Wydawca: Armoryka Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 115 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mistrz Zachariusz. Maître Zacharius - Jules Verne, Paul Verne

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej. Version bilingue: polonaise et française.

Mistrz Zacharius to zegarmistrz, który stracił swoją duszę. Jest to fantastyczna opowieść głęboko przesiąknięta wpływem Hoffmanna. Zacharius, mistrz zegarmistrzowski mieszkający w Genewie, niedościgniony konstruktor zegarów, dążył do stworzenia zegara idealnego. Tymczasem szatan stanał mu w tym na pszeszkodzie, sprawiając, że wszystkie zegary jakie dotychczas Zacharius skonstruował stawały się psuły się... Ale pewnego dnia, zły duch złozył mu pwena propozycję, na którą zegarmistrz przystał. Co to była za propozycja i jak się jej przyjęcie skończyło dla Zachariusa, można się dowiedziec po przeczytaniu książki do końca. W tym opowiadaniu po raz pierwszy w twórczości Juliusza Verne'a pojawia się temat czasu, który najwyraźniej go fascynuje. Opowiadanie napisał we współautorstwie ze swium bratem Paulem.

Maître Zacharius ou l'horloger qui avait perdu son âme. C'est un conte fantastique profondément imprégné de l'influence d'Hoffmann. Zacharius, maître-horloger de Genève, a rendu ses horloges si régulières qu'elles sont devenues parfaites… Mais un jour, elles se dérèglent une à une. Pour la première fois dans l'œuvre de Jules Verne apparaît le thème du Temps, qui aura de nombreux dérivés, le plus célèbre étant celui que l'on retrouve dans Le Tour du monde en quatre-vingts jours. (https://fr.wikipedia.org/wiki/Jules_Verne)

Opinie o ebooku Mistrz Zachariusz. Maître Zacharius - Jules Verne, Paul Verne

Fragment ebooka Mistrz Zachariusz. Maître Zacharius - Jules Verne, Paul Verne

Jules Verne, Paul Verne

Mistrz Zachariusz Maître Zacharius

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française

Przekład anonimowy

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

 

Na okładce: Théophile Schuler (1821-1878), Ilustracja opowiadania Juliusza Verne'a "Mistrz Zachariusz" (1853),

(licencjapublic domain), źródło: http://jv.gilead.org.il/rpaul/Maître Zacharius/ (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

 

Tekst na podstawie edycji: polskiej: Juliusz Verne, Mistrz Zachariusz, "Dziennik Polski", Lwów 1886, francuskiej: Jules Verne, Maître Zacharius, J. Hetzel et Compagnie, Paris 1874

 

Copyright © 2015 by Wydawnictwo „Armoryka”

 

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl 

http://www.armoryka.pl/ 

 

ISBN 978-83-7950-098-6

 

Mistrz Zachariusz

I. ZIMOWA NOC

Miasto Genewa leży na zachodnim brzegu jeziora podobnego imienia. Rodan dzieli je na dwie poszczególne części i w środku miasta tworzy wyspę, wskutek czego jego bieg dzieli się na dwa ramiona. Położenie tego miasta jest nader korzystne; wszędzie też, gdzie rzeka podobnym płynie korytem, musi w wysokim stopniu zakwitnąć handel i przemysł. Podobne uformowane rzeki Pascal trafnie tymi nazywa słowy: „Ces chemins, qui marchent tout seuls – drogi, które idą same”. Drogi na Rodanie można nazwać nie tylko „idącymi”, ale i „biegnącymi”.

W czasie, kiedy zaczyna się nasze opowiadanie, nie wznosiły się jeszcze na wyspie tak piękne i regularne zabudowania, jak dzisiaj; przeciwnie, domy miasta były bez ładu porozrzucane, przyjemny jednak dla oka przedstawiały widok. Zdawały się one wznosić jedne ponad drugimi, gdzieniegdzie nawet, przez wzgląd na ograniczoną rozległość wyspy, zbudowane były na palach, które wynurzały się z rączych fal Rodanu. Słupy te zniszczone już zębem czasu i sczerniałe z powodu, że tak długo pozostawały w wodzie, miały fantastyczne, dziwaczne formy, niby olbrzymie nożyce raka. Hucząc i pieniąc się płynęła rzeka pośród tych słupów, między którymi rozpięte sieci rybackie poruszały się za każdym powiewem wiatru, podobne do kolosalnych, żółtawych sieci pajęczych.

Szczególnie jeden dom na wyspie zwracał na siebie uwagę każdego dla swej ciekawej, starożytnej budowy. Mieszkał w nim stary zegarmistrz Zachariusz wraz ze swą córką Gérande, czeladnikiem Aubertem Thün i starą służącą Scholastyką.

Stary ten zegarmistrz był nader niezwykłym człowiekiem. Jak długo już żył, tego niepodobna było odgadnąć; i najstarsi bowiem mieszczanie nie przypominali sobie, kiedy po raz pierwszy zobaczyli mistrza Zachariusza, idącego przez miasto z białym, bez osłony na wiatr puszczonym włosem i głową tak dziwacznie kiwającą się między ramionami. Człowiek ten był rzeczywiście szczególnym; zdawało się, że nie ma w nim żadnego życia, że umarłby, gdyby stanęły wszystkie jego zegarki. Jego suche, blade oblicze stawało się z czasem coraz ciemniejszym, jak stare obrazy Leonarda da Vinci.

Gérande zajmowała najpiękniejszy pokój w domu, którego okna wychodziły na śnieżyste szczyty gór Jury; warsztat i sypialnia jej ojca leżały zaś prawie bezpośrednio na palach, niemal na równej wysokości z powierzchnią rzeki; z miejsc tych nigdy nie wydalał się mistrz Zachariusz, wyjąwszy, kiedy szedł na obiad lub udawał się do miasta dla regulowania zegarów. Resztę dnia przepędzał on siedząc przy stoliku, na którym porozrzucane leżały rozmaite narzędzia do zegarków, po największej części przez niego samego wynalezione.

Mistrz Zachariusz był bardzo zręcznym człowiekiem, a jego wyroby szacowano w całej Francji i Niemczech. Najzdolniejsi nawet robotnicy uznawali jego wyższość; miasto Genewa uważało za zaszczyt, że było miejscem jego urodzenia, a wszyscy mieszkańcy wskazując nań, zawsze z dumą powtarzali:

– Jemu to należy się sława wynalezienia hamulca.

I rzeczywiście dopiero od tego wynalazku datuje się powstanie właściwej sztuki zegarmistrzostwa, jak to nieraz będziemy mieli sposobność przekonać się w dalszym ciągu naszego opowiadania.

Powiedzieliśmy, że przez cały dzień pracował mistrz Zachariusz w swoim warsztacie; ukończywszy dopiero pracę, kładł wszystkie narzędzia na zwykłe miejsca, okrywał je szklanym kloszem i oddalał się. Potem otwierał zwykle klapę znajdującą się w podłodze jego pracowni i spoglądając w fale Rodanu przepędzał tak całe godziny, owiany mgłami wznoszącymi się z wód rzeki.

Pewnego zimowego wieczoru zasiedli wszyscy do wieczerzy – według starego zwyczaju jedli bowiem i Scholastyka i czeladnik Aubert wspólnie ze swym państwem. Potrawy jak zwykle były bardzo smaczne i starannie przyrządzone; mimo to mistrz Zachariusz nie skosztował dziś niczego, siedział milcząc uparcie i nic nie odpowiadając na słowa Gérande, która strapiona tym jego milczeniem troskliwie wypytywała się o powód jego zmartwienia. Ale on ani jej nic nie odpowiadał, ani Scholastyce, nie zważając prawie na gadaninę starej kobiety, lubo przedtem z przyjemnością jej słuchał. Po wieczerzy podniósł się stary zegarmistrz i milcząco opuścił pokój, nikomu „dobranoc” nie powiedziawszy, ani nie pocałowawszy w czoło swej córki, co było jego zwyczajem. Zszedł potem do swej pracowni po schodach, które pod jego ciężarem lekko skrzypiały – jakby się skarżyły.

Gérande, Aubert i Scholastyka stali przez chwilę pogrążeni w głębokim milczeniu. Na dworze panowała szkaradna pogoda; wolno wlokły się ciężkie chmury ku Alpom, co chwila grożąc ulewnym deszczem. Brzydki ten stan powietrza niemile nastrajał ducha, a południowe wiatry świstały nic dobrego nie wróżąc.

– Uważam, kochana panienko – poczęła po chwili Scholastyka – że od kilku dni nasz pan zupełnie się zmienił. Maryjo dziewico! kiedy on na pytania swej córki odpowiada ciągłym milczeniem, czegóż się dziwić, że nic w usta nie weźmie? Doprawdy, wątpię, czyby kto potrafił teraz słowo z niego wydobyć.

– Ojciec ma jakieś zmartwienie – rzekła na to Gérande – na twarzy jego malował się niepokój i boleść, wyczytałam to z jego oczu...

– Panienko, nie martw się tym tak bardzo – znasz przecie dziwne nałogi mistrza Zachariusza, wiesz, że nie tak łatwo wyczytać mu myśl z czoła. Musiała go spotkać jakaś nieprzyjemność; dziś jest strapiony, jutro zapomni już o tym i będzie panienkę przepraszał, że ją zaniepokoił.

Tak starał się ją pocieszyć Aubert, czeladnik starego zegarmistrza, przy czym z lubością wpatrywał się w piękne oczy Gérande. Jego to tylko jednego przypuścił mistrz Zachariusz do uczestnictwa w swych pracach, cenił go nawet dla jego dobrych przymiotów, rozwagi, rozsądku i dobrego serca. Będąc powiernikiem ojca, przylgnął Aubert całym sercem do młodego dziewczęcia, które go nawzajem lubiło.

Gérande skończyła osiemnaście lat. Okrągła jej i rumiana twarzyczka przypominała żywo obrazy Madonny, z których oblicza najczystsza niewinność przemawia. Skromna i miła dziewczyna ubierała się w mało uderzające barwy, najczęściej odziana skromną, białą sukienką. Wychowała się pod okiem ojca w Genewie, do której nie wkradły się jeszcze wówczas suche nauki kalwinizmu.

Codziennie rano i wieczór modliła się Gérande ze swej książki do nabożeństwa; wyczytała ona także w sercu Auberta głęboką ku sobie miłość, widziała, że on skoro tylko pracę ukończył i opuszczał warsztat jej ojca, najmilej w jej towarzystwie czas spędzał.

Stara Scholastyka nie mogła nie zauważyć tego wzajemnego stosunku ich ku sobie; milczała jednak o tym i rozpowiadała tylko rozmaite plotki w mieście, które doszły jej uszu. A trzeba wiedzieć, że gdy raz zaczęła o czymś mówić, to nikt nie starał się jej przerywać; pewnie nie udałoby mu się to nawet. W tym zakresie podobna była Scholastyka do genewskich tabakierek, które raz nakręcone tak długo nie zamilkną, aż wszystkie swoje piosenki wygrają i które tylko przez popsucie można przywrócić do milczenia.

Scholastyka spostrzegłszy, że Gérande zatopiona w przykrych myślach wcale się nie odzywa, powstała, zapaliła świecę, wetknęła ją do świecznika i postawiła we framudze, obok posągu Matki Boskiej, do której codziennie modliła się Gérande, błagając o opiekę i błogosławieństwo na nadchodzącą noc i o łaskę we wszystkim.

– Cóż, kochana panienko – rzekła Scholastyka, widząc, że młoda dziewczyna nie zabiera się jeszcze do modlitwy – nie idziesz jeszcze spać? Chcesz może czuwać przez całą noc?... Ach! do czegoż to? Czyż to nie lepiej położyć się, zasnąć i śnić o pięknych rzeczach? Mój Boże! przynajmniej zapomni panna o smutku i strapieniu.

– Może by posłać po lekarza dla ojca? – odezwała się Gérande, jakby nie słysząc gadaniny starej służącej.

– Po lekarza? – zawołała Scholastyka. – Ale na cóż lekarstwa dla mistrza Zachariusza? To jego zegarki potrzebują medycyny, ale nie on sam!

– Cóż teraz uczynić wypada? – szepnęła Gérande – gdybym choć wiedziała, że ojciec udał się na spoczynek?

– Gérande! upominał ją Aubert – ręczę, że mistrzowi Zachariuszowi nic nie jest! Doznał pewnie jakiej przykrości, i to wszystko!

– Ach! ty wiesz pewnie, Aubercie, o co chodzi!

– Być może, Gérande.

– To powiedzże nam przecież – zawołała Scholastyka, gasząc świecę z roztropnej oszczędności.

– Słyszałaś zapewne, Gérande – począł młody chłopak – że od kilku dni dzieje się coś niepojętego. Wszystkie zegary, z taką troskliwością niegdyś przez twego ojca sporządzone i sprzedane, stają nagle, jeden po drugim. Właściciele odesłali już nam znaczną ich ilość; mistrz Zachariusz opatrzył je starannie i spostrzegł, że nic w nich nie jest zepsute. Rozebrał nawet wszystkie kółka i sprężyny i złożył je znowu z jeszcze większą starannością – mimo to nie mógł ich w ruch wprawić...

– Sprawcą tego wszystkiego musi być diabeł! – rzekła Scholastyka.

– Jak możesz mówić coś podobnego – odpowiedziała Gérande – wszak to jest całkiem naturalne! Wszystko na ziemi ma swój koniec i zegarki musiały więc stanąć po pewnym przeciągu czasu.

– Mimo to widocznym jest – odparł Aubert – że działa tu jakaś tajemnicza siła. Ja sam wraz z mistrzem Zachariuszem starałem się wynaleźć przyczynę nagłego zatrzymania się zegarków. Daremnie! Nic nie znalazłem i nieraz już przy tej robocie zupełne ogarnęło mię zwątpienie...

– Pytam bowiem, dlaczego wdajecie się w tę bezbożną robotę – odrzekła Scholastyka. Nigdy nie uwierzę, ażeby człowiek sam, bez żadnej pomocy, zdołał sporządzić taka małą maszynkę, która o własnej mocy idzie i wskazuje godziny. Na to są przecież zegary słoneczne.

– A czy wiesz ty, Scholastyko, kto wynalazł zegar słoneczny...

– No, któż taki?

– Kain.

– Kain! Wielki Boże! Czy to podobna?

– Chodźcie – rzekła Gérande – pomodlimy się do Boga, ażeby przywrócił życie zegarkom kochanego ojca.

– I owszem – odpowiedział Aubert – chętnie pomodlę się wraz z wami.

– O, pewnie będą to bezskuteczne modły – odrzekła stara Scholastyka – spodziewam się, że przynajmniej je Bóg wybaczy.

Zapalono na powrót świecę; Scholastyka, Gérande i Aubert uklękli następnie na ziemi i złożyli ręce do modlitwy. Młoda dziewczyna modliła się głośno, najpierw za duszę matki, potem za podróżnych, za więźniów, za dobrych i złych – ale szczególnie błagała Boga, by ukoił dziwna boleść jej ojca.

Pokrzepieni modlitwa, powstali wszyscy następnie i rozłączyli się.

Aubert wrócił do swego pokoju, Scholastyka zamknęła zaś wielkie drzwi wchodowe na dwa rygle i zgasiła ogień na kominku, po czym udała się na spoczynek i wnet spała już jak zabita.

Tylko Gérande nie myślała o spoczynku, rozmaite myśli snuły się w młodej główce dziewczęcia; zbliżyła się do okna i wyjrzała na zewnątrz.

W mieście gasły już ostatnie światła i nieprzenikniona ciemność panowała dokoła. Burza srożyła się ciągle z równą gwałtownością; hucząc toczyły się wzburzone fale Rodanu, a wicher wył i świstał uderzając silnie o dom, który trzeszczał pod jego naciskiem. Ale młoda dziewczyna nie zważała wcale na tę walkę rozhukanych żywiołów; siedząc u okna puściła ona wolny bieg swym marzeniom – jej myśl była przy ojcu. Od chwili, kiedy jej Aubert Thün odsłonił tajemnicę jego smutku, w bardzo fantastycznym świetle przedstawiło się jej życie tej tak drogiej jej istoty i żadną miarą nie mogła odpędzić od siebie tej myśli, że istnienie kochanego ojca było tylko maszyną, która sztucznie poruszała się na sprężynach.

Nagle okiennica pchnięta gwałtownym uderzeniem wichru, uderzyła z hukiem o ścianę. Obudzona z zadumy, krzyknęła Gérande, przerażona niespodzianym hałasem. Rozglądnęła się do koła, nie pojmując jednak jego przyczyny; dopiero kiedy ochłonęła nieco z przestrachu, otworzyła okno i wychyliła głowę na zewnątrz. Pogoda była okropna, deszcz lał strumieniem – zdawało się młodej dziewczynie, że chmury i rozhukane wody Rodanu złączyły się ze sobą, ażeby słaby ten dom, który trzeszczał pod naciskiem wichru, zniszczyć i z ziemia zrównać. Wychyliła się mocno – chciała przyciągnąć do siebie okiennicę, na wszystkie strony wiatrem miotaną – ale strach odjął jej siły. Postanowiła więc odejść od okna i opuścić pokój – nagle spostrzegła światło wychodzące z okna jej ojca, przez chwilę zdawało jej się nawet, że wśród wycia wichru słyszy wyraźnie głos dochodzący do jej uszu z tego samego okna... Jeszcze raz usiłowała przyciągnąć okiennicę, ale wiatr wyrwał ją ze słabych rąk dziewczyny i wpadł świszcząc do pokoju.

Dreszcz