Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 584 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mistyfikacja Bourne'a - Robert Ludlum

Siódma z serii książek o Jasonie Bournie, zbuntowanym agencie powołanym do życia przez Roberta Ludluma. "Mistyfikacja Bourne`a" to znakomity thriller spiskowy kontynuujący wątki z poprzedniej powieści, "Sankcja Bourne`a", wydanej w Polsce w 2009 roku. Gdy Leonid Arkadin, rosyjski zabójca, zniknął w zimnych wodach oceanu, Bourne myślał, że przynajmniej ta sprawa została rozwiązana. Mylił się. Arkadin zmartwychwstaje, by znowu tropić śmiertelnego wroga. Nieświadomy Bourne wpada w zastawioną przez niego zasadzkę i nieomalże ginie od postrzału. Rany są ciężkie, jednak tym razem to Arkadin zostaje wprowadzony w błąd. Cudem uniknąwszy śmierci, Bourne postanawia wykorzystać to, że oficjalnie nie żyje i sam, z ofiary, przemienia się w tropiciela. W tym samym czasie dochodzi do katastrofy - amerykański samolot pasażerski rozbija się w Egipcie, trafiony przez iracki pocisk. Światowe rządy powołują specjalną komisję do zbadania okoliczności wypadku, nim ten stanie się casus belli kolejnego wielkiego konfliktu. Bourne, zdeterminowany, by odkryć wreszcie prawdę na temat własnej przeszłości i tożsamości tych, którzy za wszelką cenę chcą usunąć go z tego świata, wpada na trop ludzi, którzy stoją za katastrofą samolotu. Uwikłany w konflikt pomiędzy największymi agencjami wywiadu, ma coraz mniej czasu na wyjaśnienie zagadki. Z każdym dniem sytuacja staje się coraz bardziej napięta...

Opinie o ebooku Mistyfikacja Bourne'a - Robert Ludlum

Fragment ebooka Mistyfikacja Bourne'a - Robert Ludlum

Wydanie elektroniczne

RO­BERT LU­DLUM

(1927-2001)

Ame­ry­kań­ski ak­tor, pro­du­cent te­atral­ny i pi­sarz. W la­tach 1945-47 słu­żył w pie­cho­cie mor­skiej. W 1951 ukoń­czył We­sley­an Uni­ver­si­ty. Od naj­młod­szych lat pa­sjo­no­wał się ak­tor­stwem. W wie­ku 16 lat po raz pierw­szy wy­stą­pił w sztu­ce na Broad­wayu. W la­tach 50-tych za­grał w po­nad 200 fil­mach te­le­wi­zyj­nych; był pro­du­cen­tem oko­ło 300 przed­sta­wień te­atral­nych. Jako pi­sarz za­de­biu­to­wał póź­no – ma­jąc 41 lat – po­wie­ścią Dzie­dzic­two Scar­lat­tich. Od­rzu­co­na po­cząt­ko­wo przez 10 wy­daw­ców sta­ła się be­st­sel­le­rem i za­ini­cjo­wa­ła osza­ła­mia­ją­cą ka­rie­rę li­te­rac­ką naj­bar­dziej zna­ne­go współ­cze­sne­go twór­cy thril­le­rów spi­sko­wych. Łącz­na sprze­daż ksią­żek Lu­dlu­ma prze­kro­czy­ła 300 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy w 32 ję­zy­kach. Za ży­cia pi­sa­rza uka­za­ły się 24 po­wie­ści; po jego śmier­ci – kil­ka­na­ście na­stęp­nych, z któ­rych więk­szość po­wsta­ła na pod­sta­wie po­zo­sta­wio­nych przez nie­go no­ta­tek i szki­ców, przy współ­pra­cy ta­kich au­to­rów jak Pa­trick Lar­kin, Ja­mes Cobb, Eric Van Lu­st­ba­der i Paul Gar­ri­son. Do naj­bar­dziej zna­nych thril­le­rów Lu­dlu­ma na­le­żą m.in.: Te­sta­ment Ma­ta­re­se’a, Toż­sa­mość Bo­ur­ne’a, Kru­cja­ta Bo­ur­ne’a, Mo­zai­ka Par­si­fa­la, Straż­ni­cy Apo­ka­lip­sy i Klą­twa Pro­me­te­usza. Wie­le z nich zo­sta­ło ze­kra­ni­zo­wa­nych – jako se­ria­le te­le­wi­zyj­ne lub peł­no­me­tra­żo­we fil­my ki­no­we.

Tego au­to­ra

RĘ­KO­PIS CHAN­CEL­LO­RA

PRO­TO­KÓŁ SIG­MY

KLĄ­TWA PRO­ME­TE­USZA

PIE­KŁO ARK­TY­KI

CZWAR­TA RZE­SZA

KRYP­TO­NIM IKAR

STRAŻ­NI­CY APO­KA­LIP­SY

MO­ZAI­KA PAR­SI­FA­LA

IM­PE­RIUM AKWI­TA­NII

STRA­TE­GIA BAN­CRO­FTA

ILU­ZJA SCOR­PIO

TOŻ­SA­MOŚĆ AM­BLE­RA

Ja­son Bo­ur­ne

TOŻ­SA­MOŚĆ BO­UR­NE’A

KRU­CJA­TA BO­UR­NE’A

UL­TI­MA­TUM BO­UR­NE’A

DZIE­DZIC­TWO BO­UR­NE’A

SANK­CJA BO­UR­NE’A

MI­STY­FI­KA­CJA BO­UR­NE’A

CEL BO­UR­NE’A

ŚWIAT BO­UR­NE’A

IM­PE­RA­TYW BO­UR­NE’A

RE­TRY­BU­CJA BO­UR­NE’A

Dy­na­stia Ma­ta­re­se

TE­STA­MENT MA­TA­RE­SE’A

SPAD­KO­BIER­CY MA­TA­RE­SE’A

Paul Jan­son

DY­REK­TY­WA JAN­SO­NA

ODY­SE­JA JAN­SO­NA

OPCJA JAN­SO­NA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE BO­UR­NE DE­CEP­TION

Co­py­ri­ght © The Es­ta­te of Ro­bert Lu­dlum 2009

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2010

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Krzysz­tof So­ko­łow­ski 2010

Re­dak­cja: Ja­cek Ring

Ilu­stra­cja na okład­ce: Alek­san­der Mi­ja­to­vic/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-141-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Jef­fo­wi,któ­ry dał temu po­czą­tek jed­nympro­stym py­ta­niem

Prolog

Mo­na­chium, Niem­cy/Bali, In­do­ne­zja

– Po­tra­fię po­ro­zu­mieć się po ro­syj­sku – po­wie­dział se­kre­tarz obro­ny Bud Hal­li­day – wo­lał­bym jed­nak pro­wa­dzić roz­mo­wę w moim ję­zy­ku.

– To mi od­po­wia­da – zgo­dził się ro­syj­ski puł­kow­nik. Mó­wił po an­giel­sku z bar­dzo wy­raź­nym ak­cen­tem. – Każ­da moż­li­wość roz­mo­wy w ob­cym ję­zy­ku cie­szy.

Hal­li­day skwi­to­wał jego kpi­nę cierp­kim uśmie­chem. Świę­ta ra­cja, Ame­ry­ka­nie za gra­ni­cą nie chcą uży­wać ję­zy­ka in­ne­go niż an­giel­ski.

– Do­sko­na­le, za­ła­twi­my to szyb­ko i bez pro­ble­mu.

Ale nie prze­cho­dził do rze­czy, tyl­ko w mil­cze­niu pa­trzył na ścia­nę ob­wie­szo­ną bar­dzo zły­mi por­tre­ta­mi wiel­kich jaz­zu, ta­kich jak Mi­les Da­vis i John Col­tra­ne, sko­pio­wa­ny­mi, bez wąt­pie­nia, z fo­to­gra­fii pra­so­wych. Te­raz, kie­dy wresz­cie zo­ba­czył puł­kow­ni­ka na wła­sne oczy, za­czął po­wąt­pie­wać w sen­sow­ność tego spo­tka­nia. Po pierw­sze, był on znacz­nie młod­szy, niż Hal­li­day ocze­ki­wał. Miał ja­sne, gę­ste wło­sy, ide­al­nie pro­ste i przy­strzy­żo­ne krót­ko, w sty­lu ty­po­wym dla ro­syj­skiej ar­mii. Po dru­gie, spra­wiał nie­od­par­te wra­że­nie czło­wie­ka czy­nu; pod ta­nim ma­te­ria­łem, z któ­re­go uszy­ty był jego gar­ni­tur, od cza­su do cza­su uwi­dacz­nia­ły się na­pię­te po­tęż­ne mię­śnie. Po­tra­fił za­cho­wać wy­pro­wa­dza­ją­cy z rów­no­wa­gi spo­kój, po­zo­sta­wać ide­al­nie nie­ru­cho­my. Ale tak na­praw­dę se­kre­ta­rza nie­po­ko­iły jego oczy, bla­de, głę­bo­ko osa­dzo­ne, nie­mru­ga­ją­ce. Miał wra­że­nie, że pa­trzy na fo­to­gra­fię oczu. Bul­wia­sty, po­cię­ty żył­ka­mi nos tyl­ko pod­kre­ślał ten ich oso­bli­wy wy­gląd, a tak­że uzmy­sła­wiał ob­ser­wa­to­ro­wi, że nie mogą być wro­ta­mi du­szy, bo ten czło­wiek jej nie ma, ist­nie­je tyl­ko po­tęż­na, nie­prze­bła­ga­na wola, zu­peł­nie jak u któ­re­goś z tych prze­ra­ża­ją­co sta­rych, zło­wro­gich stwo­rów, o któ­rych Hal­li­day, jako na­sto­la­tek, czy­tał w opo­wia­da­niach H.P. Lo­ve­cra­fta.

Zwal­czył po­ku­sę, by wstać i wyjść, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, ale mu­siał pa­mię­tać, że ma tu coś do za­ła­twie­nia.

Du­szą­cy Mo­na­chium smog, do­kład­nie tego sa­me­go brud­no­sza­re­go ko­lo­ru co oczy Kar­po­wa, do­sko­na­le od­po­wia­dał na­stro­jo­wi se­kre­ta­rza. Gdy­by ktoś mu po­wie­dział, że już nig­dy nie zo­ba­czy tej ża­ło­snej na­miast­ki mia­sta, toby go chy­ba uca­ło­wał. Nie­ste­ty, w tej wła­śnie chwi­li sie­dział tu, w piw­ni­cy, w ja­kimś cho­ler­nym za­dy­mio­nym, nic nie­zna­czą­cym klu­bie jaz­zo­wym przy prze­peł­nio­nej kłę­bią­cym się tłu­mem tu­ry­stów Rum­ford­stras­se, do któ­re­go do­wiózł go opan­ce­rzo­ny lin­coln. Co tak nie­zwy­kłe­go było w tym Ro­sja­ni­nie, że ame­ry­kań­ski se­kre­tarz obro­ny po­ko­nał pra­wie sie­dem ty­się­cy ki­lo­me­trów, by spo­tkać się z nim w mie­ście, któ­re­go nie­na­wi­dził?

Bo­ris Kar­pow był puł­kow­ni­kiem FSB-2, ofi­cjal­nie no­wej ro­syj­skiej po­li­cji an­ty­nar­ko­ty­ko­wej. Mia­rą wła­dzy, do ja­kiej ta for­ma­cja do­szła w sto­sun­ko­wo krót­kim cza­sie, był fakt, że oto je­den z jej ofi­ce­rów po­tra­fił nie tyl­ko do­trzeć do Hal­li­daya, lecz na­wet wy­cią­gnąć go z Wa­szyng­to­nu.

No, ale Ro­sja­nin dał do zro­zu­mie­nia, że może do­star­czyć coś, na czym za­le­ży roz­mów­cy. Se­kre­tarz mógł się za­sta­na­wiać, co to ta­kie­go, jed­nak aku­rat w tej chwi­li bar­dziej go in­te­re­so­wa­ło, co bę­dzie mu­siał dać w za­mian. Aż za do­brze wie­dział, że w tych spra­wach za­wsze jest coś za coś, w koń­cu był we­te­ra­nem po­li­tycz­nych wo­je­nek, pro­wa­dzo­nych nie­ustan­nie w oto­cze­niu pre­zy­den­ta, tak z nim zwią­za­nych, jak tor­na­da zwią­za­ne są z Kan­sas. I aż za do­brze wie­dział, że quid pro quo trud­no cza­sa­mi za­ak­cep­to­wać, lecz kom­pro­mis to inna na­zwa po­li­tycz­nej gry, czy to we­wnętrz­nej, czy mię­dzy­na­ro­do­wej.

Mimo wszyst­ko Hal­li­day mógł­by nie przy­jąć pro­po­zy­cji Kar­po­wa, gdy­by nie to, że jego po­zy­cja na pre­zy­denc­kim dwo­rze osła­bła na­gle i dra­ma­tycz­nie. Szo­ku­ją­cy upa­dek La­Val­le’a, oso­bi­ście przez nie­go wy­bra­ne­go cara im­pe­rium wy­wia­du, wstrzą­snął fun­da­men­ta­mi jego po­tę­gi. Za­rów­no przy­ja­cie­le, jak i wro­go­wie kry­ty­ko­wa­li go za ple­ca­mi i spe­ku­lo­wa­li, kie­dy przyj­dzie mu odejść; po pro­stu nie mógł nie za­sta­na­wiać się, któ­ry z nich pierw­szy zada mu cios w ple­cy. Lecz jed­no­cze­śnie grał w tę grę wy­star­cza­ją­co dłu­go, by wie­dzieć, że cza­sa­mi po­moc zja­wia się zni­kąd i ma bar­dzo nie­przy­jem­ną for­mę łoża na­bi­te­go gwoź­dzia­mi. Li­czył na to, że za­pro­po­no­wa­ny przez Kar­po­wa układ po­mo­że mu od­zy­skać za­rów­no pre­stiż w oczach pre­zy­den­ta, jak i pod­sta­wę wła­dzy, któ­rą za­wsze gwa­ran­to­wał wie­lo­na­ro­do­wy kom­pleks mi­li­tar­no-prze­my­sło­wy.

Trio na sce­nie za­czę­ło ha­ła­so­wać wnie­bo­gło­sy, a Hal­li­day przej­rzał w pa­mię­ci akta Bo­ri­sa Kar­po­wa, jak­by tym ra­zem miał zna­leźć w nich ja­kieś do­dat­ko­we in­for­ma­cje, co­kol­wiek, choć­by fo­to­gra­fię puł­kow­ni­ka, zro­bio­ną pod­czas in­wi­gi­la­cji, obo­jęt­nie jak ziar­ni­stą i nie­ostrą. Ta­kie­go zdję­cia oczy­wi­ście nie było, in­for­ma­cje o Kar­po­wie zaj­mo­wa­ły czte­ry su­che aka­pi­ty na­pi­sa­ne na czę­ści kart­ki pa­pie­ru opa­trzo­nej zna­kiem wod­nym „Ści­śle Taj­ne”. Po­nie­waż ad­mi­ni­stra­cja trak­to­wa­ła Ro­sję lek­ce­wa­żą­co, NSA nie­wie­le wie­dzia­ła o funk­cjo­no­wa­niu ro­syj­skie­go sys­te­mu po­li­tycz­ne­go, by już nie wspo­mnieć o funk­cjo­no­wa­niu FSB-2, któ­re­go praw­dzi­wa mi­sja skry­wa­ła się jesz­cze głę­biej niż sa­me­go FSB, po­li­tycz­ne­go dzie­dzi­ca tego, co było kie­dyś KGB.

– Pa­nie Smith, spra­wia pan wra­że­nie roz­tar­gnio­ne­go. – Na po­trze­by tej roz­mo­wy Ro­sja­nin i Ame­ry­ka­nin zgo­dzi­li się uży­wać pseu­do­ni­mów: pan Jo­nes i pan Smith.

Se­kre­tarz od­wró­cił wzrok od fo­to­gra­fii jazz­ma­nów. Wy­jąt­ko­wo nie­pew­nie czuł się pod zie­mią, w od­róż­nie­niu od Kar­po­wa, któ­ry w jego oczach co­raz bar­dziej spra­wiał wra­że­nie isto­ty z mro­ku. Pod­niósł głos, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć do­bie­ga­ją­cy ze sce­ny ryt­micz­ny brzęk.

– Nic nie może być dal­sze od praw­dy, pa­nie Jo­nes. Ja tyl­ko z roz­ko­szą tu­ry­sty chło­nę atrak­cje, któ­re uznał pan za sto­sow­ne mi za­pew­nić.

Puł­kow­nik ro­ze­śmiał się ni­skim, gar­dło­wym śmie­chem.

– Ma pan do­praw­dy po­ciesz­ne po­czu­cie hu­mo­ru.

– Przej­rzał mnie pan na wy­lot.

Tym ra­zem Ro­sja­nin ro­ze­śmiał się na całe gar­dło.

– Jesz­cze się o tym prze­ko­na­my, pa­nie Smith. Nie zna­my na­wet na­szych żon, trud­no więc uznać, że każ­dy z nas zna swe­go… od­po­wied­ni­ka.

Odro­bi­na wa­ha­nia w gło­sie Kar­po­wa ka­za­ła Hal­li­day­owi za­sta­no­wić się prze­lot­nie nad tym, czy nie za­mie­rzał on po­wie­dzieć „prze­ciw­ni­ka” i w ostat­niej chwi­li zde­cy­do­wał się na bar­dziej neu­tral­ne okre­śle­nie. Nie za­sta­na­wiał się na­to­miast nad tym, czy wie on coś o jego po­zy­cji po­li­tycz­nej, po­nie­waż nie mia­ło to naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Ob­cho­dzi­ło go tyl­ko, czy układ, któ­re­go isto­tę miał po­znać, po­mo­że mu czy nie.

Trio zmie­ni­ło tem­po; tyl­ko to uświa­do­mi­ło se­kre­ta­rzo­wi, że za­czę­ło ko­lej­ny utwór. Po­chy­lił się nad szklan­ką zbyt gorz­kie­go piwa, któ­re­go wy­pił za­le­d­wie je­den bar­dzo mały łyk. Co­or­sa tu nie po­da­wa­li.

– Przejdź­my do sed­na, do­brze? – za­pro­po­no­wał.

– Ależ bez zwło­ki. – Kar­pow za­plótł ręce na pier­siach, po­ło­żył dło­nie na opa­lo­nych przed­ra­mio­nach. Kost­ki pal­ców miał po­kry­te bli­zna­mi i żół­ty­mi od­ci­ska­mi. Wy­glą­da­ły jak mi­nia­tu­ra Gór Ska­li­stych. – Wiem, pa­nie Smith, że nie mu­szę panu tłu­ma­czyć, kim jest Ja­son Bo­ur­ne, praw­da?

Twarz Hal­li­daya znie­ru­cho­mia­ła. Czuł się tak, jak­by Ro­sja­nin ob­lał go fre­onem.

– O co panu cho­dzi? – spy­tał bez­barw­nym to­nem.

– O to, pa­nie Smith, że go dla pana za­bi­ję.

Se­kre­tarz nie mar­no­wał cza­su na za­da­wa­nie py­tań, choć­by o to, skąd Kar­pow wie, że chęt­nie wi­dział­by Bo­ur­ne’a mar­twe­go. W cią­gu ostat­nie­go mie­sią­ca NSA była zbyt ak­tyw­na w Mo­skwie; na­wet śle­py, głu­chy i głu­pi mu­siał zro­zu­mieć, że ten czło­wiek zo­stał prze­zna­czo­ny do li­kwi­da­cji.

– Bar­dzo to z pań­skiej stro­ny wiel­ko­dusz­ne, pa­nie Jo­nes.

– Nie. To nie kwe­stia wiel­ko­dusz­no­ści. Mam wła­sne po­wo­dy, dla któ­rych chęt­nie wi­dział­bym go mar­twe­go.

Se­kre­tarz wy­raź­nie od­prę­żył się na te sło­wa.

– W po­rząd­ku, po­wiedz­my, że za­bi­je pan tego czło­wie­ka. Cze­go chce pan w za­mian?

W oczach puł­kow­ni­ka bły­snę­ło coś, co u każ­de­go in­ne­go czło­wie­ka moż­na by na­zwać iskier­ką iro­nii, ale Hal­li­day, nadal usi­łu­ją­cy oce­nić roz­mów­cę, nie mógł się oprzeć wra­że­niu, że Kar­pow przy­pra­wił­by Bo­ur­ne’a o dreszcz. Tak za­pew­ne błysz­cza­ły oczy śmier­ci.

– Znam tę re­ak­cję, pa­nie Smith. Nie musi mi pan mó­wić, że spo­dzie­wa się naj­gor­sze­go: żą­da­nia wy­so­kiej za­pła­ty. Ja jed­nak, w za­mian za li­cen­cję na zdję­cie Bo­ur­ne’a wraz ze zwol­nie­niem z od­po­wie­dzial­no­ści za nie­szczę­śli­we wy­pad­ki, do któ­rych może dojść, wy­ma­gam wza­jem­no­ści: wy­ję­cia cier­nia, któ­ry tkwi mi w boku.

– I któ­re­go nie może pan wy­jąć sa­mo­dziel­nie?

Kar­pow po­waż­nie ski­nął gło­wą.

– Przej­rzał mnie pan, pa­nie Smith.

Obaj męż­czyź­ni ro­ze­śmia­li się, ale śmiech każ­de­go z nich brzmiał in­a­czej.

– A więc… – Hal­li­day zło­żył dło­nie jak do mo­dli­twy – …kto ma być ce­lem?

– Ab­dul­lah Chu­ri.

Se­kre­tarz po­czuł na ser­cu wiel­ki cię­żar.

– Gło­wa Bra­ter­stwa Wscho­du? Chry­ste Prze­naj­święt­szy, rów­nie do­brze mógł­by pan za­żą­dać, że­by­śmy zli­kwi­do­wa­li pa­pie­ża!

– Zli­kwi­do­wa­nie pa­pie­ża nie przy­słu­ży­ło­by się żad­ne­mu z nas. Ab­dul­lah Chu­ri… cóż, to zu­peł­nie inna spra­wa, nie uwa­ża pan?

– Uwa­żam, oczy­wi­ście. Ten czło­wiek to ra­dy­kal­ny mu­zuł­mań­ski sza­le­niec, przez co jest jesz­cze groź­niej­szy. W tej chwi­li cho­dzi pod rękę z pre­zy­den­tem Ira­nu. Ale… Bra­ter­stwo Wscho­du jest or­ga­ni­za­cją mię­dzy­na­ro­do­wą. Chu­ri ma wie­lu bar­dzo wy­so­ko po­sta­wio­nych przy­ja­ciół. – Hal­li­day gwał­tow­nie po­trzą­snął gło­wą. – Pró­ba wy­eli­mi­no­wa­nia go by­ła­by po­li­tycz­nym sa­mo­bój­stwem.

Kar­pow znów przy­tak­nął mu ski­nie­niem.

– Jest to, oczy­wi­ście, nie­wąt­pli­wie praw­da. A co moż­na po­wie­dzieć o ter­ro­ry­stycz­nej ak­tyw­no­ści Brac­twa?

Hal­li­day tyl­ko prych­nął lek­ce­wa­żą­co.

– Mrzon­ki, w naj­lep­szym ra­zie plot­ki. Żad­na z na­szych licz­nych or­ga­ni­za­cji wy­wia­dow­czych nie zna­la­zła nig­dy choć­by strzęp­ka wia­ry­god­nej in­for­ma­cji o jego po­wią­za­niach z ja­kąś or­ga­ni­za­cją ter­ro­ry­stycz­ną. A szu­ka­li­śmy dłu­go. Pro­szę mi wie­rzyć.

– Och, nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, co tyl­ko ozna­cza, że w domu pro­fe­so­ra Spec­te­ra nie zna­leź­li­ście żad­nych do­wo­dów dzia­łal­no­ści ter­ro­ry­stycz­nej.

– Nie ma wąt­pli­wo­ści, że nasz pan pro­fe­sor po­lo­wał na ter­ro­ry­stów. Co do za­rzu­tów, że ro­bił nie tyl­ko to… – Hal­li­day wzru­szył ra­mio­na­mi.

Na­gły uśmiech oży­wił twarz Ro­sja­ni­na. Na­gle, jak­by zni­kąd, na sto­li­ku, przy któ­rym sie­dzie­li na­prze­ciw sie­bie, zma­te­ria­li­zo­wa­ła się gład­ka sza­ra ko­per­ta. Prze­su­nął ją w stro­nę Hal­li­daya, jak­by usta­wiał kró­lo­wą na polu: szach, mat. Se­kre­tarz ro­ze­rwał ją i gdy oglą­dał za­war­tość, Ro­sja­nin mó­wił da­lej:

– Jak pan wie, FSB-dwa zaj­mu­je się przede wszyst­kim mię­dzy­na­ro­do­wym han­dlem nar­ko­ty­ka­mi.

– Owszem, sły­sza­łem – przy­tak­nął Ame­ry­ka­nin su­cho, ma­jąc cał­ko­wi­tą cho­ler­ną pew­ność, że za­kres kom­pe­ten­cji tej in­sty­tu­cji jest znacz­nie, ale to znacz­nie szer­szy.

– Dzie­sięć dni temu roz­po­czę­li­śmy ostat­nią fazę za­kro­jo­nej na sze­ro­ką ska­lę ak­cji an­ty­nar­ko­ty­ko­wej w Mek­sy­ku, któ­rą przy­go­to­wy­wa­li­śmy prze­szło dwa lata. Bez­po­śred­nim po­wo­dem jej prze­pro­wa­dze­nia było to, że jed­na z na­szych mo­skiew­skich grup­pie­ro­wek, Ka­za­cho­wie, włą­czy­ła się w nar­ko­ty­ko­wy biz­nes. Szu­ka­ła bez­piecz­ne­go źró­dła i to­wa­ru trans­por­tu.

Hal­li­day ski­nął gło­wą. Wie­dział to i owo o Ka­za­chach, jed­nej z naj­le­piej zna­nych mo­skiew­skich ro­dzin prze­stęp­czych i jej gło­wie, Di­mi­tri­ju Ma­sło­wie.

– Przy oka­zji z przy­jem­no­ścią in­for­mu­ję pana, że ope­ra­cja za­koń­czy­ła się po­wo­dze­niem – kon­ty­nu­ował Kar­pow. – Pod­czas prze­szu­ka­nia domu mar­twe­go już wów­czas kró­la nar­ko­ty­ko­we­go Gu­sta­va Mo­re­na skon­fi­sko­wa­li­śmy jego kom­pu­ter, no­te­bo­ok, nim zo­stał znisz­czo­ny. In­for­ma­cja, z któ­rą za­po­zna­je się pan w tej chwi­li, to wy­druk czę­ści za­so­bów za­pi­sa­nych na twar­dym dys­ku tego kom­pu­te­ra.

Hal­li­day po­czuł, jak mar­z­ną mu czub­ki pal­ców. Wy­druk był aż gę­sty od liczb, no­ta­tek, od­no­śni­ków.

– Mamy tu do­kład­ny opis obie­gu pie­nią­dza. Mek­sy­kań­ski kar­tel nar­ko­ty­ko­wy fi­nan­so­wa­ny był wła­śnie przez Bra­ter­stwo Wscho­du. Pięć­dzie­siąt pro­cent do­cho­dów szło na za­kup bro­ni trans­por­to­wa­nej do por­tów na Środ­ko­wym Wscho­dzie przez li­nie lot­ni­cze Air Afri­ka. Bę­dą­ce w ca­ło­ści wła­sno­ścią Ni­ko­ła­ja Jew­se­na, naj­więk­sze­go świa­to­we­go han­dla­rza bro­nią – uzu­peł­nił puł­kow­nik i od­chrząk­nął. – Wi­dzi pan, pa­nie Smith, w moim rzą­dzie ist­nie­ją po­tęż­ne gru­py zwią­za­ne z Ira­nem. My chce­my ich ropy, oni chcą na­sze­go ura­nu. W dzi­siej­szych cza­sach ener­gia to atut. Bije wszyst­ko, praw­da? No i tak… sie­dząc przy zie­lo­nym sto­li­ku na­prze­ciw pana Ab­dul­la­ha Chu­rie­go, zna­la­złem się w nie­zręcz­nej sy­tu­acji. Dys­po­nu­ję do­wo­da­mi jego ak­tyw­no­ści ter­ro­ry­stycz­nej, a jed­nak nie mogę dzia­łać na ich pod­sta­wie. – Prze­krzy­wił gło­wę. – Być może pan mógł­by mi po­móc?

Hal­li­day uspo­ko­ił ło­mo­czą­ce w pier­si ser­ce.

– Dla­cze­go chce pan wy­eli­mi­no­wać Chu­rie­go?

– Mógł­bym to panu po­wie­dzieć, oczy­wi­ście… – Kar­pow wes­tchnął cięż­ko – …ale wów­czas mu­siał­bym pana za­bić.

Był to dow­cip sta­ry i moc­no zwie­trza­ły, ale w bla­dych, nie­prze­nik­nio­nych oczach Ro­sja­ni­na znów po­ja­wił się zna­ny już Hal­li­day­owi błysk i se­kre­tarz po­czuł chłód na nie­praw­do­po­dob­ną myśl, że być może to wca­le nie jest żart? Tego pro­ble­mu wo­lał­by nie roz­wią­zy­wać, więc pod­jął szyb­ką de­cy­zję.

– Pro­szę uniesz­ko­dli­wić Bo­ur­ne’a, a uży­ję ca­łej po­tę­gi ame­ry­kań­skie­go rzą­du, by Ab­dul­lah Chu­ri do­stał to, na co za­słu­gu­je.

Nie skoń­czył, a puł­kow­nik już po­trzą­sał gło­wą.

– To mi nie wy­star­czy, pa­nie Smith. Oko za oko, bo ta­kie jest wła­ści­we zna­cze­nie quid pro quo, praw­da?

– My nie za­bi­ja­my lu­dzi, puł­kow­ni­ku Kar­pow – po­wie­dział Hal­li­day sztyw­no.

Ro­sja­nin ro­ze­śmiał się krót­ko, nie­przy­jaź­nie.

– Oczy­wi­ście – przy­tak­nął su­cho. – Zresz­tą to bez zna­cze­nia. Ja nie mam ta­kich skru­pu­łów, pa­nie se­kre­ta­rzu.

Ame­ry­ka­nin wa­hał się bar­dzo krót­ko.

– Tak, w go­rącz­ce chwi­li za­po­mnia­łem o po­czy­nio­nych przez nas usta­le­niach, pa­nie Jo­nes. Pro­szę przy­słać mi za­war­tość twar­de­go dys­ku i spra­wę może pan uznać za za­ła­twio­ną.

– Ze­brał się w so­bie i spoj­rzał w bla­de oczy. – Zgo­da?

Bo­ris Kar­pow ski­nął gło­wą szyb­ko, po woj­sko­we­mu.

– Zgo­da – przy­tak­nął.

• • •

Ro­sja­nin wy­szedł z klu­bu. Zlo­ka­li­zo­wał lin­col­na Hal­li­daya i agen­tów Se­cret Se­rvi­ce sto­ją­cych rzę­dem wzdłuż Rum­ford­stras­se jak oło­wia­ne żoł­nie­rzy­ki, po czym ru­szył w prze­ciw­nym kie­run­ku. Skrę­cił za róg, wsa­dził pa­lec w usta i wy­jął z nich pla­sti­ko­we pro­te­zy, zmie­nia­ją­ce kształt po­licz­ków. Zła­pał się za po­żył­ko­wa­ny bul­wia­sty gu­mo­wy nos, przy­kle­jo­ny do twa­rzy kle­jem cha­rak­te­ry­za­tor­skim, ode­rwał go bez pro­ble­mu. Znów był sobą. Ro­ze­śmiał się gło­śno. W FSB-2 rze­czy­wi­ście słu­żył puł­kow­nik Kar­pow, co wię­cej, on i Bo­ur­ne byli przy­ja­ciół­mi i to wła­śnie spra­wi­ło, że Le­onid Da­ni­ło­wicz Ar­ka­din po­sta­no­wił wcie­lić się wła­śnie w nie­go. Spodo­ba­ła mu się ta iro­nia: przy­ja­ciel Bo­ur­ne’a pro­si o wy­eli­mi­no­wa­nie Bo­ur­ne’a. A w do­dat­ku Kar­pow był ni­cią sie­ci, któ­rą tkał cier­pli­wie.

Ame­ry­kań­ski po­li­tyk nie sta­no­wił żad­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa. Ar­ka­din wie­dział z całą pew­no­ścią, że jego lu­dzie nie mają po­ję­cia o tym, jak wy­glą­da Kar­pow. Mimo to, na­wet je­śli ode­bra­ny w Tre­ad­sto­ne tre­ning na­uczył go nig­dy nie zo­sta­wiać ni­cze­go przy­pad­ko­wi, miał do­sko­na­ły po­wód, by upodob­nić się do Kar­po­wa.

Ano­ni­mo­wy w tłu­mie pa­sa­że­rów, wsiadł do U-bah­nu na Ma­rien­platz. Trzy przy­stan­ki i czte­ry prze­czni­ce da­lej zna­lazł cze­ka­ją­cy na nie­go w wy­zna­czo­nym miej­scu, nie­rzu­ca­ją­cy się w oczy sa­mo­chód. Wsiadł i na­tych­miast od­je­chał w stro­nę mię­dzy­na­ro­do­we­go lot­ni­ska Fran­za Jo­se­fa Straus­sa. Miał re­zer­wa­cję na lot Lu­fthan­sy do Stam­bu­łu o pierw­szej dwa­dzie­ścia w nocy. W Stam­bu­le zła­pie sa­mo­lot do Den­pa­sar na Bali, star­tu­ją­cy o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści pięć rano. Znacz­nie ła­twiej przy­szło mu śle­dzić po­czy­na­nia Bo­ur­ne’a – lu­dzie z Ne­xt­Gen Ener­gy So­lu­tions, gdzie pra­co­wa­ła Mo­ira Tre­vor, za­wsze wie­dzie­li, gdzie po­dzie­wa się tych dwo­je – niż skraść lap­to­pa Gu­sta­va Mo­re­na, ale miał swo­ich lu­dzi na­wet u Ka­za­chów. Jed­ne­mu szczę­ście do­pi­sa­ło do tego stop­nia, że był w domu Mo­re­na go­dzi­nę przed ata­kiem sił FSB-2. Zwiał z ob­cią­ża­ją­cy­mi do­wo­da­mi, któ­re po­słu­żą te­raz do zło­że­nia Ab­dul­la­ha Chu­rie­go dwa me­try pod zie­mią. Gdy tyl­ko Ar­ka­din za­strze­li Bo­ur­ne’a.

• • •

Ja­son Bo­ur­ne zy­skał spo­kój. Dłu­ga ża­ło­ba po Ma­rie skoń­czy­ła się wresz­cie, po­czu­cie winy już mu nie cią­ży­ło. W tej chwi­li le­żał obok Mo­iry na bale, wiel­kiej ba­lij­skiej le­żan­ce, osło­nię­tej strze­chą opar­tą na czte­rech drew­nia­nych słup­kach i wpusz­czo­nej w ścian­kę ba­se­nu z jed­nej stro­ny otwie­ra­ją­ce­go się na cie­śni­nę Lom­bok, któ­rej wody ob­le­wa­ją po­łu­dnio­wo-wschod­ni brzeg Bali. Po­nie­waż Ba­lij­czy­cy wi­dzą wszyst­ko i nie za­po­mi­na­ją ni­cze­go, już po pierw­szym dniu po­by­tu usta­wia­no im bale co rano, kie­dy pły­wa­li przed śnia­da­niem, a kel­ner­ka bez py­ta­nia przy­no­si­ła drin­ka, któ­re­go Mo­ira lu­bi­ła naj­bar­dziej, bali sun­ri­se: schło­dzo­na cy­try­na, man­go i sok z ma­ra­kui.

– Nie ma tu cza­su, jest tyl­ko czas – po­wie­dzia­ła roz­ma­rzo­na Mo­ira.

– To zna­czy? – Bo­ur­ne po­ru­szył się przy jej boku.

– Wiesz, któ­ra go­dzi­na?

– Nie i nic mnie to nie ob­cho­dzi.

– No wła­śnie. Je­ste­śmy tu dzie­sięć dni, a mnie się wy­da­je, że dzie­sięć mie­się­cy. – Mo­ira się ro­ze­śmia­ła. – Co na­le­ży ro­zu­mieć w naj­lep­szym moż­li­wym sen­sie.

Je­rzy­ki ni­czym nie­to­pe­rze po­la­ty­wa­ły od drze­wa do drze­wa, a cza­sa­mi nie­mal mu­ska­ły skrzy­dła­mi lu­stro wody naj­wyż­sze­go z ba­se­nów. Le­d­wie sły­szal­ny szmer spa­da­ją­cej z nie­wiel­kiej wy­so­ko­ści wody ko­ły­sał do snu. Za­le­d­wie chwi­lę temu dwie miej­sco­we małe dziew­czyn­ki ob­da­ro­wa­ły ich świe­ży­mi kwia­ta­mi w mi­sie z pal­mo­wych li­ści wła­sno­ręcz­nie przez nich zszy­tych i po­wie­trze prze­sy­cał eg­zo­tycz­ny za­pach plu­me­rii i tu­be­ro­zy.

Mo­ira ob­ró­ci­ła się i po­pa­trzy­ła na nie­go.

– Jest wła­śnie tak, jak mó­wią: na Bali czas stoi w miej­scu i ten bez­ruch obej­mu­je wie­le dłu­go­ści ludz­kie­go ży­cia.

Bo­ur­ne, przy­mknąw­szy oczy, my­ślał o in­nym ży­ciu, swo­im ży­ciu, ale przy­wo­ły­wa­ne z pa­mię­ci ob­ra­zy były nie­wy­raź­ne, mrocz­ne, jak film rzu­ca­ny na ekran przez pro­jek­tor z wa­dli­wą lam­pą. Wie­dział, że kie­dyś już tu był. Po­wiew wia­tru, ko­ją­cy szum mo­rza, uśmiech lu­dzi, sama wy­spa bu­dzi­ła echa w jego ser­cu. Było to déjà vu, owszem, ale tak­że coś wię­cej. Coś go tu przy­wo­ła­ło, coś przy­cią­gnę­ło go tak, jak ma­gne­tycz­na pół­noc przy­cią­ga igłę kom­pa­su, a te­raz, gdy był już na miej­scu, od­czu­wał owo coś tak, jak­by było na wy­cią­gnię­cie ręki. A jed­nak nie da­wa­ło się do­tknąć.

Co tu się sta­ło? Coś waż­ne­go, coś, o czym po­wi­nien pa­mię­tać. Za­padł głę­biej w sen o ży­ciu ta­kim, ja­kie pro­wa­dził. W tym śnie włó­czył się po Bali, aż tra­fił nad brzeg Oce­anu In­dyj­skie­go i zo­ba­czył wzno­szą­cy się z kre­mo­wej fali przy­pły­wu słup ognia, się­ga­ją­cy czy­ste­go, błę­kit­ne­go nie­ba, prze­bi­ja­ją­cy je, się­ga­ją­cy słoń­ca swym wierz­choł­kiem. A on ni­czym cień szedł po pia­sku mięk­kim jak talk. Szedł wprost w ogień.

• • •

Kie­dy tego wie­czo­ru scho­dzi­li zbo­czem kli­fu, na któ­re­go szczy­cie przy­siadł ho­tel, do klu­bu pla­żo­we­go, Mo­ira za­trzy­ma­ła się przy jed­nej z ka­pli­czek, któ­rych wie­le było w oko­li­cy. Ka­plicz­ką tą był głaz przy­kry­ty płót­nem w czar­no-bia­łą kra­tę. Mała żół­ta pa­ra­sol­ka ocie­nia­ła zło­żo­ne na nim dary: ja­skra­we, ko­lo­ro­we kwia­ty w ko­szycz­kach uple­cio­nych z li­ści pal­mo­wych. Płót­no i pa­ra­sol­ka ozna­cza­ły, że du­chy znaj­du­ją się gdzieś w po­bli­żu. Wzór płót­na też miał swe zna­cze­nie, czerń i biel sym­bo­li­zo­wa­ła ty­po­wy dla bali du­alizm bo­gów i de­mo­nów, do­bra i zła.

Mo­ira zrzu­ci­ła san­da­ły, we­szła na pro­sto­kąt­ny ka­mień przed świą­tyn­ką, zło­ży­ła dło­nie tak, że sty­ka­ły się pal­ca­mi na wy­so­ko­ści czo­ła i po­chy­li­ła gło­wę.

– Nie wie­dzia­łem – po­wie­dział Bo­ur­ne, gdy skoń­czy­ła mo­dły – że prak­ty­ku­jesz hin­du­izm.

Mo­ira pod­nio­sła san­da­ły. Trzy­ma­ła je w ręce opusz­czo­nej swo­bod­nie wzdłuż cia­ła.

– Dzię­ko­wa­łam du­cho­wi za czas, któ­ry tu spę­dzi­li­śmy, i za wszyst­kie dary, któ­re ofe­ro­wa­ła nam Bali. – Uśmiech­nę­ła się kpią­co. – Po­dzię­ko­wa­łam też du­cho­wi pro­siacz­ka, któ­re­go je­dli­śmy wczo­raj, za to, że się dla nas po­świę­cił.

Za­re­zer­wo­wa­li cały wie­czór w klu­bie pla­żo­wym tyl­ko dla sie­bie. Na miej­scu cze­ka­ły już na nich ręcz­ni­ki, a tak­że zmro­żo­ne szklan­ki las­si z man­go, dzba­ny so­ków, owo­ców tro­pi­kal­nych i wody. Ob­słu­ga wy­co­fa­ła się dys­kret­nie do po­zba­wio­nej okien po­moc­ni­czej kuch­ni.

Spę­dzi­li go­dzi­nę w oce­anie, pły­wa­jąc tuż za li­nią fal. Cie­pła woda otu­la­ła ich skó­rę mięk­ko jak ak­sa­mit. Po ciem­nej pla­ży bie­ga­ły kra­by pu­stel­ni­ki, jak zwy­kle ma­ją­ce swe nie­cier­pią­ce zwło­ki in­te­re­sy, a tu i tam moż­na było na­wet zo­ba­czyć nie­to­pe­rze, to wla­tu­ją­ce do ja­ski­ni znaj­du­ją­cej się po dru­giej stro­nie pla­ży, tuż za skal­ną ko­lum­ną wień­czą­cą za­chod­ni kra­niec jej pół­księ­ży­ca, to znów z niej wy­la­tu­ją­ce.

Po ką­pie­li po­pi­ja­li las­si w ba­se­nie, strze­że­ni przez wiel­ką drew­nia­ną, uśmiech­nię­tą świ­nię z ob­ro­żą z kó­łek na szyi i ko­ro­nie na łbie, nad usza­mi.

– Ona się uśmie­cha – po­wie­dzia­ła Mo­ira. – Uśmie­cha się, bo zło­ży­łam hołd pro­siacz­ko­wi.

Po­tem zro­bi­li kil­ka kó­łek w ba­se­nie. Spo­tka­li się pod roz­po­star­ty­mi nad wodą ga­łę­zia­mi wspa­nia­łej plu­me­rii, po­kry­ty­mi żół­to­bia­ły­mi i żół­ty­mi kwia­ta­mi. Ukry­ci pod nimi, moc­no do sie­bie przy­tu­le­ni, ob­ser­wo­wa­li księ­życ, to po­ja­wia­ją­cy się, to zni­ka­ją­cy za chmu­ra­mi. Po­ry­wy wia­tru szar­pa­ły li­ść­mi dzie­się­cio­me­tro­wych palm ro­sną­cych rzę­dem przy brze­gu ba­se­nu od stro­ny pla­ży; ich pnie z bla­dych sta­wa­ły się co­raz ciem­niej­sze.

– To już pra­wie ko­niec, Ja­so­nie.

– Ko­niec cze­go?

– Tego. – Mo­ira po­ru­szy­ła dło­nią, któ­ra pod wodą wy­glą­da­ła jak chy­ża ryb­ka. – Tego wszyst­kie­go. Zo­sta­ło nam tyl­ko kil­ka dni.

Bo­ur­ne przy­glą­dał się księ­ży­co­wi ga­sną­ce­mu za za­sło­ną chmur. Chwi­lę po­tem po­czuł, że na twarz pa­da­ją mu kro­ple, i zo­ba­czył, jak woda w ba­se­nie po­kry­wa się gę­sią skór­ką desz­czu.

Mo­ira po­ło­ży­ła mu gło­wę na ra­mie­niu. Schro­ni­ła się głę­biej w cie­niu plu­me­rii.

– Co bę­dzie z nami? – spy­ta­ła.

Wie­dział, że nie ocze­ku­je od­po­wie­dzi, spraw­dza tyl­ko smak tych słów na war­gach. Czuł bli­skość jej cia­ła i źró­dło cie­pła w wo­dzie, tuż przy ser­cu. To była do­bra bli­skość, do­bre cie­pło. Uspo­ka­ja­ło. Na­gle po­czuł się sen­ny.

– Ja­so­nie, co bę­dziesz ro­bił, kie­dy wró­ci­my?

– Nie wiem – od­po­wie­dział zgod­nie z praw­dą. – Jesz­cze o tym nie my­śla­łem.

Za­sta­no­wił się w tym mo­men­cie, czy nie po­wi­nien wy­je­chać wraz z nią. Lecz jak mógł­by wy­je­chać, sko­ro cze­ka tu na nie­go coś z jego prze­szło­ści, tak bli­skie, że czu­je jego od­dech na kar­ku? Nie wspo­mniał jed­nak o tym ani sło­wem, po­nie­waż gdy­by wspo­mniał, mu­siał­by wdać się w wy­ja­śnie­nia, a prze­cież nie po­tra­fi ni­cze­go wy­ja­śnić. Dys­po­nu­je wy­łącz­nie prze­czu­cia­mi. Ileż to razy ży­cie oca­li­ły mu wy­łącz­nie prze­czu­cia?

– Nie wra­cam do Ne­xt­Ge­nu.

Te sło­wa przy­cią­gnę­ły jego uwa­gę.

– Kie­dy pod­ję­łaś de­cy­zję? – spy­tał.

– Pod­czas na­sze­go po­by­tu. – Uśmiech­nę­ła się. – At­mos­fe­ra Bali naj­wy­raź­niej sprzy­ja ry­zy­kow­nym de­cy­zjom. Przy­le­cia­łam tu tuż przed pod­ję­ciem pra­cy w Black Ri­ver. Naj­wy­raź­niej jest to wy­spa prze­mian, przy­najm­niej dla mnie.

– Co chcesz ro­bić?

– Za­ło­żyć wła­sną fir­mę kon­tro­li ry­zy­ka.

– Miłe. – Bo­ur­ne uśmiech­nął się lek­ko. – Bez­po­śred­nią kon­ku­rent­kę Black Ri­ver.

– Je­śli spoj­rzeć na to z tej stro­ny…

– Lu­dzie tak będą pa­trzy­li.

Pa­da­ło co­raz moc­niej, li­ście palm ko­ły­sa­ły się i zde­rza­ły ze sobą, nie spo­sób było do­strzec nie­ba.

– To może być nie­bez­piecz­ne – do­dał Bo­ur­ne.

– Ży­cie jest nie­bez­piecz­ne, Ja­so­nie. Jak wszyst­ko, czym rzą­dzi cha­os.

– Nie spo­sób się z tym nie zgo­dzić. No, ale jest jesz­cze twój były szef, Noah Pe­ter­sen.

– To jego ope­ra­cyj­ne na­zwi­sko. Na­praw­dę na­zy­wa się Per­lis.

Bo­ur­ne pod­niósł gło­wę. Ob­ser­wo­wał bia­łe kwia­ty opa­da­ją­ce wo­kół nich ni­czym płat­ki śnie­gu. Słod­ka woń plu­me­rii mie­sza­ła się ze świe­żym za­pa­chem desz­czu.

– Per­lis nie spra­wiał wra­że­nia za­chwy­co­ne­go, kie­dy dwa ty­go­dnie temu wpa­dłaś na nie­go w Mo­na­chium.

– Noah nie bywa za­chwy­co­ny. – Mo­ira moc­niej przy­tu­li­ła się do Ja­so­na. – Da­łam spo­kój pró­bom za­do­wo­le­nia go pół roku przed odej­ściem z Black Ri­ver. Ro­bo­ta głu­pie­go.

– Po­zo­sta­je fak­tem, że mie­li­śmy ra­cję w spra­wie ata­ku ter­ro­ry­stycz­ne­go na ga­zo­wiec, a on się my­lił, i za­ło­żę się, o ile chcesz, że o tym nie za­po­mniał. Je­śli te­raz wtar­gniesz na jego te­ry­to­rium, zro­bisz so­bie z nie­go śmier­tel­ne­go wro­ga.

Ro­ze­śmia­ła się ci­cho.

– I kto to mówi!

– Ar­ka­din nie żyje – oświad­czył rze­czo­wo Bo­ur­ne. – Sko­czył z po­kła­du ga­zow­ca do oce­anu przy Palm Be­ach. Nie prze­żył. Nikt nie zdo­łał­by prze­żyć cze­goś ta­kie­go.

– Był wy­two­rem Tre­ad­sto­ne, praw­da? Czy nie o tym po­wie­dział ci Wil­lard?

– Zda­niem Wil­lar­da, któ­ry był przy tym obec­ny, Ar­ka­din był pierw­szym suk­ce­sem Alek­sa Con­kli­na… i za­ra­zem jego pierw­szą klę­ską. Przy­słał go do Con­kli­na Sie­mion Iku­pow, współ­do­wo­dzą­cy Czar­nym Le­gio­nem i Bra­ter­stwem Wscho­du, póki Ar­ka­din nie za­bił go z ze­msty za to, że za­strze­lił jego dziew­czy­nę.

– A jego taj­ny part­ner, Asher Se­ver, twój nie­gdy­siej­szy men­tor, leży w śpiącz­ce, z któ­rej nig­dy się nie obu­dzi.

– W koń­cu wszy­scy do­sta­je­my to, na co za­słu­ży­li­śmy – po­wie­dział Bo­ur­ne z go­ry­czą.

Mo­ira wró­ci­ła do te­ma­tu Tre­ad­sto­ne.

– We­dług tego, co mó­wił Wil­lard, ce­lem Con­kli­na było wy­pro­du­ko­wa­nie nie­zwy­cię­żo­ne­go wo­jow­ni­ka, praw­dzi­wej ma­szy­ny bo­jo­wej.

– Stwo­rzył Ar­ka­di­na, ale Ar­ka­din uciekł z pro­gra­mu, wró­cił do Ro­sji i na­ro­bił strasz­ne­go za­mie­sza­nia, wy­naj­mu­jąc się gło­wom róż­nych mo­skiew­skich grup­pie­ro­wek.

– A ty zo­sta­łeś jego na­stęp­cą… i do­wo­dem jego trium­fu.

– Nie w oczach dy­rek­to­rów wy­dzia­łów Cen­tra­li Wy­wia­du – za­uwa­żył Bo­ur­ne. – Wo­le­li­by już nig­dy mnie nie zo­ba­czyć. Za­strze­lić i mieć spo­kój.

– Co im nie prze­szka­dza­ło zmu­szać cię do współ­pra­cy, je­śli aku­rat uzna­wa­li to za przy­dat­ne.

– Z tym na szczę­ście ko­niec.

Mo­ira po­sta­no­wi­ła znów zmie­nić te­mat… i w tym mo­men­cie wy­łą­czo­no elek­trycz­ność. Oświe­tle­nie ba­se­nu oraz na­le­żą­cej do klu­bu pla­ży zga­sło, nie­sio­ny wia­trem deszcz chło­stał ich w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. Bo­ur­ne wy­tę­żył wszyst­kie zmy­sły, Mo­ira czu­ła, że pró­bu­je ją ode­pchnąć, wstać, po­przez mrok od­kryć źró­dło awa­rii.

– Ja­so­nie – szep­nę­ła. – Wszyst­ko w po­rząd­ku. Tu je­ste­śmy bez­piecz­ni.

Wspól­nie, nadal przy­tu­le­ni, prze­su­nę­li się w wo­dzie z miej­sca, gdzie sie­dzie­li, pod prze­ciw­le­głą ścia­nę. Mo­ira czu­ła przy­spie­szo­ne bi­cie jego ser­ca, pod­wyż­szo­ną ak­tyw­ność zmy­słów, ocze­ki­wa­nie na coś strasz­ne­go, co może zda­rzyć się w każ­dej chwi­li. W tym mo­men­cie mo­gła wresz­cie wej­rzeć w jego ży­cie tak głę­bo­ko, jak nig­dy do­tąd.

Pra­gnę­ła po­wtó­rzyć raz jesz­cze, że nie ma się cze­go bać, że na Bali prze­rwy w do­sta­wie elek­trycz­no­ści to nor­ma, ale wie­dzia­ła, że w ten spo­sób ni­cze­go nie osią­gnie. Ja­son był za­pro­gra­mo­wa­ny na ta­kie za­cho­wa­nia, nie zmie­ni tego nic, co ona po­wie lub zro­bi.

Wsłu­chi­wa­ła się w deszcz i wiatr, za­da­jąc so­bie py­ta­nie, czy usły­szał coś, cze­go nie sły­sza­ła ona. Po­czu­ła chwi­lo­we ukłu­cie nie­po­ko­ju… a je­śli nie był to zwy­kły brak prą­du? Je­śli tro­pią ich wro­go­wie Ja­so­na?

Świa­tła roz­bły­sły na­gle, skła­nia­jąc ją do śmie­chu. Oka­za­ła się taka głu­pia!

– Mó­wi­łam ci – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc uśmiech­nię­te­go du­cha świ­ni – że je­ste­śmy pod jego opie­ką.

Bo­ur­ne za­nu­rzył się w wo­dzie.

– Nie ma uciecz­ki – wes­tchnął. – Na­wet tu.

– Nie wie­rzysz w du­chy, do­bre czy złe, praw­da, Ja­so­nie?

– Nie mogę so­bie na to po­zwo­lić. Wi­dzia­łem zbyt wie­le rze­czy­wi­ste­go zła.

Spo­sób, w jaki to po­wie­dział, skie­ro­wał uwa­gę Mo­iry na te­mat w tej chwi­li naj­bliż­szy jej ser­cu.

– Mu­szę zna­leźć i za­trud­nić lu­dzi. Na­tych­miast. Z pew­no­ścią bę­dzie­my się te­raz rza­dziej wi­dy­wa­li, przy­najm­niej do­pó­ki nie uru­cho­mię skle­pi­ku.

– Czy to ostrze­że­nie, czy obiet­ni­ca?

Nie uszło jego uwa­gi, że w jej śmie­chu po­brzmie­wa­ła nie­pew­ność.

– No tak… de­ner­wo­wa­łam się, a tę spra­wę trze­ba było prze­cież po­ru­szyć, prę­dzej czy póź­niej.

– Dla­cze­go?

– Wiesz, jak to jest…

– Nie wiem. Ty mi po­wiedz.

Od­wró­ci­ła się w jego ra­mio­nach, ob­ję­ła go no­ga­mi. Sły­sze­li tyl­ko szum desz­czu ude­rza­ją­ce­go w li­ście palm i marsz­czą­ce­go wodę w ba­se­nie.

– Ja­so­nie, nie je­ste­śmy tego ro­dza­ju ludź­mi… to zna­czy pro­wa­dzi­my ży­cie, w któ­rym trud­no jest o coś sta­łe­go, zwłasz­cza sta­ły zwią­zek…

Bo­ur­ne uciął tę prze­mo­wę po­ca­łun­kiem, a kie­dy go prze­rwa­li, żeby za­czerp­nąć od­de­chu, wy­szep­tał jej do ucha:

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Je­ste­śmy ra­zem, a kie­dy bę­dzie­my chcie­li zno­wu być ra­zem, po pro­stu tu wró­ci­my.

Mo­ira po­czu­ła, jak jej ser­ce wy­peł­nia ra­dość. Przy­tu­li­ła się do nie­go. Moc­no.

– Je­ste­śmy umó­wie­ni – od­po­wie­dzia­ła szep­tem. – O tak, je­ste­śmy umó­wie­ni.

• • •

Sa­mo­lot z Sin­ga­pu­ru wy­lą­do­wał o cza­sie. Na sta­no­wi­sku od­pra­wy Ar­ka­din za­pła­cił za wizę wjaz­do­wą, po czym prze­szedł szyb­ko przez ter­mi­nal do mę­skiej to­a­le­ty. Wszedł do ka­bi­ny, spraw­dził, czy drzwi są do­kład­nie za­mknię­te. Z prze­wie­szo­nej przez ra­mię tor­by wy­jął bul­wia­sty la­tek­so­wy nos, trzy sło­iki sce­nicz­ne­go ma­ki­ja­żu, mięk­kie pla­sti­ko­we wkład­ki pod po­licz­ki i sza­re szkła kon­tak­to­we, któ­rych użył już raz, w Mo­na­chium. Co naj­wy­żej po ośmiu mi­nu­tach wy­szedł z ka­bi­ny i sta­nął przed jed­nym z lu­ster umiesz­czo­nych nad rzę­dem umy­wa­lek. Znów wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak przy­ja­ciel Bo­ur­ne’a, puł­kow­nik FSB-2 Bo­ris Kar­pow.

Spa­ko­wał tor­bę i wy­szedł z lot­ni­sko­we­go ter­mi­na­lu w upał i tłum kłę­bią­cych się wo­kół nie­go lu­dzi. Kli­ma­ty­za­cja tak­sów­ki wy­da­ła mu się bło­go­sła­wień­stwem. Kie­dy wy­jeż­dża­li z lot­ni­ska Ngu­rah Rai In­ter­na­tio­nal, po­chy­lił się i po­wie­dział do kie­row­cy: „Ba­zar Ba­dung”. Chło­pak ski­nął gło­wą, uśmiech­nął się i wraz z ar­ma­dą dzie­cia­ków na sku­te­rach na­tych­miast utknął za ogrom­ną cię­ża­rów­ką wlo­ką­cą się w stro­nę pro­mu na Lom­bok.

Po kosz­mar­nych dwu­dzie­stu mi­nu­tach, pod­czas któ­rych zdo­ła­li wy­prze­dzić cię­ża­rów­kę, roz­pę­dza­jąc ruch na prze­ciw­nym pa­sie, za­ba­wi­li się w „kto pierw­szy ustą­pi” z parą na­sto­lat­ków na mo­to­rach i omal nie prze­je­cha­li jed­ne­go z ty­się­cy ży­ją­cych na wy­spie zdzi­cza­łych psów, do­tar­li wresz­cie na Jl. Ga­jah Mada, znaj­du­ją­ce się po prze­ciw­nej stro­nie rze­ki Ba­dung. Tak­sów­ka zwol­ni­ła, wlo­kła się w śli­ma­czym tem­pie, aż wresz­cie tłu­my za­trzy­ma­ły ją na do­bre. Ar­ka­din za­pła­cił kie­row­cy do­dat­ko­wo za to, by krę­cił się po oko­li­cy, póki on nie wró­ci, po czym wszedł na kry­ty ba­zar.

I na­tych­miast po­grą­żył się w chmu­rze ostrych za­pa­chów – pa­sty z czar­nych kre­we­tek, róż­nych ro­dza­jów chi­li, czosn­ku, ka­ru­puk, cy­na­mo­nu, pal­czat­ki cy­try­no­wej, li­ści pan­da­nu, al­pi­nii, ken­tio­ru i li­ści lau­ro­wych – i krzy­kli­wych gło­sów sprze­daw­ców, ofe­ru­ją­cych do­słow­nie wszyst­ko, od bo­jo­wych ko­gu­tów o pió­rach po­ma­lo­wa­nych na ró­żo­wo i po­ma­rań­czo­wo po­cząw­szy, na ży­wych pro­sia­kach, skrę­po­wa­nych i przy­wią­za­nych do bam­bu­so­wych drą­gów w celu uła­twie­nia ich trans­por­tu skoń­czyw­szy.

Mi­jał stra­gan wy­peł­nio­ny sze­ro­ki­mi ko­sza­mi przy­praw. Sprze­daw­czy­ni, sta­ra ko­bie­ta po­zba­wio­na gór­nej war­gi, za­nu­rzy­ła szpo­nia­stą dłoń w ka­dzi wy­peł­nio­nej ko­rze­nia­mi, a po­tem wy­cią­gnę­ła ją w jego stro­nę.

– Ken­tior – po­wie­dzia­ła. – On do­bry dziś.

Ar­ka­din przyj­rzał się kłą­czu: przy­po­mi­na­ło im­bir, tyl­ko było mniej­sze. Czu­jąc obrzy­dze­nie na wi­dok za­rów­no ro­śli­ny, jak i ohyd­nej han­dlar­ki, od­su­nął kłą­cze ken­tio­ru i po­szedł da­lej.

Kie­ro­wał się do jed­ne­go ze stra­ga­nów, gdzie sprze­da­wa­no pro­sia­ki. Ktoś po­stu­kał go w ra­mię, szyb­ko, lecz lek­ko, jak­by dra­pa­ła go ku­rza łapa. Od­wró­cił się bły­ska­wicz­nie i zo­ba­czył ko­bie­tę trzy­ma­ją­cą w ra­mio­nach dziec­ko, wpa­tru­ją­cą się w nie­go bła­gal­nym wzro­kiem. Nie prze­sta­wa­ła stu­kać go brą­zo­wy­mi pal­ca­mi, jak­by tyl­ko do tego się nada­wa­ły. Zi­gno­ro­wał ją i da­lej prze­py­chał się przez tłum. Wie­dział, że gdy­by dał jej co­kol­wiek, na­tych­miast ob­legł­by go tłum że­bra­ków.

Han­dla­rzem ze środ­ko­we­go stra­ga­nu był przy­sa­dzi­sty, przy­po­mi­na­ją­cy żabę męż­czy­zna o okrą­głej twa­rzy, błysz­czą­cych czar­nych oczach, wy­raź­nie ku­le­ją­cy. Po tym, jak Ar­ka­din przed­sta­wił mu się peł­nym zda­niem wy­po­wie­dzia­nym po in­do­ne­zyj­sku, po­pro­wa­dził go w głąb na­mio­tu wśród rzę­du skrę­po­wa­nych, drżą­cych z prze­ra­że­nia, tępo pa­trzą­cych przed sie­bie pro­siąt. W naj­dal­szym, ciem­nym ką­cie le­ża­ły świń­skie tu­sze, wy­pa­tro­szo­ne, ocze­ku­ją­ce roż­na. Z wnę­trza jed­nej z nich wy­cią­gnął re­ming­to­na 700P, jego zda­niem ide­al­ne­go dla tego wła­śnie klien­ta. Ar­ka­din od­ma­wiał kon­se­kwent­nie, aż w koń­cu han­dlarz zde­cy­do­wał się przejść do pla­nu B, któ­ry oka­zał się wię­cej niż sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy: par­ker hale M85, pre­cy­zyj­ny, sa­mo­pow­ta­rzal­ny ka­ra­bin wy­bo­ro­wy o cięż­kiej lu­fie. Gwa­ran­to­wał cel­ny strzał z od­le­gło­ści do sie­dem­dzie­się­ciu me­trów. Han­dlarz do­rzu­cił do nie­go tak­że ce­low­nik Schmidt & Ben­der Po­li­ce Mark­sman II 4-16x50. Cena za te do­bra oka­za­ła się nie­co wy­gó­ro­wa­na na­wet po dłuż­szej chwi­li bar­dzo gwał­tow­nych tar­gów, któ­re znacz­nie ją ob­ni­ży­ły, ale tak bli­sko ofia­ry my­śli­wy nie miał szcze­gól­nej ocho­ty na szu­ka­nie dziu­ry w ca­łym. No i, tak czy in­a­czej, do­sta­wał to co naj­lep­sze. Na­mó­wił świ­nia­rza do do­rzu­ce­nia pu­deł­ka po­ci­sków peł­no­płasz­czo­wych M118 ka­li­bru.30 i uznał trans­ak­cję za stu­pro­cen­to­wy suk­ces. Za­pła­cił, a sprze­daw­ca spraw­nie roz­ło­żył ka­ra­bin i wraz z ce­low­ni­kiem umie­ścił go w sztyw­nej wa­liz­ce.

Idąc do wyj­ścia Ar­ka­din ku­pił so­bie kiść ba­na­nów. Sie­dząc w tak­sów­ce opusz­cza­ją­cej Den­pa­sar, jadł je me­to­dycz­nie, jed­ne­go po dru­gim. Na szo­sie szyb­kość dra­stycz­nie wzro­sła. Ruch prze­rze­dził się, co uła­twi­ło wy­prze­dza­nie dłu­gich rzę­dów wiel­kich, po­wol­nych cię­ża­ró­wek.

W Gia­ny­arze zo­ba­czył po le­wej stro­nie ba­zar pod go­łym nie­bem. Ka­zał kie­row­cy za­trzy­mać sa­mo­chód. Choć zjadł ba­na­ny, a może wła­śnie dla­te­go, w żo­łąd­ku mu bur­cza­ło; po­trze­bo­wał praw­dzi­we­go po­sił­ku. Na ba­za­rze za­mó­wił mi­skę babi gu­ling, pie­czo­ne­go pro­sia­ka, oraz po­da­wa­ny na sze­ro­kich, ja­skra­wo­zie­lo­nych li­ściach ba­na­now­ca la­war – orzech ko­ko­so­wy z pa­ska­mi przy­pra­wio­ne­go żół­wie­go mię­sa. Szcze­gól­nie od­po­wia­dał mu sos z su­ro­wej krwi. Rwał zę­ba­mi so­czy­stą wie­przo­wi­nę, ły­kał szyb­ko i na­tych­miast brał dru­gi kęs.

Ze wzglę­du na wszech­wład­nie pa­nu­ją­cy na ba­za­rze prze­raź­li­wy ha­łas czę­sto spraw­dzał te­le­fon ko­mór­ko­wy. Im dłu­żej cze­kał, tym bar­dziej wzra­sta­ło na­pię­cie, mu­siał jed­nak zdo­być się na cier­pli­wość, bo jego czło­wiek po­trze­bo­wał kil­ku dni na zo­rien­to­wa­nie się, co po­ra­bia Bo­ur­ne i jaki jest roz­kład jego dnia. Mimo to de­ner­wo­wał się w spo­sób bar­dzo dla sie­bie nie­ty­po­wy. Zło­żył to na karb bli­sko­ści Bo­ur­ne’a. Było w tym czło­wie­ku coś, co spo­wo­do­wa­ło, że za­lazł mu za skó­rę, stał się czymś w ro­dza­ju swę­dzą­cej wy­syp­ki w miej­scu, w któ­re nie spo­sób się po­dra­pać.

Ar­ka­din spró­bo­wał się opa­no­wać i za­miast roz­my­ślać o te­raź­niej­szo­ści, wró­cił pa­mię­cią do zda­rzeń, któ­re go tu przy­wio­dły. Za­le­d­wie dwa ty­go­dnie temu Bo­ur­ne wy­rzu­cił go za bur­tę ga­zow­ca. Lot ku po­wierzch­ni Pa­cy­fi­ku trwał dłu­go, więc miał czas przy­go­to­wać się do lą­do­wa­nia, czy­niąc z cia­ła włócz­nię, spa­da­ją­cą ide­al­nie pio­no­wo, dzię­ki cze­mu ude­rze­nie o po­wierzch­nię wody nie zła­ma­ło mu krę­go­słu­pa ani nie skrę­ci­ło kar­ku. Z wiel­ką szyb­ko­ścią ude­rzył w ta­flę wody no­ga­mi, a na­stęp­nie za­nu­rzył się w świat mro­ku i chło­du tak strasz­ne­go, że aż po­czuł go w ko­ściach. Póź­niej za­czął wy­pły­wać.

Gdy po­ja­wił się na po­wierzch­ni, ga­zo­wiec był już małą krop­ką na ho­ry­zon­cie, zmie­rza­ją­cą raź­no ku na­brze­żom Long Be­ach. Ar­ka­din po­ru­szył rę­ka­mi i ob­ró­cił się do­oko­ła w spo­sób, w jaki ka­pi­tan okrę­tu pod­wod­ne­go mógł­by ob­ró­cić pe­ry­sko­pem, by zo­rien­to­wać się w po­ło­że­niu lądu, je­śli w polu wi­dze­nia w ogó­le znaj­do­wał się ja­kiś ląd. Naj­bli­żej nie­go prze­pły­wał w tej chwi­li traw­ler. Nie chciał mieć z nim nic wspól­ne­go, chy­ba że sy­tu­acja zro­bi­ła­by się roz­pacz­li­wa. Ka­pi­tan czuł­by się zmu­szo­ny po­in­for­mo­wać ame­ry­kań­ską Straż Przy­brzeż­ną, a tego Ar­ka­din pra­gnął unik­nąć za wszel­ką cenę, bo Bo­ur­ne z pew­no­ścią spraw­dzi za­pi­sy stra­ży.

Nie wpadł w pa­ni­kę, praw­dę mó­wiąc, nie czuł na­wet nie­po­ko­ju. Wie­dział, że nie uto­nie. Był do­sko­na­łym pły­wa­kiem o wiel­kiej sile i wy­trzy­ma­ło­ści, na któ­rą nie wpły­nę­ła zna­czą­co na­wet wy­czer­pu­ją­ca wal­ka wręcz z Bo­ur­ne’em. Nie­bo było czy­ste, tyl­ko nad sta­łym lą­dem roz­cią­ga­ła się chmu­ra się­ga­ją­ca aż po Los An­ge­les. Fale to uno­si­ły go, to ci­ska­ły nim w roz­dzie­la­ją­ce je głę­bo­kie do­li­ny. Ar­ka­din po­ru­szał no­ga­mi, utrzy­mu­jąc w wo­dzie pio­no­wą po­zy­cję. Od cza­su do cza­su nad jego gło­wą skrze­cza­ła ja­kaś cie­kaw­ska mewa.

Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach cier­pli­wość zo­sta­ła na­gro­dzo­na. Na ho­ry­zon­cie po­ja­wił się osiem­na­sto­me­tro­wy pry­wat­ny jacht, pły­ną­cy mniej wię­cej czte­ro­krot­nie szyb­ciej niż traw­ler. Wkrót­ce zna­lazł się wy­star­cza­ją­co bli­sko, by opła­ci­ło mu się za­cząć ma­chać. Jacht zmie­nił kurs nie­mal na­tych­miast.

Kwa­drans póź­niej Ar­ka­din sie­dział już na po­kła­dzie, otu­lo­ny dwo­ma ręcz­ni­ka­mi i ko­cem, po­nie­waż miał po­waż­nie wy­chło­dzo­ny or­ga­nizm. War­gi miał sine. Drżał. Wła­ści­ciel ło­dzi, fa­cet o imie­niu Man­ny, dał mu bran­dy i ka­wa­łek wło­skie­go chle­ba z se­rem.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć – po­wie­dział. – Za se­kund­kę wra­cam. Mu­szę za­mel­do­wać Stra­ży Przy­brzeż­nej o wy­ło­wie­niu roz­bit­ka. Jak się na­zy­wasz?

– Wil­ly – skła­mał Ar­ka­din. – Ale wo­lał­bym, że­byś o mnie nie mel­do­wał.

Man­ny wzru­szył po­tęż­ny­mi ra­mio­na­mi; w tym ge­ście były też prze­pro­si­ny. Był śred­nie­go wzro­stu, czer­wo­ny na twa­rzy, ły­sie­ją­cy. Ubra­nie, cho­ciaż nie­dba­łe, świad­czy­ło o za­moż­no­ści wła­ści­cie­la.

– Przy­kro mi czło­wie­ku. Ta­kie są za­sa­dy.

– Po­cze­kaj se­kund­kę, pro­szę. No więc tak to wy­glą­da… – Ar­ka­din mó­wił po an­giel­sku z no­so­wym, brzę­kli­wym ak­cen­tem Środ­ko­we­go Za­cho­du. Lata spę­dzo­ne w Ame­ry­ce przy­da­wa­ły mu się w róż­nych sy­tu­acjach. – Je­steś żo­na­ty?

– Roz­wie­dzio­ny. Dwu­krot­nie.

– Więc wi­dzisz. Wie­dzia­łem, że zro­zu­miesz. Wy­na­ją­łem łódź, żeby miło spę­dzić dzień z żoną, może po­pły­nąć do Ca­ta­li­ny na drin­ka albo coś. No i skąd mia­łem wie­dzieć, że moja dziew­czy­na się na niej scho­wa? Po­wie­dzia­łem jej, że pły­nę z kum­pla­mi na ryby, no i po­my­śla­ła so­bie, że spra­wi mi nie­spo­dzian­kę.

– Rze­czy­wi­ście, spra­wi­ła ci nie­spo­dzian­kę.

– Cał­kiem spo­rą, niech ją cho­le­ra. – Ar­ka­din do­pił bran­dy. Po­trzą­snął gło­wą. – Tak czy in­a­czej moż­na po­wie­dzieć, że do­pie­ro za­czę­ło się dziać… no wiesz, roz­pę­ta­ło się pie­kło. Nie znasz mo­jej żony. Je­śli chce, cho­ler­na z niej suka.

– Mam wra­że­nie, że chy­ba kie­dyś się z nią oże­ni­łem. – Man­ny usiadł. – A ty co? – spy­tał.

Ar­ka­din wzru­szył ra­mio­na­mi.

– A co ja mo­głem zro­bić? Wy­sko­czy­łem za bur­tę.

Man­ny od­chy­lił gło­wę do tyłu i ro­ze­śmiał się gło­śno. Klep­nął dło­nią w udo.

– No, niech mnie dia­bli! Wil­ly, ty su­kin­sy­nu!

– Te­raz już wiesz, dla­cze­go o wie­le le­piej bę­dzie, je­śli nikt się nie do­wie, że mnie wy­ło­wi­łeś.

– Ja­sne, ro­zu­miem. Mimo to…

– Man­ny, czym się zaj­mu­jesz, je­śli wol­no spy­tać?

– Mam fir­mę, któ­ra spro­wa­dza i sprze­da­je wy­so­kiej ja­ko­ści mi­kro­pro­ce­so­ry.

– No, no. Duża spra­wa. Wy­glą­da na to, że mogę mieć dla cie­bie pro­po­zy­cję, któ­ra nam obu przy­nie­sie kupę pie­nię­dzy.

Ar­ka­din do­ja­dał la­war na ba­za­rze na Gia­ny­arze. Ro­ze­śmiał się do sie­bie. Man­ny do­stał dwie­ście ty­się­cy do­la­rów i w jed­nej z nor­mal­nych do­staw dla jego fir­my przy­szedł prze­zna­czo­ny dla Ar­ka­di­na lap­top nar­ko­ty­ko­we­go kró­la Gu­sta­va Mo­re­na. FSB-2 i Ka­za­cho­wie o ni­czym się nie do­wie­dzie­li.

Zna­lazł so­bie pen­sjo­nat ze śnia­da­niem, czy­li coś, co Ba­lij­czy­cy na­zy­wa­li „wa­run­ka­mi do­mo­wy­mi”, na gra­ni­cy cen­trum Gia­ny­aru. Nim po­ło­żył się do łóż­ka, wy­jął ka­ra­bin, zło­żył go, na­ła­do­wał, roz­ła­do­wał, roz­ło­żył… i tak do­kład­nie dwa­na­ście razy. Po­tem za­su­nął mo­ski­tie­rę, po­ło­żył się na łóż­ku i ga­pił w su­fit, na­wet nie mru­ga­jąc.

Zo­ba­czył Dew­rę, du­cha Dew­ry, bla­dą, taką, jaką zna­lazł w miesz­ka­niu ar­ty­sty w Mo­na­chium, za­strze­lo­ną przez Sie­mio­na Iku­po­wa, kie­dy jej uwa­gę od­wró­cił wcho­dzą­cy do po­ko­ju Bo­ur­ne. Ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły. Szu­ka­ła cze­goś, gdy­by tyl­ko wie­dział cze­go.

Na­wet czło­wiek tak zły ma swo­je sła­bo­ści. Od śmier­ci Dew­ry Ar­ka­din prze­ko­ny­wał sam sie­bie – i w koń­cu zdo­łał prze­ko­nać – że była je­dy­ną ko­bie­tą, któ­rą ko­chał lub mógł po­ko­chać. W rze­czy­wi­sto­ści pra­gnął tyl­ko jed­ne­go: ze­msty. Za­bił Iku­po­wa, ale Bo­ur­ne żył. I wi­nien był nie tyl­ko współ­uczest­nic­twa w za­bój­stwie Dew­ry, wła­sno­ręcz­nie za­bił tak­że Mi­szę, naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la Ar­ka­di­na.

Dzię­ki nie­mu Ar­ka­din miał po co żyć. Plan pod­po­rząd­ko­wa­nia so­bie Czar­ne­go Le­gio­nu po to, by do­koń­czyć ze­mstę na Iku­po­wie i Se­ve­rze, nie wy­da­wał się wy­star­cza­ją­cy, choć nie­wąt­pli­wie był po­tęż­ny i da­le­ko­sięż­ny, znacz­nie po­tęż­niej­szy i się­ga­ją­cy da­lej, niż ci dwaj mo­gli so­bie wy­obra­zić. On jed­nak pra­gnął cze­goś wię­cej: kon­kret­ne­go celu, na któ­rym mógł­by wy­ła­do­wać swą wście­kłość.

Le­żał pod mo­ski­tie­rą, ob­le­wa­jąc się zim­nym po­tem. Mo­men­ta­mi jego umysł pło­nął, ale było i tak, że my­ślał po­wo­li, jak­by mózg wmarzł mu w ta­flę lodu. Sen, i tak rzad­ko bę­dą­cy jego to­wa­rzy­szem, tym ra­zem wy­da­wał się nie­osią­gal­ny. A jed­nak w pew­nym mo­men­cie mu­siał za­snąć, po­nie­waż na­wie­dził go sen, w któ­rym Dew­ra wy­cią­ga­ła ku nie­mu smu­kłe bia­łe ra­mio­na. Ob­jął ją, przy­tu­lił, a ona otwo­rzy­ła usta, ob­le­wa­jąc go czar­ną wy­dzie­li­ną. Była mar­twa, on jed­nak nie po­tra­fił za­po­mnieć i jej, i tego, co mu ofe­ro­wa­ła: naj­lżej­szej rysy na gra­ni­to­wym blo­ku jego du­szy, rysy, przez któ­rą prze­dzie­rał się ta­jem­ni­czy blask, sła­by i nie­okre­ślo­ny ni­czym pierw­szy ślad od­wil­ży wio­sną.

• • •

Mo­ira obu­dzi­ła się, nie czu­jąc obok sie­bie Bo­ur­ne’a. Na pół śpią­ca wsta­ła, dep­cząc płat­ki kwia­tów roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze wie­czo­rem, gdy oni ba­wi­li się w klu­bie pla­żo­wym. Zro­bi­ła kil­ka kro­ków po chłod­nych płyt­kach pod­ło­gi, prze­su­nę­ła prze­szklo­ne drzwi. Bo­ur­ne sie­dział na ta­ra­sie, z któ­re­go roz­cią­gał się wi­dok na cie­śni­nę Lom­bok. Pa­sma ło­so­sio­wej bar­wy chmur uno­si­ły się na wscho­dzie, tuż nad ho­ry­zon­tem. Choć słoń­ce jesz­cze nie wze­szło, jego pro­mie­nie już biły z nie­ba z siłą zdol­ną roz­pro­szyć ostat­nie wspo­mnie­nia nocy.

Po­de­szła do nie­go. W po­wie­trzu uno­sił się osza­ła­mia­ją­cy za­pach tu­be­roz ro­sną­cych w do­ni­cy sto­ją­cej na rat­ta­no­wym sto­le. Bo­ur­ne zdał so­bie spra­wę z jej obec­no­ści, gdy tyl­ko za­mknę­ły się drzwi, ob­ró­cił się tak, że sie­dział nie ple­ca­mi do niej, lecz bo­kiem.

Mo­ira po­ło­ży­ła mu dło­nie na ra­mio­nach.

– Co ro­bisz? – spy­ta­ła.

– My­ślę.

Po­chy­li­ła się, do­tknę­ła usta­mi jego ucha.

– O czym?

– O tym, jaką je­stem nie­wia­do­mą. Bo je­stem nie­wia­do­mą na­wet dla sie­bie.

W jak­że cha­rak­te­ry­stycz­ny dla Bo­ur­ne’a spo­sób w jego gło­sie nie było śla­du uża­la­nia się nad sobą. Brzmia­ła w nim wy­łącz­nie fru­stra­cja.

Mo­ira za­sta­na­wia­ła się przez chwi­lę.

– Prze­cież wiesz, kie­dy się uro­dzi­łeś.

– Oczy­wi­ście. To po­czą­tek, a za­ra­zem ko­niec.

Sta­nę­ła na­prze­ciw­ko nie­go.

– Może uda­ło­by się nam coś na to po­ra­dzić – po­wie­dzia­ła.

– Co masz na my­śli?

– Pół go­dzi­ny dro­gi stąd miesz­ka pe­wien męż­czy­zna. Dużo sły­sza­łam o jego nie­zwy­kłych zdol­no­ściach.

– Żar­tu­jesz, praw­da?

Mo­ira wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– A co masz do stra­ce­nia?

• • •

Roz­mo­wa od­by­ła się wresz­cie i Ar­ka­din wsko­czył na za­mó­wio­ny dzień wcze­śniej mo­to­cykl z ocho­tą, któ­rej nie czuł od dnia śmier­ci Dew­ry. Zer­k­nął na lo­kal­ną mapę i ru­szył. Mi­nął kom­pleks świą­tyn­ny w Klung­kun­gu, skrę­cił w pra­wo w Goa La­wah; czte­ro­pa­smo­wa dro­ga szyb­kie­go ru­chu za­czę­ła zbli­żać się do oce­anu. Na­gle zni­kła; wje­chał na zwy­kłą as­fal­to­wą dwu­pa­smów­kę. Gdy tyl­ko zna­lazł się na wschód od Goa La­wah, skrę­cił na pół­noc, w wą­ską dróż­kę pro­wa­dzą­cą w góry.

• • •

– Naj­pierw – po­wie­dział Su­par­wi­ta – po­daj mi dzień i mie­siąc uro­dze­nia.

– Pięt­na­sty stycz­nia.

Męż­czy­zna przy­glą­dał mu się przez bar­dzo dłu­gą chwi­lę. Sie­dział nie­ru­cho­mo na kle­pi­sku swej cha­ty. Po­ru­sza­ły się tyl­ko jego oczy, bar­dzo nie­znacz­nie, ale i bar­dzo szyb­ko, jak­by do­ko­ny­wa­ły skom­pli­ko­wa­nych ob­li­czeń ma­te­ma­tycz­nych. W koń­cu po­trzą­snął gło­wą.

– Męż­czy­zna, któ­re­go wi­dzę przed sobą, nie ist­nie­je…

– Co masz na my­śli? – spy­tał ostro Bo­ur­ne.

– …a więc nie uro­dzi­łeś się pięt­na­ste­go stycz­nia.

– Tak mówi moje świa­dec­two uro­dze­nia. – Mo­ira oso­bi­ście je od­szu­ka­ła.

– Mó­wisz mi o świa­dec­twie uro­dze­nia – Su­par­wi­ta wy­po­wia­dał sło­wa po­wo­li, ostroż­nie, jak­by każ­de z nich było wy­jąt­ko­wo cen­ne – a prze­cież to tyl­ko ka­wa­łek pa­pie­ru.

– Uśmiech­nął się; pięk­ne bia­łe zęby jak­by roz­świe­tla­ły ciem­ność. – Ja wiem to, co wiem.

Jak na Ba­lij­czy­ka był po­tęż­ny. Skó­rę miał ciem­ną, wręcz do­sko­na­le gład­ką, bez śla­du prze­bar­wie­nia czy choć­by jed­nej zmarszcz­ki, wsku­tek cze­go nie spo­sób było okre­ślić jego wie­ku, a wło­sy gę­ste, czar­ne, na­tu­ral­nie fa­lu­ją­ce, scze­sa­ne z czo­ła. Uj­mo­wa­ła je opa­ska, przy­po­mi­na­ją­ca Bo­ur­ne’owi ko­ro­nę, w jaką przy­bra­ny był duch świ­ni. Sze­ro­kie bary i po­tęż­ne ra­mio­na nie zdra­dza­ły śla­du za­chod­nio­eu­ro­pej­skiej, prze­sad­nej mu­sku­la­tu­ry. Bez­wło­se cia­ło wy­da­wa­ło się gład­kie jak szkło. Do pasa nagi, po­ni­żej pasa no­sił tra­dy­cyj­ny ba­lij­ski sa­rong, bia­ło-brą­zo­wo-czar­ny. Jego brą­zo­we sto­py rów­nież były na­gie.

Po śnia­da­niu Mo­ira i Bo­ur­ne po­je­cha­li wy­po­ży­czo­nym mo­to­cy­klem w kra­inę buj­nej zie­le­ni. Tam, przy koń­cu wą­skiej, wy­dep­ta­nej ścież­ki, w kry­tej strze­chą cha­cie miesz­kał ba­lij­ski świą­to­bli­wy mąż Su­par­wi­ta, któ­ry, jak twier­dzi­ła Mo­ira, mógł wie­dzieć coś o ta­jem­ni­czej prze­szło­ści Bo­ur­ne’a.

Po­wi­tał ich przy­jaź­nie. Nie wy­da­wał się za­sko­czo­ny, zu­peł­nie jak­by ocze­ki­wał go­ści. Ge­stem za­pro­sił ich do cha­ty, gdzie cze­kał już na nich po­czę­stu­nek: ba­lij­ska kawa i ba­na­ny w cie­ście, jed­no i dru­gie sło­dzo­ne sy­ro­pem pal­mo­wym.

– Je­śli w świa­dec­twie uro­dze­nia jest błąd – po­wie­dział Bo­ur­ne – czy po­tra­fisz po­wie­dzieć mi, kie­dy się uro­dzi­łem?

Wy­mow­ne brą­zo­we oczy ani na chwi­lę nie za­prze­sta­ły swe­go ta­jem­ni­cze­go tań­ca.

– Trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go grud­nia – po­wie­dział bez wa­ha­nia sza­man. – Wiesz, że na­szym wszech­świa­tem rzą­dzą trzej bo­go­wie: Brah­ma, stwo­rzy­ciel, Wisz­nu, opie­kun, i Szi­wa, nisz­czy­ciel. – Imię ostat­nie­go z bo­gów wy­mó­wił w cha­rak­te­ry­stycz­ny dla miesz­kań­ców spo­sób, jak­by brzmia­ło ono „Siwa”. Wa­hał się przez chwi­lę jak­by nie­pew­ny, co jesz­cze po­wi­nien do­dać. – Kie­dy stąd od­je­dziesz, znaj­dziesz się w Ten­ga­na­nie.

– Ten­ga­na­nie? – po­wtó­rzy­ła Mo­ira. – Dla­cze­go mie­li­by­śmy po­je­chać aku­rat tam?

Su­par­wi­ta uśmiech­nął się po­błaż­li­wie.

– Wio­ska sły­nie z tka­nia dwu­stron­nych ikat. Dwu­stron­ne ika­ty są świę­te, chro­nią przed de­mo­na­mi wszech­świa­ta. Tka się je wy­łącz­nie w trzech ko­lo­rach, bar­wach na­szych bo­gów: nie­bie­skim Brah­my, czer­wo­nym Wisz­nu, żół­tym Szi­wy. – Wrę­czył Mo­irze wi­zy­tów­kę. – Ku­pi­cie tam dwu­stron­ny ikat, u naj­lep­sze­go tka­cza. – Spoj­rzał na nią twar­do. – Pro­szę nie za­po­mnieć.

– Dla­cze­go mia­ła­bym za­po­mnieć? – spy­ta­ła Mo­ira.

Su­par­wi­ta znów sku­pił całą uwa­gę na Bo­ur­nie, jak­by to py­ta­nie nie za­słu­gi­wa­ło na od­po­wiedź.

– Mu­sisz więc zro­zu­mieć do­kład­nie, że gru­dzień, w któ­rym się na­ro­dzi­łeś, pod­le­ga wła­dzy Szi­wy, boga znisz­cze­nia. – Prze­rwał na chwi­lę, jak­by za­bra­kło mu od­de­chu. – Ale pro­szę, byś pa­mię­tał tak­że, że Szi­wa jest bo­giem prze­mia­ny.

Z tymi sło­wy świą­to­bli­wy mąż od­wró­cił się w stro­nę drew­nia­ne­go sto­łu, na któ­rym sta­ły rów­nież drew­nia­ne mi­ski, nie­któ­re wy­peł­nio­ne róż­ny­mi prosz­ka­mi, inne czymś wy­glą­da­ją­cym jak orze­chy, a może wy­schnię­te strą­ki? Wy­brał je­den z nich, utarł go w pu­stej mi­sce tłucz­kiem. Do­dał odro­bi­nę żół­te­go prosz­ku, po czym wsy­pał tę mie­szan­kę do nie­wiel­kie­go me­ta­lo­we­go czaj­nicz­ka, któ­ry po­sta­wił na ma­łym ogniu. Wnę­trze cha­ty wy­peł­ni­ła aro­ma­tycz­na para.

Po sied­miu mi­nu­tach Su­par­wi­ta zdjął czaj­nik z ognia. Wlał płyn do fi­li­żan­ki ze sko­ru­py ko­ko­sa wy­ło­żo­nej ma­ci­cą per­ło­wą. Bez sło­wa wrę­czył ją Bo­ur­ne’owi, a kie­dy ten się za­wa­hał, po­wie­dział: „Wy­pij, pro­szę” i jego uśmiech znów roz­świe­tlił cha­tę.

– To elik­sir z zie­lo­ne­go mle­ka ko­ko­so­we­go, kar­da­mo­nu i ken­ku­ru. Głów­nie ken­ku­ru. Wiesz, co to ta­kie­go? Mówi się na nie­go „li­lia zmar­twych­wsta­nia”. – Swo­je sło­wa zo­bra­zo­wał ru­chem ręki.

Bo­ur­ne wy­pił mik­stu­rę. Sma­ko­wa­ła kam­fo­rą.

– Co mo­żesz mi po­wie­dzieć o ży­ciu, któ­re­go nie pa­mię­tam? – spy­tał.

– Wszyst­ko – po­wie­dział Su­par­wi­ta. – I nic.

Ja­son zmarsz­czył brwi.

– Co to ma zna­czyć?

– W tej chwi­li nie mogę po­wie­dzieć ci nic wię­cej.

– Oprócz praw­dzi­wej daty uro­dze­nia nie do­wie­dzia­łem się od cie­bie ni­cze­go.

– Po­wie­dzia­łem ci wszyst­ko, co po­wi­nie­neś wie­dzieć. – Su­par­wi­ta prze­chy­lił gło­wę. – Nie je­steś go­tów na wię­cej. Z se­kun­dy na se­kun­dę Bo­ur­ne nie­cier­pli­wił się co­raz bar­dziej.

– Dla­cze­go tak mó­wisz?

Świą­to­bli­wy mąż spoj­rzał mu w oczy.

– Po­nie­waż mnie nie pa­mię­tasz.

– Spo­tka­li­śmy się już?

– Czy się spo­tka­li­śmy?

Od­po­wiedź py­ta­niem na py­ta­nie spra­wi­ła, że Bo­ur­ne ze­rwał się na rów­ne nogi, da­jąc uj­ście ha­mo­wa­ne­mu do­tąd gnie­wo­wi.

– Przy­pro­wa­dzo­no mnie tu, bym usły­szał od­po­wie­dzi! Su­par­wi­ta przy­glą­dał mu się bez­na­mięt­nie.

– Przy­sze­dłeś tu­taj, żeby ci po­wie­dzia­no to, co mu­sisz od­kryć sam.

Bo­ur­ne po­dał rękę Mo­irze i po­cią­gnął ją w górę.

– Chodź – po­wie­dział. – Idzie­my.

Wy­cho­dzi­li z cha­ty, kie­dy Su­par­wi­ta nie­ocze­ki­wa­nie po­że­gnał ich sło­wa­mi:

– Wie­cie, to wszyst­ko już się zda­rzy­ło. I bę­dzie się jesz­cze zda­rzać.

• • •

– Czy­sta stra­ta cza­su – po­wie­dział Bo­ur­ne, bio­rąc od Mo­iry klu­czy­ki.

Mo­ira usia­dła za nim na mo­to­cy­klu. Mil­cza­ła.

Je­cha­li tą samą le­śną dro­gą co po­przed­nio. W pew­nej chwi­li z dżun­gli wy­padł na ścież­kę In­do­ne­zyj­czyk o po­marsz­czo­nej twa­rzy ko­lo­ru sta­re­go ma­ho­niu, ja­dą­cy pod­ra­so­wa­nym mo­to­rem. Ru­szył w ich kie­run­ku i wy­jął broń. Bo­ur­ne za­wró­cił w miej­scu i po­pę­dził w góry.

Nie było to do­sko­na­łe miej­sce na za­sadz­kę. Wcze­śniej obej­rzał mapę, wie­dział, że lada chwi­la wy­ja­dą spo­mię­dzy drzew na po­let­ka ry­żo­we, ota­cza­ją­ce wio­skę Ten­ga­nan.

– Ka­na­ły na­wad­nia­ją­ce bie­gną nad po­let­ka­mi – po­wie­dzia­ła mu Mo­ira do ucha.

Ski­nął gło­wą. W tej sa­mej chwi­li oto­czy­ła ich żywa zie­leń ta­ra­so­wych pól błysz­czą­cych w ja­skra­wym słoń­cu. Słoń­ce pa­li­ło pra­cu­ją­cych na nich męż­czyzn i ko­bie­ty w sło­mia­nych ka­pe­lu­szach, z no­ża­mi w rę­kach, po­chy­lo­nych nad ro­sną­cy­mi na polu ro­śli­na­mi. Inni pro­wa­dzi­li za­przę­gi wlo­ką­cych się po­wo­li wo­łów, orzą­cych te po­let­ka, gdzie ryż zo­stał już ze­bra­ny, a reszt­ki ro­ślin spa­lo­ne. Ustę­po­wa­ły miej­sca in­nym ro­śli­nom – ziem­nia­kom, ostrej pa­pry­ce i dłu­giej fa­so­li – dzię­ki cze­mu ży­zna, wul­ka­nicz­na zie­mia nie po­zo­sta­wa­ła wy­ja­ło­wio­na. Tu i ów­dzie wi­dać było sztyw­no wy­pro­sto­wa­ne ko­bie­ty, nio­są­ce wiel­kie wor­ki na gło­wach. Po roz­gra­ni­cza­ją­cych po­let­ka skraw­kach zie­mi po­ru­sza­ły się ni­czym cho­dzą­cy po li­nie akro­ba­ci, ostroż­nie sta­wia­jąc sto­py w jed­nej li­nii.

Ostry trzask spra­wił, że Bo­ur­ne i Mo­ira po­chy­li­li gło­wy, na­to­miast wie­śnia­cy pod­nie­śli je i za­czę­li roz­glą­dać się do­oko­ła. Gdy tyl­ko ich mo­to­cykl wy­ło­nił się zza za­sło­ny drzew, In­do­ne­zyj­czyk otwo­rzył do nich ogień.

Bo­ur­ne skrę­cił. Je­cha­li wą­ską, zdra­dli­wą dróż­ką po­mię­dzy po­let­ka­mi.

– Co ty wy­pra­wiasz! – za­pro­te­sto­wa­ła Mo­ira. – Na otwar­tej prze­strze­ni bę­dzie do nas strze­lał jak do ka­czek.

Zbli­ża­li się do jed­ne­go z pól, przy któ­rym pło­nę­ły wy­schłe ło­dy­gi; w nie­bo wzno­sił się gę­sty dym o cha­rak­te­ry­stycz­nym ostrym za­pa­chu.

– Kie­dy bę­dzie­my obok, chwyć kil­ka! – krzyk­nął Bo­ur­ne do Mo­iry.

Na­tych­miast zro­zu­mia­ła, o co mu cho­dzi. Pra­wą ręką moc­no chwy­ci­ła go w pa­sie, od­chy­li­ła się, lewą zła­pa­ła garść pło­ną­cych ło­dyg ryżu i ci­snę­ła je za sie­bie.

In­do­ne­zyj­czyk na mo­ment stra­cił zdol­ność wi­dze­nia. Bo­ur­ne wy­ko­rzy­stał to, skrę­cił ostro w pra­wo i po­mknę­li krę­tą dróż­ką wśród la­bi­ryn­tu po­le­tek. Wie­dział, że musi być nie­zwy­kle ostroż­ny. Naj­mniej­szy błąd i wy­lą­du­ją w błot­ni­stej wo­dzie, wśród gę­sto ro­sną­ce­go ryżu. Do­pie­ro wów­czas moż­na by­ło­by na­praw­dę strze­lać do nich jak do ka­czek.

In­do­ne­zyj­czyk wy­ce­lo­wał po raz ko­lej­ny, ale na jego dro­dze po­ja­wi­ła się ko­bie­ta, a po­tem za­przęg wo­łów. Wresz­cie mu­siał scho­wać broń; po­trze­bo­wał obu rąk, by kie­ro­wać mo­to­rem na trud­niej­szej tra­sie, któ­rą wy­brał Bo­ur­ne.

A ten tym­cza­sem skrę­cił jesz­cze raz, w ścież­kę pro­wa­dzą­cą na gra­ni­cę po­le­tek. Je­cha­li w górę, mi­ja­jąc je jed­no po dru­gim, nie­któ­re nadal za­ro­śnię­te zie­lo­ny­mi ro­śli­na­mi, nie­któ­re bru­nat­ne od po­pio­łów. Wiatr niósł wzdłuż zbo­cza aro­ma­tycz­ny dym.

– Tam! – krzyk­nę­ła za­nie­po­ko­jo­na Mo­ira. – Tam!

Bo­ur­ne do­strzegł gra­ni­cę sys­te­mu iry­ga­cyj­ne­go, trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wą wstę­gę be­to­nu, po któ­rej mu­siał po­pro­wa­dzić mo­to­cykl. Cze­kał do ostat­niej chwi­li, po czym gwał­tow­nie skrę­cił w lewo. Je­chał te­raz rów­no­le­gle do naj­wyż­sze­go rzę­du ta­ra­so­wych po­le­tek, roz­cią­ga­ją­cych się po­ni­żej i two­rzą­cych osza­ła­mia­ją­cy wzór, przy­po­mi­na­ją­cy hie­ro­gli­fy, wiel­kie i ta­jem­ni­cze, wy­rzeź­bio­ne w zbo­czu góry.

In­do­ne­zyj­czyk po­wo­li zmniej­szał dzie­lą­cą ich od­le­głość, bo był drob­ny, a miał moc­ną ma­szy­nę. Dzie­li­ła ich od­le­głość tak nie­wiel­ka, że mo­gli­by po­dać so­bie wy­cią­gnię­te ręce, kie­dy Bo­ur­ne zo­ba­czył wie­śnia­ka, sta­re­go męż­czy­znę o krzy­wych no­gach i oczach jak ro­dzyn­ki. W jed­nym ręku wie­śniak trzy­mał nóż o sze­ro­kim ostrzu, w dru­gim garść świe­żo ścię­te­go ryżu. Na wi­dok dwóch zbli­ża­ją­cych się szyb­ko mo­to­cy­kli za­marł ze zdu­mie­nia. Mi­ja­jąc go, Bo­ur­ne wy­rwał mu nóż z ręki. A chwi­lę póź­niej do­strzegł po pra­wej stro­nie de­skę prze­rzu­co­ną przez wą­ski rów me­lio­ra­cyj­ny, za któ­rym roz­po­czy­na­ła się dżun­gla. Wje­chał na nią, lecz drew­no oka­za­ło się spróch­nia­łe; de­ska za­trzesz­cza­ła i pę­kła w chwi­li, gdy przed­nie koło mo­to­cy­kla zna­la­zło się na zie­mi. Ma­szy­na wpa­dła w nie­bez­piecz­ny po­ślizg, i obo­je mało nie spa­dli. Ich prze­śla­dow­ca do­dał gazu i zręcz­nie prze­sko­czył przez ka­nał. Po­je­chał za Bo­ur­ne’em i Mo­irą stro­mo opa­da­ją­cą ścież­ką, usia­ną ka­mie­nia­mi, nie­rów­ną od na pół za­głę­bio­nych w zie­mi ko­rze­ni.

Po chwi­li ścież­ka zro­bi­ła się jesz­cze bar­dziej stro­ma. Mo­ira moc­niej ob­ję­ła Ja­so­na. Czuł gwał­tow­ne bi­cie jej ser­ca i go­rą­cy od­dech na po­licz­ku. Drze­wa prze­my­ka­ły obok nich prze­ra­ża­ją­co bli­sko. Mo­to­cykl pod­ska­ki­wał na ka­mie­niach jak na­ro­wi­sty koń; Bo­ur­ne mu­siał wal­czyć, by utrzy­mać nad nim kon­tro­lę. Je­den drob­ny błąd i po­le­cą w dół, wprost na sta­re drze­wa o gru­bych, twar­dych pniach. Wy­da­wa­ło się, że dro­ga nie może być już bar­dziej stro­ma, gdy na­gle zmie­ni­ła się w rząd ka­mien­nych schod­ków, po któ­rych zje­cha­li z ło­mo­tem i trza­skiem tak szyb­ko, że pęd aż za­pie­rał dech w pier­siach. Mo­ira za­ry­zy­ko­wa­ła, obej­rza­ła się przez ra­mię. In­do­ne­zyj­czyk za­mie­rzał ich wła­śnie wy­prze­dzić.

Na­tu­ral­ne stop­nie skoń­czy­ły się na­gle, a ścież­ka sta­ła się nie­co bar­dziej prze­jezd­na. Ści­ga­ją­cy ich męż­czy­zna pró­bo­wał wy­ce­lo­wać, ale Bo­ur­ne ciął wy­rwa­nym sta­re­mu wie­śnia­ko­wi no­żem kępę bam­bu­sa. Ło­dy­gi upa­dły w po­przek ścież­ki, In­do­ne­zyj­czyk chwy­cił broń w zęby; tyl­ko wy­jąt­ko­wa zręcz­ność spra­wi­ła, że nie wy­wró­cił się i nie roz­bił o pień któ­re­goś z drzew.

Ścież­ka wy­rów­na­ła się nie­co, nie była już tak stro­ma. Mi­ja­li małe chat­ki, męż­czyzn, nie­któ­rych z sie­kie­ra­mi w dło­niach, in­nych mie­sza­ją­cych dy­mią­ce je­dze­nie w garn­kach, ko­bie­ty z dzieć­mi na rę­kach i oczy­wi­ście wszech­obec­ne zdzi­cza­łe psy, chu­de, prze­stra­szo­ne, ucie­ka­ją­ce spod kół pę­dzą­cych mo­to­cy­kli. A więc zna­leź­li się­na gra­ni­cy ja­kiejś wio­ski. Czyż­by Ten­ga­nan? – za­dał so­bie py­ta­nie Bo­ur­ne. Czy Su­par­wi­ta prze­wi­dział ten sza­leń­czy po­ścig?

Po chwi­li prze­je­cha­li przez ka­mien­ny łuk. Byli we wła­ści­wej wio­sce. Dzie­ci, gra­ją­ce w bad­min­to­na na po­dwór­ku miej­sco­wej szko­ły, od­wra­ca­ły się i sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi śle­dzi­ły prze­my­ka­ją­ce bły­ska­wicz­nie mo­to­cy­kle. Kury roz­bie­gły się, gda­cząc gło­śno, a wiel­kie, ufar­bo­wa­ne na ró­żo­wo, po­ma­rań­czo­wo i nie­bie­sko bo­jo­we ko­gu­ty pod­nie­ci­ły się do tego stop­nia, że po­przew­ra­ca­ły ple­cio­ne ko­sze, de­ner­wu­jąc kro­wy i cie­lę­ta, do tej pory le­żą­ce spo­koj­nie w cen­trum wio­ski. Jej miesz­kań­cy opu­ści­li bez­piecz­ne domy i rzu­ci­li się, by ła­pać bez­cen­ne ko­gu­ty.

Jak wszyst­kie wio­ski w gó­rach, ta też mia­ła układ ta­ra­so­wy, w grun­cie rze­czy ni­czym nie­róż­nią­cy się od ukła­du po­le­tek ry­żo­wych, i skła­da­ła się z pła­skich po­ła­ci udep­ta­nej zie­mi, po­ro­śnię­tej nędz­ną tra­wą, oraz ka­mien­nych ramp pro­wa­dzą­cych z po­zio­mu na po­ziom. Po­środ­ku znaj­do­wał się po­zba­wio­ny ja­kiej­kol­wiek za­bu­do­wy plac, na któ­rym od­by­wa­ły się zwo­ły­wa­ne przez star­szych ze­bra­nia miesz­kań­ców. Po jego obu stro­nach sta­ły skle­py bę­dą­ce czę­ścią miesz­kań, sprze­da­ją­ce jed­no­stron­ne oraz dwu­stron­ne ika­ty. Mimo cha­osu Bo­ur­ne do­strzegł szyld jed­ne­go ze skle­pów i po­czuł, jak wzdłuż krę­go­słu­pa spły­wa mu struż­ka zim­ne­go potu. Rze­czy­wi­ście, tra­fi­li do Ten­ga­na­nu. Zgod­nie z prze­po­wied­nią Su­par­wi­ty.

Cha­os, któ­ry sami wy­wo­ła­li, spo­wo­do­wał, że Bo­ur­ne prze­je­chał przez sznur z roz­wie­szo­nym na nim pra­niem, któ­ry naj­pierw wzniósł się w górę ni­czym ko­lo­ro­wy wąż, a po­tem za­trze­po­tał na wzbu­rzo­nym ich prze­jaz­dem po­wie­trzu. Ja­son zręcz­nie przy­ha­mo­wał w wą­skiej alej­ce i wy­ko­nał ob­rót o sto osiem­dzie­siąt stop­ni. Za­ry­zy­ko­wał spoj­rze­nie przez ra­mię. In­do­ne­zyj­czyk nie dał się zgu­bić. Pę­dził za nimi, fru­wa­ją­ce pra­nie nie zro­bi­ło na nim naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Bo­ur­ne przy­spie­szył gwał­tow­nie, od­sko­czył od nie­go na tyle, by za­wró­cić w miej­scu i ru­szyć wprost na nie­go. Za­mie­rzał uciec dro­gą, któ­rą tu przy­je­cha­li. I zno­wu nie uda­ło mu się za­sko­czyć In­do­ne­zyj­czy­ka, wręcz prze­ciw­nie, wy­da­wa­ło się, że prze­wi­dział tę tak­ty­kę. Za­ha­mo­wał gwał­tow­nie, chwy­cił broń i strze­lił, zmu­sza­jąc Bo­ur­ne’a do za­wró­ce­nia i kon­ty­nu­owa­nia uciecz­ki w po­przed­nim kie­run­ku. Padł ko­lej­ny strzał, kula nie­mal mu­snę­ła lewe ra­mię Ja­so­na.

Pę­dzi­li je­dy­ną do­stęp­ną im dro­gą, po nie­rów­nej ścież­ce i ka­mien­nych ram­pach. Po­ścig trwał.

• • •

Le­onid Ar­ka­din, do­sko­na­le ukry­ty wśród pla­mi­stych cie­ni dżun­gli, usły­szał ryk sil­ni­ków, za­głu­sza­ją­cy ryt­micz­ny śpiew do­bie­ga­ją­cy z wnę­trza świą­ty­ni, nad któ­rą zaj­mo­wał po­zy­cję, skąd miał do­sko­na­ły wi­dok. Pod­niósł par­ke­ra hale M85, przy­ci­snął kol­bę do ra­mie­nia. Pa­so­wa­ła do­sko­na­le. Spoj­rzał przez ce­low­nik Schmidt & Ben­der.

Był ide­al­nie spo­koj­ny, pło­nął w nim ten dziw­ny, lecz jak­że przy­dat­ny ogień, któ­ry oczy­ścił jego umysł, tak że przy­po­mi­nał nie­bo nad gło­wa­mi. Ar­ka­din był ni­czym żmi­ja na drze­wie cier­pli­wie cze­ka­ją­ca na ofia­rę. Pla­no­wał bez­błęd­nie; miej­sco­wy In­do­ne­zyj­czyk za­pę­dzał zwie­rzy­nę co­raz bli­żej sta­no­wi­ska my­śli­we­go.

Mo­to­cy­kle po­ja­wi­ły się na po­lan­ce przed świą­ty­nią na­gle, jak­by zni­kąd. Ar­ka­din ode­tchnął głę­bo­ko. Przez ce­low­nik do­sko­na­le wi­dział Bo­ur­ne’a, za­rys jego cia­ła wy­ostrzył się ni­czym kon­den­su­ją­ca się para.

• • •

Bo­ur­ne i Mo­ira wy­je­cha­li z dżun­gli na ci­chą, nie­zwy­kle spo­koj­ną po­la­nę, na któ­rej sta­ły trzy świą­ty­nie – naj­więk­sza w środ­ku, dwie mniej­sze po bo­kach. Sły­chać było je­dy­nie ryt­micz­ny war­kot sil­ni­ka. Po chwi­li Bo­ur­ne usły­szał tak­że śpiew do­bie­ga­ją­cy ze środ­ko­wej świą­ty­ni i za­trzy­mał się.

W tym mo­men­cie Ar­ka­din, któ­ry ulo­ko­wał się na nie­mal ide­al­nie po­zio­mej ga­łę­zi drze­wa, po­cią­gnął za spust. Bo­ur­ne spadł z sio­deł­ka, a Mo­ira krzyk­nę­ła prze­raź­li­wie.

Ar­ka­din od­rzu­cił ka­ra­bin i bły­ska­wicz­nie wy­cią­gnął nóż o zę­ba­tym ostrzu. Ze­sko­czył z ga­łę­zi i ru­szył w stro­nę swej ofia­ry, by po­de­rżnąć jej gar­dło, ale dro­gę za­gro­dzi­ło mu sta­do krów. Za kro­wa­mi szły ko­bie­ty nio­są­ce na gło­wach ofia­rę: owo­ce i kwia­ty, za ko­bie­ta­mi zaś dzie­ci w ce­re­mo­nial­nej pro­ce­sji zmie­rza­ją­cej do świą­ty­ni. Ar­ka­din pró­bo­wał obiec sta­do owiec, lecz jed­na z krów, za­nie­po­ko­jo­na gwał­tow­ny­mi ru­cha­mi, ob­ró­ci­ła się w jego kie­run­ku. Po­trzą­snę­ła łbem zwień­czo­nym dłu­gi­mi, ostry­mi ro­ga­mi. Pro­ce­sja na­gle się za­trzy­ma­ła w pół kro­ku, oczy uczest­ni­ków spo­czę­ły na Ar­ka­di­nie. Po raz ostat­ni spoj­rzał na za­krwa­wio­ne cia­ło Bo­ur­ne’a i znikł w dżun­gli.

Zmie­rza­ją­cy do świą­ty­ni lu­dzie pod­bie­gli do le­żą­ce­go na wznak męż­czy­zny, rzu­ca­jąc dary na tra­wę po­la­ny. Bo­ur­ne pró­bo­wał pod­nieść się, lecz nie zdo­łał. Mo­ira przy­klę­kła; po­cią­gnął ją do sie­bie, tak że jej ucho zna­la­zło się tuż przy jego ustach. Krew prze­mo­czy­ła przód jego ko­szu­li, ciem­nym stru­my­kiem spły­wa­ła na zie­mię, w któ­rą wsią­ka­ła.

Księga pierwsza

Rozdział 1

Trzy mie­sią­ce póź­niej

Dwaj mło­dzi ochro­nia­rze, uzbro­je­ni w dzie­wię­cio­mi­li­me­tro­we gloc­ki tkwią­ce w ka­bu­rach pod­ra­mien­nych, zlu­stro­wa­li oko­li­cę i wy­pro­wa­dzi­li z domu na za­moż­nym przed­mie­ściu Mo­na­chium szczu­płe­go, ner­wo­we­go męż­czy­znę. Z kry­jów­ki w cie­niu wy­ło­nił się star­szy męż­czy­zna o ciem­nej skó­rze i bie­gną­cych od ką­ci­ków ust w dół li­niach przy­po­mi­na­ją­cych wą­si­ki. Pod­szedł do nie­go i uści­snął mu dłoń. Na­stęp­nie wszy­scy trzej ze­szli ze scho­dów i wsie­dli do cze­ka­ją­ce­go na nich sa­mo­cho­du; je­den z ochro­nia­rzy za­jął miej­sce obok kie­row­cy, dru­gi usiadł z tyłu wraz ze swym ner­wo­wym pod­opiecz­nym. Spo­tka­nie, choć peł­ne na­pię­cia, było krót­kie, a sil­nik mru­czał ci­cho jak na­je­dzo­ny kot. Męż­czy­zna już roz­my­ślał nad tym, jak zre­la­cjo­nu­je gwał­tow­ne zmia­ny sy­tu­acji w Tur­cji, z któ­ry­mi wła­śnie go za­po­zna­wa­no, swo­je­mu sze­fo­wi – Ab­dul­la­ho­wi Chu­rie­mu.

Po­ra­nek był spo­koj­ny i ci­chy. Po­przy­ci­na­ne drze­wa, gę­sto po­kry­te li­ść­mi, rzu­ca­ły na chod­nik pla­my cie­nia. Po­wie­trze było ła­god­ne i chłod­ne, ale już za kil­ka go­dzin słoń­ce roz­pa­li nie­bo. Tę po­ran­ną go­dzi­nę wy­bra­no spe­cjal­nie. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi ulicz­ka była prak­tycz­nie pu­sta, tyl­ko przy jej prze­ciw­le­głym krań­cu ja­kiś chło­pak ćwi­czył jaz­dę na ro­we­rze. Z dru­giej stro­ny wy­je­cha­ła cię­ża­rów­ka Za­kła­du Oczysz­cza­nia Mia­sta. Po­tęż­ne szczot­ki ob­ra­ca­ły się szyb­ko, wcią­ga­jąc do środ­ka naj­mniej­szy na­wet śmieć, któ­ry przy­pad­kiem za­wie­ru­szył się na nie­ska­zi­tel­nej uli­cy. Ten wi­dok nie bu­dził ni­czy­je­go nie­po­ko­ju; miesz­ka­ją­cy w tej dziel­ni­cy lu­dzie mie­li swo­je ukła­dy z radą mia­sta i byli dum­ni z fak­tu, że ich ulicz­ka za­wsze jest pierw­sza sprzą­ta­na.

Sa­mo­chód ru­szył spod domu, na­bie­ra­jąc pręd­ko­ści. Jed­no­cze­śnie cię­ża­rów­ka ob­ró­ci­ła się i sta­nę­ła w po­przek uli­cy, ta­mu­jąc ruch. Kie­row­ca za­re­ago­wał in­stynk­tow­nie, bez wa­ha­nia: wrzu­cił wstecz­ny bieg i na­ci­snął gaz. Za­pisz­cza­ły opo­ny i sa­mo­chód za­czął szyb­ko od­da­lać się od cię­ża­rów­ki.

Ha­łas za­in­te­re­so­wał chłop­ca, któ­ry pod­niósł gło­wę; stał z ro­we­rem mię­dzy no­ga­mi i wy­da­wa­ło się, że od­po­czy­wa. Ale w ostat­niej chwi­li, gdy co­fa­ją­cy się sa­mo­chód był już bar­dzo bli­sko, z dru­cia­ne­go ko­szy­ka wy­jął dziw­nie wy­glą­da­ją­cą broń z nie­na­tu­ral­nie dłu­gą lufą. Wy­strze­lo­ny gra­nat o na­pę­dzie ra­kie­to­wym strza­skał tyl­ną szy­bę i sa­mo­chód eks­plo­do­wał w kuli po­ma­rań­czo­we­go ognia, w po­wie­trze wzbił się tłu­sty czar­ny dym.

Chło­piec po­chy­lił się ni­sko nad kie­row­ni­cą ro­we­ru. Je­chał szyb­ko i pew­nie, uśmie­cha­jąc się z nie­ukry­wa­ną sa­tys­fak­cją.

• • •

Tego sa­me­go dnia, wkrót­ce po po­łu­dniu, Le­onid Ar­ka­din sie­dział w mo­na­chij­skiej pi­wiar­ni, słu­cha­jąc mi­mo­wol­nie ha­ła­śli­wej mu­zy­ki i pi­ja­nych Niem­ców. Za­dzwo­nił jego te­le­fon ko­mór­ko­wy. Roz­po­znał wy­świe­tlo­ny nu­mer i wy­szedł na uli­cę, gdzie było tro­chę spo­koj­niej. Chrząk­nął tyl­ko, nie przed­sta­wia­jąc się.

– Zno­wu nie po­wio­dła się two­ja pró­ba znisz­cze­nia Bra­ter­stwa Wscho­du. – Nie­przy­jem­ny głos Ab­dul­la­ha Chu­rie­go za­brzę­czał w jego uchu jak na­tręt­na psz­czo­ła. – Dziś rano za­bi­łeś tyl­ko mo­je­go mi­ni­stra fi­nan­sów. Już mia­no­wa­łem na­stęp­ne­go.

– Nic nie ro­zu­miesz. Nie mam za­mia­ru znisz­czyć Bra­ter­stwa – po­wie­dział spo­koj­nie Ar­ka­din – tyl­ko je prze­jąć.

W od­po­wie­dzi usły­szał ochry­pły śmiech po­zba­wio­ny nie tyl­ko hu­mo­ru, lecz tak­że śla­du ludz­kich uczyć.

– Nie­za­leż­nie od tego, ilu mo­ich lu­dzi za­bi­jesz, jed­ne­go mo­żesz być pe­wien: prze­trwam wszyst­ko.

• • •

Mo­ira Tre­vor sie­dzia­ła za błysz­czą­cym chro­mem i szkłem biur­kiem w lśnią­cym czy­sto­ścią no­wym biu­rze He­ar­tland Risk Ma­na­ge­ment, LLC, jej no­wej fir­my, zaj­mu­ją­cej dwa pię­tra post­mo­der­ni­stycz­ne­go bu­dyn­ku sto­ją­ce­go w cen­trum po­łu­dnio­wo-za­chod­nie­go Wa­szyng­to­nu. Roz­ma­wia­ła przez te­le­fon ze Ste­ve’em Ste­ven­so­nem, jed­nym z jej kon­tak­tów w De­par­ta­men­cie Obro­ny. Po­zna­wa­ła szcze­gó­ły naj­now­sze­go, lu­kra­tyw­ne­go kon­trak­tu – w cią­gu ostat­nich pię­ciu ty­go­dni otrzy­ma­ła ich sześć – a jed­no­cze­śnie prze­glą­da­ła co­dzien­ne dane wy­wia­du na mo­ni­to­rze kom­pu­te­ra. Za mo­ni­to­rem sta­ło zdję­cie jej i Ja­so­na Bo­ur­ne’a. Na ich twa­rze pa­da­ło ja­sne słoń­ce Bali, a za ple­ca­mi wzno­si­ła się w nie­bo góra Agung, świę­ty wul­kan wy­spy. Wspię­li się na jej szczyt pew­ne­go ran­ka, za­nim wze­szło słoń­ce. Ona mia­ła twarz po­god­ną, bez śla­du na­pię­cia, wy­glą­da­ła dzie­sięć lat mło­dziej niż za­zwy­czaj, a Bo­ur­ne uśmie­chał się ta­jem­ni­czo. Gdy tak się uśmie­chał, prze­su­wa­ła pal­cem po jego war­gach, jak­by była nie­wi­do­ma i od­czy­ty­wa­ła w ten spo­sób ukry­te w tym uśmie­chu zna­cze­nia.

Brzę­cze­nie in­ter­ko­mu prze­rwa­ło jej roz­my­śla­nia. Drgnę­ła, z za­sko­cze­niem uświa­da­mia­jąc so­bie, że cią­gle pa­trzy na zdję­cie i błą­dzi my­śla­mi, jak to się czę­sto ostat­nio zda­rza­ło, wra­ca­jąc do wspa­nia­łych dni na Bali, nim po­strze­lo­ny Ja­son padł na zie­mię w Ten­ga­na­nie. Spoj­rza­ła na sto­ją­cy na biur­ku elek­tro­nicz­ny ze­ga­rek, sku­pi­ła się, za­koń­czy­ła roz­mo­wę, po czym po­wie­dzia­ła do in­ter­ko­mu „niech wej­dzie”.

Chwi­lę póź­niej w drzwiach po­ja­wił się Noah Per­lis, jej daw­ny prze­ło­żo­ny z Black Ri­ver, pry­wat­nej ar­mii na­jem­ni­ków, uży­wa­nej przez Sta­ny Zjed­no­czo­ne w za­pal­nych punk­tach Bli­skie­go Wscho­du. Fir­ma Mo­iry była te­raz jej bez­po­śred­nim kon­ku­ren­tem. Chu­da twarz Per­li­sa wy­da­wa­ła się bar­dziej zie­mi­sta niż zwy­kle, a wło­sy bar­dziej siwe. Miał dłu­gi nos i usta, któ­re za­po­mnia­ły już, co to śmiech lub choć­by uśmiech. Był dum­ny ze swe­go ta­len­tu do na­tych­mia­sto­wej oce­ny lu­dzi, co wy­da­wa­ło się szcze­gól­nie iro­nicz­ne, jako że szczel­na ochro­na izo­lo­wa­ła go na­wet od nie­go sa­me­go.

Mo­ira wska­za­ła jed­no ze sto­ją­cych po dru­giej stro­nie biur­ka no­wo­cze­snych, srebr­no-czar­nych krze­seł.

– Usiądź – po­wie­dzia­ła.

Nie usiadł. Stał, jak­by jed­ną nogą już był za drzwia­mi.

– Przy­sze­dłem po­wie­dzieć, że­byś dała spo­kój na­sze­mu per­so­ne­lo­wi.

– Twier­dzisz, że przy­sła­li cię jako zwy­kłe­go po­słań­ca? – Mo­ira uśmiech­nę­ła się cie­pło, choć cie­pły uśmiech zu­peł­nie nie pa­so­wał do jej na­stro­ju. Sze­ro­ko roz­sta­wio­ne, lek­ko sko­śne piw­ne oczy, wpa­trzo­ne w roz­mów­cę z wy­ra­zem szcze­re­go za­in­te­re­so­wa­nia, nie zdra­dza­ły żad­nych uczuć. Tę twarz nie­któ­rzy uzna­wa­li za nie­zwy­kle sil­ną, inni za nie­zwy­kle onie­śmie­la­ją­cą, to za­le­ża­ło od punk­tu wi­dze­nia, nie­mniej była w niej jed­nak sło­dycz, do­brze słu­żą­ca Mo­irze w stre­su­ją­cych sy­tu­acjach. Ta­kich jak ta.

Nie­mal trzy mie­sią­ce temu, kie­dy za­czę­ła or­ga­ni­zo­wać He­ar­tland, Bo­ur­ne ostrze­gał ją, że taka sy­tu­acja musi się prę­dzej czy póź­niej zda­rzyć. W pe­wien spo­sób była więc na to przy­go­to­wa­na. Dla niej Noah stał się uoso­bie­niem Black Ri­ver, zde­cy­do­wa­nie za dłu­go mu pod­le­ga­ła.

Tym­cza­sem Per­lis zro­bił kil­ka kro­ków w stro­nę biur­ka. Zdjął z bla­tu opra­wio­ną fo­to­gra­fię, od­wró­cił i przyj­rzał się jej do­kład­nie.

– Szko­da two­je­go przy­ja­cie­la – po­wie­dział. – Roz­wa­li­li go w ja­kiejś śmier­dzą­cej wio­sce gdzieś na koń­cu świa­ta. Pew­nie zła­ma­ło ci to ser­ce.

Mo­ira nie za­mie­rza­ła po­zwo­lić, by wy­pro­wa­dził ją z rów­no­wa­gi.

– Miło cię wi­dzieć.

Noah od­sta­wił fo­to­gra­fię. Uśmiech­nął się sar­do­nicz­nie.

– Lu­dzie uży­wa­ją sło­wa „miło”, kie­dy chcą grzecz­nie skła­mać.

Mo­ira za­cho­wy­wa­ła obo­jęt­ny wy­raz twa­rzy, scho­wa­ła się za nim jak za tar­czą.

– Dla­cze­go mie­li­by­śmy być dla sie­bie grzecz­ni?

Stał nie­ru­cho­mo, za­ci­ska­jąc pię­ści tak moc­no, że aż po­bie­la­ły mu pal­ce. Za­pew­ne ża­ło­wał w tej chwi­li, że nie za­ci­ska dło­ni na jej szyi.

– Je­stem cho­ler­nie po­waż­ny, Mo­iro – po­wie­dział, pa­trząc jej w oczy. Był czło­wie­kiem, któ­ry po­tra­fi prze­ra­żać, je­śli się po­sta­ra. – Dla cie­bie nie ma dro­gi od­wro­tu, ale je­śli chcesz iść przed sie­bie jak do­tąd… – Po­trzą­snął gło­wą ostrze­gaw­czo.

Mo­ira wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie wi­dzę pro­ble­mu. Praw­dę mó­wiąc, nie zo­stał ci nikt, kto speł­niał­by moje wy­ma­ga­nia etycz­ne.

Z ja­kie­goś po­wo­du od­prę­żył się po tych sło­wach i już in­nym to­nem za­py­tał:

– Dla­cze­go to ro­bisz?

– A dla­cze­go za­da­jesz mi py­ta­nia, na któ­re z góry znasz od­po­wiedź?

Pa­trzył na nią w mil­cze­niu, cze­ka­jąc, co jesz­cze ma do po­wie­dze­nia.

– Musi ist­nieć le­gal­na al­ter­na­ty­wa dla Black Ri­ver, żeby pra­cow­ni­cy nie ba­lan­so­wa­li na kra­wę­dzi pra­wa… i z niej nie spa­da­li.

– To brud­na ro­bo­ta. Kto jak kto, ale ty po­win­naś o tym wie­dzieć.

– Oczy­wi­ście, że wiem. I dla­te­go stwo­rzy­łam moją fir­mę. – Mo­ira wsta­ła, opar­ła się o biur­ko. – W tej chwi­li wszy­scy mają na ra­da­rze Iran. Nie mam za­mia­ru sie­dzieć bez­czyn­nie. Cze­kać, aż zda­rzy się tam to samo co w Afga­ni­sta­nie i Ira­ku.

Noah ob­ró­cił się na pię­cie. Pod­szedł do drzwi, po­ło­żył dłoń na klam­ce i spoj­rzał przez ra­mię. To była jego sta­ra sztucz­ka.

– Wiesz, że nie po­wstrzy­masz fali brud­nej wody. Nie bądź hi­po­kryt­ką. Bę­dziesz bro­dzi­ła w bło­cie jak my wszy­scy. Dla pie­nię­dzy. – Jego oczy błysz­cza­ły groź­nie. – Dla mi­liar­dów do­la­rów, któ­re moż­na za­ro­bić na no­wej woj­nie, no­wym te­atrze dzia­łań.