżuru. [...] O wiele rzadsze są wypadki degradacji niż awansów w hierarchii dyżurów, czego dowodem jest cały zastęp naszych pracowników pełniących najodpowiedzialniejsze obowiązki. Przed siedmiu laty zaczęli jako dyżurni przy wycieraniu kurzu albo zbieraniu papierków – obecnie gotują samodzielnie obiad dla stu osób lub mają pod swoją opieką dziesięć szaf z bielizną i ubraniami”[89]. Dalej podała kilka praktycznych rad dotyczących układania „siatki dyżurów”. Jednym z najciekawszych jest następujące stwierdzenie: „Ranne zajęcia dostają dzieci, które uczą się w kompletach [czyli na miejscu]; te, które chodzą do szkół muszą brać po obiedzie i wieczorem. Podczas przerw świątecznych i wakacyjnych szkolne dzieci w zamian wykonywają «czarną» pracę w kuchni, w pralni, w kotłowni. W ten sposób unika się uprzywilejowania pewnych dzieci, które kształcą się dłużej na niekorzyść kopciuszków domowych”[90]. Sprawiedliwie. Bez faworyzowania zdolniejszych intelektualnie.

Starano się, o czym była już mowa, wpoić dzieciom szacunek do pracy i wysiłku fizycznego. W związku z tym, wszystkie przyrządy służące do utrzymania czystości stały w Domu Sierot na honorowym miejscu[91]. Wspominał ten fakt Michał Wróblewski: „W pamięci utkwił mi stojak ze szczotkami i ścierkami do sprzątania, wystawiony na eksponowanym miejscu przed wejściem do sypialń i pokoi między sypialniami”[92]. Sprzęty te były pełnoprawnymi „mieszkańcami” placówki, pomocnikami w ujarzmianiu chaosu codzienności. W Domu Sierot przywiązywano także dużą wagę do wyglądu zewnętrznego. Starano się, by wychowankowie byli ubierani różnie, nie było tu bowiem zwyczaju szycia mundurków lub identycznych fartuszków. Dzieci otrzymywały rozmaite ubrania z darów, czasem szyto dla nich specjalne „wyprawki” w domowej szwalni, niemniej z zasady nie ubierano ich jednakowo. Unifikacja nie była celem. Ponadto istniały w Domu Sierot tak zwane kategorie czystości. Dzieci, które dbały o swoje odzienie, były zaliczane do kategorii najwyższej i zazwyczaj przy zmianie bielizny otrzymywały ubrania w najlepszym gatunku, często nowe, kolorowe i ładne. Dzieci, którym mniej zależało na wyglądzie zewnętrznym, były przyporządkowane do ostatniej kategorii i dostawały ubrania starsze, używane, wykonane z ciemniejszych i trwalszych materiałów. Jedyne, o co się starano, to o zawsze nowe i wygodne buty, bez względu na kategorię czystości, do jakiej wychowanków zaliczono. Buty były zresztą tą częścią garderoby, której Korczak poświęcał szczególnie dużo uwagi. Założył nawet wewnętrzną domosierotową firmę o nazwie „Szyk, blask i elegancja”, która zajmowała się czyszczeniem obuwia. Jak wspominał jeden z wychowanków: „Pan Doktor ustawiał raz w tygodniu skrzynkę – jaką używali uliczni czyścibuci na ulicach Warszawy – z baterią szczotek i pudełek z pomadką. Ustawiał krzesełko i zapraszał «klientów», by poddawali swoje buty zabiegowi czyszczenia. «Klient» siadał, stawiał nogę na skrzynce. Pan Doktor zasuwał ochraniacze za cholewki – by nie zabrudzić skarpetek – i brał się do roboty. Oglądał z uwagą buty i, jakby do siebie, mówił: «Kurz i błoto zostały zasmarowane pomadką, a błoto psuje skórę. Partacka robota. Trzeba będzie teraz szczotkować twardą szczotką, by to wszystko zeskrobać, bo inaczej buty się zepsują». Po pewnym czasie Pan Doktór zaczął zapraszać chętnych do zastąpienia go w tej pracy”[93].

Stosowane w Domu Sierot nauczanie za pomocą przykładu dawało świetne rezultaty. Dzieci, które miały możliwość naocznego zobaczenia, jak poprawnie należy wykonywać pewne czynności i którym została wytłumaczona ich celowość, chętniej i dokładniej wypełniały swoje dyżury. Wiedza ta miała wszakże przydać im się w dalszym, już pozainstytucjonalnym, życiu prywatnym. A przyzwyczajenie do wykonywania pracy wysokiej jakości miało stać się normą. Wielką rolę odgrywała tu dobra organizacja oraz nawyki i powtarzalność podejmowanych aktywności. Owa regularność tworzyła stabilną strukturę, która wszystkim – tak wychowawcom, jak i wychowankom – pozwalała odnaleźć się w dość skomplikowanej siatce, a może nawet gęstej tkaninie międzyludzkich relacji i wpływów, owym suknie życia utkanym z emocji, doświadczeń i pragnień.

Codzienny