Wydawca: Relacja/Mamania Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków ebook

Marta Sapała  

4.59090909090909 (22)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 495 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków - Marta Sapała

Nie pamiętam już, kiedy i dlaczego przyszło mi do głowy, że kluczem do codzienności może być portfel. Jego zawartość (bądź jej brak) i to, co się z nią robi. Piszę o tym, co się dzieje, gdy spróbuje się – na jakiś czas – radykalnie ograniczyć codzienną konsumpcję. Oskubać ją do tego, co naprawdę niezbędne. Tymczasowy zakupowy post, na podjęcie którego zdecyduje się kilkanaście gospodarstw domowych z całej Polski, stanie się też częścią mojej codzienności. Na dwanaście eksperymentalnych miesięcy. Na cały roczny cykl.


Przez ten rok zaglądam do nie swoich portfeli, spiżarni, szaf i głów. Dowiaduję się, ile może kosztować przetrwanie, wykończenie mieszkania, zaproszenie na świat człowieka. Ile płacimy za poczucie bezpieczeństwa, szacunek, spokój. Jaka jest cena dostępu do zdrowia, wiedzy, czystego powietrza, wody, chlorofilu. Jak przeliczyć czas na pieniądze, pieniądze na przedmioty, przedmioty na relacje. Czy redukcja we wszystkich tych dziedzinach daje swobodę, a może wręcz przeciwnie – uwiera?

 

Czy „mniej” w jednej dziedzinie oznacza „więcej” w innej? I dlaczego bilans między nimi nie chce się zgodzić?

 

(Fragment)

 

Marta Sapała - dziennikarka i felietonistka magazynu o podróżach "Voyage", współpracuje też m.in. z "Polityką". Napisała kilka książek, ale nigdy tak intymnych. Lubi się przyglądać, ceni długodystansowe relacje.

Opinie o ebooku Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków - Marta Sapała

Cytaty z ebooka Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków - Marta Sapała

obniżyć cykl życia przeciętnej żarówki do 1000 godzin? O spisku żarówkowym (ale też nylonowym, elektronicznym, samochodowym) opowiada film „Light Bulb Conspiracy”. Ten sam, który popchnął Annę i Wołodymyra do podjęcia antykonsumpcyjnego wyzwania. Świat, w którym trwałość była wartością, już nie istnieje. Konsumpcjonizm napędzany jest wiecznym głodem. Głód jest sztucznie stymulowany – przez produkcję przedmiotów, które mają przetrwać nie więcej niż okres gwarancji, a raz zepsute, zniszczone, naddarte – trafić na wysypisko śmieci. Bo nie kalkuluje się ich naprawiać. Chyba że jest się Leną. W lipcu,
Alvin Toffler pisał „Szok przyszłości”[ 17 ], w którym – jako jeden z pierwszych – zdiagnozował zagrożenia płynące z galopującej mody na jednorazówki, w Polsce lat 70. definicja śmiecia była inna niż obecnie. Ida, której dzieciństwo przypadło na wczesne lata 80., pamięta zapach fermentującej drukarskiej farby unoszący się z kubła na śmieci, z którym biegała do zsypu. Tak
Wyznawca abnegacji z premedytacją, czyli Diogenes z Synopy[ 24 ], Jan Chrzciciel, święty Franciszek, Jan Jakub Rousseau, pisarz Henry David Thoreau, który poddał się doświadczeniu samowystarczalności, zamieszkując na dwa lata w ukrytym w lesie szałasie, a potem opisał je w książce-eseju „Walden, czyli życie w lesie”[ 25 ] (nie wspominając jednak o regularnych wizytach w położonym niedaleko domu rodzinnym, gdzie matka prała jego brudy i piekła mu ulubioną szarlotkę), krytyk konsumpcjonizmu Thorstein Veblen, Richard Gregg, odpowiedzialny za narodzenie się ruchu dobrowolnej prostoty, Mahatma Gandhi i dżiniści, którzy porzucają bogactwo, wkraczając na drogę duchowego oczyszczenia,
Konrad Mielcarek, twórca i opiekun popularnego polskiego bloga poświęconego dobrowolnej prostocie[ 29 ], uważa, że to konsumpcjonizm jest odpowiedzialny za wtórny gospodarski analfabetyzm. Gospodarstwo
Skończyłam „Dług” Margaret Atwood. W ostatnim rozdziale pisarka cytuje fragment artykułu prasowego z Los Angeles Times , który jej matka przeczytała w 1972 roku i, najwidoczniej wstrząśnięta, wycięła, zakleiła w kopercie, a kopertę schowała w kufrze: „Do roku 2042 grozi nam światowa katastrofa ekonomiczna, jeśli nie zostanie
Pieniądze są wszędzie tam, gdzie kiełkują trendy. Każda dziedzina życia to pole do popisu dla tropicieli zalążków nowych konsumpcyjnych kierunków, które natychmiast po tym, jak zostaną namierzone, przechodzą w ręce marketingowych hodowców. Chucha się na nie i dmucha, pielęgnuje, segreguje, zaszczepia w odpowiednim środowisku, aż urosną, zakwitną i przekształcą się w potrzeby. Od kilku sezonów w krajach Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych modna jest samowystarczalność domowo-ogródkowa; w Polsce, kraju gospodarnych działkowiczów, dopiero zaczyna się proces nobilitowania jej do rangi zajęcia, które jest nie tylko pożyteczne, ale i modne. A skoro jest modne, to potrzebuje odpowiedniej oprawy. W procesie hodowania trendu liczy
Czy gdybyśmy kupili bilety na ten seans, byłoby nam trudniej zrezygnować? Zdaniem Chrisa Andersona, autora książki „Za darmo”[ 69 ], którą czytam właśnie w wersji cyfrowej, upajając się każdym słowem napisanym
W „Karawanie kryzysu” Lindy Polman[ 118 ], książce, która demaskuje mechanizmy rządzące pomocą humanitarną, znajduję jedną myśl, która nie daje mi spokoju. Nic nie rokuje lepiej katastrofie ,jak to, że wydarza się ona tuż przed świętami Bożego Narodzenia.
21 lutego jest Dniem Triumfu Polskiej Myśli Racjonalizującej Konsumpcję. Piotr Miksek z Pionek bierze sposobem Media Markt. W ciągu 150 sekund udaje mu się wynieść towar o wartości 255 tys. 376 zł i 38 gr. To najlepszy wynik w Europie, plasujący się za liderem Hiszpan
Gdy przychodzi polarne lato, spada sprzedaż alkoholu na Islandii. Typowa islandzka rodzina wydaje więcej na alkohol niż na kawę, herbatę, kakao, słodkie napoje i butelkowaną wodę razem wzięte.
żołądków – na śmietniska[ 91 ]. Tam, pozbijane w ogromne brykiety, poddane działaniu tlenu, przyduszone, rozkładają się. Uwalniając do atmosfery gigantyczne ilości metanu, który podgrzewa ziemską atmosferę 25 razy skuteczniej niż obwiniany za wszystko dwutlenek węgla. Niezjedzone nadwyżki żywności są odpowiedzialne za efekt cieplarniany tak samo mocno, jak krowy puszczające wiatry.
… 21 lutego jest Dniem Triumfu Polskiej Myśli Racjonalizującej Konsumpcję. Piotr Miksek z Pionek bierze sposobem Media Markt. W ciągu 150 sekund udaje mu się wynieść towar o wartości 255 tys. 376 zł i 38 gr. To najlepszy wynik w Europie, plasujący się za liderem Hiszpan wyniósł sprzęt wart kilka razy mniej. Komentarze w sieci można
klombów. Cykl się zamyka, Agata, która znalazła się w nielicznej grupie niepoddającej potrzebie redukcji stanu posiadania, zaczyna powoli dojrzewać do tego, żeby przetrzepać szafy. …
korytarzu. Mama, mamma! Otwieram drzwi i syn z impetem wkleja mi się w ramiona. – Prezent, chłopaku – instruuje go ojciec. Chłopczyk wyciąga łapkę z kwiatem zrobionym podczas zajęć w żłobku. Płatki z bibuły, łodyga ze słomki do picia, podstawka
mamma! Otwieram drzwi i syn z impetem wkleja mi się w ramiona. – Prezent, chłopaku – instruuje go ojciec. Chłopczyk wyciąga łapkę z kwiatem zrobionym podczas zajęć w żłobku. Płatki z bibuły, łodyga
mamma! Otwieram drzwi i syn z impetem wkleja mi się w ramiona. – Prezent, chłopaku – instruuje go ojciec. Chłopczyk wyciąga łapkę z kwiatem zrobionym podczas zajęć w żłobku. Płatki z bibuły, łodyga

Fragment ebooka Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków - Marta Sapała

Mar­ta Sa­pa­łaMniej

Re­dak­cja: Ka­mi­la Wrze­siń­ska Anna Zdro­jew­ska-Ży­wiec­ka

Ko­rek­ta: Elż­bie­ta Gło­gow­ska Ka­mi­la Wrze­siń­ska

Zdję­cie na okład­ce: Mar­ta Sa­pa­ła

Pro­jekt okład­ki i skład: Ewe­li­na Ma­li­now­ska

ISBN: 978-83-64270-04-8

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Re­la­cja Sp. z o.o. ul. Sło­wi­cza 27a 02-170 War­sza­wa

Na­sze mar­ki: Za­pra­sza­my nawww.ma­ma­nia.pl

© Co­pyw­ri­ght by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Re­la­cja 2014 © Co­pyw­ri­ght by Mar­ta Sa­pa­ła 2014

Kon­wer­sja:

Co­dzien­ność skła­da się z po­wta­rzal­nych mo­du­łów. Dzień, mie­siąc, rok. Ale też ba­da­nia okre­so­we, uro­dzi­no­we przy­ję­cia, wa­ka­cje. Po­ro­dy, prze­pro­wadz­ki, ini­cja­cje przed­szkol­ne i szkol­ne. Re­mon­ty, roz­sta­nia i spo­tka­nia. Cho­ro­by. Kon­cer­ty ze­spo­łu, któ­ry ko­cha się tak bar­dzo, że jeź­dzi się za nim po ca­łym kon­ty­nen­cie. Hu­ra­ga­ny, klę­ski uro­dza­ju, wio­sny, któ­re prze­my­ka­ją nie­mal bez śla­du, wy­jąt­ko­wo dłu­gie zimy.

Ale rów­nież ze­zna­nia po­dat­ko­we, nie­opła­co­ne ra­chun­ki, do­dat­ki za wcza­sy pod gru­szą. Na­głe przy­pły­wy for­sy, zwol­nie­nia z pra­cy. Kurs fran­ka tak wy­so­ki, że chce się pi­sać po­da­nie o eks­mi­sję. Kom­pul­syw­ne de­cy­zje za­ku­po­we, zwro­ty obar­czo­ne po­czu­ciem winy. Wy­prze­da­że, na któ­re się cze­ka albo któ­rych się nie za­uwa­ża. Świąt­ki i piąt­ki, so­bo­ty po­dob­ne do sie­bie, bo każ­da spę­dzo­na w cen­trum han­dlo­wym. Albo nie.

Wszyst­kie książ­ki o eks­pe­ry­men­tach z co­dzien­no­ścią ( a przez ten rok prze­czy­ta­łam ich tro­chę) za­czy­na­ją się po­dob­nie – od opi­su prze­ło­mo­we­go wy­da­rze­nia, któ­re zmu­sza au­to­ra do wy­mia­ny do­tych­cza­so­wej ru­ty­ny na inną. Prze­ło­mo­we wy­da­rze­nie bywa na ogół zwią­za­ne ze zmę­cze­niem, prze­cią­że­niem, wy­pa­le­niem. Wię­cej nie dam rady, za­raz się roz­pad­nę, a w ogó­le to do­kąd ten świat zmie­rza? Więc albo-albo. Stop. Zmia­na. Od­sta­wić elek­tro­ni­kę, roz­stać się z sa­mo­cho­dem, prze­stać ro­bić za­ku­py.

I w tym wy­pad­ku jest po­dob­nie. Oko­licz­no­ści są wpraw­dzie inne, ale zmia­na – ta sama, z ga­tun­ku prze­ło­mo­wych. Od pół­to­ra roku – od­kąd je­stem mat­ką – mosz­czę się w no­wej rze­czy­wi­sto­ści. Wcze­śniej ży­cie upły­wa­ło mi w nie­ustan­nym ru­chu, w prze­cią­gu, bez eta­tu, za to wśród zle­ceń, ge­ne­ro­wa­nych przez ko­lej­ne wy­jaz­dy. Gdy ro­dzi się nasz syn, cha­otycz­na do­tąd co­dzien­ność wy­gła­dza się i po­rząd­ku­je. Dzie­li na rów­ne od­cin­ki. Ćwi­czę się w po­wta­rzal­nych ru­chach, de­cy­zjach, wy­dat­kach. Zwal­niam. Re­du­ku­ję się. Mniej pra­cu­ję, mniej za­ra­biam, mniej wy­da­ję. Jest mnie mniej wszę­dzie tam, na ze­wnątrz, a zde­cy­do­wa­nie wię­cej tu – w domu. Mam więc, teo­re­tycz­nie, wię­cej cza­su, ale też ni­g­dy wcze­śniej nie mia­łam go tak mało dla sa­mej sie­bie.

Gdy za­czy­nam oglą­dać ten nowy roz­kład sił mię­dzy „mniej” a „wię­cej”, wple­cio­ny w swo­ją co­dzien­ność, za­czy­nam się za­sta­na­wiać: jak to wy­glą­da u in­nych?

Ta książ­ka wzię­ła się więc z cie­ka­wo­ści co­dzien­no­ści. Wła­snej, ale też cu­dzej.

Nie pa­mię­tam już, kie­dy i dla­cze­go przy­szło mi do gło­wy, że klu­czem do co­dzien­no­ści może być port­fel. Jego za­war­tość (bądź jej brak) i to, co się z nią robi. Być może to wy­nik mo­jej no­wej ży­cio­wej sy­tu­acji, a może – echo eko­no­micz­ne­go tąp­nię­cia, któ­re do­tar­ło prze­cież i do Pol­ski, zmu­sza­jąc wie­lu z nas do szu­ka­nia no­wej kon­sump­cyj­nej stra­te­gii, nie mam pew­no­ści. Chcę jed­nak to spraw­dzić. I na­pi­sać o tym, co się dzie­je, gdy spró­bu­je się – na ja­kiś czas – ra­dy­kal­nie ogra­ni­czyć co­dzien­ną kon­sump­cję. Osku­bać ją do tego, co na­praw­dę nie­zbęd­ne. Tym­cza­so­wy za­ku­po­wy post, na pod­ję­cie któ­re­go zde­cy­du­je się kil­ka­na­ście go­spo­darstw do­mo­wych z ca­łej Pol­ski, sta­nie się też czę­ścią mo­jej co­dzien­no­ści. Na dwa­na­ście eks­pe­ry­men­tal­nych mie­się­cy. Na cały rocz­ny cykl.

Przez ten rok będę za­glą­dać do nie swo­ich port­fe­li, spi­żar­ni, szaf i głów. Do­wiem się wie­lu rze­czy: ile może kosz­to­wać prze­trwa­nie, wy­koń­cze­nie miesz­ka­nia, za­pro­sze­nie na świat czło­wie­ka, ile – jego wy­ekwi­po­wa­nie na dal­szą dro­gę. Ra­zem ze wspól­ni­ka­mi w kon­sump­cyj­nym po­ście przyj­rzy­my się temu, ile (oraz jak) się obec­nie pła­ci za po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, sza­cu­nek, spo­kój, jaki jest koszt do­brych re­la­cji ze świa­tem, a jaki – sa­mo­wy­star­czal­no­ści. Jaka jest cena do­stę­pu do zdro­wia, wie­dzy, czy­ste­go po­wie­trza, wody, chlo­ro­fi­lu. Jak prze­li­czyć czas na pie­nią­dze, pie­nią­dze na przed­mio­ty, przed­mio­ty na re­la­cje oraz czy re­duk­cja we wszyst­kich tych dzie­dzi­nach uskrzy­dla, a może wręcz prze­ciw­nie – uwie­ra?

Spró­bu­je­my do­wie­dzieć się, czy „mniej” w jed­nej dzie­dzi­nie ozna­cza „wię­cej” w in­nej.

I dla­cze­go bi­lans mię­dzy nimi nie za­wsze się zga­dza.

Wspól­ni­ków wer­bu­ję w in­ter­ne­cie. Na ogło­sze­nie („szu­kam za­ku­po­wych asce­tów/skąp­ców/fi­nan­so­wych mi­ni­ma­li­stów”) od­po­wia­da bli­sko 50 osób. Pi­szą: „chcę się spraw­dzić”, „ra­tun­ku, po­trze­bu­ję od­wy­ku”, „idę na wy­cho­waw­czy i bę­dzie­my mie­li jed­ną pen­sję mniej”, „je­stem mi­ni­ma­list­ką i nie wy­obra­żam so­bie już in­ne­go ży­cia”.

Ida (30 lat) przy­sy­ła mej­la: „Wcho­dzę w to. Sama je­stem cie­ka­wa, co by tu jesz­cze moż­na”. Uma­wia­my się w Ła­zien­kach. Przy­jeż­dża na ro­we­rze – smu­kła, ob­cię­ta na za­pał­kę, ubra­na z roz­bra­ja­ją­cą non­sza­lan­cją ko­goś, kto żyje w świe­cie kom­plet­nej sty­li­stycz­nej wol­no­ści, poza stre­fą wpły­wów mo­do­wych dok­try­ne­rów. Sia­da­my na ław­ce pod Pod­cho­rą­żów­ką, jak na sy­gnał wci­ska­my dło­nie w tor­by i wy­łu­sku­je­my z nich ter­mo­sy. U niej woda, z mnie her­ba­ta. Stal nie­rdzew­na, made in Swit­zer­land, je­den z tych ga­dże­tów, któ­ry ma na tyle roz­po­zna­wal­ny kształt, że wy­wo­łu­je na­tych­mia­sto­wą iden­ty­fi­ka­cję. Czy w in­nych oko­licz­no­ściach zbież­ność na­szych kon­sump­cyj­nych gu­stów mo­gła­by być pod­kła­dem do na­wią­za­nia przy­jaź­ni?

Dzię­ki Idzie do gru­py tra­fia Alek­san­dra (31 lat) – jej przy­ja­ciół­ka z ogól­nia­ka. Skan­dy­naw­ska blon­dyn­ka o bał­kań­skim po­cho­dze­niu wy­glą­da tak, jak­by wszyst­ko, co ma na so­bie, przed chwi­lą ścią­gnę­ła z wy­sta­wo­we­go ma­ne­ki­na ( w bar­dzo dro­gim skle­pie): – Je­stem kor­po­dziew­czy­ną. Pro­wa­dzę kor­po­ży­cie.

Alek­san­dra miesz­ka w ogro­dzo­nym apar­ta­men­tow­cu na war­szaw­skim Mo­ko­to­wie. Pra­cu­je w wie­żow­cu tuż obok, po dru­giej stro­nie ru­chli­wej uli­cy. Naj­krót­sza dro­ga mię­dzy do­mem a pra­cą pro­wa­dzi przez ga­le­rię han­dlo­wą. Ola ko­rzy­sta z niej kil­ka razy dzien­nie; oś jej co­dzien­no­ści bie­gnie więc rów­no­le­gle do jed­ne­go z han­dlo­wych pa­sa­ży. Ga­le­ria re­gu­lu­je tryb jej dnia.

Rano, gdy ma­sze­ru­je przez świe­żo wy­my­tą prze­strzeń, skle­py są jesz­cze za­mknię­te. Po po­łu­dniu jest tu zno­wu, je lunch z ko­le­ga­mi z biu­ra. Wie­czo­rem pla­nu­je ku­pić tyl­ko chleb (ten, któ­ry jest w domu, zdą­żył już za­mie­nić się w ka­mień), ale wy­cho­dzi z chle­bem (któ­ry z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem po­dzie­li los po­przed­ni­ka), siat­ką or­ga­nicz­nych wa­rzyw (zwięd­ną, bo Ola nie bę­dzie mia­ła siły ich przy­rzą­dzić), t-shir­tem (była prze­ce­na), no­wym la­kie­rem do pa­znok­ci (wi­dzia­ła po­dob­ny ko­lor z asy­stent­ki dzia­łu). Rzu­ca ga­le­rii w pasz­czę 100 zł. Myto za przej­ście po­bra­ne: – Wy­da­ję wszyst­ko, co za­ra­biam, na rze­czy, któ­rych nie po­trze­bu­ję. Co ty­dzień wy­rzu­cam wo­rek prze­ter­mi­no­wa­ne­go żar­cia. W sza­fie ro­śnie hał­da t-shir­tów, od sie­dze­nia ro­śnie mi tyłek, więc co dwa mie­sią­ce ku­pu­ję dżin­sy. Z puch­ną­cym tył­kiem idą w pa­rze złe wy­ni­ki krwi – mówi. – Mam dość. Chcę ina­czej. Żeby za­cząć za­pi­sy­wać wy­dat­ki, musi ku­pić so­bie ład­ny no­tes: – Może Mo­le­ski­ne? Stop. – Pierw­sza pu­łap­ka.

Ko­lej­ni zgła­sza­ją się Lena (32 lata) i Bog­dan (34 lata): – Zda­rza się,że mu­szę bar­dzo się sta­rać, by znów nie wyjść na za­ku­py.Miesz­ka­ją z dwój­ką dzie­ci w 200-ty­sięcz­nym mie­ście w cen­tral­nej Pol­sce. Lena, spe­cja­list­ka od tu­ry­sty­ki, od uro­dze­nia pierw­sze­go dziec­ka nie pra­cu­je; do­ra­bia szy­ciem. Jest też do­ulą, czy­li ko­bie­tą, któ­ra to­wa­rzy­szy ro­dzą­cej. Kie­dyś zaj­mo­wa­ły się tym do­świad­czo­ne sio­stry, mat­ki, ko­bie­ty ze wspól­no­ty, te­raz sta­ło się to płat­ną usłu­gą. Nie­zbyt jesz­cze po­pu­lar­ną – w ogól­no­pol­skim sto­wa­rzy­sze­niu, do któ­re­go na­le­ży Lena, jest ja­kieś 120 wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych doul. Dy­żur zda­rza się Le­nie kil­ka razy w roku. Wciąż nie­wie­le ko­biet de­cy­du­je się za­pła­cić kil­ka­set zł za przy­jem­ność ro­dze­nia w fa­cho­wym i przy­ja­znym to­wa­rzy­stwie.

Mimo że Lena w do­ra­bia­niu wy­ka­zu­je się mrów­czym wręcz he­ro­izmem, zda­rza­ją się mie­sią­ce, że po opła­ce­niu wszyst­kich ra­chun­ków zo­sta­je im 600 zł. Pró­bo­wa­li już kie­dyś żyć bez ku­po­wa­nia, ska­pi­tu­lo­wa­li po ty­go­dniu.

Szcze­ci­nian­ka Ane­ta (32 lata) za­czy­na od ostroż­nej de­kla­ra­cji: – Wcho­dzi­my w to ra­zem, ja, mąż, 2,5-let­ni sy­nek i 84-let­nia bab­cia. Ale tyl­ko na mie­siąc! Chcia­ła­by żyć za 200 zł ty­go­dnio­wo, w tej chwi­li wy­da­je oko­ło 400.

Prze­my­sła­wa (lat 38) na­ma­wiam przez kil­ka ty­go­dni. Opie­ra się. Po­ma­ga przy­pa­dek: jego ro­dzi­ce doj­rze­wa­ją do zmia­ny miej­sca za­miesz­ka­nia. Obo­je na eme­ry­tu­rze, chcą się wy­pro­wa­dzić z mie­dzio­we­go za­głę­bia Pol­ski gdzieś, gdzie zie­leń nie jest re­gla­men­to­wa­na, ci­sza – ła­two do­stęp­na, a woda i po­wie­trze – czy­ste. Pada na mia­stecz­ko pod Wro­cła­wiem. Wi­dok na Ślę­żę, ła­god­ny dla sta­rze­ją­cych się ciał kra­jo­braz, dom w sta­nie su­ro­wym. Brak tyl­ko fun­du­szy. Prze­my­sław de­cy­du­je się za­cią­gnąć kre­dyt na po­ło­wę domu, żeby po­móc im zre­ali­zo­wać ma­rze­nie: – Te­raz nie mam wyj­ścia. Mu­szę ogra­ni­czyć kon­sump­cję. Ogra­ni­czy, wiem.

„Ży­je­my pięk­nie i mi­ni­ma­li­stycz­nie” – pi­szą Maja i Adam, 30-lat­ko­wie z War­mii. Miesz­ka­ją z dwój­ką przed­szko­la­ków na wsi pod Olsz­ty­nem, w dwu­po­ko­le­nio­wym domu; oni na gó­rze, te­ścio­wie na dole. Żyją w go­spo­dar­skim ryt­mie. Chleb na za­kwa­sie pie­czo­ny dwa razy w ty­go­dniu. Mle­ko od są­sia­da, pięć li­trów co dru­gi dzień. Po­wsta­je z tego ma­sło, twa­róg, śmie­ta­na. Kie­dyś, gdy Maja do­jeż­dża­ła do pra­cy w jed­nej z olsz­tyń­skich kor­po­ra­cji, mie­li kozy. Do­iła je dwa razy dzien­nie: o świ­cie i za­raz po po­wro­cie z biu­ra. Z kóz prze­rzu­ci­li się na ma­li­ny; wła­śnie jadą po sa­dzon­ki. Ob­sa­dzą nimi 40 arów: wy­star­czy i dla ca­łej ro­dzi­ny, i dla ma­łej lo­dziar­ni z Olsz­ty­na, któ­ra jako je­dy­na w mie­ście krę­ci sor­be­ty z praw­dzi­wych owo­ców.

Z Kra­ko­wa zgła­sza­ją się Anna i Wo­ło­dy­myr. Ona – Po­lka, on – Ukra­iniec. Są ro­dzi­ca­mi bli­sko rocz­nej Mar­ty, mają po 25 lat, obo­je ład­ni, za­sob­ni w en­tu­zjazm, ale nie w pie­nią­dze. Anna koń­czy psy­cho­lo­gię, Wo­ło­dy­myr do­ra­bia pie­cze­niem ciast na za­mó­wie­nie. „Film o ża­rów­ce[1]. To on jest od­po­wie­dzial­ny. Na­praw­dę nami wstrzą­snął” – pi­sze Anna. „Uświa­do­mi­łam so­bie, na jak nie­wie­le rze­czy mamy już wpływ. A ja chcę mieć wpływ na co­kol­wiek. Poza tym za­ra­bia­my tak mało, że po pro­stu nie stać nas na zbęd­ne rze­czy”.

W oszczęd­nym ży­ciu wpra­wę ma też gdy­nian­ka Elż­bie­ta (eko­no­mist­ka na pań­stwo­wej po­sa­dzie, 36 lat). Od­kąd pa­mię­ta, za­pi­su­je sumę z każ­de­go pa­ra­go­nu, raz w roku robi ra­zem z mę­żem Pio­trem (37 lat) spis prze­wi­dy­wa­nych wy­dat­ków i trzy­ma się go co do joty. Ni­g­dy nie mia­ła de­be­tu na kon­cie. Udzia­łem w do­świad­cze­niu chce zre­kom­pen­so­wać przy­mu­so­wą re­duk­cję do­mo­we­go bu­dże­tu – płat­ny ma­cie­rzyń­ski skoń­czył się czte­ry mie­sią­ce temu.

„Skon­tak­tuj się z Ma­rią” – przy­cho­dzi mejl. „Nie znam bar­dziej go­spo­dar­nej oso­by”. Ma­ria (36 lat) miesz­ka z mę­żem To­ma­szem (34 lata) na pod­la­skiej wsi; z wy­bo­ru, bo obo­je przy­szli na świat w War­sza­wie. 15 km za Sła­wa­ty­cza­mi mają kil­ka hek­ta­rów zbo­ża, wa­rzyw­niak, sad. Ku­pu­ją tyl­ko to, co nie­zbęd­ne. W ich domu nie ma ani jed­ne­go sprzę­tu o skle­po­wym po­cho­dze­niu, wszyst­kie do­sta­li od ro­dzi­ny i przy­ja­ciół. Go­tu­ją na kuch­ni opa­la­nej wę­glem, pio­rą w orze­chach[2], a litr Lu­dwi­ka star­cza im na rok. Wła­ści­wie ni­cze­go nie wy­rzu­ca­ją; ostat­nio do śmie­ci po­wę­dro­wa­ły reszt­ki t-shir­ta, któ­ry To­masz miał na so­bie, gdy po­znał Ma­rię. Ja­kieś 20 lat temu.

– Zdą­ży­li­śmy? – py­ta­ją Mag­da (28 lata) i Kuba (34 lat), Wiel­ko­po­la­nie na is­landz­kiej emi­gra­cji. W wiecz­nym bie­gu, też za­ku­po­wym, w wiecz­nym roz­dar­ciu mię­dzy im­pul­sem a wy­rzu­tem sumie­nia.

Aga­ta i Gu­staw dłu­go roz­ma­wia­ją o tym, czy się za­an­ga­żo­wać, czy nie. Oszczęd­nej z na­tu­ry Aga­cie (lat 33) po­do­ba się po­mysł jesz­cze więk­sze­go ogra­ni­cze­nia wy­dat­ków, Gu­staw (lat 37) jest nie­uf­ny. – Jak to tak? Mam wy­be­be­szyć port­fel i po­ka­zać pu­blicz­nie jego za­war­tość? – Prze­cieżbędzie­my ano­ni­mo­wi – prze­ko­nu­je go w koń­cu Aga­ta[3].

Jest jesz­cze Syl­wia, któ­ra dia­gno­zu­je w so­bie kon­sump­cyj­ną na­mięt­ność o obez­wład­nia­ją­cej nie­kie­dy sile. Dłu­go ko­re­spon­du­je­my, usta­la­my szcze­gó­ły. Gdy zbli­ża się 1 kwiet­nia, Syl­wia re­zy­gnu­je: – Po­trze­bu­ję psy­cho­te­ra­pii, a nie udzia­łu w eks­pe­ry­men­cie.

Więc, osta­tecz­nie: dwu­nast­ka. Ra­zem z moją ro­dzi­ną (37-let­ni R., 1,5-rocz­ny Dzik i ja, 38-lat­ka). Dzie­sięć ro­dzin ( w tym dwie wie­lo­po­ko­le­nio­we) i dwój­ka sin­gli. Jed­na mat­ka z cór­ka­mi i dwie ko­bie­ty w cią­ży.

Jest wśród nas sto­larz, przed­szko­lan­ka, eko­no­mist­ka, in­for­ma­tyk, rol­nik, urzęd­nicz­ka w mi­ni­ster­stwie, do­ula, re­dak­tor­ka, art di­rec­tor w agen­cji re­kla­mo­wej, in­ży­nier śro­do­wi­ska, przed­się­bior­ca, fo­to­graf, spe­cja­list­ka w kor­po­ra­cji.

Mamy gdzie miesz­kać. We wro­cław­skiej ka­wa­ler­ce, wiel­kiej pły­cie w Ska­wi­nie, apar­ta­men­cie w po­nie­miec­kiej ka­mie­ni­cy albo stu­me­tro­wym miesz­ka­niu w Rey­kja­vi­ku. Na­sze miej­sca do ży­cia odzie­dzi­czy­li­śmy albo ku­pi­li­śmy – za pie­nią­dze za­ro­bio­ne, po­ży­czo­ne od ban­ku albo po­da­ro­wa­ne, na przy­kład od ro­dzi­ców. Nie­któ­rzy z nas wy­naj­mu­ją, ko­rzy­sta­ją ze spół­dziel­cze­go pra­wa do lo­ka­lu albo z tego, co za­pew­nia mia­sto w ra­mach go­spo­da­ro­wa­nia ko­mu­nal­ny­mi za­so­ba­mi.

Za­ra­bia­my – róż­nie. Ra­dy­kal­nie mniej niż śred­nia kra­jo­wa[4] albo kil­ka­krot­nie wię­cej. Po od­ję­ciu sta­łych wy­dat­ków[5] zo­sta­je nam na ży­cie od 600 do 6000 zł mie­sięcz­nie. Po­cząw­szy od 1 kwiet­nia i przez naj­bliż­sze 12 mie­się­cy bę­dzie­my sta­rać się wy­da­wać ich mniej. Naj­mniej jak się da. Tyl­ko na to, co na­praw­dę nie­zbęd­ne.

Ostat­ni ty­dzień

Za­sa­dy? Nie ist­nie­ją. Każ­dy usta­la je sam, oso­bi­ście de­fi­niu­jąc „nie­zbęd­ność”.

A to oka­zu­je się wca­le nie być pro­ste. Kwe­stia pierw­sza: w opar­ciu o co je usta­lać? Za­po­trze­bo­wa­nie śred­nio­kra­jo­we czy oso­bi­ste?

M., zna­jo­ma dzien­ni­kar­ka, ob­la­ta­na w te­ma­tach z za­kre­su po­li­ty­ki spo­łecz­nej, pod­rzu­ca, jako po­ten­cjal­ny dro­go­wskaz na dro­dze do za­ku­po­wej re­duk­cji, wskaź­nik mi­ni­mum eg­zy­sten­cji.

Ka­te­go­ria, któ­ra zo­sta­ła stwo­rzo­na w In­sty­tu­cie Pra­cy i Spraw So­cjal­nych do po­mia­ru ja­ko­ści ży­cia na eko­no­micz­nym mar­gi­ne­sie, bez­ce­re­mo­nial­nie ob­cho­dzi się z po­ję­ciem nie­zbęd­no­ści. W ko­szy­ku wy­dat­ków czło­wie­ka, któ­ry funk­cjo­nu­je na gra­ni­cy bio­lo­gicz­ne­go prze­trwa­nia, jest miej­sce wy­łącz­nie na pod­sta­wo­we za­ku­py spo­żyw­cze, naj­tań­sze leki, my­dło, pro­szek do pra­nia, jed­ną parę ta­nich bu­tów rocz­nie. Mo­de­lo­wy przy­mu­so­wy an­ty­kon­sump­cjo­ni­sta le­czy się wy­łącz­nie w pań­stwo­wej służ­bie zdro­wia, nie ku­pu­je ubrań (do­sta­je je z da­rów), nie wy­da­je pie­nię­dzy na trans­port (jeź­dzi na gapę albo cho­dzi pie­szo), nie uży­wa ko­mór­ki, nie cho­dzi do kina, a je­śli urlo­pu­je, to wy­łącz­nie za dar­mo. Na­ło­gów nie po­sia­da, a na­wet je­śli – po­tra­fi je sku­tecz­nie po­skra­miać. Na­wet spo­żyw­cze. Cze­ko­la­da? Wy­klu­czo­na. Kawa? Zby­tecz­ny luk­sus. Ży­cie na kra­wę­dzi bio­lo­gicz­ne­go prze­trwa­nia do­sta­tecz­nie pod­no­si ci­śnie­nie.

Kwe­stia ko­lej­na: czym wła­ści­wie jest nie­zbęd­ność?

Je­śli przyj­rzeć się jej ety­mo­lo­gicz­nie[6], oka­zu­je się, że to sło­wo-nie­po­ro­zu­mie­nie, sło­wo-ko­li­zja, któ­re po­wsta­ło w XVIII w. w wy­ni­ku ze­cer­skiej nie­chluj­no­ści. W sta­ro­polsz­czyź­nie nie­zbed­nym było wszyst­ko, co zda­wa­ło się przy­kre, na­tręt­ne, nie­uchron­ne – na przy­kład śmierć, cho­ro­ba, głód, nie­uro­dzaj, wszyst­kie tro­ski zwią­za­ne z co­dzien­ną eg­zy­sten­cją. Od­kąd jed­nak dru­ga z ko­lei li­te­ra „e” w nie­zbed­no­ści zo­sta­ła wzbo­ga­co­na przez nie­uważ­ne­go ( a może nad­gor­li­we­go?) pra­cow­ni­ka dru­kar­ni o ha­czyk, wy­ra­że­nie za­czę­ło na­bie­rać no­we­go zna­cze­nia. Od „tego, przed czym nie moż­na się uchro­nić” przez „to, cze­go nie na­le­ży się po­zby­wać”, po wła­śnie ta­kie, jak ma dziś.

Słow­nik ję­zy­ka pol­skie­go nie zo­sta­wia miej­sca na wol­ne in­ter­pre­ta­cje: nie­zbęd­ny to taki, bez któ­re­go nie moż­na prze­trwać. Ko­niec. Krop­ka. Czy­li co? Po­wrót do punk­tu wyj­ścia: mi­ni­mum eg­zy­sten­cji – czy­li na­uko­we­go mo­de­lu, któ­ry ma nie­wie­le wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią. Wię­cej moż­li­wo­ści dają sy­no­ni­my: nie­za­stą­pio­ny, pierw­szej po­trze­by. Dzię­ki nim moż­na do­pa­so­wać de­fi­ni­cję nie­zbęd­no­ści do wła­snych po­trzeb.

Bo na przy­kład Idzie z Zą­bek – nie­zbęd­na jest cze­ko­la­da. Jed­na ty­go­dnio­wo. Od cza­su do cza­su pa­pie­ros: – Nie mam za­mia­ru cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wać z fa­jek.

Na oso­bi­stej ska­li nie­za­stą­pio­nych po­trzeb Leny wy­pra­wy do skle­pów są wy­żej po­ło­żo­ne niż to, co się w ich wy­ni­ku po­zy­sku­je. Raj­dy mię­dzy pół­ka­mi ją od­prę­ża­ją. Moż­na więc po­wie­dzieć, że w jej wy­pad­ku li­czy się pro­ces, a nie efekt.

Prze­my­sła­wo­wi, któ­ry od nie­daw­na znów te­stu­je, z czym wią­że się pro­wa­dze­nie po­je­dyn­cze­go go­spo­dar­stwa do­mo­we­go, po­trzeb­ne jest by­cie wśród lu­dzi: – Nie ocze­kuj,że zre­zy­gnu­ję z wyjść do knajp ze zna­jo­my­mi. Zre­zy­gnu­ję za to z dłu­gich ra­chun­ków.

Mag­da i Kuba z Is­lan­dii od­świe­ża­ją po­ję­cie, oglą­da­ją je z każ­dej stro­ny: ak­tu­al­nie wy­da­je im się, że wła­ści­wie nic nie jest nie­zbęd­ne. Ale ten etap może trwać dzień, ty­dzień, dwa. Ni­g­dy nie wia­do­mo, kie­dy wy­kieł­ku­je nowa po­trze­ba. – Spró­bu­ję od­pu­ścić so­bie wi­zy­ty w lum­pek­sach – bro­ni się Elż­bie­ta z Gdy­ni – Spró­bu­ję. Bywa, że to moja je­dy­na roz­ryw­ka.

Re­pre­zen­tant­ki wsi war­miń­skiej (Maja) oraz pod­la­skiej (Ma­ria) mają po­ję­cie „nie­zbęd­no­ści” prze­pra­co­wa­ne, prze­te­sto­wa­ne, na wskroś prze­ni­co­wa­ne. Nie­zbęd­ne jest to, cze­go nie da się sa­mo­dziel­nie wy­ho­do­wać, uszyć, zło­żyć, wy­mie­nić, do­stać. Sól, ropa, za­pał­ki, ża­rów­ki, gwoź­dzie, pa­sta do zę­bów, my­dło. Choć i to ostat­nie lada mo­ment wy­pad­nie poza ka­te­go­rię: Ma­ria my­śli o ro­bie­niu wła­sne­go. To­masz, jej mąż, uwa­ża zaś co­dzien­ne skru­pu­lat­ne za­bie­gi hi­gie­nicz­ne za cy­wi­li­za­cyj­ny ka­prys; w za­sa­dzie ką­pie się wy­łącz­nie dla­te­go, że jej za­le­ży.

Gdy­by było to moż­li­we, Ma­ria i To­masz cał­ko­wi­cie po­że­gna­li­by się z kla­sycz­nym spo­so­bem ro­bie­nia za­ku­pów. Ale nie jest. Wieś pod bia­ło­ru­ską gra­ni­cą, w któ­rej miesz­ka­ją – kie­dyś zwar­ta uli­ców­ka – w za­stra­sza­ją­cym tem­pie się wy­lud­nia. W miej­scach, w któ­rych jesz­cze dwie de­ka­dy temu sta­ły za­gro­dy zbi­te z wy­szo­ro­wa­nych, sza­rych de­sek, wy­gry­zło już na­wet fun­da­men­ty. Tyl­ko ro­ślin­ność się trzy­ma; wciąż owo­cu­ją­ce ja­bło­nie o daw­no nie­przy­ci­na­nych ko­ro­nach, kie­dyś przy­tu­lo­ne do nie­ist­nie­ją­cych za­bu­do­wań, są jak znak: tu był dom.

Rol­ni­ków, któ­rzy two­rzą nie­ofi­cjal­ną gru­pę bar­te­ro­wych wy­mian, jest co­raz mniej. Ry­nek wy­sy­sa wszyst­kich, któ­rzy mogą mu przy­nieść ja­kąś ko­rzyść. Mło­dzi – wy­jeż­dża­ją do War­sza­wy, gdzie szyb­ko znaj­du­ją pra­cę: KRUS-owskie ubez­pie­cze­nie daje im prze­wa­gę w tłu­mie złak­nio­nych choć tym­cza­so­we­go za­trud­nie­nia. Ci, któ­rzy zo­sta­ją, są już do­brze po pięć­dzie­siąt­ce, mają spa­lo­ną skó­rę i po­al­ko­ho­lo­wą mgłę w oczach. Pro­duk­cyj­ny bi­lans ca­łej wsi jest bli­ski zeru. W kom­ple­cie z mle­kiem od jed­nej z ostat­nich krów Ma­ria do­sta­je od do­star­cza­ją­ce­go je są­sia­da ze­staw ża­lów, że tak trud­no mu zna­leźć ro­bo­tę. Bo gdy­by ją zna­lazł, to wziął­by kre­dyt jak lu­dzie. Rzu­cił wszyst­ko w dia­bły i prze­pro­wa­dził­by się do dom­ku pod Bia­łą. Z wy­strzy­żo­nym traw­ni­kiem i tu­ja­mi.

Swo­ją wła­sną li­stę nie­zbęd­no­ści kon­stru­uję w opar­ciu o wy­klu­cze­nia. Ko­niec z knaj­pa­mi. Z kawą ze spie­nio­nym mle­kiem, z piz­zą, z su­shi, ma­sa­lą dosą z No­wo­grodz­kiej, hot do­giem z Ikei. Ko­niec ze spon­ta­nicz­ny­mi wi­zy­ta­mi w H&M, Em­pi­ku, Kuch­niach Świa­ta, wło­skim skle­pie Pic­co­la Ita­lia, w któ­rym cza­sem zda­rza mi się ku­pić kil­ka pla­strów su­szo­nej szyn­ki. R., któ­re­go fir­ma znaj­du­je się w wie­żow­cu wy­po­sa­żo­nym we wszel­kie kor­po­ra­cyj­ne udo­god­nie­nia (jed­no pię­tro jest w ca­ło­ści za­ję­te przez biu­ro­we kan­ty­ny, w któ­rych pra­cow­ni­cy ku­pu­ją przy­go­to­wa­ne z pół­fa­bry­ka­tów obia­dy), bę­dzie no­sił żar­cie do pra­cy. – Wyła­ma­nie się z biu­ro­we­go ry­tu­ału wspól­ne­go wy­cho­dze­nia na obiad może być trud­niej­sze niż rzu­ce­nie fa­jek – mówi. Na to dru­gie zresz­tą – też się za­no­si.

Ko­niec z ki­nem, ba­se­nem, au­tem wy­ko­rzy­sty­wa­nym jako śro­dek trans­por­tu na tra­sie dom-pra­ca. Że­gna­my się ze wszyst­kim, co wy­kra­cza poza de­fi­ni­cję „pod­sta­wo­we­go pro­duk­tu spo­żyw­cze­go”, z pi­guł­ka­mi, któ­re nie le­czą, a je­dy­nie (teo­re­tycz­nie) chro­nią przed za­cho­ro­wa­niem, z ko­sme­ty­ka­mi, któ­rych je­dy­nym za­da­niem jest pie­lę­gno­wa­nie złu­dzeń. My­dło, szam­pon, pa­sta do zę­bów, dez­odo­rant, pa­pier to­a­le­to­wy – na obec­nym eta­pie wy­da­ją nam się nie­zbęd­ne. Nowe per­fu­my – zde­cy­do­wa­nie nie. – Co zro­bisz, jak skoń­czy ci się tusz do rzęs? – pyta M. Uświa­da­miam so­bie, że ni­g­dy nie wi­dzia­łam jej bez wy­tu­szo­wa­nych rzęs. – Nie wiem. Li­czę na to, że się nie skoń­czy. Mam jed­ną sztukę w za­pa­sie.

Za­pa­sy. Ofi­cjal­ne i ukry­te. Szaf­ki, pół­ki, kre­den­sy, paw­la­cze, piw­ni­ce, strysz­ki – taj­ne skła­do­wi­ska tego, co już nie­po­trzeb­ne, i tego, co może się przy­dać. Wszy­scy je mamy.

U Idy: sie­dem pa­czek ma­ka­ro­nu, trzy – ja­glan­ki, dwie – gro­chu, trzy sło­iki ura­to­wa­nych przed za­gła­dą ma­lin (wa­rzyw­niak na Mo­ko­to­wie, je­sień 2011: – O, te już pra­wie pły­wa­ją, sprze­dam pani ki­lo­gram za sym­bo­licz­ne 2 zł).

U Leny: szu­fla­da peł­na la­kie­rów do pa­znok­ci.

W Rey­kja­vi­ku: pół­ka nie­prze­czy­ta­nych, ku­po­wa­nych w amo­ku ksią­żek. Za­mra­żar­ka peł­na zmro­żo­nych, grze­cho­czą­cych to­re­bek. Mag­da już pla­nu­je, co do niej za­ła­du­je, gdy już ją opróż­ni. Ryby pro­sto z ku­tra. Może ho­ma­ry – ku­po­wa­ne bez­po­śred­nio od is­landz­kie­go ry­ba­ka są tań­sze niż ło­soś w pol­skim su­per­mar­ke­cie. Po­łów­kę pro­sia­ka, za­mó­wio­ną w rzeź­ni. Weź­mie ją w ca­ło­ści, stu­dio­wa­ła w koń­cu we­te­ry­na­rię, wie, jak opra­wić i po­dzie­lić mię­so.

Szcze­ci­nia­nie, Ane­ta i Se­ba­stian, za­pa­sów wła­ści­wie nie mają. Poza her­ba­tą ze skrzy­pu („Będę pić ją za­miast zie­lo­nej, ale wy­łącz­nie w nie­dzie­le, bo jest mo­czo­pęd­na”) i ziem­nia­ka­mi. Ane­ta ku­pi­ła je w hur­cie, 30 kg, kil­ka­na­ście dni temu. Te­raz pró­bu­je je go­rącz­ko­wo zu­ty­li­zo­wać, za­nim spro­wo­ko­wa­ne wio­sen­nym po­wie­trzem pusz­czą pędy. Ser­wu­je ziem­nia­ki go­to­wa­ne, sma­żo­ne, pie­czo­ne, tar­te, w plac­kach, klu­skach, bli­nach i zu­pie. W ósmym dniu kar­to­fla­nej mo­no­die­ty Se­ba­stian nie­śmia­ło pro­te­stu­je: –Ma­ka­ron?

Za­pas barw­ni­ków do tka­nin spra­wia, że Aga­cie nie­strasz­ny rok bez no­wych ubrań. Gdy któ­raś ze szmat wy­li­nie­je, wy­star­czy, że wrzu­ci ją do pral­ki z por­cją ko­lo­ru w prosz­ku.

W lo­dów­ce u Alek­san­dry jest pu­sto. Za to w ła­zien­ce – mi­ni­dro­ge­ria: za­pa­sy pły­nów, emul­sji, kre­mów, prosz­ków, past. Do twa­rzy, cia­ła, oczu, ust, dło­ni, stóp, bio­der. Do zmy­dla­nia, wcie­ra­nia, zdra­py­wa­nia, za­kry­wa­nia, za­pa­chów tłu­mie­nia. – Na ra­zie nie je­stem w sta­nie z ni­cze­go zre­zy­gno­wać. Ale nie ku­pię ni­cze­go no­we­go, do­pó­ki nie zu­ży­ję tego, co mam.

In­dyk. Kró­lik. Go­lon­ka z dzi­ka. Cie­lę­ci­na kar­mio­na eko­lo­gicz­ną pa­szą. Do­mo­wa pa­rzo­na szyn­ka. Oscy­pek wiel­ki jak wrze­cio­no. Mar­chew, bu­ra­ki i pa­ster­nak z ro­dzin­ne­go kop­ca. Mąka chle­bo­wa, mąka tor­to­wa, mąka z cie­cie­rzy­cy, reszt­ka mąki z kasz­ta­nów, przy­wie­zio­nej kie­dyś z To­ska­nii. Ma­ka­ron. Ryż. Kil­ka pa­czek strącz­ko­wych, po­mi­do­ry w pusz­kach, po­mi­do­ry w kar­to­nach, ogór­ki w sło­ikach, prze­tar­te, na zupę. Sło­ik ka­pu­sty za­ki­szo­nej przez te­ścio­wą. Dwa li­try oli­wy, rocz­ny za­pas bal­sa­mi­co, bu­tel­ka ole­ju se­za­mo­we­go – ni­g­dy nie­otwar­ta, choć już prze­ter­mi­no­wa­na. Ta­hi­ni. Pa­sta z pe­stek dyni. Sześć ro­dza­jów soli. Cu­kier taki i śma­ki. Li­tro­wy słój mio­du z Gór Świę­to­krzy­skich. Cała szu­fla­da przy­praw. Za­pas kawy, któ­ry po­wi­nien star­czyć na dłu­żej niż rok; kawę w na­szym domu w za­sa­dzie piją tyl­ko go­ście. Dy­wi­zja bla­sza­nych pu­de­łek z her­ba­tą: czar­na, zie­lo­na, oolong, bia­ła, owo­co­wa, zio­ło­wa.

Je­ste­śmy go­to­wi.

Lena nie robi za­pa­sów: – Na­ku­po­wać te­raz, żeby nie ro­bić tego później? To by­ło­by oszu­stwo.

Kra­ko­wia­nie, Anna i Wo­ło­dy­myr, też nie gro­ma­dzą, nie mają za co, żyją z ty­go­dnia na ty­dzień, ku­pu­jąc tyl­ko to, co zu­ży­wa się na bie­żą­co.

U Aga­ty spo­koj­nie: brak po­kus i za­ło­że­nie, że je­śli się po­ja­wią, bę­dzie im sta­wiać czo­ła na bie­żą­co. Wśród za­pa­sów na trud­ne cza­sy: trzy książ­ki i dwie pły­ty. Aga­ta nie ko­rzy­sta z bi­blio­tek po tym, jak kil­ka razy za­pła­ci­ła karę za zbyt dłu­gie prze­trzy­ma­nie książ­ki. Na co dzień zdy­scy­pli­no­wa­na i obo­wiąz­ko­wa, pie­lę­gnu­je w so­bie małe ob­sza­ry nie­do­pa­so­wa­nia do ze­wnętrz­nych ocze­ki­wań. Dla­cze­go pa­dło aku­rat na bi­blio­te­kę? Ma za­miar się póź­niej temu przyj­rzeć.

Stra­te­gia? Oko­pać się na po­zy­cjach, zmi­ni­ma­li­zo­wać póź­niej­sze dy­le­ma­ty. W jej ra­mach ku­pu­ję wio­sen­ną kurt­kę, buty dla 1,5-rocz­ne­go syna, któ­ry zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie wy­sko­czył z do­tych­cza­so­wych, kloc­ki du­plo, ze­staw ha­ków do go­spo­dar­czej sza­fy, by wresz­cie zro­bić w niej po­rzą­dek. Na trzy dni przed upły­wem go­dzi­ny zero od­kry­wam, że wy­czer­pa­łam do cna li­mit swo­jej kar­ty kre­dy­to­wej. Po raz pierw­szy w hi­sto­rii. Jak­by tego było mało: prze­sko­czy­łam go o 134 zł. De­bet w kre­dy­cie – my­śla­łam, że to nie­moż­li­we. Zo­sta­ło jesz­cze tyle cza­su, a nie ma za co ku­po­wać.

Lena, nie­sio­na falą przed­star­to­we­go en­tu­zja­zmu, chce nie tyl­ko ogra­ni­czyć się za­ku­po­wo, ale i ma­te­rial­nie. Szu­ka­jąc w sie­ci in­for­ma­cji o współ­cze­snych wy­znaw­cach re­duk­cji, tra­fia na stro­nę na­czel­ne­go pro­ro­ka mi­ni­ma­li­zmu, Leo Ba­bau­ty. Czy­ta do 2. w nocy, z wy­pie­ka­mi: o za­ku­po­ho­li­zmie, o in­fo­ho­li­zmie i o tym, że orę­żem, któ­ry po­zwa­la roz­pra­wić się z każ­dym „izmem” w god­ny mi­ni­ma­li­sty spo­sób, jest mak­sy­mal­na asce­za. Do­kład­niej: ogra­ni­cze­nie sta­nu swe­go per­so­nal­ne­go do­cze­sne­go po­sia­da­nia do naj­wy­żej 100 rze­czy. Leo Ba­bau­ta, guru ru­chu uwal­nia­nia od po­sia­da­nia, ma ich 43 i wciąż się re­du­ku­je; na blo­gu re­gu­lar­nie in­for­mu­je mi­lio­ny wy­znaw­ców o swo­ich po­stę­pach.

Le­nie da­le­ko do Leo Ba­bau­ty: oprócz ba­te­rii la­kie­rów do pa­znok­ci w szu­fla­dzie trzy­ma w sza­fie pra­wie 30 par bu­tów, w ko­mór­ce: po­nad tu­zin ście­rek z mi­kro­fi­bry, a na strysz­ku w kar­to­nach – dzie­siąt­ki ku­po­nów dru­ko­wa­nej ba­weł­ny, któ­re w no­men­kla­tu­rze osób zaj­mu­ją­cych się rę­ko­dzie­łem na­zy­wa­ne są „tłu­sty­mi ćwiart­ka­mi”[7]. Lena szy­je z nich tek­styl­ne dro­bia­zgi, roz­chwy­ty­wa­ne przez mło­de mat­ki za­uro­czo­ne „hend­mej­dem”. Sprze­da­je je za po­śred­nic­twem in­ter­ne­tu, cza­sem do­ra­bia­jąc w ten spo­sób i kil­ka­set zł mie­sięcz­nie. Po­nie­waż zda­je so­bie spra­wę, że ra­dy­kal­ne mi­ni­ma­li­zo­wa­nie ma­te­rial­nej rze­czy­wi­sto­ści w jej sy­tu­acji może być zwy­czaj­nie nie­opła­cal­ne, na po­czą­tek pod­da­je re­duk­cji gar­de­ro­bę. Robi czyst­kę w bu­tach, w kurt­kach, w bie­liź­nie. W Le­nie go­tu­je się krew, Lena pło­nie, me­to­dycz­nie wy­pa­la­jąc ba­ła­gan wo­kół sie­bie: – Mam się wstrzy­mać do 1 kwiet­nia? Nie­moż­li­we. Mąż wnie­bo­wzię­ty.

Se­ba­stian, mąż Ane­ty, przy­no­si do domu ro­we­ro­wy fo­te­lik dla Igna­ce­go. Uży­wa­ny. Fo­te­lik jest czę­ścią no­we­go trans­por­to­we­go pla­nu dla ro­dzi­ny. Ane­ta chce prze­stać jeź­dzić tram­wa­ja­mi, Se­ba­stian – na rzecz ro­we­ru po­rzu­cić auto. Od po­nie­dział­ku i pod wa­run­kiem, że się ocie­pli. Pro­gno­zy na ra­zie na to nie wska­zu­ją.

Eko­no­mist­ka Elż­bie­ta, przy­zwy­cza­jo­na do me­to­dycz­ne­go dzia­ła­nia, robi plan: raz – wy­ko­rzy­stać za­pa­sy, dwa – od­dać, wy­mie­nić, spie­nię­żyć to, co nie­po­trzeb­ne, trzy – za­ła­tać dziu­ry we wszyst­kich mę­skich spodniach, czte­ry – po­że­gnać ku­po­wa­ne sło­dy­cze, pięć – odło­żyć 100 zł mie­sięcz­nie. I tak do dzie­się­ciu. Star­szy syn Eli i Pio­tra, Da­rek, za osiem dni koń­czy trzy lata. Ela ku­pu­je więc, awan­sem, du­plo. Wciąż jesz­cze jej wol­no.

Kar­ta kre­dy­to­wa wciąż mar­twa, bez szans na szyb­ką re­ani­ma­cję. A po­trze­by się mno­żą. Rano nad­kru­sza mi się dol­na ósem­ka, re­ha­bi­li­tant ra­dzi za­kup wkła­dek do bu­tów. Adi­da­sy, któ­rych uży­wam od kil­ku lat, roz­pa­da­ją się w mo­men­cie, w któ­rym pla­nu­ję im przy­szłość na naj­bliż­sze pół­ro­cze. Do ko­sza. Choć nie mam za co ku­po­wać, na­gle chce mi się wcho­dzić do skle­pów, któ­rych wcze­śniej na­wet nie za­uwa­ża­łam.

R. wra­ca od me­cha­ni­ka, przy­go­to­wu­je sa­mo­chód na rok kon­sump­cyj­nych wy­rze­czeń:

– Ko­cha­nie, me­cha­nik za­pro­po­no­wał mi koł­pa­ki na koła. Czte­ry.

– Po­trze­bu­je­my dwóch.

– Ale on sprze­da­je je tyl­ko w kom­ple­cie. Oka­zyj­nie. Weźmy czte­ry.

– Po­trze­bu­je­my dwóch.

– Weź­my czte­ry nowe, naj­wy­żej sprze­dam dwa sta­re.

Na­sze auto ma 11 lat. Bez koł­pa­ków jeź­dzi od pierw­sze­go mie­sią­ca swe­go ży­cia. Po­dob­nie jak bez bocz­nych listw. To, co dało się z nie­go w mia­rę bez­pro­ble­mo­wo zdra­pać, zo­sta­ło już zdra­pa­ne. Tra­fi­ło naj­praw­do­po­dob­niej do dru­gie­go obie­gu.

Ostat­ni dzień

Dziś jesz­cze moż­na ku­po­wać bez ogra­ni­czeń.

U Mai, Anny, Prze­my­sła­wa: wy­ci­sze­nie, ostat­nia so­bo­ta mija jak ty­po­wa pol­ska so­bo­ta sprzed re­wo­lu­cji w han­dlu, któ­rej efek­tem jest utrwa­le­nie się no­we­go oby­cza­ju: ko­lek­tyw­ne­go ro­bie­nia za­ku­pów pod wiel­ko­for­ma­to­wym da­chem[8]. Mija bar­dziej lub mniej to­wa­rzy­sko, za to spo­koj­nie, bez kon­sump­cyj­nych eks­ce­sów.

Lena, ro­biąc zwy­cza­jo­wą spo­żyw­czą rund­kę po Te­sco, re­zy­gnu­je z dżin­sów za 36 zł. „Osła­błam, z ni­czym nie wal­czę, dążę do zmian we­wnętrz­nych – może to pro­lak­ty­na, nie ja?” – pi­sze.

Ke­bab w pi­cie i me­ga­ke­bab w gru­bym cie­ście – Ane­ta z Se­ba­stia­nem je­dzą ostat­ni obiad na mie­ście. Od ju­tra ko­niec ze sto­ło­wa­niem się poza do­mem. A przy oka­zji ze sło­dy­cza­mi: dość kró­wek, lo­dów, coli. Za­miast nich będą su­szo­ne owo­ce, orze­chy, miód. Re­duk­cja nie tyl­ko ka­lo­rycz­na.

Elż­bie­ta ska­nu­je wnę­trze sza­fek: rzę­dy to­re­bek z ka­szą, ry­żem, mąką, 3 kg cu­kru, 4 kg prosz­ku do pra­nia, za­pas fil­trów do wody: – Po­win­ni­śmy wy­trzy­mać – mówi do męża.

Na Is­lan­dii rzu­ci­li iPa­da­mi. Dla po­sia­da­czy abo­na­men­tów: za pół ceny! – Ku­po­wać? – Kuba dzwo­ni z no­wi­ną do żony, drży mu głos. Mag­da kipi: jak to, ona po­sta­na­wia żyć mi­ni­ma­li­stycz­nie, a tu taka oka­zja? – Nie! Oszczęd­nie te­raz ży­je­my, pa­mię­tasz? Gdy od­kła­da słu­chaw­kę, uświa­da­mia so­bie, że gdy­by wrzu­cić iPa­da w kosz­ty, po od­ję­ciu VAT- u – był­by jak za ćwierć ceny!

Za­kup, któ­ry moż­na na­zwać klu­czo­wym dla dal­sze­go roz­wo­ju ak­cji, ma miej­sce na wscho­dzie Pol­ski. Ma­ria z To­ma­szem pod­pi­su­ją umo­wę kre­dy­to­wą. Pierw­szą w ży­ciu. 60 tys. zł, kre­dyt dla rol­ni­ka, moż­na go do­stać w pięć mi­nut. Fun­du­sze pój­dą na do­kle­je­nie pię­ciu hek­ta­rów zie­mi do ist­nie­ją­ce­go go­spo­dar­stwa: je­sie­nią po­ja­wi się na niej 1000 ja­bło­nek. Po­nie­waż trze­ba je bę­dzie ogro­dzić przed sma­ko­sza­mi nad­cią­ga­ją­cy­mi z nie­da­le­kie­go lasu, w po­życz­ko­wym pla­nie Ma­ria uwzględ­ni­ła też 7 tys. na za­kup ogro­dze­nia: –Do­brze,że zda­rzył się ten pro­jekt. Bę­dzie­my mu­sie­li na­uczyć się żyć z kre­dy­tem.

U mnie: wa­run­ki ide­al­ne do ku­po­wa­nia. R. wy­jeż­dża z Dzi­kiem na wieś. Wy­schnię­te kon­to – dzię­ki świe­żo do­star­czo­ne­mu ho­no­ra­rium – na­peł­nia się z chlu­po­tem, po ko­rek.

Week­end od­zy­ska­ny. Jadę au­to­bu­sem do ko­sme­tycz­ki. Pod żo­li­bor­skim Mer­ku­rym oglą­dam wi­kli­no­we ko­szy­ki, to ostat­ni mo­ment na uzu­peł­nie­nie bra­ków w sys­te­mie prze­cho­wy­wa­nia – my­ślę. Gdy jed­nak wy­cho­dzę z ga­bi­ne­tu ko­sme­tycz­ne­go, star­ta, roz­ja­śnio­na i wy­pra­so­wa­na, bud­ka z wi­kli­ną jest już za­mknię­ta. Jadę pro­sto do domu; ni­g­dzie nie za­glą­dam. Je­stem sobą roz­cza­ro­wa­na; gdzie te tor­by z za­pa­sa­mi?

Wie­czo­rem nowa war­stwa tu­szu na rzę­sy, znów au­to­bus. Kie­ru­nek: De­li­ka­te­sy Esen­cja, re­stau­ra­cja tuż pod no­sem jed­ne­go z war­szaw­skich te­atrów, ostat­nia wie­cze­rza. Wino, wo­ło­wi­na. K. i A., wi­docz­nie za­in­try­go­wa­ne, py­ta­ją o szcze­gó­ły. – Nie wy­trzy­ma­ła­bym ani mie­sią­ca – przy­zna­je K., przy­ja­ciół­ka, któ­ra wła­śnie za­koń­czy­ła po­dob­ny post. Był przy­mu­so­wy, trwał dwa lata. Tyle cza­su szu­ka­ła no­we­go pra­co­daw­cy. Wi­dać, że wła­śnie pod­pi­sa­ła sta­łą umo­wę, ma na so­bie nowy, pięk­ny swe­ter.

Po po­wro­cie sia­dam do kom­pu­te­ra. Wy­pusz­czam w świat za­le­głe prze­le­wy. Od­sy­łam do spa­mu new­slet­te­ry przy­sy­ła­ne mi przez skle­py in­ter­ne­to­we. Drę ku­po­ny ra­ba­to­we. Nisz­czar­ka tnie na srebr­ne pa­ski kar­tę kre­dy­to­wą; dziś upły­nę­ła data jej waż­no­ści. Już mi nie bę­dzie po­trzeb­na.

Tuż przed pół­no­cą rzu­tem na ta­śmę za­ma­wiam skó­rza­ne pół­bu­ty dla Dzi­ka. Ręcz­nie ro­bio­ne w Pol­sce. Roz­miar 24. Dłu­go nie mogę za­snąć. Gdzieś w oko­li­cach pią­tej rano zwra­cam to, co wchło­nę­łam w re­stau­ra­cji. Mi­ni­ma­li­zu­ję się, moż­na po­wie­dzieć, we­wnętrz­nie. Że­gnam się z ob­fi­to­ścią.

Za­czy­na się od po­rząd­ków. Ge­ne­ral­nych.

Może dla­te­go, że wio­sna, od­ro­dze­nie tuż, tuż. Cie­płe po­wie­trze ude­rza do gło­wy.

Może dla­te­go, że czy­sty dom to czy­sta gło­wa. Sprzą­ta­nie, a wła­ści­wie od­gru­zo­wy­wa­nie, to też pierw­szy krok na dro­dze do mi­ni­ma­li­stycz­ne­go wta­jem­ni­cze­nia. „Za­cznij od tego, co naj­prost­sze” – ra­dzi Do­mi­ni­que Lo­re­au, au­tor­ka po­rad­ni­ków dla tych, co chcą upo­rząd­ko­wać swo­je ży­cie, am­ba­sa­dor­ka pro­sto­ty o da­le­ko­wschod­nim ro­do­wo­dzie, w luk­swy­da­niu[9].

A może dla­te­go, że każ­da mi­sja wy­ma­ga przy­go­to­wa­nia. Mi­sja an­ty­kon­sump­cyj­na – rów­nież. Żeby ogra­ni­czyć za­ku­py, trze­ba się na­ocz­nie prze­ko­nać, ile się do tej pory ku­pi­ło.

No więc za­czy­na się od po­rząd­ków.

Alek­san­dra wy­no­si z sy­pial­ni tor­by z ciu­cha­mi. Jesz­cze w mar­cu przy­szła do niej przy­ja­ciół­ka-sty­list­ka – i zro­bi­ła trze­pa­nie sza­fy. Ra­zem przej­rza­ły całą gar­de­ro­bę, wy­rzu­ci­ły 80 proc. ciu­chów, zo­sta­wi­ły nie­zbęd­ną bazę, zro­bi­ły li­stę 11 „ma­sthe­wów”[10] (trencz, gra­na­to­wa spód­ni­ca do pra­cy, bluz­ka w kwia­ty, ko­lo­ro­we ba­le­rin­ki), za któ­ry­mi Ola ma się nie­spiesz­nie roz­glą­dać. Ola za­mknę­ła li­stę w pli­ku w smart­fo­nie i sta­ra się za­cho­wać we­wnętrz­ny spo­kój, gdy co­dzien­nie prze­ci­na skró­tem Ga­le­rię Mo­ko­tów. Nie jest to pro­ste, bo już uda­ło jej się wy­pa­trzyć jed­ną z po­zy­cji z li­sty: czar­ny trencz Hugo Bos­sa. Kosz­tu­je po­nad 2 tys. zł: – Może po­cze­kam na prze­ce­nę?

Wy­pcha­ne ciu­cha­mi tor­by lą­du­ją w ba­gaż­ni­ku vo­lvo, Alek­san­dra je­dzie z nimi do przy­ja­ciół­ki – Idy: – Ona wciąż cho­dzi w tych sa­mych ciu­chach, co w ogól­nia­ku. Robi jej po­rzą­dek w ła­zien­ce (Prze­ter­mi­no­wa­ne? Wy­rzuć! Wy­su­szo­ny tusz? Do ko­sza. Na­praw­dę uży­wasz tych olej­ków?), po­ma­ga upo­rząd­ko­wać do­mo­we do­ku­men­ty, na ku­chen­nym sto­le sta­wia pu­deł­ko: – Na ra­chun­ki. Ida wrzu­ca do nie­go garść po­gnie­cio­nych pa­ra­go­nów, któ­re upy­cha za­zwy­czaj po kie­sze­niach ro­we­ro­wej kurt­ki. Po­tem otwie­ra okna. Zry­wa znad drzwi wej­ścio­wych koc; nie po­trze­ba już weł­nia­ne­go wspar­cia w ak­cji ob­ni­ża­nia ra­chun­ków za ogrze­wa­nie. Dom, do któ­re­go wpro­wa­dzi­ła się z cór­ka­mi je­sie­nią, tak moc­no za­cią­ga się hau­stem wio­sen­ne­go po­wie­trza, że nie­mal do­sta­je hi­per­wen­ty­la­cji.

Wol­na prze­strzeń po­ja­wia się też u Leny i Bog­da­na. Lena ak­cję od­gru­zo­wy­wa­nia za­ini­cjo­wa­ła jesz­cze w po­ło­wie mar­ca. Ubra­nia po dzie­ciach – od­da­ła ko­le­żan­ce. Czte­ry ślub­ne kom­ple­ty sztuć­ców, nie­roz­pa­ko­wa­ne – ku­zyn­ce. Bla­sza­ne wi­del­ce z PRL-u oraz zde­mon­to­wa­ne sta­lo­we ele­men­ty ogro­dze­nia Bog­dan wie­zie na złom; wra­ca do domu i z dumą wrę­cza Le­nie kil­ka przy­jem­nie nie­bie­skich bank­no­tów. Ko­lo­ro­fon, ma­gne­to­wid, cho­in­ko­we świe­ci­deł­ka, kil­ka­set me­trów ka­bli – wszyst­ko to tra­fia do elek­tro­śmie­ci. Peł­za­ją­cy po pod­ło­dze pla­stik wy­pro­du­ko­wa­ny w Chi­nach – Lena chce przez mo­ment za­pa­ko­wać i ode­słać od kra­ju, w któ­rym przy­szedł na świat, ale w koń­cu ze sta­rej fi­ran­ki szy­je wo­rek na nie­zdy­scy­pli­no­wa­ne kloc­ki. Po­dob­ny wi­dzia­ła w in­ter­ne­cie. Miał chwy­tli­wą na­zwę Lay’n’Go, ozna­czo­ną pa­ten­to­wym zna­kiem ®, i kosz­to­wał pra­wie 60 do­la­rów.

Gdy prze­cie­ra ły­sie­ją­cym mo­pem oczysz­czo­ną z za­ba­wek po­wierzch­nię, do­cie­ra do niej, że po­trze­ba jej... no­we­go mopa. Wła­śnie wi­dzia­ła go w su­per­mar­ke­cie. 90 zł – ra­zem z pa­su­ją­cym wia­drem. Ku­pić? Nie ku­pić? Je­śli ku­pić, to może tak, żeby nie wy­glą­da­ło na ku­po­wa­nie?

W wio­sen­nym amo­ku po­rząd­ko­wa­nia jest coś pier­wot­ne­go. Sprzę­żo­ne­go z na­tu­rą, har­mo­ni­zu­ją­ce­go z po­go­dą, cy­klem pół roku. Nie bez po­wo­du amok wci­ska się w na­tu­ral­ną ka­len­da­rzo­wą szcze­li­nę. Mię­dzy hi­ber­na­cję a we­ge­ta­cję. Tuż po tym, jak od­pu­ścił mróz, ale jesz­cze za­nim ogrza­ła się zie­mia. W po­rze pierw­szych cie­płych, wciąż mo­car­nych wia­trów, któ­re po­zwa­la­ją otwo­rzyć okna na prze­strzał, domy za­sy­sa­ją świe­że po­wie­trze, wy­ci­ska­jąc na ze­wnątrz pro­duk­ty do­mo­wej prze­mia­ny ma­te­rii. Wdech czy wy­dech, świa­to­wy bi­lans ku­rzu zo­sta­je mniej wię­cej taki sam, ale cy­klicz­ny wio­sen­ny akt po­rząd­ku­ją­cej ho­me­osta­zy jest ko­niecz­ny – dla za­cho­wa­nia zdro­wia domu i jego miesz­kań­ców. Nie da się prze­żyć ca­łe­go ży­cia w za­mknię­ciu. Sprzą­ta­nie jest bio­lo­gicz­nym im­pe­ra­ty­wem.

My­cie okien, wy­mia­ta­nie ku­rzu spod sprzę­tów, wszyst­kie czyn­no­ści skła­da­ją­ce się na ten amok mają więc wy­miar przede wszyst­kim bio­lo­gicz­ny. Ale i du­cho­wy. Ry­tu­ał my­cia i oczysz­cza­nia zo­stał za­go­spo­da­ro­wa­ny przez nie­mal każ­dy z wiel­kich sys­te­mów re­li­gij­nych świa­ta. W na­szej stre­fie kli­ma­tycz­nej, choć jej po­dział na czte­ry pory roku co­raz bar­dziej się za­cie­ra, sprzą­ta się za­wsze przed pierw­szym waż­nym ob­rzę­dem w ka­len­da­rzu li­tur­gicz­nym: ka­to­lic­ką Wiel­ka­no­cą, ży­dow­skim Pe­sach, pra­wo­sław­ną Pas­chą. Na Ukra­inie, skąd po­cho­dzi Wo­ło­dy­myr, Wiel­ka­noc przy­cho­dzi dwa ty­go­dnie póź­niej niż w Pol­sce. Ale i też póź­niej do­cie­ra tam cie­pły, wio­sen­ny wiatr.

Re­li­gij­ny ka­len­darz jest więc sil­nie zwią­za­ny z na­tu­ral­nym rocz­nym cy­klem funk­cjo­no­wa­nia ludz­ko­ści. Ryn­ko­wy – rów­nież. Mop, któ­ry za­gnieź­dził się w gło­wie Leny, nie bez po­wo­du zro­bił to te­raz, za­dba­li o to spe­cja­li­ści od lo­ko­wa­nia to­wa­rów na su­per­mar­ke­to­wych pół­kach. Tyl­ko te­raz mop stoi wła­śnie na bocz­nej ścian­ce, na­le­ży­cie wy­eks­po­no­wa­ny. Tyl­ko te­raz moż­na go ku­pić ta­niej, z wia­drem w kom­ple­cie. Jak­że ide­al­na syn­chro­ni­za­cja, aż żal nie sko­rzy­stać.

Sko­rzy­stać więc? Lena za­się­ga rady na ro­dzi­ciel­skim fo­rum: „Mop pła­ski – war­to?”. Za­przy­jaź­nio­ne mat­ki tłu­ką w kla­wi­sze; wą­tek bły­ska­wicz­nie puch­nie, roz­ra­sta się do ośmiu stron: „Od­kąd go mam, czę­ściej myję pod­ło­gę”, „Na­wet mój mąż robi to chęt­niej”, „Trza­skam nim też gla­zu­rę w ła­zien­ce”, „Uwiel­biam”.

Kto się temu oprze?

Tak więc po­nad ty­dzień po tym, jak do świa­do­mo­ści Leny prze­bi­ła się po­trze­ba, mop ma­te­ria­li­zu­je się w skła­dzi­ku. Wir­tu­al­na dys­ku­sja, pro­wa­dzo­na ze wspól­nicz­ka­mi w co­dzien­nej krzą­ta­ni­nie, mo­ty­wu­je do za­ku­pu no­wo­cze­snej szma­ty na kiju jesz­cze kil­ka­na­ście osób. Gdy­by Lena była taj­ną in­ter­ne­to­wą agent­ką pro­du­cen­ta mopa, być może do­sta­ła­by za swój wy­si­łek pre­mię. Ale jej in­we­sty­cja w pro­ces in­dy­wi­du­al­ne­go za­ku­pu, choć przy­no­si kon­cer­no­wi wy­mier­ne efek­ty, jej sa­mej nie przy­no­si nic.

Poza no­wym mo­pem, oczy­wi­ście. Któ­ry, jak wy­da­je się Le­nie, fak­tycz­nie wy­cie­ra pod­ło­gę dużo efek­tyw­niej, przy­jem­niej i szyb­ciej niż ja­ki­kol­wiek inny.

W 1982 roku do mo­ich ro­dzi­ców przy­szła pła­ska ko­per­ta, roz­cię­ta na boku i ofran­ko­wa­na stem­plem „cen­zu­ra”. W środ­ku był la­kie­ro­wa­ny ka­len­darz ścien­ny z pej­za­ża­mi z pro­win­cji On­ta­rio. Mię­dzy kart­ki z sierp­niem i wrze­śniem nadaw­ca wkle­ił do­dat­ko­wą małą ko­per­tę. Z dzie­się­cio­do­la­ro­wym bank­no­tem, któ­ry ja­kimś cu­dem umknął uwa­dze urzęd­ni­ków kon­tro­lu­ją­cych ko­re­spon­den­cję. Ro­dzi­ce, odu­rze­ni nie­spo­dzie­wa­nym po­dar­kiem od ka­na­dyj­skiej zna­jo­mej, przez bli­sko rok za­sta­na­wia­li się, na co go wy­dać. Pa­dło na al­ko­hol, sło­dy­cze i ze­staw my­deł w lo­kal­nym od­dzia­le Pe­we­xu. My­dła śmie­tan­ko­we, se­le­dy­no­we, brzo­skwi­nio­we pach­nia­ły jak oce­an, tro­pi­kal­ny ogród, cały świat. Żal je było zmy­dlić, dla­te­go tra­fi­ły do sza­fek, mię­dzy sta­ran­nie zło­żo­ne bluz­ki i de­su­sy. Nie­któ­re dla oszczęd­no­ści roz­cię­te na pół. Pa­ste­lo­we kost­ki dzie­li­ły się z tek­sty­lia­mi swo­im syn­te­tycz­nym aro­ma­tem aż do upad­ku muru ber­liń­skie­go, gdy oka­za­ło się, że w skle­pach jest już dość my­dła.

Dzie­sięć lat póź­niej mama, ra­zem z trzy­dziest­ką miesz­kań­ców na­sze­go mia­stecz­ka, po­je­cha­ła noc­nym au­to­bu­sem do Ber­li­na. Pew­nie nie zde­cy­do­wa­ła­by się na taki ruch, gdy­by nie to, że kil­ka ty­go­dni wcze­śniej ktoś wy­niósł ze znaj­du­ją­cej się pod jej opie­ką za­kła­do­wej kasy plik do­pie­ro co przy­wie­zio­nych bank­no­tów. W su­mie mi­lion zł. Z Ber­li­na mama przy­wio­zła fo­lio­we, gra­na­to­wo-bia­łe tor­by z Al­die­go, wy­pcha­ne pu­deł­ka­mi i bu­tel­ka­mi z czysz­czą­cą za­war­to­ścią. To dzię­ki nim uda­ło jej spła­cić man­ko. Ura­to­wa­ła ją wia­ra są­sia­dek w cu­dow­ną moc czysz­czą­cą nie­miec­kiej che­mii.

Zda­niem Ju­dith Le­vi­ne, ame­ry­kań­skiej dzien­ni­kar­ki, au­tor­ki książ­ki „I’m not buy­ing it”[11], fe­ty­szy­zo­wa­nie pro­duk­tów słu­żą­cych do sprzą­ta­nia, cha­rak­te­ry­stycz­ne – jej zda­niem – dla przed­sta­wi­cie­lek spo­łe­czeństw, któ­re do­pie­ro za­czę­ły kon­fron­to­wać się z to­wa­ro­wą ob­fi­to­ścią – jest prze­ja­wem kon­sump­cyj­ne­go in­fan­ty­li­zmu. My, oby­wa­tel­ki by­łe­go blo­ku wschod­nie­go, je­ste­śmy w tej dzie­dzi­nie no­wi­cjusz­ka­mi, nie mamy do­świad­cze­nia ani od­por­no­ści, nie na­sy­ci­ły­śmy się jesz­cze ob­fi­to­ścią na tyle, aby się nią znu­żyć. To dla­te­go po­tra­fi­my eks­cy­to­wać się wy­bo­rem my­dła, prosz­ku do pra­nia. Albo mopa.

Czy to jed­nak wła­śnie kon­su­menc­ka nie­doj­rza­łość jest po­wo­dem, dla któ­re­go prze­cięt­na pol­ska kon­su­ment­ka, sto­jąc przed wy­bo­rem mię­dzy per­fu­ma­mi dla sie­bie a do to­a­le­ty, wy­bie­ra na ogół te dru­gie? A może po pro­stu nie ma dość pie­nię­dzy?

Czy mop jest Le­nie nie­zbęd­ny? Lena twier­dzi, że gdy sta­je przed wy­bo­rem: „po­sprzą­tać” kon­tra „spać”, wy­bie­ra to dru­gie, jed­nak jej wy­li­za­ny dom stoi z tym ko­mu­ni­ka­tem w sprzecz­no­ści. Jej mat­ka zwy­kła po­wta­rzać: nie lu­bię wra­cać do nie­po­sprzą­ta­ne­go domu. I Lena też nie lubi.

U mnie też po­rząd­ki. Wir­tu­al­ne. Roz­luź­niam kon­takt z Al­le­gro, re­zy­gnu­jąc z sub­skryp­cji ofert ulu­bio­nych sprze­daw­ców, że­gnam się z Muji, ame­ry­kań­skim skle­pem z pie­lu­cha­mi Nap­py Shop­pe i ser­wi­sem Pro­mo­tio­nal­Co­des.org.uk – za­pi­sa­łam się do nie­go, bo li­czy­łam na zniż­ko­we kody do bry­tyj­skich skle­pów ze sta­ni­ka­mi. Z ko­dów nie sko­rzy­sta­łam ani razu. Nie je­stem ani me­to­dycz­ną, ani zdy­scy­pli­no­wa­ną shop­per­ką. Zry­wam kon­takt z E-dzie­wiar­ką, skle­pem Do­dom­ku.pl i Al­pen­ski.

E-dzie­wiar­ce jest przy­kro, że nie je­stem już za­in­te­re­so­wa­na.

Prze­ci­na­nie han­dlo­wych wię­zów nie jest pro­ste. Al­go­rytm za­trud­nio­ny przez sie­cio­we skle­py za­da­je mi po­dob­ny ze­staw py­tań: Czy na­praw­dę mnie zo­sta­wiasz? Dla­cze­go mnie zo­sta­wiasz? Czy wia­do­mo­ści, któ­re od nas do­sta­wa­łaś, ura­zi­ły Cię/przy­tło­czy­ły, czy były skie­ro­wa­ne do ko­goś in­ne­go? Tyl­ko ja­poń­ski sklep z ofer­tą tak skro­jo­ną, że wy­glą­da, jak­by była skie­ro­wa­na wła­śnie do mi­ni­ma­li­stów, nie za­da­je py­tań. Wy­świe­tla za to na bia­łej, wy­ge­ne­ro­wa­nej w htm­lu stro­nie ko­mu­ni­kat: Dzię­ku­je­my.

– Wy­rzu­ci­łam pa­miąt­ki z ko­mu­nii, zdję­cia z po­grze­bu mo­jej mamy i szpi­tal­ne opa­ski z rącz­ki mego syn­ka – ra­por­tu­je Ane­ta. Ona też za­bra­ła się za po­rząd­ko­wa­nie.

Jesz­cze kil­ka lat temu w 103-me­tro­wym miesz­ka­niu, któ­re Ane­ta zaj­mu­je te­raz z mę­żem, syn­kiem i bab­cią, miesz­ka­ły trzy ro­dzi­ny. Zo­sta­ły po nich – oprócz trzech po­ły­sku­ją­cych me­blo­ścia­nek z Go­le­nio­wa, przy­śru­bo­wa­nych do po­nie­miec­kich ścian – trzy kom­ple­ty wy­pcha­nej pie­rzem po­ście­li, fi­ra­nek, ob­ru­sów, garn­ków, za­sta­wy sto­ło­wej z Wło­cław­ka, Tu­ło­wic, Prusz­ko­wa. Ga­lak­ty­ka szu­flad, sza­fek, pó­łek, schow­ków. Nie­skoń­czo­ność rze­czy.

To nie­wia­ry­god­ne, ile może się zmie­ścić w jed­nym miesz­ka­niu – Ane­ta opróż­nia szu­fla­dy, od­gru­zo­wu­je pół­ki, pa­tro­szy skrzy­nie pod ka­na­pa­mi ze zmul­ti­pli­ko­wa­nych pie­rzyn, ko­ców, po­du­szek. Je­den stu­li­tro­wy wo­rek, i jesz­cze je­den, i na­stęp­ny. Se­ba­stian usta­wia wy­pcha­ne fo­lio­we ciel­ska na klat­ce. Ane­ta roz­kła­da rze­czy na wszyst­kich wol­nych prze­strze­niach. Przy­cho­dzi są­siad­ka z ofi­cy­ny. Oglą­da. Wy­bie­ra. Wy­no­si. Dla sie­bie, dla męża, dla ku­zyn­ki, dla bra­tan­ka. Trwa trans­fer rze­czy, prze­pływ z jed­ne­go miesz­ka­nia do ko­lej­nych.

Dom, w któ­rym znaj­du­je się miesz­ka­nie Ane­ty, zo­stał zbu­do­wa­ny w 1912 roku. Uli­ca, przy któ­rej stoi, jest jak obiet­ni­ca miesz­czań­skiej sta­bil­no­ści. Se­ce­syj­ne ka­mie­ni­ce z przy­kle­jo­ny­mi do fa­sad ogród­ka­mi ukła­da­ją się w łuk, chod­nik zle­wa z wy­ło­żo­nym gra­ni­to­wą kost­ką po­bo­czem. Domy mają czy­ste, od­ma­lo­wa­ne fa­sa­dy, bal­ko­ny – kute ba­lu­stra­dy. Ba­nia­ste wie­życz­ki bli­ku­ją mie­dzią, zie­leń w ogród­kach jest wy­pie­lę­gno­wa­na, bra­ma wej­ścio­wa – pa­rad­na, wy­ło­żo­na zie­lo­ną ma­jo­li­ką. Tyl­ko bocz­ne schod­ki pro­wa­dzą­ce do daw­nej ro­bo­czej klat­ki zdra­dza­ją, że dom, stwo­rzo­ny do prze­wi­dy­wal­ne­go, miesz­czań­skie­go ży­cia, daw­no zbo­czył z prze­zna­czo­nej mu dro­gi. Wy­śli­zga­ne, drew­nia­ne stop­nie są przy­kry­te ta­nią, prze­tar­tą na za­gię­ciach wy­kła­dzi­ną. Ucie­ka­ją spod stóp.

Miesz­ka­nie, z któ­re­go na mocy pod­pi­sa­nej 60 lat temu kwa­te­run­ko­wej umo­wy wciąż ko­rzy­sta Ane­ta z ro­dzi­ną, jest nie tyl­ko pięk­ne, ale i za­pro­jek­to­wa­ne w spo­sób, któ­ry wie­le mówi o spo­so­bie funk­cjo­no­wa­nia ro­dzi­ny, dla któ­rej po­wsta­ło. Na­rzu­co­ny przez przed­wo­jen­ne­go nie­miec­kie­go pla­ni­stę po­dział po­ka­zu­je, jak się żyło w przed­wo­jen­nym Stet­ti­nie, na uli­cy jak z miesz­czań­skiej laur­ki.

Dłu­gi tram­waj z ob­szer­ny­mi prze­dzia­ła­mi po obu stro­nach. Po­miesz­cze­nia po­gru­po­wa­ne funk­cja­mi. Re­pre­zen­ta­cyj­ne, po­łą­czo­ne skrzy­dło­wy­mi drzwia­mi sa­lo­ny mają wi­dok na park. Do jed­ne­go z nich, któ­ry kie­dyś był – być może – ja­dal­nią, przy­le­ga służ­bów­ka. Ciąg go­spo­dar­czy (spi­żar­nia, ła­zien­ka, kuch­nia, sy­pial­nia) wy­cho­dzi na pół­noc, na wy­be­to­no­wa­ny frag­ment po­dwó­rza. Gdy Ane­ta była mała, ze wspól­ne­go po­dwór­ka ko­rzy­sta­ły aż trzy ka­mie­ni­ce. Ja­kieś 10 lat temu są­sie­dzi po­dzie­li­li prze­strzeń; schlud­ny mur roz­ciął ją na trzy rów­ne czę­ści. Ruch za­marł, ży­cie po­dwór­ko­we uschło.

Zmie­nił się też spo­sób ko­rzy­sta­nia z miesz­ka­nia. Prze­strzeń przed woj­ną prze­zna­czo­na dla jed­nej ro­dzi­ny, któ­rą stać było na wy­na­ję­cie słu­żą­cej, zo­sta­ła po 1945 roku pod­da­na kwa­te­run­ko­wej opty­ma­li­za­cji. Przy­dział tra­fił się wu­jo­wi Ane­ty, któ­ry do Szcze­ci­na przy­je­chał, ra­zem z ro­dzi­ną, z te­re­nów dzi­siej­szej Bia­ło­ru­si. Do wuja wkrót­ce wpro­wa­dzi­ła się sio­stra – bab­ka Ane­ty. Też z ro­dzi­ną. Wuj wy­pro­wa­dził się w la­tach 80., a gdy cór­ki bab­ki do­ro­sły i się usa­mo­dziel­ni­ły, z dwóch mi­krok­sięstw stło­czo­nych na wspól­nej prze­strze­ni na­gle zro­bi­ły się trzy: za­rzą­dza­ne przez bab­kę, mat­kę i ciot­kę Ane­ty.

Trzy sil­ne ko­bie­ty z jed­ne­go ro­dzin­ne­go ple­mie­nia po­trze­bo­wa­ły wła­snych te­ry­to­riów. Osob­nych pal­ni­ków, lo­dó­wek, wła­snych kom­ple­tów garn­ków, wła­sne­go miej­sca na tłu­cze­nie ko­tle­tów. Bab­ka z bez­dziet­ną ciot­ką po­dzie­li­ły się ory­gi­nal­ną kuch­nią, mat­ka za­adap­to­wa­ła do ku­chen­nych ce­lów wą­ską kisz­kę spi­żar­ni. Po­ko­je roz­da­ły spra­wie­dli­wie. Mat­ce i ojcu Ane­ty, z ra­cji po­sia­da­nia po­tom­stwa, przy­padł ten ze służ­bów­ką – w iz­deb­ce o wy­mia­rach dwa na trzy me­try za­miesz­ka­ła Ane­ta. Gdy za­czę­ła do­ra­stać, oj­ciec za­mon­to­wał w so­lid­nej, dę­bo­wej fu­try­nie jej drzwi za­suw­kę. Jak we wszyst­kich in­nych po­ko­jach.

Gdy umar­ła ciot­ka, Ane­ta mia­ła 12 lat. Gdy za­cho­ro­wa­ła mat­ka, wró­ci­ła z Lon­dy­nu, gdzie wy­je­cha­ła kil­ka­na­ście mie­się­cy wcze­śniej ra­zem z mę­żem, na fali post­schen­ge­now­skie­go en­tu­zja­zmu, któ­ry wy­mył z Pol­ski 300 ty­się­cy mło­dych Po­la­ków. Była z nią do sa­me­go koń­ca. Dwa lata póź­niej, bę­dąc już w za­awan­so­wa­nej cią­ży, od­ma­lo­wa­ła na żół­to ścia­ny wą­skiej kuch­ni, w któ­rej ko­bie­ty z jej ro­dzi­ny przy­go­to­wy­wa­ły po­sił­ki. Gdy bab­ka zgło­si­ła nie­za­do­wo­le­nie, po­gła­ska­ła się po bli­sko dzie­wię­cio­mie­sięcz­nym brzu­chu i po­wie­dzia­ła: –Te­raz ja tu rzą­dzę.

20 lat po śmier­ci ciot­ki, pra­wie pięć po odej­ściu mat­ki i dwa i pół roku po zło­że­niu ku­chen­ne­go oświad­cze­nia, Ane­ta bie­rze się za ujarz­mia­nie pod­le­głej jej prze­strze­ni. Za­czy­na od ro­bie­nia miej­sca dla no­we­go.

Po kim ro­dzi­na Ane­ty odzie­dzi­czy­ła miej­sce do ży­cia?

Kto de­cy­do­wał o kształ­cie sztu­ka­te­rii w sa­lo­nie?

Kto wy­brał taki, a nie inny ży­ran­dol z por­ce­la­no­wym klo­szem?

Czy ma­to­wa, bor­do­wo-gra­fi­to­wa sza­chow­ni­ca na ła­zien­ko­wej pod­ło­dze przy­słu­gi­wa­ła przed­wo­jen­nym lo­ka­to­rom z od­gór­ne­go przy­dzia­łu, czy może zde­cy­do­wa­li się na nią sami?

Ane­ta nie wie. Nie chce wie­dzieć. In­te­re­so­wa­ła się tym, gdy była dziec­kiem, ale już prze­sta­ła. To nic dziw­ne­go. Po­dob­nie czu­je wie­lu miesz­kań­ców Szcze­ci­na. To mia­sto – któ­re tak jak po­skle­ja­na z ce­ra­micz­nych sko­rup mo­zai­ka na dwor­cu PKP, wi­ta­ją­ca go­ści – skła­da się z dzie­sią­tek ty­się­cy po­dob­nych, po­tur­bo­wa­nych przez los miesz­kań. Trud­no po­lu­bić dom, w któ­rym nie czu­je się jak z sie­bie, dom z przy­dzia­łu, z któ­rym nie moż­na dys­ku­to­wać. Na­wet gdy mi­nie kil­ka po­ko­leń.

Dla­te­go Ane­ta nie lubi miesz­ka­nia, któ­re splo­tem ży­cio­wych wy­da­rzeń znaj­du­je się te­raz pod jej ju­rys­dyk­cją. Nie czu­je, że nad nim pa­nu­je; dom się jej no­to­rycz­nie wy­my­ka. Naj­trud­niej­szy do ujarz­mie­nia jest po­kój, w któ­rym się wy­cho­wa­ła. Daw­ny miesz­czań­ski sa­lon ma se­ce­syj­ny wy­kusz, któ­ry wy­cho­dzi wprost na par­ko­wą sa­dzaw­kę i su­fit ozdo­bio­ny gip­so­wy­mi sztu­ka­te­ria­mi. Oj­ciec Ane­ty w przy­pły­wie ar­ty­stycz­ne­go za­pa­łu za­mie­nił go kie­dyś w roz­gwież­dżo­ny noc­ny nie­bo­skłon (swo­ja dro­gą, za­uwa­ża Ane­ta, za­dzi­wia­ją­ca jest trwa­łość zło­tej far­by, któ­rą oj­ciec wy­ma­lo­wał Zo­diak na su­fi­to­wym skle­pie­niu). Wy­kusz od­wró­cił się ple­ca­mi, su­fit chce od­le­cieć. Gdzie nie spoj­rzeć: pię­trzą się rze­czy. Żeby przejść z tacą do po­ko­iku bab­ci, Ane­ta to­ru­je so­bie dro­gę bio­dra­mi, prze­ci­ska się mię­dzy kra­wę­dzia­mi zbu­do­wa­nych na dy­wa­nie pryzm.

Oprócz stan­dar­do­we­go ze­sta­wu me­bli przy­słu­gu­ją­ce­go daw­niej PRL-owskim sa­lo­nom, w po­ko­ju stoi pięć sza­fek ku­chen­nych, trzy pie­ce ga­zo­we, dwa te­le­wi­zo­ry, dwa lu­stra, ser­wis ka­wo­wy w pu­dle, pod­świe­tla­ny glo­bus, mo­ni­tor, fu­te­rał na gi­ta­rę. Z kar­to­nów wy­sy­pu­ją się książ­ki, któ­rych nikt już nie czy­ta. Wy­dru­ko­wa­ne w la­tach 70., sztyw­ny, chro­po­wa­ty pa­pier, któ­ry jeł­cze­je na mar­gi­ne­sach, zo­sta­wia na pal­cach tłu­sty film. W dzie­cię­cym łó­żecz­ku, któ­re przez krót­ki czas słu­ży­ło Igna­ce­mu, leżą rze­czy, któ­rych nikt nie po­trze­bu­je. Apa­rat do ma­sa­żu. Ochra­niacz od wia­tru. Gor­set – ślub­ny, Ane­ty. Na bal­ko­nie, w po­li­tu­ro­wa­nym biur­ku – na­rzę­dzia jej ojca. Ane­ta nie ru­szy­ła ich od cza­su jego śmier­ci.

Choć pod­da­ła już spek­ta­ku­lar­nej se­gre­ga­cji za­war­tość kuch­ni, ła­zien­ki, sy­pial­ni – z tym frag­men­tem miesz­ka­nia wciąż nie jest w sta­nie się zmie­rzyć. Po­kój, w któ­rym się wy­cho­wa­ła, unie­ru­cha­mia ją, pęta. Tak jak­by osie­ro­co­ne przez ro­dzi­ców rze­czy nie były jesz­cze go­to­we do wy­mar­szu. Zaj­rzę do nie­go póź­niej, my­śli Ane­ta.

Może gdy­by uda­ło się wy­mieść z nie­go wszyst­ko, co już jej nie­po­trzeb­ne, Ane­ta zo­ba­czy­ła­by wresz­cie, w jak pięk­nym miej­scu przy­tra­fi­ło jej się uro­dzić? Tak, to ku­szą­cy sce­na­riusz. I naj­prost­szy z do­stęp­nych, gdy chce się bez­go­tów­ko­wo wpro­wa­dzić zmia­nę.

Sprze­dać, od­dać, prze­ro­bić, li­to­ści nie mieć, wy­rzu­cić. Za­pro­sić Per­fek­cyj­ną Pa­nią Domu, z po­rad­ni­kiem Do­mi­ni­que Lo­re­au za­siąść na dy­wa­nie, zgod­nie z jej wy­tycz­ny­mi przy­go­to­wać po­jem­ni­ki na to, co przy­dat­ne, pa­miąt­ko­we, pięk­ne. Wy­eks­pe­dio­wać ma­te­rial­ny do­by­tek na przy­mu­so­wy urlop, do prze­cho­wal­ni nie­chcia­nych sprzę­tów.

Dec­lut­te­ring, czy­li od­gru­zo­wy­wa­nie, oczysz­cza­nie prze­strze­ni, świa­do­ma re­duk­cja, i w na­szym kra­ju sta­je się po­wo­li te­re­nem wal­ki o wpły­wy. Na wszyst­kim da się za­ro­bić – tak­że na po­trze­bie zmi­ni­ma­li­zo­wa­nia swe­go sta­nu po­sia­da­nia.

Gdy­by Ane­ta ze­chcia­ła za­opa­trzyć się w po­rad­nik dla tych, któ­rzy nie ra­dzą so­bie z za­le­wem rze­czy, mu­sia­ła­by za­pła­cić oko­ło 30 zł.

Wy­na­ję­cie prze­strze­ni w prze­cho­wal­ni rze­czy kosz­to­wa­ło­by ją oko­ło 100 zł mie­sięcz­nie – o ile zna­la­zła­by się wol­na skryt­ka, a tych w Szcze­ci­nie ostat­nio bra­ku­je.

Gdy­by miesz­ka­nie Ane­ty znaj­do­wa­ło się na luk­su­so­wym war­szaw­skim osie­dlu, mo­gła­by zle­cić sprze­daż nie­po­trzeb­nych gra­tów kon­sjer­żo­wi, któ­ry wy­sta­wił­by je w jej imie­niu na któ­rymś z in­ter­ne­to­wych tar­go­wisk. Albo wy­wiózł do po­trze­bu­ją­cej in­sty­tu­cji. Koszt: 119 zł w ra­mach mie­sięcz­ne­go abo­na­men­tu.

Przy za­miesz­ka­nej przez Ane­tę uli­cy jed­nak nikt nie sły­szał o kon­sjer­żach; tu­taj każ­dy sam ra­dzi so­bie z wła­sny­mi zło­ga­mi. Teo­re­tycz­nie Ane­ta też mo­gła­by to zro­bić, ale fo­to­gra­fo­wa­nie, opi­sy­wa­nie, do rąk każ­de­go przed­mio­tu bra­nie, pa­ko­wa­nie, na pocz­tę za­no­sze­nie ją prze­ra­sta – brrr, niech­że już ten po­kój żyje swo­im ży­ciem.

Ide­olo­dzy mi­ni­ma­li­zmu py­ta­ją: po co ci wię­cej rze­czy, niż je­steś w sta­nie na­raz użyć? Twier­dzą, że aby od­zy­skać sie­bie, trze­ba się wy­do­stać spod wła­dzy przed­mio­tów: – Każ­da z tych rze­czy wy­ma­ga mo­jej uwa­gi – mówi Ane­ta. – Mi­ni­ma­li­zo­wa­nie się jest po­dob­nie ener­go­chłon­ne jak kon­su­mo­wa­nie. Nie chcę od­da­wać swo­je­go cza­su przed­mio­tom.

Pa­trząc na Ane­tę z boku, moż­na od­nieść wra­że­nie, że zło­ży­ła broń. Ale to tyl­ko wra­że­nie: ona po pro­stu sku­pi­ła się na czymś in­nym.

3963 zł – wła­śnie tyle pie­nię­dzy prze­cięt­ny Po­lak trzy­ma w domu[12]. Środ­ki są za­mro­żo­ne w przed­mio­tach. Tych, któ­rych się nie uży­wa, nie uży­wa­ło i ni­g­dy nie bę­dzie uży­wać. Awa­ryj­ne upo­min­ki, bez okre­ślo­ne­go od­bior­cy, ku­po­wa­ne na wy­prze­da­żach. Prze­chod­nie go­ściń­ce – jak na­zy­wa je Ane­ta. Przy­da­sie. Ślub­ne ser­wi­sy, ni­g­dy nie­uży­te mimo upły­wu 30 lat. Ubra­nia z po­przed­niej ko­lek­cji, z jesz­cze nie­oder­wa­ny­mi met­ka­mi. Zdu­blo­wa­ne lo­dów­ki, ku­chen­ki, te­le­fo­ny po­rzu­co­ne na rzecz młod­sze­go mo­de­lu. Śmie­cio­ma­sa, któ­ra może od­zy­skać swo­ją war­tość, je­śli tra­fi w od­po­wied­nie ręce.

Gdy­nian­ka Elż­bie­ta naj­bliż­szy rok de­dy­ku­je bab­ci – uro­dzo­nej an­ty­kon­sump­cjo­ni­st­ce. Bab­cia, księ­go­wa, była mi­strzy­nią prze­twór­stwa. Prze­ra­bia­ła wszyst­ko, co wpa­dło jej w ręce: dzi­ką różę, mi­ra­bel­ki, szczaw. Od­kła­da­ła każ­dy grosz, oszczę­dza­ła wodę i prąd. Nie prze­sta­ła pra­co­wać na­wet wte­dy, gdy prze­szła na eme­ry­tu­rę – pod jej drzwia­mi wiecz­nie sta­ła ko­lej­ka chęt­nych do roz­li­cze­nia PIT-ów. Choć ni­g­dy nie za­ra­bia­ła ko­ko­sów, za­wsze mia­ła pie­nią­dze na nie­prze­wi­dzia­ne wy­dat­ki. Zmar­ła w 1995 roku, zo­sta­wi­ła Elż­bie­cie ka­wa­ler­kę, ma­szy­nę do szy­cia i obia­do­wy ser­wis Ro­sen­tha­la. Mlecz­no-ko­bal­to­wy, ze zło­ce­nia­mi na kru­chych, prze­świ­tu­ją­cych wręcz ran­tach. Emi­nen­ce Co­balt. Kru­che, cen­ne dzie­dzic­two – nie na dzi­siej­sze, zmy­war­ko­we cza­sy.

Elż­bie­ta trzy­ma Ro­sen­tha­la na naj­wyż­szej pół­ce w paw­la­czu, wy­cią­ga spo­ra­dycz­nie, może raz, może dwa razy przez ostat­nie 15 lat. Roz­sta­nia z nim so­bie jed­nak nie wy­obra­ża. Po­zba­wi­ła­by się jed­nej z ma­te­rial­nych ko­twic, któ­ra daje jej bez­po­śred­ni do­stęp do wspo­mnień. Kru­cha por­ce­la­na jest jak prze­trwal­nik pa­mię­ci, kap­suł­ka pa­mię­ci o bab­ci, wy­star­czy kon­takt wzro­ko­wy, a po sy­nap­sach prze­ska­ku­je ła­du­nek, od­po­wied­nie wspo­mnie­nie jest ła­do­wa­ne i od­twa­rza­ne.

Przed­mio­ty są więc na­szy­mi łącz­ni­ka­mi z pa­mię­cią.

Czy w amo­ku re­duk­cji nie po­zby­wa­my się cze­goś cen­ne­go?

Pierw­sza za­uwa­żal­na zmia­na. Po­ran­na ci­sza. Nasz osie­dlo­wy do­rę­czy­ciel pa­czek, któ­ry wpa­da za­wsze mię­dzy siód­mą a ósmą rano, prze­sta­je dzwo­nić do drzwi. To, co mia­ło przyjść, już przy­szło. Nie spo­dzie­wam się ni­cze­go no­we­go. Ze skrzyn­ki wy­łu­sku­ję za to dwa li­sty – ofran­ko­wa­ne przez mo­ko­tow­ski Urząd Skar­bo­wy. Urzęd­nik za­wia­du­ją­cy dys­try­bu­cją ko­re­spon­den­cji do dłuż­ni­ków za­le­ga­ją­cych z wpła­ta­mi po­dat­ku od nie­ru­cho­mo­ści na wszel­ki wy­pa­dek wy­słał je do oboj­ga z nas.

Wiel­ka­noc tuż, tuż.

Mag­da z Kubą ro­bią (pierw­szą w ży­ciu!) li­stę za­ku­pów. Kuba od­wie­dza z nią naj­tań­szy su­per­mar­ket w Rey­kja­vi­ku. Uda­je mu się nie ku­pić ni­cze­go spo­za li­sty.

– Za­in­we­sto­wać w ma­zur­ki ze zna­nej kra­kow­skiej cu­kier­ni czy nie? – za­sta­na­wia się Anna, któ­ra chce za­wieźć na Ukra­inę choć mały ka­wa­łek pol­skiej tra­dy­cji ku­li­nar­nej. Osta­tecz­nie za­bie­ra tyl­ko prze­pis; skład­ni­ki ku­pu­je na miej­scu, Wo­ło­dy­myr pie­cze z nich pach­ną­cy kaj­ma­kiem pla­cek. W tym sa­mym cza­sie jej za­bu­żań­scy te­ścio­wie wy­pra­wia­ją się po świ­nia­ka. Choć świę­ta na Ukra­inie ob­cho­dzi się dwa ty­go­dnie póź­niej, po­nad­gra­nicz­ne spo­tka­nie dwóch ro­dzin to oka­zja, któ­ra wy­ma­ga spe­cjal­nej opra­wy.

Ne­stle? Nie. Kraft Fo­ods[13]? Tym bar­dziej nie – Alek­san­dra, któ­ra wy­bie­ra wiel­ka­noc­ne sło­dy­cze dla młod­sze­go bra­ta, w koń­cu ścią­ga z pół­ki ba­to­ni­ki We­dla. Nie dla­te­go, że jest kon­sump­cyj­ną pa­triot­ką (Ola do­sko­na­le wie, że przed­wo­jen­na fa­bry­ka We­dla, z któ­rej słod­ki za­pach roz­no­si się na cały war­szaw­ski Ka­mio­nek, rów­nież jest już wła­sno­ścią mię­dzy­na­ro­do­we­go kon­cer­nu). Lot­te, Ko­rea Po­łu­dnio­wa, Azja – na­zwa obec­ne­go, cał­kiem świe­że­go wła­ści­cie­la mar­ki We­del nic do­cie­kli­wej Alek­san­drze nie mówi. Nie sły­sza­ła jesz­cze ni­cze­go nie­po­ko­ją­ce­go na jego te­mat.

Ałć! Krwa­wią pal­ce Elż­bie­ty, roz­cię­te ostrą kra­wę­dzią pusz­ki ze skon­den­so­wa­nym mle­kiem. Ciem­na czer­wień pla­mi słod­ką ciecz. Mie­siąc temu Elż­bie­ta po­pro­si­ła­by Pio­tra, żeby wy­sko­czył po dru­gą pusz­kę. Ale nie te­raz. Nie bę­dzie do­dat­ko­we­go cia­sta.

W Ska­wi­nie: pa­ko­wa­nie. Aga­ta, któ­ra de­ka­dę temu po śmier­ci mamy zo­sta­ła mat­ką za­stęp­czą nie tyl­ko dla swo­jej 11-let­niej wów­czas sio­stry, ale i ma­triar­chi­nią ca­łe­go rodu, jest już zmę­czo­na co­rocz­nym wiel­ka­noc­nym obo­wiąz­kiem. Dla­te­go ju­tro ra­zem z Gu­sta­wem i Ant­kiem wsią­dą w po­ciąg i po­ja­dą do Ro­pek, w Be­skid Ni­ski. Drew­nia­na łem­kow­ska cha­ta, mała gru­pa wiel­ka­noc­nych tu­ła­czy. Ci­cho, po­wo­li. Żad­nych obo­wiąz­ków, ocze­ki­wań, pre­ten­sji. Ty­go­dnio­wy świą­tecz­ny wy­jazd zo­stał przez Aga­tę za­re­zer­wo­wa­ny jesz­cze przed pod­ję­ciem de­cy­zji o przy­stą­pie­niu do an­ty­za­ku­po­wej gru­py. I – choć jej zda­niem po­dró­żo­wa­nie nie ma nic wspól­ne­go z an­ty­kon­sump­cją – nie jest w sta­nie z nie­go zre­zy­gno­wać.

W wiel­ko­so­bot­ni ra­nek, przed wy­jaz­dem do mo­je­go ro­dzin­ne­go domu, R. robi za­ku­py: trzy ba­na­ny, trzy jabł­ka, woda, ogó­rek, po­mi­dor, jaj­ka. Ćwi­czy­my sztu­kę jed­nost­ko­wej kon­sump­cji.

Do prze­je­cha­nia mamy 400 km, per­trak­ta­cje co do wy­bo­ru tra­sy od­by­wa­ją się na Wi­sło­stra­dzie. Pada na au­to­stra­dę. Bo wy­god­niej­sza, bez­piecz­niej­sza, luź­niej­sza i nie za­ha­cza o Młyn pod Ma­riasz­kiem, gdzie na ogół ro­bi­my so­bie po­stój na pie­ro­gi. Je­dy­ny mi­nus to ha­racz za wjazd, 17 zł. W ce­nie jest pa­pier to­a­le­to­wy w czy­stej ubi­ka­cji na pierw­szym zjeź­dzie.

Wiel­ka So­bo­ta to ide­al­ny dzień na po­dróż; dro­ga jest czy­sta, tra­sę z War­sza­wy na Ka­szu­by po­ko­nu­je­my w 4,5 go­dzi­ny: – Na­resz­cie. Za­wsze uwa­ża­łam, że wy­da­je­cie za dużo pie­nię­dzy – mówi wie­czo­rem moja mat­ka, za­nu­rza­jąc czu­ba­tą ły­żecz­kę cu­kru w kub­ku z moją her­ba­tą ( w moim ro­dzin­nym domu obo­wią­zu­je cen­tral­na dys­try­bu­cja cu­kru). – I mam na­dzie­ję, że gdy skoń­czy się ten eks­pe­ry­ment, nie rzu­cisz się od razu na za­ku­py.

Wiel­ka­noc

Ko­niec po­stu. Chwi­lo­wo moż­na na­wet le­gal­nie ce­le­bro­wać nie­umiar­ko­wa­ne spo­ży­cie. U Ane­ty w Szcze­ci­nie jest skrom­nie. – Od­cza­ro­wa­ły mi się świę­ta, nie mu­szę mieć wy­pra­nych dy­wa­nów ani wy­kroch­ma­lo­nych ser­wet i za­sta­wio­ne­go sto­łu. Są­siad­ka z ofi­cy­ny przy­no­si świę­con­kę: sól, chleb, jaj­ka. Mu­szę się czymś od­pła­cić, my­śli Ane­ta, więc wkła­da są­siad­ce w ręce wszyst­ko, co uda­je jej się na szyb­ko zgar­nąć ze sto­łu: ba­na­ny, grusz­ki, sło­necz­nik, her­ba­tę z hi­bi­sku­sa i ka­wał cia­sta – upie­czo­ne­go we­dług no­wych za­sad, bez mąki pszen­nej i cu­kru. Otwie­ra drzwi sa­lo­nu. Wska­zu­je na stół. – Wy­bie­raj – mówi. – Dziw­ne jest dla mnie brać coś od ko­goś i ni­cze­go jed­no­cze­śnie nie dać.

Anna z Wo­ło­dią są już na Ukra­inie, z ro­dzi­ny. Pierw­szy dzień mija spo­koj­nie, mał­żon­ko­wie za­sia­da­ją do śnia­da­nia z do­mi­ni­ka­na­mi w nie­da­le­kim klasz­to­rze. Dru­gie­go dnia idą do lasu zbie­rać sok z brzo­zy. Uro­bek jed­ne­go po­po­łu­dnia to 30 li­trów prze­zro­czy­ste­go pły­nu, któ­ry sma­ku­je – sło­wa­mi Ma­cie­ja No­wa­ka, któ­ry w tym sa­mym cza­sie re­kla­mu­je osko­łę w „Dzień Do­bry TVN” – jak „żywa woda”.