Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu - Justyna Sobolewska - ebook

Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu ebook

Sobolewska Justyna

4,3

Opis

„Przecież Filipowicz nie miał biografii” – usłyszałam kiedyś. – Pisał, łowił ryby i był outsiderem. Co w tym ciekawego? . Kiedy przyjrzymy się jego życiu, okaże się jednak, że podobnie jak w jego opowiadaniach pozornie nieefektowna szarość mieni się kolorami. Jako pisarz był doceniany, ale jednak ciągle pozostawał na uboczu: twórca krakowski, partner naszej noblistki Wisławy Szymborskiej. A tymczasem to był autor pierwszorzędny i – jak mawiał Jerzy Pilch – rasowy, mistrz krótkiej formy, do którego się pielgrzymowało. Opowieść o jego życiu toczy się w głównym nurcie polskiej historii, pokazuje zaangażowanie i wybory lewicowej inteligencji.

Poprzez życie Filipowicza można zobaczyć całą epokę.

– Justyna Sobolewska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (56 ocen)
24
26
5
1
0

Popularność




WARSZAWA

Projekt graficzny: Andrzej Barecki

Redakcja: Dorota Gruszka

Opracowanie indeksu: Anna Matysiak

Korekta: Jolanta Spodar

Autorzy i źródła zdjęć (numery stron dotyczą wydania papierowego):

archiwum rodzinne (s. 9, 24, 25, 27, 31, 45, 57, 68, 189, 195, 200–201, 211, 215, 227, 229, 235, 247, 251, 253, 279, 303, okładka)

archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej (s. 17, 48, 95, 101, 151, 159, 191, 223, 271, 297, 325, 327, 329, 358)

Joanna Helander (s. 260)

Piotr Barącz/East News (s. 223)

Jakub Ociepa/Agencja Gazeta (s. 263)

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, by zawrzeć stosowne umowy dotyczące materiału ilustracyjnego zawartego w książce, niestety w kilku przypadkach okazało się to niemożliwe, dlatego wszystkich zainteresowanych prosimy o pilny kontakt z sekretariatem wydawnictwa.

Copyright © by Justyna Sobolewska

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2020

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN: 978-83-244-1081-1 (EPUB), 978-83-244-1081-1 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

Al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

Tel. (22) 827-94-15

e-mail: [email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wszystkie twarze Filipowicza

Był czujnym obserwatorem. Takim jak kot Murder z jego opowiadania Kot w mokrej trawie: „Źrenice jego oczu są czyste jak niebo o wschodzie słońca. Murder patrzy tymi oczami i widzi wszystko, w dzień i w nocy, od mrówki idącej po ziemi aż do sowy, która przysiadła na krawędzi dachu. Patrzeniu poświęca kot Murder bardzo wiele czasu. Patrzy, gdy poluje, ale patrzy też, aby patrzeć. Doprawdy, tak, jakby to, co widzi – trawa, domy, ludzie, drzewa – było także jego pożywieniem”. Kot Murder patrzy na rzeczy do zjedzenia tak jak pisarz na krajobraz do opisania.

Filipowicz był doceniany, ale jednak ciągle pozostawał na uboczu głównego nurtu literackiego: autor gatunku mniej popularnego – opowiadań, twórca krakowski, partner „naszej noblistki” Wisławy Szymborskiej. A tymczasem to był autor pierwszorzędny i jak mawiał Jerzy Pilch – rasowy, mistrz krótkiej formy, do którego się pielgrzymowało. A jego opowiadania dzisiaj czyta się tak, jakby były pisane dla nas. Świat zwierząt pokazywał ze współczesną nam wrażliwością już w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

W 2000 roku Pilch napisał, że nie może się nadziwić jego nieobecności. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Mało który pisarz ma szansę po latach wrócić, znaleźć czytelników, być wznawianym i czytanym. Tak się stało z twórczością Filipowicza, którego postać najpierw przypomniała korespondencja z Wisławą Szymborską Najlepiej w życiu ma twój kot, potem pojawiły się dwa wybory opowiadań Moja kochana, dumna prowincja i Romans prowincjonalny, a wreszcie biografia Marii Jaremy pióra Agnieszki Daukszy. Wznowienia opowiadań ukazały się w momencie powrotu popularności krótkich form. Okazało się, że Filipowicz jest pisarzem współczesnym, że nie tylko się nie zestarzał, ale wyprzedzał swój czas – wtedy choćby, gdy pisał takie opowiadanie, jak Gdy przychodzą we śnie, o uchodźcach, którzy zajmują jego mieszkanie.

On nas znał. O tym, jak jesteśmy podzieleni na dwie połączone i nienawidzące się Polski, napisał w 1972 roku w opowiadaniu Śmierć mojego antagonisty. Zawsze wychylał się ku tym „Innym”. Mógł to być jego żydowski kolega, kobieta na wsi, która nie ma żadnych praw, kot czy motyl. Nieustająco starał się poznać coś, co jest całkowicie nam obce. Jego proza pokazuje też, jak bardzo ograniczona jest wiedza wszelkich świadków zdarzeń, jak bardzo mało wiemy o rzeczywistości, jak bardzo względne są wszelkie sądy.

Kornel Filipowicz lata 60.

„Przecież Filipowicz nie miał biografii” – usłyszałam kiedyś. „Pisał, łowił ryby i był outsiderem. Co w tym ciekawego?”. Tymczasem jego życie splata się z głównym nurtem polskiej historii i reprezentuje zaangażowanie i wybory lewicowej inteligencji. Opowieść o jego losach prowadzi nas od początku wolnej Polski w 1918 roku (pierwsze wspomnienie małego Kornela to żołnierze polscy w rogatywkach) aż do wolnej Polski po wyborach 1989 roku – Filipowicz zmarł w 1990. Kiedy przyjrzymy się jego życiu, okaże się, że podobnie jak w jego opowiadaniach pozornie nieefektowna szarość mieni się kolorami.

Wyobrażam go sobie w wielu sytuacjach: jak idzie, ze swoim niskim nauczycielem Julianem Przybosiem, taki wysoki, w pumpach wzdłuż Olzy w Cieszynie. Dyskutują o awangardzie, za chwilę ukaże się Z ponad Przybosia. Albo kiedy stoi oparty o łom w czasie blokady kampusu Uniwersytetu Jagiellońskiego przez ONR w latach trzydziestych. Za chwilę zacznie się bijatyka między grupami antyfaszystów i oenerowców. Widzę też, jak stoi w rzece koło Zagnańska, jest rok 1940, patrzy na szczupaka, szczupak patrzy na niego. Filipowicz zastanawia się, co czuje ten szczupak i pisze o tym do Marii Jaremy. Tak rodzi się pisarz, który jak nikt potrafi opisać autonomię świata zwierząt. I widzę go, jak wraca z obozu w Oranienburgu do Polski, a na granicy stref amerykańskiej i radzieckiej żołnierz amerykański na jego widok puka się w głowę z politowaniem: „Po co tam wracać?”. Albo kiedy jeszcze całkiem nie wydobrzał po powrocie, po wojnie, a już ruszył nad Nidę, łowić ryby z Jonaszem Sternem. I jeszcze scena, kiedy Tadeusz Kantor goni go, machając wiosłem, gdzieś w Polsce, w trakcie spływu kajakowego, bo chce mu odebrać kapitaństwo wyprawy. I widzę go też na Dworcu Gdańskim w 1968 roku, kiedy żegna swoich przyjaciół wyjeżdżających z Polski. „Wszyscy wyglądali jak popiół z pieców krematoryjnych. Ja też” – pisze do Tadeusza Różewicza. Patrzę, jak siedzi przy umierających – najpierw swojej żonie Marii, a zaraz potem jej siostrze bliźniaczce. I jak z Wisławą urywają się gdzieś na schadzkę i – by pozostać incognito – udają kogoś innego – Filipowicz przedstawia się jako profesor biologii. Albo jak w 1989 roku Jan Józef Lipski przynosi mu jedną z pierwszych legitymacji reaktywowanego PPS-u.

Ryby, majsterkowanie (jego syn Marcin pokazuje mi narzędzia ojca), zmysł praktyczny – był typem mężczyzny, który w każdych okolicznościach dawał sobie radę, silnego i wytrzymałego. Ale czy był pisarzem w typie Hemingwaya? (W notatniku miał wklejone jego zdjęcie). To jedna z tajemnic tego pisarstwa, że najbardziej pasuje tutaj słowo – empatia. Pisarstwo Filipowicza przekracza granice tego, co można określić jako męskie i kobiece. Najbardziej zależało mu na opisywaniu „Innego”, chciał wejść w jego skórę, właśnie to pozwalało mu tworzyć przekonujące postacie kobiet – jak choćby bohaterka Romansu prowincjonalnego, świadoma, czym jest emocjonalna tandeta. Czy poprzez literaturę można wyjść ze skóry człowieka? Zrozumieć autonomię zwierząt? Wcielić się w krajobraz? Nieustannie próbował.

Filipowicz czyni bohaterami swoich opowiadań uczucia – samotność, smutek, żal, rozpacz, wstyd, ale i miłość, której nie da się opisać. Tęsknotę. W notatkach zostało piękne zdanie, które być może miało stać się tytułem jednego z opowiadań: „Smutek i powaga miejsc i rzeczy opuszczonych”. Zanotował też: „Dawno już chciałem napisać opowiadanie, w którym nie byłoby przedmiotów i rzeczy, głosów, nie byłoby akcji ani fabuły – tylko uczucia, czyste uczucia”. Był jednocześnie przekonany, że życie wewnętrzne człowieka jest niepoznawalne, nie wiadomo „co jest w człowieku”, w swoim pisaniu unikał uproszczeń i eksponowania emocji. Dlatego w tej opowieści nie starałam się wyobrażać sobie, co mógł czuć w różnych momentach swojego życia. Nie wiemy tego, chyba że sam zostawił ślad w listach, notatkach albo w opowiadaniach. Zamiast tworzyć fikcję opartą na dokumentach – staram się oddawać głos mojemu bohaterowi.

***

Nikt się nie spodziewał, że walizka się znajdzie. Zaginęła w 1991 roku. Kiedy rodzina likwidowała mieszkanie pisarza przy ulicy Lea 23a, Wisława Szymborska razem z synem Filipowicza Aleksandrem i jego żoną Marią zapakowali przedwojenne i wojenne listy z biurka pisarza do skórzanej angielskiej walizki z wytłoczonym nazwiskiem Sir John Fowler Bart (czyli „baronet”). Była to jedna z dwóch solidnych walizek, które przywiozła mama Kornela, Stanisława Filipowiczowa, kiedy w 1947 roku wróciła z Egiptu i Palestyny, gdzie dotarła z Armią Andersa. Droga powrotna wiodła ją przez Londyn, gdzie zakupiła dwie używane, piękne walizy. Może należały do słynnego konstruktora londyńskiego metra sir Johna Fowlera? A może do pewnego kapitana, który zginął w czasie pierwszej wojny światowej? Nikt już tego się nie dowie. W każdym razie do mniejszej z nich rodzina zapakowała cenną korespondencję. A potem walizka znikła. Usłyszałam o niej i o jej tajemniczej zawartości, kiedy pierwszy raz pojawiłam się u syna Filipowicza Aleksandra na Woli Justowskiej w Krakowie i u syna Marcina w Łodzi. Walizka była jak refren. Opowieści o jej zawartości pączkowały i rozrastały się. Ale sama walizka wpadła w niebyt i wydawało się, że pozostanie tylko rodzinną legendą.

Aż tu nagle gruchnęła wieść, że prawnuk Kornela, Tadeusz, walizkę przypadkiem odnalazł. Nie tę piękną po baronecie. Zwykłą, kraciastą, dziurawą, ale w środku były listy, które zaginęły tuż po śmierci pisarza. Tamta musiała spodobać się komuś podczas przeprowadzki, ale na szczęście przełożył zawartość do innej, która przyjechała na Wolę Justowską. W środku przez trzydzieści lat leżały między innymi zakurzone listy sprzed wojny. Zaraz zaczęło się przeglądanie, segregowanie i odkładanie, kilka nocy spędziła tam Agnieszka Dauksza, autorka biografii Jaremianki. Potem i ja zasiadłam przy pudłach. Bo jedna walizka mieściła kilka pudeł kartonowych. A w nich historie, ile historii i ilu ludzi! Kornel Filipowicz nie wyrzucał chyba żadnych papierów, zachował nie tylko listy zakochanych gimnazjalistek z Cieszyna, ale i rachunki z kamieniołomów w Zagnańsku (podpisane „Heil Hitler!”), gdzie pracował w czasie wojny. Pozwy sądowe – procesował się z właścicielem kamieniołomów. Przedwojenne bileciki w miniaturowych kopertach ze skreślonymi kilkoma słowami. Na kopertach i kartkach pocztowych różne adresy – począwszy od Gimnazjum Przyrodniczego w Cieszynie, tam zostawiały swoje listy wielbicielki wysokiego, przystojnego blondyna z niebieskimi oczami, Kornela. A właściwie wtedy jeszcze Mirona. Na chrzcie greckokatolickim w Tarnopolu dostał greckie imię Miron. Miron Eustachy Kornel Filipowicz. Dlatego w tej furze papierów znalazłam listy do Pana Mirona, Milusia – zdrobnienie od Miruś, Kornela i Nela, Filipka, ale też do Ilii (Eliasza). „Ilia” – mówiła do Kornela jego żona Maria Jarema, Jaremianka, nazywana Mamą Marysią. „Ilia” mówił do niego syn Aleksander. Skąd się wziął Ilia? Prawdopodobnie od Eliasza, ale jakiego? Kornel miał to kiedyś wyjaśnić synowi, ale to „kiedyś” nie nastąpiło. W walizce pomieściły się różne twarze i tożsamości Kornela. Czy Miluś i Nel byli podobni? „Milusiem” nazywali go ludzie z Cieszyna przed wojną. Jedna z nadawczyń listu nazywa go też „Mój Monte Christo”, ale do tej historii dojdziemy dużo później.

„Drogi Stary” – równym pismem zaczyna swoje listy i kartki Tadeusz Różewicz, przyjaciel, dla którego Kornel był zawsze starszym kolegą. Przy tych listach coraz wybucham śmiechem. Wielki talent epistolograficzny tkwił w ciele niezbyt rosłym, z czego Różewicz wielokrotnie sobie dworuje – „nie, ja nie siedzę przy pracy, ja kucam” – pisał. Kątem oka zauważam inne równe pismo, lekko pochyłe w lewo, tak, to drugi przyjaciel, Julian Przyboś, najpierw nauczyciel Filipowicza z cieszyńskiego gimnazjum. Kornel towarzyszył Julianowi w burzliwych kolejach życia – kiedy ten ukrywał się we Lwowie, kiedy rozstawał się z żoną Bronisławą, to Kornel właśnie przekazywał mu wieści o córkach. I pożyczał mu pieniądze. Tadeusz i Kornel w swoich listach nazywają go Mistrzem. Z żółtej koperty wypada liścik od Artura Sandauera, krytyka, który najwspanialej potrafił twórczość Filipowicza opisywać. Po wojnie razem jeździli na spływy, ale ten liścik jest z 1938 roku. Sandauer prosi, żeby Kornel oddał mu jego pamiątkowy egzemplarz Sanatorium pod Klepsydrą Schulza. „Będę przed południem u Plastyków, to się spotkamy”. Listy są też kluczem do lektur – „Kochany Panie Milusiu, niech Pan przeczyta Bertranda Russella Przebudowę społeczną” – radzi mu w 1932 roku Helena Wielowieyska, przyjaciółka, z którą robił pismo „Nasz Wyraz”. Listy pozwalają poznać dramatyczne momenty życia – pośpieszne likwidowanie mieszkania w Cieszynie, kiedy wybuchła wojna i Śląsk Cieszyński został włączony do Rzeszy – opisuje to przyjaciółka rodziny Herta Gorączko. Książki Kornela matka wysłała do Lwowa, zaginęły, fortepian sprzedała za dziewięćdziesiąt złotych, z czego do ręki dostała tylko dwadzieścia. Mama – Stanisława – pojechała do Lwowa, potem z uchodźcami trafiła na Ural. „Kochany Milusiu” – pisze. – „Załatw mi reklamację, czyli zwolnienie z pracy”. Nie ma siły pracować na budowie.

„Milu” – pisze Hela. Po chwili rozpoznaję jej pismo, w listach powtarza się słowo „przykrość”. „Znowu sprawiłeś mi przykrość swoim milczeniem, zachowaniem”. Helę Kornel zawodzi, a ona się nie zniechęca. Zaczynam mieć jej dość. „Szkoda twojego czasu, dziewczyno” – mruczę pod nosem. Oprócz Heli jest zakochana Tusia i Kundzia, i Hanka, i Zosia. Jakaś Maryla starannym pismem proponuje schadzkę na ulicy Wyższa Brama obok fryzjera w Cieszynie (to jeszcze z gimnazjum). A Teresa, ta od Hrabiego Monte Christo, już w 1954 roku proponuje spotkanie w Krakowie w hotelu „Grand”, „tam, gdzie zwykle”.

Kicham od kurzu. Jeden z listów jest czarny od pyłu i kruszy się pod dotykiem. Kiedy dochodzę do listu od dziewczyny z gruźlicą, czytam na głos fragment Marii, żonie Aleksandra Filipowicza, i zastanawiamy się, czy to może nie jest jedna z bohaterek Ulicy Gołębiej. W powieści umarła odrzucona przez bohatera. Ta pisze z Gdańska.

Przeglądam adresy: ulica Górna w Cieszynie, rozmaite stancje krakowskie w czasie studiów. Okazuje się, że przez chwilę również przed wojną Kornel mieszkał na Lea, tylko pod numerem 7, a potem 23a. Są też listy adresowane na Zagnańsk i Wolę Justowską, na ulicę Helclów. Są też od razu rozpoznawalne listy od Jaremianki, charakterystyczne rozchwiane na wszystkie strony pismo – prawie identyczne miała jej siostra bliźniaczka Nuna, Bronisława. Listy od nich mylą mi się czasem.

Kornel Filipowicz lata 50.

W rodzinie mówiło się, że Kornel miał szalone powodzenie, że wokół było mnóstwo kobiet. Nie tylko Jaremianka, druga żona Maria Próchnicka i Wisława Szymborska. W notatnikach zostawił zapis „Mój Boże, jak dobrze znam te zdrady z kobietą A, kiedy się kocha kobietę B, i to właśnie wtedy zdarza się szczególnie często. Ta osławiona zdrada z kobietą niekochaną...”. Może to miał być początek opowiadania. A kiedy tłumaczył Marii Próchnickiej, że nie ma nic wspólnego z bohateremRomansu prowincjonalnego, literatem z Warszawy, który lubi podboje na prowincji, może jednak coś go z nim łączyło? Dość, że bohaterka, nieprowincjonalna dziewczyna z prowincji, sama najlepiej potrafiła przejrzeć na wylot podrywacza. I takich postaci kobiet jest u Filipowicza wiele, znakomitych portretów kobiet, może w nich były ślady i tych, które pisały te listy. Wśród tych cennych dla pisarza listów, trzymanych w biurku pod ręką (stąd trafiły do walizki), znajdziemy też jedną z najdłużej trwających korespondencji, czyli świadectwo przyjaźni z Mieczysławem Szczerskim, lekarzem, przyjacielem „od ryb”, bo te listy głównie dotyczą ich wspólnej pasji. Są też listy przyjaciół pisarzy, przyjaciółki redaktorki, znajomych i rodziny z Cieszyna, a nawet list uczniów gimnazjum, którzy gorąco go proszą, wtedy studenta, o pomoc przed maturą. Ta walizka pokazuje, jak wiele osób darzyło Filipowicza uczuciami, jak wielu osobom na nim zależało.

***

Mój pierwszy Filipowicz to było bardzo mało znane opowiadanie Niedzielna wycieczka, czyli o prostocie serca. Tata przeczytał je kiedyś na głos, kiedy byłam nastolatką. Nie znałam autora, ale zapamiętałam bohaterkę – Halinę, samotną i tak nieśmiałą, że wstydziła się do kogokolwiek zagadać. Tytułu opowiadania wtedy nie zapamiętałam. Dopiero niedawno, słuchając nagrań radiowych Kornela Filipowicza, usłyszałam fragment czytany przez Zbigniewa Zapasiewicza.

Halina stała więc, nie bardzo wiedząc, co począć. Czekanie to jest też sztuka. Przygładziła ręką włosy, sprawdziła, czy ma bilet w portmonetce, przestąpiła z nogi na nogę, poprawiła plecak. Widziała, jak koło niej nieznajomi zbliżali się do siebie, mówili jakieś słowa, o byle czym, śmiali się, rozchodzili, rozmawiali z kim innym. A ona, Halina, jak niema statystka w teatrze, robiła pół krok w lewo albo w prawo, odwracała głowę, otwierała usta, zamykała usta, uśmiechała się nie wiadomo do kogo i nie wiadomo po co. Patrzyła na rozkład jazdy wiszący wysoko na ścianie, potem na zegarek na ręce, potem na bramę wejściową, jakby czekała na kogoś. Dotykała znów włosów, rozpinała i zapinała wiatrówkę.

Wycieczka była klęską, Halina nie zdołała nikogo poznać, ale mistrzostwo Filipowicza polega na tym, że nie odbiera nadziei, że kiedyś się uda, że przygoda na nią jeszcze gdzieś czeka. W tym opowiadaniu, jak w wielu innych, chociaż oczekiwania się nie spełniają, można przeżyć swoją chwilę szczęścia, która przychodzi nie wiadomo skąd.

Kilkanaście lat później przeczytałam na raz kilka zbiorów opowiadań Filipowicza, kiedy byłam w Stanach w 2001 roku – na uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku mieli sporą biblioteczkę jego książek. Zamiast poznawać amerykańską literaturę, czytałam Filipowicza i jego proza stała się moją Polską, którą oglądałam z oddalenia. Żyłam życiem kamienicy krakowskiej z opowiadania Rozmowy na schodach, w którym kluczowe zdania wypowiada kotka: „To wszystko jest śmiechu warte, a może nawet niewarte śmiechu. Najmądrzej jest po prostu być. Nieważne, w jakim miejscu czasu – jeśli w ogóle coś takiego jak czas istnieje. Nic lepszego nie wymyślisz”. Przygotowując wybór Moja kochana, dumna prowincja, odkryłam mnóstwo opowiadań, których nie znałam, publikowanych tylko raz, w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych.

Nie ma życia Filipowicza bez literatury. To były nurty splecione, od momentu, kiedy zdecydował, że literatura jest najważniejsza i jej się poświęci. Miał inne talenty – jeden z przyjaciół z młodości widział w nim na przykład obiecującego polityka. Najciekawsza wydaje mi się nie sama opowieść o wydarzeniach, lecz napięcie między literaturą i życiem. I nie chodzi o to, żeby szukać biografii w literaturze, ale o to, że w literaturze najgłębsze sfery życia mogły się zrealizować. Filipowicz nazywał siebie realistą, ale przestrzegał przed szukaniem bezpośrednich związków między tekstem i życiem. Rzeczywistość była u niego zawsze zmodyfikowana, przekształcona. Jednocześnie to właśnie w literaturze powiedział o sobie i swoim odczuwaniu świata najwięcej. Dokumenty są martwe, a teksty literackie ożywają czytane po latach.

Milek, Miluś

Życie rodzinne w jednym obrazku:

Na razie śpimy we czwórkę, to jest: mama, ciotka, kuzynka i ja w dużym pokoju, ojciec z wujkiem w małym, babka w kuchni na rozkładanym łóżeczku. I tak kładziemy się spać, wstajemy, ubieramy się, siadamy do stołu, chodzimy do klozetu, przepraszam, zajęte, trzeba się zamykać na haczyk, my wszyscy, to znaczy, babcia, Taśka, czyli moja mama [Stanisława], Milusio, czyli ja, Nelko, czyli mój ojciec, Ziuzio, czyli wujek, Kiniusia, czyli ciocia Kiteczka [Kazimiera], kuzynka moja [Lidka], tak sobie wszyscy żyjemy, chodzimy, bawimy się, jemy, kładziemy się spać. Ach, jeszcze kot, nawet dwa koty i pies, którego trzeba wyprowadzać na spacer. Tak sobie wszyscy żyjemy, a dni mijają, mijają, mijają. (Decydujcie się, moi kochani, czyli o miłości rodzinnej)

Kornel najpierw był Milkiem, Milusiem, zdrobniale od Mirona, bo tak brzmiało jego pierwsze imię, które dostał na chrzcie greckokatolickim. Na drugie miał Eustachy, a Kornel dopiero na trzecie, po ojcu, który nazywał się po prostu Kornel Wiktor, zdrobniale Nelek. Na zdjęciu zrobionym w Kołomyi w 1910 roku już ma swój charakterystyczny sterczący wąs – trzy lata później bierze ślub ze Stanisławą Futymą w Tarnopolu. Na zdjęciu żona (już w ciąży z Mironem) opiera się na jego ramieniu, ma ufryzowane w koronę włosy i cała spowita jest w koronki. Na kolejnym zdjęciu (w albumie syna Marcina Filipowicza) – Stanisława jest już dwadzieścia lat starsza, w mundurze pomocniczej Służby Kobiet przy Armii generała Andersa. Włosy wciąż upięte ma w koronę. Nie wiedziała, opierając się na ramieniu Kornela Wiktora, że tyle wędrówek przed nią, tyle miast, krajów i kontynentów.

Stanisława na innym zdjęciu stoi upozowana ze swoją siostrą Kazimierą – mają podobne profile i białe suknie ze stójką. Ich ojciec Kazimierz Futyma był w Tarnopolu znaczącą postacią – dyrektorem szkoły wydziałowej, której budynek stoi do dziś. Na cmentarzu zachował się też jego grób z pomnikiem. Więcej śladów nie ma, bo Tarnopol płonął wielokrotnie. A obok chyba najstarsze zdjęcie – to młodziutka, piękna żona Kazimierza – Maria Schilling-Siengalewicz, matka Stanisławy i Kazimiery. Brat Marii, Tytus, był ojcem znanego przedstawiciela rodu Schillingów-Siengalewiczów, czyli profesora Sergiusza Schilling-Siengalewicza, lekarza medycyny sądowej, toksykologa, który był obecny przy procesie Gorgonowej, a po wojnie uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu. Od jego nazwiska pochodzi nazwa „odczyn Schillinga”.

Kornel Wiktor Filipowicz, Kołomyja ok. 1910 roku Na górze: Stanisława Filipowicz i Kornel Wiktor Filipowicz

Futymowie, Tarnopol 1910 rok. Od lewej: Stanisława Futymówna, Maria z Schilling-Siengalewiczów Futymowa, Kazimierz Futyma, Kazimiera z Futymów Adamowiczowa, dziecko: Lidka Adamowiczówna

Drzewa genealogiczne rodziny Filipowiczów i wszystkich ich gałęzi sporządzały różne osoby z rodziny, ale większość powstała już po śmierci Kornela, kiedy polska część rodziny nawiązała ściślejsze kontakty z rodziną w Ukrainie. Najbardziej szczegółowe drzewo powstało dzięki opowieści Lidki Adamowicz, siostry ciotecznej Kornela, córki Kazimiery. Jak to bywa w każdej rodzinie – część trzymała się razem, a inne odnogi oddalały się, nie było z nimi kontaktu. Na tym drzewie pojawiają się jednozdaniowe opisy postaci z dalekiej rodziny, same w sobie bardzo intrygujące: na przykład „brat Sergiusza Schillinga, Roman – powiedział narzeczonej we śnie, że umrze 5 maja i umarł”. I tylko tyle.

Z przeszłości wyłaniają się trzy nazwy miast dziś ukraińskich: Tulczyn (z pałacem Potockich), Sokal na Wołyniu (stamtąd Stanisława) i Tarnopol. W Tulczynie urodził się ojciec Kornela (rodzice Aniela Brüch i Ignacy Filipowicz). Ojciec, Kornel Wiktor, miał siostrę Walerię, która mieszkała we Lwowie i w Warszawie, ale pisarz o swojej ciotce nigdy nie wspominał, kontaktów rodzinnych nie było. Sygnet z herbem Filipowiczów – Pobóg – został ukradziony podczas włamania. Pisarz jeszcze zdążył opieczętować nim testament sporządzony w 1970 roku.

Kazimierz Futyma. Na górze: siostry Stanisława i Kazimiera Futyma

W herbie jest podkowa i chart – „na hełmie kładą harta” – czytamy w Herbarzu polskim, który przywołuje XVII-wiecznych Filipowiczów pochodzących od skarbnika witebskiego Samuela. Legenda rodzinna mówiła jeszcze o wpływach tatarskich – to wszystko już mgłą spowite. „Nie wiem, skąd się wziąłem. Z nocy, mgły, z niepamięci? Z tajemniczych szmerów, niewyraźnych, zamazanych obrazów, dziwnych zapachów? Nie wiem” – tak zaczyna się opowiadanie Światło i dźwięk, czyli o niedoskonałości świata.

Miron urodził się w 1913 roku, tuż przed wybuchem wojny, ponoć w hotelu, bo babka nie wynajęła mieszkania. Kazimierz Futyma zmarł rok wcześniej, może dlatego nie mieli już mieszkania przysługującego pracownikom szkoły? Tarnopol w czasie pierwszej wojny światowej zajęli żołnierze carscy, którzy okupowali go przez trzy lata. Lwów Austriacy szybko odbili, Tarnopola nie byli w stanie. Gdy wreszcie po rewolucji 1917 roku Rosja się załamała, na krótko Tarnopol odzyskał wolność dzięki Austriakom i Niemcom. Aby uczcić zwycięstwo nad Rosją, przybył tam na defiladę sam cesarz Wilhelm II. Ale miasto wkrótce zajęli Ukraińcy, a w 1920 roku bolszewicy. Już wtedy nie było tam Stanisławy z synem.

Ruszyli w podróż, która trwała wiele lat – jej szczegóły znała Lidka Adamowicz, która też w niej uczestniczyła. Jej opowieść zanotowała Maria Próchnicka, druga żona Kornela Filipowicza i dzięki temu wiadomo przynajmniej, jak wyglądała ich trasa. Stanisława z kilkutygodniowym Mironem i matką pojechały najpierw do Bogadanówki, gdzie ojciec Lidki był urzędnikiem pocztowym. Stamtąd ruszyły do Wiednia do ciotki Klimy Fiszerowej, gdzie mieszkali dwa lata. Z Wiednia wyjechali w pięć osób do Żywca, a był to 1915 rok. Ojciec Filipowicza od 1914 roku służył w armii austriackiej i stamtąd trafił do niewoli do Przemyśla. Stanisława dostawała żołd męża, a kiedy przestali go wypłacać – zaczęła pracować. Z Żywca przenieśli się do Jarosławia w 1916 roku, a stamtąd w 1918 do Lubaczowa do ciotki Kazi, czyli Kazimiery Adamowicz. Kornel Wiktor już cztery lata nie widział żony i syna, a w 1918 roku o mały włos znowu by się rozminęli. Przyjechał, nie zastał ich w domu, więc szybko pobiegł na dworzec i wskoczył do pociągu. Przebiegł cały, szukając swoich, i znalazł teściową, Marię. Stanisławy z synem nie było, znowu rozczarowanie. Ale na szczęście w końcu odnaleźli się i wszyscy razem ruszyli w podróż, o której nie wiedzieli jeszcze, że skończy się w Cieszynie. Ojciec przywiózł trochę małych złotych pieniążków, za które rodzina żyła przez jakiś czas.

We wspomnieniach matki wszystko się mieszało i wszystko było naraz: Tarnopol, ataman kozacki, który wzrusza się, bo u niego też „dytyna” w domu, karabin ukryty w sienniku. Mama siedzi przy fortepianie i gra „wijut witry, wijut szumni, aż derewa hnu-u-utsia”, a bandury szemrzą cichutko jak dnieprowe porohy z daleka. Przy fortepianie stoi mały Miron, bo lubi, jak muzyka drapie go w palce. „Pod koniec pierwszej wojny światowej chciano moją mamę rozstrzelać, bo ktoś powiedział, że w kącie pokoju stoi oparty o ścianę pokoju karabin. Ale karabinu nie znaleziono” (Moja mama z Europy Środkowo-Wschodniej). Podrzucił go tam chłopaczek – żołnierz, może trzynastoletni. Schowała broń w łóżku, w którym leżała jej babka, która miała wtedy dziewięćdziesiąt cztery lata i udawała, że umiera. Cudem przeżyła. We wczesnych wspomnieniach Filipowicza była też jakaś fura wioząca tak gigantycznego suma, że jego ogon ciągnął się po ziemi. Takie wielkie sumy – opowiadał potem pisarz – jadali najbiedniejsi, bo ich mięso było już stare.

W 1918 roku Miron miał pięć lat. Większość czasu rodzina spędzała w pociągach, na stacjach, ławkach, w poczekalniach, czekając na transport. Szukali, gdzie się da zamieszkać, gdzie będzie praca. Pociąg mijał wagony z żołnierzami, ślady wojny. Na jednej ze stacji, gdzie próbowali bez skutku kupić coś do jedzenia, dosiadł się do nich mężczyzna z nowym polskim banknotem. Bardzo się ten kawałek papieru chłopcu spodobał, błyszczący od nowości z białym orłem na czerwonym tle, pachniał świeżym papierem. Nie mógł się powstrzymać, żeby nie wziąć go do ust, ale babka zaraz na niego nakrzyczała.

Po latach wspominał dzień, w którym po raz pierwszy zobaczył żołnierzy w wysokich rogatywkach, znanych dotąd z obrazków. Polscy żołnierze – to było jego pierwsze wzruszenie patriotyczne. Nie rozumiał, dlaczego musieli przemieszczać się z miejsca na miejsce, dlaczego tłukli się furmankami na dworce, żeby czekać godzinami w poczekalniach. Raz spali w hotelu, by potem spędzić cały dzień na ławce w parku, pilnując, żeby im nie ukradziono bagaży. Nocowali w barakach Czerwonego Krzyża, nie mieli nic swojego, tylko zydelek, ojciec dostał go od chłopa, któremu napisał podanie. Z zabawek Miron miał tylko dwa ołowiane żołnierzyki i widokówkę, ale ta nieustająca podróż była dla niego bardziej ekscytująca niż uciążliwa. To były wrażenia i wzruszenia, które znają tylko dzieci wojen i rewolucji. Należał do pokolenia uczonego poszanowania wersalskiego porządku w Europie. Byli dziećmi pierwszej wojny światowej, którzy Polskę znali już niepodległą, urządzoną przez ich rodziców. Historię i geografię poznawali z map, na których granice wydawały się ustalone.

Kornel Filipowicz

Kiedyś podczas tej tułaczki zamieszkali koło koszar i tam, w pobliżu śmietnika, wygrzebał guziki od rosyjskich i niemieckich mundurów. Było coraz ciężej, matka próbowała coś sprzedawać, ale nic już nie mieli, ojciec w nocy przynosił skądś węgiel, za cienką ścianą mieszkali inni głośni ludzie, mówili po łotewsku. Pewnego dnia przyszedł znajomy z wieścią o zabiciu prezydenta Narutowicza. Miron literował nagłówek gazety ze zdjęciem zmarłego prezydenta. Kilka dni później zapuścił się za daleko i zobaczył białego ptaka. Ojciec tłumaczył mu, że w każdym gatunku może trafić się osobnik biały, inny niż wszystkie. I ma ciężkie życie, bo inne go kąsają i dziobią. Ten biały ptak (w opowiadaniu Biały ptak) zwiastuje nowe życie. Po powrocie okazało się, że ojciec dostał dekret, na który dawno czekał, będą pieniądze i praca w mieście, dokąd pojadą: „Ojciec rozłożył mapę i pokazał nam miasto, które wybrał dla nas”. Biały ptak, który równie dobrze mógł być snem chłopca, zapowiadał poczucie inności, które zawsze będzie mu towarzyszyć od chwili, gdy trafił do miasteczka, w którym wszyscy mówili inaczej niż jego rodzina. Kiedy stał się pisarzem, pielęgnował to swoje spojrzenie z boku i starał się rozumieć wszelką inność.

W 1923 roku, wczesną wiosną, dotarli do Cieszyna. Ojciec już pracował od zimy i rozglądał się za mieszkaniem: „Ładnie tu jest – pomyślałem. – Ładne jest miasto, które obiecał dla nas znaleźć. Ale jak ojciec wiedział, że tu jest ładnie, skoro znał tę okolicę tylko z mapy” (Ziemia obiecana).

Cieszyn poza czasem

Był inny. Krzyczeli za nim „Rus”. Bardzo starał się wkupić w łaski miejscowych chłopaków, więc opowiadał o podróży, wojnie i żołnierzach: – „Była wojna, widziałem rozmaite wojsko, widziałem Kozaków. Jeździłem na koniu jednego atamana, potem tego atamana powiesili na dębie. Widziałem też, jak powiesili jednego księdza. Wisiał na słupie od huśtawki, a dwóch żołnierzy stało na warcie z nabitymi karabinami” (Ziemia obiecana). Trochę zmyślał, a trochę słyszał, jak o tym opowiadano. Rzeczywiście Ukraińcy zamieszkali u nich w domu. Ataman w pokoju wuja, był strach, bo nie wiadomo było, co zrobią, lubili strzelać bez powodu. Nikomu nic się nie stało, po nich przyszło wojsko w niebieskich mundurach, żołnierze mówili po polsku. Chciał zrobić wrażenie, a tymczasem zaraz zaczęli go wyśmiewać, jeden chłopak zadrwił, że w dupie był i gówno widział. Skończyło się na bijatyce. Okazało się, że ten Filipowicz to lubi się bić. Szybko wstąpił do bandy, która nazywała się Ulica Górna, konkurencyjne też miały geograficzne nazwy. Bili się dla przyjemności. Wyglądał wtedy pewnie tak, jak bohater opowiadania Ziemia obiecana po walce:

Stałem i patrzyłem: byłem długi i chudy. Miałem na sobie wymięty, wysmarowany wapnem i cegłą płaszcz; przy płaszczu nie było żadnego guzika. Miałem cienką szyję, na szyi małą, wąską głowę; miałem cienkie wysokie brwi, krzywe oczy, grube wargi. Moja twarz była umazana brudem, górna warga była rozcięta, pokrwawiona i spuchnięta, włosy mokre, przylepione do czoła. I twarz miała odwagę się uśmiechać!

Kornel poszedł do szkoły, kiedy miał dziewięć lat, czytać nauczył się wcześniej, z braku elementarza – na gazetach. Byli ze Wschodu, ojciec chodził w rubaszce. Dopiero po naciskach mamy zgolił brodę i zaczął zakładać normalne koszule i marynarki. Dostał dobrą pracę w polskiej administracji: jako asesor w Urzędzie Skarbowym Akcyz i Monopolów w Cieszynie. Zamieszkali w kamienicy przy ulicy Górnej 14 (dziś na tym budynku znajduje się tablica upamiętniająca pisarza), w dwóch pokojach od frontu, z widokiem na Górną, Szpital, Solną i dalej na szczyt Cieślarówki, a od kuchni na stary cmentarz ewangelicki i wieżę „luterszczoka”, czyli ewangelickiego Kościoła Jezusowego. Obok były koszary, w których od 1920 roku stacjonował Pułk Strzelców Podhalańskich. Chłopiec lubił patrzeć na mundury. Z czasem zaczęło im się lepiej powodzić. Babka wolała, żeby nie włóczył się po ulicach z byle kim, tylko siedział w domu. Jego ciągnęło na dwór. W domu mówiono, że powinien dbać o tradycję rodzinną, dużo było mowy o konwenansach i pochodzeniu. Buntował się, bo nie bardzo rozumiał, czym ma być ta tradycja. Rodzina pochodziła ze zubożałej szlachty, która już dawno się zdeklasowała – dziadek stracił resztkę majątku, bo usiłował opatentować wynalazek, który, jak usłyszał Kornel od ojca – nie był mrzonką, ale nie udało się go prawnie zabezpieczyć.

Cieszyn był wtedy miejscem sielankowym, zwłaszcza jeśli życie w nim porównać do tułaczki i wojennej pożogi. Znajdowało się tu wszystko, co potrzebne dla miasta powiatowego: szkoły, kościoły, urzędy, stacja kolejowa, teatr, sąd; było samowystarczalne. Trzy lata wcześniej wielokulturowy Cieszyn i Śląsk Cieszyński podzielono między dwa państwa powstałe po pierwszej wojnie światowej – Polskę i Czechosłowację, granica przebiegała na Olzie. I tak dawna stolica Księstwa Cieszyńskiego (najpierw piastowskiego, a potem habsburskiego), stała się miastem przepołowionym, starsza część znalazła się w Polsce razem z elektrownią i szpitalem, a nowsze dzielnice, gazownia i wodociągi – po stronie czeskiej. Symbolem tego przecięcia stała się likwidacja łączącej obie części linii tramwajowej.

Cieszyn zawsze był inny, odrębny i zwrócony w przeszłość – nazwał to dobrze Józef Wittlin, który przyjechał tam w 1933 roku: „Obce miasto, a raczej miasteczko, leży w Polsce, lecz pachnie zagranicą (...). Dawnym czasem parują tutaj mury i bruk, i kawa, i ludzie”. Kiedy w całej Polsce był rok 1933, w Cieszynie czuło się, jakby był 1910. Wtedy nazywano Cieszyn małym Wiedniem i ta nostalgia przetrwała latami. To było i ciągle jest – miasto zatrzymane w czasie. Dziś wydaje się nadal miastem z początku XX wieku, a niedaleko rynku, w wąskiej uliczce mieści się księgarnia i kawiarnia „Kornel i przyjaciele”, w której czas zatrzymał się jeszcze za życia Kornela, choć powstała długo po jego śmierci. Tylko tam została jeszcze w butelce odrobina kornelówki, wódki wyrabianej przez pisarza. Cieszyn wydawał się inny też Wisławie Szymborskiej, która tu z Filipowiczem przyjeżdżała, zapytała go nawet kiedyś, na czym ta inność polega: „Może na tym, że tutaj ludzie częściej niż gdzie indziej patrzą sobie w oczy” – odpowiedział jej.

Mały Miron urywał się z domu, jak tylko mógł, żeby badać to nieznane miejsce. Nowością były dla niego pagórki (znał tylko niziny) i przejrzystość powietrza. „Były wakacje i w czasie, kiedy mój ojciec czytał, siedział w biurze, matka była w mieście na zakupach, a babka gotowała dla nas obiad – ja wiodłem interesujące, pełne przygód i niebezpieczeństw życie” (Wojny religijne). Lubił patrzeć na żołnierzy, podobało mu się, że nie byli obszarpani, jak tamci, których spotykali po drodze. Ci tutaj dobrze wyglądali, jak silna armia, chciał, żeby zadziwili cały świat. W opowiadaniu Fortepian tytułowy instrument powraca do domu, matka gra ukraińskie melodie, a babka prosi o poloneza Ogińskiego nazywanego Pożegnaniem ojczyzny. Bohater opowiadania idzie spać z płaczem i poczuciem, że historia jest klęską, wszystkie wojny i powstania przegrane, on sam czuje się wygnańcem i tułaczem, i jeszcze w dodatku dostał cztery dwóje, o których nie powiedział rodzicom.

Chłopiec płacze w wielu opowiadaniach. Czasem z niezrozumiałych dla dorosłych powodów: płacze, bo słońce zachodzi i coś się definitywnie kończy. Słowa dorosłych, że „słońce po prostu zachodzi”, sprawiały, że wpadał w jeszcze większy smutek. Powodem niepokojów było poczucie dziwności świata. I jego niedoskonałości – chłopiec nie może zrozumieć, dlaczego dźwięk się spóźnia, najpierw widać błyskawicę, a potem słychać grzmot. „Świat jest niedoskonały” – mówi nagle kilkuletni bohater opowiadania Światło i dźwięk, czyli o niedoskonałości świata, patrząc na lokomotywę, która bucha parą, ale gwizd słychać dopiero później. Burze i pioruny, ulewy, ale też rzeczy nieuchwytne, uczucia, których nie mógł do końca rozpoznać, nastroje, które na niego spadały – wywoływały łzy, nie zawsze smutku, czasem wzruszenia. Dorosły Kornel pisał o swoim dziecięcym płaczu w Opowieści niedokończonej jako przejawie dziwienia samym sobą i istnieniem, odczuwaniem i myśleniem. To, o czym myślał, zdawało się wręcz wydzielać jakąś substancję, mgłę, która go ogarniała i wzruszała. Niemal każda myśl, nawet równanie matematyczne mogło wywołać tę mgłę, a zwłaszcza myśl o dwu słowach zetkniętych ze sobą. Miał wrażenie, że ze słowami jest jak z pocieraniem materiału, może pomiędzy nimi powstawać prąd elektryczny. Myślał więc o gwoździu i liściu albo o kamieniu i wróblu, i pojawiał się ten prąd.

Darwin, Ojciec, Babka

Odkrywanie Cieszyna to też odkrywanie własnego domu. Najbardziej pożądany przedmiot znalazł w szufladzie ojca zamykanej na kluczyk. Był w pudełku, obok flaszeczki oliwy i szczoteczki do czyszczenia. Kiedy pierwszy raz wziął go do ręki, miał wrażenie, że jest on częścią jego ciała i jego ręki. Mroczny obiekt pożądania – czarny pistolet ojca. Do tej pory raz go miał w ręku i od tego czasu ciągle tęsknił za tym uczuciem. Ale szuflada była zamknięta. W końcu pod nieobecność rodziców udało mu się haczykiem otworzyć szufladę i wyjąć pistolet. Zabrał go na łąkę, wybrał cel – garnek i wystrzelił. Ręka mu odskoczyła, rozległ się huk. A potem zapadła cisza. „Niebieski garnek leżał przedziurawiony na wylot i umierał” (Pistolet). Serce mu biło jak szalone, ale był spokojny. Musiał to zrobić.

Ten sam przymus poczuł, kiedy znalazł na strychu miód w blaszanej bańce. Przeżył szok, jakby to była otwarta szuflada z pistoletem, sztyletem i zapalniczką ojca albo szuflada banku ze złotem i pieniędzmi. Miód był wtedy delikatesem i pojawiał się na stole tylko przy okazji świąt albo przeziębienia. A tu stała cała bańka, dobrze ukryta, żeby nie kusiła. Rzucił się więc łapczywie i jadł, nie mogąc przestać. Zjadł go tyle, że się pochorował, dostał wysypki i gorączki. Pozostał mu po tej historii wstręt do miodu i do rzeczy, których można mieć w nadmiarze (Miód albo o nadmiarze).

Skoro mieszkali przy „luterszczaku”, to dość szybko zauważył, że większość miasta to ewangelicy. Na parterze kamienicy, w której zamieszkali, wisiał Chrystus na krzyżu. Babka i matka zaczęły się zastanawiać, czy był katolicki, czy ewangelicki. Podczas tych debat ojciec nie odzywał się, tylko wzruszał ramionami. „To dziwne zachowanie mojego ojca, a także jego osobliwe upodobanie do odwiedzania kościoła ewangelickiego, a nawet bożnicy żydowskiej, przemawiały chyba za tym, że był człowiekiem głęboko niewierzącym. Nikt przecież znów tak chętnie, jeśli nie musi, nie odwiedza cudzych świątyń” (Wojny religijne). W Cieszynie tamtego czasu żyli razem ewangelicy, katolicy i żydzi. W gimnazjum w klasie Kornela był tylko jeden Żyd – Gutmann i reszta czuła jakiś rodzaj dumy z posiadania jedynego kolegi starozakonnego.

Był mianowicie jedynym w klasie, który na początku roku, a czasem przy innych okazjach, zapytany przez gospodarza klasy o wyznanie, mógł odpowiedzieć: wyznanie mojżeszowe. W klasie zalegała nagle cisza, byliśmy jacyś zdziwieni, zawstydzeni, onieśmieleni, ale i dumni, wszystko razem, z powodu posiadania w klasie jednego kolegi starozakonnego. W naszej klasie, w połowie katolickiej, w połowie ewangelickiej, był Gutmann zjawiskiem dziwnym jak przelotny zbłąkany ptak (Gutmann albo ostatnia przed wakacjami lekcja języka niemieckiego).

Kornel powoli sam tracił wiarę. Odegrały tu rolę książki, które pożyczał dla ojca od pewnego starego socjalisty (opisanego w opowiadaniach Wiktor i Opowieść niedokończona), którym był Tadeusz Reger, znany na Śląsku Cieszyńskim działacz socjalistyczny – członek Zarządu Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego, rządzącej w Cieszynie od października 1918 roku. Reger urodził się w Nowym Jorku, wychowywał się w Przemyślu, studiował w Krakowie i stamtąd przyjechał do Cieszyna, żeby działać wśród robotników w terenie (był znakomitym mówcą, nazywano go „misjonarzem socjalistycznym”). Szybko stał się tak popularny, że wszyscy mówili o nim „nasz Tadeusz”. Był w legionach, potem w radzie miasta, został też posłem na sejm z ramienia PPS-u, walczył o ustawę o ubezpieczeniu na wypadek bezrobocia i o ochronę pracy. Był nie tylko działaczem, ale i bibliofilem znanym w całej okolicy. Miał wielki wpływ i na ojca Filipowicza, i na samego Kornela. W opowiadaniu Wszystko, co mieć można chłopiec nie chciałby na ulicy spotkać „pewnego posła na sejm” wtedy, kiedy jeździł ze swoim kolegą Andrzejem drogim samochodem po mieście.

Dzięki Regerowi Kornel trafił na Darwina. I wszystko, co dawniej mu wpojono do głowy, legło w gruzach. Matka była przeciwna teorii ewolucji, a ojciec w dyskusjach nie wypowiadał się kategorycznie, więc ani nie przeszkadzał, ani nie ułatwiał mu odejścia od Boga. I tak Kornel najpierw zwątpił w to, że Bóg stworzył świat w siedem dni, a potem w ogóle przestał wierzyć. Życie zaczęło mu się wydawać polem walki przemocy i przypadku. I wtedy z pomocą przyszedł ten sam stary socjalista, który zaczął mu wyjaśniać, jak to wszystko jest urządzone, na czym polegają nierówności społeczne – i na kilka lat umeblował mu głowę. Wiedział, kto jest winien złu i jak należy rzeczywistość poprawić. Kornel przejął od niego te przekonania. W opowiadaniu Wiktor ojciec patrzy z dystansu na entuzjazm syna, który chciał zmieniać świat. „Ojciec patrzył wtedy (...) daleko poza mnie, gdzieś jakby w historię, którą sam przeżył dawno przed moim urodzeniem. Nieznośne, ubliżające mojej młodości, było właśnie to doświadczenie rezygnacji, jakie wyniósł z tamtego nieznanego mi życia”. Nie rozumiał tego, bo był szesnastolatkiem, który nie przeżył żadnych klęsk. A ojciec mu mówił: że to wszystko szlachetne, ale ludzkość do tego nie dorosła. – „To my ją nauczymy!” – wykrzykiwał syn (w opowiadaniu Wiktor). Wtedy ojciec, odwracając się do matki: – „To dziwne, że każde pokolenie cierpi na te same złudzenia”. Ale nie miał sumienia odbierać mu tych złudzeń. Z czasem Kornel sam mógłby powtórzyć słowa swojego ojca.

Ojciec był jednocześnie daleki – długo go nie było, nie mógł rodzinie zapewnić wszystkiego, a z drugiej strony spotkania z nim najbardziej chłopca kształtowały. To z nich czerpał swoje rozumienie wolności. Postać ojca pojawia się bardzo często w tych autobiograficznych w dużej mierze opowiadaniach o dzieciństwie. Najpierw pojawiał się jak obcy człowiek: „Człowiek, którego dobrze nie znałem, a którego kazano mi nazywać ojcem, znowu chciał coś w naszym życiu zmieniać” (Dlaczego ojciec wącha miętę). Z czasem zawiązuje się między nimi więź, ojciec pokazuje mu, jak się łowi ryby, łowią pierwszego w życiu chłopca szczupaka, wielkiego i z zębami. A przede wszystkim ojciec zrywa, rozciera i wącha miętę. I śmieje się, kiedy chłopiec pyta go, dlaczego to robi. Bo kiedyś o to samo zapytał swojego ojca, a potem zastanawiał się, czy jego syn zapyta o to samo. Bo każdy ojciec w tej rodzinie lubił wąchać miętę. Ojciec z czasem stał się najważniejszym autorytetem – nawet kiedy milczał jak w opowiadaniuMój ojciec milczy. Chłopiec opowiadał mu, jak to polska drużyna piłkarska razem z kibicami prześladowała po meczu żydowską drużynę Makabi. I on ochoczo się do tej nagonki przyłączył. Ojciec milczał tak długo, że chłopiec poczuł się skonfundowany. W końcu powiedział tylko jedno zdanie, które zapamiętał na zawsze, że różne straszne rzeczy w historii zaczynały się właśnie od bicia Żydów.

Ojciec jest najwyższą instancją, na której słowa lub jakąkolwiek reakcję się czeka. Kimś, kto ma wskazać drogę, ale kogo chciałoby się pokonać, zrzucić z piedestału. Kiedy chłopiec mówi mu, że należy tolerować odmienne poglądy, a więc także antysemityzm – tata wybucha śmiechem i w ten sposób zbija syna z tropu, budzi jego wątpliwości. W opowiadaniu Formikarium chłopcu wydaje się, że jego tata daje mu głupią (według niego) odpowiedź w sprawie mrówek. Zbudował w domu formikarium, ale one nie chciały tam żyć – wszystkie padły. Ojciec mówił mu, że być może mrówki umierają, bo brakuje im swobody. Ta odpowiedź nie wydała się chłopcu mądra. „Patrzyłem na człowieka, który był moim ojcem. Od kogo, jak nie od niego, mogłem spodziewać się rady i pomocy? Ale człowiek ten wydawał mi się teraz kimś zupełnie obcym”. Pozostawał mu bunt. Poszedł więc nad rzekę bawić się z kolegami. Wykorzystał swoją wolność, nie rozumiejąc do końca jego słów. Tymczasem tata mówił właśnie o tym, o naddatku wolności – niezbędnym czy to mrówce, czy to człowiekowi.

Najbardziej przeżywał właśnie porażki w rywalizacjach z ojcem. Kiedy przegrał z nim w szachy, dorośli stroili sobie żarty, tymczasem dla chłopca była to klęska ostateczna: „Nie chciało mi się jeść, a prawdę mówiąc, to i żyć nie bardzo mi się chciało. (...) Jedyną nadzieją było, że może do jutra deszcz przestanie padać” (Szachy z ojcem).

Dzieciństwo u Filipowicza jest czasem emocji o najwyższym natężeniu, wszystko przeżywało się na poważnie i ostatecznie. Zachód słońca, porażka w szachach, brak odpowiedzi na pytania. Najpoważniejszą sprawą była też zabawa. Jak w opowiadaniu Nemezis o zabawie z kolegą Leszkiem. Wojna musiała się skończyć, kiedy przychodziła po Leszka jego siostra – zwana przez nich Nemezis. Ale wojna nie mogła się skończyć, póki ostatni żołnierz pozostanie przy życiu. Brudni, czerwoni, spoceni i podrapani w największym napięciu rozgrywali tę walkę na śmierć i życie. Mieli poczucie, że świat dookoła nie rozumie powagi sytuacji, ani siostra Leszka Hanka, ani babcia, która okazała się jednak sprzymierzeńcem chłopców, zagadując Hankę i częstując ją ciastem. Bo czy jest coś ważniejszego od zabawy angażującej o wiele bardziej niż prawdziwe życie?

W opowiadaniach o dzieciństwie w centrum domu była babka (matka dopiero w opowiadaniach o powojennej rzeczywistości) – czy ten dom był prowizoryczny, czy już ten prawdziwy w Cieszynie. Babka występuje razem z domowymi przedmiotami: srebrną łyżką do tranu, bańką z miodem, chochlą. Babka ratuje z opresji, pilnuje rytuałów i celebruje posiłki. Kiedy rodziców nie było w domu, babka pozwalała mu na wszystko. Broniła go, kiedy coś przeskrobał. W opowiadaniuPortret mojej babki, dziwna piosenka i śmieszna zabawa babka siedzi naprzeciwko niego i przyszywa łatę na prześcieradło. „Fotografia babki nie jest potrzebna, bo w każdej chwili, kiedy tylko zechcę, mogę ją widzieć – żywą”. Jej twarz i ręce są w ciągłym ruchu. A z każdym jej słowem „wytryskują kolorowe obrazy, obrazy – zwierzęta, obrazy – ludzie, obrazy – chmury, rzeki, drzewa, pola, konie”. Babka śpiewa pieśni o łzach i krwi. Chłopcu robi się smutno, bo piosenka jest jak z jakiejś piwnicy – ciemnicy. Ale na koniec babka rzuca mu na głowę białe ścinki z prześcieradła i oboje zanoszą się od śmiechu.

Cieszyn, mieszkanie przy ulicy Górnej, 1926 rok. Od lewej: ciotka Walawska, Kornel Wiktor Filipowicz, Maria Futyma, Kornel Filipowicz, Stanisława Filipowicz, Lidka Adamowicz

Poeta – wykrzyknik ulicy

„Żywy idę miastem będącym,

a już tylko byłym” (Równanie serca)

Na wielu zdjęciach stoją razem – wysoki Kornel Filipowicz i niski Julian Przyboś w pumpach. Przyjaźnili się przez całe życie, a spotkali się w gimnazjum imienia Antoniego Osuchowskiego w Cieszynie, gdzie Przyboś uczył polskiego i propedeutyki filozofii.

Opisał siebie jako zgorzkniałego prowincjała, który patrzy przez okno na zacinający deszcz i ziębnie przy biurku. Przed nim stos zeszytów. „Jeżeli tak długo wytrzymałem w Cieszynie, to tylko dla Cieszyna właśnie” – pisał Przyboś w liście z 1932 roku. Urodzony na podrzeszowskiej wsi, nie wyglądał na wiejskiego młodzieńca. Zawsze chodził wyprostowany. Docinali mu po przyjacielsku, że wygląda, jakby kij połknął. Ciągle w szkole ktoś brał go za ucznia. Któregoś dnia próbował interweniować, kiedy na przerwie chłopcy grali w szmacianą piłkę – wzięli go za gimnazjalistę i nieźle poturbowali. Jednak radził sobie z dyscypliną, mimo że „gorole” z Istebnej i Koniakowa nadali mu przezwisko „Malućki” i mimo uprawiania poezji, która mogła wydawać się sporą ekstrawagancją.

Filipowicz najpierw miał na koniec czwartej klasy w roku 1927/1928 z polskiego, u Przybosia, bardzo dobry. Ale już w klasie siódmej 1930/1931 rok – z polskiego dostateczny, podobnie jak ze wszystkich innych przedmiotów, oprócz śpiewu, a zachowanie – nieodpowiednie „z powodu przekroczenia przepisów szkolnych”. Nie wiemy, co się wydarzyło, dość że opuścił się w nauce, pewnie chodził na wagary. (Nie przyznał się nigdy do tego synowi Aleksandrowi, który sam, jak opowiada, był niezłym łobuzem). Za to z gimnastyki Kornel był zawsze świetny, w skokach przez kozła najlepszy w klasie. No i wdawał się w awantury, również sercowe. Zachował kilka listów od zakochanych dziewczyn: „Wciąż czuję Twoje całusy na wargach i jak przyszłam do domu, mamusia pytała, co się stało, że jestem taka rozpalona”. Inna też się niepokoi: „Milusiu, nie wiem, gdzie poszedłeś, na randkę z Rabizówną? Nie masz pojęcia, jak za Tobą tęsknię. Nie mogę wyjść na miasto, bo mnie jakiś belfer zobaczy”. Inna nie wiedziała, czy ją rzucił, czy nie: „Miluś, powiedz Musiałkowi, czy ze mną zerwałeś, czy nie. Przecież ja wiem, że Ty mnie kochasz, jak Ty kłamiesz, Twoje ładne oczy nie kłamią”.

Pierwszy dowód osobisty Kornela Filipowicza, 1930 rok

Tusiek miała za złe, że nie przychodził, czekała pod bramą, a potem na mieście zobaczyła Milusia z kolegami, a ten udawał, że jej nie widzi. Przed kolegami ukrywał swoje sympatie do dziewcząt, zresztą chłopcy wtedy o tym ze sobą nie rozmawiali. Wiedzieli tylko, że chodził na czeską stronę do tajemniczej koleżanki. Wyglądało to tak, że umawiał się gdzieś z kolegami, wychodził tylnym wyjściem i znikał. W pojedynku na miny nikt by z nim nie wygrał, widać na zdjęciach, że miał ekspresyjną twarz. Na początku nie wyglądało, że zainteresuje się w przyszłości literaturą, ale umiał pisać wypracowania, podrabiając styl kolegów tak, że profesorowie nie mogli się domyślić, że to on. Był małomówny i to mu zostało, dowcipny, jeśli trafił na dobrego rozmówcę. Szukał do rozmowy błyskotliwych partnerów, jak nie znajdował, to szybko się nudził. Rozmowa z nim nie była łatwa, trzeba było się nagimnastykować.

Poza Przybosiem wśród profesorów była też inna postać nietuzinkowa, a mianowicie Michał Asanka-Japołł, nauczyciel łaciny i greki, germanista z Monachium i poeta, przyjaciel Stanisława Przybyszewskiego. Jego nazwisko i postać pojawia się w Czarodziejskiej górze Manna, a to w związku z głośną sprawą honorową – Japołł obraził żonę Przybyszewskiego i został przez niego spoliczkowany. Profesor nie chciał nigdy o tym rozmawiać. I to Kornel pierwszy zwrócił uwagę kolegom na to, kto ich uczy. Z Przybosiem, niezależnie od ocen, miał bliski kontakt.

Przyboś zaczął pracę w 1927 roku, szczupły, z wysokim czołem. Mówił, tak jak pisał – zwięźle i krótko. Dużo spacerował: „Nie wysiaduję wierszy, ale je wychadzam, jak serce utleniam w wolnej przestrzeni, na spacerze śród pól, w lesie, w parku”. – Widzę go, jak w pumpach idzie wzdłuż Olzy i przepowiada sobie wiersze. On zaraził swoich uczniów awangardyzmem – mówi mi, oprowadzając po Cieszynie, poeta i tłumacz Zbigniew Machej. – Ale nie tylko tym. Filipowicz swoje wzory uczuciowości i relacji damsko-męskich zaczerpnął od Przybosia. A ten był w tych sprawach bezpruderyjny. I jego uczniowie to przejęli. Wprowadzał też swoich uczniów, szczególnie tych pochodzenia chłopskiego, w tematykę społeczną. Zaproponował nawet kiedyś kolegom z pracy, żeby zrezygnowali z części pensji nauczycielskiej na rzecz bezrobotnych.

Nauczycielem był niekonwencjonalnym, sam powtarzał, że nie miał powołania, a w Cieszynie się męczył. Nauczycielstwo uznawał za stan przejściowy. „Ja sam nie miałem nigdy i nie mam zamiaru tkwić ciągle w belferce, nauczycielstwo uważam za przykrą i przejściową tylko niewolę, którą wcześniej czy później strząsnę ze siebie, żeby ocalić w sobie to, co uważam za wartościowe” (15 V 1932) – pisał w liście do pierwszej żony. Uczniowie wspominali go jako nauczyciela, który nie lubił gramatyki, a uczył ich języka jako żywego tworu, służącego przede wszystkim do wyrażania uczuć i postaw. Kasprowicz to było dla niego wodolejstwo, nie cenił też Gałczyńskiego. Walczył z władzami szkolnymi o lektury po to, by móc wprowadzać to, co go interesowało, czyli awangardę. Sam był związany z krakowską „Zwrotnicą”. Narzekał na los nauczyciela, ale wywierał bardzo silny wpływ na swoich uczniów. A krajobraz Cieszyna wpłynął na jego poezję. „Cały widzialny dookoła świat był w ustawicznym ruchu, horyzont przesuwał się, plany krajobrazu tasowały się, widok otwierał i zamykał, lasy nasuwały się na lasy, drzewa zbliżały się, okręcały jak w tańcu i odchodziły, aby za chwilę powrócić i ukazać w innym układzie jakąś nową, niewidzianą kreację swojej postaci” – pisał Filipowicz o krajobrazie w poezji Przybosia. Przyboś narzekał, że Cieszyn gniecie go bezczynnością, ale też dostrzegał, że „przestrzeń tu w Cieszyńskiem porywa ku sobie, wabi, a drogi są jak wyciągnięcie ramion. To najpiękniejszy dla mnie kraik Polski. W głęboki sposób jest ta ziemia złączona z ziemią mego dzieciństwa” – mówił w jednym z wywiadów. Okolice Cieszyna przypominały mu rodzinne pagórki Gwoźnicy. Tutaj powstała też jego proza poetycka Nad Olzą, góra lasu oraz wiele innych fragmentów poetyckich odwołujących się do przestrzeni. „Miasto jak kamień rzuciłem za siebie” (W góry).

Tutaj poznał swoją wielką miłość, taterniczkę Marzenę Skotnicównę, która zginęła tragicznie w górach, a potem swoją przyszłą żonę Bronisławę. Spędził dwanaście lat w miasteczku bardzo konserwatywnym, zwróconym w przeszłość, spokojnym i nieruchomym. A on sam przynosił ze sobą wszechobecny ruch. „Poeta, wykrzyknik ulicy!” (Gmachy) – awangarda domagała się zmiany, wybuchu. Przynosił na tę prowincję powiew nowego:

Śląsk powinien