Młode ciemności - Zbigniew Domino - ebook + książka

Młode ciemności ebook

Zbigniew Domino

4,1

Opis

 

Młode ciemności są kontynuacją znanej już Czytelnikom dylogii: Syberiada polska i Czas kukułczych gniazd. Tak więc to kolejny, już trzeci z kolei tom powieściowej sagi rodu Dolinów. Sagi o niezwykle dramatycznych, kresowo-syberyjskich losach czasów wojny i tuż powojennych dziejach tej rodziny.

Cykl powieściowy Zbigniewa Domino to „epicki obraz” masowej deportacji Polaków przez Rosję Sowiecką na Syberię i do Kazachstanu. To znakomite, literackie ujęcie polskiej tematyki zesłańczej w okresie II wojny światowej (Syberada polska, tom I). Zaś Czas kukułczych gniazd (tom II) to wyraziste, przenikliwe zobrazowanie procesu wtapiania się powracających po wojnie Polaków z Sybiru do tuż powojennej Polski, głównie na Ziemie Zachodnie. Z wielką, pisarską szczerością i odwagą ukazuje Autor tragedię ludności niemieckiej przymusowo wysiedlonej z ziem, które weszły w granice powojennej Polski. Wg zgodniej opinii krytyki Syberiada polska i Czas kukułczych gniazd to świetna pisarska robota.

Ogromne powodzenie obu książek, a także liczne listy i spotkania Sybirakami, z dawnymi towarzyszami niedoli, sprawiły, że Zbigniew Domino powrócił raz jeszcze do tematyki zesłańczej i napisał książkę Tajga. Tamtego lata w Kajenie po raz kolejny opisując gehennę przeżyć łagrowych zesłańców na tle pięknej i potężnej przyrody. Tajga jest swego rodzaju uzupełnieniem, swoistym suplementem pierwszych części „Syberiady”.

W Młodych ciemnościach (tom III) autor stara się wiernie podążać za jednym z głównych bohaterów tej trylogii, Staszkiem Doliną. Towarzyszy mu w latach jego chłopięcego dojrzewania, burzliwej, często niepokornej, młodości „durnej i chmurnej”. W chwilach jego neofickiego społecznego zaangażowania i entuzjazmu, ale też w momentach miłosnych zauroczeń i doznań. Słowem, we wszystkich młodzieńczych wzlotach i upadkach. Tak więc Czytelnik Młodych ciemności ma okazję sporo dowiedzieć się nie tylko o Staszku Dolinie, ale i o tak dawno minionych czasach i o ludziach w nie uwikłanych.

Na podstawie powieści Zbigniewa Domino „Syberiada Polska” powstaje film fabularny, pod tym samym tytułem, w reżyserii Janusza Zaorskiego, którego premiera kinowa planowana jest na 10 lutego 2013 r. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 801

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (36 ocen)
18
8
4
6
0

Popularność




Pro­jekt okład­ki: Ja­cek Woź­niak

Re­dak­cja: Jo­lan­ta Kar­bow­ska

Re­dak­tor tech­nicz­ny: Pa­weł Żuk

Foto:Zbi­gniew Grzyś

Co­py­ri­ght © Zbi­gniew Do­mi­no

© Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

War­sza­wa 2012

Wszel­kie pra­wa, włącz­nie z pra­wem do re­pro­duk­cji tek­stów w ca­ło­ści lub w czę­ści, w ja­kie­kol­wiek for­mie – za­strze­żo­ne.

In­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Kró­lo­wej Al­do­ny 6, 03-928 War­sza­wa

E-mail:wy­daw­nic­[email protected]­dio­em­ka.com.pl

In­ter­net: www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-62304-87-5

Skład i ła­ma­nie: www.an­ter.waw.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pa­mię­ci Ro­dzi­ców mo­ich,

An­to­ni­ny i Sta­ni­sła­wa Do­mi­nów,

ze­słań­ców sy­be­ryj­skich –

tę książ­kę po­świę­cam

Au­tor

„Do­bro – ro­dzi się w taj­ni­kach mo­je­go ser­ca,

Praw­da – wśród mło­dych ciem­no­ści mo­je­go poj­mo­wa­nia”.

Jean Paul Sar­tre, Sło­wa

1

Oj­ciec się żeni!

Kie­dy Sta­szek Do­li­na pierw­szy raz o tym od ojca usły­szał, za­nie­mó­wił, nie wie­dział, co o tym my­śleć. Jak to, oj­ciec się żeni? Z kim, kie­dy, dla­cze­go? To zna­czy, że do ich domu spro­wa­dzi so­bie ja­kąś obcą ko­bie­tę i bę­dzie chciał, żeby taka jemu, Stasz­ko­wi i młod­szym bra­ciom, Tad­ko­wi i Jaś­ko­wi mat­ko­wa­ła. Co praw­da, już raz tak w ich ro­dzi­nie było z Bro­nią Bar­ską, po śmier­ci Stasz­ko­wej mamy, na Sy­bi­rze. Ale Bro­nia, to była Bro­nia! Nie­mal od pierw­sze­go dnia z Tad­kiem uzna­li ją za swo­ją, bo sy­bi­racz­ka jak oni, na­wet w tym sa­mym ba­ra­ku miesz­ka­ła. Nie­ste­ty, zmar­ło się Bro­ni wcze­sną wio­sną tego roku, już tu­taj, w Zie­lo­nym Polu. Nie zdą­ży­ła się Pol­ską i pier­wo­rod­nym syn­kiem na­cie­szyć… Oj­ciec się żeni!

Oj­ciec to oj­ciec, sko­ro tak so­bie po­sta­no­wił, to na swo­im po­sta­wi i co oni mają tu do ga­da­nia. Ale po­wie­dział­by im przy­najm­niej, z kim się żeni. Kto ma być tą ma­co­chą? Ale o tym oj­ciec ani mru-mru. Za­sko­czo­ny Sta­szek nie śmiał go o to py­tać, a Ta­dek, co tam Ta­dek, nie mó­wiąc już o Jaś­ku nie­mow­la­ku.

Oj­ciec się żeni! Oj­ciec się żeni! A to ci do­pie­ro hi­sto­ria. Stasz­ko­wi nie po­zo­sta­ło więc nic in­ne­go, tyl­ko trwać w tym nie­mym zdu­mie­niu i cze­kać.

*

Je­sień czter­dzie­ste­go siód­me­go roku za­wi­ta­ła do Zie­lo­ne­go Pola w samą porę. Ba­dy­lo­wy­mi dy­ma­mi włó­czy­ła się po kar­to­fli­skach, co­raz krót­sze dni zna­czy­ła wie­czor­ny­mi mgła­mi, rześ­kie po­ran­ki sre­brzy­ła de­li­kat­nym szro­nem. Ale po­go­da wciąż jesz­cze sta­ła sło­necz­na i cie­pła. Żni­wa skoń­czo­ne, sno­py zwie­zio­ne do sto­dół cze­ka­ją na omło­ty. Po­zo­sta­ło jesz­cze po­śpie­szyć się z wy­kop­ka­mi, bo je­sień, jak to je­sień, lada dzień z po­god­nej może się zmie­nić w zim­ną i słot­ną. A ko­pać w tym roku było co, bo nie tyl­ko ziem­nia­ki, ale i bu­ra­ki cu­kro­we wy­jąt­ko­wo ob­ro­dzi­ły. To­też zie­lo­no­po­la­nie krzą­ta­li się przy ich zbio­rze od świ­tu do zmierz­chu.

W go­spo­dar­stwie Do­li­nów było po­dob­nie. Przy wy­kop­kach ziem­nia­ków są­sie­dzi po­ma­ga­li so­bie na­wza­jem, ale już ze zwóz­ką z pola i kop­co­wa­niem Jan Do­li­na ra­dził so­bie ze swo­imi sy­na­mi, Stasz­kiem i Tad­kiem. Sta­szek, wia­do­mo, osiem­na­sto­la­tek pra­wie, ale Ta­dek, chłop­czy­na za­le­d­wie dzie­się­cio­let­ni, same do­bre chę­ci nie wy­star­czą, jaka siła, taka z nich i po­moc.

Zmierz­cha­ło się, kie­dy z ostat­nim wo­zem ziem­nia­ków zjeż­dża­li z pola. Ta­dek w ostat­niej chwi­li zdą­żył jesz­cze kil­ka pie­czo­nych ziem­nia­ków z ogni­ska wy­grze­bać i jed­ne­go bra­tu pod­rzu­cił. Go­rą­cy, spa­lo­ny, bez soli, tfu! Co tam ja­kiś kar­to­fel, so­bo­ta dzi­siaj! Sta­szek po ci­chu prze­my­śli­wał, jak­by tu dziś wie­czo­rem zmy­lić oj­cow­skie tro­py i choć na chwil­kę do Kryś­ki się wy­rwać. Cały ty­dzień się nie wi­dzie­li. Zje­cha­li do obej­ścia, a tu jesz­cze trze­ba ziem­nia­ki skop­co­wać.

Oj­ciec dy­ry­go­wał przy kop­cu, co i jak, po­krzy­ki­wał. Cały dzień był wy­raź­nie nie w so­sie. Albo mil­czał po­nu­ro, to znów de­ner­wo­wał się z byle po­wo­du, nic mu nie pa­so­wa­ło. Na­wet mer­da­ją­cy ogo­nem Fryc obe­rwał kop­nia­ka, kie­dy za­plą­tał się mu pod no­ga­mi. Chłop­cy wie­dzie­li, że w ta­kich chwi­lach nie ma co fi­lo­zo­fo­wać, tyl­ko mil­czeć i ro­bić, co każe. Pod­gar­nę­li ziem­nia­ki, przy­kry­li sło­mą. Ta­dek po­biegł po kro­wy przy­wią­za­ne na ko­ni­czy­sku. Sta­szek od­je­chał wo­zem pod przy­pust, wy­przągł ko­nie, na­po­ił i za­ło­żył im na noc ob­ro­ku. Oj­ciec ła­do­wał świ­niom do ko­ryt kar­mę z pa­row­ni­ka, wście­kał się, bo głod­ne się roz­py­cha­ły i kwi­cza­ły wnie­bo­gło­sy. A jesz­cze trze­ba było dwie kro­wy wy­do­ić, a w tym ojca ża­den z chło­pa­ków ra­czej nie umiał wy­rę­czyć. Ta­dek był za mały, a Sta­szek, choć „sta­ry pa­stuch”, jesz­cze z Sy­bi­ru, też się za bar­dzo do do­je­nia nie pa­lił. Co in­ne­go tam, w taj­dze, u przy­ła­szo­nej kro­wy ze dwa łyki mle­ka do ko­cioł­ka wy­ci­snąć, a co in­ne­go tu­taj dwie kro­wy po­rząd­nie wy­do­ić.

Sie­dzie­li przy ko­la­cji. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów, ści­ślej, od śmier­ci Bro­ni, na ko­la­cję pra­wie za­wsze je­dli to samo: chleb z ma­słem i świe­żo do­jo­ne mle­ko. W le­cie, kto chciał od­mia­ny, mógł się kwa­śne­go mle­ka na­pić, a kie­dy oj­ciec ro­bił ma­sło, to ma­ślan­ki. Cza­sa­mi ser­wo­wał im ser, roz­drob­nio­ny z zie­lo­ny­mi cy­bu­cha­mi i śmie­ta­ną. Rano, też pra­wie co­dzien­nie, oj­ciec so­bie i Tad­ko­wi sma­żył ja­jecz­ni­cę na sło­ni­nie. Sta­szek na taką ucztę miał oka­zję tyl­ko przy nie­dzie­li, bo w cią­gu ty­go­dnia, śpie­sząc się na ry­chły po­ciąg do Mia­stecz­ka, ła­pał co mu tam pod rękę wpa­dło, naj­czę­ściej paj­dę chle­ba, łap­czy­wie mle­kiem po­pi­ja­ną. Z obia­da­mi też u nich róż­nie by­wa­ło. W cią­gu ty­go­dnia, ale nie za­wsze, oj­ciec wie­czo­rem go­to­wał zupę. Naj­czę­ściej był to krup­nik z ka­wał­kiem za­so­lo­nej, po­żół­kłej sło­ni­ny, któ­rą oj­ciec za­chwa­lał i z rze­szow­ska na­zy­wał „szpyr­ką”. Star­cza­ło im tego ja­dła na dzień, dwa, do­pó­ki nie ski­sło. No i nie­śmier­tel­ne tłu­czo­ne ziem­nia­ki „omasz­czo­ne skwar­ka­mi”, z kwa­śnym mle­kiem albo z ma­ślan­ką. Tyl­ko w nie­dzie­lę oj­ciec obo­wiąz­ko­wo i nie­zmien­nie go­to­wał wiel­ki gar­nek ro­so­łu. I tyl­ko z kury. Zresz­tą, skąd niby miał wziąć wo­ło­wi­nę? Co so­bo­ta wie­czo­rem, kie­dy kury usa­do­wi­ły się na grzę­dzie, oj­ciec wy­ła­wiał upa­trzo­ną… i ciup jej łeb sie­kie­rą na pniacz­ku. Po­tem trze­ba było kurę spa­rzyć, osku­bać, do cze­go naj­czę­ściej na­ga­niał sy­nów. Pew­nie dla­te­go kur w ich obej­ściu nig­dy nie bra­ko­wa­ło, a oj­ciec o ich roz­mna­ża­nie dbał jak rzad­ko, bo na wio­snę za kur­czę­ta­mi aż do Sy­co­wa po­tra­fił po­je­chać. Na­rze­kał tyl­ko, że ma­ka­ro­nu, klu­sek do ro­so­łu nie umie zro­bić, dla­te­go ro­sół wci­na­li za­wsze z ziem­nia­ka­mi.

Tak więc rze­czo­nej so­bo­ty po wy­kop­kach sie­dzie­li we trój­kę przy ko­la­cji. Je­dli w mil­cze­niu. Stasz­ko­wi aż się pa­li­ło, żeby jak naj­prę­dzej wstać od sto­łu, ale ojcu się nie śpie­szy­ło, a Ta­dek, jak na złość, chy­ba już trze­ci raz wy­cią­gał gar­nu­szek po do­lew­kę. Sta­szek nie wy­trzy­mał i syk­nął mu do ucha: „Pęk­niesz, kur­cze, albo się w nocy zle­jesz”. Ta­dek po­ka­zał mu ję­zyk. Sto­ją­ca na ko­mo­dzie naf­to­wa lam­pa smęt­nie za­mru­ga­ła. „Pew­nie naf­ty za­czy­na bra­ko­wać. Po ciem­ku wy­trzy­ma­my, a ju­tro się do­le­je”. Oj­ciec po­dał Tad­ko­wi po­sma­ro­wa­ną krom­kę, a so­bie do­lał mle­ka. „Chcesz?” – spy­tał Stasz­ka. Ten prze­czą­co po­krę­cił gło­wą i sie­dział jak na szpil­kach. Lam­pa do­tli­ła się i zga­sła. Ciem­no i ci­cho. Oj­ciec siorb­nął ostat­ni łyk mle­ka i gło­śno stuk­nął gar­nusz­kiem o stół. Już wsta­wał, ale jak­by się roz­my­ślił, bo przy­siadł zno­wu. Chwi­lę trwa­ło, nim się ode­zwał. Cięż­ko wes­tchnął:

– Po­słu­chaj­cie mnie chło­pa­ki uważ­nie, bo mu­szę wam coś waż­ne­go po­wie­dzieć… Chy­ba sami wi­dzi­cie, że tak, jak my te­raz ży­je­my, żyć się dłu­żej nie da. Od kie­dy w tym domu Bro­ni, praw­dzi­wej go­spo­dy­ni, za­bra­kło, wszyst­ko co­raz bar­dziej scho­dzi na psy… Wstyd mi się przed wami przy­znać, ale ja już na­praw­dę z tym wszyst­kim so­bie nie ra­dzę. Dom, go­spo­dar­stwo, chu­do­ba, wszyst­ko na mo­jej gło­wie. A i wy zresz­tą też. No, może ty, Sta­siu, boś star­szy, w ży­ciu byś so­bie już ja­koś po­ra­dził, ale Ta­dziu? A co do­pie­ro o ma­łym Jaś­ku po­wie­dzieć? Na­wet go ra­zem z nami nie ma i bie­dak po ob­cych ką­tach musi się tu­łać. Niby u Bar­skich jest, u bab­ki swo­jej i u cio­tek, ale prze­cież nie z nami, nie w ro­dzin­nym domu.

Oj­ciec ener­gicz­nie wstał od sto­łu, pod­szedł do okna i dłuż­szą chwi­lę ga­pił się w ciem­ność. Sta­szek z Tad­kiem sie­dzie­li jak tru­sie. Oj­ciec od­wró­cił się, pod­szedł po­ło­żył im ręce na ra­mio­nach.

– Więc, tak, chło­pa­ki, po­wiem wam tyle, że w na­szej sy­tu­acji nie ma in­ne­go wyj­ścia, tyl­ko mu­szę się oże­nić… Po­trzeb­na jest wam mat­ka, a mnie praw­dzi­wa go­spo­dy­ni, a nie ja­kaś tam słu­żą­ca czy inne fiu bździu. Że­nię się! To wła­śnie chcia­łem wam dzi­siaj po­wie­dzieć. A oże­nić się mu­szę, bo da­lej tak żyć się nie da.

Oj­ciec się żeni! Nic dziw­ne­go, że po ta­kiej wia­do­mo­ści, któ­ra spa­dła na nie­go jak grom z ja­sne­go nie­ba, Stasz­ko­wi tego wie­czo­ru na­wet spo­tka­nia z Kryś­ką się ode­chcia­ło. Za­my­ślo­ny wy­niósł mied­ni­cę na ga­nek, za­czerp­nął wody ze stud­ni i za­brał się do my­cia. A po­tem na­go­nił Tad­ka do tego sa­me­go, choć ten jak zwy­kle kom­bi­no­wał, żeby się od tych wie­czor­nych po­my­wek uchy­lić. „Bierz my­dło i nogi do­brze wy­szo­ruj, bo masz na nich zie­mi gru­biej niż po­de­szwa”. „Czy­ste mam, co do­pie­ro za sto­do­łą po ro­sie la­ta­łem, to mi się wy­my­ły”. „Szo­ruj, szo­ruj, nie ma­rudź, bo ci za­raz szczot­ką ry­żo­wą po­mo­gę”. Bra­cia od za­wsze spa­li w jed­nym po­ko­ju. Ta­dek za­sy­piał pra­wie na­tych­miast i sen miał ka­mien­ny. Nie bu­dził się, na­wet kie­dy Sta­szek wcze­snym świ­tem zry­wał się i śpie­szył na po­ciąg, któ­rym co­dzien­nie do­jeż­dżał do gim­na­zjum w Mia­stecz­ku. Rzad­ko też sły­szał, kie­dy Sta­szek, wra­ca­jąc z wie­czor­nych wy­pa­dów na wieś, do Kryś­ki, wdra­py­wał się do po­ko­ju przez za­po­bie­gli­wie nie­przy­mknię­te okno. W ta­jem­ni­cy przed oj­cem, była to je­dy­na dro­ga po­wro­tu, bo na noc oj­ciec oso­bi­ście spusz­czał Fry­ca spod budy na drut i za­my­kał drzwi do domu na klucz.

Ale tam­te­go wie­czo­ru Tad­ko­wi też się nie spa­ło. Wier­cił się na swo­im po­sła­niu, coś tam po­mru­ki­wał i cięż­ko wzdy­chał.

– Śpij ty wresz­cie! Rzu­ca się, jak­by go ma­la­ria tłu­kła.

– Cie­bie by też tłu­kła… Przez to two­je głu­pie my­cie nogi mnie tak pie­ką, jak­bym się po­krzy­wa­mi spa­rzył.

– Po­śliń pal­ce i po­trzyj, to ci ulży. Śpij, nie ma­rudź. – Ta­dek przy­siadł i śli­nił nogi.

– Sta­szek, śpisz?

– Przy to­bie się wy­śpisz. Co tam zno­wu?

– Ta­tuś nam dzi­siaj po­wie­dział, że się żeni. No to niby jak?

– Je­śli po­wie­dział, to pew­nie tak zro­bi, oże­ni się i już. Co my tu mamy do ga­da­nia.

– Ale ja nie o tym, tyl­ko…

– A o czym?

– Bo, co to zna­czy, że ta­tuś się oże­ni? To co wte­dy, jak to bę­dzie wy­glą­da­ło, co z nami bę­dzie? – Tym ra­zem Sta­szek aż przy­siadł.

– Wiesz ty co, nie my­śla­łem żeś ty jesz­cze taki głu­pi! Nie wiesz, co to zna­czy się oże­nić? We­se­la w Zie­lo­nym Polu nie wi­dzia­łeś? Jak by ci tu jesz­cze wy­tłu­ma­czyć… Naj­pierw do­ga­du­je się chłop z babą, że się po­że­nią. A jak się do­ga­da­ją, to jadą do ko­ścio­ła i ksiądz daje im ślub i mówi im, że od tej chwi­li są oże­nie­ni; on jest jej mę­żem a ona jego żoną. To się na­zy­wa oże­nek. I tyle.

– To co, jak ta­tuś bę­dzie się że­nił, to też zro­bi ta­kie we­se­le?

– Nie wiem, jak ta­tuś się bę­dzie że­nił, zro­bi we­se­le czy nie, ale naj­pierw musi so­bie jesz­cze tę żonę zna­leźć. Ja­kąś ko­bie­tę. Baby do że­niacz­ki trze­ba.

– A jak taką znaj­dzie i się oże­nią, to co po­tem?

– Co po­tem, co po­tem… Przy­pro­wa­dzi ta­tuś tę ko­bie­tę do na­sze­go domu, po­wie nam, że to jest jego żona i każe nam, że­by­śmy na nią „ma­mu­siu” wo­ła­li.

– Jak to? Na obcą ko­bie­tę mamy wo­łać „ma­mu­siu”? Nig­dy!

– A na Bro­nię to nie wo­ła­łeś? Od sa­me­go po­cząt­ku tyl­ko „mamo, ma­mu­siu”…

– Mama Bro­nia… Mama Bro­nia to co in­ne­go. To była na­sza mama praw­dzi­wa, a ta obca, to naj­wy­żej może być ma­co­cha. Jak u Fred­ka Dud­ka, co ze mną do szko­ły cho­dzi. Też ma ma­co­chę.

– Ta­kiś mą­dry? To co, bę­dziesz wo­łał na nią „ma­co­cho”, czy jak? A zresz­tą, zo­ba­czy­my, jak bę­dzie. A może jesz­cze się oj­ciec roz­my­śli i wca­le się nie oże­ni…

– Ja bym też wo­lał, żeby się ta­tuś nie że­nił…

– Wo­lał nie wo­lał, co my tu z tobą mamy do ga­da­nia. Trud­no, jak bę­dzie, tak bę­dzie. Śpij­my. Ale jesz­cze ci tyl­ko po­wiem, że na­sza ro­dzo­na, praw­dzi­wa mama mia­ła na imię An­to­ni­na i umar­ła w Ka­lu­czem, na Sy­bi­rze. Pa­mię­tasz ty na­szą mamę choć tro­chę?

– Jak przez mgłę, wi­dzę, nie wi­dzę… Albo na­wet wca­le…

– Pę­drak jesz­cze, kie­dy umar­ła, by­łeś. Spuch­nię­ty z gło­du, brzuch mia­łeś jak bę­ben, nogi jak pa­ty­ki. No­sić cię trze­ba było. Mama cały czas cię na rę­kach dźwi­ga­ła, a samą byle wiatr z nóg zwa­lał.

– Nie pa­mię­tam mamy, nic nie pa­mię­tam. A z Sy­bi­ru to do­pie­ro tro­chę pa­mię­tam, jak my w tym Tu­łu­nie byli, coś wte­dy tego ka­re­go ko­nia w prze­rę­bli uto­pił. No, a po­tem, już ja­ke­śmy w tym sow­cho­zie, w Bo­ro­win­ce, byli… Mama Bro­nia już wte­dy z nami była, a ta­tuś na woj­nę po­szedł. Pa­mię­tam na­wet, jak się ten wilk do cie­bie przy­plą­tał.

– …Din­go! Tak jak­bym te­raz go wi­dział. Od­jeż­dża­my na za­wsze z Bo­ro­win­ki, wa­go­ny w Tu­łu­nie do Pol­ski cze­ka­ją. Na­gle, pa­trzę, a mój Din­go sie­dzi na tyl­nych ła­pach na ska­le wy­so­kiej i na mnie pa­trzy. Pew­nie po­że­gnać się chciał. „Din­go! Din­go!” – wo­łam, a on uniósł się wol­no, po­pa­trzył na mnie, ale nie pod­szedł, tyl­ko od­wró­cił się i znik­nął w taj­dze. Po­tę­ga, nie wilk! Jak te­raz go wi­dzę. Cie­ka­we, co się z nim po na­szym wy­jeź­dzie sta­ło. Naj­pew­niej wró­cił do taj­gi i zdzi­czał. Ale te­raz to już na­praw­dę śpi­my. Do­bra­noc.

– Do­bra­noc… Sta­szek, ale obie­caj mi, że o na­szej praw­dzi­wej ma­mie to mi jesz­cze kie­dyś opo­wiesz. Do­brze? Bo ja na­praw­dę mamy nie pa­mię­tam. Nic, ale to nic…

– Opo­wiem ci, opo­wiem. A może kie­dyś sama ci się przy­śni, bo mi cza­sem się śni.

Przy­na­glał Tad­ka do spa­nia, ale kie­dy tam­ten od daw­na po­chra­py­wał, a może po­chli­py­wał przez sen, Sta­szek wciąż nie mógł usnąć. My­śli fru­wa­ły mu po gło­wie, ja­kieś cha­otycz­ne, nie­zbor­ne i ra­czej nie­we­so­łe. I wszyst­kie, od Po­do­la przez Sy­bir po Zie­lo­ne Pole, od kie­dyś tam do dziś, wszyst­kie wra­ca­ły, sku­pia­ły się na tym, co dzi­siaj przy ko­la­cji usły­szał: „Oj­ciec się żeni!”.

Pierw­szą żoną ojca była An­to­ni­na, To­sia, Stasz­ko­wa i Tad­ko­wa mama, któ­ra zmar­ła w Ka­lu­czem na Sy­bi­rze. Dru­gą była Bro­nia, Po­do­lan­ka spod Za­lesz­czyk i sy­bi­racz­ka. Zmar­ła już tu­taj, w Zie­lo­nym Polu, przy po­ro­dzie Jaś­ka. Jak­że nie­daw­no temu, tej wio­sny, to nie­szczę­ście z Bro­nią im się przy­tra­fi­ło. A te­raz oj­ciec ma so­bie trze­cią żonę do ich domu przy­pro­wa­dzić. I zno­wu za­cznie się wszyst­ko od nowa, tak jak to z Bro­nią było, kie­dy oj­ciec ją pierw­szy raz do ba­ra­ku przy­pro­wa­dził i na­zwał swo­ją żoną. A Sta­szek, zbun­to­wa­ny, ma­ją­cy w świe­żej pa­mię­ci mamę, jej śmierć i grób nad Poj­mą, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc szloch, wy­biegł, za­nu­rzył w taj­gę i dłu­go nie wra­cał.

A po­tem chy­ba ze dwa lata mu­sia­ło mi­nąć, oj­ciec wte­dy na woj­nie już był, żeby Sta­szek z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli na­zwał Bro­nię mamą. Pa­mię­ta, jak Bro­nia, tą „mamą” wy­raź­nie za­sko­czo­na, roz­czu­li­ła się, roz­pła­ka­ła. I tak już po­tem mię­dzy nimi zo­sta­ło. Cie­ka­we, jak z tym „mat­ko­wa­niem” bę­dzie, je­śli na­praw­dę ta trze­cia żona u boku ojca w ich domu się po­ja­wi. Oj­ciec się żeni! A może tyl­ko tak mu się po­wie­dzia­ło? Wy­mę­czo­ny ro­bo­tą, zde­ner­wo­wa­ny, mógł mieć dzi­siej­sze­go wie­czo­ru wszyst­kie­go dość. Choć z dru­giej stro­ny, oj­ciec nie z tych, co sło­wa na wiatr rzu­ca­ją, jak już coś po­wie, a tym bar­dziej po­sta­no­wi, to tego twar­do się trzy­ma. Jak po­wie­dział, że się oże­ni, to się oże­ni. Ale z kim? Gdzie znaj­dzie taką, któ­ra za wdow­ca z troj­giem dzie­cia­ków wyj­dzie, do tego dom i ta­kie go­spo­dar­stwo na gło­wę so­bie zwa­li? A może oj­ciec już ko­goś so­bie na tę żonę upa­trzył? Tyl­ko, kto to może być! Z Zie­lo­ne­go Pola, z Mię­dzy­gó­rza? A może to któ­raś z sy­bi­ra­czek? Mało to wśród nich bab, wdów, jesz­cze cał­kiem ni­cze­go, choć­by taka pani Ziem­nia­ko­wa. O, to, kur­cze, by było faj­nie, ze Zdziś­ką i Ed­kiem Ziem­nia­ka­mi bym się po­bra­tał. Albo, za­raz, za­raz, a może któ­raś z Bar­skich? Hela za mło­da, ale Ste­fa? Mały Ja­siek był­by w ro­dzi­nie, bo to jego ciot­ka prze­cież. A zresz­tą, co się będę nad tym gło­wił, swat­ką ojcu nie będę, z kim ze­chce, z tą się oże­ni. Oj­ciec się oże­ni, no, no…

Na­za­jutrz, ani jesz­cze dłu­go po­tem, oj­ciec do spra­wy za­po­wie­dzia­ne­go ożen­ku nie wra­cał. Krzą­tał się na go­spo­dar­stwie, do­koń­czył zi­mo­we­go kop­co­wa­nia ziem­nia­ków i za­brał się do je­sien­nych pod­ory­wek. Ta­dek cho­dził do szko­ły w Zie­lo­nym Polu i szło mu tam co­raz le­piej, nie „nu­kał” już tak z ru­ska, jak za­raz po po­wro­cie z Sy­bi­ru. Do jego co­dzien­nych obo­wiąz­ków przy­pi­sa­ne było pa­sie­nie krów i z tego, chciał nie chciał, mu­siał się wy­wią­zy­wać. Spe­cjal­nie się tym nie za­mar­twiał, bo kro­wy ła­zi­ły po łące sa­mo­pas, a on i jego nie­od­łącz­ny ko­leż­ka, Ja­siek Mi­cha­lew­ski, od­bi­ja­li pa­lan­ta albo ga­nia­li za pił­ką. Na­to­miast Sta­szek co­dzien­nie sko­ro świt go­nił na po­ciąg, któ­rym do­jeż­dżał do gim­na­zjum w Mia­stecz­ku. Je­sien­ne dni krót­kie, więc wra­cał do domu póź­nym po­po­łu­dniem albo i cał­kiem o zmro­ku. To­też w go­spo­dar­stwie za wie­le po­żyt­ku z nie­go nie było, tyle że cza­sa­mi ko­nie do kie­ra­tu za­przę­gnął i po­mógł ojcu siecz­ki na­sie­kać. A zwie­zio­ne na zimę z oj­cem z lasu klo­ce po­pi­ło­wał, po­rą­bał i po­la­na pod przy­pu­stem uło­żył. Fur­da to dla nie­go po „szko­le”, jaką na Sy­bi­rze przy wy­rę­bie taj­gi prze­szedł. I choć było sto oka­zji, żeby przy tym z oj­cem spo­koj­nie po­ga­dać, to ga­da­li o wszyst­kim, tyl­ko nie o ożen­ku. Oj­ciec do tego te­ma­tu nie wra­cał, a Sta­szek wciąż nie śmiał go py­tać. To wca­le nie zna­czy, że myśl o za­po­wie­dzia­nym oj­cow­skim ożen­ku wy­wie­trza­ła Stasz­ko­wi z gło­wy. Mało tego, za­czął się pod tym ką­tem ojcu przy­glą­dać, się­ga­jąc my­śla­mi wstecz i przy­po­mi­na­jąc so­bie za­in­te­re­so­wa­nie ojca ko­bie­ta­mi. Bo do­pó­ki Bro­nia żyła, żad­na inna ko­bie­ta dla ojca nie ist­nia­ła.

Bro­nia Bar­ska, dru­ga żona Jana Do­li­ny, zmar­ła wcze­sną wio­sną te­goż, 1947 roku, za­ka­żo­na go­rącz­ką po­ło­go­wą, na trze­ci dzień po wy­da­niu na świat swo­je­go pier­wo­rod­ne­go syna. Do­li­na, a zwłasz­cza wszyst­ko­wie­dzą­ce kumy z Zie­lo­ne­go Pola, gło­wę by dały, że po­ród u Bro­ni zba­bra­ła przy­wo­ła­na z po­bli­skie­go Mię­dzy­gó­rza po­łoż­na, Niem­ka. To wła­śnie, że po­łoż­na Niem­ką była, sta­ło się po­wo­dem do­dat­ko­wych po­dej­rzeń, zwłasz­cza wśród plot­ku­ją­cych bab, że to ona spe­cjal­nie mo­gła się do śmier­ci Bro­ni, przy­czy­nić. Inne baby opo­no­wa­ły: „Gdzie by tam spe­cjal­nie, słu­żeb­ni­ca Boża, za­kon­ni­ca prze­cież”. „No i co z tego, że za­kon­ni­ca? Nie­mra, mści­wa Nie­mra i tyle. A zresz­tą, w za­kon­ni­ce też cza­sa­mi sza­tan może wstą­pić. Do­brze, że już ją wy­sie­dli­li do tego jej «raj­chu», bo jak­bym ją gdzieś w ciem­nym ką­cie spo­tka­ła, to bym jej chy­ba śli­pia wy­dra­pa­ła” – nie ustę­po­wa­ła Ho­nor­ka, sy­bi­racz­ka. Do­li­na też na tę za­kon­ni­cę tak się za­wziął, że do­pó­ki ta do Nie­miec nie wy­je­cha­ła, do ko­ścio­ła w Mię­dzy­gó­rzu nie cho­dził. „Dzi­wisz mu się? Bo też on w Bro­nię jak w ob­ra­zek pa­trzył, a te­raz znów wdow­cem i sam z trój­ką dzie­cia­ków na ta­kim wiel­kim go­spo­dar­stwie się ostał”. „A do tego jesz­cze to ma­leń­stwo po nie­boszcz­ce. Z ta­kim to do­pie­ro kło­pot! Dzie­cia­czy­na mat­czy­nej opie­ki po­trze­bu­je. Chłop so­bie z tym nie po­ra­dzi”. „Mi­cha­lew­ska mi opo­wia­da­ła, bo ona tam po są­siedz­ku, no i z Bro­nią naj­bli­żej była, że jak Bro­ni mat­ka i jej sio­stry, no te, Bar­skie, przy­je­cha­ły na po­grzeb, to nie­dłu­go po­tem tego ma­łe­go do sie­bie, aż gdzieś tam pod Wro­cław czy Opo­le, na wy­cho­wa­nie za­bra­ły. Że też Do­li­na się zgo­dził”. „A co chłop miał zro­bić? Od­cho­wa się dzie­ciak u bab­ki, to po­tem weź­mie go z po­wro­tem”. „Ano, niby tak, niby tak. A może się trze­ci raz oże­ni? Sie­ro­tom ma­co­cha po­trzeb­na, a i na go­spo­dar­ce, jak same wie­cie, bez baby jak bez ręki”. „Cał­kiem być może, bo choć la­ta­mi star­sza­wy, to jesz­cze z Do­li­ny chłop zdat­ny. Do tego go­spo­dar­ny, nie pi­jak. Mó­wię wam, baby, że na Do­li­nę, to jesz­cze nie­jed­na młód­ka na­wet by po­le­cia­ła!”. „A ty pew­nie pierw­sza. Nie pa­plaj, Ho­nor­ka, jesz­cze nie­boszcz­ka do­brze nie wy­sty­gła, a ty już za swasz­cze­nie się bie­rzesz”.

Nowo na­ro­dzo­nym syn­kiem Bro­nia nie zdą­ży­ła się na­cie­szyć i tyl­ko je­den je­dy­ny raz wła­sną pier­sią przy­tom­nie go po­kar­mi­ła. Nie­dłu­go po­tem, nie­przy­tom­na, umie­ra­ła w bó­lach. A w ta­kich chwi­lach nikt do nie­mow­la­ka gło­wy nie miał. Tyl­ko Sta­szek z Tad­kiem pró­bo­wa­li nie­mow­la­ka niań­czyć i kar­mi­li, jak po­tra­fi­li. Tyle że ma­lec nie dał się ocy­ga­nić i wpy­cha­ną mu osło­dzo­ną szmat­kę ze wstrę­tem wy­plu­wał i skrze­czał płacz­li­wie. Do­brze, że w trak­cie tych kar­mi­ciel­skich za­bie­gów zaj­rza­ła do nich są­siad­ka, pani Mi­cha­lew­ska, i jęk­nąw­szy ze zgro­zy, spro­wa­dzi­ła do ma­łe­go inną są­siad­kę, Ewę, żeby ta syn­ko­wi Bro­ni po­mam­ko­wa­ła i wła­sną pier­sią go na­kar­mi­ła. Szczę­śli­wy traf chciał, że Ewa aku­rat kar­mią­cą mat­ką była, a i po­kar­mu, jak po­tem sama mó­wi­ła, jej nie bra­ko­wa­ło. Dzię­ki Ewie sy­tu­acja z kar­mie­niem no­wo­rod­ka zo­sta­ła opa­no­wa­na, nie tyl­ko w tych pierw­szych go­dzi­nach, ale i na dłu­żej. Tym ra­zem miej­sco­we baby nie mo­gły się Ewy na­chwa­lić i jej po­świę­ce­niu na­dzi­wić. I w od­róż­nie­niu od znie­na­wi­dzo­nej za­kon­ni­cy – po­łoż­nej – wca­le im nie prze­szka­dza­ło, że Ewa też była tu­tej­szą rdzen­ną Niem­ką. „Ewa, to co in­ne­go. Za na­sze­go prze­cież, za Wład­ka Pieg­zę, wy­szła, dziec­ko mu uro­dzi­ła, po pol­sku się na­uczy­ła, a te­raz jesz­cze tej Bro­ni­nej sie­rot­ce wła­sne­go mle­ka nie po­ską­pi­ła. No i co z tego, że Niem­ka? Do­bra ko­bie­ci­na, niech ją tam Pan Bóg za to wy­na­gro­dzi…”. Nie­miec­kich au­to­chto­nów w daw­nym Grün­fel­dzie, a dzi­siej­szym Zie­lo­nym Polu, na pal­cach jed­nej ręki po­li­czysz. Pra­wie wszy­scy zo­sta­li już za Odrę, do Nie­miec, prze­sie­dle­ni. W Zie­lo­nym Polu po­zo­sta­ło kil­ka mło­dych Nie­mek, któ­re, po­dob­nie jak Ewa Bun­da czy Hil­da Gru­del, za Po­la­ków za mąż wy­szły i dzie­ci im po­ro­dzi­ły.

Po­grzeb Bro­ni. Li­chym, brą­zo­wym po­ko­stem po­cią­gnię­ta, ubo­ga trum­na na wo­zie. Do wozu tyl­ko Gnia­dy w po­je­dyn­kę za­przę­gnię­ty, bo ku­la­wa ko­był­ka, Skar­pet­ka, na taką oka­zję do pary nie pa­so­wa­ła. Z domu na cmen­tarz dro­ga do­bra i nie­da­le­ka. Sta­szek nie bar­dzo wi­dzi, co się tam z tyłu, w kon­duk­cie dzie­je. Po­wo­zi Gnia­dym. Na po­grzeb Bro­ni ze­szło się chy­ba całe Zie­lo­ne Pole i spo­ro lu­dzi z oko­li­cy. Od ża­łob­nych śpie­wów i bab­skich za­wo­dzeń gło­wa mu pęka. A może nie tyl­ko od tego, bo do łez żal mu Bro­ni, tak się szcze­rze do niej przez te ostat­nie lata przy­wią­zał. Cmen­tarz. Czar­ne, ża­łob­ne cho­rą­gwie. Ksiądz in­to­nu­je Wiecz­ne od­po­czy­wa­nie i rzu­ca sym­bo­licz­ną grud­kę zie­mi na trum­nę. „Z pro­chu po­wsta­łaś i w proch się ob­ró­cisz…”. Do­brze, że Sta­szek pil­nu­je Gnia­de­go na ubo­czu, bo chy­ba nikt nie wi­dzi, jak łyka łzy i szo­ru­je rę­ka­wem po oczach.

Pro­sto z cmen­ta­rza szli spro­sze­ni ża­łob­ni­cy na zwy­cza­jo­wą sty­pę, za­wcza­su przez ojca za­mó­wio­ną w go­spo­dzie u Wap­nia­ka. Pod­szedł oj­ciec. Do­pie­ro tu­taj, na po­grze­bie, Sta­szek za­uwa­żył, że ojca jak­by w po­ło­wie uby­ło, nie­ogo­lo­ny, czer­wo­ne z nie­do­spa­nia oczy.

– Bab­kę Bar­ską z dziew­czy­na­mi za­bie­ram na sty­pę. Ta­dzia też. Jedź do domu, wy­przę­gnij Gnia­de­go, ko­niom ob­ro­ku, krów do­gląd­nij, no i w ogó­le, co tam trze­ba, to zrób.

– A z Ma­łym, co?

– Ewa Pieg­zo­wa go na ten czas do sie­bie wzię­ła, to niech tam u niej po­bę­dzie, do­pó­ki nie wró­ci­my. Jak się uwi­niesz, do go­spo­dy przy­chodź. Sty­pa. Wspo­min­ki. Tak się, synu, każ­de­mu zmar­łe­mu na­le­ży…

Przez całą dro­gę z cmen­ta­rza do domu Sta­szek na wo­zie nie przy­siadł. Nie chciał, nie miał śmia­ło­ści usiąść na miej­scu, gdzie jesz­cze przed chwi­lą trum­na Bro­ni le­ża­ła. Po­de­szła Kryś­ka i mil­cząc szła obok nie­go. Raz tyl­ko nie­śmia­ło spoj­rza­ła mu w oczy i mu­snę­ła go dło­nią po po­licz­ku. Od­wró­cił gło­wę, bez po­trze­by trzep­nął lej­ca­mi Gnia­de­go, bo czuł, że po tej jej czu­ło­ści chy­ba się zno­wu roz­pła­cze. „Oj, Kry­sia, Kry­sia, że­byś ty wie­dzia­ła…”. Na krzy­żów­ce przy­sta­nę­li. Po­czuł jej cie­płe, małe dło­nie na swo­ich. Wpa­try­wa­li się w sie­bie, a ich wzrok wy­ra­żał chy­ba wię­cej, niż mo­gli­by so­bie w tej chwi­li po­wie­dzieć. Kryś­ka od­wa­ży­ła się pierw­sza:

– Sta­siu, je­śli bę­dziesz mógł, wpad­nij choć na chwil­kę. Tak daw­no… Pro­szę.

– A my­ślisz, że ja nie chcia­łem? Dziś też chy­ba nie da rady.

– To może ju­tro? Na chwil­kę. So­bo­ta. Wcze­śniej wra­cam z Ostro­wa.

– Już nie pa­mię­tam, kie­dy ja w szko­le by­łem… Przyj­dę. Przyj­dę na pew­no! Gdy­bym się spóź­niał, to cze­kaj.

– Do opo­ru! Tyl­ko przyjdź.

Wspię­ła się na pal­ce i po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek.

Na sty­pę Sta­szek nie po­szedł. Ani nie miał za wiel­kiej ocho­ty, ai spo­ro cza­su ze­szło, nim upo­rał się z ro­bo­tą. Fryc po­szcze­ki­wał przy bu­dzie, wy­raź­nie cze­goś się do­po­mi­nał. „Co, głod­ny je­steś?”. Po­tar­mo­sił psa za usza­mi. Ten ocie­rał mu się o nogi i przy­mil­nie mer­dał ogo­nem. „Po­cze­kaj, za­raz coś skom­bi­nu­je­my”. W kuch­ni po­za­glą­dał do garn­ków, do resz­tek ro­so­łu do­kru­szył krom­kę chle­ba. Pies chłep­tał za­chłan­nie. „Głod­ny je­steś. Kto tam miał gło­wę, żeby jesz­cze o to­bie pa­mię­tać”. Na­gle Stasz­ko­wi też jeść się za­chcia­ło. Wró­cił do kuch­ni i z krom­ką chle­ba przy­siadł na gan­ku. Znów Bro­nia mu się przy­po­mnia­ła. Ona też lu­bi­ła wła­śnie na tym gan­ku, na tej ław­ce od­po­cząć. I ta ja­błon­ka, na któ­rą Sta­szek te­raz pa­trzy, a z któ­rej nie­na­tu­ral­ne­go, póź­no­je­sien­ne­go kwit­nie­nia Bro­nia ry­chłą śmierć so­bie wró­ży­ła. I wy­wró­ży­ła, prze­po­wie­dzia­ła! Jak te­raz bę­dzie im bez Bro­ni? Chleb ugrzązł w gar­dle. Nie­do­je­dzo­ną krom­kę rzu­cił Fry­co­wi. Wy­cią­gnął ze stud­ni wia­dro wody, pił łap­czy­wie i dłu­go. „A może jed­nak po­dej­dę na tę sty­pę? Oj­ciec mó­wił, że trze­ba, żeby na sty­pie wszy­scy z ro­dzi­ny byli? Idę!”.

Już przy furt­ce omal nie wpadł na Helę Bar­ską i Tad­ka.

– O, Sta­szek! Wy­cho­dzisz gdzieś? – zdzi­wi­ła się Hela.

– Chcia­łem na sty­pę po­dejść, ale sko­ro wy wra­ca­cie…

– Jak chcesz. Mama ze Ste­fą i twój oj­ciec tam jesz­cze zo­sta­li. Ale ja nie mia­łam tam co dłu­żej sie­dzieć. Sami do­ro­śli, chło­pom we łbach za­czy­na się ku­rzyć. Ta­dziu też już chciał do domu wra­cać.

– Bo z Jaś­kiem Mi­cha­lew­skim się umó­wi­łem. Obie­cał dać mi za­da­nie na ju­tro do szko­ły od­pi­sać. To ja już so­bie po­le­cę.

Po­biegł i tyle go wi­dzie­li.

– To co, idziesz na sty­pę?

– Chy­ba już nie.

– No to pro­wadź do domu, Ma­łe­go chcia­łam zo­ba­czyć. Jak on tam, śpi, nie gry­ma­si?

– Nie ma go w domu. U Ewy jest, u na­szej są­siad­ki. No wiesz, u tej Niem­ki, co go pier­sią od uro­dze­nia do­kar­mia.

– A ja my­śla­łam, że ona jest tu­taj, u was w domu, na czas po­grze­bu ma­łe­go do­glą­da.

– Mo­gła­by i u nas. Ale swo­je­go dzie­cia­ka też ma przy pier­si.

Przy­sie­dli na gan­ku. Mil­cze­li. To prze­rzu­ca­li się ja­kimś na­głym wspo­mnie­niem o Bro­ni. Cie­ka­wi­li się sobą na­wza­jem, jak im się żyje, co po­ra­bia­ją. Sta­szek spod oka Heli się przy­pa­try­wał i po­rów­ny­wał ją w pa­mię­ci z tą Helą z Ka­lu­cze­go i Ka­je­nu, pod­lot­kiem wy­so­kim, chu­der­la­wym i wiot­kim jak nad­rzecz­na łoza. I na­wet już z tą Helą za­le­d­wie sprzed paru mie­się­cy, kie­dy to na ze­szło­rocz­ne Boże Na­ro­dze­nie z bab­ką Bar­ską do nich, do Zie­lo­ne­go Pola, przy­je­cha­ła. A Bro­nia, jaka ona szczę­śli­wa wte­dy była! Już w tam­te świę­ta Hela ni­kłe­go pod­lot­ka z Sy­bi­ru nie przy­po­mi­na­ła, na­bra­ła cia­ła, uro­dy i dziew­czy­na z niej była całą gębą.

– Ciem­no się robi – Hela się za­nie­po­ko­iła. – Ma­łe­go pew­nie trze­ba kłaść spać, a na­szych nie wi­dać.

– A Mały i tak ni­cze­go in­ne­go nie robi, tyl­ko poje so­bie i śpi.

– Ta Ewa go pew­nie nie­dłu­go od­nie­sie? Da­le­ko stąd miesz­ka?

– Trzy domy. Od­nie­sie, od­nie­sie. Ale jak chcesz, to mo­że­my po ma­łe­go po­dejść.

– Idzie­my.

Otwo­rzy­ła im mat­ka Ewy, star­sza­wa już Niem­ka, frau Bun­da. Zer­k­nę­ła nie­uf­nie na Helę, bo Stasz­ka zna­ła.

– Bit­te, bit­te, pro­sza. – Frau Bun­da sła­bo mó­wi­ła po pol­sku. Ewa pra­ła pie­lu­chy. Wy­tar­ła ręce w za­pa­skę.

– A, Sta­siu! Pew­nie po Ma­łe­go? – Sta­szek przy­tak­nął.

– A to jest Hela. Mamy Bro­ni sio­stra.

– Sły­sza­łam, że pa­nie przy­je­cha­ły. Bied­na Bro­nia, taka mło­da, taka do­bra, a tu ta­kie nie­szczę­ście. Dużo lu­dzi na po­grze­bie było?

– Cała wieś, chy­ba.

– Nie mo­głam, dzie­ciom mu­sia­łam mat­ko­wać. Ma­łe­go mia­łam nie­dłu­go od­no­sić, ale sko­ro już przy­szli­ście. Jesz­cze chwi­lę, tyl­ko go jesz­cze na noc na­kar­mię.

Ewa z Helą po­de­szły do sze­ro­kie­go łóż­ka, gdzie opa­ko­wa­ne w po­wi­ja­ki le­ża­ły obok sie­bie dwa bo­ba­sy.

– Je­den mój, dru­gi wasz, to zna­czy Bro­ni. Po­zna pani, któ­ry, bo Sta­szek to wie?

– Boże! Chy­ba nie… Prze­cież ja go jesz­cze do­brze nie wi­dzia­łam. Le­d­wie zdą­ży­ły­śmy na po­grzeb.

– Prze­pra­szam… To ten. I nie śpi aku­rat. Ti, ti, ma­lut­ki, ti ti. – Mały zmarsz­czył się jesz­cze bar­dziej.

– Pro­szę, niech go pani weź­mie i chwi­lecz­kę po­trzy­ma, a ja się do kar­mie­nia przy­go­tu­ję. Śmia­ło, śmia­ło, nich się pani nie boi. O, tak.

Hela trzy­ma­ła Ma­łe­go na sztyw­no wy­cią­gnię­tych rę­kach, a mi­mo­wol­ne łzy speł­za­ły jej po po­licz­kach. Ewa usia­dła na łóż­ku, prze­ję­ła dziec­ko i uło­żyw­szy je po­ręcz­nie, wy­łu­ska­ła na­brzmia­łą pierś i za­czę­ła kar­mić.

– Niech pani sią­dzie przy mnie, coś pani po­ka­żę. O, wi­dzi pani, tu obok mam przy­go­to­wa­ną bu­te­lecz­kę ze smocz­kiem. Przy­zwy­cza­jam go po­ma­łu. Jesz­cze nie za­wsze, ale już cza­sem uda­je mi się go oszu­kać. Zo­ba­czy­my, czy te­raz… – Ewa umknę­ła z pier­sią i wsu­nę­ła ma­łe­mu smo­czek. – Uda­ło się, jak na za­wo­ła­nie. Tak musi go pani naj­pierw wła­sną pier­sią oszu­ki­wać, a po­tem pierś mu ode­brać i od razu dać smo­czek. O tak.

– Ale ja, ale ja… pro­szę pani, ale ja prze­cież nie mam…

– Wiem, wiem, nie ma pani po­kar­mu. Nie szko­dzi. Bez tego ma­łe­go oszu­stwa się nie obej­dzie. Dziec­ko żywą pierś musi po­czuć, choć­by nie­mlecz­ną na­wet. Jak dłu­go tu pani z Ma­łym zo­sta­nie?

– Ja tu­taj z nim? Nie wiem, może tyl­ko parę dni.

– No to, jak­by coś nie tak, to niech mnie pani za­wo­ła. Idź już ma­lut­ki do cio­ci, idź. Mó­wię pani, że jak do swo­je­go się przy­zwy­cza­iłam. A oby­dwaj żar­ło­ki, że hej…

Ewa na po­że­gna­nie cmok­nę­ła przy­sy­pia­ją­ce­go, sy­te­go Jaś­ka w po­marsz­czo­ne czo­ło.

Wra­ca­li. Hela nio­sła Ma­łe­go. Ma­łe­go, Mały, tak o nim wszy­scy mó­wi­li, tak na nie­go wo­ła­li, co naj­wy­żej zdrob­nia­le, jak kto chciał, bo nie­chrz­czo­ny jesz­cze był, wła­sne­go imie­nia nie miał.

– Mamy w domu ja­kąś fla­szecz­kę, smo­czek? A mle­ko to chy­ba go­to­wa­ne być musi – mar­twi­ła się Hela.

– Pew­nie, że nie pro­sto od kro­wy. Smo­czek też jest. Jak się tyl­ko uro­dził, sam pró­bo­wa­łem go kar­mić, ale gdzie tam, wy­plu­wał wszyst­ko i tyle. Do­pó­ki Ewa pier­si mu nie dała.

– No, ale dzi­siaj, sam wi­dzia­łeś, że smocz­ka nie wy­pluł. Za­raz sama spró­bu­ję, tak jak ta Ewa.

– No to spró­buj. Wi­dzia­łaś, jak ro­bi­ła to Ewa? Naj­pierw mu­sisz swo­ją pierś wy­jąć i mu po­dać… Jak chcesz, to ci z tą pier­sią po­mo­gę, po­trzy­mam…

– Aku­rat, chciał­byś. Sama so­bie po­ra­dzę.

W domu się świe­ci­ło. Bab­ka i Ste­fa z ocha­mi i acha­mi rzu­ci­ły się na Helę i Ma­łe­go. I zno­wu w płacz. Sta­szek nie mógł tego wy­trzy­mać, ski­nął na Tad­ka i wy­szli na po­dwór­ko.

– Ta­tuś jesz­cze nie wró­cił?

– Bab­ka mó­wi­ła, że na tej sty­pie zo­stał.

– To pew­nie kro­wy jesz­cze nie wy­do­jo­ne. Ja­sny gwint! Co te­raz ro­bić. Le­cieć po tatę, czy co… Cze­kaj, a może…

Wró­cił do izby i od­wo­łał na bok star­szą z sióstr, Ste­fę.

– …Też mi wiel­ki me­cy­je kro­wy wy­do­ić! Po­każ mi tyl­ko, gdzie co i do cze­go, za­świeć la­tar­nię i pro­wadź do staj­ni. W try miga z do­je­niem się uwi­nie­my. Pa­mię­tam, jak całe sta­da krów w sow­cho­zie pa­słeś. Mle­ka nam na Bo­ro­win­kę przy­no­si­łeś. Pa­mię­tasz?

Pa­mię­tał. I Ste­fę z tam­tych cza­sów za­pa­mię­tał jako dziew­czy­nę do­brą i ro­bot­ną jak rzad­ko. Ja­kiej­kol­wiek by tyl­ko ro­bo­ty Ste­fa się ima­ła, od wy­rę­bu taj­gi po spław, każ­da w rę­kach jej się pa­li­ła. Póź­niej, w sow­cho­zie, na­wet z trak­to­rem so­bie ra­dzi­ła.

Ste­fa uwi­nę­ła się z do­je­niem. Mle­ko na­la­ne do ba­niek, wy­sta­wio­ne przed bra­mę dla mle­cza­rza. W domu uci­chło, wszy­scy szy­ko­wa­li się do snu. Sta­szek po­słu­chał pod drzwia­mi. Ci­cho. Mały nie pła­kał. Zaj­rzał do Tad­ka. Ten chra­pał w naj­lep­sze. Co zro­bić? Nie może za­mknąć drzwi na noc, bo ojca wciąż nie ma. „Spusz­czę Fry­ca na drut, niech pil­nu­je”. Roz­ra­do­wa­ny pies sza­lał, aż iskry z dru­tu le­cia­ły. Ani gwiazd­ki na nie­bie. Noc czar­na. Wil­got­na noc snu­ją­ca się od rze­ki. „We­zmę la­tar­nię i po­dej­dę do Wap­nia­ka. Zo­ba­czę, co tam, ojcu w tej ciem­ni­cy po dro­dze po­świe­cę”.

W go­spo­dzie się świe­ci­ło. Na­wet z dro­gi było sły­chać, że gwar­no tam i lud­no. W przy­ciem­nio­nym przed­sion­ku na­tknął się na Ber­tę Hinc, Niem­kę, za­męż­ną za Flor­kiem Grab­kiem, bez­no­gim fron­tow­cem. Cze­ka­ła na Flor­ka z wóz­kiem, na któ­rym jego bez­no­gi ka­dłub sa­do­wi­ła i po­słusz­nie wo­zi­ła, gdzie Flo­rek roz­ka­zał.

– Mój oj­ciec jesz­cze tam jest?

– Ja, ja, som tam, oba. Flo­rek trin­ken. Mein Gott! – zre­zy­gno­wa­na mach­nę­ła ręką.

Sta­szek zer­k­nął na salę przez uchy­lo­ne drzwi. Nie wcho­dził. Nie chciał ojca krę­po­wać. Oj­ciec stał przy kon­tu­arze i roz­ma­wiał z Wap­nia­kiem. Ten po­dał mu z pół­ki flasz­kę wód­ki i oj­ciec pod­szedł do sto­łu, przy któ­rym – oprócz Flor­ka – sie­dzia­ło jesz­cze paru chło­pów, prze­waż­nie, tak jak oj­ciec, fron­tow­ców i sy­bi­ra­ków. Ci za­wsze i wszę­dzie trzy­ma­li się ra­zem. Mimo tych paru lat po woj­nie, ubie­ra­li się na­wet po­dob­nie, do­na­sza­jąc moc­no sfa­ty­go­wa­ne, wy­szmel­co­wa­ne woj­sko­we mun­du­ry. Oj­ciec wy­bił ko­rek i każ­de­mu na­le­wał. Nie przy­sia­da­jąc, coś do nich mó­wił. Wsta­li, na­wet bez­no­gi Flo­rek swój ka­dłub wy­pro­sto­wał, umil­kli, unie­śli szklan­ki i wy­pi­li do dna. Nie stu­ka­li się, jak to w to­wa­rzy­stwie bywa. Sta­szek do­my­ślał się, za co, za czy­ją pa­mięć tym ro­syj­sko-fron­to­wym oby­cza­jem wy­pi­li. Bo za­raz po­tem pod­cho­dzi­li do ojca, ob­ści­ski­wa­li się z nim, ca­ło­wa­li. „Po­min­ki. Za Bro­nię pew­nie…”.

– No, już się chy­ba roz­cho­dzą.

– Ja, ja, to top­sze, to top­sze. Mein Gott, z tym mein Flo­rek!

To mó­wiąc, za­czę­ła się krzą­tać przy Flor­ko­wej ko­la­sce. W samą porę, bo oj­ciec z soł­ty­sem Kru­pą tasz­czy­li Flor­ka ku wyj­ściu.

Z Flor­kiem i Ber­tą było im po dro­dze, w nie­da­le­kim są­siedz­twie miesz­ka­li. Ciem­no. Cią­gnio­na przez Ber­tę ko­la­ska po ko­cich łbach kle­ko­cze. Flo­rek coś tam ma­ru­dzi, pod­śpie­wu­je. Sta­szek, jak może, la­tar­nią przy­świe­ca. Oj­ciec pod­chmie­lo­ny, ale nie pi­ja­ny. Za to pi­ja­ne­go Flor­ka trze­ba było całą dro­gę pil­no­wać, żeby się z tej tacz­ki nie wy­ko­pyrt­nął. Po­mo­gli Ber­cie za­nieść go do domu i jak wór kar­to­fli na wy­rko zwa­lić.

– Krzyż Pań­ski ma ta Ber­ta z tym Flor­kiem. Pi­jak, do imen­tu. Z Sy­bi­ru, z fron­tu chło­pa pa­mię­tam. A te­raz, aż żal pa­trzeć, co się z nim po­ro­bi­ło. Do­brze, że mu się ta Ber­ta tra­fi­ła. Przez całą dro­gę oj­ciec mo­no­lo­go­wał.

– No tak to, synu, jest, po­cho­wa­li­śmy na­szą Bro­nię. Usza­no­wa­li ją lu­dzie, nie po­wiem, z ca­łej wsi na po­grzeb się ze­szli. Na sty­pie wspo­mi­na­li, od­ża­ło­wać jej nie mo­gli. Że taka mło­da, Sy­bir prze­szła, a tu masz, dziec­kiem się na­wet nie zdą­ży­ła na­cie­szyć… Nie mam ci ja, synu, szczę­ścia w ży­ciu, nie mam. Na Sy­bi­rze To­sia, two­ja i Ta­dzio­wa mat­ka, a te­raz zno­wu Bro­nia… Wy sie­ro­ty po Tosi, a i po Bro­ni sie­ro­ta zo­sta­ła. Za­sie­dzia­łem się na tej sty­pie. Ni­jak było in­a­czej.

O Ma­łym na­wet za­po­mnia­łem. Już chy­ba za póź­no, żeby Ewę bu­dzić? Rano do domu go za­bie­rze­my…

– Mały już w domu, tato. Hela wcze­śniej ze sty­py wró­ci­ła, do­py­ty­wa­ła się o Ma­łe­go, to po­szli­śmy po nie­go do Ewy.

– To do­brze, do­brze…

Przez dłuż­szą chwi­lę mil­czał. Przy­sta­nął przed wej­ściem na po­dwór­ko.

– Za­ję­ły się Ma­łym, mó­wisz. Nie dzi­wo­ta, prze­cież to jego bab­ka i ciot­ki, naj­bliż­sza ro­dzi­na. Tyl­ko wi­dzisz, synu, naj­gor­sze jest to, że sam nie wiem, co w tej sy­tu­acji mam zro­bić. Bo wiesz, co mi wczo­raj, jesz­cze przed po­grze­bem, bab­ka Bar­ska za­pro­po­no­wa­ła? Ni mniej, ni wię­cej, tyl­ko że Ma­łe­go do sie­bie za­bio­rą.

– Jak to „za­bio­rą”? Chy­ba nie na za­wsze.

– Na za­wsze, nie na za­wsze, na ja­kiś czas. Nie­mow­lak prze­cież, ko­bie­cej opie­ki po­trze­bu­je. I chy­ba mają ra­cje. No, bo jak my z Ma­łym sami so­bie po­ra­dzi­my? No, jak? A czy na za­wsze. Na za­wsze nie ma mowy.

Przed bra­mą sta­ły bań­ki z mle­kiem do mle­czar­ni.

– O! To i kro­wy, wi­dzę, wy­do­jo­ne. Kto wy­do­ił?

– Ste­fa. Mi­giem się uwi­nę­ła, na­wet pro­sia­kom jeść dała.

– Ste­fa, mó­wisz. Ro­bot­na z niej dziew­czy­na, z Sy­bi­ru pa­mię­tam. No do­bra, synu, daj mi la­tar­nię, po­ła­żę tu jesz­cze chwi­lę, po­spraw­dzam, po­za­my­kam, a ty kładź się spać. To­bie też nie­lek­ko dziś było…

Wszyst­ko, co w spra­wie Ma­łe­go było naj­waż­niej­sze, roz­strzy­gnę­ło się w na­stęp­nych dniach. Osta­tecz­nie sta­nę­ło na tym, że Bar­skie za­bie­ra­ją Ma­łe­go do sie­bie, do­pó­ki się nie od­cho­wa, nie pod­ro­śnie. Aż tu na­gle wszy­scy się po­ła­pa­li, że prze­cież ten Mały po­ga­nin jest nie­ochrz­czo­ny! Ra­to­wa­no Bro­nię, po­tem po­grzeb i do ja­kichś tam chrzcin nikt nie miał gło­wy. Te­raz or­ga­ni­zo­wa­no wszyst­ko na gwałt, z wy­my­śla­niem Ma­łe­mu imie­nia włącz­nie. Oj­ciec po­gnał w te pędy do Mię­dzy­gó­rza i ja­koś z księ­dzem za­ła­twił, że ochrzci Ma­łe­go eks­pre­so­wo, w naj­bliż­szą nie­dzie­lę. A na imię do­sta­nie Jan. To nic, że imię po ojcu. Bab­ka Bar­ska znów się po­pła­ka­ła, tym ra­zem z ra­do­ści, bo wnu­czek bę­dzie też no­sił imię jej uko­cha­ne­go syna po­le­głe go na woj­nie, Jan­ka Bar­skie­go, Ja­siecz­ka. A jesz­cze, kie­dy Sta­szek przy­po­mniał wszyst­kim, że i Bro­nia o ta­kim imie­niu dla chłop­ca ma­rzy­ła, nie było o czym ga­dać. Mały ma być Ja­nem i już! Tak czy in­a­czej, w nie­dzie­lę wie­czo­rem było po skrom­nych z naj­skrom­niej­szych chrzci­nach, a Mały od­tąd stał się Ja­nem. Może to wszyst­ko ra­zem tak chrze­ści­ja­ni­na Jana wy­stra­szy­ło, że od tego wie­czo­ru prze­stał gry­ma­sić i za­miast do­ma­gać się ko­bie­cej pier­si, ssał mle­ko ze smocz­ka, aż miło. Sta­szek nie omiesz­kał przy tej oka­zji He­len­ki po­draż­nić. „Coś nie bar­dzo musi być z tymi two­imi pier­sia­mi, sko­ro Mały woli ze smocz­ka po­cią­gnąć. Za małe masz, czy co? Choć ra­czej tak na oko…”. Nie do­koń­czył, bo Hela chla­snę­ła go mo­krą pie­lu­chą przez łeb. „Świn­tu­chu, je­den!”.

Całą trój­ką, oj­ciec, Sta­szek i Ta­dek, od­pro­wa­dzi­li, od­wieź­li Bar­skie z Ma­łym na sta­cję w Mię­dzy­gó­rzu, wsa­dzi­li do po­cią­gu i po­ma­cha­li im na po­że­gna­nie.

Wra­ca­li do domu w mil­cze­niu, każ­dy ze swo­imi, ra­czej nie­we­so­ły­mi, my­śla­mi. Oj­ciec po­ga­niał ko­nie i mruk­nął tyl­ko, że trze­ba się śpie­szyć, bo go­spo­dar­ka zo­sta­ła bez opie­ki. Sta­szek po­gry­zał słom­kę, my­ślał o Hel­ce i żal mu było Ma­łe­go. Na­wet Ta­dek, po­waż­niej­szy niż zwy­kle, mil­czał i nie rwał się do po­wo­że­nia…

Zbli­ża­ło się po­łu­dnie. Fryc po­szcze­ki­wał, cie­szył się z po­wro­tu do­mow­ni­ków. Za­mknię­te w staj­ni kro­wy po­ry­ki­wa­ły. Sta­szek wy­przę­gał ko­nie. Ta­dek zbie­rał opał pod par­nik. Oj­ciec śpie­szył do staj­ni ze skop­cem do do­je­nia. „Uwi­jać się, chło­pa­ki, uwi­jać, bo tyle ro­bo­ty nam się przez te dni na­zbie­ra­ło!”. No to się uwi­ja­li. A po­tem, cze­ka­jąc na ojca, przy­sie­dli na gan­ko­wych scho­dach. Mil­cze­li. Cie­pło, upal­nie pra­wie, sło­necz­nie. Wio­sna! Od staj­ni szedł oj­ciec z peł­nym skop­cem mle­ka. Pod­szedł, po­sta­wił sko­piec na gan­ku, zdjął sta­rą fron­to­wą ro­ga­tyw­kę, wy­tarł rę­ka­wem spo­co­ne czo­ło i cięż­ko wes­tchnąw­szy, obok nich przy­siadł. Mil­cze­li. Chwi­lę to trwa­ło, nim oj­ciec, jesz­cze raz cięż­ko wes­tchnąw­szy, się ode­zwał:

– No i tak to, chło­pa­ki, w tym na­szym ży­ciu jest. Zno­wu zo­sta­li­śmy sami.

A czas le­ciał. Wio­sna, za­czy­na­ło się lato. Bar­skie z Ma­łym już daw­no od­je­cha­ły i pra­wie słuch po nich za­gi­nął, bo od­zy­wa­ły się rzad­ko i ską­po. Gdzieś tam so­bie były, żyły, a mały Ja­siek ra­zem z nimi. Pew­nie mu się tam u bab­ki i cio­tek źle nie dzia­ło, co zresz­tą wy­ni­ka­ło z tych rzad­kich i ską­pych w sło­wach li­stów. Pi­sa­ła je bab­ka Bar­ska, za­czy­na­jąc od po­chwa­le­nia Je­zu­sa Chry­stu­sa, a po­tem zdań parę, że Ja­sicz­ko­wi ząb­ki się klu­ją, a to, że już sam sia­da, że wsta­wać pró­bu­je, no i w ogó­le, ro­śnie i zdro­wo się cho­wa, ten „Ja­si­czek nasz naj­uko­chań­szy, ta na­sza bied­na Bro­ni­na sie­rot­ka”. Raz czy dwa na­pi­sa­ła Hela. Ład­nym, pra­wie ka­li­gra­ficz­nym pi­smem. Choć pew­nie też pod bab­ki dyk­tan­do, bo rów­nie ską­po i rze­czo­wo. Tyle że Hela nie za­czy­na­ła od „po­chwa­lo­ne­go” i koń­czy­ła po­zdro­wie­nia­mi „dla Stasz­ka i Ta­dzi­ka”. Tyl­ko te krót­kie li­sty od Bar­skich da­wa­ły im oka­zję, by przy­po­mnieć so­bie Ma­łe­go. Ma­łe­go, bo in­a­czej go mię­dzy sobą nie na­zy­wa­li. Cza­sa­mi jesz­cze spy­ta­ła o Ma­łe­go pani Mi­cha­lew­ska, a już pra­wie przy każ­dej oka­zji Ewa Pieg­zo­wa, mam­ka, któ­ra Jaś­ka na ochot­ni­ka wła­sną pier­sią wy­kar­mi­ła.

Mi­nę­ła już te­go­rocz­na wio­sna, wy­jąt­ko­wo buj­na, zie­lo­na i uro­kli­wa, choć dla Stasz­ka Do­li­ny ra­czej smut­na. Zwłasz­cza ro­dzin­nie, po tym wszyst­kim, co się u nich w domu wy­da­rzy­ło. Do tego w gim­na­zjum, po tylu opusz­czo­nych dniach i za­le­gło­ściach, też mu się nie wio­dło. Zwłasz­cza z ma­te­ma­ty­ki na ko­niec roku praw­dzi­wa klę­ska mu gro­zi­ła. Do­brze, że choć z pol­skie­go nie tra­cił mar­ki, jaką miał wcze­śniej wy­ro­bio­ną u pro­fe­so­ra Jó­ze­fia­ka. I, o dzi­wo, u sa­me­go dy­rek­to­ra Alek­san­dro­wi­cza, któ­ry za­pa­mię­tał Stasz­ka od wstęp­ne­go eg­za­mi­nu, kie­dy Stasz­ko­wi Tri­stan nie­chcą­cy spod wia­trów­ki wy­padł. Od­tąd dy­rek­tor Alek­san­dro­wicz, z nie­od­łącz­nym fi­ku­śnym mo­tyl­kiem pod szy­ją, ile­kroć w ko­ry­ta­rzo­wym tłu­mie na­tknął się na Stasz­ka, ku jego nie­pew­no­ści, co z tego spo­tka­nia wy­nik­nie – przy­sta­wał albo pal­cem przy­wo­ły­wał go do sie­bie i nie­odmien­nie za­ga­dy­wał o Tri­sta­na. „No i jak tam, pa­nie ko­le­go, ten twój, Tri­stan. Nie­sły­cha­ne, nie­sły­cha­ne… A tar­cza u ko­le­gi zno­wu byle jak przy­szpi­lo­na, co?”. „Przy szy­ta na sta­łe, pa­nie dy­rek­to­rze”. Cza­sa­mi dy­rek­tor spraw­dzał to wła­sno­ręcz­nie, ale za­wsze od­cho­dził ze sło­wa­mi: „Sy­bir i Tri­stan! Nie­sły­cha­ne, pa­nie ko­le­go, nie­sły­cha­ne”. Sta­szek już miał po uszy tego nie­szczę­sne­go Tri­sta­na, ale na wszel­ki wy­pa­dek, żeby nie pod­paść dy­rek­to­ro­wi, gdy­by ten wpadł na po­mysł z Tri­sta­na go prze­py­ty­wać, znał treść tej książ­ki pra­wie na wy­ryw­ki. Zda­rza­ło się, że dy­rek­tor wpa­dał do kla­sy w trak­cie lek­cji. Wte­dy też sta­wiał Stasz­ka na bacz­ność i zno­wu, przy ca­łej kla­sie, za­wo­dził swo­je o tym Sy­bi­rze i Tri­sta­nie.

Pew­nie dla­te­go książ­ka o Tri­sta­nie i Izol­dzie, zwłasz­cza wśród dziew­czyn, tak jak kie­dyś u pło­wo­wło­sej Pe­la­si, cie­szy­ła się nie­zwy­kłym po­wo­dze­niem. Pe­la­sia! Kryś­ka była Kryś­ką, ale Pe­la­sia! Pe­la­sia trzy­ma­ła się dłu­go w Stasz­ko­wej pa­mię­ci i pra­wie za każ­dym ra­zem prze­cho­dząc w Mia­stecz­ku obok jej domu, przy­po­mi­nał ją so­bie. „O, gdy­by Pe­la­sia wte­dy do Po­zna­nia nie wy­je­cha­ła, to miał­bym te­raz z kim się po­uczyć. Na­wet z tej dia­bel­skiej ma­te­ma­ty­ki do­bra była…” Z ma­te­ma­ty­ki ra­to­wał Stasz­ka nie­za­stą­pio­ny i chy­ba naj­bar­dziej, oprócz pro­fe­so­ra Du­ma­ła, przez nie­go lu­bia­ny pro­fe­sor Kle­pacz. „Wil­niuk”, jak tu na nie­go mó­wio­no, spec nie tyl­ko od nauk ści­słych, ale spor­to­wiec en­tu­zja­sta, mi­ło­śnik sza­chów i bok­su. W sza­chach Stasz­ko­wi szło ra­czej mar­nie, ale za to w bok­sie ra­dził so­bie wca­le, wca­le. A jesz­cze, kie­dy na okrę­go­wych za­wo­dach „Pierw­sze­go kro­ku” Sta­szek w wa­dze ko­gu­ciej wy­wal­czył pierw­sze miej­sce, pro­fe­sor Kle­pacz był w siód­mym nie­bie. „Ty wiesz, Do­li­na, ja­kie­go bok­se­ra ja by z cie­bie zro­bił, gdy­by ja miał cie­bie na sta­łe pod ręką? A tak, czort cie­bie wie, co ty tam na tej two­jej wsi po tre­nin­gu ro­bisz. A pro­wa­dzisz się jak? Za spód­nicz­ka­mi już pew­nie się uga­niasz? A nie daj Bóg, że­byś mi tam ja­kie­goś bim­bru nie żłop­nął”. „Ale, gdzie tam, pa­nie pro­fe­so­rze, ja, do bim­bru?”. „Nu, nu, znam ja was, ga­gat­ków. Boks, ko­le­go, to nie bi­ja­ty­ka na wiej­skiej za­ba­wie, ale sztu­ka! Szla­chet­na sztu­ka wal­ki! Już sta­ro­żyt­ni, żeby wspo­mnieć tyl­ko o Rzy­mia­nach i Gre­kach, ten fech­tu­nek na gołe pię­ści ćwi­czy­li i nad inne spor­ty wy­wyż­sza­li. Z tobą też po­ćwi­czy­my. Szyb­ki je­steś, cios masz nie­zły, ale w rin­gu na no­gach nie po­tra­fisz cho­dzić. Tam trze­ba jak ba­let­ni­ca, a ty sto­isz na wy­pro­sto­wa­nych i byle prze­ciw­ni­ka w łeb. W rin­gu, ko­le­go, tań­czyć trze­ba, a do­pie­ro po­tem lewy pro­sty i pra­wy hak. Już ja się za cie­bie we­zmę”. Pro­fe­sor Kle­pacz! Nie tyl­ko pod­staw bok­su Stasz­ka na­uczył, do sza­chów przy­uczał, ma­te­ma­ty­ki mu też nie od­pu­ścił. Na­uczył.

Na­de­szło lato a wraz z nim wy­tę­sk­nio­ne wa­ka­cje. Na­resz­cie! Przez naj­bliż­sze dwa mie­sią­ce Sta­szek nie bę­dzie mu­siał zry­wać się sko­ro świt i go­nić w te pędy, żeby nie spóź­nić się na po­ciąg do Mia­stecz­ka. Książ­ki, ze­szy­ty w kąt i hu­laj du­sza, pie­kła nie ma. Pew­nie że na go­spo­dar­stwie i w domu zro­bić trze­ba, co trze­ba, ale to nor­mal­ne na wsi i fur­da dla nie­go. A tak, to całe Zie­lo­ne Pole i oko­li­ca, rze­ka, za­lew na Ba­ry­czy, las, ryby, grzy­by, wszyst­ko do jego dys­po­zy­cji. Na­wet pierw­szy po­wa­ka­cyj­ny tre­ning bok­ser­ski pro­fe­sor Kle­pacz do­pie­ro pod ko­niec sierp­nia wy­zna­czył, gro­żąc swo­im pod­opiecz­nym wszel­ki­mi moż­li­wy­mi kon­se­kwen­cja­mi, je­śli o for­mę nie za­dba­ją. Cze­ka Stasz­ka jesz­cze kil­ka har­cer­skich zbió­rek, ze dwa ogni­ska nad za­le­wem albo w so­sno­wym sta­ro­drze­wie pod So­śnią, któ­ry Stasz­ko­wi taj­gę po tro­sze przy­po­mi­nał. A w to całe har­cer­stwo to jesz­cze Pe­la­sia go wro­bi­ła, do gim­na­zjal­nej dru­ży­ny za­pi­sa­ła. Bied­na Bro­nia mia­ła z tym jego har­cer­stwem do­dat­ko­wy kło­pot, bo to i har­cer­ski mun­du­rek, sznur, czap­kę trze­ba było mu ku­pić, a gro­sza za wie­le nie było. Ale go ja­koś umun­du­ro­wa­ła, wspo­mi­na­jąc przy oka­zji, jak to jej naj­star­szy brat, Wła­dek, w przed­wo­jen­nym za­lesz­czyc­kim har­cer­stwie rej wo­dził. Nie ma już Bro­ni… Pe­la­sia do Po­zna­nia na sta­łe wy­je­cha­ła, har­cer­stwo zo­sta­ło i Sta­szek w gim­na­zjum har­ce­rzo­wał da­lej. Do tego ja­kiś czort go pod­ku­sił, żeby w Zie­lo­nym Polu har­cer­ską dru­ży­ną za­ło­żyć. A niech się ta­kie Tad­ki, Jaś­ki Mi­cha­lew­skie, Gien­ki Sur­my i cała chma­ra in­nych zie­lo­no­pol­skich chło­pa­ków też w har­cer­stwo po­ba­wi.

W nie­dzie­lę u Do­li­nów szło się do ko­ścio­ła w Mię­dzy­gó­rzu. Na­wet za cza­sów Bro­ni – na zmia­nę, bo ktoś mu­siał zo­sta­wać na go­spo­dar­ce. Oj­ciec z Tad­kiem szli rano, Sta­szek wo­lał po ich po­wro­cie, na sumę. Wte­dy była lep­sza oka­zja do spo­tka­nia się z ko­le­ga­mi, a z Kryś­ką przede wszyst­kim. A jak jesz­cze uda­ło im się zmy­lić po­ko­ściel­ne to­wa­rzy­stwo i wra­cać do Zie­lo­ne­go tyl­ko we dwo­je, to już do szczę­ścia ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. Mie­li ulu­bio­ne za­ka­mar­ki nad za­le­wem albo na po­ro­słych wi­kli­ną brze­gach Ba­ry­czy. Sie­dzie­li przy­tu­le­ni, ga­pi­li się w wodę, ża­ło­wa­li, że nie mają czym pod­pły­wa­ją­cych bli­ziut­ko ka­czek po­kar­mić, wspo­mi­na­li, opo­wia­da­li, mil­cze­li, ca­ło­wa­li się za­chłan­nie i czu­le.

Za­lew na Ba­ry­czy. Je­śli Stasz­ko­wi za­raz po po­wro­cie z Sy­bi­ru coś się w Zie­lo­nym Polu szcze­gól­nie spodo­ba­ło, to wła­śnie ten po­nie­miec­ki za­lew, spię­trza­ją­cy wody Ba­ry­czy wy­so­ką, be­to­no­wą tamą. Za­lew, rze­ka, dwa kro­ki od jego domu. Jest gdzie węd­ką się po­ba­wić, ko­nie pła­wić, kro­wy na­po­ić i sa­me­mu, kie­dy czas i pora, na czy­stej głę­bi po­pły­wać. Naj­chęt­niej cie­płym wie­czo­rem. Krót­ki bieg nad za­lew, po­śpiesz­na roz­bie­ran­ka i skok z za­po­ry. Uff, co za roz­kosz, kie­dy się tak czło­wiek z tych chłod­nych, mrocz­nych głę­bin wy­nu­rzy, prych­nie wodą i całą pier­sią za­czerp­nie po­wie­trza. A po­tem pły­wa od brze­gu do brze­gu, póki sił i ocho­ty star­cza. W ta­kie cie­płe, zwłasz­cza so­bot­nio-nie­dziel­ne wie­czo­ry, nad za­le­wem tłocz­no. Młódź tłum­nie ta­pla­ła się w wo­dzie, pso­tli­wie żar­to­wa­ła, pod­ta­pia­ła pisz­czą­ce dziew­czy­ny. Sta­szek nie mógł so­bie przy­po­mnieć, żeby kie­dyś wi­dział Kryś­kę w tym gro­nie. Stasz­ka też to ra­czej nie ba­wi­ło. Przy­zwy­cza­jo­ny do wiel­kich sy­be­ryj­skich rzek, wo­lał so­bie po­pły­wać osob­no i na głę­bi.

Z zie­lo­no­pol­skich chło­pa­ków mało któ­ry do­brze pły­wał, nie mó­wiąc już o dziew­czę­tach. Cho­ciaż, cho­ciaż, prze­cież ta Niem­ka, pło­mien­nie ruda Erna, ta od frau Asche, pły­wa­ła jak ryba. Chy­ba nie go­rzej, a może na­wet le­piej od nie­go. Nie za­po­mni, kie­dy pierw­szy raz ją zo­ba­czył. Wra­ca­li wte­dy z Gien­kiem Sta­cho­wia­kiem z ko­ścio­ła w Mię­dzy­gó­rzu. Szli ścież­ką nad za­le­wem i wte­dy uj­rze­li Ernę. Nie­świa­do­ma ich obec­no­ści, sta­ła na ko­ro­nie tamy naga, na­gu­sień­ka. Stasz­ko­wi dech za­par­ło. Po­są­go­wo zgrab­na, z grzy­wą roz­pusz­czo­nych pło­mien­nie ru­dych wło­sów, okręż­ny­mi ru­cha­mi dło­ni ma­so­wa­ła pier­si. Chcie­li ją bli­żej po­dejść. Spło­szo­na, na­wet nie zer­k­nąw­szy w ich stro­nę, unio­sła ręce do góry i zgrab­ną strzał­ką śmi­gnę­ła do wody. Pa­trzy­li jesz­cze, jak szyb­kim krau­lem zmie­rza­ła ku prze­ciw­ne­mu, po­ro­słe­mu gę­stą wi­kli­ną brze­go­wi. Pew­nie tam ubiór swój zo­sta­wi­ła. Erna mia­ła coś z gło­wą, we wsi ucho­dzi­ła za po­my­lo­ną. W ze­szłym roku, kie­dy ostat­nich Niem­ców za Odrę prze­sie­dla­no, opu­ści­ła wraz z mat­ką, pa­nią Asche, Zie­lo­ne Pole. Co z nią te­raz, Sta­szek nie wie­dział. Ruda Erna czę­sto sta­wa­ła mu przed ocza­mi, naj­czę­ściej wte­dy, kie­dy się ką­pał i z tamy szy­ko­wał do sko­ku.

Któ­rejś nie­dzie­li, kie­dy tak so­bie z Kryś­ką nad za­le­wem sie­dzie­li, też mu się Erna przy­po­mnia­ła. Taka, jak ją pierw­szy raz na ta­mie zo­ba­czył, po­są­go­wo stroj­na, ma­su­ją­ca swo­je pier­si. Więc mu się po­my­śla­ło, że prze­cież on jesz­cze na­giej Kryś­ki nie wi­dział. Nie wi­dział, nie do­tknął jej pier­si. Gdy­by tak te­raz Kryś­ka sta­nę­ła na ta­mie… Chrząk­nął, bo na tę myśl w gar­dle mu za­schło. Kryś­ka za­my­ślo­na osku­by­wa­ła kwia­tek ru­mia­nu.

– No i coś tam wy­wró­ży­ła?

– …„Nie dba, nie chce, żar­tu­je”. – Od­rzu­ci­ła osku­ba­ną ło­dy­gę.

– Czar­na to ty je­steś, ale na wróż­kę byś się ra­czej nie nada­wa­ła.

– A to niby dla­cze­go?

– Chy­ba dla­te­go, że on wca­le „nie żar­tu­je”, tyl­ko… Kry­sia, wiesz co, a jak­by­śmy się tak te­raz wy­ką­pa­li? Go­rąc taki, ni­ko­go w po­bli­żu. Roz­bie­ra­my się i skok do wody!

– Wa­riat!

– Ni­ko­go nie ma. Mi­giem do na­gu­ska i hop! Ty so­bie wy­obra­żasz, co to za roz­kosz?

– Nie wy­obra­żam. I w ogó­le prze­stań się wy­głu­piać. Do na­gu­ska! Le­piej zbie­raj­my się do domu, bo tam już pew­nie wszy­scy daw­no z ko­ścio­ła wró­ci­li i z obia­dem cze­ka­ją. Ką­pie­li mu się za­chcia­ło, wa­riat je­den. Do na­gu­ska.

– No do­bra, już do­bra, idzie­my. Ale in­nym ra­zem so­bie po­pły­wa­my. Obie­cu­jesz? Ką­pie­lów­ki weź­mie­my,

– Nie obie­cu­ję.

– Kry­sia, dla­cze­go?

– A choć­by dla­te­go, że ja… nie umiem pły­wać! Ro­zu­miesz? I wody się boję. To­pi­łam się… na Sy­bi­rze. Pły­nę­li­śmy tra­twą po Pie­czo­rze do ja­kie­goś tam pa­sioł­ka. Tra­twa się roz­la­zła i za­czę­li­śmy się to­pić. Bra­cia mnie wy­ra­to­wa­li.

– Prze­pra­szam, nie wie­dzia­łem. U nas, na Bi­ru­sie, też je­den chło­pak uto­nął, pły­wać nie umiał…

Miesz­ka­li spo­ry ka­wa­łek od sie­bie, na krań­cach Zie­lo­ne­go Pola. Naj­czę­ściej uma­wia­li się „tam, gdzie za­wsze”. Był to plac mię­dzy szko­łą a go­spo­dą Wap­nia­ka, na któ­rym zwy­cza­jo­wo, zwłasz­cza w let­nie so­bot­nie i nie­dziel­ne wie­czo­ry, zbie­ra­ła się mło­dzież z ca­łej wsi. Tam też stra­ża­cy ukła­da­li pod­ło­gę i or­ga­ni­zo­wa­li po­tań­ców­ki. A z oka­zji ja­kie­goś więk­sze­go świę­ta, na Zie­lo­ne Świąt­ki czy Ziel­ną, całe fe­sty­ny. Fe­sty­ny za­czy­na­ły się od wcze­sne­go po­po­łu­dnia i trwa­ły do póź­nej nocy. A na fe­sty­nie, jak na od­pu­ście. Na te oka­zje całe Zie­lo­ne Pole, od ma­łe­go do sta­re­go, na plac przed go­spo­dą się scho­dzi­ło. Upły­wa­ją­cy po­wo­jen­ny czas swo­je ro­bił i tu­tej­sza ludz­ka zbie­ra­ni­na co­raz bar­dziej się zży­wa­ła i do­pa­so­wy­wa­ła. A w Zie­lo­nym zbie­ra­ni­na była nie­praw­do­po­dob­na. Po­dob­nie zresz­tą jak wszę­dzie na Zie­miach Od­zy­ska­nych. Od Opo­la, Wro­cła­wia po Szcze­cin, zbie­ra­ni­na wil­niu­ków, Wo­ły­nia­ków, Po­do­la­ków, lwo­wia­ków, war­sza­wia­ków, na po­znań­skich „py­rach” i opol­skich Ślą­za­kach koń­cząc.

Fe­styn! Oj­ciec też się cza­sa­mi na fe­sty­nach po­ja­wiał. Za­czy­nał go i koń­czył na po­sia­dach ze swo­imi sy­bi­ra­ka­mi i fron­tow­ca­mi. Sta­szek nie za­uwa­żył, żeby choć raz dał się po­rwać ja­kiejś zna­jom­ce do tań­ca. Wy­ma­wiał się ża­ło­bą po Bro­ni, choć ża­łob­nej opa­ski na rę­ka­wie nie no­sił. Ale że nie­któ­re ko­bie­ty do ojca się przy­ma­wia­ły, to Sta­szek na wła­sne oczy wi­dział. Choć­by taka Ho­nor­ka czy są­siad­ka Trą­bo­wa na­wet. Tym Sta­szek się nie dzi­wił, też wdo­wy, a do tego jesz­cze nie­sta­re. Ale taka Wan­da zza to­rów? A wła­ści­wie pani Wan­da, któ­ra nie wia­do­mo skąd w Zie­lo­nym Polu się zja­wi­ła, sta­rą pan­ną czy roz­wód­ką była. No­si­ła się z miej­ska i pra­co­wa­ła na po­czcie w Mię­dzy­gó­rzu. Ta wy­raź­nie so­bie ojca upodo­ba­ła. Przy­sia­da­ła się do sto­li­ka, za­ga­dy­wa­ła i gło­śno się śmia­ła. Na­wet nie­brzyd­ka ta pani Wan­da była. Taka bar­dziej przy ko­ści blon­dy­na, za­wsze w zie­lo­nym be­re­cie, upu­dro­wa­na, z gru­by­mi, na ja­skra­wo czer­wo­no ma­lo­wa­ny­mi war­ga­mi. Nie lu­bił ta­kich ma­lo­wa­nych, a do tego śmiech mia­ła gło­śny i skrze­kli­wy. Stasz­ko­wi się nie po­do­ba­ła. A ojcu? Skąd Sta­szek mógł to wie­dzieć? Oj­ciec uśmie­chał się, nic nie mó­wił i są­czył piwo.

„Oj­ciec się żeni!”. Od cza­su, kie­dy Jan Do­li­na za­miar że­niacz­ki sy­nom ogło­sił, Sta­szek za­czął się ojcu nie­co bacz­niej przy­glą­dać i chy­ba nie­co in­a­czej o nim my­śleć. Pew­ne rze­czy so­bie przy­po­mniał i do­pie­ro te­raz wła­ści­wie je ko­ja­rzył. Tro­chę głu­pio mu na­wet było, ale za­czął pa­trzeć nie jak na ojca, tyl­ko jak na męż­czy­znę. Uświa­do­mił so­bie na­gle, że prze­cież oj­ciec wca­le nie jest taki sta­ry. A sko­ro tak, to jak mu tak, bez ko­bie­ty? Na­wet nie oże­nek Sta­szek miał na my­śli, ale w ogó­le. Sta­szek dziec­kiem już nie był, już na­wet na Sy­bi­rze co nie­co o ko­bie­tach wie­dział. Choć­by ta Aniu­ta z Ko­zac­kiej Po­la­ny, któ­ra mu pierw­szy raz w ży­ciu smak ko­bie­cej roz­ko­szy po­pró­bo­wać dała. Albo ta, woj­ną wy­posz­czo­na, za­chłan­na na chło­pów Niur­ka. Oby­dwie do dziś go we wspo­mnie­niach tam­ty­mi mi­ło­sny­mi fi­gla­mi prze­śla­du­ją i pod­nie­ca­ją. A już tu­taj, choć­by w Mia­stecz­ku, ile się na­mę­czył z tą ca­łu­śni­cą Pe­la­sią? Roz­pa­la­ła go piesz­czo­ta­mi do go­rącz­ki, a po­tem ani kro­ku da­lej. A Kryś­ka? A z Kryś­ką do tej pory też poza po­ca­łun­ka­mi nic. Zresz­tą Kryś­ka nie tyl­ko uro­dą, ale cha­rak­te­rem i tem­pe­ra­men­tem wy­raź­nie od Pe­la­si się róż­ni­ła. Wy­raź­nie po­waż­niej­sza, z po­cząt­ku nie­do­ty­kal­ska na­wet. Stasz­ka wciąż nie­co onie­śmie­la­ła. Ni­cze­go nie da­wa­ła so­bie wmó­wić, na­rzu­cić, a jak cze­goś chcia­ła, sama prze­ja­wia­ła ini­cja­ty­wę. Dłu­go mu­siał za­bie­gać, nim pierw­szy raz się po­ca­ło­wa­li. Do dziś zresz­tą, po­dob­nie jak z Pe­la­sią, od po­ca­łun­ków i przy­tu­la­nek do ni­cze­go wię­cej. Na­wet na­giej pier­si do­tknąć mu jesz­cze nie po­zwo­li­ła, wali po ła­pach, ob­ra­ża się i prze­pra­szać ją musi.

„Oj­ciec się żeni”. No do­bra, ale z kim? Sta­szek nie przy­po­mi­nał so­bie ni­cze­go ta­kie­go, co by wska­zy­wa­ło, że po śmier­ci Bro­ni oj­ciec któ­rąś z tu­tej­szych ko­biet ja­koś wy­róż­niał, a tym bar­dziej, żeby wśród nich kan­dy­dat­ki na żonę wy­pa­try­wał. No to, z kim? Tak gdzieś pod ko­niec żniw przy­szedł ko­lej­ny list od bab­ki Bar­skiej. „Prze­czy­taj, Sta­siu, bo mi się gdzieś oku­la­ry za­po­dzia­ły”. Z li­stu wy­ni­ka­ło, że wszy­scy u nich zdro­wi, „Ja­si­czek” też, choć nie­daw­no prze­cho­dził wszel­kie moż­li­we dzie­cię­ce cho­ro­by. „To z nim do dok­to­ra i na dok­to­ra parę razy trze­ba było, ale ja­koś, dzię­ki Bogu, so­bie ra­dzi­my. Stef­cia pra­cu­je i na nas za­ra­bia, bo Hel­cia się uczy, a ja w domu cały czas przy tej Bro­ni­nej sie­rot­ce”. I sa­kra­men­tal­ne: „Zo­stań­cie z Bo­giem”. Oj­ciec wy­cią­gnął rękę po list, coś tam chwi­lę nad nim po­me­dy­to­wał, nim odło­żył go na ko­mo­dę. „Nie za bo­ga­to tam u nich, wi­dać. Jak tyl­ko żni­wa skoń­czy­my, mu­szę do nich pod­je­chać, zo­ba­czyć. Do­brze, że te­raz wa­ka­cje, to na go­spo­dar­stwie parę dni sam po­bę­dziesz. Dasz so­bie radę?

– Z Tad­kiem so­bie po­ra­dzi­my, tyl­ko z do­je­niem naj­go­rzej.

– Ho­nor­kę albo le­piej Trą­bo­wą po są­siedz­ku po­pro­szę, to kro­wy wy­do­ją. Nie ma rady, trze­ba tam po­je­chać. Ma­łe­go od­wie­dzę, no i w ogó­le się zo­rien­tu­ję”.

Jak oj­ciec po­wie­dział, tak zro­bił. Miał u Bar­skich być krót­ko, le­d­wie dzień, góra dwa, a tu już ty­dzień mija, a ojca nie ma. Sta­ło się coś? Ale wró­cił. Po­nu­ry ja­kiś, nie­roz­mow­ny. Z chło­pa­ka­mi le­d­wo się przy­wi­tał i z mar­szu za­brał się do ro­bo­ty. Do­pie­ro wie­czo­rem, przy ko­la­cji, jak­by nie­co od­ta­jał.

– Wi­dzę, że­ście tu so­bie beze mnie ra­dzi­li. Trą­bo­wej za to do­je­nie trze­ba się bę­dzie ja­koś od­wdzię­czyć. Chy­ba koń­mi jej w polu od­ro­bi­my. A ze­szło mi tam tro­chę dłu­żej, bo róż­ne ta­kie tam spra­wy chcia­łem za jed­nym za­ma­chem po­za­ła­twiać. Co da­lej z Ma­łym, to zna­czy z Jan­kiem, też trze­ba było coś po­sta­no­wić, czy ma tam jesz­cze u nich być, czy może mam za­brać go ze sobą do nas, do domu. Ma­lut­ki jesz­cze jest, le­d­wo sia­da. Jak go od nich wziąć, sami so­bie z nim jesz­cze nie po­ra­dzi­my. My­śla­łem, że może któ­rąś z Bar­skich na­mó­wię, żeby z Ma­łym tu do nas na ja­kiś czas przy­je­cha­ła i po­by­ła, nim dzie­ciak się nie od­cho­wa. Przy oka­zji nam by tro­chę po­mo­gła, bab­skim okiem na dom i go­spo­dar­kę rzu­ci­ła. Naj­le­piej któ­raś z dziew­czyn by się do nie­go nada­wa­ła, bo bab­ka Bar­ska sama już scho­ro­wa­na. Stef­ka mo­gła­by być, bo to i krzep­ka, i go­spo­dy­ni, jak się pa­trzy. Ale aku­rat ona do sta­łej ro­bo­ty tam się na­ję­ła, nie może. No to Hel­kę na­ma­wia­łem. Ale mło­de toto jesz­cze, nie­do­wa­rzo­ne ja­kieś. Choć tak z wy­glą­du, ko­bie­ta z niej, nie po­wiem. Da­ła­by so­bie u nas radę, a do tego wi­dzia­łem, że Mały ją lubi i ona so­bie z nim ra­dzi. Tak, Hela by się do nas nada­wa­ła. Na­wet bab­ka Bar­ska ją na­ma­wia­ła, żeby się zgo­dzi­ła. Ale ta wciąż nie mo­gła się zde­cy­do­wać i przez te parę dni mnie zwo­dzi­ła, raz niby tak, dru­gi raz siak. W koń­cu zde­cy­do­wa­ła, że do nas nie po­je­dzie, bo musi obo­wiąz­ko­wo w tym roku na­ukę w ja­kiejś tam szko­le do­koń­czyć. Trud­no, jak nie, to nie. Nie było in­ne­go wyj­ścia i Mały mu­siał tam jesz­cze na ja­kiś czas u nich zo­stać. O tak to, chło­pa­ki, te na­sze spra­wy na dziś się mają.

Koń­czył się wrze­sień. Wa­ka­cje już daw­no mi­nę­ły i zno­wu za­czę­ło się dla Stasz­ka ra­niut­kie zry­wa­nie się na po­ciąg, co­dzien­ny do­jazd do Mia­stecz­ka, po­po­łu­dnio­wy, a czę­sto do­pie­ro wie­czor­ny po­wrót do domu. Tu­taj – chap­nąć cze­goś z wy­sty­głe­go obia­du na ząb i do ro­bo­ty, ojcu po­ma­gać. Nie­chby się wresz­cie tak oj­ciec oże­nił, może wte­dy i Stasz­ko­wi nie­co lżej by było. A wie­czo­rem jesz­cze lek­cje na ju­tro od­ro­bić. I tak w koło Ma­cie­ju, dzień w dzień. Nie ma wol­nej chwi­li, żeby z Kryś­ką się spo­tkać, do któ­rej co­raz bar­dziej go cią­gnę­ło. Jak do­brze w wa­ka­cje im było! Mie­li sie­bie na wy­cią­gnię­cie ręki. Na­wet je­śli w cią­gu dnia im się nie uda­ło, to wszyst­kie wa­ka­cyj­ne wie­czo­ry były ich, nie mó­wiąc o nie­dzie­li. Te­raz było trud­niej. Oby­dwo­je w roz­jaz­dach po na­ukę, on do Mia­stecz­ka, ona do Ostro­wa, ale tym ra­do­śniej­sze i czul­sze były ich spo­tka­nia. Ta­dek cho­dził do szko­ły w Zie­lo­nym Polu, po lek­cjach pasł kro­wy i ga­niał z chło­pa­ka­mi za pił­ką. Oj­ciec go­spo­da­rzył. Rzad­ko wy­cho­dził z domu, chy­ba że na ja­kieś wiej­skie ze­bra­nie albo w nie­dziel­ne po­po­łu­dnie spo­tkać się u Wap­nia­ka, po­po­li­ty­ko­wać ze swo­imi fron­to­wy­mi ko­le­ga­mi. By­wa­ło, że przy lam­pie prze­glą­dał ja­kąś ga­ze­tę albo ja­kieś urzę­do­we pa­pie­ry. Li­sty od Bar­skich prze­sta­ły przy­cho­dzić, po­gnie­wa­ły się na ojca czy co? Cza­sa­mi od­zy­wa­ła się do ojca jego sio­stra Zo­sia, z Ka­li­no­wej.

Po jed­nym z ta­kich li­stów od cio­ci Zosi, któ­re­go tre­ści Sta­szek nie znał, oj­ciec nad­spo­dzie­wa­nie ener­gicz­nie za­czął się zbie­rać do wy­jaz­du, tym ra­zem w ro­dzin­ne stro­ny Do­li­nów, do Ka­li­no­wej, pod Rze­szo­wem. „Mu­szę je­chać. Daw­nień­ko tam nie by­łem, a tu Zo­sia mi pi­sze, że oj­ciec, a wasz dzia­dek Do­li­na, sła­bu­je i do­py­tu­je się o mnie. Bra­ci, Józ­ka z Kost­kiem, od­wie­dzę, a przy oka­zji do Ka­pli­tów wpad­nę. Parę dni mi tam zej­dzie, bę­dziesz znów mu­siał w domu zo­stać. W gim­na­zjum ja­koś cię uspra­wie­dli­wię”.

– Do­brze tato, zo­sta­nę. Tyl­ko ja aku­rat w tą so­bo­tą mam boks w Ostro­wie. A pro­fe­sor Kle­pacz, no wiesz, ten z Wil­na, co mnie za­wsze uspra­wie­dli­wia, po­wie­dział, że mu­szę tam być obo­wiąz­ko­wo.

– Boks, boks! Jesz­cze tyl­ko bok­su ci bra­ku­je. Pew­nie zno­wu wró­cisz z pod­bi­tym okiem, jak ten ba­ciar z Ty­czy­na, co go na za­ba­wie w Ka­li­no­wej spra­li. Jak to wy­glą­da, żeby Do­li­na dał się tak po py­sku obi­jać. Nie wstyd ci? No do­brze, nie martw się, zdą­żysz na ten swój boks. Je­śli po­ja­dę, to do­pie­ro pod ko­niec przy­szłe­go ty­go­dnia. Na targ do Sy­co­wa jesz­cze mu­si­my, bycz­ka trze­ba sprze­dać. Po­tem do­pie­ro do Ka­li­no­wej.

Co tu było wię­cej do ga­da­nia, tyle że Stasz­ko­wi z tym bok­sem ulży­ło, pro­fe­so­ra Kle­pa­cza nie za­wie­dzie. Oj­ciec z Tad­kiem na targ do Sy­co­wa bycz­ka po­go­ni­li i sprze­da­li. Chy­ba ko­rzyst­nie na­wet, bo oj­ciec Tad­ko­wi trze­wi­ki na zimę ku­pił, a so­bie, cze­mu Sta­szek nie­co się zdzi­wił, ele­ganc­ki ka­pe­lusz! Stasz­ko­wi dał parę zło­tych „Pew­nie ci się tam, w tym Mia­stecz­ku, przy­da­dzą. Kurt­kę na zimę był­bym ci w Sy­co­wie ku­pił, ale to trze­ba na mia­rę, bo ro­śniesz z dnia na dzień, jak­by cię pod­le­wa­li”. Był chy­ba za­do­wo­lo­ny, bo Sta­szek z tego bok­su wró­cił zwy­cię­ski, po­chwa­lo­ny przez pro­fe­so­ra Kle­pa­cza, a naj­waż­niej­sze – bez pod­bi­te­go oka. „No to te­raz, jak­by co, to pew­nie ci ten pan pro­fe­sor te parę dni, kie­dy wy­ja­dę, uspra­wie­dli­wi”. Na po­dróż, jak rzad­ko, oj­ciec się wy­ele­gan­to­wał: ofi­cer­ki na błysk, gra­na­to­wa kurt­ka i nowy ka­pe­lusz na gło­wie. „Tro­fiej­na” skór­ko­wa wa­li­zecz­ka w ręku. „No to, chło­pa­ki, go­spo­da­ruj­cie, za parę dni wra­cam”.

Ład­ne mi „parę dni”. Zno­wu ty­dzień już mi­nął, a o ojcu ani sły­chu, ani dy­chu. Dłu­żej go nie ma niż wte­dy, kie­dy do Bar­skich po­je­chał. Z każ­dym dniem Sta­szek nie­cier­pli­wił się co­raz bar­dziej, nie wie­dział, co ro­bić. Fur­da dom i go­spo­dar­stwo, z tym, ra­zem z Tad­kiem i pa­nią Trą­bo­wą, ja­koś so­bie ra­dził. Go­rzej było ze Stasz­ko­wą prze­dłu­ża­ją­cą się gim­na­zjal­ną ab­sen­cją. Jak się tam po tylu dniach nie­obec­no­ści po­ka­że, jak uspra­wie­dli­wi? Te­le­fo­nu do Ka­li­no­wej nie ma. O li­ście na­wet nie ma co my­śleć, bo kie­dy doj­dzie… Te­le­gram! Ju­tro wy­śle do cio­ci Zosi te­le­gram. Ale nie mu­siał. Na­za­jutrz chro­ma­wy Woj­tu­lak, li­sto­nosz z Mię­dzy­gó­rza, Stasz­ko­wi te­le­gram od ojca przy­niósł. Krót­ki, jak to te­le­gram. Oj­ciec wra­ca w so­bo­tę wie­czor­nym po­cią­giem z Wro­cła­wia i Sta­szek ma po nie­go wy­je­chać na sta­cję w Mię­dzy­gó­rzu „fur­man­ką”. W so­bo­tę, wia­do­mo. Wie­czor­ny po­ciąg z Wro­cła­wia, też wia­do­mo któ­ry, bo tyl­ko je­den o tej po­rze w Mię­dzy­gó­rzu się za­trzy­mu­je. Ale wy­je­chać fur­man­ką? Co też ten oj­ciec z tego Rze­szo­wa ta­kie­go przy­wie­zie, że aż fur­man­ki po­trze­bu­je? Waż­ne, że wra­ca.

W so­bo­tę wie­czo­rem, upo­raw­szy się z Tad­kiem, bo ten też, za­miast domu pil­no­wać, chciał z nim po ojca je­chać, Sta­szek cmok­nął na Gnia­de­go i wio do Mię­dzy­gó­rza. Pod­je­chał, jak mógł naj­bli­żej, do wyj­ścia z pe­ro­nów i cze­kał. Ściem­nia­ło się, chłod­na­wo się ro­bi­ło, a do tego jesz­cze gę­sta mgła. Przy­dwor­co­wa ga­zo­wa la­tar­nia smęt­nie po­bły­ski­wa­ła w mro­ku. Na szczę­ście, nie cze­kał dłu­go. Wro­cław­ski przy­szedł o cza­sie, już z da­le­ka za­po­wia­da­jąc się dłu­gim po­gwiz­dy­wa­niem. Z dwor­ca za­czę­li wy­cho­dzić pierw­si pa­sa­że­ro­wie. Nie­wie­lu ich było, ale ciem­ność i gę­sta mgła z tru­dem po­zwa­la­ły ich róż­ni­co­wać. Sta­szek wy­pa­try­wał ojca. Jest! Zbli­żał się do fur­man­ki, dźwi­ga­jąc ja­kiś duży to­bo­łek w jed­nej, a wiel­ką wa­liz­kę w dru­giej ręce. Sta­szek ze­sko­czył z wozu, żeby mu po­móc. Oj­ciec po­sta­wił ba­ga­że, klep­nął Stasz­ka w ra­mię.

– Je­steś, synu! To do­brze. Mar­twi­łem się, czy te­le­gram do­szedł. A Ta­dziu, pew­nie w domu?

– Go­spo­dar­stwa pil­nu­je.

To mó­wiąc, Sta­szek po­chy­lił się, zła­pał za wa­liz­kę, żeby ją na wóz wła­do­wać.

– Po­cze­kaj chwi­lę, cięż­ka, ra­zem to zro­bi­my. A te­raz…

Sta­szek się wy­pro­sto­wał, spoj­rzał na ojca i do­pie­ro wte­dy za­uwa­żył sto­ją­cą tuż obok nie­go… ko­bie­tę! Śred­nie­go wzro­stu była, w płasz­czu, w be­re­cie na gło­wie i z ojca „tro­fiej­ną” wa­li­zecz­ką w ręku. Są­dząc po wszyst­kim, nie­sta­ra ra­czej, choć w tej mgła­wej wie­czor­nej po­świa­cie pra­wie nie wi­dział jej twa­rzy. Le­d­wie zdzi­wio­ny zdą­żył okiem na nią rzu­cić, jak znów ode­zwał się oj­ciec. Mó­wił do tej ko­bie­ty, po­ka­zu­jąc na Stasz­ka.

– Po­znaj­cie się… To wła­śnie jest ten mój star­szy, Sta­szek. Ta­dziu, ten młod­szy, w domu cze­ka. A to, a ta pani, Sta­siu, co ze mną przy­je­cha­ła, to jest wła­śnie… moja żona. No i wa­sza, jak­by to po­wie­dzieć, wa­sza nowa… mama.

Kom­plet­nie za­sko­czo­ny, oszo­ło­mio­ny Sta­szek, nie cze­ka­jąc, co tam jesz­cze oj­ciec wy­du­ka, za­dzia­łał jak au­to­mat, po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ko­bie­tę w rękę, i to w tę, w któ­rej wa­liz­kę trzy­ma­ła. Ona, naj­pew­niej nie mniej od Stasz­ka tak wy­lew­nym po­wi­ta­niem za­sko­czo­na, wy­pu­ści­ła wa­li­zecz­kę, szarp­nę­ła rękę. „Nie trze­ba mnie tak, nie trze­ba.” i cof­nąw­szy się, omal się nie prze­wró­ci­ła na wa­la­ją­cym się pod no­ga­mi ba­ga­żu.

2

Tak oto u boku Jana Do­li­ny z Zie­lo­ne­go Pola po­ja­wi­ła się ko­lej­na, nie­przy­chyl­nym zrzą­dze­niem losu, trze­cia już żona, a dla jego trzech sy­nów nowa ma­co­cha. Do tego była to ko­bie­ta z da­le­ka, ni­ko­mu w tu­tej­szych stro­nach nie­zna­na. Na­wet naj­star­szy syn Do­li­ny, Sta­szek, się nie spo­dzie­wał, że oj­ciec z od­wie­dzin w ro­dzin­nej Ka­li­no­wej żonę so­bie przy­wie­zie. Nic tedy dziw­ne­go, że kie­dy na sta­cji w Mię­dzy­gó­rzu oj­ciec mu o tym po­wie­dział i ko­bie­tę, któ­ra z nim przy­je­cha­ła, jako swo­ją żonę przed­sta­wił, Sta­szek ję­zy­ka w gę­bie za­po­mniał.

Po