Mistrz z Krocksley. The Croxley Master - Arthur Conan Doyle - ebook
Opis

Pewien młodzieniec wkracza na ring bokserski, by walczyć o nagrodę pieniężną, dzięki której będzie mógł zrealizować swoje życiowe plany. Sir Arthur Conan Doyle opowiada nam historię Roberta Montgomery'ego, studenta medycyny, amatorsko uprawiającego boks, który desperacko bierze udział w walkach, by zdobyć o 100-funtową nagrodę, dzięki której będzie mógł sfinansować ostatni rok edukacji medycznej. Przeciwnikiem Montgomery'ego jest górnik Croxley, zawodowiec, wytrawny weteran znany właśnie jako Mistrz Croxley.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Arthur Conan Doyle

Mistrz z Krocksley

The Croxley Master

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

Przekład anonimowym

Armoryka

Projekt okładki: Juliusz Susak

Sidney Edward Paget (1860-1908), Ilustracja opowiadania A. C. Doyle’a The Croxley Master,

licencja:public domain, źródło:

https://www.arthur-conan-doyle.com/images/d/d4/Croxley-master-strand-nov-1899-1.jpg

Tekst polski według edycji z roku 1922.

Tekst angielski z roku 1899.

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-593-7

Mistrz z Krocksley

I.

Robert Monthomeri siedział za kontuarem, wsparłszy głowę na rękach. Przejmował go przygnębiający smutek. Przed nim leżała otwarta księga apteczna, zapisana od góry do dołu receptami doktora Oldakra. Obok stała blaszana taca z drukami do recept, nieco dalej skrzynka z korkami i rząd pustych buteleczek. Wszędzie na kontuarze rozrzucone były kawałki laku.

Przez brudne okna apteki widać było ciemnoceglasty budynek fabryki i potężne, wyniosłe kominy, ginące u szczytów w kłębach czarnego dymu. Co tydzień w ciągu sześciu dni kominy wyrzucały z siebie kłęby żrącego dymu, dziś jednak z powodu niedzieli, potwory te odpoczywały. Wstrętna, brudna mgła unosiła się w powietrzu nad ziemią, którą zhańbiła i spustoszyła ludzka zachłanność. Nie było tu nic takiego, coby mogło rozjaśnić duszę, pogrążoną w smutku.

Lecz zgoła nie ten melancholijny widok napawał smutkiem pomocnika doktora Oldakra. Przygnębienie jego i apatję wywołały zgoła inne okoliczności. Oto zbliżał się okres zimowy i chwila, kiedy trzeba było wyjechać do Londynu i powrócić na uniwersytet, gdzie jeszcze rok pozostał do ukończenia studjów i otrzymania dyplomu. Lecz... Robert Monthomeri nie miał środków na opłacenie nauki i – co gorsza – nie wiedział, skąd wziąć pieniędzy. Potrzeba mu było ni mniej ni więcej tylko sześćdziesiąt funtów. To nie żarty – sześćdziesiąt funtów! Zdobycie sześćdziesięciu jest tyle prawdopodobne, co zdobycie tysiąca, bo takiej sumy nikt nie da.

Posępne rozmyślanie Roberta przerwało zjawienie się doktora Oldakra. Był to wysoki, gładko wygolony, elegancki pan z przesadnemi manjerami i szlachetno-surowym wyrazem twarzy. Zamożność i praktyka czyniła go zależnym od duchowieństwa, więc starał się o takie zachowanie, jakie było mu potrzebne do przypodobania się swym protektorom. Doktór Oldakr zachowywał pozory najwyższej godności i wymagał tego od swych podwładnych. Jego wygląd zewnętrzny i sposób wymowy nacechowane były pewną nieokreśloną wspaniałomyślnością.

Pogrążony w myślach o przyszłości student podniósł oczy na swego zwierzchnika i błysnęła mu nagła myśl do głowy. Postanowił w tej chwili zbadać, czy doktór posiada istotnie skłonności filantropijne.

– Proszę mi wybaczyć, panie doktorze, ale mam do pana wielką prośbę – rzekł, wstając.

Na twarzy doktora odmalował się wyraz niewiele obiecujący. Ściągnął usta i spuścił oczy. Potem zapytał.

– Czem panu mogę służyć, mister Monthomeri?

– Pan wie zapewne, że pozostał mi jeszcze rok do ukończenia uniwersytetu?

– Tak, mówił mi pan kiedyś.

– To dla mnie bardzo ważne, sir.

– Rzecz zupełnie zrozumiała.

– Panie doktorze, za naukę będę zmuszony zapłacić sześćdziesiąt funtów.

– Mister Monthomeri, nie mam czasu: muszę jechać do chorego.

– Na jedną chwilkę, sir... chciałem prosić o pożyczenie mi tych pieniędzy... ja panu dam weksel i procenty uiszczę. Zapewniam pana, sir, że oddam dług, albo odrobię tę należność po ukończeniu kursu.

Doktór zacisnął usta aż do przesady. W oczach jego zwróconych teraz na studenta błyskało gniewne niezadowolenie.

– Mister Monthomeri, prośba pana jest nierozsądna. Dziwię się jej i panu się dziwię. Pomyśl, sir, ilu studentów-medyków posiada Anglja. Bez wątpienia wielu z nich nie ma funduszów na kształcenie się tak, jak pan – czyż ja mam zaopatrywać w pieniądze wszystkich tych młodzieńców? Albo może panu okazać tę łaskę? W takim razie proszę mi wytłumaczyć, dlaczego miałbym względem pana robić wyjątki? Jestem rozgoryczony i onieśmielony, mister Monthomeri, i winę tego panu przypisuje. Pan właśnie wciągnął mnie w takie położenie, że musiałem panu odmówić.

Doktór zakręcił się na pięcie i z miną obrażonej godności wyszedł z apteki. Student uśmiechnął się gorzko i zabrał się znowu do przygotowywania recept. Jakże nędzna i łatwa była ta praca! Mógł ją wykonywać najsłabszy człowiek, ale nie on, posiadający niepospolitą siłę i żelazną energję. Jednak cóż było robić! Na kawałek chleba pracować w ten czy inny sposób. Za służbę u doktora Oldakra otrzymywał całodzienne życie i funt szterlingów na tydzień. Dzięki tej płacy mógł egzystować w ciągu całego lata bez troski i uciułać kilka funtów na zimę. Najgorsza tylko rzecz – ta opłata za naukę! Z pensji Robert nie mógł uskładać niezbędnej kwoty, a nadzieja cała pokładana w doktorze zawiodła. Stanowczo, niema skąd wziąć pieniędzy. Monthomeri znalazł się naprawdę w położeniu bez wyjścia. Wprawdzie ma rozum, lecz któż ceni rozum na rynku życiowym! Posiada siłę fizyczną, ale komu się ona przydać może!

Rozmyślając tak, Monthomeri nie przeczuwał, że niezbadane zrządzenia losu zbliżają mu chwilę ratunku.

– Hej, ty! – rozległ się głos podedrzwiami.

Był to głos ochrypły, ale doniosły. Monthomeri podniósł oczy. W drzwiach stał młody krępy górnik o szerokich ramionach i szyi byka. Odziany był odświętnie: w szarym ubraniu i jasnym krawacie, ale, wnosząc z oczu ciemnych i zawadjackich oraz ze szczęk i pyska, jak u buldoga, twarz jego nie wróżyła nic dobrego.

– Hej, ty! – powtórzył górnik – dlaczegoś nie przysłał mi lekarstwa według rozkazu twego pana?

Monthomeri oddawna przyzwyczaił się do otwartej i bezwiednej brutalności północnego robotnika. Początkowo ordynarne zachowanie się tego ludu doprowadzało go do wściekłości, lecz z biegiem czasu umiał być pobłażliwym i nie zwracał najmniejszej uwagi na tego rodzaju niegrzeczności. Jednakowoż w danym wypadku miał do czynienia z niezwykłem chamstwem, obmyślonem z góry, i – pogróżką.

– Z kim mam przyjemność? – zapytał chłodno.

– Jestem Barton. Pamiętaj, abym nie potrzebował przypominać ci tego nazwiska. Teraz ja tobie rozkazuję: w tej chwili mi zrób lekarstwo dla żony! W przeciwnym razie – miej się na baczności.

Monthomeri uśmiechnął się. Poczuł w sobie nagle jakąś ulgę. Jego naprężone nerwy potrzebowały wyładowania i oto odpowiednia sytuacja nastręczyła się sama. Obraza była zbyt widoczna i natarczywość zbyt wielka, aby można było liczyć się z tym gburem. Monthomeri, nie śpiesząc się zapieczętował buteleczkę, napisał receptę i postawił lekarstwo na półce.

– Słuchaj pan! – rzekł, zwracając się do górnika – pańskie lekarstwo będzie gotowe, gdy przyjdzie na nie kolej. Wtedy odeślę je panu. Teraz do apteki wstęp wzbroniony. Jeśli pan chcesz zaczekać, to proszę siąść sobie w poczekalni.

– Młodzieńcze, – odparł górnik, – ja zostanę tutaj, a ty mi niezwłocznie przygotujesz lekarstwo. Czy słyszysz: niezwłocznie, w tej chwili. Jeśli nie ulegniesz memu rozkazowi, to wiedz, że lekarstwo przyda się tobie.

– Ja bym panu nie radził wywoływać awantury – oznajmił Monthomeri dobitnie, głosem powolnym, skandując każde słowo i hamując się z widocznym trudem, – wyjdź pan spokojnie, gdyż to dla pana będzie lepiej. Jeżeli się pan nie powstrzyma, to zapewniam, że będzie źle... Ha! zachciało się panu skandalu!... Proszę, masz pan!

Uderzenia nastąpiły prawie jednocześnie. Górnik zamierzył się z całej siły, potężna jego pięść błysnęła koło ucha Monthomeri. Student odpowiedział szybko i ugodził górnika pięścią w podbródek. Uderzenie gbura uświadomiło go, że ma do czynienia z przeciwnikiem niezwykle silnym. Nie przypuszczał, aby w tym człowieku było tyle siły. Ale i górnik również nie liczył na opór i dlatego nie uniknął uderzenia.

Robotnik uderzył głową o narożną półkę, zwalił się na podłogę, skręcił nogi i rozłożył ręce. Był nieprzytomny, a z rozbitej głowy sączyła mu się krew cieniutkim strumieniem, zabarwiając tafle posadzki.

– I cóż? ma pan dosyć? – zapytał gniewnie Monthomeri, wstrzymując oddech.

Ale robotnik nie odpowiedział. W ciągu długiego czasu nie dawał znaku życia. Dopiero teraz Monthomeri zrozumiał, w jak niebezpiecznej znajdował się sytuacji. Na samą myśl o swem położeniu zbladł, jak kreda. Mój Boże! Niedziela, szlachetny doktór Oldakr, uczciwa praktyka i oto nagle bójka w aptece! Jeżeli wiadomość o tem rozejdzie się, nie pozostanie nic innego, jak rzucić posadę. Przypuśćmy, że posada jest godna pożałowania, ale czy inną można znaleźć bez referencji? Brak środków na wpisowe, teraz znów stracona posada – co dalej będzie? Poprostu rozpacz ogarnia.

Jednak może się uda zażegnać sprawę. Student chwycił za rękę swego przeciwnika, wyciągnął go na środek pokoju, rozluźnił mu krawat i zaczął nacierać twarz zmoczoną w wodzie gąbką. Robotnik westchnął, jęknął nieludzkim głosem i siadł na podłodze.

– Niech cię djabli porwą! zepsułeś mi krawat – warknął, otrząsając wodę z surduta.

– Przykro mi bardzo, żem pana tak silnie uderzył – usprawiedliwiał się Monthomeri.

– Silnie uderzył! Twoje uderzenie jest śmieszne, bo takie bicie wytrzymam w ciągu całego dnia. Nie od pięści twej upadłem, ta półka parszywa rozbiła mi łeb. No, dobrze. Chwal się żeś mnie powalił z nóg. A obecnie bądź łaskaw zrobić dla żony mojej lekarstwo.

Monthomeri spełnił prośbę skwapliwie i wydał robotnikowi lekarstwo.

– Radziłbym panu trochę odpocząć, pan jest jeszcze osłabiony – rzekł.

– Nie mogę, żona czeka na lekarstwo – odparł górnik i wysunął się z apteki.

Student podszedł do okna. Robotnik wlókł się krokiem chwiejnym, poczem spotkał go drugi robotnik, i obadwaj poszli dalej pod rękę. Widocznie górnik zwyczajem ludzi północnych nie miał pretensji za pobicie, więc doktór nie dowie się o całej sprawie. To przypuszczenie uspokoiło Monthomeri, bo szybko mokrą ścierką zatarł ślady na podłodze, zrobił w aptece porządek i zabrał się do przygotowania lekarstw. W duchu dziękował Panu Bogu, że tak ryzykowna awantura skończyła się pomyślnie.

Mimo to student czuł się nieswojo. Gorzej jednak zrobiło mu się po południu. Gdy znalazł się u siebie w mieszkaniu, weszła służąca i oznajmiła mu, że w aptece czekają na niego jacyś trzej panowie, którzy chcą z nim pomówić. Monthomeri osłupiał. Zdawało mu się, że Barton umarł, a ci panowie są jego kuzynami i przyszli zagniewani w celu pociągnięcia go przed oblicze sędziego śledczego. Badania, ajenci, więzienie i inne ponętne właściwości policyjne – ukazały się teraz wylęknionym jego oczom, jak potworne widziadła. Poszedł do apteki, ale nie mógł opanować zdenerwowania.

Czekał na niego swego rodzaju tercet. Monthomeri znał wszystkich trzech panów z widzenia, lecz ujrzawszy ich teraz nie mógł zrozumieć, dlaczego zebrali się razem, a zwłaszcza w jakim celu on im był potrzebny.

Pierwszy z nich Sorley Wilson uchodził za rodzonego syna właściciela olbrzymiej kopalni węgla. Miał dwadzieścia lat, był spadkobiercą wielkiego majątku i dzielnym sportsmenem. Pobierał nauki w Cambridge, w collegjum Magdaleny, do domu zaś wrócił na wielkanocne wakacje. Teraz siedział na stole, machając w powietrzu nogami i kręcąc końce maleńkich, czarnych, wypomadowanych wąsików. Wchodzącego Monthomeri obrzucił milczącem spojrzeniem.

Drugim z gości był restaurator Purwis, właściciel dużej piwiarni. W okręgu znano go jako bookmakera. Ciężki, przysadzisty, o fizjonomji starannie wygolonej, miał czaszkę pozbawioną zupełnie uwłosienia, dzięki czemu głowa jego błyszczała, jak kość słoniowa. Wyraz jego twarzy znamionował okrucieństwo, długie rzęsy zasłaniały mu jasno-błękitne oczy. Siedział, mając czerwone tłuste ręce oparte na kolanach i wzrokiem krytycznym oglądał studenta.

Trzeci – żokiej Fausett zajmował krzesło, rozłożony na niem w pozie niedbałej. Wyciągnął długie, ciężkie nogi w botfortach i uderzał się w zęby rączką szpicruty. Na smagłej, kościstej jego twarzy malował się niepokój i troska.

Monthomeri siadł również i obejrzał swoich gości.

– Jestem do usług, gentlemani – rzekł i zdziwił się niezmiernie, gdy po upływie kilku chwil żaden mu nie odpowiadał. Sytuacja stawała się przykra.

– Nie, nie – oznajmił wreszcie żokiej, – to na nic, ta rzecz się nie nadaje.

– Niech no pan wstanie, chłopcze, – zwrócił się do studenta restaurator – musimy pana obejrzeć w pozie stojącej.

Monthomeri uległ. Potrosze odgadywał ich zamiary i uzbrajał się w cierpliwość. Wstał i zaczął powoli kręcić się, jak klijent przed krawcem.

– Niezdatny! Powiadam wam, że niezdatny do niczego! – krzyknął jeździec, – zlitujcie się, ludzie, Mistrz jednym palcem go strąci.

– Niech mnie licho porwie! – zawołał student z Cambridge, – pan, panie Fausett, możesz ustąpić, jeśli chcesz, lecz ja interes obrobię.

Wiem, że nie zaryzykuję ani nie stracę jednego pensa. Niech djabli porwą, mnie się jego budowa ciała bardziej podoba, niż Teda Bartona.

– Mister Wilson, proszę uprzytomnić sobie, jakie Barton ma ramiona!

– Ech, tusza nie oznacza siły. Daj mi nerwy, ogień, rasę – to główne warunki wygranej.

– Ach sir, masz rację! – odezwał się restaurator słodkawym głosem, – to samo da się powiedzieć o klaczach. Klacz chuda, wychudzona do ostateczności, weźmie zawsze najbardziej, spasioną, tylko trzeba ją umieć należycie pielęgnować.

– Temu przynajmniej dziesięciu funtów brak – wtrącił nieustępliwy żokiej.

– Tak, słusznie – odparł Wilson, – on posiada średnią wagę.

– Sto trzydzieści funtów – to cała jego średnia waga.

– Nie sto trzydzieści, lecz sto pięćdziesiąt

– I Mistrz waży nie wiele więcej.

– Mistrz waży sto siedemdziesiąt pięć funtów.

– Miał taką wagę, gdy znajdował się w lepszych warunkach, ale odrzucić Mistrzowi sadło – to będzie ważył nie wiele więcej niż ten. Pan dawno sprawdzał swą wagę, mister Monthomeri? – zapytał Wilson.

Było to pierwsze pytanie, z którem zwrócili się bezpośrednio do niego. Monthomeri stał po środku jak koń na jarmarku, nie wiedząc, czy ma się gniewać, czy śmiać.

– Posiadam wagi pełne 154 funtów [69,85 kg.], – odpowiedział.

– Wszak mówiłem, że on ma średnią wagę.

– A gdyby pana trenować, ile wówczas mógłbyś pan ważyć? – zapytał restaurator.

– Ćwiczę się zawsze.

– No, ale trenowanie do trenowania nie podobne – wtrącił znowu swą uwagę żokiej, – zwyczajne trenowanie – to jedno, a niechno on się potrenuje z trenerem. Mister Wilson idę o zakład, mimo szacunku dla pańskiego zdania, że straci on wtedy na wadze najmniej 7 funtów.

Student z Cambridge dotknął palcami mięśni Monthomeri, drugą zaś ręką ujął jego kibić i nagiął szybko do mięśnia. Dwugłowy biceps naprężył się zaokrąglił i stwardniał, jak piłka do gry w krokieta.

– Proszę zobaczcie! – zawołał tryumfująco.

Restaurator i żokiej nacisnęli muskuły z wyrazem niezwykłego uznania.

– Powabny chłopak! Z nim można zrobić interes! – przyznał Purwis.

– Panowie! – rzekł Monthomeri, – musicie mi przyznać, że byłem dotychczas uległy i cierpliwy. Słuchałem uważnie, kiedy mówiliście o mojej powierzchowności, i milczałem. Teraz z kolei ja zapytam, prosząc o wyjaśnienie, co to wszystko znaczy?

Trzej sportsmeni siedli napowrót. Twarze ich były poważne, zajęte sprawą.

– O to łatwo, mister Monthomeri, – odrzekł restaurator Purwis, – musieliśmy nasamprzód obejrzeć pana dokładnie. Na cóż układy, jeśli nie zna się objektu, nieprawdaż? Mister Wilson sądzi, że pan jesteś odpowiedni, lecz mister Fausett myśli inaczej, a on ma takież prawa, jak mister Wilson. Jest on taksamo członkiem komitetu i bierze udział w wygranej.

– Ja dopatruję się w nim zbyt lekkiej wagi – rzekł żokiej, – i trwam nadal przy swojem zdaniu. Ale może być wypadek, że on sprawę zepsuje. Chłopiec zbudowany nieźle i tkwi w nim jakaś taka elastyczność. Jeżeli pan, mister Wilson, jesteś zdecydowany stawiać na niego...

– Postanowiłem to nieodwołalnie.

– A pan, panie Purwis?

– Ja też nie cofnę się, mister Fausett.

– Ha! w takim razie wycofuję swój udział.

– Wiedziałem, że pan postąpisz w ten sposób – rzekł Purwis, – poprostu niktby nie uwierzył przedtem, że Izaak Fausett popsuje towarzystwo. Więc, wobec tego podzielimy sto funtów między sobą... oczywiście, jeśli ten młody człowiek zgodzi się.

– Wybacz nam pan to zawracanie mu głowy mister Monthomeri – rzekł wesoło bogaty student, – myśmy zaczęli sprawę nie ze strony właściwej, no, ale to łatwo sprostować... Mam nadzieję, że pańskie życzenia nie różnią się od naszych. Po pierwsze: czy pamięta pan człowieka, którego pan powalił na ziemię – dzisiaj z rana? Panie to był Barton, znakomity nasz Ted Barton.

– I pana spotkał, prawdziwy zaszczyt, żeś go powalił za pierwszym razem – zauważył restaurator. – Pan zapewne słyszałeś o championie Morris’ie? Ten Morris waży 146 funtów, a jednak wytężył wszystkie siły zanim udało mu się złożyć Bartona do snu. Pan, sir, dokonałeś rzeczy znamiennej, ale teraz, gdybyś zechciał, możesz zrobić interes jeszcze lepszy.

– Nigdy przedtem nie zdarzyło mi się słyszeć o Ted Bartonie, pierwszy raz dopiero nazwisko jego ujrzałem na recepcie, odrzekł Monthomeri.

– W takim razie zaufaj pan mojemu słowu. Barton jest poprostu zbójem, – wtrącił żokiej, – pan mu dał nauczkę, której on ogromnie potrzebował. Słowo jego było czynem, a jakie on słowa używał! Musiał nieraz z wyroku sądowego płacić za każde słowo pięć szylingów. Teraz będzie miał nauczkę, aby z pięściami nie włazić każdemu w paradę. Ale odbiegliśmy od naszej sprawy.

Monthomeri spojrzał zdumionym wyrazem oczu na gości.

– Na miłość boską, panowie – zawołał – powiedzcie mi nareszcie, o co wam chodzi?

– Chcemy pana prosić, abyś zgodził się stanąć do walki z siłaczem Kraghsem, który jest znany pod nazwiskiem Mistrza z Krocksley.

– Ale w jakim celu?

– Właśnie miał z nim walczyć w następną sobotę Ted Barton. Barton jest znanym championem i reprezentantem kopalni węgla Wilsona, Mistrz zaś działa w imieniu żelaznych zakładów w Krocksley. Myśmy wysunęli Bartona przeciwko Mistrzowi o zakład. Wygrana wyniesie sto funtów. Aleś pan naszego championa zeszpecił okropnie, w czaszce ma dziurę na dwa cale. Czyż mógłby z taką głową walczyć! Jedynym wyjściem zamiana jego osoby na pańską. Jeżeliś pan powali Teda Bartona to może uda się panu to samo z Mistrzem z Krocksley. Gdybyś pan nam odmówił, to sprawa pańska przyjmie inny obrót. Warunki walki są następujące: dwadzieścia starć, rękawice o wadze dwu uncji, Kwinsberijskie przepisy walki i wynik według punktów, gdyby walka miała się ciągnąć do końca.

Dziwaczność propozycji dotknęła studenta niemile, ale było to pierwsze wrażenie. Nagle opromieniła go myśl o stu funtach nagrody. Mój Boże! Sto funtów! Wszak ta kwota, niezbędna do ukończenia studjów, leżała obecnie przed nim, dla niego przeznaczona – trzeba było tylko potrafić ją podjąć. Dziś jeszcze zrana rozmyślał gorzko o tem, że siła fizyczna jest towarem, o który nikt się nie ubiega na rynku życiowym, – aż oto takie zdarzenie!.. W ciągu godziny jego mięśnie zapracują tyle, ile w ciągu długiego roku nie mógłby zarobić mózg. Jednak tę radosną perspektywą przyszłości szybko przesłoniły mgły powątpiewania.

– Czyż mogę być reprezentantem kopalni węgla, nie mając z nią nic wspólnego? – zapytał.

– Ależ, chłopcze, przeciwnie! – zawołał Purwis, – myśmy zastrzegli sobie w umowie, że ˝każdy kto znajduje się w pewnych stosunkach z kopalnią węgla Wilsona˝... Otóż doktór Oldakr jest lekarzem w klubie górniczym, pan zaś jest jego pomocnikiem. Czegóż tu, u licha, więcej potrzeba?

– Bądź pan przekonany, że pod tym względem wszystko w porządku, – przemówił student z Cambridge, – ach, jak to będzie cudownie, jeśli pan, mister Monthomeri, zgodzisz się nam przyjść z pomocą! Wpadliśmy w taki dół, że niewiadomo, jak się wygrzebać. Być może, że ma pan pewne skrupuły co do walki za pieniądze, ale tę przeszkodę tak łatwo usunąć. Jeżeli pan zwycięży, to możemy oznaczyć panu pewną nagrodę, w postaci jakiejś kosztownej pamiątki. Postaramy się o coś takiego, co się panu podoba – złoty zegarek lub jakąkolwiek inną rzecz. Co pan sobie życzy, prosimy o wolny wybór. Z pańskiej winy straciliśmy championa i dlatego na pana spada obowiązek rozwiązania tej przykrej sytuacji.

– Panowie, pozwólcie mi zastanowić się na chwilę. Tak nagle to zaszło. Wątpię, czy doktór wyrazi swą zgodę... Ależ tak, on za nic na świecie nie zgodzi się – wiem o tem z góry,

– Skądże doktór będzie wiedział? Przed walką nie dowie się w każdym razie o niczem. Myśmy nie zobowiązywali się do zdradzenia nazwiska naszego championa. Pańskie nazwisko będzie nieznane do czasu walki t. j. do chwili, kiedy przy wadze nie zawiadomią go o pojedynku.

Niezwykła propozycja i związana z nią korzyść materjalna, trafiły do przekonania Monthomeri, więc dłużej nie mógł się opierać.

– Zgoda, panowie! – oznajmił.

Wszyscy trzej skoczyli na równe nogi. Restaurator chwycił go za prawą rękę, żokiej za lewą, a student zaczął go trzepać po plecach.

– Porządny chłopiec! Porządny chłopiec! – powtarzał restaurator. – Tak, kochany panie, jeżeli uda ci się utrącić Mistrza, karjerę masz zapewnioną. Nie będziesz zwyczajnym doktorem, lecz człowiekiem znanym powszechnie na całą dzielnicę aż do Bradfordu. Och ty, smyku zatracony! Jakbym widział twoje szczęście. Posłuchaj chłopcze, za porządne pobicie Mistrza z Krocksley, masz zapewnione na całe życie gratisowe piwo pod ˝Czterema workami˝, – pamiętaj o tem.

– Tak, będziemy mieli niezwykle interesujące widowisko sportowe – rzekł młody Wilson – przysięgam na Jerzego, sir, że jeśli pan zwyciężysz, to możesz brać udział w wyborach do parlamentu z naszego obwodu. Powodzenie pańskie będzie zagwarantowane. Pan zna zapewne altanę w moim ogrodzie?

– Tę przy drodze?

– Tak. Właśnie tę altanę przekształciłem na