Mnich - Tadeusz Bartoś - ebook
Opis

Jan ma dwadzieścia lat i postanawia wszystko zostawić. Porzuca studia, rodzinę, znajomych, pakuje do plecaka kilka najpotrzebniejszych rzeczy i odchodzi. Chce być radykalny. Rozpiera go duma z decyzji porzucenia wszystkiego. Chce rozstrzygnąć ostatecznie o swoim losie, ulokować siebie po dobrej stronie świata, ofiarując Bogu wszystko. Zostać mnichem, nieść dobro i pomoc. Wstępuje do klasztoru kartazów i zmienia imię na Benedykt.

Rzeczywistość nie jest jednak równie czysta jak przekonania młodego duchownego. Widzi wokół siebie narastającą pustkę wewnętrzną, wydrążenie z życia, które znajduje religijne uzasadnianie w teoriach teologicznych i mistycznych.

Tadeusz Bartoś – w swojej pierwszej powieści – opisuje bohatera od początku jego drogi w katolickim zakonie, ukazuje sposoby zaangażowania, czy może raczej „wkręcenia” go w tryb życia, postrzegania świata, który jest tak dominujący, że nie znajduje alternatywy – jawi się jako jedyny znany, a przez co też jedyny słuszny. Opisuje także kolosalne rozczarowanie. Proces przenikania do świadomości Benedykta elementów krytycznych, kwestionujących totalną, przytłaczającą prawdę religijnego uwiedzenia. Drogę do postanowienia, aby opuścić tę destrukcyjną, manipulacyjną, zamkniętą grupę religijną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawca, redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA WĄSOWSKA
Korekta SYLWIA SANDOWSKA-DOBIJA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce © Paul Bucknall / Arcangel Images
Copyright © by Tadeusz Bartoś Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-34-9
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Książka inspirowana osobistymi perypetiami autora. Podobieństwa do konkretnych postaci są jednak przypadkowe. Nie należy zwłaszcza utożsamiać głównej postaci z autorem. Nie jest on aż tak skomplikowanym tworem.

I

ON

.

Naprawił samochód i poszedł do domu. Wtedy pomyślał: już dłużej nie mogę tak żyć. To wszystko nie składa się w żadną całość. Wieczorem spakował się po cichu i wyszedł. Nie, nikogo nie opuścił. Mieszkał sam, bez żony, dzieci, rodziny.

.

PORANEK, DZIEŃ, WIECZÓR,NOC, PORANEK, DZIEŃ,WIECZÓR...

Poranek

Szedł żwawym krokiem. Niósł plecak wypełniony wszystkim, co potrzebne do rozpoczęcia nowego życia. Zanim ruszył w stronę furty klasztornej, poszedł jeszcze pożegnać poprzednie. Panie z dziekanatu patrzyły na niego ze zdziwieniem, kiedy odbierał dokumenty po roku studiów na filozofii. Postanowił odciąć wszystkie drogi powrotu, zerwać z całym dotychczasowym życiem.

Chciał być radykalny. Rozpierała go duma z decyzji porzucenia wszystkiego. Postanowił rozstrzygnąć ostatecznie o swoim losie, ulokować siebie po dobrej stronie świata, ofiarując Bogu wszystko. „Albo, albo”, „nie można służyć dwóm panom”, „niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie”, „obyś był zimny albo gorący” – zachowywał w pamięci wszystkie te słowa Biblii. Nie pozwalał sobie, by cofnąć się ze strachu czy słabości.

Na samym początku życia postanowił napisać jego koniec.

*

Gdy trafił do bram klasztoru, przywitał go brat Bruno. Starszy, całe życie spędził na furcie. Przyjmował gości, sprawdzał, kto wychodzi i kiedy wraca. Powitał go z uśmiechem, życzliwie, zamknął drzwi klasztoru i zaprowadził do opata.

Opat, ojciec Markus, był wysokim mężczyzną o dużej twarzy i monumentalnej posturze. Jan, gdy wszedł do jego celi, był onieśmielony. Wielki salon, wysoki, z wielkimi oknami, pośrodku biurko. Na ścianach regały pełne starych ksiąg i dokumentów.

Witaj, bracie, powiedział opat, objął go serdecznie i przycisnął do ogromnego ciała. Witaj w domu.

Klasztor jest domem, kartazja jest naszym ukochanym domem. Ty też go pokochasz, jestem pewny. Widzę to w twoich oczach.

Wiesz, że ślubujemy posłuszeństwo Bogu, ubóstwo i czystość, a także przypisanie do miejsca − stabilitas loci. To nas wyróżnia. Na zawsze już, bracie, będziesz stąd, z czcigodnego opactwa Perdamme. Pokochasz te mury, pokochasz ciszę, która tu zamieszkuje.

Jan był poruszony. Rozumiał dobrze, że dostępuje wielkiej łaski, że odnajduje skarb, którego inni szukają całe życie.

*

Usiądź, powiedział opat. Porozmawiajmy. Mówił dużo o powołaniu.

Powołanie, mój bracie, to łaska, wielka łaska od Boga. Najkrótsza droga do świętości. Wszyscy chcemy być święci i wszyscy możemy nimi być, lecz kartazja to droga szczególna, to jakby droga szybkiego ruchu, autostrada do Boga.

Odwracamy się od świata, porzucamy wszystko, by w całości poświęcić się tylko jednemu: boskiej miłości. Pokochasz to życie, mój drogi. No, spójrz na mnie: pełne zapału jest twoje oblicze. Będziesz dobrym kartazem. Teraz idź do swojej celi. Raz jeszcze przytulił go serdecznie.

*

Jan wyszedł z celi opata głęboko poruszony. Brat nowicjusz czekał już na niego. Trochę dziwny, śmieszny (cały biały, bez czarnej materii spływającej od ramion pośrodku habitu), jakby nieopierzony kurczak. Zaprowadził go do celi. Pokazał łazienkę, wiszący na ścianie program dnia. Przyjdę po brata przed sekstą – powiedział i wyszedł.

Jan dopiero zaczynał zbierać myśli. Jak to będzie? Co mam teraz robić? Spojrzał na plan, seksta miała być za godzinę. Próbował ogarnąć chaos, który powstał w jego głowie. A więc jestem już tutaj, jestem w tym domu, który ma być moim na zawsze.

Popatrzył na pokój: drewniane łóżko, obok mała półka na książki, biurko, stare drewniane krzesło, z tyłu zlew, lustro. Rozpakował rzeczy, położył na półce Biblię, którą wziął ze sobą na nową drogę życia.

.

Po latach wspominał te czasy z rosnącym zakłopotaniem. Kim wtedy był? W jaki sposób myślał, co czuł, dlaczego wkroczył na tę karkołomną drogę, bez żadnego racjonalnego rachunku, na ślepo, w duchu dziecinnej radykalności?

Tak, był młody, pełen nadziei. Przepełniony radosną wiarą, że w jego rękach jest jego życie, że wzywający go głos, głos Boga, przemieni całe jego istnienie, od podstaw, i uczyni nowym człowiekiem; że przekracza ograniczenia doczesności i tworzy siebie na nowo, wyprowadza się z domu niewoli ku światłu ostatecznego wyzwolenia.

A jednak. Choć silna wiara przenosi góry, ma moc sprawczą, przemienia wierzącego, ze zwątpienia wprowadza go w stan nadziei, niekiedy bliski euforii – nie sięga dalej, nie przemienia świata. Jan nie mógł wiedzieć wtedy, jak mało mamy do powiedzenia w sprawie naszego własnego życia.

*

Wracał pamięcią do tamtych dni. Rzeczy dzieją się, a my wybieramy jedynie to, co jest nam w danej chwili dostępne. Nie mamy zbyt wielkiego wyboru. A dokładniej, istnieje tylko jedna możliwość: wybieramy to, co wydaje nam się słuszne.

Jesteśmy stworzeni, lecz pozbawieni mocy stwarzania. Jak pisał Eriugena: creatus et non creans. Pozbawieni spontanicznej wolności, przekraczającej ramy zastanego. Wszystko z góry ukartowane. Bezalternatywna alternatywa.

Wiedza o tym dociera do nas zawsze poniewczasie. Nadmierna bliskość uniemożliwia widzenie. Dopiero mijające dni, miesiące i lata pozwalają zrozumieć. Wtedy jednak jest już za późno. Wolność gdzieś przepada, zza jej kuszącej zasłony wychyla się JEST. Pozostaje spojrzenie w przeszłość – zastygłą w nieruchomej pozie.

*

To największa iluzja – wolność wyboru. Konieczna, by podtrzymać chęć życia, nadzieję, przekonanie o własnej sprawczości. Naturalna funkcja przystosowawcza ludzkiego organizmu.

Z czasem jednak słabnie mechanizm wolnościowego przymusu. Dystans pozwala zobaczyć inne możliwości, które wcześniej nie dawały o sobie znać. Możliwości niezrealizowane, nie do zrealizowania. Wolność ginie w morzu niespełnienia.

*

Jan nie lubił pamięci. Miał do niej pretensje, że spóźnia się zawsze na miejsce wydarzeń. Przedstawia niewykorzystane szanse, głosi wolność, która nigdy nie mogła się ziścić.

Niechęć Jana nie była jednak rozgoryczeniem. Jan nie walczył.

Dzień

Jakież było jego szczęście, jak wielkie przejęcie, gdy w chwili obłóczyn wkraczał w świat świętej kartazji. Rozpoczynał nowe życie, zupełnie odmienne. Umierał stary Jan, a rodził się nowy – brat Benedykt. Otrzymywał nową osobowość − inną, lepszą. Zostawał kartazem. Był w siódmym niebie.

Nie podobało mu się dotychczasowe życie. Nie chciał być dłużej Janem. Wszystko, co działo się dotychczas, straciło na znaczeniu, stało się czymś niegodnym uwagi.

*

Obłóczyny. Ten moment był szczególny, kiedy w garniturze i krawacie klękał przed opatem, a ten, zdejmując z niego świecki strój, powoli zakładał części habitu, tunikę, szkaplerz, kaptur, pas, wszystkie lśniąco białe. Biel, znak niewinności – jakby powtórzona pierwsza komunia w wersji dziewczęcej sukienki. Niewinność nadana strojem, rytuałem, mająca być wskazówką życia, zadaniem do spełnienia.

*

W kartazji pierwszy rok stanowił okres przygotowawczy. Jan poznawał duchowość zakonu. Pokochał ją jak dzieje własnej rodziny. Stawał się częścią świata, który był dla niego schodami do nieba.

Nie zapominał, że to dopiero początek drogi ku wyżynom ducha. Bardzo pragnął osiągnąć doskonałość. Będziecie jak orły, wzlatujcie wysoko, brzmiały w jego uszach słowa kazania, którego słuchał kiedyś w swojej rodzinnej parafii podczas dorocznych rekolekcji wielkopostnych.

Być ponad wszystkim, ewakuować się z tego świata, stworzyć dystans, nadać sens, by opanować płynną, bezkształtną magmę ludzkiego losu – tak rozumiał ten zapał po latach.

Świeżo upieczony mnich Benedykt marzył w skrytości serca, że kiedyś zostanie prawdziwym mistrzem, że goście kartazji i bracia będą po cichu o nim mówić, że jest wzorem życia duchowego. Temu chciał poświęcić wszystkie siły.

*

Pierwszy dzwon budził mnichów o czwartej trzydzieści. W głębokiej nocy zimą, latem o brzasku słońca. Gdy świat pogrążony był we śnie, brat Benedykt i jego współtowarzysze czuwali, zanosząc do Boga prośby za całym światem, w imieniu wszystkich ludzi. Regularność modlitw, odmawianych co kilka godzin, nadawała rytm, była jak bicie serca świata.

Jakże głębokim przeżyciem było dla Benedykta włączenie się w ten kosmiczny cykl, który podtrzymywał istnienie wszystkiego, ratował zagubione dobro, wyrywał ze szponów zła.

Po przebudzeniu Benedykt nie kojarzył zazwyczaj, co się wokół niego dzieje, był nieprzytomny, zdezorientowany. Szybko wstawał, ubierał się, golił automatycznie, niczym żołnierz wezwany do boju.

Pusty, zimny kościół, mnisi powoli sunący na swoje miejsca wedle precedencji, od najstarszego do najmłodszego. Benedykt był na końcu.

Śpiewali psalmy. Po łacinie, na jednym tonie, monotonnie, cicho, jakby w zasłuchaniu. Nie było w tym życia, raczej coś pomiędzy, wyłaniająca się z pustki świadomość obecności, płynący bezwiednie w pustkę kościoła dźwięk ludzkich głosów.

Z dala od klasztoru dało się słyszeć te ciche głosy mnichów, jakby wiecznie odmierzających niezmienny rytm czasu.

*

Zanurzenie w wieczności, tak podnoszące na duchu, wymagało od mnicha siły i odwagi. Doczesność oraz słabe i kruche ciało dopominały się bowiem o swoje. Myśli uciekały, krążyły gdzieś, daleko od kartazji. Po długich chwilach rozproszenia budził się Benedykt nagle, zauważając, że to już Pater noster, ostatni punkt porannego oficjum.

Ileż poruszających doznań doświadczał wtedy Benedykt. Głos ludzki, który płynął ku Bogu, rozlewał się po nawach, ginął gdzieś daleko w kruchcie. Choćby i cały świat miał przepaść, myślał wtedy młody mnich, ta modlitwa trwać będzie wiecznie. Ona będziegłosem, odwieczną pieśnią, Logosem.

I Bóg ocali świat przez wzgląd na mniszy śpiew rozlegający się po całej ziemi, bez ustanku. Oto filary świata, podstawa, na której bezpiecznie stanąć może każdy człowiek.

*

„Służba boża” − te słowa poruszały go do głębi. Myślał wtedy − piękne imię mi wybrano. Taki wielki patron! On mnie nigdy nie opuści, nie zaniedba. Prawdziwa radość przepełniała go od wewnątrz, jakby już zdobył niebo.

Rozpływał się we wzniosłych myślach. Jak przeogromny jest dar – rozważał niejednokrotnie – który pozwala mnichom na wolne zanurzenie się w otchłani boskiej miłości.

Czytał wiele o miłości do Boga, że tylko miłość jest wiarygodna. Piękne słowa znalazł u wielkiego teologa Johanna Ukego von Bartholda, które czyniły tę drogę wewnętrzną fascynującą przygodą. Całkowite oddanie, dar z siebie, pełne powierzenie siebie Bogu, „puszczenie” protez życiowych: to był jego duchowy ideał.

Nieraz słyszał na konferencjach o takim skoku w nieznane, oddaniu jestestwa w ręce Boga, Kościołowi. Właśnie Kościół, posłuszeństwo, powierzenie swego życia opatowi, który był nieomylnym wykonawcą bożej woli. Nie było prostszej i krótszej drogi: pójście za duchowym przewodnictwem mistrza prowadzącego ku ideałowi – świętości rozpoczynającej się już teraz, tutaj, w świętej kartazji.

Wiedział, że od momentu wstąpienia do klasztoru wszystko dobrze się w jego życiu potoczy. Wierzył w to głęboko. Zyskiwał jakby polisę ubezpieczeniową z pełną gwarancją zwrotu i solidną premią. Cel wydawał się zdobyty już na samym początku drogi.

Podczas obłóczyn nie opuszczała go myśl, że jego życie osiąga teraz swoje dopełnienie. Z mojej strony to już wszystko, mówił sobie, reszta jest dziełem Boga. Miał wtedy dziewiętnaście lat.

*

W nowicjacie był bardzo gorliwy. Wszystkiego musiał się nauczyć. Chodzenia w habicie, śpiewania psalmów. Wstawania w nocy na modlitwy. Stopniowo poznawał kartaską duchowość, ze wzruszeniem wsłuchiwał się w opowieści o świętych mnichach. I tych z ostatnich pokoleń, i tych z dawnych czasów.

*

Wkrótce jednak nastały ciężkie chwile. Nie rozumiał, co się z nim dzieje. Silny niepokój mocno dawał mu się we znaki. Postanowił przetrwać kryzys − zasadniczą próbę inicjacji.

Rozmawiał z mistrzem nowicjatu o swoich wątpliwościach, o tym, że nie sprosta wyzwaniu, że nie potrafi być tak doskonały. Mistrz uspokajał go – to normalne, mówił. Jesteś na początku drogi, każdy przechodzi przez okres wątpliwości.

*

Czy nie tak było w historii wielkich mistyków, dręczonych niepokojami nieporównanie większymi? Tracących wszelką radość z modlitwy, doznających oschłości duszy, pozbawionych poczucia bożej obecności, Jego miłości, aż do przeszywającego serce doświadczenia utraty wiary, pogrążenia w rozpaczy. Był więc Benedykt, jak sądził, na dobrej drodze duchowego dojrzewania.

Podskórnie przeczuwał, że gdyby nie zdobył się na ów skok w przepaść boskiej miłości, mógłby już nigdy się nie odważyć. To było jakby wyrwanie się życiu, bez odwrotu. Chciał zapomnieć o wszystkim, co wiązało się z doczesnym światem, zostawić to, co ziemskie, by całe swe serce związać z jedynym Panem. Wiedział, że podejmuje się zadania po ludzku ponad siły.

Stąd wiara, wiara niezłomna, wbrew rozumowi rodząca nadzieję w pustce bezradności, mówiąca zawsze: będzie dobrze, zaufaj, nie musisz nic zmieniać, nie musisz walczyć, tylko ufaj, nie buntuj się, przyjmij z pokorą boże wyroki, które docierają do ciebie w słowach opata. „Bóg dał, Bóg wziął, niech imię Jego będzie błogosławione”, wzruszał się Benedykt, ilekroć wspominał te słowa Hioba.

Zawierz Panu, mówił mu jego duchowy doradca, brat Efrem, mający w kartazji opinię świątobliwego starca. Nie zabraknie ci łaski. Tylko módl się, pamiętaj, że jesteś w rękach dobrego Boga. On nie zapomni o tobie, nagrodzi cię za twoją ofiarę. Wola boża nie jest jakąś niedostępną tajemnicą. Słowa opata, na mocy twoich ślubów, staną się już na zawsze głosem Boga. Wszystko jest proste, bardzo proste. Gdy to zrozumiesz, osiągniesz głęboki wewnętrzny pokój.

Nie wiedział wtedy Benedykt, że szkoła mniszego posłuszeństwa to oddanie się instytucji, która wchodzi w posiadanie życia mnicha we wszystkich jego wymiarach, począwszy od potrzeb biologicznych, wyżywienia, dachu nad głową, ubioru, skończywszy na poczuciu emocjonalnego i intelektualnego bezpieczeństwa.

.

Jeszcze wiele lat później nie dawały mu spokoju te myśli. Siedział w barze, zatopiony w sobie, jakby nieobecny. Przychodził tu codziennie, zawsze o tej samej porze. Zamawiał kawę, zapalał papierosa, w jego dymie wracały wspomnienia. Gorzkie, bez nadziei na pocieszenie.

Wtopienie się w klasztorny organizm, uwalniające od odpowiedzialności za własne życie, nazywa się duchowym wyzwoleniem. Życiowy kaleka, wyćwiczony w bierności, wsłuchiwaniu się, rezygnacji z własnego widzenia i przeżywania świata.

Tak trzeba by rozumieć słowa opata wypowiedziane w czasie obłóczyn: „Teraz umiera Jan, a rodzi się Benedykt”. Nadanie imienia, mówił opat, to jakby nowe stworzenie, rodzi się nowy człowiek, mnich, który nie jest już sobą, nie tylko sobą, ale czymś więcej, o wiele więcej, jest znakiem boskiej obecności.

*

Te kiedyś zachwycające słowa stały się dla Jana przekleństwem. Mnich przestaje być sobą, bo wszystko, czym był, zanim został mnichem, jeśli w ogóle czymś był, zostało przemienione w społeczną rolę, zadanie do wykonania, element klasztornego organizmu, uwolniony od obowiązku bycia sobą i stanowienia siebie.

Wszelką własną aktywność, cechy wyróżniające i odrębność postrzegano w mniszym świecie jako przejaw pychy, brak duchowego wyrobienia, chęć pokazania siebie miast zniknięcia, śmierci ego i oddania się Bogu, całkowitego powierzenia się mu, zaniechania egoistycznego nastawienia.

Maska mnicha zrasta się z jego twarzą tak bardzo, że twarz znika, już nigdy niemożliwa do rozpoznania. Pozostaje nowa tożsamość, owoc treningu instytucji totalnej, ukształtowana od podstaw, sięgająca najgłębszych pokładów osobowości.

Wtedy jednak Benedykt nie mógł o tym wiedzieć.

Wieczór

Mnisi wstawali wcześnie rano, jeszcze przed wschodem słońca. Bezszelestnie sunęli w stronę kościoła, gdzie w nawie głównej, w stallach, rozpoczynały się modlitwy. Jednostajnie, w jednym tonie recytowane psalmy i hymny, na koniec błogosławieństwo opata. Wyjście uroczyste, według starszeństwa, najpierw opat, na końcu nowicjusze. Śniadanie w refektarzu, w milczeniu, młodzi bracia usługujący bez słów. O dziewiątej rano znów ten sam rytuał, te same modlitwy – tercja. W południe msza święta, obiad. O trzeciej nona, o szóstej nieszpory z procesją do ołtarza Matki Boskiej. Kolacja i o dziewiątej wieczorem kompleta – modlitwa przed snem. W przerwach między modlitwami pomoc przy pracach ogrodowych, studia, lektury świętych ksiąg. Tak miało odtąd wyglądać całe jego życie.

Religijne praktyki, tak wymagające, nadawały rytm życiu, kształtowały ciało i duszę, wskazywały drogę. Dzięki nim Benedykt mógł zatopić się w świecie ducha, uwalniając serce z niewoli zmysłów. Przemienić wulgarną przyziemność w duchową pieśń – taki był cel, ideał.

*

Chodziło o wewnętrzną sublimację, przeniknięcie cielesnych doznań duchem, ich transformację. Muzyka, kadzidło, piękno klasztoru – wszystko to niosło mnicha ku wyżynom. Zmysły przestawały gonić za tym, co niskie, prowadziły ku temu, co doskonałe, wzniosłe i czyste. Ten niedościgły ideał odcisnął się trwale w duszy Benedykta.

Praktykował więc w szkole miłości Boga i ludzi. Szedł drogą ducha zgodnie ze wskazaniami duchowych nauczycieli.

Starał się uwolnić od cielesnych przywiązań. One bowiem – wiedział o tym najlepiej – przesłaniały boskie oblicze. Przywiązanie do pomniejszych dóbr materialnych sprawiało, że dusza nie mogła przylgnąć do najwyższego dobra.

Zaglądał więc brat Benedykt w swoje serce i badał regularnie, podczas porannego i wieczornego rachunku sumienia, czy i jak bardzo jest jeszcze przywiązany do rzeczy materialnych, do swoich uczuć, przyzwyczajeń, drobnych przedmiotów, pamiątek.

Miał koszulę, lśniąco białą, otrzymał ją od matki, kiedy wyruszał w swą ostatnią drogę ku murom kartazji. Koszula była piękna, przypominała mu matkę. A on przecież cały świat pozostawił za sobą – dla Jezusa. Musiał podjąć męską decyzję – wymóg duchowej wolności. Oddał koszulę. Ostatnią pamiątkę dawnego życia.

*

Uwolnienie się od przywiązania do ludzi, do przeszłości, dobrych lub złych wspomnień to kolejne etapy duchowej wędrówki – wyzwalał więc swą duszę Benedykt, podążając drogą wewnętrznego oczyszczenia.

Zdjęć nie wziął ze sobą, ale lubił grać w piłkę. Od dziecka biegał po łące z kolegami, całymi popołudniami, aż do zmroku, z obłędem w oczach, i zawsze cieszył się grą, jakby grał po raz pierwszy. Wracał do domu umorusany i szczęśliwy. Pamięci o tej dziecinnej miłości także postanowił wyrzec się brat Benedykt, odrzucając infantylne fanaberie.

Mnisi nie posiadają niczego na własność. Wszelkie dary, prezenty stają się własnością klasztoru. To ważny element wyrzeczenia się świata. Rodziców nie mógł widzieć Benedykt do ślubów wieczystych, przez sześć lat, przysyłali więc paczki. Ser, butelka wina. Oddawał je wspólnocie. Cieszył się brat Benedykt, że wszystko to stało się dla niego nieważne.

*

Czy cierpiał? Oczywiście, jak mógł nie cierpieć. Ból oddzielenia, rozłąki z najbliższymi był dojmujący, jakby coś rozrywało go od wewnątrz. Z czasem jednak słabł. Benedykt obojętniał, przyzwyczajał się do oderwania od wszystkiego, zatapiał się w sobie.

*

Niewiele wtedy rozumiał, nie mógł pojąć, co właściwie działo się w jego wnętrzu. Nie myślał o tym. Niosła go pewność, że dokonuje najlepszego wyboru. Nie ma innej drogi do Boga jak droga ofiary.

Nie wiedział Benedykt, że samo życie to więź, pamięć, serdeczne uczucie. Kto pozbawia się przywiązań, pozbawia się istnienia, staje się martwym za życia. Trzeba było wielu lat, by to pojął.

*

Mnich opuszcza świat. Porzuca rodzinę, dom, braci, siostry i już do nich nie wraca. Nie spotka swoich znajomych, przyjaciół, rodziców. Kiedy odwiedzają go, pierwszy raz w dniu ślubów wieczystych – to tylko na chwilę. Są jak wspomnienie z dalekiego dzieciństwa, wspomnienie przez mgłę.