Wydawca: Relacja/Mamania Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2019

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków ebook

Marta Sapała  

4.5 (4)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 496 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków - Marta Sapała

"Nie pamiętam już, kiedy i dlaczego przyszło mi do głowy, że kluczem do codzienności może być portfel. Jego zawartość (bądź jej brak) i to, co się z nią robi. Piszę o tym, co się dzieje, gdy spróbuje się – na jakiś czas – radykalnie ograniczyć codzienną konsumpcję. Oskubać ją do tego, co naprawdę niezbędne. Tymczasowy zakupowy post, na podjęcie którego zdecyduje się kilkanaście gospodarstw domowych z całej Polski, stanie się też częścią mojej codzienności. Na dwanaście eksperymentalnych miesięcy. Na cały roczny cykl.

Przez ten rok zaglądam do nie swoich portfeli, spiżarni, szaf i głów. Dowiaduję się, ile może kosztować przetrwanie, wykończenie mieszkania, zaproszenie na świat człowieka. Ile płacimy za poczucie bezpieczeństwa, szacunek, spokój. Jaka jest cena dostępu do zdrowia, wiedzy, czystego powietrza, wody, chlorofilu. Jak przeliczyć czas na pieniądze, pieniądze na przedmioty, przedmioty na relacje. Czy redukcja we wszystkich tych dziedzinach daje swobodę, a może wręcz przeciwnie – uwiera? Czy „mniej” w jednej dziedzinie oznacza „więcej” w innej? I dlaczego bilans między nimi nie chce się zgodzić?" (Fragment)

Marta Sapała - dziennikarka i felietonistka magazynu o podróżach "Voyage", współpracuje też m.in. z "Polityką". Napisała kilka książek, ale nigdy tak intymnych. Lubi się przyglądać, ceni długodystansowe relacje.

Opinie o ebooku Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków - Marta Sapała

Fragment ebooka Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków - Marta Sapała

Marta Sapała

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków

Copyright © Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o., 2014, 2018

Copyright © Marta Sapała, 2014, 2018

Redakcja:

Kamila Wrzesińska

Anna Zdrojewska-Żywiecka

Korekta:

Elżbieta Głogowska

Kamila Wrzesińska

Projekt okładki:

Ewelina Malinowska

Ilustracja na okładce:

Janek Koza

ISBN: 978-83-66117-82-2

Wydanie II

Grupa Wydawnicza Relacja

ul. Łowicka 25 lok. P-3

02-502 Warszawa

www.relacja.net

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

PO PIĘCIU LATACH. DALEJ

Pięć lat to kawał czasu. Nie opiszę Wam ze szczegółami, jak wygląda teraz codzienność Agaty, Przemka czy Idy. Życie faluje, jedna zmiana przychodzi za kolejną. To, co wciąż nas łączy, to pewnie świadomość, że gdy chce się zachować zakupową przytomność, nie ma prostych rozwiązań.

U nas, prawie pięć lat po zakończeniu roku bez zakupów – delikatna równowaga. Dzik dorasta szybciej, niżbym chciała, debiutuje jako uczeń, czasem zaskakując mnie pytaniem, które świadczy o tym, że jego świadomość konsekwencji zakupowych wyborów jest z pewnością większa niż u mnie na podobnym etapie, ale zalicza też oczarowania, które są udziałem dzieci w jego wieku: gazetki, katalogi Lego, szkolny sklepik. Od jakiegoś czasu jest z nami jego młodszy brat, którego nazywamy Bizonem. Niedawno skończył trzy lata i każdego dnia pokazuje, jak niewielkie materialne potrzeby ma człowiek, który debiutuje na świecie. Nocami, gdy dzieci już śpią, chodzimy z R. po śmietnikach.

W spożywczych odpadkach siedzę już od jakiegoś czasu. Oglądam tę smutną obfitość z każdej strony. I choć można by powiedzieć, że z jednej strony przeszłam na drugą, z miejsca, w którym minimalizuje się potrzeby, tam, gdzie hasłem przewodnim jest „za dużo”, to jest to ta sama droga, która zaczęła się sześć lat temu, gdy wspólnie zaczęliśmy testować nasze konsumpcyjne granice. Najwyraźniej nie da się z niej zawrócić.

Pięć lat to mnóstwo konsumpcyjnych decyzji – każdego dnia podejmuję ich pewnie z kilkadziesiąt. Każda, nawet ta drobna, wydaje się – zwłaszcza dla kogoś, kto stara się zachować zakupową przytomność – istotna. Jasne, warto ciułać drobne gesty, kolekcjonować je, tak jak wyłuskuje się z rynkowej oferty gadżety dla uświadomionych. Warzywa od znajomego rolnika, kawa z kooperatywy, kiecka z second handu, kosmetyki bez miki. To, po krótkim treningu, nawet nie jest trudne. Najtrudniejsze są wybory, których dokonuje się rzadko, raz na pięć lat, czasem tylko raz w życiu. Ich ogarnięcie jest trudniejsze niż w wypadku wyboru kawy czy sukienki, a konsekwencje – często nieoczywiste.

Tych wyborów jest wiele: gdzie trzymasz pieniądze, komu powierzasz ubezpieczenie swojego życia i mienia, komu płacisz za możliwość oglądania ulubionych seriali (i czy w ogóle płacisz), z kim wędrujesz przez internet i czy robiąc to, zostawiasz po sobie dużo śladów. Od kogo kupujesz paliwo, z kim decydujesz się zawrzeć długoletni sojusz dotyczący edukacji twoich dzieci, kto wybudował mury twojego mieszkania, kto wypalił płytki albo ściął drewno, którym wyłożyłeś podłogi, kto je ogrzewa, kto wrzuca (lub nie) listy do Twojej skrzynki. Wreszcie – i pewnie najtrudniejsze – dla kogo pracujesz, kto czerpie korzyści z Twojej aktywności.

– Wiesz, kilka dni temu nie przyjęłam zlecenia od pewnej firmy – napisała mi ostatnio jedna z bohaterek „Mniej”. – Z powodów etycznych, tak bym je nazwała. Straciłam kupę forsy. Ale satysfakcji, że nie wspieram już przedsiębiorstwa, którego działalność przynosi szkodę nam wszystkim, nie da się przeliczyć na pieniądze.

Zastanawiałyśmy się potem, co jest ważne przy podejmowaniu takich decyzji. Odwaga? Świadomość? Pięć lat temu, gdy wydawało mi się, że z grubsza ogarnęłam, z czego składa się wzór na dobre konsumpcyjne życie (powściągliwość, zaufanie, uważność i pewna doza odwagi), pewnie byłoby łatwiej to określić. Teraz – nie wiem. Jedyne, czego jestem pewna, to tego, że w kwestiach, w których trzeba zachować zakupową przytomność, nie da się przejść na automat.

Marta Sapała, maj 2018 r.

Codzienność składa się z powtarzalnych modułów. Dzień, miesiąc, rok. Ale też badania okresowe, urodzinowe przyjęcia, wakacje. Porody, przeprowadzki, inicjacje przedszkolne i szkolne. Remonty, rozstania i spotkania. Choroby. Koncerty zespołu, który kocha się tak bardzo, że jeździ się za nim po całym kontynencie. Huragany, klęski urodzaju, wiosny, które przemykają niemal bez śladu, wyjątkowo długie zimy.

Ale również zeznania podatkowe, nieopłacone rachunki, dodatki za wczasy pod gruszą. Nagłe przypływy forsy, zwolnienia z pracy. Kurs franka tak wysoki, że chce się pisać podanie o eksmisję. Kompulsywne decyzje zakupowe, zwroty obarczone poczuciem winy. Wyprzedaże, na które się czeka albo których się nie zauważa. Świątki i piątki, soboty podobne do siebie, bo każda spędzona w centrum handlowym. Albo nie.

Wszystkie książki o eksperymentach z codziennością (a przez ten rok przeczytałam ich trochę) zaczynają się podobnie – od opisu przełomowego wydarzenia, które zmusza autora do wymiany dotychczasowej rutyny na inną. Przełomowe wydarzenie bywa na ogół związane ze zmęczeniem, przeciążeniem, wypaleniem. Więcej nie dam rady, zaraz się rozpadnę, a w ogóle to dokąd ten świat zmierza? Więc albo-albo. Stop. Zmiana. Odstawić elektronikę, rozstać się z samochodem, przestać robić zakupy.

I w tym wypadku jest podobnie. Okoliczności są wprawdzie inne, ale zmiana – ta sama, z gatunku przełomowych. Od półtora roku – odkąd jestem matką – moszczę się w nowej rzeczywistości. Wcześniej życie upływało mi w nieustannym ruchu, w przeciągu, bez etatu, za to wśród zleceń, generowanych przez kolejne wyjazdy. Gdy rodzi się nasz syn, chaotyczna dotąd codzienność wygładza się i porządkuje. Dzieli na równe odcinki. Ćwiczę się w powtarzalnych ruchach, decyzjach, wydatkach. Zwalniam. Redukuję się. Mniej pracuję, mniej zarabiam, mniej wydaję. Jest mnie mniej wszędzie tam, na zewnątrz, a zdecydowanie więcej tu – w domu. Mam więc, teoretycznie, więcej czasu, ale też nigdy wcześniej nie miałam go tak mało dla samej siebie.

Gdy zaczynam oglądać ten nowy rozkład sił między „mniej” a „więcej”, wpleciony w swoją codzienność, zaczynam się zastanawiać: jak to wygląda u innych?

Ta książka wzięła się więc z ciekawości codzienności. Własnej, ale też cudzej.

Nie pamiętam już, kiedy i dlaczego przyszło mi do głowy, że kluczem do codzienności może być portfel. Jego zawartość (bądź jej brak) i to, co się z nią robi. Być może to wynik mojej nowej życiowej sytuacji, a może – echo ekonomicznego tąpnięcia, które dotarło przecież i do Polski, zmuszając wielu z nas do szukania nowej konsumpcyjnej strategii, nie mam pewności. Chcę jednak to sprawdzić. I napisać o tym, co się dzieje, gdy spróbuje się – na jakiś czas – radykalnie ograniczyć codzienną konsumpcję. Oskubać ją do tego, co naprawdę niezbędne. Tymczasowy zakupowy post, na podjęcie którego zdecyduje się kilkanaście gospodarstw domowych z całej Polski, stanie się też częścią mojej codzienności. Na dwanaście eksperymentalnych miesięcy. Na cały roczny cykl.

Przez ten rok będę zaglądać do nie swoich portfeli, spiżarni, szaf i głów. Dowiem się wielu rzeczy: ile może kosztować przetrwanie, wykończenie mieszkania, zaproszenie na świat człowieka, ile – jego wyekwipowanie na dalszą drogę. Razem ze wspólnikami w konsumpcyjnym poście przyjrzymy się temu, ile (oraz jak) się obecnie płaci za poczucie bezpieczeństwa, szacunek, spokój, jaki jest koszt dobrych relacji ze światem, a jaki – samowystarczalności. Jaka jest cena dostępu do zdrowia, wiedzy, czystego powietrza, wody, chlorofilu. Jak przeliczyć czas na pieniądze, pieniądze na przedmioty, przedmioty na relacje oraz czy redukcja we wszystkich tych dziedzinach uskrzydla, a może wręcz przeciwnie – uwiera?

Spróbujemy dowiedzieć się, czy „mniej” w jednej dziedzinie oznacza „więcej” w innej.

I dlaczego bilans między nimi nie zawsze się zgadza.

Wspólników werbuję w internecie. Na ogłoszenie („szukam zakupowych ascetów/skąpców/finansowych minimalistów”) odpowiada blisko 50 osób. Piszą: „chcę się sprawdzić”, „ratunku, potrzebuję odwyku”, „idę na wychowawczy i będziemy mieli jedną pensję mniej”, „jestem minimalistką i nie wyobrażam sobie już innego życia”.

Ida (30 lat) przysyła mejla: „Wchodzę w to. Sama jestem ciekawa, co by tu jeszcze można”. Umawiamy się w Łazienkach. Przyjeżdża na rowerze – smukła, obcięta na zapałkę, ubrana z rozbrajającą nonszalancją kogoś, kto żyje w świecie kompletnej stylistycznej wolności, poza strefą wpływów modowych doktrynerów. Siadamy na ławce pod Podchorążówką, jak na sygnał wciskamy dłonie w torby i wyłuskujemy z nich termosy. U niej woda, u mnie herbata. Stal nierdzewna, made in Switzerland, jeden z tych gadżetów, który ma na tyle rozpoznawalny kształt, że wywołuje natychmiastową identyfikację. Czy w innych okolicznościach zbieżność naszych konsumpcyjnych gustów mogłaby być podkładem do nawiązania przyjaźni?

Dzięki Idzie do grupy trafia Aleksandra (31 lat) – jej przyjaciółka z ogólniaka. Skandynawska blondynka o bałkańskim pochodzeniu wygląda tak, jakby wszystko, co ma na sobie, przed chwilą ściągnęła z wystawowego manekina (w bardzo drogim sklepie): – Jestem korpodziewczyną. Prowadzę korpożycie.

Aleksandra mieszka w ogrodzonym apartamentowcu na warszawskim Mokotowie. Pracuje w wieżowcu tuż obok, po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Najkrótsza droga między domem a pracą prowadzi przez galerię handlową. Ola korzysta z niej kilka razy dziennie; oś jej codzienności biegnie więc równolegle do jednego z handlowych pasaży. Galeria reguluje tryb jej dnia.

Rano, gdy maszeruje przez świeżo wymytą przestrzeń, sklepy są jeszcze zamknięte. Po południu jest tu znowu, je lunch z kolegami z biura. Wieczorem planuje kupić tylko chleb (ten, który jest w domu, zdążył już zamienić się w kamień), ale wychodzi z chlebem (który z dużym prawdopodobieństwem podzieli los poprzednika), siatką organicznych warzyw (zwiędną, bo Ola nie będzie miała siły ich przyrządzić), t-shirtem (była przecena), nowym lakierem do paznokci (widziała podobny kolor u asystentki działu). Rzuca galerii w paszczę 100 zł. Myto za przejście pobrane: – Wydaję wszystko, co zarabiam, na rzeczy, których nie potrzebuję. Co tydzień wyrzucam worek przeterminowanego żarcia. W szafie rośnie hałda t-shirtów, od siedzenia rośnie mi tyłek, więc co dwa miesiące kupuję dżinsy. Z puchnącym tyłkiem idą w parze złe wyniki krwi – mówi. – Mam dość. Chcę inaczej. Żeby zacząć zapisywać wydatki, musi kupić sobie ładny notes: – Może Moleskine?Stop. – Pierwsza pułapka.

Kolejni zgłaszają się Lena (32 lata) i Bogdan (34 lata): – Zdarza się, że muszę bardzo się starać, by znów nie wyjść na zakupy. Mieszkają z dwójką dzieci w 200-tysięcznym mieście w centralnej Polsce. Lena, specjalistka od turystyki, od urodzenia pierwszego dziecka nie pracuje; dorabia szyciem. Jest też doulą, czyli kobietą, która towarzyszy rodzącej. Kiedyś zajmowały się tym doświadczone siostry, matki, kobiety ze wspólnoty, teraz stało się to płatną usługą. Niezbyt jeszcze popularną – w ogólnopolskim stowarzyszeniu, do którego należy Lena, jest jakieś 120 wykwalifikowanych doul. Dyżur zdarza się Lenie kilka razy w roku. Wciąż niewiele kobiet decyduje się zapłacić kilkaset zł za przyjemność rodzenia w fachowym i przyjaznym towarzystwie.

Mimo że Lena w dorabianiu wykazuje się mrówczym wręcz heroizmem, zdarzają się miesiące, że po opłaceniu wszystkich rachunków zostaje im 600 zł. Próbowali już kiedyś żyć bez kupowania, skapitulowali po tygodniu.

Szczecinianka Aneta (32 lata) zaczyna od ostrożnej deklaracji: – Wchodzimyw to razem, ja, mąż, 2,5-letni synek i 84-letnia babcia. Ale tylko na miesiąc! Chciałaby żyć za 200 zł tygodniowo, w tej chwili wydaje około 400.

Przemysława (lat 38) namawiam przez kilka tygodni. Opiera się. Pomaga przypadek: jego rodzice dojrzewają do zmiany miejsca zamieszkania. Oboje na emeryturze, chcą się wyprowadzić z miedziowego zagłębia Polski gdzieś, gdzie zieleń nie jest reglamentowana, cisza – łatwo dostępna, a woda i powietrze – czyste. Pada na miasteczko pod Wrocławiem. Widok na Ślężę, łagodny dla starzejących się ciał krajobraz, dom w stanie surowym. Brak tylko funduszy. Przemysław decyduje się zaciągnąć kredyt na połowę domu, żeby pomóc im zrealizować marzenie: – Teraz nie mam wyjścia. Muszę ograniczyć konsumpcję. Ograniczy, wiem.

„Żyjemy pięknie i minimalistycznie” – piszą Maja i Adam, 30-latkowie z Warmii. Mieszkają z dwójką przedszkolaków na wsi pod Olsztynem, w dwupokoleniowym domu; oni na górze, teściowie na dole. Żyją w gospodarskim rytmie. Chleb na zakwasie pieczony dwa razy w tygodniu. Mleko od sąsiada, pięć litrów co drugi dzień. Powstaje z tego masło, twaróg, śmietana. Kiedyś, gdy Maja dojeżdżała do pracy w jednej z olsztyńskich korporacji, mieli kozy. Doiła je dwa razy dziennie: o świcie i zaraz po powrocie z biura. Z kóz przerzucili się na maliny; właśnie jadą po sadzonki. Obsadzą nimi 40 arów: wystarczy i dla całej rodziny, i dla małej lodziarni z Olsztyna, która jako jedyna w mieście kręci sorbety z prawdziwych owoców.

Z Krakowa zgłaszają się Anna i Wołodymyr. Ona – Polka, on – Ukrainiec. Są rodzicami blisko rocznej Marty, mają po 25 lat, oboje ładni, zasobni w entuzjazm, ale nie w pieniądze. Anna kończy psychologię, Wołodymyr dorabia pieczeniem ciast na zamówienie. „Film o żarówce1. To on jest odpowiedzialny. Naprawdę nami wstrząsnął” – pisze Anna. „Uświadomiłam sobie, na jak niewiele rzeczy mamy już wpływ. A ja chcę mieć wpływ na cokolwiek. Poza tym zarabiamy tak mało, że po prostu nie stać nas na zbędne rzeczy”.

W oszczędnym życiu wprawę ma też gdynianka Elżbieta (ekonomistka na państwowej posadzie, 36 lat). Odkąd pamięta, zapisuje sumę z każdego paragonu, raz w roku robi razem z mężem Piotrem (37 lat) spis przewidywanych wydatków i trzyma się go co do joty. Nigdy nie miała debetu na koncie. Udziałem w doświadczeniu chce zrekompensować przymusową redukcję domowego budżetu – płatny macierzyński skończył się cztery miesiące temu.

„Skontaktuj się z Marią” – przychodzi mejl. „Nie znam bardziej gospodarnej osoby”. Maria (36 lat) mieszka z mężem Tomaszem (34 lata) na podlaskiej wsi; z wyboru, bo oboje przyszli na świat w Warszawie. 15 km za Sławatyczami mają kilka hektarów zboża, warzywniak, sad. Kupują tylko to, co niezbędne. W ich domu nie ma ani jednego sprzętu o sklepowym pochodzeniu, wszystkie dostali od rodziny i przyjaciół. Gotują na kuchni opalanej węglem, piorą w orzechach2, a litr Ludwika starcza im na rok. Właściwie niczego nie wyrzucają; ostatnio do śmieci powędrowały resztki t-shirta, który Tomasz miał na sobie, gdy poznał Marię. Jakieś 20 lat temu.

– Zdążyliśmy? – pytają Magda (28 lata) i Kuba (34 lat), Wielkopolanie na islandzkiej emigracji. W wiecznym biegu, też zakupowym, w wiecznym rozdarciu między impulsem a wyrzutem sumienia.

Agata i Gustaw długo rozmawiają o tym, czy się zaangażować, czy nie. Oszczędnej z natury Agacie (lat 33) podoba się pomysł jeszcze większego ograniczenia wydatków, Gustaw (lat 37) jest nieufny. – Jak to tak? Mam wybebeszyć portfel i pokazać publicznie jego zawartość? – Przecież będziemy anonimowi – przekonuje go w końcu Agata3.

Jest jeszcze Sylwia, która diagnozuje w sobie konsumpcyjną namiętność o obezwładniającej niekiedy sile. Długo korespondujemy, ustalamy szczegóły. Gdy zbliża się 1 kwietnia, Sylwia rezygnuje: – Potrzebuję psychoterapii, a nie udziału w eksperymencie.

Więc, ostatecznie: dwunastka. Razem z moją rodziną (37-letni R., 1,5-roczny Dzik i ja, 38-latka). Dziesięć rodzin (w tym dwie wielopokoleniowe) i dwójka singli. Jedna matka z córkami i dwie kobiety w ciąży.

Jest wśród nas stolarz, przedszkolanka, ekonomistka, informatyk, rolnik, urzędniczka w ministerstwie, doula, redaktorka, art director w agencji reklamowej, inżynier środowiska, przedsiębiorca, fotograf, specjalistka w korporacji.

Mamy gdzie mieszkać. We wrocławskiej kawalerce, wielkiej płycie w Skawinie, apartamencie w poniemieckiej kamienicy albo stumetrowym mieszkaniu w Reykjaviku. Nasze miejsca do życia odziedziczyliśmy albo kupiliśmy – za pieniądze zarobione, pożyczone od banku albo podarowane, na przykład od rodziców. Niektórzy z nas wynajmują, korzystają ze spółdzielczego prawa do lokalu albo z tego, co zapewnia miasto w ramach gospodarowania komunalnymi zasobami.

Zarabiamy – różnie. Radykalnie mniej niż średnia krajowa4 albo kilkakrotnie więcej. Po odjęciu stałych wydatków5 zostaje nam na życie od 600 do 6000 zł miesięcznie. Począwszy od 1 kwietnia i przez najbliższe 12 miesięcy będziemy starać się wydawać ich mniej. Najmniej jak się da. Tylko na to, co naprawdę niezbędne.

OSTATNI TYDZIEŃ

Zasady? Nie istnieją. Każdy ustala je sam, osobiście definiując „niezbędność”.

A to okazuje się wcale nie być proste. Kwestia pierwsza: w oparciu o co je ustalać? Zapotrzebowanie średniokrajowe czy osobiste?

M., znajoma dziennikarka, oblatana w tematach z zakresu polityki społecznej, podrzuca, jako potencjalny drogowskaz na drodze do zakupowej redukcji, wskaźnik minimum egzystencji.

Kategoria, która została stworzona w Instytucie Pracy i Spraw Socjalnych do pomiaru jakości życia na ekonomicznym marginesie, bezceremonialnie obchodzi się z pojęciem niezbędności. W koszyku wydatków człowieka, który funkcjonuje na granicy biologicznego przetrwania, jest miejsce wyłącznie na podstawowe zakupy spożywcze, najtańsze leki, mydło, proszek do prania, jedną parę tanich butów rocznie. Modelowy przymusowy antykonsumpcjonista leczy się wyłącznie w państwowej służbie zdrowia, nie kupuje ubrań (dostaje je z darów), nie wydaje pieniędzy na transport (jeździ na gapę albo chodzi pieszo), nie używa komórki, nie chodzi do kina, a jeśli urlopuje, to wyłącznie za darmo. Nałogów nie posiada, a nawet jeśli – potrafi je skutecznie poskramiać. Nawet spożywcze. Czekolada? Wykluczona. Kawa? Zbyteczny luksus. Życie na krawędzi biologicznego przetrwania dostatecznie podnosi ciśnienie.

Kwestia kolejna: czym właściwie jest niezbędność?

Jeśli przyjrzeć się jej etymologicznie6, okazuje się, że to słowo-nieporozumienie, słowo-kolizja, które powstało w XVIII w. w wyniku zecerskiej niechlujności. W staropolszczyźnie niezbednymbyło wszystko, co zdawało się przykre, natrętne, nieuchronne – na przykład śmierć, choroba, głód, nieurodzaj, wszystkie troski związane z codzienną egzystencją. Odkąd jednak druga z kolei litera „e” w niezbedności została wzbogacona przez nieuważnego (a może nadgorliwego?) pracownika drukarni o haczyk, wyrażenie zaczęło nabierać nowego znaczenia. Od „tego, przed czym nie można się uchronić” przez „to, czego nie należy się pozbywać”, po właśnie takie, jak ma dziś.

Słownik języka polskiego nie zostawia miejsca na wolne interpretacje: niezbędny to taki, bez którego nie można przetrwać. Koniec. Kropka. Czyli co? Powrót do punktu wyjścia: minimum egzystencji – czyli naukowego modelu, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Więcej możliwości dają synonimy: niezastąpiony, pierwszej potrzeby. Dzięki nim można dopasować definicję niezbędności do własnych potrzeb.

Bo na przykład Idzie z Ząbek – niezbędna jest czekolada. Jedna tygodniowo. Od czasu do czasu papieros: – Nie mam zamiaru całkowicie zrezygnować z fajek.

Na osobistej skali niezastąpionych potrzeb Leny wyprawy do sklepów są wyżej położone niż to, co się w ich wyniku pozyskuje. Rajdy między półkami ją odprężają. Można więc powiedzieć, że w jej wypadku liczy się proces, a nie efekt.

Przemysławowi, który od niedawna znów testuje, z czym wiąże się prowadzenie pojedynczego gospodarstwa domowego, potrzebne jest bycie wśród ludzi: – Nie oczekuj, że zrezygnuję z wyjść do knajp ze znajomymi. Zrezygnuję za to z długich rachunków.

Magda i Kuba z Islandii odświeżają pojęcie, oglądają je z każdej strony: aktualnie wydaje im się, że właściwie nic nie jest niezbędne. Ale ten etap może trwać dzień, tydzień, dwa. Nigdy nie wiadomo, kiedy wykiełkuje nowa potrzeba. – Spróbuję odpuścić sobie wizyty w lumpeksach – broni się Elżbieta z Gdyni – Spróbuję. Bywa, że to moja jedyna rozrywka.

Reprezentantki wsi warmińskiej (Maja) oraz podlaskiej (Maria) mają pojęcie „niezbędności” przepracowane, przetestowane, na wskroś przenicowane. Niezbędne jest to, czego nie da się samodzielnie wyhodować, uszyć, złożyć, wymienić, dostać. Sól, ropa, zapałki, żarówki, gwoździe, pasta do zębów, mydło. Choć i to ostatnie lada moment wypadnie poza kategorię: Maria myśli o robieniu własnego. Tomasz, jej mąż, uważa zaś codzienne skrupulatne zabiegi higieniczne za cywilizacyjny kaprys; w zasadzie kąpie się wyłącznie dlatego, że jej zależy.

Gdyby było to możliwe, Maria i Tomasz całkowicie pożegnaliby się z klasycznym sposobem robienia zakupów. Ale nie jest. Wieś pod białoruską granicą, w której mieszkają – kiedyś zwarta ulicówka – w zastraszającym tempie się wyludnia. W miejscach, w których jeszcze dwie dekady temu stały zagrody zbite z wyszorowanych, szarych desek, wygryzło już nawet fundamenty. Tylko roślinność się trzyma; wciąż owocujące jabłonie o dawno nieprzycinanych koronach, kiedyś przytulone do nieistniejących zabudowań, są jak znak: tu był dom.

Rolników, którzy tworzą nieoficjalną grupę barterowych wymian, jest coraz mniej. Rynek wysysa wszystkich, którzy mogą mu przynieść jakąś korzyść. Młodzi – wyjeżdżają do Warszawy, gdzie szybko znajdują pracę: KRUS-owskie ubezpieczenie daje im przewagę w tłumie złaknionych choć tymczasowego zatrudnienia. Ci, którzy zostają, są już dobrze po pięćdziesiątce, mają spaloną skórę i poalkoholową mgłę w oczach. Produkcyjny bilans całej wsi jest bliski zeru. W komplecie z mlekiem od jednej z ostatnich krów Maria dostaje od dostarczającego je sąsiada zestaw żalów, że tak trudno mu znaleźć robotę. Bo gdyby ją znalazł, to wziąłby kredyt jak ludzie. Rzucił wszystko w diabły i przeprowadziłby się do domku pod Białą. Z wystrzyżonym trawnikiem i tujami.

Swoją własną listę niezbędności konstruuję w oparciu o wykluczenia. Koniec z knajpami. Z kawą ze spienionym mlekiem, z pizzą, z sushi, masalą dosą z Nowogrodzkiej, hot dogiem z Ikei. Koniec ze spontanicznymi wizytami w H&M, Empiku, Kuchniach Świata, włoskim sklepie Piccola Italia, w którym czasem zdarza mi się kupić kilka plastrów suszonej szynki. R., którego firma znajduje się w wieżowcu wyposażonym we wszelkie korporacyjne udogodnienia (jedno piętro jest w całości zajęte przez biurowe kantyny, w których pracownicy kupują przygotowane z półfabrykatów obiady), będzie nosił żarcie do pracy. – Wyłamanie się z biurowego rytuału wspólnego wychodzenia na obiad może być trudniejsze niż rzucenie fajek – mówi. Na to drugie zresztą – też się zanosi.

Koniec z kinem, basenem, autem wykorzystywanym jako środek transportu na trasie dom-praca. Żegnamy się ze wszystkim, co wykracza poza definicję „podstawowego produktu spożywczego”, z pigułkami, które nie leczą, a jedynie (teoretycznie) chronią przed zachorowaniem, z kosmetykami, których jedynym zadaniem jest pielęgnowanie złudzeń. Mydło, szampon, pasta do zębów, dezodorant, papier toaletowy – na obecnym etapie wydają nam się niezbędne. Nowe perfumy – zdecydowanie nie. – Co zrobisz, jak skończy ci się tusz do rzęs? – pyta M. Uświadamiam sobie, że nigdy nie widziałam jej bez wytuszowanych rzęs. – Nie wiem. Liczę na to, że się nie skończy. Mam jedną sztukę w zapasie.

Zapasy. Oficjalne i ukryte. Szafki, półki, kredensy, pawlacze, piwnice, stryszki – tajne składowiska tego, co już niepotrzebne, i tego, co może się przydać. Wszyscy je mamy.

U Idy: siedem paczek makaronu, trzy – jaglanki, dwie – grochu, trzy słoiki uratowanych przed zagładą malin (warzywniak na Mokotowie, jesień 2011: – O, te już prawie pływają, sprzedam pani kilogram za symboliczne 2 zł).

U Leny: szuflada pełna lakierów do paznokci.

W Reykjaviku: półka nieprzeczytanych, kupowanych w amoku książek. Zamrażarka pełna zmrożonych, grzechoczących torebek. Magda już planuje, co do niej załaduje, gdy już ją opróżni. Ryby prosto z kutra. Może homary – kupowane bezpośrednio od islandzkiego rybaka są tańsze niż łosoś w polskim supermarkecie. Połówkę prosiaka, zamówioną w rzeźni. Weźmie ją w całości, studiowała w końcu weterynarię, wie, jak oprawić i podzielić mięso.

Szczecinianie, Aneta i Sebastian, zapasów właściwie nie mają. Poza herbatą ze skrzypu („Będę pić ją zamiast zielonej, ale wyłącznie w niedziele, bo jest moczopędna”) i ziemniakami. Aneta kupiła je w hurcie, 30 kg, kilkanaście dni temu. Teraz próbuje je gorączkowo zutylizować, zanim sprowokowane wiosennym powietrzem puszczą pędy. Serwuje ziemniaki gotowane, smażone, pieczone, tarte, w plackach, kluskach, blinach i zupie. W ósmym dniu kartoflanej monodiety Sebastian nieśmiało protestuje: – Makaron?

Zapas barwników do tkanin sprawia, że Agacie niestraszny rok bez nowych ubrań. Gdy któraś ze szmat wylinieje, wystarczy, że wrzuci ją do pralki z porcją koloru w proszku.

W lodówce u Aleksandry jest pusto. Za to w łazience – minidrogeria: zapasy płynów, emulsji, kremów, proszków, past. Do twarzy, ciała, oczu, ust, dłoni, stóp, bioder. Do zmydlania, wcierania, zdrapywania, zakrywania, zapachów tłumienia. – Na razie nie jestem w staniez niczego zrezygnować. Ale nie kupię niczego nowego, dopóki nie zużyję tego, co mam.

Indyk. Królik. Golonka z dzika. Cielęcina karmiona ekologiczną paszą. Domowa parzona szynka. Oscypek wielki jak wrzeciono. Marchew, buraki i pasternak z rodzinnego kopca. Mąka chlebowa, mąka tortowa, mąka z ciecierzycy, resztka mąki z kasztanów, przywiezionej kiedyś z Toskanii. Makaron. Ryż. Kilka paczek strączkowych, pomidory w puszkach, pomidory w kartonach, ogórki w słoikach, przetarte, na zupę. Słoik kapusty zakiszonej przez teściową. Dwa litry oliwy, roczny zapas balsamico, butelka oleju sezamowego – nigdy nieotwarta, choć już przeterminowana. Tahini. Pasta z pestek dyni. Sześć rodzajów soli. Cukier taki i śmaki. Litrowy słój miodu z Gór Świętokrzyskich. Cała szuflada przypraw. Zapas kawy, który powinien starczyć na dłużej niż rok; kawę w naszym domu w zasadzie piją tylko goście. Dywizja blaszanych pudełek z herbatą: czarna, zielona, oolong, biała, owocowa, ziołowa.

Jesteśmy gotowi.

Lena nie robi zapasów: – Nakupować teraz, żeby nie robić tego później? To byłoby oszustwo.

Krakowianie, Anna i Wołodymyr, też nie gromadzą, nie mają za co, żyją z tygodnia na tydzień, kupując tylko to, co zużywa się na bieżąco.

U Agaty spokojnie: brak pokus i założenie, że jeśli się pojawią, będzie im stawiać czoła na bieżąco. Wśród zapasów na trudne czasy: trzy książki i dwie płyty. Agata nie korzysta z bibliotek po tym, jak kilka razy zapłaciła karę za zbyt długie przetrzymanie książki. Na co dzień zdyscyplinowana i obowiązkowa, pielęgnuje w sobie małe obszary niedopasowania do zewnętrznych oczekiwań. Dlaczego padło akurat na bibliotekę? Ma zamiar się później temu przyjrzeć.

Strategia? Okopać się na pozycjach, zminimalizować późniejsze dylematy. W jej ramach kupuję wiosenną kurtkę, buty dla 1,5-rocznego syna, który zupełnie niespodziewanie wyskoczył z dotychczasowych, klocki duplo, zestaw haków do gospodarczej szafy, by wreszcie zrobić w niej porządek. Na trzy dni przed upływem godziny zero odkrywam, że wyczerpałam do cna limit swojej karty kredytowej. Po raz pierwszy w historii. Jakby tego było mało: przeskoczyłam go o 134 zł. Debet w kredycie – myślałam, że to niemożliwe. Zostało jeszcze tyle czasu, a nie ma za co kupować.

Lena, niesiona falą przedstartowego entuzjazmu, chce nie tylko ograniczyć się zakupowo, ale i materialnie. Szukając w sieci informacji o współczesnych wyznawcach redukcji, trafia na stronę naczelnego proroka minimalizmu, Leo Babauty. Czyta do 2. w nocy, z wypiekami: o zakupoholizmie, o infoholizmie i o tym, że orężem, który pozwala rozprawić się z każdym „izmem” w godny minimalisty sposób, jest maksymalna asceza. Dokładniej: ograniczenie stanu swego personalnego doczesnego posiadania do najwyżej 100 rzeczy. Leo Babauta, guru ruchu uwalniania od posiadania, ma ich 43 i wciąż się redukuje; na blogu regularnie informuje miliony wyznawców o swoich postępach.

Lenie daleko do Leo Babauty: oprócz baterii lakierów do paznokci w szufladzie trzyma w szafie prawie 30 par butów, w komórce: ponad tuzin ścierek z mikrofibry, a na stryszku w kartonach – dziesiątki kuponów drukowanej bawełny, które w nomenklaturze osób zajmujących się rękodziełem nazywane są „tłustymi ćwiartkami”7. Lena szyje z nich tekstylne drobiazgi, rozchwytywane przez młode matki zauroczone „hendmejdem”. Sprzedaje je za pośrednictwem internetu, czasem dorabiając w ten sposób i kilkaset zł miesięcznie. Ponieważ zdaje sobie sprawę, że radykalne minimalizowanie materialnej rzeczywistości w jej sytuacji może być zwyczajnie nieopłacalne, na początek poddaje redukcji garderobę. Robi czystkę w butach, w kurtkach, w bieliźnie. W Lenie gotuje się krew, Lena płonie, metodycznie wypalając bałagan wokół siebie: – Mam się wstrzymać do 1 kwietnia? Niemożliwe. Mąż wniebowzięty.

Sebastian, mąż Anety, przynosi do domu rowerowy fotelik dla Ignacego. Używany. Fotelik jest częścią nowego transportowego planu dla rodziny. Aneta chce przestać jeździć tramwajami, Sebastian – na rzecz roweru porzucić auto. Od poniedziałku i pod warunkiem, że się ociepli. Prognozy na razie na to nie wskazują.

Ekonomistka Elżbieta, przyzwyczajona do metodycznego działania, robi plan: raz – wykorzystać zapasy, dwa – oddać, wymienić, spieniężyć to, co niepotrzebne, trzy – załatać dziury we wszystkich męskich spodniach, cztery – pożegnać kupowane słodycze, pięć – odłożyć 100 zł miesięcznie. I tak do dziesięciu. Starszy syn Eli i Piotra, Darek, za osiem dni kończy trzy lata. Ela kupuje więc, awansem, duplo. Wciąż jeszcze jej wolno.

Karta kredytowa wciąż martwa, bez szans na szybką reanimację. A potrzeby się mnożą. Rano nadkrusza mi się dolna ósemka, rehabilitant radzi zakup wkładek do butów. Adidasy, których używam od kilku lat, rozpadają się w momencie, w którym planuję im przyszłość na najbliższe półrocze. Do kosza. Choć nie mam za co kupować, nagle chce mi się wchodzić do sklepów, których wcześniej nawet nie zauważałam.

R. wraca od mechanika, przygotowuje samochód na rok konsumpcyjnych wyrzeczeń:

– Kochanie, mechanik zaproponował mi kołpaki na koła. Cztery.

– Potrzebujemy dwóch.

– Ale on sprzedaje je tylko w komplecie. Okazyjnie. Weźmy cztery.

– Potrzebujemy dwóch.

– Weźmy cztery nowe, najwyżej sprzedam dwa stare.

Nasze auto ma 11 lat. Bez kołpaków jeździ od pierwszego miesiąca swego życia. Podobnie jak bez bocznych listw. To, co dało się z niego w miarę bezproblemowo zdrapać, zostało już zdrapane. Trafiło najprawdopodobniej do drugiego obiegu.

OSTATNI DZIEŃ

Dziś jeszcze można kupować bez ograniczeń.

U Mai, Anny, Przemysława: wyciszenie, ostatnia sobota mija jak typowa polska sobota sprzed rewolucji w handlu, której efektem jest utrwalenie się nowego obyczaju: kolektywnego robienia zakupów pod wielkoformatowym dachem8. Mija bardziej lub mniej towarzysko, za to spokojnie, bez konsumpcyjnych ekscesów.

Lena, robiąc zwyczajową spożywczą rundkę po Tesco, rezygnuje z dżinsów za 36 zł. „Osłabłam, z niczym nie walczę, dążę do zmian wewnętrznych – może to prolaktyna, nie ja?” – pisze.

Kebab w picie i megakebab w grubym cieście – Aneta z Sebastianem jedzą ostatni obiad na mieście. Od jutra koniec ze stołowaniem się poza domem. A przy okazji ze słodyczami: dość krówek, lodów, coli. Zamiast nich będą suszone owoce, orzechy, miód. Redukcja nie tylko kaloryczna.

Elżbieta skanuje wnętrze szafek: rzędy torebek z kaszą, ryżem, mąką, 3 kg cukru, 4 kg proszku do prania, zapas filtrów do wody: – Powinniśmy wytrzymać – mówi do męża.

Na Islandii rzucili iPadami. Dla posiadaczy abonamentów: za pół ceny! – Kupować? – Kuba dzwoni z nowiną do żony, drży mu głos. Magda kipi: jak to, ona postanawia żyć minimalistycznie, a tu taka okazja? – Nie! Oszczędnie teraz żyjemy, pamiętasz? Gdy odkłada słuchawkę, uświadamia sobie, że gdyby wrzucić iPada w koszty, po odjęciu VAT-u – byłby jak za ćwierć ceny!

Zakup, który można nazwać kluczowym dla dalszego rozwoju akcji, ma miejsce na wschodzie Polski. Maria z Tomaszem podpisują umowę kredytową. Pierwszą w życiu. 60 tys. zł, kredyt dla rolnika, można go dostać w pięć minut. Fundusze pójdą na doklejenie pięciu hektarów ziemi do istniejącego gospodarstwa: jesienią pojawi się na niej 1000 jabłonek. Ponieważ trzeba je będzie ogrodzić przed smakoszami nadciągającymi z niedalekiego lasu, w pożyczkowym planie Maria uwzględniła też 7 tys. na zakup ogrodzenia: – Dobrze, że zdarzył się ten projekt. Będziemy musieli nauczyć się żyć z kredytem.

U mnie: warunki idealne do kupowania. R. wyjeżdża z Dzikiem na wieś. Wyschnięte konto – dzięki świeżo dostarczonemu honorarium – napełnia się z chlupotem, po korek.

Weekend odzyskany. Jadę autobusem do kosmetyczki. Pod żoliborskim Merkurym oglądam wiklinowe koszyki, to ostatni moment na uzupełnienie braków w systemie przechowywania – myślę. Gdy jednak wychodzę z gabinetu kosmetycznego, starta, rozjaśniona i wyprasowana, budka z wikliną jest już zamknięta. Jadę prosto do domu; nigdzie nie zaglądam. Jestem sobą rozczarowana; gdzie te torby z zapasami?

Wieczorem nowa warstwa tuszu na rzęsy, znów autobus. Kierunek: Delikatesy Esencja, restauracja tuż pod nosem jednego z warszawskich teatrów, ostatnia wieczerza. Wino, wołowina. K. i A., widocznie zaintrygowane, pytają o szczegóły. – Nie wytrzymałabym ani miesiąca – przyznaje K., przyjaciółka, która właśnie zakończyła podobny post. Był przymusowy, trwał dwa lata. Tyle czasu szukała nowego pracodawcy. Widać, że właśnie podpisała stałą umowę, ma na sobie nowy, piękny sweter.

Po powrocie siadam do komputera. Wypuszczam w świat zaległe przelewy. Odsyłam do spamu newslettery przysyłane mi przez sklepy internetowe. Drę kupony rabatowe. Niszczarka tnie na srebrne paski kartę kredytową; dziś upłynęła data jej ważności. Już mi nie będzie potrzebna.

Tuż przed północą rzutem na taśmę zamawiam skórzane półbuty dla Dzika. Ręcznie robione w Polsce. Rozmiar 24. Długo nie mogę zasnąć. Gdzieś w okolicach piątej rano zwracam to, co wchłonęłam w restauracji. Minimalizuję się, można powiedzieć, wewnętrznie. Żegnam się z obfitością.

<KWIECIEŃ. SPRZĄTANIE

Zaczyna się od porządków. Generalnych.

Może dlatego, że wiosna, odrodzenie tuż, tuż. Ciepłe powietrze uderza do głowy.

Może dlatego, że czysty dom to czysta głowa. Sprzątanie, a właściwie odgruzowywanie, to też pierwszy krok na drodze do minimalistycznego wtajemniczenia. „Zacznij od tego, co najprostsze” – radzi Dominique Loreau, autorka poradników dla tych, co chcą uporządkować swoje życie, ambasadorka prostoty o dalekowschodnim rodowodzie, w lukswydaniu9.

A może dlatego, że każda misja wymaga przygotowania. Misja antykonsumpcyjna – również. Żeby ograniczyć zakupy, trzeba się naocznie przekonać, ile się do tej pory kupiło.

No więc zaczyna się od porządków.

Aleksandra wynosi z sypialni torby z ciuchami. Jeszcze w marcu przyszła do niej przyjaciółka-stylistka – i zrobiła trzepanie szafy. Razem przejrzały całą garderobę, wyrzuciły 80 proc. ciuchów, zostawiły niezbędną bazę, zrobiły listę 11 „masthewów”10 (trencz, granatowa spódnica do pracy, bluzka w kwiaty, kolorowe balerinki), za którymi Ola ma się niespiesznie rozglądać. Ola zamknęła listę w pliku w smartfonie i stara się zachować wewnętrzny spokój, gdy codziennie przecina skrótem Galerię Mokotów. Nie jest to proste, bo już udało jej się wypatrzyć jedną z pozycji z listy: czarny trencz Hugo Bossa. Kosztuje ponad 2 tys. zł: – Może poczekam na przecenę?

Wypchane ciuchami torby lądują w bagażniku volvo, Aleksandra jedzie z nimi do przyjaciółki – Idy: – Ona wciąż chodzi w tych samych ciuchach, co w ogólniaku. Robi jej porządek w łazience (Przeterminowane? Wyrzuć! Wysuszony tusz? Do kosza. Naprawdę używasz tych olejków?), pomaga uporządkować domowe dokumenty, na kuchennym stole stawia pudełko: – Na rachunki. Ida wrzuca do niego garść pogniecionych paragonów, które upycha zazwyczaj po kieszeniach rowerowej kurtki. Potem otwiera okna. Zrywa znad drzwi wejściowych koc; nie potrzeba już wełnianego wsparcia w akcji obniżania rachunków za ogrzewanie. Dom, do którego wprowadziła się z córkami jesienią, tak mocno zaciąga się haustem wiosennego powietrza, że niemal dostaje hiperwentylacji.

Wolna przestrzeń pojawia się też u Leny i Bogdana. Lena akcję odgruzowywania zainicjowała jeszcze w połowie marca. Ubrania po dzieciach – oddała koleżance. Cztery ślubne komplety sztućców, nierozpakowane – kuzynce. Blaszane widelce z PRL-u oraz zdemontowane stalowe elementy ogrodzenia Bogdan wiezie na złom; wraca do domu i z dumą wręcza Lenie kilka przyjemnie niebieskich banknotów. Kolorofon, magnetowid, choinkowe świecidełka, kilkaset metrów kabli – wszystko to trafia do elektrośmieci. Pełzający po podłodze plastik wyprodukowany w Chinach – Lena chce przez moment zapakować i odesłać od kraju, w którym przyszedł na świat, ale w końcu ze starej firanki szyje worek na niezdyscyplinowane klocki. Podobny widziała w internecie. Miał chwytliwą nazwę Lay’n’Go, oznaczoną patentowym znakiem ®, i kosztował prawie 60 dolarów.

Gdy przeciera łysiejącym mopem oczyszczoną z zabawek powierzchnię, dociera do niej, że potrzeba jej... nowego mopa. Właśnie widziała go w supermarkecie. 90 zł – razem z pasującym wiadrem. Kupić? Nie kupić? Jeśli kupić, to może tak, żeby nie wyglądało na kupowanie?

W wiosennym amoku porządkowania jest coś pierwotnego. Sprzężonego z naturą, harmonizującego z pogodą, cyklem pół roku. Nie bez powodu amok wciska się w naturalną kalendarzową szczelinę. Między hibernację a wegetację. Tuż po tym, jak odpuścił mróz, ale jeszcze zanim ogrzała się ziemia. W porze pierwszych ciepłych, wciąż mocarnych wiatrów, które pozwalają otworzyć okna na przestrzał, domy zasysają świeże powietrze, wyciskając na zewnątrz produkty domowej przemiany materii. Wdech czy wydech, światowy bilans kurzu zostaje mniej więcej taki sam, ale cykliczny wiosenny akt porządkującej homeostazy jest konieczny – dla zachowania zdrowia domu i jego mieszkańców. Nie da się przeżyć całego życia w zamknięciu. Sprzątanie jest biologicznym imperatywem.

Mycie okien, wymiatanie kurzu spod sprzętów, wszystkie czynności składające się na ten amok mają więc wymiar przede wszystkim biologiczny. Ale i duchowy. Rytuał mycia i oczyszczania został zagospodarowany przez niemal każdy z wielkich systemów religijnych świata. W naszej strefie klimatycznej, choć jej podział na cztery pory roku coraz bardziej się zaciera, sprząta się zawsze przed pierwszym ważnym obrzędem w kalendarzu liturgicznym: katolicką Wielkanocą, żydowskim Pesach, prawosławną Paschą. Na Ukrainie, skąd pochodzi Wołodymyr, Wielkanoc przychodzi dwa tygodnie później niż w Polsce. Ale i też później dociera tam ciepły, wiosenny wiatr.

Religijny kalendarz jest więc silnie związany z naturalnym rocznym cyklem funkcjonowania ludzkości. Rynkowy – również. Mop, który zagnieździł się w głowie Leny, nie bez powodu zrobił to teraz, zadbali o to specjaliści od lokowania towarów na supermarketowych półkach. Tylko teraz mop stoi właśnie na bocznej ściance, należycie wyeksponowany. Tylko teraz można go kupić taniej, z wiadrem w komplecie. Jakże idealna synchronizacja, aż żal nie skorzystać.

Skorzystać więc? Lena zasięga rady na rodzicielskim forum: „Mop płaski – warto?”. Zaprzyjaźnione matki tłuką w klawisze; wątek błyskawicznie puchnie, rozrasta się do ośmiu stron: „Odkąd go mam, częściej myję podłogę”, „Nawet mój mąż robi to chętniej”, „Trzaskam nim też glazurę w łazience”, „Uwielbiam”.

Kto się temu oprze?

Tak więc ponad tydzień po tym, jak do świadomości Leny przebiła się potrzeba, mop materializuje się w składziku. Wirtualna dyskusja, prowadzona ze wspólniczkami w codziennej krzątaninie, motywuje do zakupu nowoczesnej szmaty na kiju jeszcze kilkanaście osób. Gdyby Lena była tajną internetową agentką producenta mopa, być może dostałaby za swój wysiłek premię. Ale jej inwestycja w proces indywidualnego zakupu, choć przynosi koncernowi wymierne efekty, jej samej nie przynosi nic.

Poza nowym mopem, oczywiście. Który, jak wydaje się Lenie, faktycznie wyciera podłogę dużo efektywniej, przyjemniej i szybciej niż jakikolwiek inny.

W 1982 roku do moich rodziców przyszła płaska koperta, rozcięta na boku i ofrankowana stemplem „cenzura”. W środku był lakierowany kalendarz ścienny z pejzażami z prowincji Ontario. Między kartki z sierpniem i wrześniem nadawca wkleił dodatkową małą kopertę. Z dziesięciodolarowym banknotem, który jakimś cudem umknął uwadze urzędników kontrolujących korespondencję. Rodzice, odurzeni niespodziewanym podarkiem od kanadyjskiej znajomej, przez blisko rok zastanawiali się, na co go wydać. Padło na alkohol, słodycze i zestaw mydeł w lokalnym oddziale Pewexu. Mydła śmietankowe, seledynowe, brzoskwiniowe pachniały jak ocean, tropikalny ogród, cały świat. Żal je było zmydlić, dlatego trafiły do szafek, między starannie złożone bluzki i desusy. Niektóre dla oszczędności rozcięte na pół. Pastelowe kostki dzieliły się z tekstyliami swoim syntetycznym aromatem aż do upadku muru berlińskiego, gdy okazało się, że w sklepach jest już dość mydła.

Dziesięć lat później mama, razem z trzydziestką mieszkańców naszego miasteczka, pojechała nocnym autobusem do Berlina. Pewnie nie zdecydowałaby się na taki ruch, gdyby nie to, że kilka tygodni wcześniej ktoś wyniósł ze znajdującej się pod jej opieką zakładowej kasy plik dopiero co przywiezionych banknotów. W sumie milion zł. Z Berlina mama przywiozła foliowe, granatowo-białe torby z Aldiego, wypchane pudełkami i butelkami z czyszczącą zawartością. To dzięki nim udało jej spłacić manko. Uratowała ją wiara sąsiadek w cudowną moc czyszczącą niemieckiej chemii.

Zdaniem Judith Levine, amerykańskiej dziennikarki, autorki książki „I’m not buying it”11, fetyszyzowanie produktów służących do sprzątania, charakterystyczne – jej zdaniem – dla przedstawicielek społeczeństw, które dopiero zaczęły konfrontować się z towarową obfitością – jest przejawem konsumpcyjnego infantylizmu. My, obywatelki byłego bloku wschodniego, jesteśmy w tej dziedzinie nowicjuszkami, nie mamy doświadczenia ani odporności, nie nasyciłyśmy się jeszcze obfitością na tyle, aby się nią znużyć. To dlatego potrafimy ekscytować się wyborem mydła, proszku do prania. Albo mopa.

Czy to jednak właśnie konsumencka niedojrzałość jest powodem, dla którego przeciętna polska konsumentka, stojąc przed wyborem między perfumami dla siebie a do toalety, wybiera na ogół te drugie? A może po prostu nie ma dość pieniędzy?

Czy mop jest Lenie niezbędny? Lena twierdzi, że gdy staje przed wyborem: „posprzątać” kontra „spać”, wybiera to drugie, jednak jej wylizany dom stoi z tym komunikatem w sprzeczności. Jej matka zwykła powtarzać: nie lubię wracać do nieposprzątanego domu. I Lena też nie lubi.

U mnie też porządki. Wirtualne. Rozluźniam kontakt z Allegro, rezygnując z subskrypcji ofert ulubionych sprzedawców, żegnam się z Muji, amerykańskim sklepem z pieluchami Nappy Shoppe i serwisem PromotionalCodes.org.uk – zapisałam się do niego, bo liczyłam na zniżkowe kody do brytyjskich sklepów ze stanikami. Z kodów nie skorzystałam ani razu. Nie jestem ani metodyczną, ani zdyscyplinowaną shopperką. Zrywam kontakt z E-dziewiarką, sklepem Dodomku.pl i Alpenski.

E-dziewiarce jest przykro, że nie jestem już zainteresowana.

Przecinanie handlowych więzów nie jest proste. Algorytm zatrudniony przez sieciowe sklepy zadaje mi podobny zestaw pytań: Czy naprawdę mnie zostawiasz? Dlaczego mnie zostawiasz? Czy wiadomości, które od nas dostawałaś, uraziły Cię/przytłoczyły, czy były skierowane do kogoś innego? Tylko japoński sklep z ofertą tak skrojoną, że wygląda, jakby była skierowana właśnie do minimalistów, nie zadaje pytań. Wyświetla za to na białej, wygenerowanej w htmlu stronie komunikat: Dziękujemy.

– Wyrzuciłam pamiątki z komunii, zdjęcia z pogrzebu mojej mamy i szpitalne opaski z rączki mego synka – raportuje Aneta. Ona też zabrała się za porządkowanie.

Jeszcze kilka lat temu w 103-metrowym mieszkaniu, które Aneta zajmuje teraz z mężem, synkiem i babcią, mieszkały trzy rodziny. Zostały po nich – oprócz trzech połyskujących meblościanek z Goleniowa, przyśrubowanych do poniemieckich ścian – trzy komplety wypchanej pierzem pościeli, firanek, obrusów, garnków, zastawy stołowej z Włocławka, Tułowic, Pruszkowa. Galaktyka szuflad, szafek, półek, schowków. Nieskończoność rzeczy.

To niewiarygodne, ile może się zmieścić w jednym mieszkaniu – Aneta opróżnia szuflady, odgruzowuje półki, patroszy skrzynie pod kanapami ze zmultiplikowanych pierzyn, koców, poduszek. Jeden stulitrowy worek, i jeszcze jeden, i następny. Sebastian ustawia wypchane foliowe cielska na klatce. Aneta rozkłada rzeczy na wszystkich wolnych przestrzeniach. Przychodzi sąsiadka z oficyny. Ogląda. Wybiera. Wynosi. Dla siebie, dla męża, dla kuzynki, dla bratanka. Trwa transfer rzeczy, przepływ z jednego mieszkania do kolejnych.

Dom, w którym znajduje się mieszkanie Anety, został zbudowany w 1912 roku. Ulica, przy której stoi, jest jak obietnica mieszczańskiej stabilności. Secesyjne kamienice z przyklejonymi do fasad ogródkami układają się w łuk, chodnik zlewa z wyłożonym granitową kostką poboczem. Domy mają czyste, odmalowane fasady, balkony – kute balustrady. Baniaste wieżyczki blikują miedzią, zieleń w ogródkach jest wypielęgnowana, brama wejściowa – paradna, wyłożona zieloną majoliką. Tylko boczne schodki prowadzące do dawnej roboczej klatki zdradzają, że dom, stworzony do przewidywalnego, mieszczańskiego życia, dawno zboczył z przeznaczonej mu drogi. Wyślizgane, drewniane stopnie są przykryte tanią, przetartą na zagięciach wykładziną. Uciekają spod stóp.

Mieszkanie, z którego na mocy podpisanej 60 lat temu kwaterunkowej umowy wciąż korzysta Aneta z rodziną, jest nie tylko piękne, ale i zaprojektowane w sposób, który wiele mówi o sposobie funkcjonowania rodziny, dla której powstało. Narzucony przez przedwojennego niemieckiego planistę podział pokazuje, jak się żyło w przedwojennym Stettinie, na ulicy jak z mieszczańskiej laurki.

Długi tramwaj z obszernymi przedziałami po obu stronach. Pomieszczenia pogrupowane funkcjami. Reprezentacyjne, połączone skrzydłowymi drzwiami salony mają widok na park. Do jednego z nich, który kiedyś był – być może – jadalnią, przylega służbówka. Ciąg gospodarczy (spiżarnia, łazienka, kuchnia, sypialnia) wychodzi na północ, na wybetonowany fragment podwórza. Gdy Aneta była mała, ze wspólnego podwórka korzystały aż trzy kamienice. Jakieś 10 lat temu sąsiedzi podzielili przestrzeń; schludny mur rozciął ją na trzy równe części. Ruch zamarł, życie podwórkowe uschło.

Zmienił się też sposób korzystania z mieszkania. Przestrzeń przed wojną przeznaczona dla jednej rodziny, którą stać było na wynajęcie służącej, została po 1945 roku poddana kwaterunkowej optymalizacji. Przydział trafił się wujowi Anety, który do Szczecina przyjechał, razem z rodziną, z terenów dzisiejszej Białorusi. Do wuja wkrótce wprowadziła się siostra – babka Anety. Też z rodziną. Wuj wyprowadził się w latach 80., a gdy córki babki dorosły i się usamodzielniły, z dwóch mikroksięstw stłoczonych na wspólnej przestrzeni nagle zrobiły się trzy: zarządzane przez babkę, matkę i ciotkę Anety.

Trzy silne kobiety z jednego rodzinnego plemienia potrzebowały własnych terytoriów. Osobnych palników, lodówek, własnych kompletów garnków, własnego miejsca na tłuczenie kotletów. Babka z bezdzietną ciotką podzieliły się oryginalną kuchnią, matka zaadaptowała do kuchennych celów wąską kiszkę spiżarni. Pokoje rozdały sprawiedliwie. Matce i ojcu Anety, z racji posiadania potomstwa, przypadł ten ze służbówką – w izdebce o wymiarach dwa na trzy metry zamieszkała Aneta. Gdy zaczęła dorastać, ojciec zamontował w solidnej, dębowej futrynie jej drzwi zasuwkę. Jak we wszystkich innych pokojach.

Gdy umarła ciotka, Aneta miała 12 lat. Gdy zachorowała matka, wróciła z Londynu, gdzie wyjechała kilkanaście miesięcy wcześniej razem z mężem, na fali postschengenowskiego entuzjazmu, który wymył z Polski 300 tysięcy młodych Polaków. Była z nią do samego końca. Dwa lata później, będąc już w zaawansowanej ciąży, odmalowała na żółto ściany wąskiej kuchni, w której kobiety z jej rodziny przygotowywały posiłki. Gdy babka zgłosiła niezadowolenie, pogłaskała się po blisko dziewięciomiesięcznym brzuchu i powiedziała: – Teraz ja tu rządzę.

20 lat po śmierci ciotki, prawie pięć po odejściu matki i dwa i pół roku po złożeniu kuchennego oświadczenia, Aneta bierze się za ujarzmianie podległej jej przestrzeni. Zaczyna od robienia miejsca dla nowego.

Po kim rodzina Anety odziedziczyła miejsce do życia?

Kto decydował o kształcie sztukaterii w salonie?

Kto wybrał taki, a nie inny żyrandol z porcelanowym kloszem?

Czy matowa, bordowo-grafitowa szachownica na łazienkowej podłodze przysługiwała przedwojennym lokatorom z odgórnego przydziału, czy może zdecydowali się na nią sami?

Aneta nie wie. Nie chce wiedzieć. Interesowała się tym, gdy była dzieckiem, ale już przestała. To nic dziwnego. Podobnie czuje wielu mieszkańców Szczecina. To miasto – które tak jak posklejana z ceramicznych skorup mozaika na dworcu PKP, witająca gości – składa się z dziesiątek tysięcy podobnych, poturbowanych przez los mieszkań. Trudno polubić dom, w którym nie czuje się jak u siebie, dom z przydziału, z którym nie można dyskutować. Nawet gdy minie kilka pokoleń.

Dlatego Aneta nie lubi mieszkania, które splotem życiowych wydarzeń znajduje się teraz pod jej jurysdykcją. Nie czuje, że nad nim panuje; dom się jej notorycznie wymyka. Najtrudniejszy do ujarzmienia jest pokój, w którym się wychowała. Dawny mieszczański salon ma secesyjny wykusz, który wychodzi wprost na parkową sadzawkę i sufit ozdobiony gipsowymi sztukateriami. Ojciec Anety w przypływie artystycznego zapału zamienił go kiedyś w rozgwieżdżony nocny nieboskłon (swoja drogą, zauważa Aneta, zadziwiająca jest trwałość złotej farby, którą ojciec wymalował Zodiak na sufitowym sklepieniu). Wykusz odwrócił się plecami, sufit chce odlecieć. Gdzie nie spojrzeć: piętrzą się rzeczy. Żeby przejść z tacą do pokoiku babci, Aneta toruje sobie drogę biodrami, przeciska się między krawędziami zbudowanych na dywanie pryzm.

Oprócz standardowego zestawu mebli przysługującego dawniej PRL-owskim salonom, w pokoju stoi pięć szafek kuchennych, trzy piece gazowe, dwa telewizory, dwa lustra, serwis kawowy w pudle, podświetlany globus, monitor, futerał na gitarę. Z kartonów wysypują się książki, których nikt już nie czyta. Wydrukowane w latach 70., sztywny, chropowaty papier, który jełczeje na marginesach, zostawia na palcach tłusty film. W dziecięcym łóżeczku, które przez krótki czas służyło Ignacemu, leżą rzeczy, których nikt nie potrzebuje. Aparat do masażu. Ochraniacz od wiatru. Gorset – ślubny, Anety. Na balkonie, w politurowanym biurku – narzędzia jej ojca. Aneta nie ruszyła ich od czasu jego śmierci.

Choć poddała już spektakularnej segregacji zawartość kuchni, łazienki, sypialni – z tym fragmentem mieszkania wciąż nie jest w stanie się zmierzyć. Pokój, w którym się wychowała, unieruchamia ją, pęta. Tak jakby osierocone przez rodziców rzeczy nie były jeszcze gotowe do wymarszu. Zajrzę do niego później, myśli Aneta.

Może gdyby udało się wymieść z niego wszystko, co już jej niepotrzebne, Aneta zobaczyłaby wreszcie, w jak pięknym miejscu przytrafiło jej się urodzić? Tak, to kuszący scenariusz. I najprostszy z dostępnych, gdy chce się bezgotówkowo wprowadzić zmianę.

Sprzedać, oddać, przerobić, litości nie mieć, wyrzucić. Zaprosić Perfekcyjną Panią Domu, z poradnikiem Dominique Loreau zasiąść na dywanie, zgodnie z jej wytycznymi przygotować pojemniki na to, co przydatne, pamiątkowe, piękne. Wyekspediować materialny dobytek na przymusowy urlop, do przechowalni niechcianych sprzętów.

Decluttering, czyli odgruzowywanie, oczyszczanie przestrzeni, świadoma redukcja, i w naszym kraju staje się powoli terenem walki o wpływy. Na wszystkim da się zarobić – także na potrzebie zminimalizowania swego stanu posiadania.

Gdyby Aneta zechciała zaopatrzyć się w poradnik dla tych, którzy nie radzą sobie z zalewem rzeczy, musiałaby zapłacić około 30 zł.

Wynajęcie przestrzeni w przechowalni rzeczy kosztowałoby ją około 100 zł miesięcznie – o ile znalazłaby się wolna skrytka, a tych w Szczecinie ostatnio brakuje.

Gdyby mieszkanie Anety znajdowało się na luksusowym warszawskim osiedlu, mogłaby zlecić sprzedaż niepotrzebnych gratów konsjerżowi, który wystawiłby je w jej imieniu na którymś z internetowych targowisk. Albo wywiózł do potrzebującej instytucji. Koszt: 119 zł w ramach miesięcznego abonamentu.

Przy zamieszkanej przez Anetę ulicy jednak nikt nie słyszał o konsjerżach; tutaj każdy sam radzi sobie z własnymi złogami. Teoretycznie Aneta też mogłaby to zrobić, ale fotografowanie, opisywanie, do rąk każdego przedmiotu branie, pakowanie, na pocztę zanoszenie ją przerasta – brrr, niechże już ten pokój żyje swoim życiem.

Ideolodzy minimalizmu pytają: po co ci więcej rzeczy, niż jesteś w stanie naraz użyć? Twierdzą, że aby odzyskać siebie, trzeba się wydostać spod władzy przedmiotów: – Każda z tych rzeczy wymaga mojej uwagi – mówi Aneta. – Minimalizowanie się jest podobnie energochłonne jak konsumowanie. Nie chcę oddawać swojego czasu przedmiotom.

Patrząc na Anetę z boku, można odnieść wrażenie, że złożyła broń. Ale to tylko wrażenie: ona po prostu skupiła się na czymś innym.

3963 zł – właśnie tyle pieniędzy przeciętny Polak trzyma w domu12. Środki są zamrożone w przedmiotach. Tych, których się nie używa, nie używało i nigdy nie będzie używać. Awaryjne upominki, bez określonego odbiorcy, kupowane na wyprzedażach. Przechodnie gościńce – jak nazywa je Aneta. Przydasie. Ślubne serwisy, nigdy nieużyte mimo upływu 30 lat. Ubrania z poprzedniej kolekcji, z jeszcze nieoderwanymi metkami. Zdublowane lodówki, kuchenki, telefony porzucone na rzecz młodszego modelu. Śmieciomasa, która może odzyskać swoją wartość, jeśli trafi w odpowiednie ręce.

Gdynianka Elżbieta najbliższy rok dedykuje babci – urodzonej antykonsumpcjonistce. Babcia, księgowa, była mistrzynią przetwórstwa. Przerabiała wszystko, co wpadło jej w ręce: dziką różę, mirabelki, szczaw. Odkładała każdy grosz, oszczędzała wodę i prąd. Nie przestała pracować nawet wtedy, gdy przeszła na emeryturę – pod jej drzwiami wiecznie stała kolejka chętnych do rozliczenia PIT-ów. Choć nigdy nie zarabiała kokosów, zawsze miała pieniądze na nieprzewidziane wydatki. Zmarła w 1995 roku, zostawiła Elżbiecie kawalerkę, maszynę do szycia i obiadowy serwis Rosenthala. Mleczno-kobaltowy, ze złoceniami na kruchych, prześwitujących wręcz rantach. Eminence Cobalt. Kruche, cenne dziedzictwo – nie na dzisiejsze, zmywarkowe czasy.

Elżbieta trzyma Rosenthala na najwyższej półce w pawlaczu, wyciąga sporadycznie, może raz, może dwa razy przez ostatnie 15 lat. Rozstania z nim sobie jednak nie wyobraża. Pozbawiłaby się jednej z materialnych kotwic, która daje jej bezpośredni dostęp do wspomnień. Krucha porcelana jest jak przetrwalnik pamięci, kapsułka pamięci o babci, wystarczy kontakt wzrokowy, a po synapsach przeskakuje ładunek, odpowiednie wspomnienie jest ładowane i odtwarzane.

Przedmioty są więc naszymi łącznikami z pamięcią.

Czy w amoku redukcji nie pozbywamy się czegoś cennego?

Pierwsza zauważalna zmiana. Poranna cisza. Nasz osiedlowy doręczyciel paczek, który wpada zawsze między siódmą a ósmą rano, przestaje dzwonić do drzwi. To, co miało przyjść, już przyszło. Nie spodziewam się niczego nowego. Ze skrzynki wyłuskuję za to dwa listy – ofrankowane przez mokotowski Urząd Skarbowy. Urzędnik zawiadujący dystrybucją korespondencji do dłużników zalegających z wpłatami podatku od nieruchomości na wszelki wypadek wysłał je do obojga z nas.

Wielkanoc tuż, tuż.

Magda z Kubą robią (pierwszą w życiu!) listę zakupów. Kuba odwiedza z nią najtańszy supermarket w Reykjaviku. Udaje mu się nie kupić niczego spoza listy.

– Zainwestować w mazurki ze znanej krakowskiej cukierni czy nie? – zastanawia się Anna, która chce zawieźć na Ukrainę choć mały kawałek polskiej tradycji kulinarnej. Ostatecznie zabiera tylko przepis; składniki kupuje na miejscu, Wołodymyr piecze z nich pachnący kajmakiem placek. W tym samym czasie jej zabużańscy teściowie wyprawiają się po świniaka. Choć święta na Ukrainie obchodzi się dwa tygodnie później, ponadgraniczne spotkanie dwóch rodzin to okazja, która wymaga specjalnej oprawy.

Nestle? Nie. Kraft Foods13? Tym bardziej nie – Aleksandra, która wybiera wielkanocne słodycze dla młodszego brata, w końcu ściąga z półki batoniki Wedla. Nie dlatego, że jest konsumpcyjną patriotką (Ola doskonale wie, że przedwojenna fabryka Wedla, z której słodki zapach roznosi się na cały warszawski Kamionek, również jest już własnością międzynarodowego koncernu). Lotte, Korea Południowa, Azja – nazwa obecnego, całkiem świeżego właściciela marki Wedel nic dociekliwej Aleksandrze nie mówi. Nie słyszała jeszcze niczego niepokojącego na jego temat.

Ałć! Krwawią palce Elżbiety, rozcięte ostrą krawędzią puszki ze skondensowanym mlekiem. Ciemna czerwień plami słodką ciecz. Miesiąc temu Elżbieta poprosiłaby Piotra, żeby wyskoczył po drugą puszkę. Ale nie teraz. Nie będzie dodatkowego ciasta.

W Skawinie: pakowanie. Agata, która dekadę temu po śmierci mamy została matką zastępczą nie tylko dla swojej 11-letniej wówczas siostry, ale i matriarchinią całego rodu, jest już zmęczona corocznym wielkanocnym obowiązkiem. Dlatego jutro razem z Gustawem i Antkiem wsiądą w pociąg i pojadą do Ropek, w Beskid Niski. Drewniana łemkowska chata, mała grupa wielkanocnych tułaczy. Cicho, powoli. Żadnych obowiązków, oczekiwań, pretensji. Tygodniowy świąteczny wyjazd został przez Agatę zarezerwowany jeszcze przed podjęciem decyzji o przystąpieniu do antyzakupowej grupy. I – choć jej zdaniem podróżowanie nie ma nic wspólnego z antykonsumpcją – nie jest w stanie z niego zrezygnować.

W wielkosobotni ranek, przed wyjazdem do mojego rodzinnego domu, R. robi zakupy: trzy banany, trzy jabłka, woda, ogórek, pomidor, jajka. Ćwiczymy sztukę jednostkowej konsumpcji.

Do przejechania mamy 400 km, pertraktacje co do wyboru trasy odbywają się na Wisłostradzie. Pada na autostradę. Bo wygodniejsza, bezpieczniejsza, luźniejsza i nie zahacza o Młyn pod Mariaszkiem, gdzie na ogół robimy sobie postój na pierogi. Jedyny minus to haracz za wjazd, 17 zł. W cenie jest papier toaletowy w czystej ubikacji na pierwszym zjeździe.

Wielka Sobota to idealny dzień na podróż; droga jest czysta, trasę z Warszawy na Kaszuby pokonujemy w 4,5 godziny: – Nareszcie. Zawsze uważałam, że wydajecie za dużo pieniędzy – mówi wieczorem moja matka, zanurzając czubatą łyżeczkę cukru w kubku z moją herbatą (w moim rodzinnym domu obowiązuje centralna dystrybucja cukru). – I mam nadzieję, że gdy skończy się ten eksperyment, nie rzucisz się od razu na zakupy.

WIELKANOC

Koniec postu. Chwilowo można nawet legalnie celebrować nieumiarkowane spożycie. U Anety w Szczecinie jest skromnie. – Odczarowały mi się święta, nie muszę mieć wypranych dywanów ani wykrochmalonych serwet i zastawionego stołu. Sąsiadka z oficyny przynosi święconkę: sól, chleb, jajka. Muszę się czymś odpłacić, myśli Aneta, więc wkłada sąsiadce w ręce wszystko, co udaje jej się na szybko zgarnąć ze stołu: banany, gruszki, słonecznik, herbatę z hibiskusa i kawał ciasta – upieczonego według nowych zasad, bez mąki pszennej i cukru. Otwiera drzwi salonu. Wskazuje na stół. – Wybieraj – mówi. – Dziwne jest dla mnie brać coś od kogoś i niczego jednocześnie nie dać.

Anna z Wołodią są już na Ukrainie, u rodziny. Ich pierwszy dzień pobytu mija spokojnie, małżonkowie zasiadają do śniadania z dominikanami w niedalekim klasztorze. Drugiego dnia idą do lasu zbierać sok z brzozy. Urobek jednego popołudnia to 30 litrów przezroczystego płynu, który smakuje – słowami Macieja Nowaka, który w tym samym czasie reklamuje oskołę w „Dzień Dobry TVN” – jak „żywa woda”.

Oskołę pije się na wiosnę. Od końca lutego do końca kwietnia, gdy hibernujące przez zimę drzewo zaczyna się rozgrzewać, jego drewniane tkanki pęcznieją, zaczyna w nich krążyć płyn. Na przednówku sok z brzozy, bogaty w żelazo, magnez i potas, jest niczym garść powleczonych kolorowym woskiem suplementów. Za darmo, naturalnie. O ile mieszka się na Ukrainie, bo odciąganie brzozowych płynów ustrojowych w Polsce może przynieść finansowe konsekwencje, przewidziane w artykule 153 Kodeksu wykroczeń: „§ 1. Kto w nienależącym do niego lesie

1) wydobywa żywicę lub sok brzozowy, obrywa szyszki, zdziera korę, nacina drzewo lub w inny sposób je uszkadza,

2) zbiera mech lub ściółkę,

3) zbiera gałęzie, korę, wióry, trawę, wrzos, szyszki lub zioła albo zdziera darń,

4) zbiera grzyby lub owoce leśne w miejscach, w których jest to zabronione, albo sposobem niedozwolonym, podlega karze grzywny do 250 złotych albo karze nagany”.

W Polsce rocznie wypisuje się około setki mandatów14 za ograbianie lasów z oskoły, żywicy, gałęzi, mchu. Niewiele, biorąc pod uwagę liczbę ogólną udokumentowanych leśnych wykroczeń: ponad 11 tysięcy. Większym problemem jest to, co się do lasów wwozi (śmieci) niż to, co się z nich wynosi.

Teść Anny, uzbrojony w rynienkę i butelkę, pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że wpisuje się jednocześnie w dwa stereotypowe obrazy: romantycznego specjalisty od przetrwania i konsumenta-grabieżcy. W powstaniu pierwszego z tych obrazów maczała palce natura, drugi – jest tworem współczesnej kultury. Wzmocnionej przez system prawny.

W tym roku wielokrotnie przekonamy się o tym, że prawo temperuje ludzką potrzebę samowystarczalności.

Na okoliczność Wielkanocy Ola (lat 5,5), starsza z dwóch córek redaktorki Idy, wnioskuje o flamastry. Te, których używała dotychczas, wyschły. Ida wniosek akceptuje; flamastry to wszak w oprzyrządowaniu uczennicy zerówki rzecz niezbędna. Młodsza z córek, Ania (3,5 roku), prosi o lody.

Gazeta.pl donosi, że przeciętna czteroosobowa rodzina wydaje na wielkanocne śniadanie mniej więcej 150 zł15. Nie precyzuje jednak, czy suma ta obejmuje tylko śniadaniowe menu, czy również następującą po nim paradę ciast.

Nasz wkład w świąteczną wyżerkę, celebrowaną w rodzinnym mieście, jest niedosłowny: przywozimy ze sobą karton soków z Suwalszczyzny, wyciskanych przez wiklinową praskę (zamówiliśmy je już jakiś czas temu za pośrednictwem działającej w Warszawie kooperatywy), swojską kiełbasę (efekt eksperymentów ojca R.), trochę egzotycznych przypraw przywiezionych z Singapuru i 5 litrów wódki. To wódczane przegrupowanie; cenne procenty u nas się kurzą, a moi rodzice planują wykorzystać ich moc do zrobienia nalewki z owoców czarnego bzu.

Rodzice decydują się w tym roku na śniadanie w wersji mini – tak twierdzą. Na stół trafia więc wielka miska jarzynowej sałatki (12,50 zł), pieczona biała kiełbasa (6 zł) z chrzanową ćwikłą (2,50 zł), plasterki pieczonego indyczego udźca (4 zł), kotlety z pstrąga (20 zł), faszerowane jajka – wolnowybiegowe, więc po 80 gr sztuka (5,60 zł). Jest chleb, pomidory, ogórki, masło z własnoręcznie wysianą rzeżuchą. Podgrzybki w octowej zalewie, z zeszłorocznych zbiorów, przyniesione z piwnicy. Całość: 71,60 zł na czwórkę dorosłych i jedno 1,5-roczne dziecko. Połowa średniej krajowej. Mało? Dużo? Minimalistycznie?

Aneta z Sebastianem wydają 35 zł.

Magda z Kubą – 10 tys. islandzkich koron16.

Lena, która kupuje tylko składniki na sałatkę jarzynową i maleńki kawałek kiełbasy – 12 zł. Po raz pierwszy od wielu lat na jej wielkanocnym stole nie ma coli i cukrowych baranków, a w koszyczku – borowiny. Na niedalekim targowisku gałązka tej zimozielonej krzewinki kosztuje 2 zł. Żeby mieć ją za darmo, trzeba pójść do lasu i... złamać prawo, borowina podlega bowiem pod ten sam paragraf, co oskoła.

Zebrani przy świątecznych stołach eksperymentatorzy zaczynają się zwierzać rodzinom. – Uwierzę ci, gdy posprzątasz łazienkę – mówi matka krakowianki Anny, uzależnionej od kupowania kosmetyków do makijażu. – Nareszcie, synu – dodaje matka Przemka, odpowiedzialna za prowiantowanie go przez okres studiów. – Wydawałeś niepotrzebnie tyle pieniędzy.

Teść Anety (całe życie w handlu) jest innego zdania: – Po co się ograniczać? – Żeby się zastanowić – odpowiada ona. – A nad czym tu się zastanawiać. Przecież nikt cię nie sprawdzi. I tak możesz kupować.

My, grzesznicy. Kupujemy – żle. Nie kupujemy – jeszcze gorzej.

TYDZIEŃ 2.

Dzień dobry, dostawa! Przyjeżdża prywatny fracht – amerykańskie zakupy, składowane przez kilka miesięcy u jednych przyjaciół, zostały wreszcie przemycone przez Atlantyk przez innych. Czytnik e-książek, kilka pieluch wielorazowych dla naszego syna, moja wymarzona torba fotograficzna – made in USA, uszyta przez firmę, która wyspecjalizowała się w produkcji nieostentacyjnych toreb dla fotoreporterów. Takich, które są wygodne, trwałe i niemalże niewidzialne. Wyglądają tak mało efektownie, że w ogóle nie zwracają na siebie uwagi. Jednak nawet ta manufaktura próbuje zarobić na demokratyzacji fotografii, wypuszczając limitowane serie toreb w intensywnych kolorach prosto z palety odcieni lakierów do paznokci. Są tak efektowne, że mogłyby być elementem stroju skomponowanego na potrzeby sesji na modowym blogu. Dziś, gdy producenci sprzętu fotograficznego świadomie zacierają granice pomiędzy tym, co profesjonalne a amatorskie, wystarczy kilka tys. zł, żeby skompletować ekwipunek, który krzyczy: właśnie wróciłem z Afganistanu.

R. kręci głową nad crocsami w kolorze electric blue, kupionymi na wyprzedaży na Amazonie: – Za duże. Dziko będzie w nich chodził najwcześniej przyszłą zimą. Odrywam metki, wyłuskuję z folii, rozrywam pudełka. Spóźnione konsumpcyjne bachanalia, opłacone kartą kredytową, nie żywą gotówką.

Rośnie góra śmieci.

I spóźnione zażenowanie. Nasze dziecko ma przecież wystarczającą liczbę pieluch.

Podczas gdy Alvin Toffler pisał „Szok przyszłości”17, w którym – jako jeden z pierwszych – zdiagnozował zagrożenia płynące z galopującej mody na jednorazówki, w Polsce lat 70. definicja śmiecia była inna niż obecnie. Ida, której dzieciństwo przypadło na wczesne lata 80., pamięta zapach fermentującej drukarskiej farby unoszący się z kubła na śmieci, z którym biegała do zsypu. Tak pachniała przepocona organiczną wilgocią gazeta, którą jej babka wykładała wiadro. Niemal wszystko, co do niego trafiało, było skazane na szybki rozkład. Tego, co było trwałe, nie wyrzucało się. Butelki wracały tam, skąd zostały przyniesione – do nabiałowego, warzywniaka, słoiki były klasyfikowane do ponownego napełnienia, papier – wędrował na stertę pod piec. Plastik miał wartość. W kuchni wisiała tradycyjna siatka z żyłki, która służyła do przechowywania cennych niemieckich foliówek, mytych po każdym użyciu i suszonych w pełnym rozpięciu na łazienkowych sznurkach. Dziś role się odwróciły; to PRL-owskie żyłkowe plecionki są pożądanym towarem, a foliówce, nawet tej z grubszego tworzywa, grozi co najwyżej reinkarnacja w charakterze worka na śmieci. Który, podobnie jak lądujące w nim śmieci, jest dzieckiem konsumpcyjnej ponowoczesności.

Szósty dzień u rodziny na Kaszubach. Nie wydaję nic. A jem, piję, myję się, zdejmuje przełopotane wiosennym wiatrem pranie, czyste dzięki cudzemu proszkowi, dzięki wodzie, za którą nie ja płacę. Oszukuję? Pasożytuję?

Pierwsza ze spowiedzi R. (staną się rutyną): – Kupiłem zupę za 5 zł. Ale rano zaspałem i nie zdążyłem sobie zrobić kanapek.

Pierwsze złamanie zasad: Magda kupuje synowi hulajnogę. Bo była tania. Lena – sięga po colę. Ulewa, która niespodziewanie łapie Annę na spacerze, jest odpowiedzialna za impulsowy zakup parasola. Wstydź się, ulewo.

Pierwsza społeczna próba: Anna, idąc na ślub znajomych, ściąga z półki książkę, zawija ją w bibułkę. Raz, że wie, że książka spodoba się nowożeńcom; dwa: nie widać po niej, że była czytana.

Pierwsze rozstanie: rezygnuje Maja od malinowego chruśniaka. Jest w drugim miesiącu ciąży; USG wykazało mały krwiak pod kosmówką. Ma leżeć, odpoczywać, nie denerwować, nie zajmować tym, co mało istotne.

TYDZIEŃ 3.

Anna i Wołodymyr wracają z Ukrainy: 400 km z prowincji do Lwowa – pociągiem, ostatnie 350 do Krakowa – samochodem. W lodówce: arktyczna pustka. Na szklanej półce leży samotne jajko. Kilka ostatnich ziemniaków w koszyku puszcza wiosenne pędy. Anna rezygnuje z comiesięcznej wyprawy do Makro, faszeruje lodówkę dobrami przywiezionymi zza wschodniej granicy: królikiem od babci Wiery, kogutem od Antoniny. Przywiozła tyle jajek, że nie jest w stanie ich zmieścić. Wołodymyr, który zaopatruje jedną z krakowskich kawiarni w domowe ciasta, piecze wysokojajeczny biszkopt.

W lodówkach i kredensach coraz puściej. Agata wygrzebuje z dna zamrażarki ostatni kawałek schabu, kroi go na kotlety, dopiero teraz zaczną się wyrzeczenia – myśli. Lena wydaje 5 zł dziennie, chce jak najdłużej przeżyć, kupując tylko masło, mleko i chleb. Ekonomistka Elżbieta gotuje zupę „nawinie”, czyli z tego, co wymiotła z lodówki. Naprawia sweter męża. Próbuje zrobić czystkę w jednym z pokojów; albo Darek, albo Jaś skutecznie ją odciągają.

Przemysław usiłuje wskrzesić w swojej firmie koło samopomocy obiadowej. Pięć osób, pięć dni w tygodniu, pięć obiadów dla kolegów zza biurek. Grupa ma problem z utrzymaniem dyscypliny, rozsypuje się. Przemek, który nie chce już chodzić na lunche do Mielżyńskiego, zaczyna więc gotować dla siebie samego. Kurczak w sosie curry, dorsz w pomidorach, grillowane warzywa – gotuje raz na dwa dni, wieczorem, jedzenie pakuje do pudełka. Gdy otwiera je w pracowniczej kantynie, zapach zwabia kolegów. Daj posmakować!

Czy boczniak to coś niezbędnego? Lena krąży przez tydzień wokół sklepu dla ogrodników. Balot z grzybnią waży kilka kilogramów, Lena wybiera się po niego z taczką, ustawia go w schowku i codziennie zagląda. Gdy po trzech dniach grzybnia obsypuje się małymi gwiazdkami, Lena czuje się jak rolniczka, która widzi, jak przez rozpulchnioną ziemię przebija się ozime.

– Po raz pierwszy w dorosłym życiu mam tak mało forsy – mówi Ida, która półtora roku temu rozstała się z ojcem swoich dwóch córek, a potem przeprowadziła do małego domu w Ząbkach, który, jak się okazało, generuje więcej kosztów niż wynajmowane wcześniej M3 na Mokotowie. Jednocześnie ze zmianą adresu straciła też dwa źródła chałtur, które pozwalały jej do skromnego redaktorskiego etatu dorobić dość, by pozapinać wszystkie rubryki. W zeszłym roku bank proponował jej ekskluzywne konto, w tym – miesięczne saldo świeci się na czerwono. I nic nie zapowiada, aby sytuacja miała się zmienić. Jej branża – redaktorsko-pisarska – przeżywa załamanie. Mimo że z każdym kolejnym kryzysem w nowym tysiącleciu stawki lecą w dół, chętnych na zlecenia jest wciąż więcej niż zleceń.

Ida nie jest jeszcze pod kreską płacy minimalnej18. Lewituje tuż nad nią. Są jednak miesiące (i ten właśnie do takich należy), gdy poziom jej dochodów kwalifikuje jej rodzinę do grupy 16,7 proc. Polaków, którzy są przez specjalistów od polityki społecznej opisywani eufemistycznym mianem „relatywnie ubogich”. Nie na tyle wyżętych, by dostać przepustkę do społecznych świadczeń, ale nieprzystawalnych wydatkami do średniej w Polsce.