Mity Słowian. Bogowie, wierzenia, obrzędy - Aleksandra Seliga - ebook
NOWOŚĆ

Mity Słowian. Bogowie, wierzenia, obrzędy ebook

Aleksandra Seliga

0,0

29 osób interesuje się tą książką

Opis

Czego bali się Słowianie? W co wierzyli? Jak wyglądał świat ich bogów, demonów i niezwykłych istot?

Religia naszych przodków przez stulecia pozostawała zagadką. Nie pozostawili po sobie świętych ksiąg ani zbioru spisanych mitów. Ślady ich wierzeń przetrwały jednak w kronikach, opowieściach ludowych, obrzędach i zwyczajach. Czy na ich podstawie można odtworzyć świat Peruna, Welesa, Jarowita i innych słowiańskich bóstw? Co naprawdę wiemy o wierzeniach naszych przodków, a co jest późniejszym wyobrażeniem lub współczesnym mitem?

Aleksandra Seliga – doktor nauk humanistycznych i nauczycielka akademicka – prowadzi czytelnika przez fascynujący, a zarazem niełatwy do odtworzenia świat słowiańskich wierzeń. Opisuje bogów i demony, dawne obrzędy, święta i wyobrażenia o świecie, wyraźnie oddzielając to, co potwierdzają źródła, od późniejszych domysłów.

Mity Słowian to przystępne wprowadzenie do świata duchowego naszych przodków – dla młodszych i starszych czytelników, którzy chcą odkryć, co naprawdę wiemy o wierzeniach dawnych Słowian.

 

Aleksandra Seliga – pisarka, dziennikarka, literaturoznawczyni. Autorka powieści fantastyczno-historycznych, artykułów popularnonaukowych oraz monografii naukowych, promotorka kultury słowiańskiej, badaczka literatury XIX wieku. Laureatka Nagrody Specjalnej w konkursie „Fantastycznie Utalentowani” przyznanej za „fantastycznie słowiańską fantastykę” (za powieść Gołoborze) oraz plebiscytu SLAVNI za najlepszy słowiański audiobook. Promuje kulturę słowiańską i wiedzę na temat słowiańszczyzny w mediach społecznościowych: www.aleksandraseliga.pl, https://www.instagram.com/a.seliga_pisarka/, https://www.facebook.com/a.e.seliga, https://www.tiktok.com/@a.e.seliga.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 373

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis Treści

Od autorki

Rozdział 1. Ja, Słowianin… czyli kto?

Kim są Słowianie?

Skąd przybyli Słowianie?

Jak się dzielą Słowianie?

Miejsce Polaków wśród wspólnoty słowiańskiej

Rozdział 2. Historia badań nad wierzeniami naszych przodków

Początki. O słowiańskich bogach w kronikach i kazaniach

Dalsze badania nad mitologią Słowian i próby poszukiwania sarmackiego rodowodu

Wiek XIX: słowiański szał, czas pseudobogów i falsyfikatów

Wiek XX: próba systematyzacji dotychczasowych ustaleń, najważniejsze monografie

Wiek XXI: najnowsze badania nad mitologią Słowian

Rozdział 3. Bogowie i boginie Słowian

Perun

Świętowit

Weles

Swaróg i Swarożyc

Jarowit/Jaryło

Strzybóg

Chors

Simargł / Sem i Rgieł

Mokosz

Rodzanice oraz Rod

Dola

Marzanna (i Dziewanna)

Nyja

Pseudobogowie, wątpliwości, mistyfikacje

Rozdział 4. Mity Słowian. Drzewo Świata i Koło Roku – dwa modele postrzegania świata

Jak nasi przodkowie porządkowali rzeczywistość?

Drzewo Świata. Słowiański kosmiczny model rzeczywistości

Koło Roku – krótki przewodnik po świętach Słowian

Rozdział 5. Demony i przeklęte dusze, czyli zagrożenia według mitologii Słowian

Demony powietrzne

Demony leśne

Demony wodne

Demony związane z egzystencją człowieka

Rozdział 6.Wielkie narracje, zrekonstruowane mity

Mit o wyłowieniu świata

Mit o Kosmicznym Jaju

Stworzenie człowieka

Kosmiczny pojedynek Gromowładnego ze Żmijem

Mit o porach roku i Matce Ziemi, tłumaczący wegetację roślin

Mit o wiosennym powrocie Jaryły

Mit o boskich bliźniętach

Baba Jaga – bogini czy postać demoniczna?

Zakończenie

Bibliografia

Od autorki

Kiedy otrzymałam propozycję napisania książki o bogach, boginiach i mitach Słowian, poczułam plątaninę trudnych do opisania i oddzielenia od siebie uczuć.

Z jednej strony – ogromną ekscytację i towarzyszący mi praktycznie przez cały czas zapał do działania, który popychał mnie ku kolejnym źródłom, odkryciom, refleksjom. Długie godziny spędzane w bibliotekach owocowały lekturą dziesiątków, jeśli nie setek opracowań dotyczących wierzeń naszych przodków – począwszy od antycznych interpretacji (interpretatio antiqua) zawartych w średniowiecznych kronikach, przez XIX-wieczne rewelacje i fantasmagoryczne teorie o pseudobogach czy Wielkiej Lechii, aż po najnowsze opracowania w tym zakresie (religioznawcze, językoznawcze, komparatystyczne, etnograficzne). Z całego tego chaosu i polifonii rozmaitych teorii na temat Słowian, ich wierzeń, bogów oraz przypisanych owym bogom funkcji może wyłonić się twór przerażający, przyprawiający o zawroty głowy czy migrenę i mający już nie cztery, a bodaj czterdzieści i cztery oblicza. Innymi słowy – zrozumiałam, że każdy, kto pragnie zgłębić nieco informacji dotyczących wierzeń Słowian, w pewnym momencie zetknie się ze sztandarowym: „nie wiemy”, „nie jesteśmy pewni”, „zdania są podzielone”.

Mojej ekscytacji towarzyszył jednak również lęk – czy będę w stanie przedstawić obiektywnie i rzeczowo wszystkie te teorie? Czy po lekturze mojej książki czytelnicy poczują, że odrobinę zbliżyli się do poznania zagadnienia, jakie ich nurtowało, czy może będą mieli jeszcze większy mętlik w głowie? Przecież życie duchowe dawnych Słowian to religioznawcza puszka Pandory! (Chociaż może to odwołanie, wszak greckie, nie wszystkim przypadnie do gustu).

Z drugiej strony, zajmując się od lat – jako pracownik uniwersytetu – „niesamowitą Słowiańszczyzną” (tytuł słynnego zbioru esejów Marii Janion) i badając ją w swoich licznych monografiach i artykułach naukowych, głównie od strony literackiej, obserwowałam toczącą się wokół mnie debatę o konieczności wprowadzenia mitologii słowiańskiej do szkół. Uczestniczyłam w rozmowach eksperckich, udzielałam wywiadów dla radia i czasopism, dyskutowałam z nauczycielami i dyrekcją, z rodzicami uczniów, ze studentami albo po prostu rozmawiałam o tym z moimi „znajomymi od słowiańskości”. Wszyscy byli zgodni co do jednego – słowiańska mitologia powinna znaleźć się w szkołach, powinna być przybliżana kolejnym pokoleniom uczniów. Z wielu powodów, które poruszę jeszcze w tej książce. Zgodność rozmówców kończyła się jednak w momencie, gdy należało odpowiedzieć sobie na pytanie: JAK? Jak to zrobić? Jak zaznajomić młodych ludzi z wierzeniami Słowian, w jakiej formie je zaprezentować i przy jakiej okazji, skoro podstawa programowa jest już dopakowana rozmaitymi treściami, z których nie można przecież zrezygnować? Nie chodzi wszak o to, by zastąpić dotychczasowe lekcje z mitologii greckiej czy Biblii samą „słowiańskością” – na podobne pomysły wpadali już XIX-wieczni romantycy – ale o to, by pokazać uczniom różne źródła naszej kultury, od antyku, poprzez właśnie rodzime wierzenia, aż po współczesne uniwersa superbohaterskie. By rozumieli choćby użyte przeze mnie wcześniej sformułowanie „puszka Pandory”, ale też bożonarodzeniową formułę życzeniowo-magiczną: „Szczodrych Godów!”.

Tak narodził się pomysł tej książki. Może ona być kompendium dla pedagogów, którzy dostrzegają potrzebę wprowadzenia słowiańskiej mitologii do szkół. Może stanowić również uzupełniającą lekturę dla starszej młodzieży, która potrzebuje w jasny i przejrzysty sposób poznać podstawy wierzeń naszych przodków, by odróżniać internetowe fantazje czy wręcz przekłamania od sprawdzonych źródeł. Może wreszcie powinna stać się lekturą dla każdego, kogo mitologia słowiańska po prostu ciekawi i kto chce zdobyć lub uporządkować własną wiedzę w tym zakresie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie udało mi się poruszyć w książce wszystkich zagadnień i – niekiedy bardzo złożonych – aspektów życia duchowego Słowian. Z racji mojego wykształcenia – humanistycznego – z rzadka sięgałam do źródeł archeologicznych, a nieporównywalnie częściej do antropologicznych, językoznawczych czy historycznych. Wiele aspektów zdołałam jedynie zasygnalizować, bez zagłębiania się w detale, które obecnie dyskutowane są w dziesiątkach artykułów i monografii. Postanowiłam wyższy poziom szczegółowości pozostawić piśmiennictwu akademickiemu, by tę książkę czytało się po prostu ciekawie i przyjemnie – zarówno pedagogom, jak i młodym ludziom oraz osobom początkującym w temacie. Nie jest ona wszakże opracowaniem naukowym, a pozycją popularyzatorską, po jaką chciałabym, by sięgali ci, którzy na jakimś etapie swojego życia zadali sobie pytanie: w co wierzyli Słowianie?

Rumak Świętowita, Marek Hapon

Rozdział 1

Ja, Słowianin… czyli kto?

Od kilku lat w social mediach, artykułach prasowych, podcastach i śniadaniowych programach telewizyjnych coraz częściej mówi się o naszym słowiańskim dziedzictwie. Wśród młodych ludzi funkcjonują trendy, humorystyczne wyrażenia i związki frazeologiczne, jak „słowiański przykuc”, slavic stare („słowiańskie spojrzenie”), slavic girl aesthetic, slavic girl trend („styl słowiańskiej dziewczyny”). Z roku na rok pojawia się coraz więcej festiwali poświęconych z jednej strony mitologii słowiańskiej oraz historii dawnych Słowian sprzed powstania Polski, z drugiej – folklorowi, kulturze ludowej, tradycjom i obyczajom danego regionu. Słowiańskość popularyzuje się bowiem na rozmaite sposoby, nie tylko poprzez fascynację mitologią naszych przodków sprzed chrystianizacji, lecz także folklorem, tradycjami regionalnymi. Rynek wydawniczy od ponad dekady zalewany jest dziesiątkami slavic booków, których twórcy osadzają swe narracje zarówno w czasach przedchrześcijańskich, jak i piszą o słowiańskości w XXI wieku. Zespoły muzyczne wyśpiewują hymny do Peruna i Mokoszy w niemal wszystkich możliwych gatunkach, od metalu, przez folk, aż do hip-hopu. Znane i wcale nie niszowe marki modowe tworzą kwieciste, tkane chusty, sukienki i spódnice inspirowane wzorami łowickimi, góralskimi, kaszubskimi. Nie bez przesady można powiedzieć, że polski naród, bez względu na wiek i płeć, zakochał się we własnej słowiańskości – afirmuje ją, odkrywa, zgłębia, bawi się nią i transformuje na rozmaite, niekiedy zaskakujące sposoby.

Moda na słowiańskość stała się dzisiaj czymś więcej niż tylko rozrywką – zyskała moc, by budować i redefiniować naszą tożsamość, na powrót odnaleźć coś, co XIX-wieczni filozofowie nazywali „duchem narodu”. Wydaje się, że w czasach, gdy cały świat się uniformizuje, a z pokolenia na pokolenie dawne zwyczaje zaczynają odchodzić w zapomnienie, zachowanie owej tożsamości, owego „ducha”, jest niezwykle ważne.

Zjawisko, które odbywa się na naszych oczach – zresztą nie tylko w Polsce, lecz także innych krajach słowiańskich – badacze nazywają „wielkim zwrotem folklorystycznym” czy „zwrotem ludowym” naszych czasów. Na lekcjach w szkole wprowadza się termin „chłopomania”, oznaczający pewien trend w epoce Młodej Polski – użycie tego terminu w obecnym kontekście byłoby wysoce adekwatne. W nauce ów zwrot polega nie tylko na zainteresowaniu estetyką (jak robi to popkultura), lecz także na zgłębianiu narracji włościańskich, na opowiadaniu na nowo dziejów naszego kraju, ale z perspektywy warstw niższych i pokrzywdzonych – chłopów, chłopek, mniejszości, najuboższych stanów. Dotyczy to wreszcie rozmów, które podejmuje dyskurs publiczny w sprawie religii naszych słowiańskich przodków przed nadejściem chrześcijaństwa. Nasze, można by rzec, ogólnonarodowe zainteresowanie dawną mitologią sprawia, że archeolodzy, religioznawcy, historycy i etnografowie starają się badać oraz rekonstruować mity i rytuały Słowian, a z kolei odbiorcy i użytkownicy kultury pragną dowiedzieć się czegoś na ten temat z książek, dokumentów, opracowań popularnonaukowych. Współcześni młodzi rodzice chcą, by ich dzieci uczyły się mitologii słowiańskiej w szkole. By poznawały opowieści naszych przodków, którzy żyli na tych ziemiach i budowali ich historię przed nami, a nie dalekich i obcych Greków czy Rzymian. Dotarliśmy do momentu, w którym zbiorowo mówimy z dumą, bez wstydu i poczucia zażenowania: jesteśmy Słowianami. I chcemy na powrót afirmować nasze święte opowieści.

Zanim jednak wybierzemy się w podróż do przeszłości, gdzie być może mgła pradziejów nieco się przed nami rozstąpi i ukaże bodaj część prawdy, pozwólcie, że przez chwilę porozmawiamy o tym, co to właściwie znaczy, że jesteśmy Słowianami. Czy wszyscy Słowianie są tacy sami? Czy wierzyli w tych samych bogów, w ten sam sposób obchodzili święta? Co nas łączy, a co dzieli? Przecież religia Słowian, nawet ujęta w najbardziej skróconej formie, stanowi system wierzeń ludów zamieszkujących niemal jedną trzecią Europy. Były to społeczności zróżnicowane pod względem miejsca osiedlenia, które przez wiele stuleci kształtowały własny system myślowy oraz fundamenty charakterystycznej dla siebie cywilizacji. Mogłoby się więc wydawać, że z czasem coraz bardziej się od siebie różniły… A jednak dzisiaj badacze głoszą coś zgoła przeciwnego, podkreś­lając raczej ideową jedność Słowian niż ich zróżnicowanie! Jeszcze w IX wieku w Geografie Bawarskim (dokumencie anonimowego mnicha zawierającym spis ludów i grodów wschodnioeuropejskich) stwierdzono, że „[Słowianie] nigdy nie zatracili poczucia jedności”1. Nawet podziały językowe wskazują na wysoki stopień pokrewieństwa – porównywalny do tego, jaki obserwuje się między narodami pozostającymi w bezpośrednim sąsiedztwie. W tym świetle rzekome zróżnicowanie Słowian okazuje się w dużej mierze pozorne – tym bardziej pozorne, im słabiej znamy szczegóły słowiańskiego systemu wierzeń. A był to system obejmujący niemal wszystkie sfery życia, ponieważ Słowianin pozostawał otwarty na religię w każdej dziedzinie swojej egzystencji2.

Kim są Słowianie?

Od czasu do czasu w piśmiennictwie dotyczącym Słowian napotykamy, stosowane niekiedy wymiennie, dwa terminy: „Prasłowianie” oraz „Słowianie”. Szybki przegląd materiałów źródłowych pozwala zauważyć, że już w samych tytułach prac pojawiają się obie nazwy: Mity Słowian, Religia Słowian, Wierzenia Prasłowian, Od Prasłowian do Polaków itd. Może więc na początek warto wytłumaczyć różnicę między tymi dwoma pojęciami.

Najprościej rzecz ujmując, różnica między Słowianami a Prasłowianami ma charakter przede wszystkim diachroniczny (czasowy) i odnosi się do różnych etapów rozwoju jednej tradycji etniczno-językowej.

Prasłowianie stanowią najwcześniejszą, pierwotną wspólnotę, z której w późniejszych wiekach wykształcili się Słowianie. Była to grupa jeszcze niepodzielona, funkcjonująca jako jednolita całość pod względem kulturowym i językowym; posługiwała się ona językiem prasłowiańskim, znanym dziś jedynie z hipotetycznych rekonstrukcji językoznawczych. Prasłowian umiejscawia się zazwyczaj w okresie od drugiego tysiąclecia p.n.e. do V–VI wieku n.e., a więc do momentu rozpoczęcia procesów słowiańskiej ekspansji i różnicowania wewnętrznego.

Każdy, kto studiował filologię polską, zetknął się z terminem „język prasłowiański” na zajęciach z gramatyki historycznej języka polskiego. Język prasłowiański miał być wspólnym, pierwotnym językiem Prasłowian, z którego z czasem rozwinęły się wszystkie znane dziś języki słowiańskie. Niestety ów język nie zachował się w żadnych tekstach pisanych – nasi przodkowie po prostu nie posługiwali się pismem. Dlatego dzisiaj ten rekonstruowany „pradziad” języków słowiańskich ma charakter hipotetyczny – jego brzmienie i struktura są odtwarzane przez badaczy. W jaki sposób? Poprzez porównywanie słów, form gramatycznych i dźwięków pochodzących z różnych języków słowiańskich. Dzięki podobieństwom między nimi znawcy wnioskują, jak mogły wyglądać wcześniejsze, wspólne formy.

Według szacunków język ten miał się rozwijać na przełomie drugiego i pierwszego tysiąclecia p.n.e. Jeśli jesteście ciekawi, jak mogły brzmieć w nim poszczególne słowa, możecie sięgnąć po Słownik prasłowiański – słownik rekonstruowanego języka prasłowiańskiego pod redakcją Franciszka Sławskiego. Składa się on z ośmiu tomów. Pierwszy został wydany w 1974 roku, a ostatni w 2001 roku. Wydawcą wszystkich tomów był Zakład Narodowy im. Ossolińskich.

Słowianie to potomkowie owej prawspólnoty, która po rozpadzie pierwotnego obszaru zaczęła ulegać stopniowym przemianom, wynikającym z migracji i kontaktów z innymi kulturami. Sama nazwa „Słowianie” zaczęła się pojawiać w źród­łach dopiero w VI wieku. I nie tylko nazwa, bo z tego okresu pochodzą pierwsze źródła pisane odnoszące się do Słowian3, np. Prokopiusza z Cezarei czy Geografa Bawarskiego. Wraz z zajęciem rozległych terenów Europy doszło do zróżnicowania językowego, kulturowego i plemiennego Słowian, co później doprowadziło do ukształtowania się znanych dziś narodów słowiańskich.

We wczesnym średniowieczu – pomiędzy VI a VIII wiekiem – Słowianie, którzy nosili wtedy wiele nazw (padających w źródłach), zajmowali zarówno ogromne przestrzenie Europy Wschodniej i Środkowej, od Dniepru aż po Łabę, jak i Południowej – od Dunaju aż po Morze Śródziemne. Spomiędzy rozmaitych nazw lokalnych trwale wpisały się w świadomość innych ludów dwie: Słowianie i Wenedowie. Ta druga może przychodzić na myśl, gdy przypominamy sobie szkolną lekturę autorstwa Juliusza Słowackiego – Lillę Wenedę. Pod nazwami Veneti, Sclaveni i Antes zanotował słowiańską wspólnotę historyk i kronikarz rzymski Jordanes4.

Sam źródłosłów nazwy Słowianie/Słowianin nie jest do końca jasny. Spotykamy ją w kilku wariantach o podobnym brzmieniu: Sclavini, Sclaveni, Sclavi, Sklaboi, Sklabēnoi, Sthlabenoi, Sklauenoi, Slovane itd. Najczęściej przyjmowana teoria, którą głosił m.in. rosyjski językoznawca Roman Jakobson, wiąże nazwę Słowianie z prasłowiańskim rdzeniem *slovo (słowo), ale też *slava (sława), a szerzej z pojęciami mówienia, słuchu i… sławy. O tym, czy należy mówić „Słowianie” (lud słowa), czy „Sławianie” (lud sławy), toczył się w XIX wieku słynny i głośny spór na łamach prasy.

Według tej interpretacji Słowianie byli „ludźmi, którzy mówią zrozumiale” w przeciwieństwie do obcych ludów, których język był dla nich niezrozumiały (stąd m.in. określenie Niemcy – „niemi”). Taka interpretacja mogłaby wskazywać na fakt, że świadomość etniczna Słowian ukształtowała się poprzez kontakt z innymi, sąsiednimi grupami. Co ciekawe, dziś wszystkie ludy słowiańskie używają tej nazwy na określenie samych siebie.

Inna teoria, głoszona na przykład przez Aleksandra Brücknera (badacza mitologii słowiańskiej, którego nazwisko jeszcze wiele razy padnie w tej książce), łączy nazwę Słowianie z greckim i łacińskim określeniem Sklavenoi/sclavus, które później zaczęto kojarzyć ze słowem „niewolnik”. Wielu badaczy odrzuciło jednak ten pogląd, uznając podobieństwo znaczeń za wtórne i wynikające z historycznych okoliczności, a nie z pierwotnego znaczenia nazwy.

Wreszcie część uczonych wywodzi nazwę Słowianin od praindoeuropejskiego *su̯edho/*su̯ebhooznaczającego „swój/własny/powinowaty”, rozumianego jako „należący do własnej wspólnoty” lub „żyjący na swojej ziemi”. Z tym nurtem wiąże się również słowo „swoboda”, pierwotnie oznaczające bycie u siebie, wśród swoich.

Pojawiały się także rzadziej przywoływane, pomniejsze hipotezy, łączące nazwę Słowianie z nazwami rzek lub terenów podmokłych, np. od slova – błoto albo od przezwiska „człowiek powolny, mruk”, jednak mają one dziś znaczenie marginalne5.

Na koniec warto raz jeszcze podkreślić, że istnienie Prasłowian jest pewną hipotezą historyków i językoznawców. Starając się rekonstruować przeszłość, zaproponowali, że jednym z sensownych wyjaśnień jest właśnie taka zwarta, niepodzielona jeszcze grupa – fakt, że kiedyś wszyscy Słowianie byli mówiącymi jednym językiem Prasłowianami, znajduje potwierdzenie m.in. w analizie najbardziej pierwotnych słów.

Tak więc termin „Słowianie” odnosi się już do historycznie poświadczonej, w późniejszych wiekach wewnętrznie podzielonej grupy etnicznej, stanowiącej bezpośrednią kontynuację tej hipotetycznej prawspólnoty.

Skąd przybyli Słowianie?

Ale skąd właściwie wzięli się Słowianie, zanim pojawili się w Europie? A może od zawsze tu byli?

Niestety na ten temat zdania naukowców są już podzielone. W dodatku żeby pozostawić czytelników w poczuciu konsternacji, dodam, że do tego „podzielonego zdania” badaczy na temat niemal wszystkiego, co wiąże się ze Słowianami, lepiej przyzwyczaić się teraz, na samym początku, bo będzie nam towarzyszyło już do końca tej książki.

Jak pisze Barbara Oczkowa, językoznawczyni, badaczka serbskiego i chorwackiego, pomimo ogromnej liczby hipotez kwestia praojczyzny Słowian pozostaje nierozstrzygnięta6. Odpowiedzi na pytanie o pochodzenie Słowian szukano od czasów średniowiecza. Na przykład tzw. Kosmograf (Geograf z Rawenny) uważał, że wywodzą się oni ze Scytii7. Z kolei Geograf Bawarski stwierdził, że wszystkie plemiona słowiańskie mają swój początek na ziemiach plemienia Zeriuani. Szkoda tylko, że nie jesteśmy pewni, co kryje się pod tą nazwą! Może Siewierzanie? A może Serbowie?8 Kolejny dokument, Powieść minionych lat, zawiera obszerny wywód genealogiczny Słowian oparty na… Piśmie Świętym. Słowianie mieliby pochodzić od jednego z trzech synów Noego – Jafeta9. Wreszcie w XIV-wiecznej Kronice wielkopolskiej nieznany z imienia autor stwierdził, że „Panonia jest matką i kolebką wszystkich narodów słowiańskich”10. Tylko dlaczego akurat Panonia, w starożytności prowincja rzymska położona między Sawą a Dunajem? Jego tok myśli pozostaje dla nas niejasny.

Pozostawmy jednak te od dawna nieaktualne i raczej nietraktowane już poważnie legendy dotyczące pochodzenia naszych przodków i spróbujmy prześledzić dwie, a w zasadzie trzy zaproponowane przez współczesnych badaczy teorie.

Pierwszą, czyli teorięautochtoniczną, zaproponował archeolog profesor Józef Kostrzewski. W swojej książce Prasłowiańszczyzna z 1935 roku starał się dowieść, że Słowianie są autochtonami na ziemiach polskich, co oznacza, że zamieszkiwali te tereny co najmniej od epoki brązu, a być może nawet wcześniej. Według jego interpretacji kultura łużycka, rozwijająca się od XIII w. p.n.e. do IV w. p.n.e., miała być jednym z najważniejszych ogniw prowadzących bezpośrednio do ukształtowania się późniejszych plemion słowiańskich. Kostrzewski twierdził więc, że na ziemiach polskich nie nastąpiła wymiana ludności, lecz ewolucja lokalnej populacji.

Warto zrozumieć, że teoria Kostrzewskiego miała również wymiar ideowy, stała bowiem w sprzeczności z niemieckimi koncepcjami o wcześniejszym prawie osadniczym Germanów na ziemiach polskich. Najnowsze badania archeologiczne raczej nie potwierdzają teorii Kostrzewskiego, za to niektóre badania genetyczne, na przykład analizy DNA, wniosły w tym zakresie zaskakujące konkluzje – pozwoliły wysunąć przypuszczenie, że przodkami współczesnych populacji słowiańskich mogą być przedstawiciele kultur neolitycznych lub co najmniej populacji z okresu brązu z terenu centralnej Europy11.

Druga teoria, nazywana allochtoniczną, została opisana m.in. w książce archeologa, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kazimierza Godłowskiego Pierwotne siedziby Słowian. W przeciwieństwie do autochtonizmu Kostrzewskiego Godłowski twierdził, że Słowianie nie zamieszkiwali od pradziejów ziem polskich, lecz pojawili się na nich stosunkowo późno – około VI wieku.

Swoje badania opierał przede wszystkim na odnalezionym dotychczas materiale archeologicznym. Argumentował, że kultury obecne na ziemiach polskich w starożytności, takie jak kultura przeworska czy kultura wielbarska, nie wykazują cech, które można by jednoznacznie powiązać z prasłowiańszczyzną. Jego zdaniem brak tu ciągłości osadniczej, materiałowej i obrzędowej, która mogłaby świadczyć o lokalnej ewolucji prowadzącej do pojawienia się Słowian. Mówiąc prościej, dowodził, że ludność zamieszkująca te tereny przed nadejściem Słowian jeszcze nie była słowiańska.

W oparciu o porównania archeologiczne, dane historyczne oraz ustalenia językoznawstwa Godłowski lokalizował praojczyznę Słowian na obszarach leżących na wschód od dorzecza Wisły, przede wszystkim między środkowym Dnieprem a Prypecią. Uważał, że tam właśnie istniała wspólnota prasłowiańska, rozwijająca się w strefie lasów i stepów Europy Wschodniej.

Indoeuropejczycy pierwotnie zamieszkiwali tereny Eurazji. Nie wiemy, jak długo kształtowała się ich wspólnota, ale zakładamy, że mówili jednym – praindoeuropejskim – językiem, mieli podobne elementy wierzeń, zaprzęgali konie do dwukołowych wozów bojowych (czym ponoć budzili przerażenie innych plemion). Pierwotne siedziby wspólnoty praindoeuropejskiej znajdowały się na terenach południowej Eurazji, pokrytych już od okresu późnego neolitu bujnym lasostepem, co umożliwiło rozwinięcie gospodarki pastersko-hodowlanej oraz (bardzo prymitywnego) rolnictwa12.

W pewnym momencie dziejów rozpoczęli swoją wielką wędrówkę ku Europie, gdzie podzielili się na kolejne grupy etniczne. Najazd Indoeuropejczyków datuje się na około 2000–3000 lat p.n.e., a więc na epokę brązu. Ich ekspansja przybrała dwa kierunki: na zachód i północ oraz na południe – do Persji, Indii.

Słowianie należeli do ostatniej fali indoeuropejskiej. W związku z tym część badaczy zakłada, że kolebka Prasłowian pokrywa się mniej więcej z terenami, które – co wiemy z kronik – zasiedlali Słowianie w momencie pojawienia się na kartach historii Europy.

Wczesne dzieje Słowian toczyły się wobec tego na Nizinie Wschodnioeuropejskiej – ważnym makroregionie naszego kontynentu. Od pozostałych jego części różni się słabo rozwiniętą rzeźbą pionową, co jak się okaże w późniejszych rozdziałach książki, nie pozostało bez znaczenia dla słowiańskiego widzenia świata i religijności. Nie ulega bowiem wątpliwości, że kształtująca się stopniowo mitologia Słowian zachowała wiele prasłowiańskich, a nawet i starszych, praindoeuropejskich wątków. Noszą więc w sobie Słowianie pasterskie dziedzictwo indoeuropejskie, pogłębione dodatkowo stycznością z ludami irańskimi – kolejnym wyrazem tych związków jest patriarchalny charakter rodu czy rola bydła w kulturze i religii.

Kształtujące się na wielkiej nizinie wspólnoty słowiańskie skupione były głównie na uprawie ziemi oraz hodowli. Ich kultura miała przede wszystkim charakter agrarny. Od udanych zbiorów i ilości zwierzyny zależało przeżycie kolejnych pokoleń. Południowy odcinek naturalnej granicy osadniczej wyznaczały m.in. Sudety i Karpaty, a zachodni – Góry Harcu, lecz znajdowano również osady słowiańskie na terenie południowej Danii. Na północy osadnictwo Słowian kończyło się na Bałtyku, na północnym-wschodzie mieszkały plemiona bałtyjskie, ale wschodnie rubieże – niziny i stepy – biegły nieprzerwanie w stronę Azji. Stąd teza części badaczy, że właśnie poprzez tereny wschodniej Europy dokonywał się ciągły przepływ impulsów między Wschodem a Zachodem – mas ludności, wpływów, wymiany myśli i filozofii. Poprzez szeroki pas nadmorskich stepów ze wschodu na zachód przybywali kolejni migranci. Problem w tym zakresie stanowiły natomiast puszcze (gęste, rozciągające się na wiele kilometrów lasy) i kompleksy bagienne czy mokradła, pozbawione stałego osadnictwa, w większości niezaludnione13. Rozwiązaniem często okazywała się w takim wypadku droga morska, dlatego – do czego wrócę w dalszej części książki – wiele rozwiniętych grodów słowiańskich powstawało u wybrzeża Bałtyku.

Naukowcy starają się wobec tego wziąć pod uwagę wszystkie czynniki: historyczne, archeologiczne, językowe, a nawet geograficzne, gdy formułują swoje hipotezy o pierwotnych siedzibach Słowian, o ich wędrówkach i kształtującej się stopniowo religijności.

Trzecia teoria, niejako łącząca w sobie dwie poprzednie, nazywana jest teorią pośrednią lub integracyjną. Powstała jako próba pogodzenia skrajnych stanowisk, które przytoczyłam powyżej. Jej zwolennicy zakładają, że pochodzenie Słowian było procesem długotrwałym i wieloetapowym, w którym występowały zarówno elementy ciągłości osadniczej, jak i migracje ludności. Ponadto utrzymują, że nosicielami „kultury łużyckiej” nie byli Prasłowianie, lecz Weneci, odrębny lud, który przyemigrował do Europy. Inaczej mówiąc, Słowianie częściowo przybyli na swoje późniejsze tereny, a częściowo pochodzili od plemion zamieszkujących Europę już wcześniej. Zgodnie z tą koncepcją nie istniała jedna, jasno wyznaczona „kolebka” Słowian, lecz rozległa strefa kulturowa Europy Środkowo-Wschodniej, obejmująca obszary dorzeczy Odry, Wisły i Dniepru. Na tym terenie przez stulecia dochodziło do stopniowego kształtowania się wspólnoty prasłowiańskiej w oparciu o miejscową ludność, uzupełnianą przez napływy z sąsiednich regionów.

Dzisiaj większość badaczy zdaje się podzielać teorię o przybyciu Prasłowian wraz z wielką wędrówką ludów indoeuropejskich. Nie są jednak wciąż zgodni ani co do tego, kiedy ta wędrówka miała miejsce, ani jakie pierwotnie siedziby zajęli nasi przodkowie, zanim zaczęli kontynuować ekspansję i wewnętrznie się dzielić.

Jedno jest pewne: na kartach historii Słowianie pojawiają się dopiero od czasów wczesnego średniowiecza. W VI, VII i VIII wieku naszej ery Słowianie zajęli ogromny obszar środkowej i wschodniej Europy, przenikając się z miejscową ludnością i asymilując się z nią.

Jak się dzielą Słowianie?

Po zajęciu rozległych obszarów Europy wspólnota słowiańska zaczęła się rozpadać i dzielić na mniejsze grupy. To zrozumiałe – wszak jej członkowie oddalali się od siebie na setki, a nawet tysiące kilometrów, coraz bardziej zmieniali swój język, zwyczaje i styl życia, dostosowując się do nowych warunków geograficznych, ale i stykając z ludami, na których ziemie migrowali (oraz sąsiadami). W ten sposób Słowianie podzielili się na trzy główne grupy, a podział ten – oczywiście opracowany w celach porządkowania rzeczywistości i nauki – z grubsza odzwierciedla zarówno różnice językowe, jak i historyczne procesy osadnicze.

Słowianie zachodni objęli tereny między Odrą a Wisłą, a także obszary położone dalej na zachód do Łaby. To z nich wykształciły się później m.in. plemiona tworzące zręby państwa polskiego czy czeskiego. Charakterystyczną cechą tej grupy było osadnictwo na pograniczu z ludami germańskimi, co wpływało na jej kulturę i późniejsze losy polityczne. Do grupy tej badacze zaliczają Serbołużyczan, Polaków, Ślązaków, Kaszubów, Czechów i Słowaków.

Słowianie wschodni zasiedlili obszary między Dnieprem, Dźwiną a Wołgą, a ich rozwój doprowadził do powstania wspólnot, które w średniowieczu dały początek Rusi Kijowskiej. Z tej grupy wywodzili się m.in. przyszli Białorusini, Rosjanie, Ukraińcy. Wyróżnia ich długotrwały kontakt z kulturami stepowymi, silne wpływy skandynawskie oraz bizantyjskie.

Słowianie południowi natomiast skierowali się na Bałkany, gdzie zetknęli się z ludnością romańską, grecką oraz z wpływami bizantyjskimi. Proces ten doprowadził do powstania społeczeństw takich jak Chorwaci, Serbowie, Bułgarzy, Słoweńcy czy Macedończycy. Ich kultura jest w dużej mierze rezultatem średniowiecznego przenikania tradycji słowiańskich z dziedzictwem antycznym Bałkanów.

Dzisiaj Słowianie stanowią ogromną grupę etniczną, zasiedlającą niemal jedną trzecią Europy oraz część Azji. Tak wielki obszar, który zajęli w czasie swej ekspansji, z jednej strony mógłby wskazywać na dalsze podziały i różnice, jakich po prostu nie dało się uniknąć – ale z drugiej, co fascynujące, to poczucie wspólnoty wciąż jest obecne w dzisiejszych Słowianach. Dość wspomnieć przekaz o Lechu, Czechu i Rusie z Kroniki wielkopolskiej jako symboliczny początek połączonych więziami braterstwa założycieli poszczególnych narodów. Nie znaczy to bynajmniej, że w obrębie słowiańskiej wspólnoty nie dochodzi do wojen i konfliktów, jednak pomimo upływu setek, a nawet tysięcy lat nie zatraciliśmy poczucia wspólnego pochodzenia etnicznego. W wymiarze praktycznym oznacza to m.in., że Słowianom łatwiej jest zrozumieć nawzajem swoje języki, że podróżując, odnajdą zapewne zręby podobnych tradycji, wierzeń, przekonań i rytuałów, niekiedy przykrytych cienką warstwą pozornych różnic, po których „odkurzeniu” wyłania się wspólny rdzeń – niczym pień drzewa, jak często obrazowo, ikonograficznie przedstawia się wspólnotę Słowian. Można by to chyba porównać do poczucia bycia członkiem jakiegoś narodu – od Gdańska, przez Warszawę i Łódź, aż po Kraków dzisiaj wszyscy powiemy o sobie, że jesteśmy Polakami, ponieważ łączy nas język, historia i kultura. Ale przecież w tym wszystkim jest także miejsce na słownictwo regionalne, dialekty językowe, różnice w regionalnych tradycjach i kuchni. Nie przeszkadzają nam one jednak nadal myśleć o sobie jako o Polakach, a szerzej – właśnie o Słowianach.

Miejsce Polaków wśród wspólnoty słowiańskiej

My, Polacy, należymy do grupy Słowian zachodnich. Nasza wspólnota po wyodrębnieniu się z prasłowiańskiego pnia podlegała wielowiekowym procesom zróżnicowania terytorialnego, kulturowego i politycznego. Początkowo stanowiła grupę zamieszkującą obszary między Odrą a Wisłą, a następnie także tereny położone dalej na zachód, aż po Łabę. Wraz z budową kolejnych osad (dzięki np. wycince puszczy) i wzrostem liczby ludności zaczęły się formować odrębne wspólnoty plemienne, takie jak Polanie, Wiślanie, Ślężanie, Lędzianie, Mazowszanie. Wiele z nich miało ścisłe kontakty z ludami Germanii kontynentalnej, część również z Bałtami, ze Skandynawami, a wreszcie, na południu – z Cesarstwem Franków, co doprowadziło do późniejszego zróżnicowania politycznego i kulturowego poszczególnych plemion.

Kluczowym momentem okazało się „wchłanianie” (podbijanie, przyłączenie) kolejnych wspólnot przez pierwsze państwa. Na ziemiach polskich proces ten doprowadził do powstania monarchii Piastów, która częściowo zunifikowała rozproszone dotąd plemiona. Podobny proces zachodził w Czechach, gdzie ukształtowała się władza Przemyślidów, a także na obszarze Słowacji, podporządkowanej kolejno państwu wielkomorawskiemu, polskiemu, a potem węgierskiemu. Wspólnota zachodniosłowiańska zaczęła się więc różnicować w zależności od tego, w jakich strukturach znalazły się poszczególne grupy. I tak, w rezultacie skomplikowanej polityki, podbojów i sojuszy, a do tego chrystianizacji oraz presji sąsiadów, wyłaniały się w średniowiecznej Europie pierwsze organizmy państwowe. Później przekształciły się one w nowożytne narody.

* * *

Już w czasach starożytnych pojawiały się pierwsze relacje dotyczące późniejszych polskich terenów. Co prawda ów obszar, Barbaricum, pozostający poza granicami Cesarstwa Rzymskiego (i w ogóle wpływów antycznych kultur śródziemnomorskich), był Grekom i Rzymianom niezbyt znany, jednak od czasu do czasu wspominano o nim w źródłach – przy okazji opisu wojen, traktatów o pochodzeniu i zwyczajach rozmaitych ludów, relacji z wędrówek. Nieco lepiej orientowali się Grecy w terenach Morza Czarnego, pisali bowiem o Scytach.

U Herodota znajdują się następujące fragmenty dotyczące Neurów i Budynów, mających zamieszkiwać lasy i stepy środkowej oraz wschodniej Europy: „sieją zboże i z tego żyją, a ponadto cebulę, czosnek, soczewicę i proso”; „Neurowie (…) musieli opuścić cały swój kraj z powodu żmij. Ziemia ich bowiem wydała mnóstwo żmij, a jeszcze więcej przychodziło ich z północnych pustkowi (…). Muszą oni jednak być czarownikami, bo zarówno Scytowie, jak i Grecy osiedli w Scytii opowiadają, że raz do roku każdy Neur zamienia się w wilka na parę dni”14. Po takim przedstawieniu ludów zamieszkujących tereny nad Bugiem i Dnieprem większość obywateli cywilizowanego świata greckiego uznała opisywane plemiona za przerażające i barbarzyńskie!

W źródłach rzymskich pojawiło się nieco więcej informacji – wszak to przez terytorium późniejszej Polski miał przebiegać słynny szlak bursztynowy, łączący Cesarstwo z Morzem Bałtyckim. U Pomponiusa Meli oraz Pliniusza znajdują się wzmianki o ludzie zamieszkującym wybrzeże Bałtyku, nazywanym „Wenetami znad Wisły”. Z kolei Tacyt, opisując plemiona germańskie, dodaje także informacje o sąsiadujących z nimi Wenetach, którzy ponoć: „są na ogół brudni, a dostojnicy ich apatyczni. Wskutek mieszanych małżeństw znacznie upodabniają się do brzydoty Sarmatów; (…) w swych wyprawach łupieskich przebiegają wszystkie lasy i góry (…)”15.

Chyba najwięcej informacji o ludach zamieszkujących tereny późniejszej Polski i innych państw słowiańskich podaje jednak Ptolemeusz. Jego opis Sarmacji Europejskiej przez stulecia interpretowany był jako jedno z najważniejszych antycznych świadectw wiązanych z wczesnymi Słowianami. Ptolemeusz zlokalizował opisaną przez siebie krainę na wschód od Wisły aż do Donu, między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Wymienił zamieszkujące ją ludy, wśród których kluczowe znaczenie mieli Wenedowie. Zajmowali ponoć rozległe tereny wzdłuż południowych wybrzeży Bałtyku. Rzymski autor uważał ich za lud liczny i istotny, który w tej części Europy w zasadzie podporządkował sobie wszystkie inne plemiona. Warto jednak dodać, że w jego rozumieniu Sarmacja była określeniem obszaru geograficznego, a nie etnicznego pochodzenia zamieszkujących ją szczepów. Na tak wielkim terenie mogło przecież dochodzić do ścierania się ze sobą rozmaitych grup etnicznych. Dlaczego więc autorzy antyczni umieszczali Sarmację właśnie nad Wisłą? Współcześni badacze są zdania, że dziejopisarze wyznaczający Wisłę jako zachodnią granicę Sarmacji i Bałtyk jako jej północny kraniec posługiwali się daleko idącym uproszczeniem, wynikającym z niewielkiej wiedzy o etnicznym zróżnicowaniu tych obszarów. Geografowie i historycy starożytności operowali bowiem nazwami umownymi, opartymi na fragmentarycznych i często przestarzałych przekazach.

Część badaczy widziała w Wenedach Ptolemeusza przodków lub komponent wspólnoty prasłowiańskiej. Dla polskiej szlachty wywodzenie swojego rzekomego pochodzenia od starożytnego ludu Sarmatów stało się ważnym składnikiem mitu tożsamościowego, na który jednak nie znajdujemy żadnych dowodów16.

Antyczni autorzy nie znali nazwy „Słowianie”. Najczęściej wymienianym przez nich ludem są Wenedowie z siedzibami nad Wisłą oraz nad Bałtykiem. Żyli między Germanami a Sarmatami i mieli zajmować się rolnictwem oraz wojaczką. Czy Wenedów można wobec tego uważać za przodków Słowian? Część badaczy uważa, że tak – pokrywa się przecież terytorium. Część jednak odrzuca ten pogląd, tłumacząc, że antyczni autorzy nie rozumieli lokalnej etniczności – ich nazwy były ogólnymi etykietami i miały charakter wyłącznie geograficzny. Nie da się więc jednoznacznie stwierdzić, że Wenedowie to Słowianie, ale mogli być grupą o charakterze protosłowiańskim lub mieszanym, która częściowo weszła w skład późniejszych Słowian17.

Przyznajcie, że na co dzień rzadko zastanawiacie się nad tym, co właściwie oznacza słowo „Słowianin”. W czasach, gdy określenie to stało się swego rodzaju hasłem marketingowym czy ideologicznym, łatwo zapomnieć o pochodzeniu samego słowa. A przecież kryje się za nim historia obejmująca setki lat i ogromny obszar Europy! Badania różnych naukowców – archeologów, historyków i językoznawców – pokazują, że odpowiedź na pytanie o pochodzenie Słowian wciąż nie jest ani prosta, ani jednoznaczna. Od lat toczy się dyskusja dotycząca naszej praojczyzny, migracji czy związków z ludami wspominanymi przez starożytnych autorów. I zapewne jeszcze długo nie poznamy odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania…

Jednocześnie warto wciąż podkreślać, że co najmniej od VI wieku Słowianie byli obecni na kartach historii Europy. Z czasem zaczęli tworzyć państwa, wyodrębniać języki i dialekty, własną kulturę i tradycje, pozostając jednak częścią większej wspólnoty. Mimo podziału na Słowian zachodnich, wschodnich i południowych zachowali wiele wspólnych elementów dziedzictwa, które do dziś badają etnografowie.

Na koniec chciałabym podkreślić, że „słowiańskość” nie jest odległą przeszłością. Pozwolę sobie na anegdotę. Od jakiegoś czasu prowadzę lekcje na temat mitologii słowiańskiej w szkołach. Kiedyś w pewnej podstawówce zadałam pytanie: „Kim są Słowianie?”. Dzieci odpowiedziały: „Słowianie kiedyś żyli, ale już wyginęli”. I właśnie takie przekonanie należy prostować, wyjaśniać!

Przecież także dla nas, Polaków, słowiańskość nie jest odległą przeszłością. Jak mówił Zorian Dołęga-Chodakowski, to fundament naszej kultury i tożsamości, z którym stykamy się na co dzień: mówiąc po polsku, kultywując dawne zwyczaje, ucząc się o legendach. Co ważne, aby zrozumieć religię naszych przodków, nie wystarczy wiedzieć, skąd i kiedy przybyli. Trzeba jeszcze odpowiedzieć na inne, równie istotne pytanie: skąd właściwie czerpiemy wiedzę o ich wierzeniach? I właśnie temu zagadnieniu poświęcony będzie kolejny rozdział. Przekonamy się, że badanie mitologii słowiańskiej przypomina pracę detektywa – wymaga zestawiania ze sobą kronik, wykopalisk archeologicznych, źródeł językowych, folkloru i wielu innych elementów, czasem zaskakujących. Dzięki nim spróbujemy oddzielić fakty od mitów, naukę od domysłów i współczesnych fantazji.

Bialybog and Czarnybog, Marek Hapon

Rozdział 2

Historia badań nad wierzeniami naszych przodków

Zdaje się, że burzliwa dyskusja wokół ustaleń badaczy, które dotyczą mitologii słowiańskiej, nigdy się nie skończy. Każdy, kto kiedykolwiek zabierał głos w publicznej debacie związanej z wierzeniami naszych przodków, musiał liczyć się z krytyką przedstawicieli takiego czy innego obozu. Teorii dotyczących mitów i bogów Słowian było przez lata – a nawet stulecia! – tak dużo, że czasem zupełnie się wykluczały: otóż doszło nawet do takiej skrajności, że część badaczy wysnuła przypuszczenie, jakoby Słowianie w ogóle nie mieli żadnej mitologii. Byli też tacy, którzy powoływali się na (do tego stopnia słynną, że niemal memiczną) wypowiedź prof. Stanisława Urbańczyka: „Historia badań nad religią Słowian jest historią rozczarowań”. Och, gdybyście wiedzieli, ile miałam w rękach opracowań naukowych zaczynających się dokładnie od przytoczenia tego cytatu! Znaleźli się jednak i tacy badacze, którzy z tym stanowiskiem zupełnie się nie zgodzili, uważając, że dosłownie na każdym kroku otaczają nas pozostałości słowiańskiej religii i demonologii, tylko po prostu trzeba nauczyć się ich szukać. Jak widzicie, opinie w tym zakresie były więc skrajnie różne. Jak podkreśla archeolog Kamil Kajkowski, nadal każdy, choćby i drobny element układanki tworzącej obraz religii naszych przodków jest na wagę złota. Szczególnie że pomimo nowych metod badawczych i intrygujących odkryć archeologicznych ostatnich lat mitologia słowiańska wciąż pozostaje najsłabiej rozpoznaną ze wszystkich mitologii europejskich18.

Badanie mitów naszych przodków jest o tyle skomplikowane, że Słowianie nie pozostawili po sobie zbyt wielu zabytków piśmiennych, takich jak święte teksty, skodyfikowane księgi, zbiory mitów czy „oficjalne listy” bogów. Zostawili jednak coś innego – zabytki archeologiczne, wytwory swojej kultury, odnajdywane dziś relikty dawnych grodzisk, osad, miejsc pochówku itd. Na podstawie samych znalezisk trudno jednak zrekonstruować cały mit czy jakąś opowieść dotyczącą widzenia świata przez Słowian.

Dodajmy ważną informację: nie jest tak, że Słowianie w ogóle nie znali pisma. Raczej po prostu nie zapisywali treści religijnych. Ta kwestia – dotycząca hipotetycznego pisma słowiańskiego – od dawna jest przedmiotem burzliwych dyskusji badaczy. Przez długi czas dominował pogląd, że Słowianie byli ludem całkowicie niepiśmiennym aż do działalności Cyryla i Metodego w IX wieku. Współcześnie jednak coraz częściej zwraca się uwagę, że problem jest bardziej złożony.

Bo jeśli zakładamy, że Słowianie w ogóle nie używali pisma, skąd u Thietmara z Merseburga przekaz dotyczący świątyni w Radogoszczy? Kronikarz wspomina, że posągi bóstw miały wyryte ich imiona! Właśnie dlatego Leszek Słupecki sądzi, że kapłani połabskich Luciców mogli znać alfabet łaciński dzięki kontaktom z Niemcami oraz edukacji w szkołach kościelnych. Co więcej, istnieją znaleziska archeologiczne, które zostały opatrzone napisami (grot włóczni z Rozwadowa, siekiera ze Sławna, kości, pierścienie). Nie można również pominąć nowogrodzkich gramot, czyli dokumentów zapisanych na korze brzozowej, datowanych od XI do XV wieku. Świadczą one o znajomości pisma na ziemiach ruskich. Jednocześnie nie istnieją żadne dowody potwierdzające istnienie rodzimego słowiańskiego systemu pisma (tzw. słowiańskich run) przed działalnością Cyryla i Metodego. Powstanie głagolicy, a następnie rozwój cyrylicy stanowią pierwsze bezspornie udokumentowane etapy słowiańskiego piśmiennictwa. Nie oznacza to jednak, że wcześniej żaden Słowianin nie potrafił pisać! Coraz częściej przyjmuje się, że przynajmniej część elit mogła znać alfabet łaciński lub grecki dzięki kontaktom z sąsiednimi państwami i kulturami.

Wracając do wywodu na temat samej mitologii Słowian: we wszystkich systemach religijnych, o których wiemy więcej, obserwujemy, że każda religia podlega ewolucji w czasie. Kiedy więc mówimy o rekonstrukcji wierzeń Słowian, należałoby doprecyzować, który moment historyczny mamy na myśli. Czy początek kształtowania się wspólnoty (pra)słowiańskiej? Czy może okres wczesnego średniowiecza, wielka ekspansja? A może w przypadku Polski Słowiańszczyznę na chwilę przed przyjęciem chrztu przez Mieszka? Setki lat, które dzielą tak odległe epoki, sprawiły, że religia Słowian mocno ewoluowała, zmieniała się, dochodziło wszak do nieustannej wymiany myśli, idei. Ten czynnik dodatkowo pogłębia obawy części naukowców co do tego, czy w ogóle jesteśmy w stanie wysnuć jakieś pewniki dotyczące mitologii dawnych Słowian.

Wątpliwości może budzić już samo używanie terminu „mitologia”. Co prawda operuje nim nie tylko popkultura, bo pojawia się nawet w tekstach naukowych, jednak jego przeciwnicy, jak Stanisław Urbańczyk, tłumaczą, że w przypadku Słowian mówić można o wierzeniach, a nie o mitologii19. Mitologia jest przecież z definicji czymś uporządkowanym, skodyfikowanym i zebranym w całość, często w postaci opracowanych literacko opowieści. W przypadku Słowian mamy jedynie strzępki, z których tworzymy współczesne rekonstrukcje, budzące wiele wątpliwości.

Pozytyw jest taki, że dziś wkroczyliśmy w zupełnie nową epokę badawczą, która łączy dawne metody z najnowszymi technologiami, co daje dużo nadziei na eksplorację dotąd niepoznanych rejonów i może przynieść odpowiedzi na zadawane od dawna pytania. Ale o tym więcej na końcu książki.

Początki. O słowiańskich bogach w kronikach i kazaniach

Chociaż zainteresowanie mitologią naszych słowiańskich przodków wybuchło na dobre dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku, już od czasów średniowiecza zagadnienie to było tematem rozmaitych tekstów: kronik, kazań, modlitw, penitencjałów, katechizmów, źródeł konsystorskich itd.

Penitencjał to księga kościelna używana w średniowieczu, zawierająca wykaz grzechów oraz przypisanych im pokut, która służyła duchownym jako pomoc przy ustalaniu pokuty podczas spowiedzi.

Jak nietrudno się domyślić, z tego okresu pochodzi przede wszystkim mnóstwo źródeł chrześcijańskich, które odnoszą się do pogańskiego dziedzictwa w sposób krytyczny, traktując je jak coś grzesznego, godnego potępienia. Większość autorów wcale nie przywoływała dawnych zwyczajów po to, by spisać je „dla potomnych”, ale by je zwalczać i piętnować, przestrzegać przed nimi – chociaż byli i tacy, którzy podkreślali słowiańskie cnoty. W tekstach tych prosty lud, wciąż celebrujący stare tradycje praojców, jawi się jako grzeszny, sprośny, dziki, nieokrzesany, a czasem i niebezpieczny. Najczęściej w kazaniach pojawiają się wzmianki dotyczące danego obrzędu, kultu ognia i wody bądź drzew albo tajemniczego imienia (być może boga, a może zupełnie nie) wykrzykiwanego lub wyśpiewywanego w tradycyjnych pieśniach świątecznych, weselnych, dożynkowych itd. Warto jednak uświadomić sobie, że chociaż kazania i homilie pisane były z perspektywy wyższościowej, a ich twórcy nie rozumieli i nie szanowali słowiańskich wierzeń i zwyczajów, to jednak są one dzisiaj bardzo istotnymi świadectwami historycznymi – zważywszy, jak niewiele innych mamy. Z tego powodu każda wzmianka może okazać się istotna.

Inną grupą tekstów, w których pojawiają się szczątkowe informacje dotyczące mitologii słowiańskiej, są kroniki. Mowa tu nie tylko o kronikach polskich, lecz także ruskich bądź czeskich, gdzie pojawiają się imiona pogańskich bóstw czczonych przez Słowian. W Polsce bodaj najważniejsza – i jednocześnie ta, która spowodowała najwięcej zamieszania – to Roczniki czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego autorstwa Jana Długosza, ze słynnym „słowiańskim panteonem” naszego historyka i duchownego.

Kronikarze, czy to niemieccy jak Thietmar, Adam z Bremy lub Helmold, czy duńscy jak Sakso Gramatyk, nie zawsze mieli wystarczającą wiedzę na temat religii Słowian, by opisać ją prawidłowo. Często nie znali języka ludu, którego obyczaje opisywali, ich kroniki powstawały pod dyktando chrześcijańskich władców, a więc nie mogły uciec od tendencyjności oficjalnej „linii przekazu”uznającej pogan za barbarzyńców, których należy prędko uświadomić, chociaż zdarzały się wyjątki. Na przykład Sakso Gramatyk miał pojęcie o imionach słowiańskich bogów, znaczeniu ich atrybutów czy przebiegu obrzędów w Arkonie. Problem polegał jednak na tym, do kogo adresowane były dzieła kronikarzy – do czytelników nieznających i nierozumiejących słowiańskiej kultury i religii. Dlatego też często używano klucza antycznego czy chrześcijańskiego, by pewne rzeczy do siebie porównać.

Ową tendencyjność widać już choćby u Thietmara z Merseburga, biskupa i kronikarza spisującego dzieje Niemców i sąsiednich narodów. Był gorącym zwolennikiem akcji misyjnych wśród Słowian, prowadzonych w ramach zależności od Kościoła i państwa niemieckiego. W swojej kronice przedstawił religię Słowian z perspektywy chrześcijańskiego biskupa, co oznacza, że jego relacje są subiektywne, nacechowane wrogością i chrześcijańską interpretacją pogańskich praktyk20. Pisał na przykład: „Choć wzdragam się mówić o nich cokolwiek, to jednak przedstawię pokrótce, kim są i skąd tu przybyli, abyś poznał, kochany czytelniku, czczy zabobon i ohydny kult pogański tego ludu”21. Jeśli jednak wyłuskamy z jego opisów to, co cenne i istotne, a odrzucimy stronnicze naleciałości i uwagi, mamy do czynienia z ważnym źródłem historycznym, z którego dowiadujemy się kilku informacji o wierze naszych przodków. Jakich – o tym w kolejnych rozdziałach.

Inny kronikarz, Adam z Bremy, wspomina o bóstwie Redarów (średniowieczne plemię zachodniosłowiańskie, zamieszkujące obszar dzisiejszej Meklemburgii w północno-wschodnich Niemczech). Co ciekawe, jego przekaz nieco odbiega od przekazu innego kronikarza, Thietmara, przez co między badaczami doszło do różnicy zdań. Więcej na ten temat opowiadam w rozdziale poświęconym poszczególnym bogom.

Ustęp dotyczący kultu pogańskich bogów u Pomorzan znajduje się m.in. w trzech Żywotach św. Ottona. Nie tyle przytacza się w nich konkretne słowiańskie mity, co opisuje wygląd kącin (świątyń słowiańskich), posągu Trzygława oraz wróżb czynionych przez kapłanów.

Wielu badaczy mitologii słowiańskiej poświęca sporo refleksji fragmentom z dzieła Helmolda, kronikarza niemieckiego z XII wieku, proboszcza z Bosau w Wagrii (historycznej krainy w północnych Niemczech). Towarzyszył on jako kronikarz niemieckim wyprawom chrystianizacyjnym na tereny Pomorza Zachodniego i Połabia, kontynuując pracę Adama z Bremy. To niezwykle cenne źródło dotyczące Słowian połabskich, w którym pojawiają się nie tylko opisy wierzeń, lecz także życia codziennego czy organizacji plemiennej. Jednocześnie warto pamiętać, że nie jest to, wbrew tytułowi, spis dziejów Słowiańszczyzny, a raczej relacja z niemieckich podbojów militarno-chrystianizacyjnych. W dużej mierze autor ocenia Słowian negatywnie, określając ich mianem „z natury wiarołomnych i złośliwych”.

Po polsku dzieło Helmolda zostało wydane dopiero w drugiej połowie XIX wieku, a więc w czasie przypadającym na „słowiański szał” w badaniach i literaturze, do czego przejdę za chwilę.

Inny kronikarz, Duńczyk Sakso Gramatyk, jest autorem obszernego dzieła Gesta Danorum. Przekazał w nim bardzo dużo ciekawostek dotyczących Słowian nadbałtyckich. Celem duńskich napadów stała się m.in. Arkona, duchowa stolica plemion połabskich Rugian, gdzie znajdowała się słynna świątynia boga Świętowita. Do opisów budynku oraz obrzędów i wróżb w niej odprawianych będę w tej książce niejednokrotnie powracać.

Ważnym źródłem, w którym pojawia się coś, z czym spotykamy się niezwykle rzadko w odniesieniu do Słowian, czyli z bezpośrednim wymienieniem imion czczonych bóstw, jest staroruski latopis Powieść minionych lat. Jego autorstwo tradycja przypisuje kijowskiemu mnichowi Nestorowi.

Powieść minionych lat to staroruska kronika powstała na początku XII wieku w Kijowie, przypisywana mnichowi Nestorowi. Opisuje dzieje Rusi od najdawniejszych czasów do początków XII wieku i stanowi jedno z najważniejszych źródeł wiedzy o historii Europy Wschodniej oraz początkach państwa ruskiego.

Spisany na początku XII wieku jest dzisiaj jednym z najważniejszych dokumentów dotyczących religii Słowian wschodnich. Autor nie opisuje jednak pogańskich wierzeń z sympatią. Jako duchowny prawosławny często uważał je za zabobon, który powinien zostać zastąpiony prawdziwą wiarą chrześcijańską. W opisie wydarzeń roku 980 Nestor podaje, jak książę Włodzimierz Wielki dokonał reformy religijnej w Kijowie i wystawił pogański „panteon” posągów na wzgórzu nad Dnieprem.

Co jednak istotne, badacze podkreślają, że nie jest to odbicie mitologii całej Słowiańszczyzny, a jedynie okolic Kijowa. Możemy wobec tego ów latopis traktować raczej jako punkt wyjścia, od którego dopiero rozpoczynamy dalsze badania.

Od czasu do czasu na słowiańskie tereny zapuszczali się Arabowie22. Ot, choćby w dziele Alego Al-Masudiego Złote łąki znajduje się taki oto zapis: „Mają oni [Słowianie] królów, z których jedni wyznają chrześcijaństwo […]. Drudzy zaś nie posiadają żadnej księgi Objawienia i nie słuchają żadnych przepisów religijnych, ale są poganami, którzy nic nie wiedzą o prawdach wiary”23.

Inny pisarz arabski, Ibn Rosteh, podał nieco bardziej szczegółowe informacje: „Jeśli umrze ktoś z nich, palą jego zwłoki w ogniu. Kobiety ich, jeśli ktoś im umrze, krają sobie ręce i twarze nożem. Na drugi dzień po spaleniu zmarłego idą do niego, zbierają popiół z owego miejsca, wkładają go do urny i umieszczają na pagórku. W rok po śmierci zmarłego biorą 20 dzbanów miodów, [czasem] mniej, [czasem] więcej i udają się z nimi na to wzgórze. Zbiera się [tam] rodzina zmarłego, jedzą tam i piją, potem [zaś] oddalają się. Jeśli zmarły miał trzy żony, a jedna z nich twierdzi, że jest jego ukochaną, ustawia się obok zmarłego dwa słupy, które utwierdza pionowo w ziemi. Następnie kładzie na ich szczycie w poprzek inny kawałek drewna i zawiesza pośrodku niego (tj. tej poprzeczki) sznur, którego jeden koniec jest uwiązany do jej szyi, a ona staje na stołku. Kiedy to uczyni, wyjmuje się spod niej stołek, ona zaś pozostaje zawieszona, dopóki nie udusi się i nie umrze. Kiedy umrze, wrzucają ją do ognia, gdzie się spala (…). Wszyscy oni są czcicielami ogni”24.

Kolejnym autorem arabskim piszącym o Słowianach – w dodatku niezbyt pozytywnie – był Ibn Fadlan. Na podstawie jego opisu możemy dzisiaj odtworzyć obraz obrzędów pogrzebowych Słowian. Najważniejszym elementem opisywanej ceremonii było spalenie zwłok. Zmarłego układano na łodzi wraz z całym wyposażeniem, bronią i kosztownościami, następnie stos podpalano. Ibn Fadlan był zaskoczony, że Słowianie wierzą, iż ogień natychmiast przenosi zmarłego w zaświaty. Oczywiście jako muzułmanin uważał tę praktykę za pogańską i obcą, ponadto Słowian miał za nieokrzesanych, dzikich głupców, którzy nadają się na niewolników dopiero po wykastrowaniu25.

Wreszcie bodaj najbardziej znany „obcy” kronikarz, hiszpański Żyd z Tortozy Ibrahim Ibn Jakub, podał naprawdę obszerne wiadomości o Słowianach – szkoda tylko, że wśród nich niewiele miejsca poświęcił religii.

* * *

Wróćmy teraz do opisu rzekomego panteonu słowiańskiego, który pojawia się w słynnym monumentalnym dziele Jana Długosza. Fragmenty dotyczące dawnych bogów umieszczone są w księdze pierwszej, w kontekście opisu pogańskiej przeszłości ziem polskich.

Od przywołanych przeze mnie powyżej kronik różni się ono przede wszystkim tym, że pisane było w drugiej połowie XV wieku, a więc w czasie, gdy – oficjalnie – od kilkuset lat Polska pozostawała państwem chrześcijańskim. Z tego powodu należy traktować je ze szczególną ostrożnością. Po pierwsze Długosz był duchownym, co już rzutowało na jego piętnujący stosunek do przedchrześcijańskich wierzeń. Po drugie nie był bezpośrednim świadkiem żadnego ze słowiańskich obrzędów, gdyż żył już u schyłku średniowiecza – z tego powodu zabarwił swoją opowieść elementami folkloru swoich czasów. Długosz, zgodnie z przyjętą ówcześnie tradycją, nie cytuje także żadnych wcześniejszych źródeł, a cały jego wywód zdaje się próbą rekonstrukcji wynikającą raczej z analogii kulturowych niż z faktycznej tradycji pogańskiej. Metodę taką nazywa się w religioznawstwie interpretatio antiqua, a oznacza ona porównywanie wierzeń Słowian do modelu antycznego pogaństwa śródziemnomorskiego.

Dystans może budzić chociażby fakt, że panteon Długosza jest podejrzanie uporządkowany. Mimo że – jak już wiemy – bardzo rzadko w średniowiecznych kronikach pojawiają się imiona bóstw czy ich funkcje, Długosz prezentuje usystematyzowany panteon, w którym każde słowiańskie bóstwo ma zakres obowiązków, atrybuty itd. Dzieje się tak dlatego, że zostały one przypisane do odpowiedników w religii greckiej i rzymskiej. I tak Perun to według kronikarza po prostu „słowiański” Jowisz/Zeus, Nyja to Pluton/Hades, Dzidzilela to bogini Wenus/Afrodyta itd. O ile rzeczywiście możemy wykazać pewne podobieństwa między bogami innych ludów indoeuropejskich a bogami Słowian, o tyle nie powinno się porównywać ich jeden do jednego i traktować jak kalki. Przecież bogowie Greków i Rzymian związani byli z inną kulturą, sferą geograficzną, inną historią wyznających je ludów. Interpretatio antiqua stała się więc – na wiele lat, bo jeszcze do przełomu XVIII i XIX wieku – kuszącą, ale nazbyt upraszczającą pułapką rekonstrukcyjną mitologii Słowian. Część dzisiejszych badaczy jest zdania, że panteon Długosza nie jest autentycznym obrazem pogańskiej religii Słowian, lecz tworem powstałym na potrzeby kroniki, pod wpływem schematu zaczerpniętego z Grecji i Rzymu. Zdaje się, że kronikarz przyporządkował znane mu nazwy (często ludowe, występujące w pieśniach, niekiedy błędnie odczytane, przekręcone) do rzymskich odpowiedników. Była to więc tzw. systematyzacja aprioryczna, a nie opis realnego kultu. Imiona podane przez Długosza mogły w rzeczywistości być refrenami pieśni ludowych, niekoniecznie zawsze o funkcji teologicznej.

Warto jednak nadmienić, że w panteonie Długosza jest kilka autentycznych nazw, choćby Perun i Dadźbóg, jednak funkcje tych bogów są zdeformowane przez analogie rzymskie. Z tego powodu wielu dzisiejszych badaczy zastanawia się nad tym, czy jego próba przyporządkowania imion słowiańskich do rzymskich – wynikająca z dostosowania tekstu do możliwości edukowanego w tamtych czasach czytelnika – nie zasługuje jednak na wnikliwsze spojrzenie.

Pomimo wykazanych nieprawidłowości panteonu Długosza dzisiaj nadal możemy wyciągnąć z niego pewne cenne elementy – na przykład dostrzegać w nim tekst, dzięki któremu rozumiemy, jak w ciągu wieków zmieniała się świadomość dotycząca mitologii Słowian i jak wiele drobiazgowej pracy badawczej trzeba było włożyć w to, co wiemy dzisiaj. Innymi słowy – jak długą drogę przeszły badania nad wierzeniami naszych przodków.

Dalsze badania nad mitologią Słowian i próby poszukiwania sarmackiego rodowodu

Wierzenia naszych przodków w zasadzie znikają z literatury i przestają być obiektem zainteresowań badaczy przez kolejne setki lat, aż do okresu oświecenia. Niekiedy znajdujemy pojedyncze wzmianki o ludowych obrzędach i zwyczajach, przed którymi wciąż przestrzega się w tekstach kaznodziejskich, trudno jednak na ich podstawie orzec coś pewnego o religii Słowian przed chrystianizacją. Zachowały się kazania krytykujące nieobyczajne zachowania w Zielone Świątki i w wigilię św. Jana; piętnujące „przywoływanie” dusz we Wszystkich Świętych; ponadto Kościół przez cały czas srogo przestrzegał przed ludowymi wróżbami, zostawianiem darów i jadła dla domowych duchów itd. Badacze zajmują się wyszukiwaniem tych maleńkich, niekiedy pojedynczych wzmianek, a każda z nich może być kolejnym elementem wielkiej, słowiańskiej „mozaiki religijnej”.

W renesansowej humanistyce zwyciężyła kontynuacja myśli Długosza. Wynikało to z kilku powodów, głównie z ogromnej popularności tradycji antycznych kręgu śródziemnomorskiego, jaka objęła wtedy europejskie myślicielstwo. Zarazem już w renesansie pojawiło się przekonanie, że każdy naród powinien poszczycić się długą historią, najlepiej rozpoczynającą się w starożytności – i mieć swoje legendarne początki, podania, prawa, bohaterskie czyny oraz oczywiście mitologię. Idąc tym tropem, renesansowi humaniści pragnęli „odzyskać” czy „wyłuskać” przeszłość Polski z mroku dziejów, nawet jeśli nie mieli źródeł, z których mogliby skorzystać. Panteon Długosza stanowił dla nich idealny punkt wyjścia. Jego kontynuatorzy dorzucili jeszcze kilka nazw demonologicznych oraz poczynili dalsze paralele. Przykładowo Maciej z Miechowa – pisarz, lekarz, historyk i geograf – w swojej kronice porównał Kastora i Polluksa do Lela i Polela. Ostatecznie ów kanon funkcjonował w polskiej historiografii bardzo długo26.

Polowanie na, jak wówczas mówiono, „słowiańskie starożytności” w Polsce splotło się również z ideą Sarmacji oraz szlacheckim poszukiwaniem tożsamości, prowadzącym do tworzenia mitów o własnym pochodzeniu. W poprzednim rozdziale pisałam o antycznych relacjach historyków i podróżników dotyczących Europy Środkowej i Wschodniej. Wśród nich pojawiły się m.in. wzmianki o tajemniczych Sarmatach, którzy mieli być doskonałymi wojownikami, oddającymi cześć słońcu i ogniowi. Już od XVI wieku ideologię sarmacką propagowała większość przedstawicieli polskiej szlachty. Byli oni przekonani, że mieszkańcy Rzeczpospolitej – a w szczególności warstwa szlachecka – wywodzą się bezpośrednio od tych właśnie starożytnych Sarmatów. W tym przypadku również „zawinił” Długosz, który twierdził, że członkowie tego ludu byli protoplastami Polaków (warto pamiętać, że tak naprawdę należeli do grupy koczowniczo-pasterskich ludów irańskich).