Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Młody Sherlock Holmes. Zabójcza chmura ebook

Andrew Lane

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Młody Sherlock Holmes. Zabójcza chmura - Andrew Lane

Sherlock Holmes ma czternaście lat. Upłynie jeszcze trochę wody w Tamizie, zanim stanie się owym słynnym detektywem, ale już trafia mu się pierwsze śledztwo. W lesie niedaleko dworu jego stryjostwa zostają znalezione zwłoki pokryte dziwnymi bąblami, a ślad prowadzi do pewnego barona. Jaką ponurą tajemnicę skrywają ponure londyńskie doki? I jak się na tym wszystkim skupić, skoro tuż obok jest piękna rudowłosa Virginia? „Zabójcza chmura” to pierwszy tom serii o nastoletnim błyskotliwym detektywie. Frapująca fabuła, znakomicie oddany klimat miejsca i czasu oraz barwne postacie składają się na powieść, pod jaką chętnie podpisałby się sam Conan Doyle.

Opinie o ebooku Młody Sherlock Holmes. Zabójcza chmura - Andrew Lane

Fragment ebooka Młody Sherlock Holmes. Zabójcza chmura - Andrew Lane

Tytuł oryginału: Young Sherlock Holmes: Death Cloud

Copyright © 2010 Andrew Lane The original edition is published by Macmillan Children’s Books, London

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Przekład: Dominika Cieśla-Szymańska

Redaktor prowadząca: Natalia Sikora

Redakcja: Marta Małecka-Kisiel

Korekta: Justyna Żebrowska, Jadwiga Piller

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Opracowanie okładki polskiej i stron tytułowych na podstawie wersji oryginalnej: Szymon Wójciak

Ilustracja na okładce: Ker Walker i Sam Hadley

Fotografia autora: © Helen Stirling

Skład i łamanie: AdamDabrowski.com

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.plwww.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-320-7

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Andrew Lane

(ur. 1963) – brytyjski pisarz, scenarzysta, dziennikarz, fan Sherlocka Holmesa.

Jest autorem około dwudziestu powieści (opartych m.in. na serialu Doktor Who) oraz książek poświęconych postaciom takim jak James Bond czy Wallace i Gromit. Jego cykl o młodym Holmesie ukazuje się za oficjalnym przyzwoleniem spadkobierców Conan Doyle'a.

Dedykacja

Dedykuję pamięci autorów książek dla młodzieży, których powieści pochłaniałem w młodości: kpt. W.E. Johnsa, Hugh Waltersa, Andre Nortona, Malcolma Saville’a, Alana E. Norse’a i Johna Christophera, dziękując także za przyjaźń i wsparcie tym przedstawicielom najmłodszego pokolenia, których miałem szczęście poznać:

Benowi Jeapesowi, Stephenowi Cole’owi, Justinowi Richardsowi, Gusowi Smithowi oraz niezrównanemu Charliemu Higsonowi.

Wyrazy wdzięczności zechcą przyjąć również: Rebecca McNally i Robert Kirby za wiarę we mnie, Jon Lellenberg i Charles Foley za udzielenie zgody, Gareth Pugh za wszystko, czego dowiedziałem się o pszczołach, oraz Nigel McCreary, dzięki któremu nie zwariowałem podczas tej pracy.

PROLOG

Kiedy Matthew Arnatt po raz pierwszy zobaczył chmurę śmierci, unosiła się ona na wysokości okna na pierwszym piętrze domu stojącego w pobliżu miejsca, w którym mieszkał.

Kręcił się właśnie po High Street w handlowym Farnham, szukając owoców lub kawałków chleba, które upuścili nieuważni przechodnie. Powinien był przepatrywać ziemię pod nogami, ale wciąż spoglądał w górę na domy, sklepy i tłoczących się wokół niego ludzi. Miał zaledwie czternaście lat i, o ile pamiętał, nigdy wcześniej nie był w tak dużym mieście. W tej zamożnej dzielnicy Farnham starsze domostwa z drewnianym belkowaniem pochylały się ku sobie, a ich górne piętra wisiały nad przechodzącymi poniżej niczym ciemne obłoki.

Ulica była częściowo brukowana kocimi łbami, ale w pewnej odległości bruk ustępował miejsca klepisku, z którego końskie kopyta i koła przejeżdżających z łoskotem wozów wzbijały kłęby pyłu. Co kilka jardów1 przy drodze leżał kopiec końskiego nawozu, czasem jeszcze parującego, z unoszącą się nad nim chmarą much, a czasem starego i wyschniętego, który wyglądał jak zbity kłąb trawy czy siana.

Matthew czuł ostrą woń ciepłego nawozu, ale dolatywał go też zapach świeżego chleba oraz chyba wieprzowiny pieczonej na ruszcie nad dużym ogniem. Oczami wyobraźni ujrzał tłuszcz kapiący i skwierczący w płomieniach. Żołądek ścisnął mu się z głodu tak mocno, że chłopiec niemal zgiął się wpół od nagłego bólu. Już od kilku dni nie miał w ustach porządnej strawy. Nie był pewien, jak długo jeszcze wytrzyma.

Jeden z przechodniów, baryłkowaty jegomość w brązowym meloniku i ciemnym, znoszonym ubraniu, przystanął i wyciągnął do niego rękę, jakby chciał mu pomóc. Matthew cofnął się. Nie chciał żadnej dobroczynności. Dobroczynność oznaczała przytułek, gdzie trzeba pracować, albo sierociniec, a on nie chciał wchodzić na ścieżkę prowadzącą do żadnego z tych miejsc. Da sobie radę sam. Musi tylko znaleźć coś do jedzenia. Kiedy coś zje, wszystko będzie dobrze.

Zanim jegomość zdążył położyć mu rękę na ramieniu, Matthew umknął przed jego dłonią, a potem zawrócił i skręcił w boczną uliczkę, tak wąską, że górne piętra domów niemal się nad nią stykały. Gdyby ktoś miał ochotę, mógłby przejść ze swojej sypialni wprost do mieszkania sąsiada.

I właśnie w tej chwili ujrzał zabójczą chmurę. Wtedy jeszcze nie wiedział, co to takiego, o tym miał się przekonać później. Dostrzegł tylko ciemną plamę wielkości dużego psa, która wylewała się z otwartego okna jak dym, ale dym obdarzony własną wolą. Chmura zatrzymała się na chwilę, po czym skierowała w bok ku rynnie, gdzie skręciła i zaczęła wspinać się w stronę dachu. Zapomniawszy o głodzie, Matthew patrzył z otwartymi ustami, jak obłok przelewa się przez ostrą kalenicę i znika mu z pola widzenia.

Ciszę przerwał krzyk – płynący z otwartego okna – a wtedy chłopak odwrócił się i pognał ulicą tak szybko, jak tylko pozwalały mu patykowate nogi. Nikt nie krzyczałby tak z zaskoczenia. A nawet ze wzburzenia. Nie, z tego co wiedział Matthew, tak można krzyczeć tylko w śmiertelnym strachu o własne życie, a z tym, co wzbudziło ów strach, za nic nie chciałby stanąć oko w oko.

– Ty tam! Podejdź tu!

Sherlock Holmes odwrócił się, by zobaczyć, kto woła i kogo. Tego słonecznego ranka przed szkołą dla chłopców w Deepdene stały setki uczniów, każdy w nieskazitelnym szkolnym mundurku i z opasanym rzemieniami kuferkiem albo górą bagażu leżącą obok niczym przekarmiony, wierny pies. Wołanie mogło dotyczyć któregokolwiek z nich. Nauczyciele z Deepdene nigdy nie zwracali się do uczniów po imieniu – zawsze mówili tylko: „Ty!”, „Chłopcze!” albo „Dziecko!”. Utrudniało to życie i wymagało ciągłej czujności, co zapewne było celem nauczycieli. A może po prostu pedagodzy już dawno temu zrezygnowali z zapamiętywania nazwisk uczniów. Sherlock nie miał pewności, które wytłumaczenie jest bardziej prawdopodobne. Może oba.

Poza nim żaden z chłopców nie zwrócił uwagi na wołanie. Albo gawędzili z krewnymi, którzy po nich przyjechali, albo też z niecierpliwością wpatrywali się w bramę szkoły, czekając na powóz, który miał ich zabrać do domu. Sherlock niechętnie obrócił się na pięcie, by przekonać się, czy złośliwy palec losu wskazuje na niego.

Tak było. Rzeczony palec należał w tym przypadku do pana Tulleya, łacinnika. Podszedł on właśnie do narożnika budynku, gdzie nieco z dala od pozostałych chłopców stał Sherlock. Surdut nauczyciela, zwykle pobrudzony kredowym pyłem, został specjalnie oczyszczony na okazję zakończenia semestru i nieuchronnych spotkań z ojcami, którzy płacili za naukę swych synów, a biret tkwił na jego głowie tak prosto, jakby przytwierdził go tam osobiście sam dyrektor.

– Ja, panie profesorze?

– Tak, ty! – warknął pedagog. – Ruszaj do gabinetu dyrektora quam celerrime. Czy zostało ci w głowie dość łaciny, by zrozumieć, co to znaczy?

– To znaczy „natychmiast”, panie profesorze.

– Zatem pospiesz się.

Sherlock zerknął ku bramie szkoły.

– Ale panie profesorze, czekam na ojca, który ma mnie odebrać.

– Z pewnością nie odjedzie bez ciebie, chłopcze.

Sherlock podjął jeszcze jedną bezczelną próbę.

– Mój bagaż…

Pan Tulley zerknął pogardliwie na zniszczony drewniany kufer Sherlocka – pamiątkę po wojskowych podróżach ojca – pełen zastarzałych plam i nadgryziony zębem czasu.

– Nie sądzę, by ktokolwiek chciał go ukraść – powiedział – chyba że ze względu na wartość zabytkową. Poproszę woźnego, by go dopilnował. A teraz ruszaj.

Sherlock z wahaniem zostawił swój dobytek – zapasowe koszule i bieliznę, tomiki poezji i kajety, w których zwykł notować swoje pomysły, przemyślenia, rozważania i melodie, jakie czasem przychodziły mu do głowy – po czym poszedł ku otoczonemu kolumnami wejściu do budynku szkoły. Przepychając się przez tłum uczniów, ich rodziców i rodzeństwa, zarazem nieustannie zerkał ku bramie, gdzie tłoczyły się konne powozy próbujące przejechać przez nią wszystkie naraz.

Główny hall wejściowy zdobiła dębowa boazeria i ustawione półkolem marmurowe popiersia poprzednich dyrektorów i patronów, każde na osobnym postumencie. Snopy światła padały ukośnie z wysokich okien na czarno-białe płytki podłogi, rozświetlając wirujące drobinki kredowego pyłu. Ścisk panujący w hallu rodził niebezpieczeństwo, że lada chwila jakieś popiersie zostanie strącone z postumentu. Na niektórych widniały duże pęknięcia szpecące gładki marmur, co nasuwało wniosek, że przy każdym zakończeniu semestru co najmniej jedno z nich rozbijało się o podłogę i trzeba je było sklejać.

Sherlock przemykał się między ludźmi, którzy nie zwracali na niego uwagi, aż w końcu udało mu się wydostać z tłumu i wejść w korytarz wychodzący z hallu. Gabinet dyrektora mieścił się kilka jardów dalej. Zatrzymawszy się na progu, Sherlock wziął głęboki oddech, otrzepał klapy mundurka i zapukał.

– Wejść! – zahuczał głos niczym w teatrze.

Sherlock przekręcił gałkę i otworzył drzwi, starając się opanować nerwowy skurcz, którzy przeszył jego ciało niby błyskawica. W gabinecie dyrektora był dotąd tylko dwa razy: raz z ojcem, kiedy przyjechał do Deepdene, oraz rok później, kiedy wraz z grupą uczniów oskarżono go o ściąganie na egzaminie. Trzech prowodyrów poddano chłoście i usunięto ze szkoły, czterech czy pięciu pozostałych wychłostano aż do krwi i pozwolono im zostać. Sherlock – którego wypracowania spisywali koledzy – uniknął kary, ponieważ twierdził, że nic nie wiedział o całym procederze. W rzeczywistości wiedział o wszystkim, ale w szkole był zawsze nieco na uboczu, a skoro dzięki spisywaniu miał być tolerowany, czy wręcz lubiany, nie czuł żadnych skrupułów. Lecz nie zamierzał też donosić na spisujących – wtedy by go pobili albo być może przytrzymali przed buzującym kominkiem w jednym w dormitoriów, aż ubranie zaczęłoby mu dymić, a skóra pokryła się bąblami. Tak właśnie wyglądało szkolne życie – nieustanne balansowanie między nauczycielami a innymi uczniami. Nienawidził tego.

Gabinet dyrektora wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętał: ogromny, ponury, pachnący skórą i tytoniem do fajki. Pan Tomblinson siedział za biurkiem tak wielkim, że można by na nim grać w kręgle. Był zażywnym jegomościem w nieco za ciasnym ubraniu, które zapewne pomagało mu ukrywać przed samym sobą ewidentną obfitość kształtów.

– A, Holmes? Wejdź, chłopcze. Zamknij za sobą drzwi.

Sherlock zrobił, jak mu kazano, ale zamykając drzwi, spostrzegł, że w pokoju jest ktoś jeszcze: mężczyzna stojący przy oknie z kieliszkiem sherry w dłoni. Światło odbite od rżniętego szkła rzucało tęczowe refleksy.

– Mycroft? – powiedział zdumiony Sherlock.

Starszy brat odwrócił się ku niemu, a uśmiech przemknął przez jego twarz tak szybko, że gdyby Sherlock akurat mrugnął, mógłby go nie zauważyć.

– Sherlock. Urosłeś.

– Ty też – odparł. Brat rzeczywiście przybrał na wadze. Był niemal równie pulchny jak dyrektor, ale jego ubranie skrojono tak, by raczej to ukrywać, niż podkreślać.

– Przyjechałeś powozem ojca.

Mycroft uniósł brew.

– Jak, u diabła, domyśliłeś się tego, młody człowieku?

Sherlock wzruszył ramionami.

– Zauważyłem równoległe zagniecenia na twoich spodniach, tam gdzie odgniotła się na nich tapicerka, a pamiętam, że w powozie ojca na siedzeniu jest rozdarcie, które zaszyto dość niestarannie kilka lat temu. Szew odcisnął się na twoich spodniach, obok zagnieceń. – Urwał. – Mycrofcie, gdzie jest ojciec?

Dyrektor chrząknął, żeby zwrócić na siebie uwagę.

– Twój ojciec…

– Ojciec nie przyjedzie – przerwał mu łagodnie Mycroft. – Jego regiment został wysłany do Indii, by wzmocnić stacjonujące tam oddziały. Na granicy północno-zachodniej zrobiło się niespokojnie. Wiesz, gdzie to jest?

– Tak. Uczyliśmy się o Indiach na geografii i historii.

– Mądry chłopak.

– Nie wiedziałem, że tubylcy znów się burzą – zadudnił dyrektor. – W „Timesie” z pewnością nie było o tym wzmianki.

– To nie Hindusi – zdradził mu Mycroft. – Kiedy przejęliśmy kraj od Kompanii Wschodnioindyjskiej, żołnierze będący pod jej rozkazami przeszli na powrót pod rozkazy armii. Niektórym nowa dyscyplina wydała się znacznie… surowsza niż ta, do której przywykli. Nastroje były tak fatalne, że rząd postanowił radykalnie zwiększyć liczebność woj ska w Indiach, by p okazać im, jak wyglądaj ą prawdziwi żołnierze. Już sam bunt Hindusów to poważny problem, bunt w Armii Brytyjskiej byłby czymś nie do pomyślenia.

– A czy istotnie dojdzie do buntu? – zapytał Sherlock, czując, jak serce zaczyna ciążyć mu niczym kamień. – Czy ojciec będzie bezpieczny?

Mycroft wzruszył potężnymi ramionami.

– Nie wiem – powiedział. Między innymi za to Sherlock szanował swojego brata. Zawsze odpowiadał wprost na zadane wprost pytanie. Żadnego owijania w bawełnę. – Niestety, nie o wszystkim mi wiadomo. W każdym razie jeszcze nie teraz.

– Pracujesz przecież dla rządu? – naciskał Sherlock. – Musisz choć trochę wiedzieć, co może się stać. Nie możesz wysłać innego oddziału? Zatrzymać ojca w Anglii?

– Pracuję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych dopiero od kilku tygodni – odparł Mycroft – i choć pochlebiasz mi, przypisując wpływ na tak poważne sprawy, niestety, nie mogę nic zrobić. Jestem tylko doradcą. W istocie jedynie urzędnikiem.

– Na jak długo ojciec wyjeżdża? – zapytał Sherlock, przypominając sobie potężną postać mężczyzny w szkarłatnej serżowej kurtce z białymi pasami krzyżującymi się na piersi, którego łatwo było rozbawić, trudno za to wytrącić z równowagi. Sherlock czuł ucisk w klatce, ale trzymał emocje na wodzy. Jeśli cokolwiek wyniósł z nauki w szkole Deepdene, to przede wszystkim zasadę, by nigdy ich nie okazywać, bo z pewnością ktoś wykorzysta je przeciwko tobie.

– Sześć tygodni rejsu, sześć miesięcy, jak sądzę, na miejscu, po czym kolejne sześć tygodni na powrót. Razem dziewięć miesięcy.

– Niemal rok. – Sherlock pochylił głowę, starając się zapanować nad sobą. – Możemy już jechać do domu?

– Nie jedziesz do domu – odparł Mycroft.

Sherlock stał nieruchomo, czekając w milczeniu, aż dotrze do niego sens tych słów.

– Chłopak nie może tu zostać – mruknął dyrektor. – Szkoła będzie sprzątana.

Mycroft przeniósł swoje niewzruszone spojrzenie z Sherlocka na dyrektora.

– Matka… źle się czuje – powiedział. – Jest nader delikatnego zdrowia, a sprawa z ojcem jeszcze je nadwątliła. Potrzeba jej ciszy i spokoju, Sherlockowi zaś kogoś starszego, kto by się nim zajął.

– Ale przecież jesteś ty! – zaprotestował Sherlock.

Mycroft ze smutkiem potrząsnął dużą głową.

– Mieszkam teraz w Londynie, a moje stanowisko wymaga pracy przez wiele godzin dziennie. Obawiam się, że nie byłbym dobrym opiekunem dla chłopca, zwłaszcza tak ciekawskiego jak ty. – Odwrócił się w stronę dyrektora, tak jakby łatwiej mu było przekazać kolejną wiadomość jemu zamiast Sherlockowi. – Chociaż nasza rodzina mieszka w Horsham, mamy krewnych w Farnham, całkiem niedaleko stąd. Stryja i stryjenkę. Sherlock zatrzyma się u nich na czas wakacji.

– Nie! – wybuchnął Sherlock.

– Tak – odparł łagodnie Mycroft. – Wszystko już ustalone. Stryj Sherrinford i stryjenka Anna zgodzili się przyjąć cię na lato.

– Ale ja ich nawet nie znam!

– Niemniej to twoi krewni.

Mycroft pożegnał się z dyrektorem, podczas gdy osłupiały Sherlock próbował pojąć okropność tego, co się właśnie stało. Nie jedzie do domu. Nie zobaczy się z ojcem ani z matką. Nie będzie wędrował po polach i lasach otaczających posiadłość, która była mu domem przez czternaście lat. Nie zaśnie w starym łóżku w pokoju na poddaszu, gdzie trzymał wszystkie swoje książki. Nie będzie wślizgiwał się do kuchni, gdzie kucharka, jeśli tylko się do niej uśmiechnął, dawała mu kromkę chleba z dżemem. Zamiast tego zupełnie sam spędzi kilka tygodni z ludźmi, których nie zna, będzie musiał zachowywać się nienagannie. Na dodatek zaś wszystko to w mieście, a nawet hrabstwie, o którym nic nie wie. A potem wróci do szkoły.

Jak on to wytrzyma?

Sherlock wyszedł za Mycroftem z gabinetu dyrektora i ruszyli korytarzem do hallu. Przed drzwiami szkoły stał jednokonny, kryty powóz. Po podróży Mycrofta do Deepdene miał zabłocone koła, a boki zakurzone. Na drzwiczkach widniał herb Holmesów. Kufer młodszego z braci już załadowano na tył pojazdu. Chuderlawy woźnica, którego Sherlock nie znał, siedział na koźle, luźno trzymając lejce.

– Skąd wiedział, który to mój kufer?

Mycroft machnął lekceważąco dłonią.

– Widziałem go z okna gabinetu dyrektora. To był jedyny bagaż, którego nikt nie pilnował. A poza tym tego kufra używał kiedyś ojciec. Dyrektor był tak uprzejmy, że posłał jednego z chłopców, by powiedział woźnicy, że ma go załadować na powóz.

Otworzył drzwiczki powozu i skinął na Sherlocka, by wsiadał. Chłopiec jednak obrzucił jeszcze spojrzeniem szkołę i kolegów.

– Patrzysz tak, jakbyś miał ich nigdy więcej nie zobaczyć – powiedział Mycroft.

– Nie o to chodzi – odparł Sherlock. – Myślałem tylko, że wakacje spędzę w miejscu lepszym niż to. Teraz wiem, że raczej w gorszym. Tu jest strasznie, ale może być jeszcze gorzej.

– Nie będzie tak źle. Stryj Sherrinford i stryjenka Anna to mili ludzie.

– Dlaczego więc nigdy o nich nie słyszałem? – zapytał Sherlock. – Dlaczego ojciec nigdy nie wspominał, że ma brata?

Przez twarz Mycrofta przebiegł niemal niezauważalny grymas.

– Myślę, że w rodzinie nastąpił niegdyś rozłam. Przez pewien czas stosunki były napięte. Matka odnowiła kontakty kilka miesięcy temu, pisząc do stryjostwa list. Nie mam nawet pewności, czy ojciec o tym wie.

– I właśnie tam mnie wysyłasz?

Mycroft poklepał Sherlocka po ramieniu.

– Gdyby było jakieś inne wyjście, nie robiłbym tego, wierz mi. Czy chcesz się pożegnać z przyjaciółmi?

Sherlock rozejrzał się. Widział znajomych chłopców, ale czy któregoś z nich mógłby nazwać przyjacielem?

– Nie – odrzekł. – Jedźmy już.

Podróż do Farnham zabrała im kilka godzin. Kiedy wyjechali za Dorking, miasteczko położone najbliżej szkoły Deepdene, powóz ruszył z turkotem wiejskimi drogami w tunelach drzew, mijając od czasu do czasu kryte strzechą chaty albo jakiś większy dom oraz pola pełne dojrzałego jęczmienia. Słońce prażyło z bezchmurnego nieba, zmieniając pojazd w piekarnik mimo powiewów wiatru, jakie wpadały do środka. Przy szybach leniwie brzęczały owady. Sherlock patrzył przez jakiś czas na świat przesuwający się za oknami. Zatrzymali się na lunch w gospodzie, gdzie Mycroft kupił trochę szynki i sera oraz pół bochenka chleba. W pewnym momencie Sherlock zasnął.

Kiedy się obudził, nie wiedział, czy minęło kilka minut, czy godzin, a powóz wciąż jechał przez taki sam krajobraz. Gawędzili z Mycroftem o tym, co ostatnio działo się w domu, o ich siostrze, o wątłym zdrowiu matki. Mycroft pytał, jak mu idzie nauka, Sherlock zaś opowiadał trochę o rozmaitych lekcjach, na których musiał wysiedzieć, i nieco więcej o nauczycielach. Naśladował ich głosy i nawyki, tak że starszy brat nie mógł pohamować śmiechu, rozbawiony zjadliwym humorem jego parodii.

Po jakimś czasie przy drodze pojawiło się więcej domów. Wreszcie wjechali do większego miasta, a końskie kopyta zagrzechotały na bruku. Wychyliwszy się z okna powozu, Sherlock zobaczył coś, co wyglądało na ratusz – trzypiętrowy budynek z ciemnymi belkami na tle białego tynku i wielkim zegarem zwisającym ze wspornika nad dwuskrzydłowymi drzwiami.

– Czy to Farnham? – zapytał.

– Guildford – odparł Mycroft. – Farnham jest niedaleko.

Droga z Guildford wiodła grzbietem, po którego obu stronach opadały pola porośnięte żółtymi kwiatami, z rozrzuconymi gdzieniegdzie kępami drzew.

– Ten grzbiet nazywają Hog’s Back – powiedział Mycroft. – Niedaleko stąd jest stacja telegrafu semaforowego na Pewley Hill. To część linii, która ciągnie się od budynku Admiralicji w Londynie aż do nabrzeża w Portsmouth. Uczyli was w szkole o telegrafie semaforowym?

Sherlock potrząsnął głową.

– Typowe – mruknął Mycroft. – Tyle łaciny, ile tylko zmieści się w łepetynach, ale nic, z czego byłby pożytek. – Westchnął ciężko. – Telegraf semaforowy pozwala przekazywać wiadomości szybko i na duże odległości. Poczcie konnej zabrałoby to wiele dni. Stacje telegrafu mają na dachu widoczne z daleka tablice z sześcioma dużymi otworami, które można przesłaniać lub odsłaniać. W zależności od tego, które otwory są odsłonięte, tablica pokazuje różne litery. Strażnik stacji obserwuje zarówno poprzednią, jak i następną stację linii za pomocą teleskopu. Jeśli dostrzeże literowaną wiadomość, zapisuje ją, a potem powtarza za pomocą swojej tablicy. W ten sposób wiadomość wędruje od stacji do stacji. Ta akurat linia zaczyna się w Admiralicji, ciągnie przez Chelsea i Kingston nad Tamizą aż tutaj, a potem dalej, do doków w Portsmouth. Jest jeszcze druga linia, prowadząca do doków Chatham, i inne, do Deal, Sheerness, Great Yarmouth i Plymouth. Zbudowano je po to, by Admiralicja mogła szybko przekazać wiadomości marynarce wojennej na wypadek ataku ze strony Francji. A teraz powiedz mi, skoro mamy sześć otworów, a każdy z nich może być otwarty lub zamknięty, ile jest różnych kombinacji, które oznaczają litery, cyfry albo inne symbole?

Choć Sherlock miał wielką ochotę odpowiedzieć bratu, że rok szkolny właśnie się skończył, zamknął oczy i liczył przez chwilę w myślach. Jeden otwór to dwa stany: otwarty i zamknięty. Dwa otwory to już cztery stany: otwarty-otwarty, otwarty-zamknięty, zamknięty-otwarty, zamknięty-zamknięty. Trzy otwory… Szybko dokonał obliczeń i wtedy zrozumiał regułę.

– Sześćdziesiąt cztery – odparł w końcu.

– Bardzo dobrze – przytaknął Mycroft. – Cieszę się, że przynajmniej z matematyką jesteś na bieżąco. – Zerknął w okno po prawej. – Ach, Aldershot. Ciekawe miejsce. Czternaście lat temu królowa Wiktoria nazwała je domem Armii Brytyjskiej. Przedtem była to mała wioska z niecałym tysiącem mieszkańców. Teraz ma ich szesnaście tysięcy i wciąż się rozwija.

Sherlock wyciągnął szyję, by zza ramienia brata wyjrzeć przez drugie okno, ale patrząc pod takim kątem, dostrzegł jedynie rozrzucone budynki, być może stojące przy linii kolejowej, która biegła równolegle do drogi u stóp zbocza. Usiadł więc z powrotem i zamknął oczy, starając się nie myśleć o tym, co go czekało.

Po jakimś czasie poczuł, że powóz zjeżdża w dół. Zaraz potem skręcili kilkakrotnie i odgłos końskich kopyt się zmienił: teraz jechali nie po bruku, ale po ubitej ziemi. Zacisnął mocniej powieki, chcąc odwlec chwilę, kiedy będzie musiał pogodzić się z nieuchronnym.

Powóz zatrzymał się na żwirowanym podjeździe. Z zewnątrz słychać było śpiew ptaków i szelest wiatru w gałęziach. Sherlock usłyszał czyjeś zbliżające się kroki na żwirze.

– Sherlocku – powiedział łagodnie Mycroft – czas zmierzyć się z rzeczywistością.

Otworzył oczy.

Powóz stał przed wejściem do dużego domu. Budynek z czerwonej cegły wydawał się bardzo wysoki: parter i dwa piętra, a na dodatek jakby ciąg pokojów na poddaszu, sądząc po niewielkich okienkach w dachu krytym szarymi dachówkami. Lokaj właśnie otwierał drzwiczki od strony Mycrofta. Sherlock wysunął się z powozu w ślad za bratem.

W głębokim cieniu u szczytu trzech szerokich stopni, które wiodły na ganek głównego wejścia, stała kobieta, ubrana cała na czarno. Twarz miała chudą i ściągniętą, wargi zaciśnięte, a oczy zmrużone, jakby zamiast porannej herbaty łyknęła z filiżanki octu.

– Witajcie w majątku państwa Holmesów. Nazywam się Eglantine – powiedziała głosem szeleszczącym jak papier. – Jestem tu ochmistrzynią. – Zerknęła na Mycrofta. – Pan Holmes oczekuje pana w bibliotece, gdy tylko będzie pan gotów. – Przeniosła wzrok na Sherlocka. – A lokaj przeniesie… bagaż do pokoju panicza, paniczu Holmes. Popołudniowa herbata zostanie podana o trzeciej. Zechce panicz do tego czasu pozostać w swoim pokoju.

– Nie zostanę na herbatę – odrzekł bez zająknięcia Mycroft. – Niestety, muszę wracać do Londynu. – Odwrócił się do Sherlocka, a w jego spojrzeniu było zarazem współczucie, braterska miłość i przestroga. – Trzymaj się, Sherlocku – powiedział. – Na pewno przyjadę tu, by odwieźć cię do szkoły pod koniec wakacji, a jeśli będę mógł, wcześniej cię odwiedzę. Zachowuj się odpowiednio i wykorzystaj sposobność poznania okolicy. Jestem pewien, że stryj Sherrinford ma wyjątkową bibliotekę. Zapytaj, czy mógłbyś zaczerpnąć ze zgromadzonej tam wiedzy. Zostawię swój adres pani Eglantine – jeśli tylko będziesz mnie potrzebował, wyślij telegram albo napisz list. – Uspokajającym gestem dotknął ramienia Sherlocka. – To dobrzy ludzie – rzekł cicho, by nie słyszała go pani Eglantine – ale, jak cała nasza rodzina, mają swoje dziwactwa. Bądź ostrożny i staraj się ich nie rozzłościć. Pisz do mnie, kiedy będziesz mógł. I pamiętaj – nie zostajesz tu na resztę życia. To tylko kilka miesięcy. Bądź dzielny. – Ścisnął ramię brata.

Sherlock poczuł w gardle gulę wściekłości i frustracji. Zmusił się, by ją przełknąć. Nie chciał, by Mycroft dostrzegł jego uczucia, nie chciał też źle zacząć swego pobytu w majątku Holmesów. Od następnych chwil miało zależeć, jaki będzie cały jego pobyt tutaj.

Wyciągnął dłoń, a Mycroft, zdjąwszy rękę z ramienia brata, uścisnął ją, uśmiechając się serdecznie.

– Do widzenia – powiedział Sherlock głosem tak opanowanym, na jaki tylko mógł się zdobyć. – Pozdrów ode mnie matkę i Charlotte. A jeśli będziesz miał jakieś wieści o ojcu, daj mi znać.

Mycroft wszedł po schodach prowadzących do wejścia. Pani Eglantine przez chwilę patrzyła na Sherlocka z nieprzeniknioną miną, po czym odwróciła się i poprowadziła Mycrofta w głąb domu.

Sherlock obejrzał się i zobaczył, jak lokaj z trudem bierze kufer na ramiona. Kiedy już trzymał go bezpiecznie, chwiejnie wszedł po schodach, mijając Sherlocka, który niepocieszony ruszył za nim.

Posadzka w hallu była czarno-biała, obrzeżona mahoniem, a bogato zdobione schody spływały z górnych pięter niczym zamarznięty wodospad. Na ścianach widniały malowidła przedstawiające sceny religijne, pejzaże i zwierzęta. Mycroft wszedł drzwiami po lewej stronie schodów do pokoju, który, jak zdążył zauważyć Sherlock, pełen był książek oprawnych w zieloną skórę. Z fotela obitego skórą barwy identycznej jak oprawy tomów podniósł się szczupły, starszy mężczyzna w staroświeckim, czarnym surducie. Jego brodata twarz była pobrużdżona i blada, czaszkę znaczyły starcze plamy.

Drzwi zamknęły się, gdy obaj panowie ściskali sobie dłonie. Lokaj ruszył po marmurowej podłodze ku schodom, wciąż dźwigając na ramionach kufer. Sherlock poszedł za nim.

Pani Eglantine stała u stóp schodów, przed biblioteką. Patrzyła ponad głową Sherlocka, ku drzwiom.

– Chłopcze, wiedz, że nie jesteś tu mile widziany – syknęła, gdy ją mijał.

Na skraju lasu za Farnham Sherlock spoglądał na zbocze opadające od miejsca, gdzie siedział, do gruntowej drogi, która wiła się wśród zarośli jak wyschnięte koryto rzeki, aż znikała z pola widzenia. Po drugiej stronie miasta, na zboczu wzgórza, usadowił się wśród drzew niewielki zamek. Sherlock siedział tu sam, tak nieruchomo i tak długo, że zwierzęta przyzwyczaiły się do niego. Co jakiś czas w wysokiej trawie dało się słyszeć szelest przemykającej myszy albo nornika, a jastrzębie krążyły leniwie po błękitnym niebie, czekając na małe zwierzątka, które będą na tyle głupie, by wyjść na otwartą przestrzeń.

Wiatr szumiał w gałęziach drzew za jego plecami. Sherlock pozwolił myślom błądzić, starając się nie zastanawiać się ani nad przeszłością, ani nad przyszłością, pragnąc tak długo, jak to możliwe, skupić się na bieżącej chwili. Przeszłość bolała niczym siniak na kolanie, a do najbliższej przyszłości wcale mu się nie spieszyło. Jedyne, co mógł zrobić, to się nad nią nie zastanawiać, tylko pozwolić, by owiewał go wiatr, a zwierzęta chodziły sobie tuż obok niego.

Mieszkał w dworze Holmesów już od trzech dni, a nic nie zmieniło się na lepsze. Najgorsza była pani Eglantine. Ochmistrzyni przypominała stale obecne widmo, czające się w mrocznych zakamarkach domu. Gdziekolwiek się obrócił, ona tam była, stojąc w cieniu i obserwując go spod zmrużonych powiek. Od jego przybycia zamieniła z nim może trzy zdania. O ile zdążył się zorientować, oczekiwano, by zjawiał się na śniadanie, lunch, popołudniową herbatę oraz kolację, by się nie odzywał, jadł cicho jak myszka, po czym znikał aż do następnego posiłku; tak oto miało wyglądać jego życie aż do końca wakacji, kiedy przyjedzie Mycroft i uwolni go z tego więzienia.

Sherrinford i Anna Holmesowie – jego stryjostwo – zwykle pojawiali się na śniadaniu i obiedzie. Sherrinford był dominującą postacią: równie wysoki jak brat, ale dużo szczuplejszy, z wyraźnymi kośćmi policzkowymi, wypukłym czołem i wklęsłymi skroniami. Krzaczasta siwa broda opadała mu na pierś, ale włosy na głowie miał tak rzadkie, że dla Sherlocka wyglądało to, jakby na czaszce namalowano każdy kosmyk z osobna, po czym całość pokryto werniksem. Między posiłkami stryj zaszywał się w swoim gabinecie albo bibliotece, gdzie, jak wnioskował chłopiec ze strzępów konwersacji, pisał religijne broszury i kazania dla proboszczów w całym kraju. W ciągu tych trzech dni odezwał się do Sherlocka tylko raz podczas lunchu, gdy, utkwiwszy w nim złowieszcze spojrzenie, zapytał:

– W jakim stanie jest twoja dusza, chłopcze?

Sherlock zamrugał, zastygając z widelcem w połowie drogi do ust. Przypomniawszy sobie pana Tulleya, nauczyciela łaciny w Deepdene, rzekł:

– Extra ecclesiam nulla salus – co, jak był pewien, znaczyło: „Nie ma zbawienia poza Kościołem”. Chyba podziałało: Sherrinford Holmes skinął głową, mruknął:

– Ach, święty Cyprian z Kartaginy, oczywiście. – Po czym znów skupił wzrok na talerzu.

Pani Holmesowa – czyli stryjenka Anna – była niewysoką, drobną jak ptaszek kobietą, pozostającą, zdawałoby się, w nieprzerwanym ruchu. Nawet kiedy siedziała, jej dłonie nieustannie trzepotały, zatrzymując się tylko na moment. Mówiła cały czas, ale – jak zorientował się Sherlock – w istocie do nikogo konkretnego. Ten bezustanny potok mowy sprawiał jej widoczną przyjemność i nie oczekiwała, by ktokolwiek się weń włączył albo odpowiadał na jej zasadniczo retoryczne pytania.

Przynajmniej jedzenie było znośne – lepsze niż w szkole w Deepdene. Podawano głównie warzywa: marchewkę, ziemniaki i kalafiory, pochodzące, jak przypuszczał Sherlock, z warzywników dworu, ale do każdego posiłku było jakieś mięso, i to w przeciwieństwie do szarej, żylastej i zazwyczaj nierozpoznawalnej masy, do jakiej przywykł w szkole, doprawione i smaczne: golonki, udka kurczęcia, filety z ryby – jak mu wyjaśniono, łososia – oraz, jednego razu, wielkie płaty smakowitej jagnięcej łopatki, którą postawiono pośrodku stołu. Gdyby się nie pilnował, przybrałby na wadze tak bardzo, że zacząłby wyglądać jak Mycroft.

Dano mu pokój na poddaszu, nie obok kwater służących, ale też nie na parterze, w pobliżu pokojów państwa. Sufit opadał od drzwi w stronę okna, co odpowiadało spadkowi dachu, tak że Sherlock musiał chodzić po pokoju przygarbiony. Podłogę ze zwykłych desek przykrywał dywanik wątpliwego pochodzenia. Łóżko było równie twarde jak to w dormitorium. Przez pierwsze dwie noce panująca wokół cisza sprawiała, że godzinami nie mógł zasnąć. Tak bardzo przywykł do odgłosów wydawanych przez pozostałych trzydziestu chłopców: chrapania, mówienia przez sen albo stłumionego szlochu, że ta nagła cisza była wręcz irytująca. Potem otworzył jednak okno, by wpuścić nieco świeżego powietrza, i odkrył, że na zewnątrz wcale nie jest cicho, że noc ma własne, bardziej subtelne odgłosy. Od tej pory zasypiał kołysany pohukiwaniem sów, wrzaskami lisów i nagłym trzepotem skrzydeł, gdy coś przestraszyło kury na tyłach domu.

Mimo braterskich rad nie mógł zdobyć się na to, by pójść do biblioteki i usiąść nad książką. Stale tkwił tam stryj Sherrinford, szukając materiałów do swych broszur i kazań, a Sherlock bał się mu przeszkadzać. Zamiast tego zaczął wędrować wokół dworu, obchodząc go coraz większymi kręgami, począwszy od terenów przed domem i za nim, otoczonego murem ogrodu, zagrody dla kur i warzywnika. Potem przelazł przez kamienny mur wyznaczający granicę majątku i wyszedł na drogę, aż wreszcie dotarł do prastarych lasów, które rozciągały się z tyłu posiadłości. W domu rodzinnym dużo chodził po okolicy, wędrując po lasach samotnie albo z siostrą, ale las tutaj wydawał się starszy i bardziej tajemniczy niż te, do jakich przywykł.

– Te, mieszczuch, nie umiesz usiedzieć w miejscu?

– Ty chyba też nie – odparł Sherlock do kogoś, kto odezwał się za jego plecami. – Obserwujesz mnie już od pół godziny.

– Skąd wiesz? – Sherlock usłyszał przytłumiony odgłos, jakby ktoś właśnie zeskoczył z niższych gałęzi drzewa na rosnące poniżej paprocie.

– Ptaki siedzą na wszystkich drzewach wokół oprócz jednego – tego, na którym się schowałeś. Domyśliłem się, że się ciebie przestraszyły.

– Nie zrobię im nic złego. Tobie też nie.

Sherlock powoli odwrócił głowę. Głos należał do chłopca mniej więcej w jego wieku, tylko nieco niższego i bardziej krępego. Włosy sięgały mu do ramion.

– Chybabyś nie dał rady – powiedział tak spokojnie, jak tylko się dało w tych okolicznościach.

– Umiem się nieźle bić – odparł tamten. – I mam nóż.

– Tak, ale ja oglądam w szkole mecze bokserskie i mam długie ręce. – Sherlock obrzucił chłopca krytycznym spojrzeniem. Ubranie z grubego płótna miał zakurzone i połatane, a twarz, ręce i paznokcie brudne.

– W szkole? – zapytał. – To w szkołach uczą boksu?

– W mojej szkole tak. Mówią, że to hartuje.

Chłopak usiadł obok Sherlocka.

– To życie hartuje – mruknął, po czym dodał: – Mam na imię Matty. Matty Arnatt.

– Matty to od Matthew?

– Chyba tak. Mieszkasz w tym dużym domu tam dalej, prawda?

Sherlock skinął głową.

– Przyjechałem tylko na lato do stryjostwa. Ja nazywam się Sherlock. Sherlock Holmes.

Matty spojrzał krytycznie na Sherlocka.

– To nie jest prawdziwe imię.

– Co, Sherlock? – Zastanowił się przez chwilę. – A co jest z nim nie tak?

– Znasz jakichś innych Sherlocków?

– Nie – wzruszył ramionami Sherlock.

– A jak ma na imię twój ojciec?

Sherlock zmarszczył brwi.

– Siger.

– A twój stryj? Ten, u którego mieszkasz?

– Sherrinford.

– Masz braci?

– Tak, jednego.

– I jak ma na imię?

– Mycroft.

Matty zdumiony potrząsnął głową.

– Sherlock, Siger, Sherrinford i Mycroft! To dopiero kompania! Dlaczego nie ma u was żadnych zwyczajnych imion, jak Matthew, Mark, Luke i John?

– To imiona rodowe – wyjaśnił Sherlock. – Taka tradycja. Wszyscy mężczyźni w rodzinie noszą takie imiona. – Urwał na chwilę. – Ojciec powiedział mi kiedyś, że jedna z gałęzi naszego rodu przybyła do Anglii ze Skandynawii i stamtąd właśnie pochodzą te wszystkie imiona. Albo coś w tym rodzaju. „Siger” jest chyba skandynawskie, ale inne przypominają raczej nazwy miast w staroangielskim. Ale skąd wzięło się „Sherlock”, to zupełna zagadka. Może gdzieś na jakimś kanale jest śluza Sher Lock albo Sheer Lock.

– Sporo wiesz – powiedział Matty – ale nie masz za dużego pojęcia o kanałach. Nigdy nie natrafiłem na żadne Sher Lock ani Sheer Lock. A twoje siostry? Też mają głupie imiona?

Sherlock skrzywił się i odwrócił wzrok.

– A więc mieszkasz tutaj?

Matty zerknął na niego, po czym najwidoczniej pogodził się z faktem, że Sherlock chce zmienić temat.

– Tak – odparł. – Przez jakiś czas. Podróżuję, można powiedzieć.

To od razu zaciekawiło Sherlocka.

– Podróżujesz? To znaczy jesteś Cyganem? A może należysz do cyrku?

Matty prychnął pogardliwie.

– Jeśli ktoś nazywa mnie Cyganem, zwykle dostaje kuksańca. I nie jestem z cyrku. Naprawdę.

Sherlock w przebłysku przypomniał sobie nagle to, co Matty powiedział chwilę wcześniej.

– Wspomniałeś, że nie natrafiłeś na żaden Sher Lock ani Sheer Lock. Mieszkasz na kanałach? Twoja rodzina ma barkę?

– Mam barkę, ale nie mam rodziny. Jestem tylko ja. Ja i Albert.

– To twój dziadek? – próbował zgadnąć Sherlock.

– Albert to koń – poprawił go Matthew. – Ciągnie barkę.

Sherlock czekał przez chwilę, aż jego nowy kolega powie coś jeszcze. Ponieważ ten się jednak nie odezwał, zapytał:

– A twoja rodzina? Co się z nimi stało?

– Zadajesz dużo pytań.

– W ten sposób można się czegoś dowiedzieć.

Matty wzruszył ramionami.

– Ojciec służył w marynarce. Wypłynął na okręcie i nigdy nie wrócił. Nie wiem, czy statek zatonął, czy ojciec został w jakimś porcie gdzieś na świecie, czy może wrócił do Anglii, ale nie chciało mu się przejść tych ostatnich kilku mil. Mama umarła kilka lat temu. Na suchoty.

– Przykro mi.

– Nie pozwolili mi jej zobaczyć – ciągnął Matthew, jakby go nie słysząc, wpatrzony w przestrzeń. – Była po prostu coraz słabsza. Coraz chudsza i bledsza, jakby umierała po troszeczku. Każdej nocy kaszlała krwią. Wiedziałem, że kiedy umrze, przyjdą, żeby zabrać mnie do przytułku, więc uciekłem. Nie ma mowy, żebym trafił do Spike. Większość tych, co tam wylądowali, już stamtąd nie wyszła, a jeśli wyszli, to chorzy albo na ciele, albo na umyśle. Postanowiłem płynąć kanałami, zamiast iść, bo w ten sposób można szybciej podróżować.

– A skąd wziąłeś łódź? – zapytał Sherlock. – Czy należała do twojej rodziny?

– Raczej nie – prychnął Matty. – Powiedzmy, że ją znalazłem, i na tym poprzestańmy.

– Więc z czego żyjesz? Co jesz?

Matty wzruszył ramionami.

– Latem pracuję w polu, zbieram owoce albo pomagam przy żniwach. Wszyscy szukają tanich robotników, nieważne, dorosły czy dzieciak. Zimą znajduję dorywcze zajęcia: tu popracuję w ogrodzie, tam naprawię dach kościoła. Radzę sobie. Mogę robić wszystko, oprócz czyszczenia kominów i pracy w kopalni. Tam można tylko zdechnąć.

– Masz rację – uznał Sherlock. – Od jak dawna jesteś w Farnham?

– Od kilku tygodni. To dobre miejsce – stwierdził Matty. – Ludzie są raczej mili i nie zawracają człowiekowi głowy. To solidne, szacowne miasto – zawahał się – tylko że…

– Tylko że co?

– Nic – potrząsnął głową. – Wiesz co, przyglądałem ci się od jakiegoś czasu. Nie masz tu żadnych przyjaciół i nie jesteś głupi. Masz łeb na karku. A ja widziałem w mieście coś, czego nie potrafię wyjaśnić. – Zarumienił się i spojrzał w bok. – Miałem nadzieję, że mi pomożesz.

Zaintrygowany Sherlock wzruszył ramionami.

– Mogę spróbować. Co to takiego?

– Najlepiej będzie, jak ci pokażę. – Matty wytarł ręce w spodnie. – Chcesz najpierw obejrzeć miasto? Powiem ci, gdzie można najlepiej zjeść i się napić, albo po prostu pogapić się na ludzi. I którymi zaułkami najlepiej dawać drapaka, a które ślepe uliczki omijać z daleka.

– A pokażesz mi swoją barkę?

Matty zerknął na Sherlocka.

– Kto wie. Jeśli uznam, że można ci zaufać.

Razem zeszli ze zbocza na drogę prowadzącą do miasta. Niebo nad nimi było błękitne. Sherlock czuł zapach dymu z ogniska, słyszał też, jak ktoś w oddali rąbie drewno z regularnością tykającego zegarka. W pewnym momencie, gdy przechodzili przez zagajnik, Matty wskazał ptaka unoszącego się wysoko nad nimi.

– Jastrząb gołębiarz – powiedział krótko. – Poluje na coś.

Do miasta było dobre parę mil i dotarcie tam zajęło im prawie godzinę. Sherlock czuł, jak rozciągają mu się mięśnie nóg i grzbietu. Jutro będzie sztywny i obolały, ale teraz ruch odpędzał od niego ponure przygnębienie, w jakie popadł od czasu przybycia do dworu Holmesów.

Kiedy zaczęli zbliżać się do miasta, a domy wzdłuż drogi stały coraz gęściej, Sherlock poczuł stęchłą, nieprzyjemną woń unoszącą się w powietrzu.

– Co to za zapach? – zapytał.

Matty wciągnął powietrze.

– Jaki zapach?

– No ten. Chyba go czujesz? Pachnie jak zmoknięty dywan, który dobrze nie wysechł.

– To browary. Nad rzeką jest ich kilka. Największy to browar Barratta. Rozrasta się dzięki temu, że w Aldershot od niedawna stacjonuje wojsko. Tak pachnie mokry jęczmień. To właśnie piwo zniszczyło mojego ojca. Wstąpił do marynarki, żeby od niego uciec, ale tam z kolei dopadł go rum.

Dotarli już na przedmieścia, gdzie kamienic i chat było coraz więcej. Wiele spośród tutejszych zabudowań postawiono z czerwonej cegły. Dachy miały kryte trzcinową strzechą, której obwisłe krawędzie przypominały bochny chleba, albo ciemnoczerwoną dachówką. Za domami wzgórze wspinało się ku zamkowi z szarego kamienia, górującemu nad miastem, a potem wznosiło dalej, aż ku odległej grani. Sherlock zastanawiał się, jaki był pożytek z tak położonego zamku, skoro każdy napastnik mógł się dostać wyżej i zasypywać go gradem strzał, kamieni i ognia, tak długo, jak tylko by zechciał.

– Co dzień mają tu targ – wyjaśnił Matty niepytany. – Na rynku miejskim. Sprzedają owce, krowy, paszteciki i co tylko dusza zapragnie. Warto tam zajrzeć, kiedy sprzątają pod koniec dnia. Zawsze się spieszą, żeby zdążyć przed zachodem słońca, i wtedy różne rzeczy same spadają ze straganów albo handlarze wyrzucają je na śmietnik, bo są trochę nadgniłe lub robaczywe. Można się nieźle najeść tym, co zostaje.

– Cudownie – powiedział Sherlock sucho. Przynajmniej posiłki w dworze Holmesów były przyjemne, chociaż atmosfera podczas lunchu i kolacji już nie.