Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 485 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mistrz karnawału - Craig Russell

Mistrz karnawału” to kolejny kryminał z Janem Fablem, czwarta powieść z sześciotomowego cyklu hamburskiego, który zamyka „Strach przed ciemną wodą”.

Jak wytropić mordercę, gdy nie wiadomo, czyja twarz kryje się za maską?

Karnawał w Kolonii. Miasto opanowuje chaos, stanowiący tło dramatycznych wydarzeń. Jan Fabel odkłada swoją decyzję o odejściu ze służby i postanawia pomóc kolońskiej policji w schwytaniu seryjnego mordercy kanibala.

Trzymająca w napięciu powieść kryminalna w otoczce magicznych wydarzeń z Karnawałowej Nocy Kobiet, która staje się punktem kulminacyjnym śledztwa!

Opinie o ebooku Mistrz karnawału - Craig Russell

Fragment ebooka Mistrz karnawału - Craig Russell

CRA­IG

RUS­SELL

MISTRZ KAR­NA­WAŁU

przełożył Je­rzy Ma­li­now­ski

Tytuł ory­gi­nału: The Car­ni­val Ma­ster

Co­py­ri­ght © 2009 by Cra­ig Rus­sell

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Hol­ge­ra i Lot­te

Kar­na­wał w Ko­lo­nii jest zwy­cza­jem wy­wodzącym się z czasów założenia mia­sta przez Rzy­mian. Jego źródła sięgają praw­do­po­dob­nie mrocz­nej pogańskiej przeszłości Celtów, którzy za­miesz­ki­wa­li te te­re­ny, nim przy­by­li na nie ger­mańscy i rzym­scy najeźdźcy.

Kar­na­wał to czas, kie­dy porządek zo­sta­je zastąpio­ny cha­osem, kie­dy wstrze­mięźliwość Wiel­kie­go Po­stu po­prze­dza za­pa­mięta­nie i od­da­wa­nie się przy­jem­nościom. Czas, kie­dy świat sta­je na głowie. Kie­dy lu­dzie, na kil­ka go­dzin, stają się kimś zupełnie in­nym.

Mi­strzem kar­na­wału jestPrinz Kar­ne­val, zna­ny także jakoSe­ine Tol­lität – Jego Sza­lo­na Mość. Prinz Kar­ne­val jest pil­no­wa­ny przez Prin­zen­gar­de – swoją oso­bistą straż.

Słowo „kar­na­wał” po­cho­dzi z łacińskie­go car­ne vale.

Pożegna­nie mięsa.

PRO­LOG We­iber­fast­nacht1 – Kar­na­wałowa Noc Ko­biet Ko­lo­nia sty­czeń 1999

Sza­leństwo. Gdzie­kol­wiek spoj­rzała, pa­no­wało sza­leństwo. Biegła przez tłum obłąkańców. Rozglądała się wokół, szu­kając ja­kie­goś azy­lu, miej­sca, gdzie zna­lazłaby schro­nie­nie w gro­nie lu­dzi przy zdro­wych zmysłach. Mu­zy­ka dud­niła bez­li­tośnie, wypełniając noc prze­rażającą wesołością. Tłum gęstniał. Więcej lu­dzi, większe sza­leństwo. Prze­ci­skała się przez ludzką ciżbę. Ucie­kała od dwóch potężnych, czar­nych iglic wy­ra­stających w nie­bo z ogar­niętej szałem uli­cy. Ucie­kała od klau­na.

Po­tknęła się na scho­dach. Minęła dwo­rzec ko­le­jo­wy. Prze­biegła przez plac. Nie przy­sta­wała ani na chwilę. I wciąż ota­czały ją wy­krzy­kujące coś, śmiejące się w głos, osza­lałe twa­rze.

Wpadła na zbitą grupkę lu­dzi stojących przed budką, w której sprze­da­wa­no cur­ry­wurst i piwo. Były kanc­lerz Nie­miec, Hel­mut Kohl, stał przy­odzia­ny w pie­luchę wy­pchaną nie­miec­ki­mi mar­ka­mi i śmiejąc się głośno, żar­to­wał z trze­ma Elvi­sa­mi Pre­sley­ami. Śre­dnio­wiecz­ny ry­cerz usiłował we­pchnąć so­bie do ust hot­do­ga przez ciągle opa­dającą przyłbicę. Był też di­no­zaur. I kow­boj. Lu­dwik XIV. Ale nie było klau­na.

Ro­zej­rzała się wokół. Za nią kłębiła się chma­ra lu­dzi. Nie było w niej klau­na. Je­den z Elvisów chwiej­nym kro­kiem ru­szył w jej stronę. Za­gro­dził jej drogę i objął ra­mie­niem w pa­sie. Stłumio­nym przez la­tek­sową maskę głosem po­wie­dział coś sprośnego. Ode­pchnęła go i wpadła na di­no­zau­ra.

– Je­steście nie­nor­mal­ni! – krzyknęła w stronę tłumu. – Wszy­scy je­steście stuk­nięci! – Roześmia­li się. Biegła przez część mia­sta, której nie znała. Nie znała tu też pra­wie ni­ko­go. Uli­ce zwężały się, za­ci­skały wokół niej. Zna­lazła się na wąskiej bru­ko­wa­nej ulicz­ce, pogrążonej w mro­ku i ściśle za­bu­do­wa­nej czte­ro­piętro­wy­mi bu­dyn­ka­mi z czar­ny­mi otwo­ra­mi okien. Schro­niła się w cie­niu, próbując złapać od­dech. Z od­ległego cen­trum mia­sta wciąż do­bie­gał zgiełk – sza­lo­na, wesoła mu­zy­ka prze­pla­ta­na obłąkańczy­mi wrza­ska­mi. Próbowała wyłowić z tego hałasu odgłos kroków. Nic. Stała w cie­niu, wciśnięta ple­ca­mi w so­lidną ścianę bu­dyn­ku.

Klau­na wciąż nie było. Klau­na z jej dzie­cięcych kosz­marów. Zgu­biła go.

Nie miała pojęcia, gdzie się zna­lazła – wszyst­ko wyglądało tak samo. Wie­działa jed­nak, że musi iść jak naj­da­lej od sza­lo­nych dźwięków mia­sta, od strze­lających w nie­bo czar­nych wież. Ser­ce wciąż waliło jej jak młot, ale od­dech już się uspo­koił. Ru­szyła ulicą, nie od­ry­wając ciała od ścia­ny bu­dyn­ku. Głośna mu­zy­ka i ludz­ki re­chot przy­cichły, ale na­gle ulicę rozświe­tlił blask żółtego światła. Ktoś otwo­rzył drzwi. Błyska­wicz­nie cofnęła się do cie­nia. Z bu­dyn­ku wyszło trzech tro­glo­dytów i tan­cer­ka fla­men­co. Dwóch ne­an­der­tal­czyków niosło skrzynkę piwa. Całe to­wa­rzy­stwo, za­ta­czając się, ru­szyło w kie­run­ku po­zo­stałych sza­leńców. Zaczęła płakać. Szlo­chać. Nie było przed tym uciecz­ki.

Na końcu uli­cy do­strzegła kościół. Wiel­ki gmach wciśnięty w bru­ko­wa­ny plac. Romańska bu­dow­la za­pew­ne górowała w przeszłości nad ota­czającymi ją po­la­mi i ogro­da­mi. Ale w ciągu ko­lej­nych stu­le­ci mia­sto zbliżyło się do niej i te­raz stała oto­czo­na cia­snym wia­nusz­kiem domów, jak bi­skup oto­czo­ny przez żebraków. Do kościel­ne­go muru przy­le­gała ple­ba­nia. Po dru­giej stro­nie nie­wiel­kie­go pla­cu znaj­do­wał się bar. Tego jed­nak wolała uniknąć. Po­szu­ka schro­nie­nia w domu pa­ra­fial­nym. Ru­szyła w jego kie­run­ku, kie­dy na­gle za­sko­czył ją wi­dok małej, słabo­wi­tej, wy­stra­szo­nej zja­wy w ciem­nym oknie wy­sta­wo­wym skle­pu mięsne­go. To było jej własne od­bi­cie za­wie­szo­ne pomiędzy wyciętymi z kar­to­nu gwiazd­ka­mi z pro­mo­cyj­ny­mi ce­na­mi na wołowinę i wie­przo­winę.

Do­tarła do narożnika kościoła. Wyglądał mrocz­nie i asce­tycz­nie na tle nie­ba. Na­cisnęła ciężką żelazną klamkę i na­parła na drzwi, ale nie ustąpiły. Poszła w kie­run­ku domu pa­ra­fial­ne­go.

Stanął jej na dro­dze, wyłaniając się zza kościoła, gdzie cze­kał na nią w ukry­ciu. W bla­dym świe­tle ulicz­nej la­tar­ni jego twarz była nie­bie­sko-biała, a wy­ma­lo­wa­ny na niej uśmiech – szkarłatny. Z łysi­ny na czub­ku głowy spływały po bo­kach pa­sma zie­lo­nych włosów. Chciała krzyknąć, ale głos uwiązł jej w gar­dle. Spoj­rzała mu w oczy – zim­ne i nie­ru­cho­me pod ko­micz­ny­mi łuka­mi wy­ma­lo­wa­nych na czar­no brwi. Nie mogła się po­ru­szyć. Nie mogła krzy­czeć. Nie znaj­dy­wała w so­bie dość sił, żeby się uwol­nić i uciec. Dłoń w ja­sno­nie­bie­skiej fil­co­wej ręka­wicz­ce za­cisnęła się na jej gar­dle. Po­pchnął ją w cień i przy­parł do muru kościoła. Uniósł ją, tak że stała te­raz na pal­cach. Jed­nym ru­chem wol­nej ręki wyjął z kie­sze­ni płasz­cza kra­wat i cia­sno obwiązał go wokół jej szyi.

Wresz­cie się szarpnęła. Kra­wat wrzy­nał się w skórę, zgnia­tał na­czy­nia krwio­nośne, blo­ko­wał tcha­wicę. Płucom za­czy­nało bra­ko­wać po­wie­trza. Zakręciło jej się w głowie. Po­ciem­niało przed ocza­mi. Kie­dy za­cisnął pętlę moc­niej, wi­działa już tyl­ko jego twarz.

Gro­te­skową twarz klau­na.

CZĘŚĆ I

Pamiętnik klau­na Pierw­szy wpis – 11 li­sto­pa­da, go­dzi­na 11:112

JEST JE­DE­NAŚCIE MI­NUT PO JE­DE­NASTEJ JE­DE­NASTY DZIEŃ JE­DE­NASTEGO MIE­SIĄCA ZNO­WU SIĘ OBU­DZIŁEM OBU­DZIŁEM je­stem zno­wu KLAU­NEM i obu­dziłem się JEŚLI PRAGNĄ CHA­OSU BĘDĄ GO MIE­LI je­stem tym kim je­stem kro­wy jedzą tyl­ko trawę mi­sie ko­ala jedzą tyl­ko liście eu­ka­lip­tu­sa pan­dy jedzą tyl­ko bam­bu­sa kro­wy jedzą tyl­ko trawę mi­sie ko­ala jedzą tyl­ko liście eu­ka­lip­tu­sa pan­dy jedzą tyl­ko bam­bu­sa ja jem tyl­ko lu­dzi i je­stem tym czym je­stem i jem tyl­ko to co jem jem tyl­ko lu­dzi wkleiłem do tego pamiętni­ka kil­ka zdjęć żeby pamiętać piękny wi­dok mięsa kro­je­nia mięsa go­to­wa­nia mięsa je­dze­nia mięsa myśli tyle różnych myśli gryźć jeść jeść zabić jeść dzi­siaj je­stem zno­wu KLAU­NEM obu­dziłem się zno­wu to dziw­ne obu­dzić się po tak długim cza­sie zabiłem dziwkę i po­tem ją zjadłem nie zerżnąłem jej nig­dy nie pie­przy nie baw się je­dze­niem one chcą żebyś je pie­przył a nie zja­dał po pro­stu za­bij i zjedz dziwkę one wszyst­kie są dziw­ka­mi dziw­ka­mi dziw­ka­mi sko­ro się obu­dziłem to zna­czy że KAR­NA­WAŁ jest bli­sko wkrótce KAR­NA­WAŁ cie­le­sny jat­ka mięsożerny PRAGNĄ CHA­OSU BĘDĄ GO MIE­LI je­stem KAR­NA­WAŁOWYM KLAU­NEM ale nikt się nie śmie­je każdy się boi boi kie­dy ma­luję twarz ma­luję swój uśmiech sze­ro­ki uśmiech widzą uśmiech sze­ro­ki piękny uśmiech klau­na i zęby mój uśmiech ich pa­rzy są bez­rad­ni i cze­kają aż zo­staną zje­dze­ni nikt się nie śmie­je z KLAU­NA ob­ser­wuję ich po­tem śledzę po­tem znaj­duję kryjówkę kryję się przed nimi po­tem wy­ska­kuję i widzą mnie i krzyczą ale nie śmieją się po­tem je duszę po­tem kroję i zja­dam i staję się sil­ny taki sil­ny im je­stem sil­niej­szy tym dłużej mogę nie spać będę zno­wu za­bi­jał zno­wu zja­dał przy­bie­rał maskę klau­na kie­dy widzą twarz klau­na nie mogą ucie­kać ani po­ru­szyć się tak się boją są bez­rad­ni po­nie­waż uśmiech klau­na uśmiech klau­na jest potężny a oni są ni­czym STAJĄ SIĘ MOIM POŻYWIE­NIEM nie wiem ile mam lat je­stem sta­ry star­szy czuję jak­bym żył tyl­ko je­den dzień albo set­ki lat żyję i jem od tak daw­na ale te długie prze­rwy na sen pamiętam ostat­nią ostat­ni posiłek kar­na­wał już bli­sko je­stem tego pew­ny czuję że nad­cho­dzi tak jak się czu­je mięso go­to­wa­ne gdzieś w od­da­li za­pach do­cho­dzi z po­wie­wem wia­tru czu­jesz go przez jedną se­kundę ale to wy­star­czy żebyś po­czuł się głodny czuję zbliżający się KAR­NA­WAŁ spałem tak długo te­raz się obu­dziłem i je­stem klau­nem TE­RAZ NIE BĘDĘ JUŻ NIG­DY SPAŁ I KAR­NA­WAŁ BĘDZIE KAŻDEGO DNIA za­wsze już będę klau­nem za­wsze będę czuł że je­stem praw­dzi­wy nie będę już pa­trzył na sie­bie jak na kogoś ob­ce­go spałem tak długo i głęboko i z dala od świa­ta ale te­raz obu­dziłem się myślę jaśniej te­raz pa­nuję nad wszyst­kim to mój czas ten dru­gi już mną nie rządzi ten dru­gi próbuje za­prze­czać mo­je­mu ist­nie­niu uda­je że ja nie ist­nieję i cza­sem wy­da­je mi się że nie ist­nieję ale ja ist­nieję i mam zęby dla­cze­go inni myślą że to co robię jest odrażające że ja je­stem odrażający je­stem KLAU­NEM mam ciało z żela­za i jem mięso mam zęby i język i wnętrzności i umrę jeśli nie będę jadł każdy musi jeść żeby przeżyć a niektórzy mogą jeść tyl­ko je­den ro­dzaj pożywie­nia kro­wy jedzą tyl­ko trawę mi­sie ko­ala jedzą tyl­ko liście eu­ka­lip­tu­sa pan­dy jedzą tyl­ko bam­bu­sa a ja jem tyl­ko lu­dzi to ta­kie pro­ste gdy­bym nie jadł mięsa in­nych osłabłbym i umarł je­stem KLAU­NEM i muszę być sil­ny

wkrótce przyj­dzie czas kie­dy na­ma­luję so­bie TWARZ KLAU­NA przy­niosę im cha­os spałem tak długo

i je­stem GŁODNY

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY 14–16 stycz­nia

1

Dowódca od­działu sztur­mo­we­go MEK-u wy­da­wał się za­sko­czo­ny, widząc, jak Fa­bel przy­ku­ca obok nie­go i kry­je się za dużą opan­ce­rzoną fur­go­netką.

– Byłem w tej oko­li­cy i usłyszałem we­zwa­nie – uprze­dził jego py­ta­nie Fa­bel. Spoj­rzał na czte­ro­piętro­wy bu­dy­nek miesz­kal­ny, śnieżno­biały na tle błękit­ne­go zi­mo­we­go nie­ba. Nie­ska­zi­tel­nie błękit­ne­go i po­god­ne­go. Na bal­ko­ny z zi­mo­wy­mi brat­ka­mi. Na śred­niej kla­sy sa­mo­cho­dy za­par­ko­wa­ne na uli­cy. Na uzbro­jo­nych po zęby, ubra­nych w czar­ne kom­bi­ne­zo­ny funk­cjo­na­riu­szy MEK-u wy­pro­wa­dzających z bu­dyn­ku miesz­kańców poza usta­wio­ne przez po­licję za­po­ry na Jen­fel­der­straße.

– Słyszałem, że pan od­szedł, nad­ko­mi­sa­rzu.

– Je­stem w okre­sie wy­po­wie­dze­nia – po­twier­dził Fa­bel. – Co tu mamy?

– Do­nie­sie­nie o awan­tu­rze do­mo­wej. Sąsie­dzi we­zwa­li po­licję. Kie­dy po­ja­wił się pa­trol, w środ­ku roz­legły się strzały. Po­tem fa­cet w miesz­ka­niu strze­lił w kie­run­ku funk­cjo­na­riu­sza.

– On tu miesz­ka?

Dowódca po­ki­wał osłoniętą hełmem głową.

– Na­zy­wa się Aichin­ger. Georg Aichin­ger. To w jego miesz­ka­niu była awan­tu­ra.

– Wie­my coś na jego te­mat? – Fa­bel nałożył ka­mi­zelkę ku­lo­od­porną, którą dał mu je­den z lu­dzi z MEK-u.

– Nie­no­to­wa­ny. Sąsie­dzi twierdzą, że do tej pory nie przy­spa­rzał żad­nych kłopotów. Ide­al­ny sąsiad. – Dowódca zmarsz­czył czoło. – Ma żonę i tro­je dzie­ci. A może miał. Od chwi­li gdy padły strzały, z miesz­ka­nia nie do­chodzą żadne odgłosy. Były czte­ry strzały.

– Z ja­kiej bro­ni?

– Z tego, co wie­my, to ka­ra­bi­nek spor­to­wy. Fa­cet albo jest kiep­skim strzel­cem, albo mu nie zależało. Idio­ta z pa­tro­lu wy­sta­wił się ide­al­nie na strzał, biegnąc w jego kie­run­ku przez całą klatkę scho­dową. Aichin­ger spudłował o metr. Moim zda­niem to był tyl­ko strzał ostrze­gaw­czy.

– Więc może ro­dzi­na wciąż żyje.

Dowódca wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Jak już mówiłem, od tam­tej pory pa­nu­je ci­sza. Ne­go­cja­tor już je­dzie.

Fa­bel po­ki­wał z po­nurą miną głową.

– Nie możemy cze­kać. Wejdę i po­roz­ma­wiam z nim. Może mi pan dać człowie­ka, który będzie mnie osłaniał?

– Nie zga­dzam się, pa­nie nad­ko­mi­sa­rzu. Nie je­stem pew­ny, czy mogę po­zwo­lić, żeby ry­zy­ko­wał pan swo­je życie. Albo życie któregoś z mo­ich lu­dzi.

– Proszę posłuchać. Jeśli ro­dzi­na Aichin­ge­ra jesz­cze żyje, to za chwilę sy­tu­acja może się zmie­nić. Kie­dy będzie roz­ma­wiał ze mną, nie za­bi­je żony i dzie­ci.

– Oni już są mar­twi... Prze­cież do­brze pan o tym wie.

– Być może, ale nie mamy chy­ba nic do stra­ce­nia, praw­da? Ja go po pro­stu zajmę roz­mową do cza­su przy­by­cia ne­go­cja­to­ra.

– Zgo­da. Ale nie po­do­ba mi się to wszyst­ko. Na scho­dach pod drzwia­mi miesz­ka­nia mam już dwóch lu­dzi. Poślę z pa­nem jesz­cze jed­ne­go. Ale jeśli Aichin­ger nie będzie zbyt roz­mow­ny albo po­ja­wi się choćby cień wątpli­wości, że coś pójdzie nie tak, chcę, żeby pan na­tych­miast tu wrócił. – Dowódca skinął na jed­ne­go z lu­dzi z jego od­działu. – Pójdziesz z nad­ko­mi­sa­rzem.

– Jak się na­zy­wasz? – Fa­bel przyj­rzał się młode­mu funk­cjo­na­riu­szo­wi: młody, potężnie zbu­do­wa­ny. Oczy błyszczące z pod­nie­ce­nia. Nowy typ. Bar­dziej żołnierz niż po­li­cjant.

– Bre­iden­bach. Ste­fan Bre­iden­bach.

– Okej, Ste­fan. Prze­ko­naj­my się, czy uda nam się po­roz­ma­wiać, za­miast używać tego. – Wska­zał pi­sto­let ma­szy­no­wy Hec­kler & Koch, który funk­cjo­na­riusz przy­ci­skał do pier­si. – I pamiętaj, że to są ne­go­cja­cje mające na celu uwol­nie­nie zakład­ników, a nie stre­fa działań wo­jen­nych.

Bre­iden­bach skinął głową, nie za­dając so­bie tru­du, by ukryć urazę, jaką wywołała uwa­ga Fa­bla. Nad­ko­mi­sarz puścił go przo­dem. We­szli do bu­dyn­ku. Miesz­ka­nie Aichin­ge­ra znaj­do­wało się na dru­gim piętrze. Na klat­ce scho­do­wej stało przy ścia­nie dwóch lu­dzi z MEK-u.

– I co? – Fa­bel za­py­tał funk­cjo­na­riu­sza u szczy­tu schodów.

Ten pokręcił głową.

– Nic. Ci­sza. Po­dej­rze­wam, że mamy kil­ka ofiar. Nie słychać żad­ne­go płaczu, żad­ne­go ru­chu.

– Okej. – Fa­bel wy­sunął się naprzód, a Bre­iden­bach wy­ce­lo­wał broń w za­mknięte drzwi miesz­ka­nia.

– Herr Aichin­ger...! – zawołał Fa­bel. – Herr Aichin­ger, je­stem nad­ko­mi­sarz Fa­bel z po­li­cji ham­bur­skiej.

Ci­sza.

– Herr Aichin­ger, słyszy mnie pan?! – Fa­bel cze­kał chwilę na od­po­wiedź, ale da­rem­nie. – Herr Aichin­ger, czy ktoś tam jest ran­ny?! Czy ktoś po­trze­bu­je po­mo­cy?!

Zno­wu ci­sza, ale w szyb­ce w drzwiach mignął jakiś nie­wy­raźny cień. Bre­iden­bach skie­ro­wał broń na szybę, ale Fa­bel ostrze­gaw­czo uniósł rękę.

– Herr Aichin­ger... chce­my... chcę panu pomóc. Zna­lazł się pan w trud­nej sy­tu­acji i wiem, że nie wi­dzi pan z niej wyjścia. Ro­zu­miem to. Ale za­wsze jest ja­kieś wyjście. Mogę panu pomóc.

Od­po­wie­dzi nadal nie było, ale Fa­bel usłyszał dźwięk od­su­wa­nej za­suw­ki. Drzwi uchy­liły się na kil­ka cen­ty­metrów. Wszy­scy trzej funk­cjo­na­riu­sze MEK-u ru­szy­li do przo­du z bro­nią wy­ce­lo­waną w otwar­te drzwi.

Fa­bel ostrze­gaw­czo zmarsz­czył czoło.

– Chce pan, żebym wszedł, Herr Aichin­ger? Chce pan ze mną po­roz­ma­wiać?

– Nie! – syknął Bre­iden­bach. – Nie może pan tam wejść.

Fa­bel pokręcił przecząco głową.

Bre­iden­bach przy­sunął się do nie­go jesz­cze bliżej.

– Nie mogę po­zwo­lić, żeby wziął pana na zakład­ni­ka. Po­wi­nien pan wra­cać na zewnątrz, pa­nie nad­ko­mi­sa­rzu.

– Mam broń! – W głosie do­bie­gającym zza drzwi po­brzmie­wał strach.

– Wie­my o tym, Herr Aichin­ger. – Fa­bel prze­ma­wiał do szpa­ry w drzwiach. – Ale póki trzy­ma pan tę broń w ręku, gro­zi panu nie­bez­pie­czeństwo. Proszę wy­sunąć ją przez drzwi i wte­dy po­roz­ma­wia­my.

– Nie, nie ma mowy. Ale może pan wejść. Jeśli chce pan po­roz­ma­wiać, za­pra­szam do środ­ka.

Bre­iden­bach ener­gicz­nie potrząsnął głową.

– Proszę posłuchać, Herr Aichin­ger – po­wie­dział Fa­bel. – Nie będę ukry­wał, sy­tu­acja jest bar­dzo skom­pli­ko­wa­na. Ale możemy ją roz­wiązać, nie czy­niąc ni­ko­mu krzyw­dy. Zro­bi­my to w kil­ku pro­stych kro­kach. Musi pan wie­dzieć, że są tu ze mną uzbro­je­ni po­li­cjan­ci. Jeśli uznają, że gro­zi mi nie­bez­pie­czeństwo, za­czną strze­lać. Pan pew­nie wte­dy zro­bi to samo. Mu­si­my wy­brnąć z tej nie­bez­piecz­nej sy­tu­acji. Ale zro­bimy to stop­nio­wo, zgo­da?

Nastąpiła chwi­la ci­szy.

– Nie po­trze­buję żad­ne­go roz­wiąza­nia. Chcę umrzeć.

– To głupie, Herr Aichin­ger. Nic... żaden pro­blem... nie jest tak bez­na­dziej­ny, żeby war­to było umie­rać. – Fa­bel obej­rzał się na funk­cjo­na­riu­szy. Ocza­mi wy­obraźni wi­dział trójkę mar­twych dzie­ci i żonę, leżących w miesz­ka­niu. Jeśli Aichin­ger po­sta­no­wił umrzeć, będzie to ty­po­we sa­mobójstwo spro­wo­ko­wa­ne przez po­li­cjan­ta. Wy­star­czy, że wy­bie­gnie na klatkę scho­dową, wy­ma­chując bro­nią, a Bre­iden­bach i jego ko­le­dzy wyświadczą mu przysługę.

Gdzieś w głębi miesz­ka­nia za­dzwo­nił te­le­fon. Pew­nie na miej­sce do­tarł ne­go­cja­tor.

– Nie po­wi­nien pan ode­brać te­le­fo­nu? – za­py­tał Fa­bel.

– Nie. To pułapka.

– To nie pułapka. To po­moc. Dzwo­ni je­den z mo­ich ko­legów. Ktoś, kto na­prawdę może pomóc.

– Będę roz­ma­wiał tyl­ko z pa­nem.

Fa­bel zi­gno­ro­wał pełne wy­rzu­tu spoj­rze­nie Bre­iden­ba­cha.

– Proszę posłuchać, Herr Aichin­ger. Oso­ba, która do pana dzwo­ni, ma znacz­nie lep­sze kwa­li­fi­ka­cje, żeby panu pomóc w wy­brnięciu z tej sy­tu­acji.

– Po­wie­działem, że będę roz­ma­wiał wyłącznie z pa­nem. Wiem, że tam­ten po dru­giej stro­nie słuchaw­ki tyl­ko będzie mi mącił w głowie i prze­ko­ny­wał, że jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Poroz­ma­wiam z pa­nem. Tyl­ko z pa­nem. Słyszałem o panu, Herr Fa­bel. Pan roz­wiązał za­gadkę tych mor­derstw w ubiegłym roku.

– Herr Aichin­ger, chciałbym, żeby otwo­rzył pan sze­ro­ko drzwi i żebyśmy mo­gli po­roz­ma­wiać twarzą w twarz. – Fa­bel nie zwra­cał uwa­gi na roz­pacz­li­we zna­ki da­wa­ne przez Bre­iden­ba­cha.

– Za­strzelą mnie.

– Nie za­strzelą... – Fa­bel spoj­rzał znacząco na Bre­iden­ba­cha. – Wy­dam roz­kaz, żeby nie strze­la­li, dopóki pan nie za­cznie strze­lać. Proszę, Herr Aichin­ger. Niech pan otwo­rzy drzwi.

Za­padło długie mil­cze­nie.

– Herr Aichin­ger?

– Myślę.

Ko­lej­na chwi­la ci­szy. Następnie w szpa­rze po­ja­wił się wy­lot lufy ka­ra­bi­nu i drzwi otwo­rzyły się na pełną sze­ro­kość.

– Wejdę do środ­ka i stanę tak, żeby mnie pan wi­dział, Herr Aichin­ger. Nie je­stem uzbro­jo­ny. – Je­den z funk­cjo­na­riu­szy MEK-u chwy­cił Fa­bla za rękaw ma­ry­nar­ki, ale po­li­cjant wy­swo­bo­dził się z uści­sku. Nad­ko­mi­sarz czuł, jak wali mu ser­ce, i za wszelką cenę sta­rał się uspo­koić. Mężczy­zna stojący w przed­po­ko­ju wyglądał zupełnie zwy­czaj­nie. Do­bie­gał czter­dziest­ki, miał krótko obcięte ciem­ne włosy i po­spo­li­te rysy. Na pew­no nie wyróżniałby się w tłumie. Taką twarz za­po­mi­nało się w tej sa­mej chwi­li, w której prze­sta­wało się na nią pa­trzeć. Georg Aichin­ger był kimś, na kogo nie zwra­cało się uwa­gi. Aż do te­raz. W ręku trzy­mał ka­ra­bin spor­to­wy, który wyglądał jak nowy. Ale mężczy­zna nie mie­rzył w Fa­bla. Stał z unie­sioną wy­so­ko głową i lufą przy­tkniętą do podbródka. Drżący kciuk położył na spuście.

– Spo­koj­nie... – Fa­bel uniósł rękę. – Spo­koj­nie. – Zerknął Aichin­ge­ro­wi przez ramię w głąb przed­po­ko­ju. W drzwiach pro­wadzących do sa­lo­nu zo­ba­czył od­bi­cie sto­py kogoś leżącego na podłodze. Sto­pa była mała. Dzie­cięca. Cho­le­ra, zaklął w du­chu. Dowódca od­działu MEK-u miał rację.

– Pod­daj się, Georg. Proszę... od­daj mi broń.

Fa­bel zro­bił krok naprzód, co spra­wiło, że Aichin­ger stał się na­tych­miast bar­dziej czuj­ny. Jego kciuk na spuście prze­stał drżeć.

– Jeśli się zbliżysz, strzelę. Za­biję się.

Fa­bel spoj­rzał jesz­cze raz na dzie­cięcą stopę. To był zbyt po­ru­szający wi­dok, nie dbał już o to, czy Aichin­ger roz­wa­li so­bie mózg, czy nie. I w tej sa­mej chwi­li, nie­ocze­ki­wa­nie, do­strzegł lek­ki ruch. Tak nie­znacz­ny, że mógł go prze­oczyć.

– Georg... Dzie­ci, żona. Dopuść nas do nich, chce­my im pomóc. – Fa­bel usłyszał, jak ktoś po­ru­sza się za jego ple­ca­mi. Obej­rzał się i zo­ba­czył Bre­iden­ba­cha mierzącego pro­sto w głowę Aichin­ge­ra. – Opuść broń! – syknął. Bre­iden­bach się nie po­ru­szył. – Na miłość boską, prze­cież on i tak ce­lu­je w sie­bie. Opuść broń, to roz­kaz.

Bre­iden­bach lek­ko obniżył lufę. Fa­bel zwrócił się znów do Aichin­ge­ra:

– Two­ja żona... dzie­ci... Zro­biłeś im krzywdę? Skrzyw­dziłeś dzie­ci, Georg?

– To wszyst­ko nie ma sen­su – wy­rzu­cił z sie­bie Aichin­ger, jak­by nie słyszał py­ta­nia. – Na­gle zdałem so­bie sprawę, że nic nie ma sen­su. Spo­ro o tym myślałem już wcześniej, ale dziś rano obu­dziłem się i po­czułem... po­czułem się, jak­bym był kimś nie­rze­czy­wi­stym. Jak­bym nie miał żad­nej praw­dzi­wej tożsamości. Jak­bym był tyl­ko po­sta­cią z kiep­skie­go fil­mu. – Aichin­ger urwał i zmarsz­czył czoło. Zda­wało się, że próbuje wytłuma­czyć coś, cze­go sam do końca nie ro­zu­mie. – Kie­dy byłem dziec­kiem, w mo­jej głowie żyła inna oso­ba. Oso­ba, którą miałem się stać. Po­tem oka­zało się, że ona i ja to nie to samo. Nie je­stem tym, kim miałem zo­stać. Je­stem kimś zupełnie in­nym. – Urwał. Usiłował wyłowić jakiś dźwięk z dru­gie­go po­ko­ju, gdzie za­uważył po­ru­szającą się stopę dziec­ka. – To ja­kieś sza­leństwo – ciągnął swoją ty­radę Aichin­ger. – Mam na myśli to, jak żyje­my. To jest cho­re. Wszyst­ko, co wokół nas się dzie­je. Jed­no wiel­kie gówno. Cha­os. To nie ma sen­su... Spójrz na swo­je­go ko­legę tu­taj. Aż go świerz­bią ręce, żeby mi wpa­ko­wać kulkę w głowę. Ty tu je­steś, bo mam broń i grożę, że jej użyję. On ma broń i też gro­zi, że jej użyje. Ale to jest do­pusz­czal­ne. Dlacze­go? Bo on jest po­li­cjan­tem. On jest od tego, żeby utrzy­my­wać porządek. Tyle że to nie jest żaden porządek.

– Georg... – Fa­bel po­now­nie spoj­rzał Aichin­ge­ro­wi przez ramię, za­sta­na­wiając się, czy mała stópka po­ru­szy się jesz­cze raz. – Dzie­ci...

– Wie pan, jak za­ra­biam na życie, Herr Fa­bel? Pra­cuję jako kon­sul­tant do spraw re­kru­ta­cji. To zna­czy, że przez większą część dnia siedzę w biu­rze i wy­szu­kuję lu­dzi, którzy zapełnią inne biu­ra w in­nych fir­mach. Naj­bar­dziej bez­sen­sow­ny, pie­przo­ny sposób na spędza­nie życia. I to jest całe moje życie. Tym się stałem. Je­stem małym try­bi­kiem w wiel­kiej ma­chi­nie i szu­kam in­nych try­bików do in­nej ma­chi­ny. Do­star­czam mięso, które później prze­mielą kor­po­ra­cje. Na tym po­le­ga moje życie. Jaki to ma sens? Trzy­dzieści kil­ka go­dzin w ty­go­dniu. Po­li­czyłem to: do eme­ry­tu­ry spędzę za biur­kiem pra­wie czter­dzieści tysięcy go­dzin. Czter­dzieści tysięcy. To jakiś obłęd. Za­wsze sta­rałem się do­brze wypełniać swo­je obo­wiązki, Herr Fa­bel. Za­wsze. Robić to, cze­go ode mnie ocze­ki­wa­no. Postępować zgod­nie z za­sa­da­mi. Wszyst­ko inne pro­wa­dzi do cha­osu, mówili mi. Ale to nie ma sen­su. Czy pan to ro­zu­mie? Tylu rze­czy nie wi­działem. Tylu miejsc nie od­wie­dziłem. – Po twa­rzy Aichin­ge­ra popłynęły łzy. Fa­bel sta­rał się zro­zu­mieć jego słowa, pojąć, co wywołało ta­kie ogrom­ne rozżale­nie. – To wszyst­ko złudze­nie. Wie­dzie­my to na­sze śmiesz­ne życie... Żyje­my za­szu­flad­ko­wa­ni... Pra­cujemy za­szu­flad­ko­wa­ni... Od­da­je­my się po­zba­wio­nej sen­su pra­cy. A po­tem... po pro­stu umie­ra­my. I dlacze­go? Bo wy­da­je nam się, że tak po­win­no być. Wy­da­je nam się, że to jest sta­bi­li­za­cja i porządek. Ale pew­ne­go dnia obu­dziłem się i zo­ba­czyłem świat taki, jaki na­prawdę jest. Sza­lo­ny. Nie ra­cjo­nal­ny, nie praw­dzi­wy, nie pełen życia. Świat jest cha­osem. Jest anar­chią. I dla­te­go po­sta­wiłem go na głowie. Ale ja to nie ja. Niech mnie pan zro­zu­mie, ja nie chcę być częścią tego wszyst­kie­go.

– Nie ro­zu­miem. – Fa­bel po­wo­li wyciągnął przed sie­bie rękę. – Od­daj mi ka­ra­bin, Georg. Wytłuma­czysz mi to wszyst­ko. Po­roz­ma­wia­my o tym. Po­szu­ka­my roz­wiąza­nia.

– Roz­wiąza­nia? – Aichin­ger uśmiechnął się smut­no. Fa­bel do­strzegł w tym uśmie­chu szczerą, choć pełną roz­go­ry­cze­nia wdzięczność. Aichin­ger spra­wiał wrażenie co­raz bar­dziej roz­luźnio­ne­go. Kciuk na spuście prze­stał drżeć. – Cieszę się, że tra­fiłem na pana, Herr Fa­bel. Wiem, że kie­dy pan prze­myśli to, co po­wie­działem, zro­zu­mie pan. Przy­najm­niej robi pan coś pożytecz­ne­go. Pańska pra­ca na­da­je każdemu dnio­wi jakiś sens, ja­kieś zna­cze­nie. Ra­tu­je pan lu­dzi. Chro­ni ich. Cieszę się, że to właśnie panu mogłem to wszyst­ko wyjaśnić. Proszę po­wie­dzieć wszyst­kim... Proszę po­wie­dzieć, że nie mogę żyć jako ktoś inny. Proszę po­wie­dzieć, że jest mi przy­kro.

Odgłos wy­strzału stłumiło ciało, do którego przy­tknięty był wy­lot lufy ka­ra­bi­nu. Z otwo­ru na szczy­cie czasz­ki wy­trysnęła krew, frag­men­ty kości i mózgu. Pod Aichin­ge­rem ugięły się nogi.

Fa­bel prze­sko­czył nad tru­pem i po­biegł do sa­lo­nu.

2

Posiłek Ans­ga­ra był go­to­wy.

Dom Ans­ga­ra Ho­ef­fe­ra w dziel­ni­cy Nip­pes w Ko­lo­nii był skrom­ny i utrzy­ma­ny w ide­al­nym porządku. Z ni­kim tego domu nie dzie­lił, nikt go w nim nie od­wie­dzał. Z bie­giem lat stop­nio­wo wy­co­fał się do kil­ku określo­nych miejsc – domu, pra­cy i dro­gi pomiędzy nimi. Często miał wrażenie, że jego życie przy­po­mi­nało wiel­ki dom na wsi, w którym używa­no i utrzymywa­no w porządku tyl­ko kil­ka po­kojów, a resz­ta stała pogrążona w mro­ku, za­mknięta, z płach­ta­mi płótna mającymi chro­nić przed ku­rzem. Po­kojów, zda­niem Ans­ga­ra, le­piej było nie od­wie­dzać.

Kuch­nia w domu Ans­ga­ra, biorąc pod uwagę jego zawód, była za­ska­kująco mała, ale za to do­sko­na­le wy­po­sażona. Nie­ska­zi­tel­nie czy­sta i za­la­na światłem wpa­dającym przez duże okno, z którego widać było skra­wek ogro­du Ans­ga­ra i ślepą ścianę domu sąsia­da.

Roz­dzwo­nił się pie­kar­nik. Mięso się upiekło.

Naj­dziw­niej­sze było to, że w domu Ans­gar wolał przyrządzać naj­prost­sze po­tra­wy. Nie­skom­pli­ko­wa­ne da­nia, w których ujaw­niał się praw­dzi­wy smak i miękkość mięsa. Ans­gar, jak zwy­kle, wszyst­ko dokład­nie za­pla­no­wał. Go­tujące się na wol­nym ogniu szpa­ra­gi za chwilę uzy­skają do­sko­nałą kon­sy­stencję. Wyjął z lodówki gar­nu­szek z so­sem jabłko­wym. Do chwi­li poda­nia mięsa i szpa­ragów osiągnie od­po­wied­nią tem­pe­ra­turę – będzie chłodny, ale nie zim­ny. Nalał do szklan­ki pół bu­tel­ki piwa gaf­fel, za­cho­wując ide­alną równo­wagę między ilością złoci­ste­go płynu a czapą pia­ny. Wyjął z pie­kar­ni­ka blachę i roz­winął folię alu­mi­niową skry­wającą po­je­dyn­czy fi­let. Po­chy­lił się i wciągnął do noz­drzy za­pach de­li­kat­ne­go mięsa obłożone­go ty­mian­kiem. Na chwilę za­pa­ro­wały mu szkła oku­larów. Położył pie­czeń na ta­le­rzu, przy­brał ją świeżymi gałązka­mi ty­mian­ku i odro­biną sosu jabłko­we­go. Od­ce­dził szpa­ra­gi i ułożył je sta­ran­nie obok po­tra­wy.

Wziął łyk gaf­fla i po­dzi­wiał swo­je da­nie. Pierw­szy kęs mięsa nie­malże rozpłynął mu się na języku. W tej sa­mej chwi­li pomyślał po­now­nie o tej Ukra­in­ce, Je­ka­te­ri­nie, która pra­co­wała z nim w kuch­ni re­stau­ra­cji. Zmarsz­czył czoło, próbując prze­stać o niej myśleć. Ko­lej­ny kęs mięsa. Kie­dy za­nu­rzył zęby w miękkiej tkan­ce, ob­raz dziew­czy­ny powrócił. Jej ja­sna, młoda skóra i ponętne kształty. Na­wet zimą tem­pe­ra­tu­ra w kuch­ni była wy­so­ka od wil­go­ci i ciepła wy­do­by­wających się z garnków i pie­kar­ników. Skóra Je­ka­te­ri­ny różowiła się wówczas i wil­got­niała od potu, jak­by dziew­czy­na po­wo­li się go­to­wała. Sta­rał się o niej za­po­mnieć i sku­pić na je­dze­niu. Ale przy każdym ko­lej­nym kęsie myślał o jej poślad­kach. Jej pier­siach. Sut­kach. War­gach. Przede wszyst­kim o war­gach. Jadł da­lej. Zmarsz­czył czoło, czując mro­wie­nie między no­ga­mi; wyraźny ucisk na ma­te­riał spodni. Napił się piwa i próbował wziąć się w garść. Zjadł trochę szpa­ragów. Po­pra­wił pod­stawkę na przy­pra­wy. Ko­lej­ny kęs mięsa. Sztyw­ność na­ra­stała. Po­czuł pot na górnej war­dze. Powróciła myśl o jej cie­le w czar­nym T-shir­cie. O na­brzmiałych pier­siach. I war­gach.

Całą twarz Ans­ga­ra po­kry­wał te­raz pot. Wal­czył z całych sił, żeby po­zbyć się prze­wi­jających się w jego głowie ob­razów. Tych wy­na­tu­rzo­nych, sma­ko­wi­tych ob­razów, w których do­mi­no­wał cha­os, jaki już daw­no wy­rzu­cił ze swo­je­go życia. Tych słod­kich, lu­bieżnych myśli, których sam so­bie za­ka­zał. I we wszyst­kich po­ja­wiała się ona. Po­ja­wiała się tam, gdzie for­mo­wał się ob­raz de­li­kat­ne­go, so­czy­ste­go mięsa i za­ta­pia­nych w nim zębów. Przeżuwał mięso, ale nie mógł go przełknąć. Jego myśli zdo­mi­no­wał smak w ustach i ob­raz dziew­czy­ny z pra­cy. Zadrżał i gwałtow­ny wy­trysk zmo­czył mu spodnie.

3

Prze­brnięcie przez biu­ro­kra­tycz­ne pro­ce­du­ry do­tyczące śmier­ci – wypełnia­nie for­mu­la­rzy i pi­sa­nie ra­portów na­dające bez­sen­sow­ne­mu działaniu Aichin­ge­ra ofi­cjalną formę – zajęło Fa­blo­wi czte­ry go­dzi­ny. Jak wie­lo­krot­nie wcześniej w swo­jej ka­rie­rze, Fa­bel znaj­do­wał się w sa­mym cen­trum ludz­kiej tra­ge­dii, czuł jej piekący żar, a jed­no­cześnie był zmu­szo­ny za­mie­nić ją w zimną, po­zba­wioną emo­cji sta­ty­stykę. Mimo to wie­dział, że nig­dy nie za­po­mni tej ostat­niej miny Aichin­ge­ra, wyrażającej smu­tek i wdzięczność. Choć wątpił, czy kie­dy­kol­wiek ją zro­zu­mie.

Fa­bel sie­dział na skra­ju biur­ka w wy­dzia­le zabójstw na trze­cim piętrze Ko­men­dy Głównej ham­bur­skiej po­li­cji i po­pi­jał kawę z au­to­ma­tu. Byli tam też Wer­ner Mey­er, Anna Wolff i Henk Her­mann – zespół, którym do­wo­dził przez piętnaście lat, a który miał wkrótce opuścić. Nie­obec­ność Ma­rii Klee rzu­cała się w oczy. Od półtora mie­siąca prze­by­wała na przedłużającym się zwol­nie­niu le­kar­skim. Ostat­nie trzy duże śledz­twa spo­czy­wały na bar­kach Fa­bla.

Wes­tchnął ze zmęcze­niem i spoj­rzał na ze­ga­rek. Mu­siał tu jesz­cze sie­dzieć, po­nie­waż jego przełożony, ko­men­dant Horst van He­iden, chciał się z nim zo­ba­czyć, kie­dy zakończy się pa­pier­ko­wa ro­bo­ta związana ze śmier­cią Aichin­ge­ra.

– No, sze­fie... – nad­ko­mi­sarz Wer­ner Mey­er, krępy mężczy­zna po pięćdzie­siątce, ze szpa­ko­watą szcze­ciną, uniósł ku­bek z kawą ni­czym kie­li­szek szam­pa­na – muszę przy­znać, że od­cho­dzisz w wiel­kim sty­lu.

Fa­bel nie ode­zwał się. Wciąż miał przed ocza­mi wi­dok, który za­stał w sa­lo­nie Aichin­ge­ra. Do tej pory się nie uspo­koił. Biegł przez tam­ten przed­pokój ze stra­chem, ale i na­dzieją.

– Do­brze zro­biłeś, sze­fie – po­wie­działa Anna Wolff. Fa­bel uśmiechnął się do niej. Anna wciąż nie przy­po­mi­nała wyglądem ko­mi­sa­rza z wy­działu zabójstw. Była drob­na, ładna i nie wyglądała na swo­je dwa­dzieścia dzie­więć lat. Miała krótko obcięte, na­stro­szo­ne ciem­ne włosy i po­ma­lo­wa­ne ciem­no­czer­woną szminką pełne war­gi.

– Czyżby? – za­py­tał po­nu­ro Fa­bel. – Nie udało mi się roz­broić załama­ne­go człowie­ka, za­nim strze­lił so­bie w głowę.

– Stra­ciłeś jed­ne­go – wtrącił Wer­ner. – Jed­ne­go, który był już stra­co­ny, nim się tam po­ja­wiłeś... ale ura­to­wałeś tro­je.

– Jak się czu­je ro­dzi­na Aichin­ge­ra? – za­py­tała Anna.

– Całkiem do­brze. W każdym ra­zie fi­zycz­nie. Ale wciąż są w głębo­kim szo­ku. Strzały, które słysze­li sąsie­dzi, były skie­ro­wa­ne w su­fit. Dzięki Bogu ni­ko­go nie było w miesz­ka­niu wyżej. – Fa­bel zna­lazł żonę Aichin­ge­ra, jego sied­mio­let­nią córkę i dwóch chłopców, dzie­więcio- i je­de­na­sto­let­nie­go. Aichin­ger ich związał i za­kne­blo­wał taśmą. Trud­no było po­wie­dzieć, czy zro­bił to dla ich bez­pie­czeństwa, czy może za­mie­rzał ich później zabić. – Naj­go­rzej zniosła to dziew­czyn­ka. Dzie­ci po­strze­gają świat w pro­sty sposób. Kie­dy obu­dziła się rano, jej życie wyglądało tak jak zwy­kle. A wie­czo­rem wszyst­ko stanęło na głowie. – Fa­bel urwał, uświa­do­miw­szy so­bie, że po­wta­rza słowa Aichin­ge­ra. – Jak wytłuma­czyć dziec­ku w jej wie­ku, co zaszło? Jak ona ma żyć z ta­ki­mi wspo­mnie­nia­mi?

– Naj­ważniej­sze, że w ogóle żyje. – Wer­ner wziął łyk kawy. – Wszy­scy żyją. Gdy­byś nie zajął Aichin­ge­ra roz­mową, mo­gli­by zginąć.

Fa­bel wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie wiem...

Fa­blo­wi prze­rwał dzwo­nek te­le­fo­nu. Ode­brał Wer­ner.

– Je­steś pro­szo­ny na piąte piętro... – po­wie­dział, uśmie­chając się sze­ro­ko. Piąte piętro ko­men­dy po­li­cji zaj­mo­wa­li naj­wyżsi rangą ofi­ce­ro­wie. Fa­bel się skrzy­wił.

– W ta­kim ra­zie idę...

4

Jeśli in­for­ma­cje Sa­szy były praw­dzi­we, Ta­ras Bu­slen­ko wie­dział, gdzie doj­dzie do spo­tka­nia. Oni oczy­wiście nie wie­dzie­li, że on wie, więc będą go ciągać po całym Ki­jo­wie, nim w końcu zdradzą właściwe miej­sce.

Kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon komórko­wy Bu­slen­ki, do­wie­dział się, że ma pod­je­chać pod ho­tel Mir na Pro­spek­cie Gołosy­jiw­skim i cze­kać na par­kin­gu. Spędził tam już dzie­sięć mi­nut, kie­dy te­le­fon za­dzwo­nił po­now­nie. Ka­za­no mu wrócić do cen­trum, zo­sta­wić sa­mochód przy Pasażu Ki­jow­skim i pójść pie­szo Chresz­cza­ty­kiem.

Był so­bot­ni wieczór. Chresz­cza­tyk był w week­en­dy za­mknięty dla ru­chu kołowe­go, żeby turyści za dnia, a by­wal­cy klubów wie­czo­rem, mo­gli swo­bod­nie spa­ce­ro­wać i po­dzi­wiać jego wspa­niałość. Bu­slen­ko szedł sze­ro­kim chod­ni­kiem i z za­chwy­tem pa­trzył na wciąż jesz­cze jarzącą się bożona­ro­dze­niową ilu­mi­nację. Prószył śnieg, który spra­wiał, że cała uli­ca i rosnące wzdłuż niej drze­wa wyglądały jak po­sy­pa­ne cu­krem pu­drem. Zgod­nie z po­le­ce­niem szedł w kie­run­ku prze­ciw­nym do Maj­da­nu. Był tam w li­sto­pa­dzie i grud­niu dwa tysiące czwar­te­go. Czuł wte­dy dreszcz emo­cji, patrząc na po­ma­rańczo­we trans­pa­ren­ty, i at­mos­ferę pełną na­dziei na zmia­ny. Czuł, że dzie­je się coś wiel­kie­go. Coś, cze­go nie da się po­wstrzy­mać. Ale nie po­ja­wił się tam, by wes­przeć pro­te­stujących; do­wo­dził od­działem żołnie­rzy, którzy zo­sta­li wysłani na plac ponoć po to, żeby za­po­biec roz­le­wo­wi krwi między „nie­bie­ski­mi” zwo­len­ni­ka­mi Ja­nu­ko­wy­cza a „po­ma­rańczo­wy­mi” re­wo­lu­cjo­ni­sta­mi, wspie­rającymi Jusz­czenkę. Tak na­prawdę zo­sta­li tam posłani, żeby dać po­kaz siły reżimu, tyle że sze­fo­wie mi­li­cji i służb spe­cjal­nych traf­nie prze­wi­dzie­li zmianę bie­gu hi­sto­rii i wie­lu z nich, tak jak Bu­slen­ko, zaczęło sym­pa­ty­zo­wać z po­ma­rańczową re­wo­lucją.

Mi­jając klub Ce­le­stia, Bu­slen­ko na­wet nie zerknął w jego stronę. Może Sa­sza rze­czy­wiście się po­my­lił. A może po pro­stu lu­dzie, z którymi miał się spo­tkać, byli prze­czu­le­ni na punk­cie bez­pie­czeństwa.

Do­szedł już pra­wie do Cen­tral­ne­go Domu To­wa­ro­we­go, kie­dy zno­wu ode­zwał się jego te­le­fon. Tym ra­zem ka­za­no mu cze­kać przy ba­rze w klu­bie Ce­le­stia. Bu­slen­ko ode­tchnął z ulgą. Za­czy­nał się już nie­po­koić, że zo­sta­nie skie­ro­wa­ny do ja­kiejś od­ległej części mia­sta. Ce­le­stia była do­brym miej­scem. Znaj­do­wała się w sa­mym cen­trum. Wszędzie pełno lu­dzi. Trud­no byłoby tu kogoś zabić i po­zbyć się ciała.

Ce­le­stia była jed­nym z sym­bo­li no­wych ukraińskich aspi­ra­cji – efek­ciar­skim klu­bem noc­nym przy Maj­da­nie, w ser­cu Ki­jo­wa. Bu­slen­ko, mimo swo­jej przeszłości, szcze­rze wspie­rał nową drogę, jaką wy­brała Ukra­ina. Za­wsze był pa­triotą, a te­raz do­strze­gał dla swo­je­go kra­ju lepszą przyszłość. Taką, na którą Ukra­ina zasługi­wała. Całym ser­cem był za po­ma­rańczową re­wo­lucją, ale w miej­scach ta­kich jak Ce­le­stia czuł się nie­swo­jo – zda­wało się, że są od­zwier­cie­dle­niem za­chod­nie­go do­stat­ku i blich­tru, jed­nak kie­dy pa­trzyło się na ru­mianą dzie­wuchę ze wsi wbitą w zbyt błyszczącą wie­czo­rową suk­nię i na jej twarz z nie­umiejętnie zro­bio­nym ma­ki­jażem miało się wrażenie, że to tyl­ko pozór.

Przed klu­bem stało dwóch ubra­nych na czar­no bram­ka­rzy. Je­den z by­czym kar­kiem, milczący i po­nu­ry; dru­gi – niższy, szczu­plej­szy i bar­dziej przy­ja­zny, uśmiechnął się do Bu­slen­ki, który w jed­nej chwi­li oce­nił, ja­kie za­grożenie mo­gli sta­no­wić mężczyźni w drzwiach. Bez wa­ha­nia uznał tego niższe­go za bar­dziej nie­bez­piecz­ne­go – po­ru­szał się szyb­ko i zwin­nie, a swo­je praw­dzi­we myśli skry­wał za maską uśmie­chu. Bu­slen­ko nie miał wątpli­wości, że ten niższy, w prze­ci­wieństwie do ociężałego kul­tu­ry­sty, po­tra­fi działać prędko i bru­tal­nie. Na­wet zabić. Pew­nie zo­stał wy­szko­lo­ny w spec­na­zie.

Bu­slen­ko miał wrażenie, że spogląda w lu­stro.

Pod­szedł do baru i zamówił piwo obołoń. Od smętne­go bar­ma­na do­wie­dział się, że w klu­bie nie leją obołonia ani żad­ne­go in­ne­go ukraińskie­go piwa. Bu­slen­ko zamówił zbyt dro­gie­go nie­miec­kie­go pil­zne­ra. W Ce­le­stii było spo­ro klientów, ale nie pa­no­wał tłok. Prze­ważali młodzi lu­dzie w gar­ni­tu­rach od Guc­cie­go i Ar­ma­nie­go. Bar z drew­na orze­cho­we­go z bla­tem z błyszczącego, czar­ne­go gra­ni­tu był długi i miał kształt łuku. Ścia­ny oświe­tlały skie­ro­wa­ne ku górze lam­py, które rzu­cały na ak­sa­mit­ne, czer­wo­ne po­wierzch­nie kręte, lek­ko ero­tycz­ne kształty. Zda­niem Bu­slen­ki Ce­le­stia była ar­ty­styczną wizją piekła, stwo­rzoną przez współcze­sne­go pro­jek­tan­ta.

Naj­lep­szym z możli­wych miejsc na spo­tka­nie z diabłem.

Bu­slen­ko po­czuł, że ktoś koło nie­go stanął. Odwrócił się i zo­ba­czył młodą ko­bietę. Była wy­so­ka i szczupła; miała krótkie blond włosy i cha­rak­te­ry­styczną słowiańską twarz – sze­roką, z wy­dat­ny­mi kośćmi po­licz­ko­wy­mi, wy­so­kim czołem i błękit­ny­mi, błyszczącymi ocza­mi. To była na­prawdę piękna twarz i nie mogła po­cho­dzić znikąd in­dziej jak tyl­ko z Ukra­iny.

– Wi­tam – rzekła ukraińska piękność z por­ce­la­no­wym uśmie­chem. – Ocze­kują pana. Proszę iść za mną. Pańscy zna­jo­mi za­re­zer­wo­wa­li od­dziel­ny pokój. – Po­sta­wiła piwo Bu­slen­ki na tacy i odwróciła się od baru, zer­kając przez ramię, czy idzie za nią. Nim Bu­slen­ko ru­szył, ro­zej­rzał się i stwier­dził z za­do­wo­le­niem, że nie jest ob­ser­wo­wa­ny.

Ukra­in­ka za­pro­wa­dziła go przez podwójne drzwi do mrocz­ne­go, przy­po­mi­nającego tu­nel ko­ry­ta­rza ze ścia­na­mi z czar­ne­go szkła, oświe­tlo­ny­mi sze­re­giem nie­wiel­kich re­flek­torów. Za­pu­kała do ja­kichś drzwi i otwo­rzyła je na oścież przed Bu­slenką, który wszedł do dużego, urządzo­ne­go z prze­py­chem po­ko­ju. Przy ni­skim sto­li­ku na so­fie w kształcie li­te­ry L sie­działo czte­rech mężczyzn. Na sto­li­ku stała bu­tel­ka wódki i kie­lisz­ki; obok leżała nie­bie­ska tecz­ka z do­ku­men­ta­mi. Na wi­dok wchodzącego Bu­slenki mężczyźni wsta­li. Po­dob­nie jak u bram­ka­rza, ich po­stu­ra i za­cho­wa­nie zdra­dzały, że od­by­li szko­le­nie w służbach spe­cjal­nych. Wszy­scy byli po czter­dzie­st­ce, co ozna­czało, że naj­praw­do­po­dob­niej mie­li za sobą woj­skową przeszłość. Bu­slenko zwrócił uwagę na ścianę z ciem­ne­go szkła, która za­pew­ne od­dzie­lała ich od sąsied­nie­go po­ko­ju. Pokój za ścianą tonął w mro­ku, a pro­wadzące do nie­go drzwi były za­mknięte. Mimo to ja­kieś nie­ja­sne prze­czu­cie pod­po­wia­dało Bu­slen­ce, że po­miesz­cze­nie nie jest pu­ste.

Mężczy­zna siedzący pośrod­ku miał przed­wcześnie po­si­wiałe, ostrzyżone na jeża włosy. Spo­między nich wyłaniała się bli­zna i biegła przez czoło aż do pra­wej brwi. Bu­slen­ko z na­wy­ku do­ko­nał błyska­wicz­nej oce­ny sy­tu­acji i z mowy ciała mężczy­zny z blizną wy­wnio­sko­wał, że on jest tu naj­ważniej­szy. Ale to nie in­stynkt ani doświad­cze­nie pod­po­wia­dały mu, że ma do czy­nie­nia z wyjątko­wo podłym i nie­bez­piecz­nym su­kin­sy­nem. Roz­po­znał Ro­sja­ni­na, kie­dy tyl­ko wszedł do po­ko­ju. To był Kot­kin. Co tu robi Dmi­trij Kot­kin? Stał zbyt wy­so­ko w hie­rar­chii or­ga­ni­za­cji, żeby zaj­mo­wać się re­kru­to­wa­niem no­wych członków. Bu­slen­ko nie mu­siał się też od­wra­cać, żeby wie­dzieć, że w drzwiach za jego ple­ca­mi stoi te­raz piąty mężczy­zna. Czuł też obec­ność jesz­cze kogoś. Kogoś, kto był poza jego zasięgiem i cze­kał w mil­cze­niu, nie­wi­docz­ny za ciemną szybą.

Ukraińska piękność po­sta­wiła piwo Bu­slen­ki na sto­le i wyszła. Bu­slen­ko nie odwrócił się, słysząc za­my­kające się drzwi. Obec­ność piątego mężczy­zny nie miała większe­go zna­cze­nia. Bu­slen­ko był do­bry w swo­im fa­chu i w od­po­wied­niej sy­tu­acji po­ra­dziłby so­bie z czte­re­ma czy pięcio­ma mężczy­zna­mi. Tyle że ani sy­tu­acja, ani ci lu­dzie nie byli od­po­wied­ni. Wszy­scy prze­szli po­dob­ne prze­szko­le­nie jak on i wszy­scy, po­dob­nie jak on, nie­je­den raz za­bi­ja­li. Mógłby so­bie w naj­lep­szym ra­zie po­ra­dzić z jed­nym czy dwo­ma. Jeśli jed­nak cze­kała go śmierć, to był pe­wien, że właśnie z ręki człowie­ka, który stał za jego ple­ca­mi.

– Ty je­steś Ru­den­ko? – za­py­tał po ro­syj­sku Kot­kin.

Bu­slen­ko skinął głową.

– Sia­daj – po­le­cił Kot­kin i sam usiadł. Po­zo­sta­li trzej wciąż sta­li. Ro­sja­nin z blizną na czo­le otwo­rzył teczkę. – Twój życio­rys robi wrażenie. Kogoś ta­kie­go szu­ka­my. Chciałbym się jed­nak do­wie­dzieć, dla­cze­go nas szu­kałeś.

– Wca­le nie szu­kałem. To pan się ze mną skon­tak­to­wał. – Bu­slen­ko od­po­wie­dział po ro­syj­sku. Przyszło mu do głowy, żeby non­sza­lanc­ko pociągnąć z bu­tel­ki łyk piwa, ale bał się, że będą mu drżeć ręce. Nie, nie ze stra­chu. Z nad­mia­ru ad­re­na­li­ny.

Kot­kin uniósł brwi i bli­zna na czo­le zmarsz­czyła się nie­przy­jem­nie.

– Roz­py­ty­wałeś się. Co więcej, wie­działeś, ja­kie py­ta­nia i gdzie za­da­wać. To może ozna­czać jed­no z dwóch: albo szu­kasz zajęcia, albo...

Bu­slen­ko roześmiał się i potrząsnął głową.

– Nie je­stem gliną, jeśli to chciał pan po­wie­dzieć. Od­po­wiedź jest pro­sta. Pie­niądze. Chcę za­ro­bić. Do­brze za­ro­bić. I chcę pra­co­wać za­gra­nicą. Po­trze­bu­je pan lu­dzi do pra­cy za­gra­nicą, praw­da?

– Nie śpiesz­my się tak bar­dzo. – Ro­sja­nin skinął głową na po­zo­stałych. Dwóch z nich po­deszło do Bu­slen­ki, ge­stem na­ka­zało mu wstać i pod­nieść ręce. Je­den go ob­szu­kał, a dru­gi za po­mocą elek­tro­nicz­ne­go czuj­ni­ka spraw­dził, czy nie ma podsłuchu. Bu­slen­ko uśmiechnął się. Kie­dy re­wi­zja do­biegła końca, usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni mężczyźni usie­dli.

– Mu­sisz nas prze­ko­nać, że je­steś tym, kogo szu­ka­my.

– Tam ma­cie wszyst­ko. – Bu­slen­ko wska­zał ru­chem głowy teczkę. – Dwa­dzieścia lat służby. Jako spa­do­chro­niarz, a po­tem żołnierz spec­na­zu. Po­radzę so­bie z każdym za­da­niem, ja­kie do­stanę.

– Znam jed­nostkę spec­na­zu, w której służyłeś. Znasz Ju­ri­ja Pro­cze­wa? Służył tam mniej więcej w tym sa­mym cza­sie.

Bu­slen­ko uda­wał, że próbuje so­bie przy­po­mnieć. Przeglądał wszyst­kie do­ku­men­ty, wszyst­kie li­sty żołnie­rzy dzie­siątki razy. Wie­dział, że w od­dzia­le nie było żad­ne­go Ju­ri­ja Pro­cze­wy. To był oczy­wi­sty podstęp. Zbyt oczy­wi­sty. Kot­kin nie chciał, żeby Bu­slen­ko przy­znał, że zna człowie­ka, który nie ist­niał. Chciał, żeby szyb­ko za­prze­czył, żeby było ja­sne, że przy­go­to­wał się do tej roz­mo­wy.

– Nie... chy­ba nie znam – od­parł wresz­cie Bu­slen­ko. – Znałem wszyst­kich, ale Ju­ri­ja Pro­cze­wy nie. Był Ju­rij Kad­ni­kow, może to o nie­go cho­dzi?

– Po­dob­no wpadłeś w ta­ra­pa­ty? – Kot­kin zi­gno­ro­wał od­po­wiedź Bu­slen­ki.

– Drob­ne. Mu­sie­liśmy stłumić bunt w więzie­niu SIZO 13. Zabiłem więźnia... Nic wiel­kie­go, biorąc pod uwagę sy­tu­ację, ale obe­rwał je­den z pra­cow­ników więzie­nia, bo nie zro­bił tego, co mu ka­za­no, i nie trzy­mał języka za zębami. To nie moja wina, tyl­ko jego. Tyle że jego brat był jakąś szychą w Mi­ni­ster­stwie Spraw Wewnętrznych. Sami wie­cie, jak to jest...

– Nie po­trze­bu­je­my nie­przy­sto­so­wa­nych wy­rzutków. Szu­ka­my żołnie­rzy. Do­brych żołnie­rzy, którzy wypełniają roz­ka­zy.

– Czy­li kogoś jak ja. – Bu­slen­ko wy­pro­sto­wał się w skórza­nym fo­te­lu. – Ale wy­da­wało mi się, że szu­ka­cie lu­dzi, którzy będą... hmm... łamać pra­wo.

– Dla nas je­dy­nym pra­wem jest re­gu­la­min żołnie­rski. Jeśli do nas dołączysz, wej­dziesz do praw­dzi­wej eli­ty. Wszyst­ko, co ro­bi­my, od­po­wia­da naj­wyższym stan­dar­dom woj­sko­wym i nie­wie­le się różni od służby w spec­na­zie. Je­dy­na różnica po­le­ga na tym, że my płaci­my znacz­nie le­piej. No, ale na ra­zie nie je­steś jed­nym z nas i chcę, żebyś od­po­wie­dział na kil­ka pytań.

– Proszę pytać... – Bu­slen­ko non­sza­lanc­ko wzru­szył ra­mio­na­mi, choć czuł su­chość w ustach i z tru­dem po­wstrzy­my­wał się przed spoj­rze­niem na ciemną prze­szkloną ścianę za ple­ca­mi Kot­ki­na. In­stynkt nie­ustan­nie mu pod­po­wia­dał, że tam ktoś jest. Ktoś, kto pa­trzy i słucha. Tam był on. Sa­sza miał rację.

– Wiesz co spa­ja woj­sko­wy od­dział?

– Czy ja wiem... pew­nie posłuszeństwo. Zdol­ność do jak naj­sku­tecz­niej­sze­go wy­ko­na­nia roz­ka­zu.

Kot­kin potrząsnął głowa.

– Nie, to nie to. Po­wiem ci, co to jest. Za­ufa­nie. Za­ufa­nie i praw­dzi­we bra­ter­stwo. Lo­jal­ność wo­bec ko­legów i dowódcy.

– Chy­ba tak. – Bu­slen­ko wy­czuł jakąś zmianę, jak­by na­gle wzrosło ciśnie­nie po­wie­trza przed burzą. Za­uważył w po­sta­wie po­zo­stałych trzech mężczyzn na so­fie napięcie. Tyl­ko za­cho­wa­nie Kot­ki­na się nie zmie­niło. Był pro­fe­sjo­na­listą w każdym calu. Do­ku­men­ty wska­zy­wały, że Kot­kin zaj­mo­wał się przesłuchi­wa­niem i tor­tu­ro­wa­niem w Cze­cze­nii czy na ja­kichś in­nych ru­bieżach roz­pa­dającego się im­pe­rium. Może dla­te­go tu się zna­lazł. Może nie miał Bu­slen­ki zwer­bo­wać, tyl­ko tor­tu­ro­wać i zabić. Poza tym in­stynkt nie po­zwa­lał Bu­slen­ce za­po­mnieć o oso­bie, która przysłuchi­wała się ich roz­mo­wie za szklaną ścianą.

– Lo­jal­ność. Oto, co spa­ja od­dział. Bra­ter­stwo bro­ni. – Ro­sja­nin prze­rwał, jak­by cze­kał, że Bu­slen­ko coś po­wie. Po­zo­sta­li trzej mężczyźni wsta­li. Bu­slen­ko usiłował dosłyszeć jakiś odgłos za ple­ca­mi.

– Co się stało? – za­py­tał, sta­rając się za­cho­wać spokój. Atak nastąpi z tyłu, pomyślał po­now­nie.

– Wszy­scy mamy po­dob­ne doświad­cze­nia – ciągnął Kot­kin, jak­by nie usłyszał py­ta­nia. – Je­steśmy żołnie­rza­mi i na­sze życie jest w rękach ko­legów. Cel wal­ki jest sprawą dru­gorzędną. Li­czy się to, że wal­czy­my ra­zem. Łączy nas milcząca, nie­ro­ze­rwal­na więź, lo­jal­ność. Nie ma in­nej równie sil­nej. I nie ma większej zdra­dy niż ze­rwa­nie tej więzi.

Jak na dany znak trzej mężczyźni sięgnęli za pa­zu­chy swo­ich skórza­nych kur­tek i po chwi­li Bu­slen­ko pa­trzył wprost w wy­lo­ty luf trzech pi­sto­letów dużego ka­li­bru. A jed­nak żaden z mężczyzn nie pociągnął za spust.

– Nie na­zy­wasz się Ru­den­ko – po­wie­dział Ro­sja­nin. – I nie służyłeś w od­dzia­le Ty­tan. Na­zy­wasz się Ta­ras Bu­slen­ko. Służyłeś w od­dzia­le Sokół spec­na­zu, zaj­mującym się przestępczością zor­ga­ni­zo­waną, a te­raz je­steś taj­nym agen­tem wy­działu do zwal­cza­nia przestępczości zor­ga­ni­zo­wanej MSW.

Bu­slen­ko spoj­rzał na szklaną ścianę. On tam był. Na pew­no. I za­raz go za­bi­je, w taki sposób, jaki naj­bar­dziej lubi.

– Je­steś sam, Bu­slen­ko – stwier­dził Kot­kin. – Nie mogłeś przyjść uzbro­jo­ny i nie mogłeś wziąć podsłuchu. Twoi lu­dzie są na zewnątrz, ale my je­steśmy lep­si. Za­nim tu się po­ja­wią, ty będziesz mar­twy, a my znik­nie­my. Krótko mówiąc, masz prze­sra­ne.

W tej sa­mej chwi­li Bu­slen­ko usłyszał, że ktoś się po­ru­szył za jego ple­ca­mi. Per­fek­cyj­nie prze­wi­dział następny ruch człowie­ka przy drzwiach. Zda­wał so­bie sprawę, że będą go chcie­li uśmier­cić w naj­cich­szy możliwy sposób, i kie­dy przed jego twarzą po­ja­wiła się pętla z dru­tu, zsunął się w fo­te­lu. Drut wpił się boleśnie w jego czoło, a następnie ześli­zgnął po czasz­ce. Bu­slen­ko piętami ude­rzył w sto­lik. Me­bel był ma­syw­ny i przewrócił się ciężko na podłogę, nie tra­fiając w nogi trzech mężczyzn z bro­nią. Bu­slen­ko po­to­czył się w bok. Do tej pory nie padł żaden strzał. Mężczyźni mu­sie­li być prze­ko­na­ni, że zdołają go zabić, nie używając pi­sto­letów.

Bu­slen­ko prze­to­czył się po­now­nie, ale tym ra­zem mężczy­zna, który za­ata­ko­wał go wcześniej ga­rotą, przy­cisnął bu­tem bok jego głowy do podłogi. Bolało jak cho­le­ra, ale wbrew na­dzie­jom na­past­ni­ka nie zo­stał ogłuszo­ny i zdołał chwy­cić but, którego brzeg zbliżał się nie­bez­piecz­nie do krta­ni. Wykręcił na­past­ni­ko­wi nogę, własną wy­rzu­cając w górę i tra­fiając mężczyznę w kro­cze. Zda­wał so­bie sprawę, że zgi­nie. Ro­sja­nin nie kłamał: po­moc nie przyj­dzie na czas, ale nie za­mie­rzał pod­dać się bez wal­ki. Te­raz po­ru­szał się bez pa­ni­ki, jaka to­wa­rzy­szy wal­ce o prze­trwa­nie; zaczął wy­ko­rzy­sty­wać wszyst­ko, cze­go się na­uczył pod­czas szko­leń. Po­de­rwał się na nogi, okręcił na­past­ni­ka wokół jego własnej osi, jed­nym długim ru­chem skręcił mu kark i pchnął zwłoki pod nogi pozo­stałych. Ro­sja­nin od­sko­czył w lewo i trup tra­fił w jego trzech kom­panów. Bu­slen­ko do­strzegł błysk ja­kie­goś przed­mio­tu i w ostat­niej chwi­li uchy­lił się przed cio­sem noża Kot­ki­na. Z gracją i per­fekcją dorównującą ru­chom Bu­slen­ki Kot­kin zmie­nił chwyt i za­machnął się łukiem. Tym ra­zem Bu­slen­ko nie za­re­ago­wał do­sta­tecz­nie szyb­ko i choć nie po­czuł bólu, wie­dział, że ostrze tra­fiło go w ramię. Pozo­stali trzej od­zy­ska­li do tego cza­su równo­wagę i na Bu­slenkę po­sy­pał się grad ciosów. Przy­gwoździ­li go do ścia­ny, wo­bec tak zma­so­wa­ne­go ata­ku oka­zał się bez­bron­ny. Kot­kin zbliżył się do nie­go. Uniósł nóż i lek­ko dźgnął nim Bu­slenkę z boku w gardło. Bu­slen­ko wie­dział, co za chwilę nastąpi. To był kla­sycz­ny sposób na za­da­nie ci­chej śmier­ci – wbi­cie ostrza za tcha­wicę, a po­tem prze­cięcie jej jed­nym szarp­nięciem. W ten sposób za­bi­ja się świ­nie na far­mie. Bez żad­ne­go kwi­ku. Jed­no krótkie sap­nięcie i śmierć. Bu­slen­ko spoj­rzał pro­sto w zim­ne, sza­re oczy Ro­sja­nina.

– Wal się! – wy­rzu­cił z sie­bie i cze­kał, aż ostrze za­to­pi się głębiej.

Roz­legło się lek­kie pu­ka­nie i drzwi się otwo­rzyły. Wszy­scy, na­wet Bu­slen­ko, odwrócili się w tamtą stronę. Do po­ko­ju weszła Ukra­in­ka z tacą w dłoni, za­mie­rzając za­py­tać, czy chcą cze­goś do pi­cia. Słowa uwięzły jej w gar­dle na wi­dok mar­twe­go mężczy­zny na podłodze i stojącego pod ścianą z nożem wbi­tym w gardło Bu­slen­ki.

– Bierz­cie ją! – warknął Kot­kin i dwóch jego lu­dzi szyb­ko do niej pod­biegło. Je­den zo­stał, przy­ci­skając Bu­slenkę do ścia­ny.

Dziew­czy­na upuściła na podłogę tacę, pod którą ukryła pi­sto­let Fort 17. W pierw­szej ko­lej­ności, bez słowa, zli­kwi­do­wała Kot­ki­na. Bu­slen­ko usłyszał, jak po­cisk wbi­ja się w śro­dek czoła Ro­sja­ni­na, a za­raz po­tem po­czuł na po­licz­ku roz­bry­zgującą się krew. Kie­dy ciało Kot­ki­na upa­dało na podłogę, Bu­slen­ko chwy­cił jego nóż i wbił go w podbródek trzy­mającego go mężczy­zny. Ostrze prze­biło skórę, język i utkwiło w pod­nie­bie­niu twar­dym. Roz­legła się cała se­ria strzałów i Bu­slen­ko wie­dział już, że po­zo­sta­li dwaj mężczyźni leżą mar­twi. Ode­pchnął od sie­bie człowie­ka z nożem wbi­tym w pod­nie­bie­nie. Kie­dy ten za­chwiał się na no­gach i zro­bił kil­ka kroków w tył, padły ko­lej­ne dwa strzały. Pierw­szy tra­fił w tułów i spra­wił, że mężczy­zna runął na zie­mię. Dru­gi po­cisk, podręczni­ko­wo, utkwił w jego czo­le.

Ukraińska piękność z bro­nią go­tową do strzału rozglądała się po po­miesz­cze­niu. Na ko­ry­ta­rzu za­pa­no­wał zgiełk i do po­ko­ju wpa­dli żołnie­rze spec­na­zu. Bu­slen­ko, przy­ci­skając chu­s­teczkę do szyi w miej­scu, gdzie Ro­sja­nin zra­nił go nożem, wska­zał ru­chem głowy prze­szkloną ścianę dzielącą ich od dru­gie­go po­miesz­cze­nia.

– Tam! On tam musi być!

Ukra­in­ka po­deszła do Bu­slen­ki.

– Nic ci nie jest?

– Należy ci się duży na­pi­wek, kel­ne­recz­ko. – Bu­slen­ko uśmiechnął się gorz­ko, spoglądając na ciało mężczy­zny, którego ugo­dził nożem, a ona dobiła dwo­ma strzałami. Chciał mieć przy­najm­niej jed­ne­go żywe­go, którego mógłby przesłuchać, i ten coup de grâce Ukra­in­ki wydał mu się zby­tecz­ny. Ale po­nie­waż oca­liła go przed za­szlach­to­wa­niem, nie po­wie­dział tego głośno.

Z dru­gie­go po­ko­ju wrócił dowódca od­działu spec­na­zu. Po­dob­nie jak Bu­slen­ko, Piotr Sa­mo­liuk był ofi­ce­rem od­działu Sokół.

– Czy­sto.

– Co zna­czy „czy­sto”? On tam był – wy­rzu­cił z sie­bie Bu­slen­ko. – Ob­ser­wo­wał mnie, wiem to.

Piotr Sa­mo­liuk wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Te­raz ni­ko­go tam nie ma.

– Je­steś pew­ny, że to był on? – za­py­tała Ukra­in­ka.

– Tam był, kur­wa mać, nasz naj­ważniej­szy cel. Czułem jego obec­ność. Przy­szliśmy tu tyl­ko po nie­go. In­for­ma­cja, że po­ja­wi się w tym miej­scu, była pew­na. A ten... – Bu­slen­ko zmarsz­czył brwi i wska­zał ru­chem głowy ciało Ro­sja­ni­na z raną na czo­le. Z dziu­ry w czasz­ce spływała ciem­no­pur­pu­ro­wa stróżka. – Co tu robił Dmi­trij Kot­kin?

– Należał do or­ga­ni­za­cji. Dla­cze­go miałoby go tu nie być?

– Działał w or­ga­ni­za­cji, ale nie w tym skrzy­dle. On był człowie­kiem Mołoko­wa. – Wciąż wpa­try­wał się w prze­szkloną ścianę. – Tam za szybą to nie był Mołokow. Tam był sam szef, Wa­syl Wi­tren­ko. Mu­siały go spro­wa­dzić do oj­czy­zny ja­kieś wiel­kie in­te­re­sy. W prze­ciw­nym ra­zie by się nie ujaw­niał. Na­wet Kot­kin był zbyt ważny, żeby zaj­mo­wać się re­kru­tacją ban­dziorów. Za­szedł tak wy­so­ko, że po­wi­nien być co­raz mniej wi­docz­ny.

– Mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że to miej­sce szczel­nie oto­czy­liśmy. Kto­kol­wiek tu wszedł, nie mógł się wy­do­stać. – Ukraińska piękność podążyła wzro­kiem za spoj­rze­niem Bu­slen­ki i po­pa­trzyła na prze­szkloną ścianę. – To za­wsze jest lo­te­ria, Ta­ras. Mie­liśmy sprzecz­ne in­for­ma­cje. Z jed­nej stro­ny mówiło się, że Wi­tren­ko wrócił na Ukra­inę, a z dru­giej do­cie­rały do was sy­gnały, że wciąż jest w Niem­czech.

– Cóż... – Bu­slen­ko odwrócił się w stronę pięknej pani ka­pi­tan Olgi Sa­ra­pen­ko z ki­jow­skiej mi­li­cji, która tak prze­ko­nująco od­gry­wała rolę kel­ner­ki – ...moja bab­cia za­wsze po­wta­rzała, że dia­beł po­tra­fi być w dwóch miej­scach jed­no­cześnie.

5

Fa­bel cze­kał, aż zo­sta­nie wpusz­czo­ny do ga­bi­ne­tu ko­men­dan­ta van He­ide­na, i roz­myślał o tym, że wkrótce sta­nie się kimś zupełnie in­nym. A także o tym, że wszy­scy prócz Su­san­ne sta­ra­li się wybić mu to z głowy. Po­dej­rze­wał, że van He­iden spróbuje tego sa­me­go.

Po­mysł odejścia z po­li­cji na­ro­dził się z pra­gnie­nia uciecz­ki od śmier­ci. Cała jego ka­rie­ra po­li­cjan­ta ozna­czała jej bru­talną obec­ność w jego życiu. Za młodu Fa­bel nig­dy nie myślał o tym, żeby zo­stać stróżem pra­wa; z ty­pową dla młode­go wie­ku ab­so­lutną pew­nością wiązał swoją przyszłą ka­rierę z za­wo­dem hi­sto­ry­ka. I wte­dy śmierć, w naj­gwałtow­niej­szej i naj­bar­dziej okrut­nej po­sta­ci, stanęła nie­pro­szo­na na dro­dze Jana Fa­bla.

To się stało, gdy był jesz­cze stu­den­tem Uni­wer­sy­te­tu Ham­bur­skie­go. Za­le­d­wie od kil­ku ty­go­dni spo­ty­kał się z Hanną Dorn, córką pro­fe­so­ra hi­sto­rii, kie­dy jakiś psy­cho­pa­ta wy­brał ją przy­pad­ko­wo na swoją ko­lejną ofiarę. Fa­bel zda­wał so­bie sprawę, że Han­na Dorn nie miałaby zbyt wiel­kie­go wpływu na jego życie. Gdy­by nie uraz spo­wo­do­wa­ny jej śmier­cią, już daw­no by o niej za­po­mniał. Był to związek, który mógł trwać za­le­d­wie jakąś chwilę – cho­dzi­li­by ra­zem na im­pre­zy, ja­da­li­by w re­stau­ra­cjach, gdy­by było ich na to stać, spo­ty­kaliby się z przy­ja­ciółmi. Ale ile­kroć później Fa­bel wra­cał myślami do tam­tych chwil, czuł, że nie udałoby im się stwo­rzyć stałego związku. To nie ist­nie­nie Han­ny w jego życiu zaważyło na jego lo­sach, lecz ra­czej jej nagła nie­obec­ność.

Fa­bel zaczął od próby nada­nia sen­su śmier­ci Han­ny, a prze­szedł do nada­wa­nia sen­su śmier­ci ob­cych mu ofiar. Po­znał tyle na­zwisk, tyle twa­rzy mar­twych lu­dzi. Sze­fując wy­działowi zabójstw Ko­men­dy Głównej po­li­cji ham­bur­skiej, po­zna­wał lu­dzi, którzy już nie mo­gli po­znać jego. Stał się mi­strzem re­kon­struk­cji życia i oso­bo­wości ofiar oraz wni­ka­nia w umysły mor­derców.

Zo­stał przy zdro­wych zmysłach tyl­ko dla­te­go, że przez całe życie za­wo­do­we sta­rał się trzy­mać śmierć na dy­stans. Nig­dy nie po­zo­sta­wał obojętny. Za­wsze czuł em­pa­tię wo­bec ofiar, ale od mo­men­tu, kie­dy za­mor­do­wa­no Hannę, sta­rał się nie do­pusz­czać śmier­ci zbyt bli­sko sie­bie. Jed­nak ostat­nie wy­da­rze­nia wszyst­ko zmie­niły – je­den ofi­cer za­bi­ty, je­den poważnie ran­ny i oka­le­czo­ny psy­chicz­nie.

Czas odejść. Przy­pad­ko­we spo­tka­nie z ko­legą ze szkol­nych czasów za­owo­co­wało ofertą pra­cy. Na­wet więcej niż pra­cy: uciecz­ki do nor­mal­ne­go życia. Dla Fa­bla była to naj­trud­niej­sza, fun­da­men­tal­na de­cy­zja. A te­raz wszy­scy próbo­wa­li mu ją wybić z głowy. Wszy­scy prócz Su­san­ne. Su­san­ne wi­działa w tym coś więcej niż tyl­ko zmianę w ka­rie­rze Fa­bla, wi­działa okazję do zmia­ny pod­staw ich związku.

Przełożeni Fa­bla, z wiel­ki­mi opo­ra­mi, zgo­dzi­li się, żeby od­szedł z wy­działu zabójstw po zakończe­niu spra­wy tak zwa­ne­go Fry­zje­ra z Ham­bur­ga. To właśnie ta spra­wa, w połącze­niu z trze­ma in­ny­mi śledz­twa­mi do­tyczącymi se­ryj­nych mor­derstw, spra­wiła, że w końcu po­sta­no­wił odejść. Uznał, że taka ilość prze­rażenia i stra­chu oraz ciągłe ob­co­wa­nie z cho­ry­mi, sza­lo­ny­mi umysłami zabójców mogą w końcu do­pro­wa­dzić do tego, że sam za­cznie się do nich upo­dab­niać.

Ko­men­dant Horst van He­iden był jego sze­fem i do­wo­dził pio­nem śled­czym po­li­cji ham­bur­skiej, czy­li po­licją kry­mi­nalną. Fa­bla za­sko­czył upór z ja­kim van He­iden sta­rał się od­wieść go od de­cy­zji o po­rzu­ce­niu służby w po­li­cji. Fa­bel i van He­iden różnili się w wie­lu aspek­tach. Van He­iden był ty­po­wym ofi­ce­rem, który prze­szedł wszyst­kie szcze­ble ka­rie­ry, począwszy od pra­cy w służbie mun­du­ro­wej. Fa­bel sam sie­bie uważał za de­tek­ty­wa z przy­pad­ku i out­si­de­ra. I po­do­bało mu się to, że tak nie­wielką wagę przykładał do for­mal­ności.

Kie­dy Fa­bel wszedł do ga­bi­ne­tu ko­men­dan­ta, oprócz van He­ide­na za­stał tam wy­so­kie­go, szczupłego, przed­wcześnie osi­wiałego mężczyznę.

– Fa­bel... przed­sta­wiam panu Herr Wa­gne­ra z BKA – ode­zwał się van He­iden. Fa­bel uścisnął dłoń agen­ta fe­de­ral­ne­go. BKA to skrót od Bun­de­skri­mi­na­lamt, Fe­de­ral­nej Po­li­cji Kry­mi­nal­nej Nie­miec, agen­cji ochro­ny porządku pu­blicz­ne­go, działającej na te­re­nie całego kra­ju. Fa­bel kil­ka­krot­nie współpra­co­wał z BKA, ale nig­dy wcześniej nie spo­tkał Wa­gne­ra. Może więc ce­lem spo­tkania nie było prze­ko­na­nie go, żeby po­zo­stał w wy­dzia­le zabójstw. A jed­nak jego na­dzie­je roz­wiały już pierw­sze wy­po­wie­dzia­ne przez van He­idena słowa.

– Po­wiem bez ogródek, Fa­bel. – Van He­iden wska­zał mu krzesło. – Wie pan, co myślę o pańskim odejściu ze służby. Wolałbym pana wi­dzieć w in­nym wy­dzia­le, niż zupełnie stra­cić.

– Do­ce­niam to, pa­nie ko­men­dan­cie, ale już zde­cy­do­wałem. – Fa­bel na­wet nie próbował ukryć znużenia w głosie. – I proszę wy­ba­czyć, ale już roz­ma­wia­liśmy na ten te­mat...

Van He­iden się na­stro­szył.

– Oczy­wiście nie we­zwałem tu pana, żeby się po­wta­rzać, Fa­bel. Herr Wa­gner i ja chcie­li­byśmy z pa­nem prze­dys­ku­to­wać pewną kwe­stię.

– Z całym sza­cun­kiem – ode­zwał się Wa­gner – nie zga­dzam się z pa­nem van He­ide­nem, że al­ter­na­tywą dla pańskiej re­zy­gna­cji byłoby prze­nie­sie­nie pana do in­ne­go wy­działu. Wiem, że udało się panu zakończyć z suk­ce­sem śledz­twa w spra­wie czte­rech se­ryj­nych mor­derców.

– To zależy, co pan ro­zu­mie przez „suk­ces” – od­parł Fa­bel. – Stra­ciłem jed­ne­go człowie­ka, a dru­ga oso­ba tak moc­no to przeżyła, że jest na długim zwol­nie­niu le­kar­skim.

– Jak się mie­wa Frau Klee? – za­py­tał van He­iden.

– Ma­ria jest twar­da – od­parł Fa­bel. – Bar­dzo twar­da. I na tym po­le­ga pro­blem. Próbowała so­bie z tym szyb­ko po­ra­dzić, ale rany fi­zycz­ne i psy­chicz­ne się nie za­le­czyły. Dla­te­go w końcu się załamała.

– Frau Klee zo­stała poważnie ran­na pod­czas śledz­twa, w którym zginął inny ofi­cer z wy­działu Herr Fa­bla. – Van He­iden po­czuł się w obo­wiązku wyjaśnić sy­tu­ację Wa­gne­ro­wi.

– Zginął też po­li­cjant ze służby mun­du­ro­wej – dodał Fa­bel.

– Tak... – Wa­gner zmarsz­czył czoło. – Spra­wa Wi­tren­ki. Możecie mi pa­no­wie wie­rzyć, znam aż za do­brze wy­czy­ny na­sze­go ukraińskie­go przy­ja­cie­la. Wa­syl Wi­tren­ko jest na pierw­szym miej­scu wśród po­szu­ki­wa­nych przestępców.

– Jak­by tego było mało, Ma­ria nawiązała... – Fa­bel szu­kał od­po­wied­nie­go słowa – ...związała się z in­nym mor­dercą. Wszyst­ko to dało jej się porządnie we zna­ki.

– To coś więcej niż utra­ta za­ufa­nia czy stres po­ura­zo­wy – za­uważył van He­iden. – Frau Klee przeżyła całko­wi­te załama­nie. Wszy­scy wie­my, że gdy­by nie to, zo­stałaby pańską następczy­nią. Trud­no mi to mówić o ofi­ce­rze o ta­kich zdol­nościach jak Frau Klee, ale wątpię, czy cze­ka ją jakaś przyszłość w wy­dzia­le zabójstw.

– Wy­da­je mi się, że po­wi­nie­nem mieć coś do po­wie­dze­nia w tej spra­wie – rzu­cił Fa­bel.

– Ale nie będzie pan miał, nad­ko­mi­sa­rzu – od­parł van He­iden. – Nim Frau Klee wróci ze zwol­nie­nia, pana już daw­no tu nie będzie. To pański wybór, Fa­bel. Nie mój. Mimo to je­stem pe­wien, że wy­ko­rzy­sta­my doświad­cze­nie Frau Klee gdzieś w ham­bur­skiej po­li­cji.

Fa­bel się nie ode­zwał. W końcu kłopo­tliwą ciszę prze­rwał Wa­gner.

– Jak już mówiłem, Herr Fa­bel, ma pan na­tu­ral­ny ta­lent do skom­pli­ko­wa­nych spraw do­tyczących mor­derstw. A ta ostat­nia spra­wa była, de­li­kat­nie mówiąc, bar­dzo głośna. Pańska re­pu­ta­cja sięga da­le­ko poza Ham­burg. Czy to się panu po­do­ba, czy nie, zy­skał pan w społecz­ności po­li­cjantów w Niem­czech opi­nię naj­bar­dziej doświad­czo­ne­go i od­noszącego naj­większe suk­ce­sy śled­cze­go.

– Nie sądzę, żebym miał ja­kieś wyjątko­we kwa­li­fi­ka­cje – od­parł Fa­bel. – To ra­czej kwe­stia pe­cha... że na na­szym te­re­nie mie­liśmy czte­rech se­ryj­nych mor­derców. A także tego, że mam do­bry zespół i uśmiechnęło się do mnie szczęście.

– Wszy­scy do­brze wie­my, że nie o szczęście tu cho­dzi, Fa­bel – stwier­dził van He­iden.

– Proszę posłuchać, Herr Fa­bel – ode­zwał się Wa­gner. – Co chwi­la w różnych częściach Re­pu­bli­ki Fe­de­ral­nej, z tych czy in­nych po­wodów, do­cho­dzi do mor­derstw, które są znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne niż zwykłe zabójstwa.

– Ma pan na myśli se­ryj­nych zabójców?

– Nie... a właści­wie tak, ale nie tyl­ko. Wszyst­ko się zmie­nia. Mamy do czy­nie­nia z co­raz bar­dziej złożony­mi przy­pad­ka­mi. Zabójstwa­mi z do­dat­ko­wym pod­tek­stem... po­li­tycz­nym, związa­nym z przestępczością zor­ga­ni­zo­waną, z za­wo­do­wy­mi mor­der­ca­mi. A także z przy­pad­ka­mi, które swym zasięgiem prze­kra­czają gra­ni­ce po­szczególnych landów i kom­pe­ten­cje lo­kal­nych sił po­li­cyj­nych. Na przykład za­wo­do­wy mor­der­ca z Bre­my może pra­co­wać dla gang­ste­ra z Lip­ska. Albo możemy mieć do czy­nie­nia z se­ryj­nym zabójcą, który po­ru­sza się sie­cią au­to­strad po całych Niem­czech. A cza­sem, po pro­stu, spra­wa jest na tyle skom­pli­ko­wa­na czy nie­zwykła, że jej roz­wiąza­nie prze­kra­cza możliwości lo­kal­nej po­li­cji.

– Co to ma wspólne­go ze mną?

– Jak pan wie, przy śledz­twie roz­ciągającym się na całą Re­pu­blikę Fe­de­ralną, kie­ro­wa­niem nim zaj­mu­je się pro­ku­ra­tor kra­jo­wy tego lan­du, w którym popełnio­no pierw­sze zabójstwo, a BKA zaj­mu­je się ko­or­dy­nacją działań po­szczególnych służb. Ale żyje­my w co­raz bar­dziej złożonym świe­cie; glo­ba­li­za­cja nie do­ty­czy wyłącznie biz­ne­su. In­ter­net stał się ogólnoświa­to­wym narzędziem przestępców sek­su­al­nych, a przestępczość zor­ga­ni­zo­wa­na nie zważa na gra­ni­ce państw, a tym bar­dziej landów.

– BKA za­mie­rza stwo­rzyć spe­cjalną jed­nostkę do zwal­cza­nia tego ro­dza­ju przestępczości – po­wie­dział van He­iden. – Taki, po­wiedz­my, su­per­wy­dział zabójstw. I chce, żeby pan nim po­kie­ro­wał.

– Pra­co­wałby pan w dal­szym ciągu w Ko­men­dzie Głównej po­li­cji w Ham­bur­gu – tłuma­czył Wa­gner – i zaj­mo­wałby się pan, tak samo jak przez ostat­nich piętnaście lat, pro­wa­dze­niem śledztw w tym mieście, ale do­stałby pan do­dat­ko­wych lu­dzi i środ­ki do stwo­rze­nia jed­nost­ki spe­cjal­nej. W ra­zie po­ja­wie­nia się, gdzie­kol­wiek na te­re­nie Nie­miec, spra­wy wy­ma­gającej pańskich wyjątko­wych umiejętności przej­mo­wałaby ją właśnie ta jed­nost­ka.

– To mi po­chle­bia, ale...

Van He­iden wszedł Fa­blo­wi w słowo:

– To nie jest żadne po­chleb­stwo. I nie cho­dzi tyl­ko o pana. To wyjątko­wa oka­zja, żeby po­li­cja ham­bur­ska zy­skała w całej Eu­ro­pie, a na­wet na świe­cie, opi­nię li­de­ra w pro­wa­dze­niu do­cho­dzeń do­tyczących mor­derstw, tak jak in­sty­tut w Ep­pen­dorf zasłynął jako świa­to­wy li­der w kry­mi­na­li­sty­ce.

– Ta jed­nost­ka będzie pod­le­gała BKA?

– Będzie pan w dal­szym ciągu służył w po­li­cji ham­bur­skiej – wyjaśnił Wa­gner – a do­pie­ro w dru­giej ko­lej­ności w BKA. Zwiększo­ny za­kres od­po­wie­dzial­ności będzie się łączył z wyższym upo­sażeniem. Jeśli pan so­bie życzy, możemy zo­sta­wić wszyst­ko po sta­re­mu, a w in­nych częściach kra­ju wy­ko­rzy­sty­wać pana w roli, po­wiedz­my, kon­sul­tan­ta.

Fa­bel przez chwilę roz­ważał złożoną mu pro­po­zycję.

– Brzmi to in­te­re­sująco i dla am­bit­ne­go ofi­ce­ra sta­no­wiłoby na pew­no nie lada wy­zwa­nie, ale nie dla mnie. Ja próbuję się uwol­nić od śmier­ci czającej się za ro­giem. Nie chcę mieć z nią więcej do czy­nie­nia. Przy­kro mi, pa­no­wie. – Fa­bel wstał. – Podjąłem już de­cyzję.

– To wyjątko­wa oka­zja – na­ci­skał Wa­gner.

– Proszę posłuchać, Herr Wa­gner, do­ce­niam pańską pro­po­zycję. Na­prawdę. Ale czas zająć się czymś in­nym. – Fa­bel zro­bił krótką przerwę. – Po­gu­biłem się. Kie­dy zo­sta­wałem po­li­cjan­tem, wszyst­ko było prost­sze. Znałem swo­je miej­sce, miałem stać pomiędzy zwykłym oby­wa­te­lem a tymi, którzy mo­gli go skrzyw­dzić.

– To całkiem do­bra de­fi­ni­cja za­wo­du po­li­cjan­ta – za­uważył van He­iden – i jest dziś tak samo ak­tu­al­na jak wte­dy, kie­dy wstępował pan do służby.

– Być może... – od­rzekł z wes­tchnie­niem Fa­bel – ale z bie­giem lat... wszyst­ko się skom­pli­ko­wało. Stało się, można by rzec, bar­dziej abs­trak­cyj­ne. Przestępcy, których ści­gam, czy­ny, których się do­pusz­czają... Nig­dy wcześniej nie było to wszyst­ko ta­kie mrocz­ne.

Za­padła ci­sza. Prze­rwał ją w końcu, nie­pew­nym głosem, Wa­gner:

– Wspo­mniałem wcześniej, że znam aż za do­brze Wa­sy­la Wi­trenkę... Wiem, że ma­cie... jak by to po­wie­dzieć... nie­wyrówna­ne ra­chun­ki. Wi­trenko i jego nowy wspólnik, Mołokow, to naj­potężniej­si gra­cze w han­dlu żywym to­wa­rem w Eu­ro­pie. Spro­wa­dzają z Eu­ro­py Wschod­niej i z Azji ko­bie­ty oraz dzie­ci do bur­de­li. Niem­cy nie są ryn­kiem do­ce­lo­wym, tyl­ko furtką pro­wadzącą da­lej na Zachód. Utwo­rzy­liśmy spe­cjal­ny zespół, który ma za za­da­nie od­na­leźć i raz na za­wsze wy­eli­mi­no­wać Wi­trenkę. Gdy­by zmie­nił pan de­cyzję, pana pierw­szym za­da­niem byłoby złapa­nie go.

– Dla­cze­go wszyst­kim się wy­da­je, że znają moje mo­ty­wy? Co wy wie­cie o tym, co się na­prawdę zda­rzyło, kie­dy Ma­ria zo­stała pchnięta nożem? – Fa­bel z tru­dem pa­no­wał nad złością. – To jest praw­dzi­we życie, a nie jakiś ckli­wy ame­ry­kański film. Nie płonę żądzą ze­msty i nie marzę o ja­kiejś spek­ta­ku­lar­nej osta­tecz­nej roz­gryw­ce. Wi­tren­ko to nie mój pro­blem. Już nie.

– Nie działamy w ten sposób – od­po­wie­dział Wa­gner i Fa­bel za­uważył, że mu­siał porządnie zi­ry­to­wać przed­sta­wi­cie­la BKA. – Nie ob­chodzą mnie oso­bi­ste ura­zy. Sądziłem, że jako pro­fe­sjo­nal­ny śled­czy ze­chce pan za­mknąć sprawę, w którą był pan tak głęboko za­an­gażowa­ny. Z na­sze­go punk­tu wi­dze­nia może pan spo­ro wnieść do jej wyjaśnie­nia. Nikt nig­dy nie był tak bli­ski złapa­nia Wi­tren­ki jak pan i Frau Klee. Pańskie uwa­gi byłyby bez­cen­ne. Mogę też pana za­pew­nić, że wie­my te­raz o wie­le więcej na te­mat Wi­tren­ki niż w chwi­li, gdy wa­sze dro­gi zeszły się po raz pierw­szy. Mamy in­for­ma­to­ra w or­ga­ni­za­cji Wi­tren­ki i Mołoko­wa i zgro­ma­dzi­liśmy na ich te­mat ob­szer­ne do­ssier. Z po­mocą na­szych przy­ja­ciół z ukraińskiej mi­li­cji udało się rzu­cić trochę światła na po­czy­na­nia Wi­tren­ki.

Fa­bel spoj­rzał obojętnie na Wa­gne­ra, ale w głębi du­szy czuł, że chętnie za­po­znałby się z do­ssier Wi­tren­ki, który już daw­no prze­stał być dla nie­go istotą ludzką, a stał się zjawą.

– Ze­bra­nie do­ssier Wi­tren­ki kosz­to­wało życie kil­ku lu­dzi, Herr Fa­bel. In­for­ma­cje po­chodzą nie tyl­ko z na­szych źródeł, ale także z taj­nych ope­ra­cji służb ukraińskich. Przy­pusz­cza­my, że Wi­tren­ko wie o ist­nie­niu do­ssier i wie­le by dał, żeby wpadło w jego ręce.

– Dla­cze­go? Nic no­we­go by tam o so­bie nie prze­czy­tał.

– Wi­tren­ko ma ob­sesję na punk­cie lo­jal­ności. Ist­nieją dwie wer­sje tego do­ssier: właściwa i ro­bo­cza. A to dla­te­go, że nie możemy się wszyst­ki­mi in­for­ma­cja­mi wy­wia­dow­czy­mi po­dzie­lić z na­szy­mi ukraiński­mi ko­le­ga­mi. Ich apa­rat bez­pie­czeństwa jest wciąż przeżarty ko­rupcją i sami Ukraińcy nie wiedzą, ilu lu­dzi Wi­tren­ki zdołało prze­niknąć do ich sze­regów. Wszy­scy człon­ko­wie ze­społu śled­cze­go pra­cują z wersją ro­boczą do­ssier. Są tam naj­istot­niej­sze in­for­ma­cje, ale nie można na ich pod­sta­wie zi­den­ty­fi­ko­wać źródeł. Ale na­wet gdy­by w ręce Wi­tren­ki wpadła tyl­ko wer­sja ro­bo­cza, i tak zdołałby usta­lić na­sze źródła w swo­jej or­ga­ni­za­cji.

– A są ta­kie? Lu­dzie Wi­tren­ki są fa­na­tycz­nie lo­jal­ni wo­bec swo­je­go sze­fa.

– To praw­da. Ale kie­dy połączył siły z Mołoko­wem, na­ra­ził na szwank swo­je bez­pie­czeństwo. Mołoko­wem kie­rują mniej szla­chet­ne idee. Po­dob­nie jak Wi­tren­ko, ma za sobą przeszłość w służbie bez­pie­czeństwa, tyle że ro­syj­skiej, nie ukraińskiej, ale poza tym jest zwy­czaj­nym, pro­stym gang­ste­rem w daw­nym sty­lu. Jego lu­dzi nie łączy żadna wiel­ka fi­lo­zo­fia prócz chci­wości i prze­mo­cy. – Wa­gner urwał, cze­kając na re­akcję Fa­bla.

– Cóż... jak mówiłem, Wa­syl Wi­tren­ko, jego po­czy­na­nia i jego kum­ple to już te­raz pro­blem kogoś in­ne­go, nie mój – od­parł Fa­bel.

Van He­iden i Wa­gner wy­mie­ni­li zre­zy­gno­wa­ne spoj­rze­nia.

– Może pan to jesz­cze prze­myśli – rzekł van He­iden. – Je­stem gotów za­blo­ko­wać na trzy mie­siące pański etat. Przez ten czas wy­działem zabójstw zgo­dził się po­kie­ro­wać nad­ko­mi­sarz Mey­er. Później będę mu­siał wy­zna­czyć pańskie­go następcę.

– Może pan go wy­zna­czyć już te­raz, Herr van He­iden. Podjąłem de­cyzję.

– Przyj­muję do wia­do­mości, co pan mówi – wtrącił się Wa­gner – ale mimo to proszę, żeby ze­chciał pan rzu­cić na to okiem. – Wręczył Fa­blo­wi opasłą teczkę. – Zależy mi na pańskiej opi­nii. Ro­zu­miem, że nie chce pan być bez­pośred­nio za­an­gażowa­ny w sprawę, ale byłbym wdzięczny za za­po­zna­nie się z tymi ak­ta­mi. Może przyj­dzie panu do głowy jakiś po­mysł.

– Co to jest? – Fa­bel wziął do ręki teczkę i przyglądał się jej po­dejrz­li­wie.

– Do­sta­liśmy to z po­li­cji Nad­re­nii Północ­nej-West­fa­lii... od ko­mi­sa­rza Schol­za z ko­men­dy w Ko­lo­nii. Scholz za­py­tał mnie, czy nie ze­chciałby pan tam po­je­chać i pomóc mu w wyjaśnie­niu tej spra­wy, ale te­raz już wiem, że to nie­ak­tu­al­ne.

Fa­bel roześmiał się cy­nicz­nie.

– Ro­zu­miem... mała przynęta, żeby spraw­dzić, czy uda się mnie prze­ka­ba­cić.

– Nie będę ukry­wał, że byłbym bar­dzo za­do­wo­lo­ny, gdy­by ta spra­wa za­in­te­re­so­wała pana do tego stop­nia, żeby ze­chciał pan po­je­chać do Ko­lo­nii. Mimo to sza­nuję pańską de­cyzję. Je­stem pew­ny, że ko­mi­sarz Scholz będzie wdzięczny za wszel­kie su­ge­stie i rady z pańskiej stro­ny, nadko­mi­sarzu.

– Okej... – Fa­bel wstał, wkładając teczkę pod pachę. – Spojrzę na to. Ale to wszyst­ko, co mogę obie­cać.

Van He­iden od­pro­wa­dził Fa­bla do drzwi. Uścisnęli so­bie dłonie.

– Będzie nam pana bra­ko­wać – po­wie­dział van He­iden. – Szcze­rze mówiąc, nie wy­obrażam so­bie pana jako sprze­daw­cy kom­pu­terów.

Fa­bel uśmiechnął się.

– Pro­gramów edu­ka­cyj­nych, pa­nie ko­men­dan­cie. Dla szkół wyższych na całym świe­cie.

– Niech będą pro­gra­my, i tak to do pana nie pa­su­je. Pan jest po­li­cjan­tem. Czy to się panu po­do­ba, czy nie.