Misja: Przetrwanie - Złoto bogów - Bear Grylls - ebook
Opis

"Ekscytujący nowy cykl książek słynnego mistrza sztuki przetrwania
BEARA GRYLLSA.

Mnóstwo opisów autentycznych technik przetrwania w najtrudniejszych sytuacjach tym razem znajdziecie w powieści przygodowej napisanej specjalnie dla młodzieży!

Beck Granger stoi w obliczu pewnej śmierci. Z dwojgiem przyjaciół zaginął w kolumbijskiej dżungli; nie ma GPS-u ani jedzenia, a jedynie starą mapę i tajemniczy amulet.

Zna za to tajniki sztuki przetrwania i jeśli ktokolwiek może uratować całą trójkę, to właśnie Beck.

Jak zbudować tratwę i schronienie...
Jak zabić węża...
Jak znaleźć wodę...
Jak pokonać atakującego rekina...

Beck umie sobie poradzić w każdym środowisku – ale nawet on nie przewidzi każdego niebezpieczeństwa...

Szukając swego porwanego wuja, Beck musi walczyć z czasem i żywiołami. Czy uda mu się odnaleźć zaginione Złote Miasto i odkryć tajemnicę jego mieszkańców? "

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 166

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Co­py­ri­ght © Be­ar Grylls 2001, 2005, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011

Trans­la­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Pas­cal 2011

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ża­den frag­ment ni­niej­szej pu­bli­ka­cji nie mo­że być re­pro­du­ko­wa­ny, prze­cho­wy­wa­ny, bądź roz­po­wszech­nia­ny w ża­den spo­sób (w for­mie elek­tro­nicz­nej, me­cha­nicz­nie, kse­ro­gra­ficz­nie lub w ja­kiej­kol­wiek in­nej po­sta­ci) bez uprzed­niej zgo­dy wy­daw­cy.

Ty­tuł: Zło­to bo­gów

Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Gold of the Gods

Au­tor: Be­ar Grylls

Tłu­ma­cze­nie: Ar­ka­diusz Bel­czyk

Re­dak­cja: Jo­an­na Za­bo­row­ska

Ko­rek­ta: Do­ro­ta Dą­brow­ska

Pro­jekt okład­ki: Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Zdję­cia: www.dre­am­sti­me.com (ilu­stra­cja; okład­ka)

Skład i opie­ka tech­nicz­na: Pa­weł Ka­nik

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Ma­re­kwi­ca

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

www.pas­cal.pl

Biel­sko-Bia­ła 2014

ISBN 978-83-7642-377-7

eBo­ok ma­îtri­sé parAte­lier Du Châte­aux

O Autorze

Be­ar Grylls od za­wsze ko­cha przy­go­dy. Al­pi­ni­sta, od­kryw­ca, ma czar­ny pas w ka­ra­te. Prze­szedł szko­le­nie w bry­tyj­skich od­dzia­łach spe­cjal­nych SAS, gdzie na­uczył się sztu­ki prze­trwa­nia. W wie­ku 21 lat prze­żył cięż­ki wy­pa­dek pod­czas sko­ku spa­do­chro­no­we­go – zła­mał krę­go­słup w trzech miej­scach. Mi­mo to po dwóch la­tach re­ha­bi­li­ta­cji zre­ali­zo­wał swe dzie­cię­ce ma­rze­nie i ja­ko naj­młod­szy Bry­tyj­czyk w hi­sto­rii sta­nął na szczy­cie Mo­unt Eve­re­stu. Wy­czyn ten od­no­to­wa­no w Księ­dze re­kor­dów Gu­in­nes­sa. Jest zna­ny dzię­ki swym fa­scy­nu­ją­cym wy­pra­wom oraz z pro­gra­mu te­le­wi­zyj­ne­go Szko­ła prze­trwa­nia pre­zen­to­wa­ne­go na ka­na­le Di­sco­ve­ry Chan­nel.

Książ­kę tę de­dy­ku­ję Mar­ma­du­ke’owi, mo­je­mu dru­gie­mu sy­no­wi i ko­lej­ne­mu oczku w gło­wie ta­ty. Mam na­dzie­ję, że Ci się spodo­ba i pew­ne­go dnia wspól­nie prze­ży­je­my ta­ką przy­go­dę.

W koń­cu deszcz nie­mal ustał. Ryt­micz­ne bęb­nie­nie o ko­ro­ny drzew wy­so­ko w gó­rze za­mie­ni­ło się w da­le­ki szmer. Gdy po­je­dyn­czy snop sło­necz­ne­go świa­tła prze­bił się w głąb dżun­gli, ci­szę za­kłó­ca­ło już tyl­ko po­sęp­ne „kap, kap, kap” wo­dy plu­ska­ją­cej o błot­ni­ste ka­łu­że.

Dol­ne ga­łę­zie drzew oku­po­wa­ło sta­do wyj­ców, z za­cie­ka­wie­niem wy­tę­ża­ją­cych wzrok w pół­mro­ku. Ich spoj­rze­nie wę­dro­wa­ło za ja­snym pro­mie­niem słoń­ca ku miej­scu na dnie dżun­gli, gdzie w pla­mie świa­tła le­żał ja­kiś prze­mo­czo­ny kształt z roz­rzu­co­ny­mi koń­czy­na­mi. Co pa­rę mi­nut któ­raś z małp wy­da­wa­ła mro­żą­cy krew w ży­łach wrzask i gwał­tow­nie po­trzą­sa­ła ga­łę­zią, na któ­rej sie­dzia­ła.

Ale mał­py za­czy­na­ły już tra­cić za­in­te­re­so­wa­nie tym dzi­wacz­nym nie­o­wło­sio­nym stwo­rze­niem, któ­re le­ża­ło w bez­ru­chu, jak­by nie­ży­we. Prze­sta­ło być za­baw­ne. Kie­dy naj­pierw ob­rzu­ci­ły je z drzew pa­ty­ka­mi, pró­bo­wa­ło się bro­nić przed gra­dem po­ci­sków. Raz na­wet wrza­snę­ło coś do małp w ich wła­snym ję­zy­ku. Ale te­raz by­ło rów­nie nie­ru­cho­me jak kop­czyk zie­mi, zu­peł­nie już nie­cie­ka­we. Naj­wyż­sza po­ra prze­nieść się gdzieś in­dziej.

Kie­dy w od­da­li z wol­na uci­chły mał­pie ha­ła­sy, z bez­wład­ne­go kształ­tu wy­do­by­ło się wes­tchnie­nie, któ­re za­brzmia­ło nie­mal po ludz­ku. Uda­wa­nie mar­twe­go nie by­ło stra­te­gią prze­trwa­nia za­zwy­czaj sto­so­wa­ną przez Bec­ka Gran­ge­ra. Zwłasz­cza w przy­pad­ku sta­da agre­syw­nych, mło­dych wyj­ców. Ale po­nie­waż był na skra­ju wy­czer­pa­nia, mu­siał bar­dzo dbać o te reszt­ki sił, ja­kie mu jesz­cze po­zo­sta­ły.

A gdzieś nie­da­le­ko cią­gle cza­iło się znacz­nie więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo. Dżun­gla w ko­lum­bij­skich gó­rach Sier­ra Ne­va­da mia­ła tyl­ko jed­ne­go wład­cę i nie był nim czło­wiek. Kie­dy za­czy­na­ło się ściem­niać, na ob­chód swe­go te­ry­to­rium wy­ru­szał po­tęż­ny ja­gu­ar, król wszyst­kich ko­tów w dżun­gli.

Przez ca­ły dzień chło­piec czuł, jak słab­nie w nim duch, ata­ko­wa­ny rów­no­cze­śnie przez deszcz, go­rąc i głód. Zbie­ra­jąc ostat­ki sił i przy­po­mi­na­jąc so­bie wszyst­ko, cze­go się uczył w dzie­ciń­stwie o sztu­ce prze­trwa­nia, zmu­szał się do wę­drów­ki. Wbrew wszel­kie­mu praw­do­po­do­bień­stwu wciąż żył, a gdzieś tam znaj­do­wał się cel, któ­re­go szu­kał.

W go­rącz­ko­wym śnie raz jesz­cze sta­nął twa­rzą w twarz z In­dia­ni­nem. Pa­mię­tał, jak po raz pierw­szy zo­ba­czył je­go błysz­czą­ce oczy. Wy­da­wa­ło się te­raz, że to by­ło tak daw­no te­mu. Kar­na­wał. Bliź­nię­ta. Don Gon­za­lo. Ta nie­zwy­kła noc na pla­cu. Po­czą­tek roz­pacz­li­wych po­szu­ki­wań Za­gi­nio­ne­go Mia­sta.

I wte­dy so­bie przy­po­mniał. Na szyi wi­siał mu za­bło­co­ny amu­let w kształ­cie zło­tej ro­pu­chy, z sze­ro­ko otwar­tym py­skiem i ocza­mi lśnią­cy­mi w słoń­cu. Beck po­czuł w ży­łach przy­pływ ad­re­na­li­ny. Wciąż miał jesz­cze jed­ną szan­sę.

Zro­bił dłu­gi, głę­bo­ki wdech i przy­ło­żył amu­let do warg.

A po­tem dmuch­nął.

Roz­dział pierw­szy

Beck Gran­ger wy­szedł na bal­kon pię­cio­gwiazd­ko­we­go ho­te­lu Ca­sa Blan­ca i ci­cho za­gwiz­dał.

– Ja chy­ba śnię – mruk­nął sam do sie­bie.

Przy akom­pa­nia­men­cie wi­wa­tu­ją­cych ga­piów z wą­skich bru­ko­wa­nych uli­czek na głów­ny plac po­ni­żej wy­le­wał się nie­koń­czą­cy się ko­ro­wód ru­cho­mych, kar­na­wa­ło­wych plat­form. Nad tłu­mem ko­ły­sa­ły się chy­bo­tli­wie ku­kły męż­czyzn z fan­ta­zyj­ny­mi wą­sa­mi, odzia­nych w ob­ci­słe ku­bra­ki z marsz­czo­ny­mi koł­nie­rza­mi. Co kil­ka mi­nut, gdy po­ja­wia­ła się ja­kaś szcze­gól­nie efek­tow­na plat­for­ma, okrzy­ki en­tu­zja­zmu na­si­la­ły się. Do­rocz­ny kar­na­wał w Car­ta­ge­nie trwał w naj­lep­sze, a de­li­kat­ny wiatr niósł dźwię­ki sal­sy, con­ga, rum­by i ka­ra­ib­skich or­kiestr dę­tych.

Za ple­ca­mi Bec­ka, w sa­li ba­lo­wej, z któ­rej wła­śnie wy­szedł, wszyst­ko wy­glą­da­ło zu­peł­nie ina­czej. Wy­twor­nie ubra­ni dy­gni­ta­rze ga­wę­dzi­li w nie­du­żych grup­kach, a mię­dzy ni­mi krą­ży­li dys­kret­nie kel­ne­rzy w wy­kroch­ma­lo­nych ko­szu­lach. Kwar­tet smycz­ko­wy grał wal­ca. Bec­ko­wi zda­wa­ło się, że roz­po­zna­je me­lo­dię z nud­na­wej ko­lek­cji sta­rej mu­zy­ki kla­sycz­nej wu­ja Ala.

– Ale faj­nie! – mruk­nął pod no­sem któ­ryś już raz te­go dnia. Ko­lum­bia to był z pew­no­ścią zu­peł­nie in­ny kraj. I zu­peł­nie in­ny świat. Beck wró­cił w my­ślach do po­przed­nie­go ty­go­dnia. Ko­niec z cho­dze­niem na śnia­da­nie szkol­ną alej­ką w desz­czu. Ko­niec z pa­nem Bra­in­tree i do­dat­ko­wą ma­te­ma­ty­ką przez ca­ły mie­siąc. A pa­ni Ar­ming­ton (pa­ni „Pan­cer­nik”, jak ją na­zy­wa­li chłop­cy) bę­dzie się mu­sia­ła za­do­wo­lić po­krzy­ki­wa­niem na go­łę­bie na szkol­nym dzie­dziń­cu, bo ucznio­wie roz­je­cha­li się na wiel­ka­noc­ne fe­rie. Beck tak się ra­do­śnie wy­krzy­wił na tę myśl, że nie­mal za­bo­la­ła go szczę­ka.

– Beck! Ho­la! Ami­go!

Głos wy­rwał go z za­my­śle­nia. Uśmie­cha­ły się do nie­go szel­mow­sko dwie iden­tycz­ne, na­sto­let­nie twa­rze o wy­so­kich ko­ściach po­licz­ko­wych i za­krzy­wio­nych brwiach. Okrzyk do­biegł rów­no­cze­śnie spod dwóch jed­na­ko­wych brą­zo­wych czu­pryn. Gdy­by nie wiel­kie, zło­te kol­czy­ki dyn­da­ją­ce z uszu gło­wy po pra­wej, Beck przy­siągł­by, że mu się dwoi w oczach.

– Mar­co. Chri­sti­na. Bu­enos días.

Choć prze­by­wał w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej do­pie­ro od dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin, zdą­żył już przy­swo­ić so­bie garść przy­dat­nych, hisz­pań­skich zwro­tów, z pew­no­ścią jed­nak nikt nie wziął­by go za ro­do­wi­te­go Ko­lum­bij­czy­ka. Na szczę­ście bliź­nię­ta tro­chę le­piej wła­da­ły an­giel­skim. Po­zna­ły się z Bec­kiem wczo­raj, gdy wraz z oj­cem wi­ta­ły go i je­go wu­ja na lot­ni­sku, mi­mo to już czuł się człon­kiem ro­dzi­ny.

– Mam na­dzie­ję, se­ñor Beck, że po­do­ba się pa­nu na­sze ma­łe przy­ję­cie – po­wie­dział Mar­co. – Świet­nie się zło­ży­ło, że przy­je­cha­li­ście do nas aku­rat te­raz. Nasz kar­na­wał jest naj­lep­szy. W Ko­lum­bii umie­my się ba­wić. Ale wejdź le­piej do środ­ka, ta­ta za chwi­lę wy­gło­si prze­mó­wie­nie. Do­wie­my się w koń­cu, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

– I dla­cze­go przy­je­cha­łeś do nas z wuj­kiem – do­da­ła Chri­sti­na. – Czy to nie dziw­ne, że nic ci nie po­wie­dział?

– Na­uczy­łem się nie za­da­wać py­tań – od­parł Beck znu­żo­nym gło­sem. – Wu­jek Al ma­wia, że cier­pli­wość jest cno­tą. W cią­gu ro­ku szkol­ne­go lu­bi trzy­mać swo­je pla­ny w ta­jem­ni­cy, że­bym się nie od­ry­wał od na­uki. Tak w każ­dym ra­zie twier­dzi.

Ru­szy­li za Chri­sti­ną z po­wro­tem do sa­li ba­lo­wej, gdzie kwar­tet smycz­ko­wy prze­stał już grać i w wy­cze­ku­ją­cym tłu­mie po­wo­li ci­chły gło­sy. Prze­ci­ska­jąc się po­śród go­ści, prze­szli na dru­gą stro­nę wiel­kiej sa­li. Beck do­strzegł wu­ja, któ­ry roz­ma­wiał oży­wio­ny z grup­ką ja­kichś waż­nych oso­bi­sto­ści. Są­dząc po na wpół opróż­nio­nej lamp­ce szam­pa­na w jed­nym rę­ku i gru­bym ku­bań­skim cy­ga­rze w dru­gim, do­sko­na­le się ba­wił w tym gro­nie.

Pro­fe­sor sir Alan Gran­ger miał już do­brze po sześć­dzie­siąt­ce i był jed­nym z naj­bar­dziej ce­nio­nych an­tro­po­lo­gów na świe­cie. Je­go pra­ce na­uko­we o zwy­cza­jach ple­mien­nych zdą­ży­ły już zy­skać ran­gę kla­sy­ki i sta­ły się lek­tu­rą obo­wiąz­ko­wą na uni­wer­sy­te­tach ca­łe­go świa­ta. A nie­daw­no, gdy po­ja­wił się w ju­ry te­le­wi­zyj­ne­go re­ali­ty show, zo­stał w Wiel­kiej Bry­ta­nii praw­dzi­wą gwiaz­dą.

Ale dla Bec­ka za­wsze bę­dzie po pro­stu wuj­kiem Alem – któ­ry le­piej się czu­je, ba­da­jąc szcząt­ki zwę­glo­nej ko­ści na dnie wy­ko­pa­lisk czy ka­wa­łek per­ga­mi­nu pod mi­kro­sko­pem, niż ob­ra­ca­jąc się po­śród bo­ga­tych i sław­nych.

Wuj Al był praw­nym opie­ku­nem Bec­ka od tam­te­go strasz­li­we­go dnia, kie­dy dy­rek­tor szko­ły po­słał po nie­go, by mu prze­ka­zać wia­do­mość, że je­go ro­dzi­ce za­gi­nę­li i przy­pusz­czal­nie nie ży­ją. Ich awio­net­ka roz­bi­ła się w dżun­gli, a jej szcząt­ki roz­sy­pa­ły się na ob­sza­rze wie­lu ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych. Ciał ni­g­dy nie od­na­le­zio­no, a przy­czyn ka­ta­stro­fy nie usta­lo­no.

W cią­gu trzech lat, od tra­gicz­nej śmier­ci ro­dzi­ców, Beck zżył się bar­dzo z wu­jem Alem, któ­ry stał się dla nie­go dru­gim oj­cem. Przez kil­ka mie­się­cy chło­piec był zroz­pa­czo­ny, ale opty­mizm cio­ci Ka­thy i wuj­ka Ala stop­nio­wo pod­no­sił go na du­chu.

Jak więk­szość ro­dzi­ny Gran­ge­rów wuj Al ni­g­dy nie mógł za dłu­go usie­dzieć w do­mu. Ze wzglę­du na swą pra­cę czę­sto na ca­łe mie­sią­ce wy­jeż­dżał w od­lud­ne za­kąt­ki świa­ta, ale je­śli tyl­ko ta­ki wy­jazd zbiegł się w cza­sie z fe­ria­mi szkol­ny­mi, za­wsze za­bie­rał ze so­bą Bec­ka. I już kil­ka ra­zy miał po­wo­dy, by być wdzięcz­nym chłop­cu za je­go umie­jęt­no­ści ra­dze­nia so­bie w trud­nych sy­tu­acjach.

Ma­jąc za­le­d­wie trzy­na­ście lat, Beck wie­dział wię­cej o sztu­ce prze­trwa­nia, niż więk­szość woj­sko­wych spe­cja­li­stów do­wia­dy­wa­ła się w cią­gu ca­łe­go ży­cia. Je­go oj­ciec, Da­vid Gran­ger, był sze­fem ope­ra­cji spe­cjal­nych w Jed­no­st­ce Zie­lo­nej, bar­dzo ak­tyw­nym ugru­po­wa­niu eko­lo­gicz­nym, a ca­ła ro­dzi­na mia­ła oka­zję miesz­kać w wie­lu naj­bar­dziej nie­go­ścin­nych re­jo­nach świa­ta, od An­tark­ty­dy po afry­kań­ski busz.

Kil­ka ty­go­dni przed koń­cem se­me­stru Beck otrzy­mał e-ma­il wy­sła­ny z te­le­fo­nu sa­te­li­tar­ne­go z ja­kie­goś od­lu­dzia nad Ama­zon­ką. Bur­mistrz Car­ta­ge­ny za­pro­sił wu­ja Ala do Ko­lum­bii, do swo­je­go do­mu, na wiel­ka­noc­ne fe­rie. Beck, któ­re­mu za­re­zer­wo­wa­no już bi­let na sa­mo­lot, miał do­le­cieć, gdy tyl­ko skoń­czą się lek­cje.

Beck przy­pusz­czał, że za­pro­sze­nie ozna­cza­ło coś wię­cej niż tyl­ko wa­ka­cje w cie­płym kra­ju, ale wuj Al nie chciał mu nic wię­cej po­wie­dzieć. Chło­piec spę­dził desz­czo­we po­po­łu­dnie w szkol­nej bi­blio­te­ce, by od­na­leźć Ko­lum­bię na ma­pie Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej, a po­tem po­szu­kać w In­ter­ne­cie in­for­ma­cji o za­gad­ko­wym bur­mi­strzu Car­ta­ge­ny.

Ra­fa­el de Ca­stil­lo, któ­re­go te­raz znał bar­dziej ja­ko oj­ca Mar­ca i Chri­sti­ny, był w pro­stej li­nii po­tom­kiem sław­ne­go kon­kwi­sta­do­ra Don Gon­za­la de Ca­stil­lo, to­wa­rzy­sza Krzysz­to­fa Ko­lum­ba w je­go wy­pra­wach do No­we­go Świa­ta. Gon­za­lo za­sły­nął ja­ko za­ło­ży­ciel Car­ta­ge­ny, zdo­był ba­jecz­ny ma­ją­tek i zgi­nął w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach, po­wró­ciw­szy z wy­pra­wy w po­bli­skie gó­ry Sier­ra Ne­va­da.

Beck i bliź­nię­ta do­pcha­li się w koń­cu na od­le­głość pa­ru me­trów od pod­wyż­sze­nia pod ścia­ną wspa­nia­łej sa­li ba­lo­wej w ho­te­lu Ca­sa Blan­ca. Kie­dy wy­cią­ga­li szy­je, by le­piej wi­dzieć mów­ców, z gło­śni­ków do­biegł pisk, a po­tem czy­jeś chrząk­nię­cie, wzmoc­nio­ne przez sys­tem na­gła­śnia­ją­cy.

– Se­ño­ras y se­ño­res – za­grzmiał głos.

Po tym za­ga­je­niu roz­le­gły się uprzej­me okla­ski i do mi­kro­fo­nu pod­szedł oj­ciec bliź­niąt. Don Ra­fa­el, wy­so­ki męż­czy­zna o sta­ran­nie uło­żo­nych, ciem­nych wło­sach, przy­po­mi­nał Bec­ko­wi hol­ly­wo­odz­kie­go gwiaz­do­ra z daw­nych, czar­no-bia­łych fil­mów. Był nie­wąt­pli­wie do­świad­czo­nym mów­cą. Słu­cha­cze co chwi­la uśmie­cha­li się i re­ago­wa­li na je­go sło­wa wy­bu­cha­mi we­so­ło­ści.

– Za­wsze mó­wi to sa­mo – Chri­sti­na za­wo­ła­ła Bec­ko­wi do ucha, prze­krzy­ku­jąc wrza­wę. – Zo­ba­czysz, za­raz się po­gła­dzi po wą­sie. Za­wsze tak ro­bi, kie­dy jest z sie­bie za­do­wo­lo­ny – Mar­co i Chri­sti­na za­chi­cho­ta­li w du­ecie, gdy Don Ra­fa­el uczy­nił do­kład­nie to, co prze­wi­dzie­li.

Tłum go­ści znów się uci­szył, kie­dy po­wa­ga ma­lu­ją­ca się na twa­rzy bur­mi­strza po­wie­dzia­ła im, że ich go­spo­darz prze­cho­dzi do naj­waż­niej­szej czę­ści wy­stą­pie­nia. Te­atral­nym ge­stem wska­zał wiel­kie ma­lo­wi­dło olej­ne w oka­za­łej po­zła­ca­nej ra­mie, wi­szą­ce za nim na po­kry­tej dę­bo­wą bo­aze­rią ścia­nie. Był to por­tret męż­czy­zny mniej wię­cej w tym sa­mym wie­ku co Don Ra­fa­el, odzia­ne­go w kaf-tan i ob­ci­słe spodnie, któ­ry spo­glą­dał w dal z mu­rów obron­nych w por­cie. Pra­wą rę­ką wska­zy­wał flo­tę wo­jen­ną pod peł­ny­mi ża­gla­mi, z ban­de­ra­mi po­wie­wa­ją­cy­mi na wie­trze.

Beck na­gle zro­zu­miał, ko­go mu­si przed­sta­wiać por­tret. Kie­dy oj­ciec bliź­niąt przy­jął ta­ką sa­mą do­stoj­ną po­zę, zda­wa­ło się, że oto po­wstał z gro­bu wiel­ki kon­kwi­sta­dor Gon­za­lo de Ca­stil­lo, za­ło­ży­ciel Car­ta­ge­ny. W sa­li ba­lo­wej ko­lej­ny raz za­grzmia­ły spon­ta­nicz­ne okla­ski.

– Wi­dzisz ro­dzin­ne po­do­bień­stwo? – Mar­co prze­krzy­ki­wał ha­łas. – Ten nos roz­po­znał­bym wszę­dzie. Do­brze, że go nie ma­my po ta­cie.

– Mam na­dzie­ję, że nie za­pro­sił tu tych wszyst­kich lu­dzi tyl­ko po to, że­by im po­wie­dzieć, że się uwa­ża za kon­kwi­sta­do­ra – do­da­ła Chri­sti­na. – To by był to­tal­ny ob­ciach.

Kie­dy bra­wa uci­chły, Beck wy­ło­wił z prze­mo­wy sło­wa fa­mo­so an­tro­pó­lo­go in­glés. Wszyst­kie oczy zwró­ci­ły się na wu­ja Ala, któ­ry skło­nił się uprzej­mie swe­mu go­spo­da­rzo­wi i słu­cha­czom. Za cha­rak­te­ry­stycz­ną eks­cen­trycz­no­ścią, któ­rą tak za­chwy­cił te­le­wi­dzów „mam­ro­czą­cy pod no­sem sym­pa­tycz­ny wuj­cio w słom­ko­wym ka­pe­lu­szu” – jak go opi­sał pe­wien kry­tyk – krył się je­den z naj­by­strzej­szych umy­słów je­go po­ko­le­nia.

Don Ra­fa­el mó­wił te­raz szyb­ko, zgro­ma­dze­ni w sa­li ba­lo­wej słu­cha­li go z jesz­cze więk­szą uwa­gą, w zu­peł­nej ci­szy, a na ich twa­rzach ma­lo­wa­ło się wy­cze­ki­wa­nie. Ale do­pie­ro gdy bur­mistrz wy­po­wie­dział na­zwę „El­do­ra­do”, Beck zdał so­bie spra­wę, że dzie­je się coś nie­zwy­kłe­go. Mi­ny ro­dzeń­stwa by­ły wy­mow­ne: obo­je roz­dzia­wi­li usta w zdu­mie­niu. Bur­mistrz prze­ma­wiał da­lej, z co­raz więk­szym en­tu­zja­zmem w gło­sie.

– Ta­ta są­dzi, że wie, gdzie zna­leźć Za­gi­nio­ne Mia­sto – wy­szep­tał pod­eks­cy­to­wa­ny Mar­co. – Od­kry­ła je w dżun­gli grup­ka kon­kwi­sta­do­rów pod wo­dzą Gon­za­la, ale po­tem, na kil­ka wie­ków, znów ślad po nim za­gi­nął. Nikt nie wie­dział, gdzie go szu­kać. Aż do te­raz.

– A twój wu­jek przy­je­chał po to, by nam po­móc je od­na­leźć – do­da­ła Chri­sti­na. – Wy­pra­wę do­tąd trzy­ma­no w ta­jem­ni­cy, ale wszyst­ko jest już go­to­we i wy­ru­szy w przy­szłym ty­go­dniu.

– Wi­taj w Ko­lum­bii, ami­go!

Roz­dział dru­gi

Kie­dy prze­mó­wie­nia do­bie­gły koń­ca, Beck i bliź­nię­ta, po­ty­ka­jąc się o wła­sne no­gi, wbie­gli po stop­niach na pod­wyż­sze­nie, czym wy­wo­ła­li wiel­ki uśmiech na twa­rzy wu­ja Ala. Bur­mi­strza Ra­fa­ela ota­cza­li roz­en­tu­zja­zmo­wa­ni ofi­cje­le, ale wuj Al wo­lał po­roz­ma­wiać z trój­ką pod­eks­cy­to­wa­nych na­sto­lat­ków.

– Utrzy­ma­nie te­go w ta­jem­ni­cy przed to­bą by­ło naj­więk­szym wy­zwa­niem w ca­łym mo­im ży­ciu, mło­dzień­cze – po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie. – Ale mój przy­ja­ciel Ra­fa­el bar­dzo na to na­le­gał. Bo tu­taj po­stę­pu­je się ina­czej. Ścia­ny ma­ją uszy. Wy­star­czy jed­no nie­ostroż­ne sło­wo i bę­dzie po wszyst­kim. Ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi?

Po­stu­kał się pal­cem w nos i uniósł brew, przy­glą­da­jąc się ba­daw­czo bra­tan­ko­wi.

Ką­tem oka Beck za­uwa­żył, że bliź­nię­ta ga­pią się na wu­ja Ala, jak gdy­by mó­wił po sta­ro­arab­sku.

– Mam na­dzie­ję, że za­bie­rze­cie nas do te­go Za­gi­nio­ne­go Mia­sta – po­wie­dział Beck, gdy w koń­cu zdo­łał dojść do sło­wa. – To się za­po­wia­da du­żo cie­ka­wiej niż na­sza ostat­nia wy­pra­wa. – Ostat­nim ra­zem był z wu­jem Alem w od­lud­nym re­jo­nie Su­da­nu, gdzie wraz z eks­pe­dy­cją na­uko­wą mie­li szu­kać śla­dów cy­wi­li­za­cji daw­nych Nu­bij­czy­ków. – Zwłasz­cza że tym ra­zem za­gi­nę­ło mia­sto, a nie my – do­dał z ło­bu­zer­skim uśmie­chem.

– Wy­star­czy, mło­dzień­cze – wuj wtrą­cił szyb­ko, mru­ga­jąc okiem do bliź­niąt. – Nie moż­na się znać na wszyst­kim. Zgu­bi­łem wą­tek. Nas też zgu­bi­łem. Mea cul­pa. Do­rkus ma­xi­mus i tak da­lej.

– Mam na­dzie­ję, że tych dwo­je nic­po­ni do­brze się to­bą opie­ku­je, Beck – roz­legł się tu­bal­ny głos z cięż­kim hisz­pań­skim ak­cen­tem. Bur­mistrz Ra­fa­el wy­krę­cił się z tłu­mu ofi­cje­li i kro­czył te­raz przez pod­wyż­sze­nie, by do nich do­łą­czyć. Po­chy­lił się nad bliź­nię­ta­mi i z du­mą przy­tu­lił je do sie­bie.

– Wła­śnie mi mie­li opo­wie­dzieć o pa­na przod­ku Don Gon­za­lu i Za­gi­nio­nym Mie­ście – od­parł Beck, wciąż lek­ko onie­śmie­lo­ny po­tęż­ną po­sta­cią Don Ra­fa­ela. Bur­mistrz miał na so­bie ofi­cjal­ny strój służ­bo­wy z fio­le­to­wą szar­fą i ka­pe­lu­szem, któ­ry wy­glą­dał, jak­by po raz ostat­ni no­sił go któ­ryś z kon­kwi­sta­do­rów Gon­za­la.

– Nasz ta­ta uwa­ża się za Gon­za­la. Praw­da, ta­to? – po­wie­dział Mar­co.

– Dla­te­go zo­stał bur­mi­strzem – za­uwa­ży­ła Chri­sti­na, uśmie­cha­jąc się szel­mow­sko do oj­ca. – Że­by móc się prze­bie­rać w te śmiesz­ne stro­je. – Szturch­nę­ła go żar­to­bli­wie w brzuch.

– Ale Beck chciał­by wie­dzieć, czy mo­że­my się przy­łą­czyć do wy­pra­wy w po­szu­ki­wa­niu Za­gi­nio­ne­go Mia­sta, praw­da? – mó­wi­ła da­lej, ki­wa­jąc po­ro­zu­mie­waw­czo gło­wą w stro­nę chłop­ca.

– Nie… to zna­czy… te­go… wła­ści­wie tak, pro­szę pa­na – plą­tał się Beck.

Do­no­śny głos gon­gu za­głu­szył od­po­wiedź bur­mi­strza. W tej sa­mej chwi­li po­ja­wił się przy nim umun­du­ro­wa­ny męż­czy­zna w ciem­nych oku­la­rach i czap­ce z dasz­kiem ozdo­bio­nej zło­tą la­mów­ką, któ­ry szep­nął mu coś do ucha. Beck za­uwa­żył dłu­gą bli­znę na po­licz­ku nie­zna­jo­me­go i je­go zro­szo­ne po­tem czo­ło.

Bur­mistrz Ra­fa­el lek­ko zmarsz­czył brwi, jak gdy­by zi­ry­to­wa­ny sło­wa­mi po­li­cjan­ta, po czym z wy­mu­szo­nym uśmie­chem zwró­cił się do Bec­ka:

– Wy­glą­da na to, że trze­ba się zbie­rać. Ra­mi­rez mi przy­po­mniał, że punk­tu­al­nie o siód­mej mu­szę roz­po­cząć po­kaz sztucz­nych ogni, a je­ste­śmy nie­co spóź­nie­ni. Twój wu­jek i ja mu­si­my… po­ka­zać się lu­dziom. Tak to się chy­ba mó­wi po an­giel­sku? Beck, mo­że byś po­szedł z mo­imi dzieć­mi obej­rzeć kar­na­wał? A po­tem do­łą­czy­cie do nas i bę­dzie­my oglą­dać fa­jer­wer­ki.

Beck i bliź­nię­ta zo­sta­wi­li bur­mi­strza i pro­fe­so­ra Gran­ge­ra w to­wa­rzy­stwie Ra­mi­re­za, wy­szli z ho­te­lu i za­nu­rzy­li się w tłum uczest­ni­ków kar­na­wa­łu.

– Bie­gnij z na­mi, je­śli po­tra­fisz – za­wo­łał Mar­co, prze­krzy­ku­jąc wrza­wę. – W ko­ście­le po dru­giej stro­nie pla­cu jest coś, co mu­sisz zo­ba­czyć. To ci wie­le wy­ja­śni w spra­wie Za­gi­nio­ne­go Mia­sta.

Kar­na­wał roz­krę­cił się na do­bre i Beck pod­dał się fa­lo­wa­niu ogrom­ne­go tłu­mu. Chwi­la­mi zda­wa­ło mu się, jak­by to by­ło wzbu­rzo­ne mo­rze, na któ­rym on sam pod­ska­ku­je jak ko­rek. Gdzie­kol­wiek spoj­rzał, je­go wzrok przy­cią­ga­ły nie­zwy­kłe wi­do­ki, a mózg ter­ko­tał mu i re­je­stro­wał ob­ra­zy ni­czym ka­me­ra.

Na stra­ga­nach wo­kół pla­cu ulicz­ni sprze­daw­cy ofe­ro­wa­li skwier­czą­ce ka­wał­ki mię­sa pie­czo­ne­go na go­rą­cych ce­głach i za­wi­ja­ne­go w pal­mo­we li­ście. Na chod­ni­kach pię­trzy­ły się sto­sy owo­ców, obok któ­rych stą­pa­ły z gra­cją nie­ska­zi­tel­nie opo­rzą­dzo­ne, bia­łe ko­nie.

Po­środ­ku pla­cu stał w tłu­mie ulicz­ny ar­ty­sta z bia­łą, po­kry­tą kre­dą twa­rzą i war­ga­mi w ko­lo­rze wi­śni. Był to mim, któ­ry bez­dź­więcz­nie na­śla­do­wał ru­chy ni­cze­go nie po­dej­rze­wa­ją­cych prze­chod­niów. Beck ro­ze­śmiał się, kie­dy męż­czy­zna za­ko­ły­sał bio­dra­mi w stro­nę nie­świa­do­mej te­go mło­dej se­ño­ry w suk­ni w gro­chy.

Kie­dy tro­je na­sto­lat­ków w koń­cu do­tar­ło na prze­ciw­le­głą stro­nę pla­cu, Beck spoj­rzał w gó­rę na oka­za­łą fa­sa­dę ko­ścio­ła Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny. Je­go zło­ci­ste igli­ce lśni­ły w świe­tle za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, a z ni­szy nad ol­brzy­mi­mi drew­nia­ny­mi drzwia­mi po­god­nie spo­glą­da­ła na nich pięk­nie rzeź­bio­na fi­gu­ra Ma­don­ny z Dzie­ciąt­kiem.

Na szczy­cie ma­je­sta­tycz­nych ka­mien­nych scho­dów Beck roz­po­znał cha­rak­te­ry­stycz­ne ry­sy twa­rzy kon­kwi­sta­do­ra Don Gon­za­la. Po­sąg naj­wy­raź­niej wzo­ro­wa­no na olej­nym ob­ra­zie wi­szą­cym w sa­li ba­lo­wej ho­te­lu Ca­sa Blan­ca.

– Don Gon­za­lo ma miej­sce z naj­lep­szym wi­do­kiem na ca­łym pla­cu – za­śmia­ła się Chri­sti­na. – Gdy by­łam ma­ła, kie­dyś w cza­sie kar­na­wa­łu ta­ta po­sa­dził mu mnie na ba­ra­na i zro­bił zdję­cie. Te­raz sta­ru­szek już by nie utrzy­mał mo­je­go cię­ża­ru i od­pa­dła­by mu gło­wa.

– Na te­mat na­szych przod­ków ist­nie­je wie­le le­gend – po­wie­dział Mar­co. – I nikt do koń­ca nie wie, ile w nich jest praw­dy. Wia­do­mo na pew­no, że Gon­za­lo był ka­pi­ta­nem stat­ku, któ­ry ja­ko pierw­szy w 1512 ro­ku do­tarł do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej. Przy­bił do brze­gu nie­da­le­ko stąd. We­dług opi­sów w sta­rych księ­gach by­ło tam nie­mal jak w ra­ju. Pal­my ko­ko­so­we i cią­gną­ce się bez koń­ca, bia­łe, piasz­czy­ste pla­że. Kon­kwi­sta­do­rzy pew­nie ża­ło­wa­li, że nie za­bra­li ze so­bą de­sek do sur­fo­wa­nia. Ale z dru­giej stro­ny Don Gon­za­lo ra­czej nie miał za wie­le cza­su na wy­po­czy­nek.

– Po­cząt­ko­wo są­dzi­li, że ca­ły ten od­ci­nek wy­brze­ża jest nie­za­miesz­ka­ny – pod­ję­ła opo­wieść Chri­sti­na. – Ale po­tem zna­leź­li śla­dy w le­sie i zda­li so­bie spra­wę, że jed­nak ży­ją tu ja­cyś lu­dzie. Dziś na­zy­wa­my ich Ko­gi.

– Jak? – za­py­tał Beck.

– Ko­gi – po­wtó­rzy­ła Chri­sti­na. – To in­diań­skie ple­mię z la­sów Sier­ra Ne­va­da nad mo­rzem. Są tro­chę po­dob­ni do Ma­jów i Az­te­ków, któ­rych Cor­tés od­krył w Mek­sy­ku. Ty­le że Ko­gi ni­g­dy nie ule­gli kon­kwi­sta­do­rom i po dziś dzień ży­ją w gó­rach, tak jak kie­dyś. Uczy­my się o nich w szko­le, ale rzad­ko ich moż­na zo­ba­czyć. Są bar­dzo nie­śmia­li i uni­ka­ją kon­tak­tów z miesz­kań­ca­mi miast. Umie­li wy­ra­biać zło­tą bi­żu­te­rię zu­peł­nie jak Az­te­ko­wie – mó­wi­ła da­lej. – Ale zło­to nie by­ło dla nich pie­nią­dzem, jak dla nas. Skła­da­li je w ofie­rze bo­gom. Grze­ba­li przed­mio­ty ze zło­ta w zie­mi w swych świę­tych miej­scach al­bo wrzu­ca­li je do świę­tych je­zior. Stąd na­ro­dzi­ła się wśród kon­kwi­sta­do­rów wia­ra w ist­nie­nie El­do­ra­do, Zło­te­go Mia­sta.

– Czy­li, je­śli do­brze ro­zu­miem – po­wie­dział za­in­try­go­wa­ny Beck, spo­glą­da­jąc na ro­dzeń­stwo – wasz pra­pra­pra­pra­pra­dzia­dek, czy jak mu tam, wy­lą­do­wał na brze­gu mo­rza i ru­szył szu­kać El­do­ra­do w gó­rach, gdzie ży­li In­dia­nie Ko­gi.

Mar­co ski­nął gło­wą i po­pa­trzył mu pro­sto w oczy.

– Kie­dy Gon­za­lo zna­lazł mia­sto, miał tyl­ko kil­ku to­wa­rzy­szy, wró­cił więc do Car­ta­ge­ny, że­by zor­ga­ni­zo­wać no­wą wy­pra­wę. Tym­cza­sem In­dia­nie opu­ści­li mia­sto i tak sku­tecz­nie za­ma­sko­wa­li dro­gi wio­dą­ce do nie­go przez dżun­glę, że już po raz dru­gi nie zdo­łał tam tra­fić. Z ze­msty Gon­za­lo spa­lił wio­skę Ko­gi, a wkrót­ce po­tem zmarł. Nie­któ­rzy uwa­ża­li, że zo­stał otru­ty. Ale je­dy­ne, co wie­my na pew­no, to to, jak brzmia­ły je­go ostat­nie sło­wa.

Bliź­nię­ta wska­za­ły herb wy­rzeź­bio­ny na co­ko­le po­są­gu Don Gon­za­la. Beck prze­czy­tał gło­śno trzy sło­wa wy­ry­te tam kunsz­tow­nym, go­tyc­kim pi­smem.

– Per­di­do. No. Más. Co to zna­czy?

– Per­di­do no más – po­wtó­rzył Mar­co. – Ro­dzin­ne mot­to. To zna­czy „Już nie za­gi­nio­ne”. Ale dla­cze­go Gon­za­lo to po­wie­dział, sko­ro nie umiał wró­cić do Za­gi­nio­ne­go Mia­sta, nie wia­do­mo.

– Po­wie­dzia­łeś, że zo­stał otru­ty – za­my­ślił się Beck. – Przez ko­go?

– Mo­że przez in­nych kon­kwi­sta­do­rów, któ­rzy sa­mi chcie­li za­gar­nąć zło­to z Za­gi­nio­ne­go Mia­sta. A mo­że przez Ko­gi. Nie­któ­rzy mó­wi­li na­wet, że to klą­twa rzu­co­na przez In­dian. Nikt ni­cze­go nie wie na pew­no – od­parł Mar­co.

Bec­ko­wi aż za­krę­ci­ło się w gło­wie od tej nie­sa­mo­wi­tej hi­sto­rii. Tym­cza­sem na plac wjeż­dża­ły ko­lej­ne kar­na­wa­ło­we plat­for­my. Za ol­brzy­mią ku­kłą Don Gon­za­la po­ja­wił się hisz­pań­ski ga­le­on pod peł­ny­mi ża­gla­mi. Je­go za­ło­gę sta­no­wi­ły kró­lo­we pięk­no­ści w skrzą­cych się stro­jach ką­pie­lo­wych, wi­szą­ce na masz­tach, ro­ze­śmia­ne i ma­cha­ją­ce do tłu­mów.

Po­tem przez tłum prze­to­czy­ła się po­tęż­na fa­la en­tu­zja­zmu. Na plac wjeż­dża­ła naj­więk­sza ku­kła, ja­ką Beck kie­dy­kol­wiek wi­dział. Gi­gan­tycz­na ro­pu­cha z pa­pier mâché po­ma­lo­wa­na na szma­rag­do­wo le­d­wo się mie­ści­ła pod ce­re­mo­nial­nym łu­kiem. By­ła tak ogrom­na, że szyb­ko za­kli­no­wa­ła się pod nim na do­bre.

Sto­ją­cy nie­opo­dal rzu­ci­li się, by wspól­nie pchać ją i cią­gnąć, ale ro­pu­cha ani drgnę­ła. A po­tem, ku ucie­sze ga­piów, z na­stęp­nej plat­for­my ze­sko­czy­ła po­śpiesz­nie gru­pa so­bo­wtó­rów Elvi­sa Pre­sleya i za­czę­ła nią skrę­cać w bok.

Ro­pu­chę w koń­cu uda­ło się ja­koś prze­ci­snąć na plac. Z przo­du plat­for­my ster­czał jej po­tęż­ny jak u za­pa­śni­ka su­mo brzuch, a dwie tyl­ne no­gi wy­glą­da­ły jak ol­brzy­mie ba­lo­ny przy­ci­śnię­te mon­stru­al­nym ciel­skiem. Wy­łu­pia­ste oczy przy­po­mi­na­ły Bec­ko­wi świa­tła ogrom­nej cię­ża­rów­ki.

– Nie ma lek­ko, Ker­mit – za­mru­czał pod no­sem, nie kie­ru­jąc tych słów do ni­ko­go kon­kret­nie.

– Jest jesz­cze coś, co po­wi­nie­neś wie­dzieć – po­wie­dzia­ła Chri­sti­na, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. Wska­zu­jąc pal­cem ro­pu­chę, któ­rą wresz­cie uda­ło się do­pchać na sam śro­dek pla­cu, za­wie­si­ła głos dla więk­sze­go efek­tu. – Ją też ma­my w na­szym her­bie.

– Ro­pu­chę? – zdu­miał się Beck. – Za chwi­lę mi po­wiesz, że i Mysz­ka Mi­ki jest w to za­mie­sza­na.

– La ra­na, ro­pu­cha, to waż­ny ele­ment tej le­gen­dy – wy­ja­śni­ła Chri­sti­na. – In­dia­nie Ko­gi uwa­ża­ją ją za bo­gi­nię płod­no­ści. Wie­rzą, że gdy­by nie jej opie­ka, ca­łe zło­to z Za­gi­nio­ne­go Mia­sta zo­sta­ło­by skra­dzio­ne. A wów­czas prze­sta­ła­by ist­nieć dżun­gla, wszy­scy Ko­gi i ca­ły świat. Dla­te­go ku­kła Gon­za­la i bo­gi­ni ro­pu­cha uświet­nia­ją u nas kar­na­wa­ło­wą za­ba­wę.

– Bo Za­gi­nio­ne Mia­sto jest dla nas czymś wię­cej niż tyl­ko Za­gi­nio­nym Mia­stem – do­dał Mar­co. – To tak­że część hi­sto­rii na­szej ro­dzi­ny. Dla­te­go ta­ta tak bar­dzo chce je od­na­leźć. A do te­go wła­śnie po­trze­bu­je two­je­go wuj­ka. Ko­goś, kto zna do­brze In­dian i ich kul­tu­rę. Ina­czej mógł­by skoń­czyć tak sa­mo jak Gon­za­lo.

Bec­ko­wi krę­ci­ło się w gło­wie. Za pół go­dzi­ny miał się roz­po­cząć po­kaz sztucz­nych ogni i nie by­ło już cza­su na wię­cej py­tań. Mar­co za­czął się już prze­py­chać z po­wro­tem przez tłum, by zdą­ży­li za­jąć miej­sca w lo­ży ho­no­ro­wej po dru­giej stro­nie pla­cu.

– Trzy­maj się mnie – za­wo­łał przez ra­mię. – Chy­ba zdą­ży­my aku­rat na sam po­czą­tek.

Ściem­nia­ło się już i za­pa­la­no pa­ra­fi­no­we po­chod­nie, aby się przy­go­to­wać na wie­czor­ną roz­ryw­kę. Wrza­wa ro­bi­ła się co­raz gło­śniej­sza, a Beck wy­czu­wał w od­de­chach co bar­dziej roz­ba­wio­nych wi­dzów za­pach agu­ar­dien­te, moc­ne­go miej­sco­we­go al­ko­ho­lu. Na ścia­nach wo­kół pla­cu drża­ły i tań­czy­ły cie­nie.

I wte­dy Beck go zo­ba­czył. A ści­śle rzecz bio­rąc, po­czuł na so­bie świ­dru­ją­ce spoj­rze­nie męż­czy­zny. Zu­peł­nie jak­by prze­szył go pro­mień la­se­ra. In­dia­nin był odzia­ny w bia­łą weł­nia­ną tu­ni­kę, a na gło­wie miał spi­cza­stą czap­kę. Na ra­mio­na opa­da­ły mu war­ko­czy­ki gę­stych, ciem­nych wło­sów, a oczy ja­rzy­ły się tak moc­no, jak­by dys­po­no­wa­ły wła­snym źró­dłem świa­tła.

W pierw­szej chwi­li Beck po­my­ślał, że to że­brak, ale z po­sta­wy i wy­ra­zu twa­rzy za­gad­ko­we­go męż­czy­zny, ani nie uśmiech­nię­tej, ani nie skrzy­wio­nej, ema­no­wa­ło zbyt du­żo do­sto­jeń­stwa. Je­go oczy mia­ły zaś w so­bie tak hip­no­ty­zu­ją­cą moc, że przez mo­ment Bec­ko­wi wy­da­wa­ło się, iż nie­zna­jo­my wnik­nął mu do gło­wy i czy­ta w my­ślach. Do chłop­ca do­cie­rał już tyl­ko ryt­micz­ny dźwięk bęb­nów i mi­go­cą­ce cie­nie na pla­cu. Na­gle…

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Roz­dział trze­ci

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział czwar­ty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział pią­ty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział szó­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział siód­my

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział ósmy

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział dzie­wią­ty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział dzie­sią­ty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział je­de­na­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział dwu­na­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział trzy­na­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział czter­na­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział pięt­na­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział szes­na­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział sie­dem­na­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział osiem­na­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział dzie­więt­na­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Roz­dział dwu­dzie­sty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej