Miraże - Sylwia Zientek - ebook
Opis

Lili i Julian spotykają się w music-hallu „Rex” i zawiązują znajomość, która z niewinnego flirtu przeradza się we wzajemną fascynację. Lili jest znudzona spokojnym rodzinnym życiem. Szuka dojścia do bohemy artystycznej, próbuje być zawsze au courant z modą, literaturą, lokalami, w których bywać wypada. Rozdarta pomiędzy wymaganiami, jakie stawia przed nią pozycja żony adwokata i damy z dobrego towarzystwa, a tęsknotami za niemoralnym, ekscytującym, swobodnym życiem. Julian to początkujący pracownik działu reklamy pisma „Bluszcz”, zmagający się z problemami finansowymi i aspirujący do sławy poeta, który wciąż mieszka z ciotką i wszędobylską służącą Andzią. Kochankowie planują wspólny wyjazd do Paryża. Pragnienia bohaterów okazują się jednak mrzonkami w obliczu nadciągającej wojny…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 357

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja Marta Orzeszyna

Projekt okładki Agata Kowalska

Zdjęcie na okładce © Everett Collection

Korekta Ewa Jastrun, Małgorzata Denys

Redaktor prowadzący Anna Brzezińska

Text copyright © by Sylwia Zientek 2015 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2015

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-071-3

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawawww.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojemu mężowi

And you need only say the word

I’ll kiss you like a humming bird

I’ve been walking for a long time

I never did commit no crime

And all my dreams, they all came true

The day I lay my head on you

The day that you cracked open and died

Ten black boys flew free from inside

I don’t know where I’m going so

I’m gonna lay down in the snow

tekst piosenki I’m In Love Antony and the Johnsons

z albumu Swanlights (2010)

(…) Poza płcią żeńską i męską

śród enigm nowego porządku,

śród rysujących się ledwo

Form nieznanego nam bytu.

fragment wiersza Wielkanoc

Marii Komornickiej/Piotra Własta

Rozdział 1

Maj 1935

Wspomnienie Warszawy

Po kilku godzinach spędzonych na stercie siana Julian obudził się zziębnięty, jeszcze na pograniczu jawy i snu, słysząc melodię jakiejś piosenki. Jego umysł przetwarzał wyśpiewywane wysokim głosem słowa: Tyś niemal przekonała mnie, że jestem naprawdę. Ostatnio ciągle słyszał we śnie muzykę. Tym razem śpiewał mężczyzna, ale – był tego pewien − akompaniowała mu Lilianna. Przyglądał się jej swobodnie, nie mogąc nasycić wzroku widokiem jej karku, który tak doskonale się prezentował, gdy pochylała głowę nad klawiszami. Wiele razy marzył o tym, aby zobaczyć Lili przy fortepianie, ale jak dotąd nie miał okazji. Może ten wysoki, ale zdecydowanie męski głos należał do niego i to on sam wyśpiewywał słowa piosenki?

Słoneczny, choć bardzo jeszcze chłodny majowy poranek zapowiadał pełen niezrozumiałej nadziei dzień. Julian czułby się wręcz podbudowany, gdyby nie niosący poczucie obcości ostry zapach dymu z kominów miasteczka, złowieszczo unoszący się nad kaskadą dachów. Gdzieś tam, w tych przytulonych do siebie drewnianych domkach, był ktoś, kto miał przynieść mu ratunek. Julian musiał tylko dotrzeć do felczera, przejść przez to, przez co trzeba było przejść, i ruszać naprzód, w drogę. Czym prędzej uciekać i wydostać się wreszcie z kraju.

Trzęsąc się z zimna, mógł tylko marzyć o lepszym świecie, do którego dostęp w tak tragicznych okolicznościach utracił. Mdłości sprawiały, że miał ochotę wyć, wykrzyczeć swoją wściekłość i rozgoryczenie. Największy żal mógł mieć do samego siebie. Od wielu lat, właściwie od czasów gdy miał już świadomość swojego „ja”, wiedział, jak to jest czuć się zdradzonym przez swoje własne ciało. Jak mógł pozwolić uśpić swoją czujność? Wiedział, że przed demaskacją chroniło go niewiele, bo jedynie strój, zatem jego mistyfikacja musiała zostać odkryta wcześniej czy później.

Gdyby tylko w taki dzień mógł znaleźć się w Warszawie. Drzewa wzdłuż Alei Jerozolimskich zapewne już wybuchły zielenią. Można byłoby usiąść na ławeczce pod rozłożystymi koronami na placu Napoleona, najpiękniejszym z placów miasta, podziwiając otaczające go kamienice o finezyjnie zdobionych fasadach i dachach najeżonych licznymi wieżyczkami. Z tą klasyczną zabudową kontrastowała nowoczesna architektura sięgającego nieba najwyższego budynku w mieście. Był to niebotyk z prawdziwego zdarzenia, po którego ścianie ślizgało się miedziane słońce.

Gdyby nie potworne grudniowe wydarzenia, może teraz czekałoby go spotkanie w jednej z ulubionych kawiarni, może obiad U Wróbla. Potem wizyta w teatrze czy w filharmonii, a wieczorem jak zwykle w piątki w Zodiaku, aby pokazać kolegom poetom nowy wiersz i podyskutować o literaturze przy partyjce bilardu. Przypomniał sobie wnętrze kawiarni Mała Ziemiańska, gdzie siedziało się w ścisku i gwarze po to tylko, aby wymienić spojrzenie z przechodzącymi przez lokal znanymi osobistościami, poczuć ekscytację spotkaniem kogoś z kręgu skamandrytów, zjeść kilka ciasteczek, zapalić papierosa, po prostu być w tym miejscu i przez opary dymu rozglądać się po sali, patrzeć na ludzi siedzących przy okrągłych stoliczkach.

Albo gdyby tak sobie usiąść w Barze pod Słońcem, na tarasie domu towarowego braci Jabłkowskich przy Brackiej, gdzie z górnych pięter roztaczał się imponujący widok na dachy kamienic, wieże kościołów i górujący nad centrum miasta modernistyczny drapacz chmur. Ach, wygodnie umościć się w wiklinowym fotelu, nalewać sobie do woli wody z syfonu i trwać tak, wystawiając twarz ku słońcu, swobodnie marząc o tym, że świat kiedyś stanie przed nim otworem i razem z Lili będą żyć bez obaw przed zdemaskowaniem, może w takim właśnie wieżowcu jak ten przy placu Napoleona.

Tysiące razy przechodził ulicami, placami Warszawy, patrząc na elewacje, szyldy, neony, nowoczesne samochody i chłopskie furmanki, całą tkankę miasta, jednocześnie jakby wcale tego wszystkiego nie zauważając. W jego myślach fasady budowli traciły swoją indywidualność, tworząc jednolity ciąg kamienic. Nie dostrzegał, że każda z nich była inna, inaczej zdobiona, z detalami architektonicznymi i sklepami na poziomie ulicy, neonem, płócienną markizą, odmiennie urządzonymi witrynami. Teraz, gdy po kilkumiesięcznej nieobecności odtwarzał w wyobraźni wygląd poszczególnych miejsc, irytowało go, iż nie mógł wszystkiego przywołać z pamięci. Gdyby dane mu było dzisiaj przejść Nowym Światem czy Marszałkowską, spojrzałby zupełnie inaczej na to, co dotąd stanowiło niezauważalną scenerię dla toczącego się zwyczajnie życia. Może było już na to za późno?

Przypominał sobie, jak wielokrotnie żegnał się z Lilianną u wylotu ulicy Moniuszki, przy której mieszkała, i oboje spoglądali wysoko w górę na sześćdziesięciosześciometrową siedzibę Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Prudential”, nieustannie marząc o zamieszkaniu w tych najwyżej usytuowanych apartamentach z balkonem, skąd jak na dłoni widać całe miasto. W najbardziej śmiałych pragnieniach Julian zawsze widział się tam, na górze, z ukochaną kobietą u boku. Och, niech pan sobie wyobrazi przez moment, że mógłby pan tam mieszkać i patrzeć z szesnastego piętra na całą Warszawę! − mówiła Lili swoim słodkim, nieco dziecinnym głosem.

Chłód i odgłos ujadających psów przypomniał mu o podłej rzeczywistości. Plecy bolały go po nocy spędzonej w cuchnącej obornikiem szopie, ścierpł mu kark, a niemyte od ponad tygodnia ciało wydawało mu się odrażające. Gdyby mógł chociaż liczyć na kawę… Marzył mu się czarny, mocny napar, jaki podawano w warszawskich cukierniach, tutaj zapewne nieosiągalny. Co to za życie bez kawy, westchnął Julian, z żalem wspominając sklepy palarni ziaren Pluton, w których kupował różne gatunki i mieszanki. Lubił raczyć nimi ciotkę, gdy ta po powrocie z rautów i zebrań partyjnych siadała zmęczona w fotelu, uprzednio nastawiając odbiornik radiowy stojący na komodzie w salonie w jej mieszkaniu przy Koszykowej.

Przy dźwiękach nadawanych na żywo koncertów albo przy słuchowiskach wypijali po kilka filiżanek tych cudownych naparów, ignorując zrzędliwe komentarze służącej Andzi. A jak jutro wstaniecie po takim pobudzeniu? Rano dobudzić nie będę mogła, w pośpiechu potem śniadanie jedzone, wszystko na wariata… Mnie to się nie podoba! – dogadywała, po czym naburmuszona szła szykować dolewkę w pięknym, porcelanowym dzbanku.

Nie było teraz czasu na wspomnienia. Kto wie, kiedy znowu siądzie obok ciotki i napije się dobrej kawy… Kiedy zobaczy Liliannę? Czy w ogóle będzie mógł się z nią jeszcze spotkać? Czy jeszcze kiedyś zobaczy Warszawę?

Julian otrzepał się z resztek siana, które przyczepiły się do jego garnituru, wygładził nieco zmięty, brązowy materiał. Bacznie obserwując otoczenie, schował się za szopą i wysikał się, po czym wytarł nos w znalezioną w kieszeni chustkę. Uzmysławiając sobie, że trzymany kwadracik białego lnu ma wyhaftowane na rogach kwiaty, cisnął chusteczkę w krzaki. Poprawił krawat, dłonią zaczesał włosy, włożył całkiem jeszcze porządny kapelusz (Lili uwielbiała ten gest, gdy trzymając kapelusz jedną dłonią, nakładał go sobie na głowę, zawadiacko przechylając go na bok, jednocześnie drugą ręką naciągając nakrycie na tył głowy), po czym ruszył przed siebie ku przecinającej pola drodze, która – pokryta błotem i kałużami – przypomniała mu o tym, że cywilizacja jest bardzo daleko stąd.

A jeszcze kilka miesięcy temu w swoich marzeniach sięgał gwiazd. Było niemal pewne, iż wiosna przyniesie tak długo oczekiwane szczęście bycia razem z ukochaną…

Jego obecna sytuacja była beznadziejna, ale wciąż miał przed sobą realny cel i wierzył, że zdoła uniknąć kary, spotka się z Lili w Paryżu i wszystko się ułoży. Zapewne nigdy nie będzie już mógł spotkać się z ciotką i matką. Ta druga do końca życia nie pogodzi się z upadkiem swojego dziecka. Co do ciotki, Julian nie wiedział, czy choć trochę go rozumiała, czy obwiniała samą siebie za próby skojarzenia małżeństwa, które skończyły się tak dramatycznie? Ciotka nie znała przecież całej prawdy. Mogła tylko snuć domysły na temat tego, co wydarzyło się w mieszkaniu nad sklepem jubilerskim przy Targowej. Zajęta swoimi ochronkami i tajnymi zebraniami, pewnie nie odnotowała nawet różnicy po nagłym zniknięciu z jej mieszkania dodatkowego lokatora. Sąsiadom wmówiła zapewne, że Julian wyjechał na Wołyń, do pracy w jakiejś szkole.

Obraz idącej ulicą, ubranej w jasny wiosenny strój Lilianny znowu wypełniał mu myśli. Zastanawiał się, co robiła teraz, w piękny, majowy dzień? Czy tęskniła za towarzystwem niewidzianego od sześciu miesięcy przyjaciela, towarzysza w wędrówce po Warszawie śladami poetów, pisarzy i ludzi pióra? Czy brakowało jej ich żarliwych dyskusji odbywanych w kawiarniach, cukierniach czy restauracjach stolicy? Tak bardzo chciał być dla niej mężczyzną, który urzeczywistni jej marzenia o życiu na modłę artystycznej bohemy. Widząc blask w jej oczach, podekscytowanie barwiące na różowo policzki, zachwyt wywołany nastrojem wieczoru albo spotkaniem kogoś sławnego, wiedział, że zrobi absolutnie wszystko, przekroczy każdą granicę, aby wywołać w niej to poczucie upojenia.

Zapamiętał dobrze jej piękną twarz o łagodnych rysach, dużych szarych oczach patrzących zawsze z ufnością. Uśmiechała się nieśmiało, prawie nie otwierając ust, co zawsze go wzruszało. Sprawiała wtedy wrażenie nieco smutnej i melancholicznej. Niemal czuł pod palcami miękkość jej włosów opadających na szczupłe ramiona złotymi falami wbrew modzie na krótkie fryzury. Chciała być nowoczesną chłopczycą, ale jej delikatna uroda sprawiała, że wydawała się taka niedzisiejsza.

Mimo to wciąż próbowała być modna i nowoczesna.

Tlenione włosy, malowane czerwoną szminką usta, kreski w miejsce wyskubanych brwi, perły ciasno oplatające krótką szyję, wąskie fasony sukienek niekorzystnie opinające się na jej szerokich biodrach, całe to opakowanie zgodne z aktualnymi trendami nie pasowało do jej typu urody. Byłaby zachwycająca w kwiecistych sukienkach z delikatnego jedwabiu, z długimi, rozpuszczonymi włosami, bez makijażu. Jednak jej pęd ku nowoczesności oznaczał naśladowanie sławnych przebojowych kobiet dyktujących modę. Kazała mówić do siebie Lili. Starała się upodobnić do Mae West albo Ireny Krzywickiej, marząc o życiu wolnym od zasad mieszczańskiej moralności, jakie wiodły wyzwolone artystki. To właśnie stanowiło o jej uroku, za to była kochana. Za tę naiwną zachłanność, za wiarę, że świat oferuje tak dużo i wystarczy tylko schylić się, by zaznać szczęścia nielimitowanego żadnymi normami ani zasadami.

Idąc pustą, błotnistą drogą, Julian dotarł na szczyt wzniesienia, z którego rozpościerał się przed nim widok na całe miasteczko, z widocznymi jak na dłoni ruinami szesnastowiecznej fortecy na wzgórzu, zalesionymi górami o łagodnych wzniesieniach na linii horyzontu i dywanem przytulonych do siebie drewnianych domostw okalających nieduży rynek. Gdy stał tak, patrząc na to senne miejsce, nawiedziło go oślizgłe niczym wąż złe przeczucie. Szybko jednak odgonił od siebie złe myśli. Czekało go coś nieprzyjemnego i trudnego, co chciał jak najszybciej mieć już za sobą.

Minął chłopaka, który na krótkim odcinku drogi, gdzie wyschło już błoto, bawił się fajerką. Obserwował spode łba mijającego go nieznajomego w prążkowanym garniturze i eleganckim kapeluszu.

– Chłopcze, szukam miejscowego medyka, możesz mi pomóc? – zapytał łagodnie Julian.

Dzieciak odpowiedział mu wrogim spojrzeniem i niechętnie wskazał ręką ulicę biegnącą po prawej stronie.

– Medyka u nas ni ma, jeno felczer. Tamtędy prosto, potem w lewo i znowu w lewo, taka chałupa obrośnięta żółtymi kwiatkami – odparł, spluwając.

Julian podziękował i poszedł dalej. Było to już kolejne miasteczko, w którym zabiegał – jak dotąd bezskutecznie – o pomoc. W poprzednim miejscu, gdy powiedział, z czym przychodzi, poszczuto go psami. W mieście N., usłyszawszy jego prośbę, felczer zwyzywał go i straszył piekłem. Jak długo jeszcze będzie czekał? Każdy upływający dzień komplikował jego i tak już beznadziejną sytuację. Jaka szkoda, że nie zdawał sobie sprawy, co się z nim dzieje, wcześniej, kiedy ukrywał się w Krakowie.

Niespodziewanie poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła i ściska je potworny spazm lęku. A jeśli już nigdy, przenigdy nie zobaczy Lilianny? Jeśli ta wymknie mu się na zawsze, znajdzie innego przyjaciela, może w końcu weźmie kochanka? Na co mógł liczyć? Czy mógł wymagać, aby na niego czekała?

Teraz, gdy przyszła wreszcie prawdziwa wiosna, mogliby wyruszyć dobrze znanym szlakiem. Po wyjściu z Ziemiańskiej, wystawiając twarz do słońca, skierowaliby swoje kroki ku Krakowskiemu Przedmieściu. Potem, krocząc obok bramy Uniwersytetu, mijając ich ulubiony kościół Wizytek, przeszliby obok Bristolu, gdzie Lilianna lubiła wstąpić na obiad, zwłaszcza gdy przy ulicy zaparkowany był jakiejś lepszej klasy wóz. Przeszliby Karową w dół, na nadwiślańskie bulwary, albo cały czas górą ku rynkowi Starego Miasta, gdzie na jednym ze straganów kupiłby jej bukiet kwiatów. Potem ku Miodowej albo Karmelickiej, przez zawsze pełną furmanek ulicę Freta doszliby do Dominikanów, aby posiedzieć tam spokojnie w chłodnym wnętrzu i powdychać zmurszały zapach starego kościoła.

Poszliby na lody do Lourse’a, do pobliskiego Ogrodu Saskiego, podziwiać rozkwitającą przyrodę, która tak mocno oddziaływała na zmysły Lili. Tak upajająco muszą kwitnąć bzy, owocowe drzewa…

Lilianna zapewne byłaby ubrana już w nowe modele, miałaby na głowie jakiś fikuśny kapelusz (zawsze nosiła fantazyjne nakrycia głowy, przekrzywione filuternie na bok małe kapelusiki z czerwonym czy zielonym piórkiem), od bliskości i kwiatowego zapachu jej perfum Glamour de Chanel kręciłoby mu się w głowie i zapierało dech w piersiach. Z noszonego w teczce tomu poezji Staffa czy Leśmiana czytałby jej jakieś błogie, brzmiące jak muzyka jej ulubionego Debussy’ego strofy w trakcie odpoczynku na ławeczce w parku czy gdzieś nad Wisłą. Wiatr niosący nadzieję owiewałby ich twarze i psuł Lili fryzurę, tak skrupulatnie i zawzięcie układaną przed wyjściem.

Delektowanie się własną tęsknotą zostawił sobie jednak na później, wiedząc, iż przed nim wiele, wiele dni rozgrzebywania wspomnień. Szybko nie będzie mógł wrócić do domu, do ciotki, do Lili. Zapewne rozesłano już za nim list gończy.

To, co miał na zawsze i czego nikt nigdy mu nie odbierze, to była właśnie tęsknota. W tym zamykała się dawka miłości, jaką w życiu mu przyznano. Teraz trzeba było tylko skupić się na przetrwaniu, zatarciu śladów, aby móc w spokoju tęsknić za kobietą, która mogłaby w pełni należeć do niego wyłącznie w sferze marzeń. W zaklinanej nieustannie rzeczywistości prawda pozostawała nieujawniona.

Westchnął tylko ciężko i otrząsnął się z tych sentymentalnych myśli, gdyż jego oczom ukazał się za zakrętem niewielki, bielony budynek o wyglądzie dużo schludniejszym niż inne zabudowania. Drzwi domu lekarza pozostawały jednak zamknięte, nikt nie odpowiadał na pukanie.

– Jeszcze za wcześnie. Pan do kogo? – zapytał starszy człowiek, który pojawił się na dziedzińcu z miotłą w dłoniach.

– Jestem tu przejazdem. Potrzebuję pilnie widzieć się z felczerem. Poczekam sobie w takim razie… – odparł Julian, po czym odszedł parę kroków i przysiadł na lichej ławeczce pod płotem, za którym rosły kwitnące z oszałamiającą siłą bzy. Patrząc na gałązki uginające się pod ciężarem kiści fioletowych i białych kwiatów, przypomniał sobie, jaką Lili okazywała egzaltację na widok piękna przyrody.

Nieoczekiwanie poczuł nadchodzącą jak co dzień od jakiegoś czasu poranną falę mdłości. W kieszeni marynarki miał kawałek suchara z poprzedniego dnia, którego ze wstrętem wziął do ust, wiedząc, że po kilkunastu minutach ta słabość i chęć wymiotów minie. Przymknął oczy, powtarzając sobie w myślach, że dłużej tego nie zniesie, musi działać jak najszybciej, żeby tylko udało mu się spotkać z Lilianną, która może już zupełnie o nim zapomniała, porwana przez wir życia, o jakim zawsze marzyła.

Mijał właśnie rok od momentu, w którym zaczęli się spotykać.

Ich pierwszy spacer miał miejsce w maju trzydziestego czwartego. Rok temu wiosna przyszła dużo wcześniej. Kwitły właśnie bzy, a ich słodki zapach niósł się z trzymanych w jej dłoniach gałęzi, które urwał dla niej, gdy zapuścili się na dzikie, niemal jeszcze niezabudowane tereny Pragi. Lilianna sama wskazała kierunek, chcąc wstąpić na kawę w Bristolu (co kosztowało go dwie dniówki, potem poszli Karową w dół nadwiślańskimi bulwarami i w końcu mostem Poniatowskiego na prawy brzeg Wisły.

Z powodu wiatru oboje musieli przytrzymywać swoje kapelusze, a Lilianna wciąż rozglądała się wkoło, mówiąc:

– Może spotkamy Irenę Krzywicką i Boya-Żeleńskiego? Oni bardzo lubią spacerować tą trasą. Może to tamci? – z nadzieją wskazywała jakiegoś mężczyznę i kobietę idących kilkadziesiąt metrów przed nimi. Przyśpieszali wówczas kroku, aby sprawdzić i stwierdzić, że mijani ludzie na pewno nie są tymi osobistościami warszawskimi.

Hałas powodowany przez przejeżdżające obok nich pojazdy, stukot kopyt końskich, szum wiatru, wszystko to sprawiało, iż trudno im było swobodnie rozmawiać. Dopiero w parku Paderewskiego, który zachwycił Lili nowoczesną aranżacją przestrzeni, siedząc nad stawem otoczonym płaczącymi wierzbami, zaczęli wymieniać nazwiska swoich ulubionych poetów i pisarzy.

– Czy nigdy nie próbowała pani pisać? – zapytał ją wtedy.

– Kilka lat temu, po przeczytaniu Pierwszej krwi Krzywickiej, próbowałam napisać coś podobnego, o wchodzeniu w dorosłość. Bohaterka była uczennicą konserwatorium, jak ja, bardzo przywiązaną do swojej koleżanki Róży, ale zarzuciłam ten projekt. Szkoła była ważniejsza, później małżeństwo, macierzyństwo. Chociaż marzę niekiedy o takim życiu, jakie prowadzi Krzywicka, ona ma wszystko: jest znana, pisze, jest rozpoznawana, wspaniale wygląda, ma dom poza miastem, męża, dziecko, rodzinę, ma swoje życie, wieczorne wyjścia, no i ma Boya…

− Tak, mieć aż tyle, któż by nie chciał, pani Lilianno…

Julian nie był znanym literatem, a takich właśnie ona pragnęła poznać. Ale tamtego dnia prezentował się w oczach mężatki z dwuletnim stażem dosyć atrakcyjnie: przedstawił się jako dziennikarz i dwudziestodziewięcioletni poeta awangardowy. Towarzystwo kogoś takiego najwyraźniej jej wystarczało. Tkwiła wtedy całe dnie w domu, uziemiona w nudnym małżeństwie, nie mając jak spożytkować swojej energii oraz pasji dla poezji i literatury.

Julian był zdumiony zainteresowaniem, jakie mu okazywała ta piękna i elegancka kobieta. Pochlebiała mu świadomość, że jego towarzystwo było dla niej miłe. Lilianna nie chciała na razie niczego więcej poza przyjaźnią. Pragnęła mieć w swoim otoczeniu kogoś inspirującego, ale niesprawiającego kłopotów, wrażliwego towarzysza swych marzeń o ciekawym życiu. Uznała, że Julian ze swymi poetyckimi próbami jest dla niej przepustką do hermetycznego środowiska warszawskich literatów. Skamandryci wydawali się niedostępni dla zwykłego śmiertelnika, ale może udałoby mu się chociaż zaistnieć w „Wiadomościach Literackich”, opublikować tomik wierszy czy pisać do poważnej prasy. A ona byłaby postrzegana jako jego muza. Cała Warszawa szeptałaby o niespełnionej miłości Juliana do Lili i o tych wierszach, które tylko dla niej tworzył.

− Panie Julianie, żeby tak udało się panu znaleźć w kręgu znajomych Zofii Nałkowskiej, ona tak wielu ludziom już pomogła! Gdyby nie jej poparcie, ten Schulz, o którym teraz jest tak głośno, nie miałby nawet szans na publikację. Gdyby ktoś tak wpływowy mógł zająć się panem, na pewno zyskałby pan rozgłos!

− Niestety, nie znam nikogo sławnego…

− Jaka szkoda, że Iwaszkiewicza nie ma w kraju, on też jest bardzo pomocny w stosunku do swoich wyznawców. Wielu młodych przecież dzięki niemu zaistniało. Może kiedy wróci z tej placówki w Kopenhadze… – mówiła, gdy pokazał jej swoje przepisane na maszynie wiersze z tomu roboczo zatytułowanego Neony Hadesu, gdzie połączył awangardową formę z klasyczną tematyką mitologii greckiej. Motywem przewodnim opracowywanego zbioru poezji była historia Orfeusza i Eurydyki, umiejscowiona we współczesnych realiach wielkiego miasta. Lilianna, wielbicielka poezji, z młodych poetów ceniąca najbardziej Jarosława Iwaszkiewicza, natrafiła wreszcie na nowoczesność, jakiej poszukiwała w każdym aspekcie życia.

Gdy Julian opowiedział jej o grupie poetów, z którymi przesiadywał w Zodiaku, koniecznie chciała ich poznać.

– Pani Lilianno, nie wiem, czy to wypada, by kobieta z pani pozycją, tak elegancka, przebywała w takim towarzystwie jak nasze.

– Co też pan wygaduje! Krzywickiej nikt nie wypomina, że jest zbyt elegancka na obcowanie z artystami! – odparła.

Była bardzo dziecinna w tym swoim zapatrzeniu w Krzywicką, z tym uwielbieniem dla skamandrytów, których Julian wcale nie cenił tak bardzo. Sam unikał w swojej poezji walorów stricte estetycznych i odcinał się od tematyki związanej bezpośrednio z otaczającą go rzeczywistością. Tak interesujący dla Lili Iwaszkiewicz wydawał mu się dużo bardziej interesujący w prozie. Juliana zachwyciła wydana rok wcześniej Brzezina.

Wiersze surrealistów i fowistów, manifesty Bretona to były utwory wyrażające tendencje, które z fascynacją omawiali w swoim kółku w Zodiaku, ekscytując się książkami przywiezionymi z Francji przez jednego z ich towarzyszy. Tam, w artystycznej stolicy świata, rozwijały się surrealizm i awangarda poetycka, w kraju zaś ledwo kopiowano trendy. Ale wystarczyło nadać temu, co Julian cenił, etykietę nowoczesności i modernizmu, aby Lilianna wyraziła entuzjazm dla nieznanych sobie form sztuki.

Jak większość kobiet szukała w poezji liryczności, egzaltacji, uczuć – wszystkiego, czego Julian unikał za wszelką cenę, stroniąc od tego, co określić można było jako kobiece czy też sentymentalne.

Jej zmysłowa uroda oczarowała go od pierwszego spotkania, ale wzruszało go też jej marzenie o życiu wśród artystów, jej pragnienie zmiany, ucieczki od codzienności. Szybko zorientował się, że ta piękna kobieta, która z pozoru miała wszystko, żeby być szczęśliwą, tak naprawdę czuła się więźniem własnego życia. Wydawała się bardzo zagubiona. On także zaczął dzięki niej marzyć. Inspirowała go do zmian, nagle zapragnął stać się godnym jej uwagi, a kto wie, może z czasem i miłości. Może to on miał się okazać jej wyzwolicielem, otworzyć przed nią drzwi do świata spełnionych marzeń.

Wspomnienia Juliana przerwały dziwne odgłosy. Rozpoznał w przybliżających się ku niemu dźwiękach modlitewne śpiewy. Zerwał się z ławeczki i zbliżył do błotnistej drogi, wzdłuż której kręciło się kilka gęsi. W jego kierunku szła, zawodząc religijną pieśń, grupa miejscowej ludności. Na czele kolumny kroczył ksiądz ubrany w żałobne szaty, niosąc w dłoniach obraz Matki Boskiej w złoconej ramie.

– Coś się stało? – Julian zapytał starszego człowieka, który klęknął na trawie, po czym zwrócony ku nadchodzącej kolumnie zaczął się modlić.

– Nie wie pan? Wczoraj, dwunastego maja roku Pańskiego 1935, zmarł marszałek Piłsudski! Odprawiane są modły w intencji jego duszy. Procesja złoży wieńce na rynku, gdzie pięć lat temu w naszym mieście gościliśmy marszałka!

Julian stał w miejscu, mocno przejęty usłyszaną wiadomością. Patrzył na ludzi kroczących w procesji, biednie ubranych, o zmęczonych twarzach, na których malowała się jakaś potworna zgryzota. Szokująca była świadomość, że Józef Piłsudski zmarł.

A więc marszałek nie żyje – powtarzał w myślach, starając się nadaremnie wykrzesać uczucie żalu i pustki. Czuł co prawda tę nagłą obcość i pustkę, dotykającą człowieka wraz ze świadomością, iż właśnie stało się coś ważnego i bolesnego. Co teraz będzie? Co się stanie z tą Polską, takim młodym, niepewnym państwem? – myślał, jednocześnie czując, że niepewność co do przyszłości kraju jest tożsama z obawą o jego własny los.

Przed oczami stanęła mu matka. Zapewne teraz płakała. Modliła się. Roniła łzy w trakcie mszy w kaplicy przynależnej do majątku jej drugiego męża. W skupieniu odprawiała żałobne rytuały przed portretem Marszałka, który wisiał w głównej izbie dworku w Gałkowie – siedzibie rodu Karowiczów, do którego pełnoprawnie należała po tym, jak odczekawszy przepisowy rok żałoby po ojcu Juliana, wyszła ponownie za mąż za posiadacza ziemskiego. Wtedy wreszcie dołączyła do grupy społecznej, która żyła w umiłowaniu Boga, zawsze wierna Piłsudskiemu i Polskiemu Wojsku.

Pomyślał, że jej obecne łzy, którym mogła pofolgować, opłakiwały nie tylko Wodza Narodu, ale i jej własne dziecko − tak nieudane, tak wypaczone, które przysporzyło jej nieoczekiwanych cierpień. Lata temu, nie radząc sobie z nadmierną wrażliwością tego dziwnego dziecka, wolała oddać je na wychowanie swojej siostrze mieszkającej w stolicy. Miał wtedy dwanaście lat i najbardziej na świecie potrzebował matczynej miłości i zrozumienia. Teraz pewnie odczuwała ulgę na myśl, że zniknął całkowicie z jej życia. Julian nie wątpił, że bardziej przeżywała śmierć Piłsudskiego niż utratę syna.

On za to przeczuwał, że ta śmierć była zapowiedzią końca świata, w którym dotychczas żyli. Polska bez Piłsudskiego na pewno nie będzie już taka sama. Niestety nie potrafił wydobyć z siebie żalu, bo jego własna sytuacja była tak tragiczna, że wszystko, co działo się wokół, wydawało mu się nierealne. Głód i zmęczenie dawały mu się we znaki i tłumiły wszelkie duchowe rozterki.

Postanowił, że spróbuje najpierw coś zjeść i za jakiś czas wróci pod dom wciąż nieobecnego felczera. Odwrócił się na pięcie i poszedł w przeciwnym kierunku niż kolumna śpiewająca przesycone trwogą pieśni.

Jego żołądek domagał się natychmiastowej strawy. Pieniądze, które wywiózł, uciekając z Warszawy, dawno się już skończyły, To, co zostało, klejnoty Cyryla w uszczuplonej ilości, musiało wystarczyć na przedostanie się do Paryża. Na bieżące wydatki nie miał niemal nic. Zegarek sprzedany w lombardzie w miasteczku, w którym ostatnio przebywał, nie zapewnił mu wystarczających środków. Wydał prawie wszystko, co uzyskał ze sprzedaży złotych kolczyków ze szmaragdami, zabranych jeszcze w grudniu ze szkatułki ciotki. A wtedy marzył o tym, że podaruje te klejnoty Liliannie na jej powitanie w Paryżu.

Kradzież pewnie nigdy już nie będzie mu wybaczona, podobnie jak to, co zrobił, całe to szaleństwo… Były chwile, gdy nie wierzył już, by udało mu się ziścić jego pragnienia. Mimo wszystko nadal próbował je zrealizować, pogrążając się coraz bardziej w kłamstwie.

Tyś niemal przekonała mnie, że jestem naprawdę – znowu zabrzmiało mu w myślach. Te słowa były boleśnie trafne. To dzięki Lili uwierzył, że był tym, kim chciał być. Przekonał samego siebie. To była piękna iluzja i jak w przypadku każdego kłamstwa, w końcu musiała nastąpić katastrofa. Przeczuwał to przecież nieraz.

Rozdział 2

Styczeń 1934

Wyjątkowy gość na fajfie

Na fajfie u mecenasowej Korczyńskiej podawano zawsze wyśmienite ptifurki oraz mocną, koniecznie angielską herbatę z aromatem bergamotki.

Z uwagi na pozycję zawodową męża Lili bardzo dbała, aby spotkania organizowane przez nią co najmniej raz w tygodniu w jej mieszkaniu przy ulicy Moniuszki cieszyły się jak najlepszą opinią. Oprócz żon kilku adwokatów, z którymi pracował jej mąż, do grona gości dołączały niekiedy jej siostry albo koleżanki z konserwatorium, które skończyła przed zamążpójściem. Spotkania te były zwykle nudne i męczące, ale w opinii Tadeusza konieczne dla podtrzymania należytych stosunków towarzyskich.

Panie siedziały w salonie wokół okrągłego stołu, wystrojone często w specjalnie nabyte na tego typu okazje nowe kapelusze, i pijąc herbatę, omawiały najnowsze plotki oraz sensacyjne informacje, najczęściej zasłyszane podczas rozmów przy brydżu. Jedna przez drugą ścigały się w pochwałach i opisywaniu sukcesów swoich mężów, nie mając nic do powiedzenia o własnym życiu. Lili z gracją pełniła honory pani domu, w duchu złorzecząc na puste rozmowy o niczym i zmarnowany czas. Kiedyś miała plany, aby prowadzić skromny salon literacki, zapraszać w określony dzień tygodnia poetów i pisarzy, jednak Tadeusz stanowczo sprzeciwił się temu pomysłowi. „Nie będę tracił pieniędzy na zapijaczonych obiboków, którzy żyją z pisania dla kabaretów i rewii i od czasu do czasu dla sławy i pozy skrobną jakiś obrazoburczy wierszyk” – mówił z przekąsem. Ani kino, ani nowoczesna muzyka, nic, czym interesowała się żona, nie znajdywało jego uznania. Nic poza prawem polityką i historią nie było warte cennego czasu mecenasa Korczyńskiego „Czemu właściwie się ze mną ożeniłeś?” – zapytała kiedyś Lili, poirytowana negatywną opinią, jaką wygłosił Tadeusz na temat jakiegoś filmu, na który udało się jej go zabrać. „Ależ kochanie, jesteś taka piękna, twoje krągłości doprowadzają mnie do szału! A przy tym błyszczysz na salonach i masz doskonałe maniery!” – odparł, wprawiając ją w przygnębienie. Z goryczą tłumiła w sobie potrzebę działania. Chciała znaleźć w sobie jakiś talent, pasjonować się czymś na tyle mocno, aby nie czuć ciężaru monotonnego życia. Czuła, że musi mieć w sobie jakieś możliwości i talenty, których na razie jeszcze nie umie rozpoznać, a które kiedyś ujawnią się i uczynią jej los wyjątkowym.

Z każdym kolejnym rokiem ich małżeństwa rozczarowanie wspólnym pożyciem powoli zamieniało się w znużenie i coraz częstszą ucieczkę w szalone marzenia, które Lilianna opierała na przeczytanych książkach i obejrzanych filmach. Ale w towarzystwie niemiłosiernie nudnych pań rozprawiających o skandalu w teatrzyku rewiowym, w którym zazdrosny fordanser zasztyletował związaną z nim tancerkę, marzenia o podróży do odległego Maroka czy wspomnienie zawadiackiego wyrazu twarzy Clarka Gable’a niewiele pomagały. Jak bardzo się nudziła!

Nie licząc balu sylwestrowego w adwokaturze, gdzie witała nowy 1934 rok w przebraniu markizy de Pompadour oraz nudnego przyjęcia u rejenta Goździka w jego mieszkaniu przy Brackiej, tegoroczny karnawał jak dotąd nie przyniósł Liliannie wielu atrakcji i nie naruszył rutyny jej dnia, wypełnionego zarządzaniem domem, wychowaniem dziecka, korespondencją, wizytami u sióstr i matki, czekaniem na powrót Tadeusza z kancelarii, a w końcu kolacją jedzoną w towarzystwie z reguły milczącego męża.

Ucieszyła ją więc niespodziewana depesza od kuzyna Jerzego (zwanego w rodzinie Żorżykiem), który oświadczył, iż pojawi się w Warszawie dwudziestego stycznia 1934 roku. Planowany w tym dniu fajf został więc szczególnie wystawnie przygotowany. Na stół wystawiono kupiony niedawno modernistyczny w swojej formie serwis z porcelany ćmielowskiej oraz zamówiono tort marcepanowy z Ziemiańskiej, który posłaniec przyniósł dokładnie o godzinie szesnastej.

Niewidziany od co najmniej kilku lat Żorżyk przebywał na stałe w Paryżu. Mieszkając ze swoją francuską rodziną ze strony matki, skończył tam jakieś bliżej nieokreślone szkoły handlowe i zajmował się obecnie interesami, które chciał rozszerzyć na Polskę. Zamierzał otworzyć w Warszawie przedstawicielstwa kilku paryskich firm.

Kiedy zjawił się w progu jej domu, zrobił na Lili ogromne wrażenie swoją aparycją, eleganckim ubiorem, fularem i butonierką z jedwabiu od Hermèsa, a także wypomadowanymi włosami zaczesanymi do tyłu i wypielęgnowanymi dłońmi. Wykwintny i szarmancki, jednocześnie wydawał się nieco przygnębiony, pozbawiony energii i witalności. Bladość, nadmierną potliwość i worki pod oczami Lili złożyła na karb trudów długiej podróży koleją.

− Jak kuzyn zniósł podróż, męcząca? Warszawa bardzo się zmieniła, prawda? – zapytała.

− Jako tako… Miasto barrrdzo, barrrdzo się zmieniło. Ale gdy wysiadłem na Dworcu Wiedeńskim, pierwsze, co mnie uderzyło, to ten potworrrny smrrród urrryny! – mówił egzaltowanym tonem, wypowiadając „r” z francuska i nadając zdaniom francuską intonację, jakby kilkuletni pobyt poza krajem oduczył go naturalnej polszczyzny.

− Tych dorożek i wozów jest tu chyba więcej niż samochodów! Ulice czystsze, więcej szyldów, neonów, nowe, okazałe budynki, ale takie to wszystko jednak prowincjonalne, ci ludzie wchodzący watahą na ulicę, prowincjonalne damulki w niemodnych fasonach kapeluszy… Naprawdę niektóre panie ubrane są wprrrost śmiesznie, elegancja rrrodem z prowincjonalnego miasteczka. Brakuje szyku, brakuje elegancji i stylu, jaki widzi się na ulicach Paryża. Ale co tu porównywać! Quoi dire… I tak jest jakoś czyściej, mniej bieda razi w oczy…

I tak śnieg przykrywa teraz to, co najgorsze, głównie śmieci, całe tony śmieci, i te zaniedbane pobocza jezdni, obskurne chodniki, teraz jeszcze mało widać bezdomnych i żebraków, pomyślała Lilianna, ale nie odezwała się, chcąc, by kuzyn jednak docenił zmiany, jakie zaszły w Warszawie od czasu, gdy był tu ostatni raz trzy czy cztery lata temu. Myśląc, jaki temat podjąć, aby Żorżykowi wizyta u niej nie wydała się nudna, nalewała swojego najlepszego earl greya.

− Herbata! Całe wieki jej nie piłem, u nas we Francji trzeba być chorrrym, naprawdę chorym, aby częstowano go herbatą… Z przyjemnością się napiję! – mówił. − Kuzynko droga, nie oszukujmy się, Warszawa to prowincjonalne miasto. Teatr ciężki do strawienia, za dużo treści narodowych, za dużo tego patriotyzmu. Ani opera, ani koncerty nie są na poziomie, no może balet coś wart?

− Ale mamy bogate życie nocne, dancingi, teatrzyki rewiowe, kina – przekonywała Lili.

− Kino to konieczność naszych czasów! Ale te polskie filmy… Takie to wszystko nienaturalne, sztuczne, porównać krajowe gwiazdy z taką Gretą Garbo, z Carym Grantem! Byłem w kinie raptem wczoraj! Ta wasza gwiazda, nie wiem już jak się nazywa, gąska bez talentu, nieprawdziwa, zmanierowana…

− Mamy wiele gwiazd. – Lili wzruszyła ramionami. – A Mae West? Uwielbiam Mae West, widział ją kuzyn na ekranie?

− Oczywiście! Choć w Paryżu jest taka ilość rozrywek do wyboru, że do kina chodzi się rzadko. Tyle jest kabaretów, występów rewiowych, opera najwspanialsza na świecie, a przede wszystkim balet! A jazz? Lubi kuzynka swing? To obecnie moja największa namiętność, wcześniej to były czarnoskóre tancerki.

− Ja też uwielbiam jazz! To coś zupełnie elektryzującego! W Adrii i w Oazie grają orkiestry jazzowe do tańca, ogromnie to lubię, choć Tadeusz mówi, że ten nowoczesny jazgot go ogłupia… − dodała nieco speszona.

− W Paryżu chodzi się do klubów, żeby słuchać jazzbandów, nie żeby tańczyć przy tej muzyce. Przyjeżdżają sławni amerykańscy muzycy, wspaniale grający murzyni. Jest też jeden francuski Cygan, który gra tak niewiarygodnie na gitarze… Och, gdyby kuzynka mogła tego posłuchać! To jest skrajne szaleństwo, prawdziwy swing!

− Boże mój, Paryż… Jak ja bym chciała… − rozmarzyła się Lili, nie mogąc nawet wysłowić swojej tęsknoty za tym miastem, które widziała przeszło dwa lata temu, w trakcie podróży poślubnej.

W marzeniach nieustannie kroczyła mostami nad Sekwaną, spacerowała bulwarami, alejkami ogrodu Tuileries o zmierzchu. Życie tam musiało wprost upajać swoją intensywnością!

− A gra kuzynka coś Gershwina? Bardzo mi się podoba! – zapytał Żorżyk, wskazując zajmujący znaczną część salonu fortepian, jaki Lili dostała od rodziców w wianie.

− Niestety Tadeusz tego nie lubi, każe sobie grać Chopina, zgadza się czasami na Debussy’ego.

Kuzyn zachowywał się nieco dziwnie. Niespokojnie wiercił się na nowoczesnym, białym fotelu o oparciach z metalowych rurek. Czasem wstawał, jakby tknięty jakimś nagłym impulsem, podchodził do okna, spoglądał na ulicę, aby zaraz zacząć chodzić po salonie, rozglądając się wokół z nieodgadnioną miną.

− Urządziłam ten salon, jak widzisz, w nowoczesnym stylu: przestrzeń, jasne kolory, wygodna kanapa, nowoczesny stolik, fotele. Kazałam zainstalować te proste lampy pasujące do pozbawionych ozdobników plafonów, oczywiście wszystko w miarę możliwości. W końcu kamienica jest, jaka jest, typowa jak na Warszawę, ze studnią w środku, ciemną jadalnią. Marzę o większych jeszcze przestrzeniach, o budowie willi w modernistycznym stylu, z płaskim dachem, wielkimi przeszkleniami, takiej, jakie się teraz buduje na przedmieściach, na Mokotowie czy Saskiej Kępie – opowiadała z wielką przyjemnością o swoich marzeniach, których nawet nie śmiała jeszcze wyjawić mężowi.

Jej kaprys związany z remontem ich pięciopokojowego mieszkania w kamienicy z początku wieku Tadeusz uznał za potrzebę zaznaczenia swojej pozycji w nowym domu przez jego młodą panią, dlatego przystał na kosztowne, acz bezsensowne w jego opinii zmiany. Ale o willi nie marzył nawet w najśmielszych snach. Lili czekała na jego awans i rozwój kariery. Na razie zarabiał zbyt mało, ale może, gdy kryzys się skończy…

Kuzyn nie tknął tymczasem ani jednej ptifurki, ani też kawałka tortu z Ziemiańskiej. Z rękoma w kieszeniach spodni znowu zaczął wyglądać na wąską i cichą ulicę Moniuszki, na którą wychodziły okna salonu. Dopiero wieczorem zaczynał się pod ich oknami ruch samochodów, dorożek i taksówek wiozących gości do oddalonej kilkaset metrów Adrii.

Lili podeszła do Żorżyka, mówiąc:

− Nic tutaj poza poczerniałymi zwałami śniegu kuzyn nie zobaczy, ale proszę wychylić się i spojrzeć w górę, na prawo, ponad dach kamienicy z naprzeciwka. Widzisz? Ten pnący się do chmur niebotyk? To najwyższy budynek Warszawy! Mówi się, że to będzie wizytówka miasta! Taki nowoczesny, geometryczny gmach niczym nowojorskie wieżowce! Już go kończą, w tym roku będzie oddany do użytku! Od dwóch lat, od kiedy się tu sprowadziliśmy po ślubie, patrzyłam, jak go budowali. Obserwowałam, jak rósł, często myśląc sobie, że kiedy już będzie gotowy, moje życie też wkroczy na jakiś inny tor, odmieni się jakoś. – zaśmiała się, nieco zakłopotana swoimi wynurzeniami.

− Ależ kuzynka marzycielska! Ach, zapomniałbym! Mam przecież podarrrki dla ciebie, dziecka i wyśmienite cygara dla Tadeusza!

− Serdecznie dziękuję! Zaraz poproszę nianię, żeby przyprowadziła tu Tosię! – wykrzyknęła Lili podekscytowana wizją prezentów prosto z Paryża.

– Tadeusz zaraz powinien wrócić z kancelarii, bardzo pragnął spotkać się z tobą! – zawołała już z korytarza, idąc do pokoju dziecka, którym zajmowała się niania Katarzyna.

Wróciła, prowadząc za rączkę koślawo i niepewnie kroczącą dziewczynkę w wieku trzynastu miesięcy, wystrojoną w zrobioną na szydełku sukieneczkę, z wielką kokardą przypiętą na czubku pokrytej jasnym puchem głowy. Córeczka wspaniale się chowała, była radosna i zdrowa. Lili uważała, iż działo się tak za sprawą jej nowoczesnych metod wychowawczych, o których czytała w fachowej prasie i podręczniku pisanym przez jakiegoś sławnego doktora. Co prawda nieraz musiała toczyć dysputy z własną matką, która zamęczała ją radami i instrukcjami co do wychowywania dzieci, ale Lili trwała przy swoim i to przynosiło efekty. Pozwalała małej na dużo swobody, karmiła ją, kiedy dziecko było głodne, sama wychodziła na spacer lub wysyłała na dwór córkę z nianią właściwie codziennie, nawet przy minusowej temperaturze, o co kiedyś miała awanturę z matką, która przez telefon wykrzyczała jej, że doprowadzi do zgonu własnego dziecka.

Tosia, gaworząc, podeszła tymczasem do stolika, gotowa dorwać się do biało-złotych filiżanek z gorącą herbatą. Żorżyk wręczył małej opakowane w piękne wstążki pudełko, w którym była delikatna lalka o porcelanowej twarzyczce.

– Piękna, jaka cudna! – zachwycała się Lili, chowając szybko paryski prezent w obawie przez rzuceniem przez Tosię tym cudem o ziemię. – Niedługo mama pokaże lalę, pokaże… – powtarzała, siląc się na wesołość, ale dziewczynka już zdążyła uderzyć w płacz. Czym prędzej wezwana Katarzyna wyprowadziła łkające dziecko, obiecując zabawę w teatrzyk.

− Słodka mała – od niechcenia powiedział Żorżyk, dając Liliannie książkę. – To dla ciebie, wspominałaś w liście, że chciałabyś przeczytać Prousta…

− Ach! À la recherche du temps perdu! – wykrzyknęła Lili, odczytując tytuł, aby po chwili poczuć wstyd z powodu zapewne żenującego według kuzyna akcentu, z jakim mówiła po francusku. Wymowa angielskiego przychodziła jej z większą łatwością. – Tyle czytałam o tej książce, Boy o niej pisał, Krzywicka! Wiele sobie obiecuję po tej lekturze, bo muszę powiedzieć kuzynowi, że bardzo mnie interesuje psychologizm. Miałam sobie sprowadzić egzemplarz z Paryża, ale jakoś tak…

− W Paryżu moda na Prousta nieco przycichła. W końcu minęło już ładnych parę lat. A u was nawet nie ma tłumaczenia! Przywiozłem ci jedynie pierwszy tom, dla spróbowania. Jest najlepszy. Ostrzegam, że łatwo nie będzie przez to przebrnąć… Nie wiem, czy kuzynka sobie poradzi – dodał złośliwie.

− Spróbuję… To prawda, nie ma wciąż polskiego tłumaczenia, podobno dopiero powstaje. Dziękuję, kuzynie! Wielką mi sprawiłeś przyjemność!

Żorżyk otarł pot z czoła, po czym westchnął ciężko i powiedział:

− Zapomniałem już, czwarta godzina i robi się ciemno!

− Mamy przecież początek roku, jest zima! – zaśmiała się Lilianna, zapalając lampę stojącą o płaskim kloszu przypominającym talerz, której Tadeusz wprost nie znosił, mówiąc, że źle się czuje w tym nowym salonie, gdzie są same prostokąty i kwadraty.

Żorżyk tymczasem poderwał się do wyjścia, tłumacząc, że nie może już dłużej czekać na Tadeusza.

− A gdzie się kuzyn zatrzymał?

− W Hotelu Europejskim.

− Och, to świetnie, lubię tam jadać śniadania, o ile oczywiście mam sposobność spotkać się ze znajomymi. Może umówimy się któregoś dnia?

− Rzecz jasna, nawet jutro, kuzynko!

Ledwie kilka minut po tym, jak Żorżyk wyszedł i Lili poszła do pokoju dziecka, aby przytulić wesołą już i szczebioczącą coś w swoim języku córeczkę, do domu wrócił mocno spóźniony Tadeusz. Udając, że nie widzi wyrzutu w oczach żony, starannie odwiesił płaszcz, strzepując z rękawa niewidzialne zabrudzenia. W przelocie pocałował ją w czoło i powiedział, że zobaczą się wkrótce na kolacji, po czym jak zwykle zniknął w swoim gabinecie. Byli młodym małżeństwem, a czuła się, jakby przeżyła z nim co najmniej dwadzieścia nudnych lat. Wielokrotnie nachodziła ją ochota, by wybiec mu naprzeciw, rzucić mu się na szyję i namiętnie pocałować, ale przechodziła natychmiast, gdy widziała surowy wyraz jego twarzy. Czuła, jak jednym spojrzeniem zimnych oczu podcina jej skrzydła.

Zrezygnowana i po raz kolejny rozczarowana, Lili poszła do kuchni sprawdzić, czy ich gosposia będzie w stanie podać ciepłe dania na czas. Najmniejsze spóźnienie wprawiało Tadeusza w zły nastrój i potem cały wieczór był nieudany. Na szczęście przygotowane już zrazy wypełniały kuchnię aromatem duszonego mięsa i liści laurowych.

Za oknem sypał śnieg. Czekając na męża, Lili siadła w ciasnej jadalni przy stole nakrytym już do kolacji i – jak to miała w zwyczaju – uciekła przed otaczającą ją rzeczywistością w marzenia o życiu jako wolna i niezależna kobieta, otaczająca się interesującymi ludźmi, przede wszystkim artystami. Nieustannie dopadało ją poczucie, że nic ją już w życiu nie czeka – nie pielęgnowała talentu muzycznego, nie rozwijała się intelektualnie. Tadeusz traktował ją protekcjonalnie, lekceważąc jej artystyczne aspiracje. Jemu wystarczało, że była jego piękną i niegłupią żoną, której nie trzeba się wstydzić. Potrafiła się ubrać i zachować w towarzystwie; niektórzy koledzy zazdrościli mu nawet, że umiała rozmawiać na rozmaite tematy, a konwersacja z nią nigdy nie była nudna. Większości żon trzeba było nakazywać milczenie, by nie kompromitowały siebie i mężów. On miał szczęście i puszył się jak paw, gdy zachwycano się urodą i inteligencją Lilianny. Doskonale wypełniała swoją rolę żony. Uznał więc z góry, że jest w niej szczęśliwa, zwłaszcza od kiedy została matką. Cóż więcej potrzeba kobiecie do szczęścia, niż dbać o męża i dziecko? Nie zastanawiał się w ogóle nad tym, co dzieje się w sercu i w głowie pięknej żony.

Od kiedy córeczka podrosła i nie wymagała tak wielkiej uwagi ze strony matki, Lilianna coraz bardziej tęskniła za innym życiem, którego obraz budowała w oparciu o skrawki informacji z wielkiego świata opisywanego w prasie i oplotkowanego na fajfach. Świat aktorek i wodewili wydawał się jej tandetny, ale życie spędzane przez pisarzy i poetów w kawiarniach, w teatrach, na dancingach trwających do późnej nocy, świat ludzi żyjących w upojeniu szampanem, jazzem i namiętnością – to było coś ekscytującego.

Od kiedy zrozumiała, że jej poczciwy Tadeusz nigdy nie zdobędzie się na romantyzm, namiętność czy choćby krztę szaleństwa, marzyła, aby jej małżeństwo było układem à la Boyowie: nowoczesne, oparte na przyjaźni i wzajemnym wsparciu, wspólnym mieszkaniu i swobodnych stosunkach miłosnych na boku. Ludzie jak Boy czy Krzywicka byli dowodem, że takie związki mogą świetnie funkcjonować. Można było darzyć się szacunkiem, być razem, ale także i osobno, z kimś innym, bez afiszowania, bez dramatów i zazdrości, dyskretnie i z wyrozumiałością. Czyż nie przystałaby na to, aby Tadeusz miał kochankę, do której chodziłby co drugi czy trzeci dzień, podczas gdy ona spotykałaby się z jakimś poetą czy pisarzem, spędzając wieczory w teatrach i restauracjach? Dlaczego nie? Krzywicka mogła to wszystko osiągnąć…

Tadeusz pojawił się znienacka w jadalni, przerywając ciąg jej marzeń. Gosposia wniosła i postawiła na stole półmisek ze zrazami, miskę z kaszą, a po chwili koszyk z chlebem i talerz surówek.

− Jak się miewasz moja droga, jak minął ci dzień? – zapytał grzecznie Tadeusz. Zawsze był tak irytująco dystyngowany, uprzejmy i niedostępny, nieustannie zamknięty w sobie.

Lili nie mogła od tygodni zdobyć się na odwagę i zagadnąć go, wybadać, co myśli na temat nowoczesnego małżeństwa. Wiedział, kogo pojął za żonę – wielokrotnie opowiadała mu o swoim zainteresowaniu nową architekturą i sztuką, o tym, że chce być taka jak oglądane w kinie odważne kobiety, które same prowadziły samochody i bez zahamowań mówiły głośno o swoich poglądach. Od kiedy jako młoda dziewczyna w towarzystwie rodziców pojechała do Paryża, widok eleganckich, modnych kobiet przesiadujących w kawiarnianych ogródkach zawładnął jej wyobraźnią. Tadeusz był w końcu wciąż młodym człowiekiem, dopiero rozpoczynającym karierę, od niedawna niezależnym finansowo od rodziny. Mimo że był jej mężem, nie znała jego poglądów na kwestie obyczajowe, ale może udałoby się im wypracować jakiś kompromis. W końcu będę musieli ze sobą żyć jeszcze długie lata. Wizja całego życia spędzonego u boku Tadeusza na wypełnianiu obowiązków małżeńskich przyprawiała ją o mdłości.

Podane na kolację zrazy jadła niechętnie, bo nie lubiła kłaść się przejedzona. Po posiłku, paląc papierosa, opowiadała mężowi o wizycie kuzyna, co zbył milczeniem, chociaż miała wrażenie, że chciał jej coś powiedzieć.

− Może po kolacji włączymy radio i posłuchamy wspólnie koncertu nadawanego z filharmonii? Grać będzie dzisiaj twoja koleżanka z konserwatorium, Róża Etkin – powiedział.

– Ach, Róża! Słyszałam, że dużo obecnie koncertuje. Zawsze była tak utalentowana, wybitna, nie to co ja… − zaśmiała się Lili.

Tadeusz ujął jej dłoń, złożył na niej pocałunek, mówiąc:

− Kochanie, ty masz inne atrybuty, które sprawiają, iż talent muzyczny nie był najistotniejszy, gdy prosiłem cię o rękę!

Kiedy przeszli do salonu i Tadeusz nastawił odbiornik radiowy, siedli w skupieniu w półmroku zimnego pokoju. Oszczędność była małą obsesją pana domu, więc nie palono w pomieszczeniach, których na co dzień nie używali.

− Musimy w tym karnawale zorganizować przyjęcie, pamiętasz o tym? Myślałam o przyszłym tygodniu. Żorżyk mógłby swoją aparycją i francuskimi manierami uświetnić nasz wieczór? Tylko co podamy? Muszę to wszystko przemyśleć…

− Zdaję się na ciebie, droga moja, zapewne wszystko świetnie zorganizujesz! Pamiętaj tylko, jakiego pokroju ludzie będą naszymi gośćmi – odparł zupełnie niezainteresowany tego typu kwestiami Tadeusz.

Z odbiornika radiowego popłynął odgłos oklasków nadawany wprost z warszawskiej filharmonii, mieszczącej się ledwie kilkaset metrów od ich kamienicy. Róża zaczynała grać sonatę Schumanna.

Krótko potem z głębi mieszkania nagle dobiegł ich stłumiony płacz dziecka. Lili zerwała się z fotela.

− Daj spokój, przecież jest koncert! – żachnął się Tadeusz, ale Lilianna wyszła, aby sprawdzić, co się stało. Jak się okazało, Tosia uderzyła się o kant łóżka. Lili została z nią, aby utulić córeczkę do snu. Śpiewała małej kołysankę, myśląc już o organizacji przyjęcia.

Wróciwszy do salonu, Lili wzięła do rąk nowy numer magazynu „Bluszcz”. Chciała najpierw przeczytać pierwszy z zapowiadanego cyklu felietonów Magdaleny Samozwaniec Jak być szczęśliwym w małżeństwie. Autorka miała pragmatyczne i bardzo celne podejście do instytucji, którą Balzak podsumował w jedyny właściwy sposób, twierdząc, iż Małżeństwo to umiejętność.

W magazynie akurat proponowano także różne rodzaje menu na karnawałowe przyjęcia. Lili wybrała wariant wystawny i spisała go sobie na karteczce:

Napoje:

wódka czysta, starka, koniak, słodkie nalewki, vermouth, francuskie wina białe i czerwone, do deseru węgierskie słodkie, likiery do kawy, koktajle (po kolacji i tańcach)

Dwa dania gorące na środek stołu:

pasztet na gorąco zapiekany w cieście z sosem maderowym i grzyby w śmietanie

Dania zimne:

majonez z sandacza, rostbef po angielsku, szynka cielęca na zimno, szynka wieprzowa, sałatka z jarzyn, sałatka po włosku z orzechami, prosię gotowane w galarecie i chrzan surowy ze śmietaną, comber zajęczy.

Na deser:

tort kawowy, lody mandarynkowe przybierane waflami, czarna kawa

Musi być wystawnie i wykwintnie. W końcu Tadeusz aspiruje do awansu, pomyślała sobie Lili.

Intensywnie układając w myślach listę gości, planując niezbędne sprawunki i dyspozycje dla gosposi, nawet nie zauważyła, iż koncert Róży już się skończył. Z odbiornika popłynęła fala oklasków.

− Wspaniale grała, prawda? – zapytał Tadeusz.

Wyraźnie miał ochotę omówić usłyszane wykonanie Schumanna, ale Lilianna nie zauważyła wysyłanej jej zachęty do rozmowy, bo myślami była już daleko, snując teraz plany co do wczesnowiosennej garderoby. W jej monotonnym życiu moda była czymś, co dodawało nieco pikanterii nudnej egzystencji. Nowe kreacje, zestawienia fasonów i barw często zaprzątały jej uwagę. Teraz nadchodził czas, aby pomyśleć o wiosennej garderobie dla siebie i córeczki, która była wdzięcznym obiektem do strojenia. Śliczna dziewczynka miała stosy uroczych sukienek o fasonach wymyślanych samodzielnie przez Lili.

W braku ciekawszych zajęć planowanie w myślach nowej garderoby wydawało się Liliannie ekscytujące. Trzeba będzie zamówić ubrania u krawca dla Tosi, jej samej potrzebne jest palto z lekkiej wełny, nowy kapelusz, może taki z rondem wywiniętym do góry, cały z atłasu, podpięty efektownym klipsem. Do tego nowy wełniany kostium codzienny, ale przybrany jedwabiem, kapelusik wieczorowy (jeśli ma gdzieś wychodzić z Żorżykiem) z przybraniem z piór marabuta.

− Pamiętasz o spotkaniu brydżowym w piątek u nas w domu? Zaprosiłem dyrektora z banku PKO, przyjdzie z żoną. Zależy mi, żeby wszystko przebiegło jak najlepiej. Ale ty już o to zadbasz, prawda? – przypomniał nagle Tadeusz.

Lilianna westchnęła, nie lubiła tego typu wydarzeń. Zapewne mężczyźni, paląc cuchnące cygara, będą godzinami dyskutować o wyborach samorządowych, o sytuacji w Niemczech, o polityce, a ona będzie zmuszona zabawiać nieznane jej panie dyskusjami o niczym. O modzie na kaktusy, o najlepszych metodach rozjaśniania włosów i o wyjazdach na narty. Cóż, pokaże się w nowej sukni z ciemnego jedwabiu z oryginalnym sortie z jedwabiu w paseczki. Do tego idealny byłby modernistyczny diadem. Mimo kryzysu każdy starał się pokazać luksus, panie więc zapewne przyjdą pięknie ubrane.

Przez dłuższą chwilę zagadnienie nowych kreacji wyparło z jej umysłu wiodący do tej pory temat wykwintnego menu. Wzięła do rąk kolejne pismo, tym razem magazyn „Pani”, i odnalazła fotografię Grety Garbo w kreacji słynnej Elsy Schiaparelli. Greta wyglądała niczym prawdziwa bogini, od kilku już lat budziła w Liliannie zachwyt swoją powściągliwą grą, melancholijnym spojrzeniem i szczupłą, prawie chłopięcą sylwetką. Och, ile by dała, aby upodobnić się do zjawiskowej Grety, móc założyć wąską, połyskującą suknię i wyglądać podobnie jak boska Garbo. Jej gra aktorska zadziwiała swoim kunsztem i sprawiała, że każdy film z tą aktorką w roli głównej stanowił dla Lili wielkie święto. Widziana ostatnio po raz trzeci Królowa Krystyna była jednym z obrazów silnie działających na wyobraźnię młodej kobiety spragnionej wrażeń.

Lilianna oglądała z zazdrością modele wieczorowych kreacji prezentowanych przez modelki tak szczupłe, jakby przez cały dzień odmawiały sobie jedzenia. Ze swoimi kształtami wiolonczeli Lili nie pasowała do obecnej mody przeznaczonej dla chłopięcych sylwetek. W jej przypadku takie stroje nie wchodziły w rachubę, bo wyglądała w nich niekorzystnie. Jak to możliwe, zastanawiała się bardzo często, że niektóre kobiety są tak drobne? Patrząc na swoją matkę i siostry – wszystkie o bujnych kształtach – wiedziała, że nie na wiele zda się jej ciągła walka ze swoimi defektami. A teraz, po świętach i wszystkich tych posiedzeniach przy uginającym się od przysmaków stole, czuła, że znowu niepokojąco przybrała na wadze.

Próbowała już wielokrotnie, zwłaszcza po urodzeniu dziecka, stosować diety zalecane w pismach dla pań. Spisała sobie w specjalnym notesiku wartości kaloryczne produktów i starała się pilnować, aby w ciągu dnia nie przekraczać tysiąca kalorii. Jednak trudno było jej liczyć, ile ich ma zraz z kaszą jedzony na obiad albo nóżki w galarecie szykowane przez kucharkę, krzywo patrzącą na fanaberie pani i niechcącą albo nieumiejącą gotować bez smalcu i zasmażki.

Stosowała też bardzo polecaną w pismach dietę, polegającą na odpowiednim łączeniu produktów. Nie wolno było w trakcie jednego posiłku zjeść owoców, skrobi oraz produktów tłuszczowych. I tutaj też poległa, bo bez dobrej woli ze strony kucharki efekt był niemożliwy do osiągnięcia.

Kiedyś nawet zastanawiała się nad słynną dietą lorda Byrona, który nasączał jedzenie octem, ale porzuciła ten pomysł na rzecz palenia. Przyjaciółka przekonała ją do zasady „papieros zamiast cukierka”, co oczywiście w praktyce sprowadziło się do popadnięcia w nałóg. Nie miało to jednak pozytywnego wpływu na szerokość jej bioder.

Patrząc na przepiękną Garbo, Lili pomyślała, że jedyną nadzieją dla niej jest miłość i sport. Gdyby tak wiosną niewinnie zakochała się w jakimś panu, do tego jeszcze odnowiła swoje zainteresowanie tenisem, zapewne na letni sezon udałoby się jej odmienić sylwetkę.

Spojrzała na męża, zagłębionego w wielkim fotelu, z głową pochyloną nad płachtą gazety. Zaczynał nieco łysieć na samym czubku głowy. Nie mogła powiedzieć, że nie był urodziwy, zachował młodzieńczą sylwetkę, był wysoki i postawny. Jednak ten surowy, oschły wyraz twarzy, ta wieczna powaga na surowym obliczu sprawiały, iż Lili nie mogła dopatrzyć się w nim choćby krzty polotu, fantazji, brawury, które w jej mniemaniu były konieczne, aby ktoś lub coś wzbudziło w niej prawdziwą namiętność.

− Jak myślisz, Tadeuszu, może podam tym razem jakieś oryginalne przystawki. Co myślisz o grzankach z kasztanami i boczkiem? – zapytała Lili.

− No nie wiem… Dyrektor Kozłowski może mieć tradycyjne upodobania, lepiej niech będzie wystawnie, ale bez szaleństw, moja droga. Kasztany może jadać Żorżyk, ale niekoniecznie starszy pan wychowany na kresach – odparł.

− Dobrze, podam więc pasztet w cieście, to zawsze wszystkim smakuje. Położę się już spać, mój drogi – powiedziała, chcąc jak najszybciej w spokoju przemyśleć sobie nadchodzące imprezy i stroje, jakie założy, a przede wszystkim zamienić na wygodny szlafrok założoną po raz pierwszy na fajf nową, uroczą wełnianą suknię, przybraną wokół pach rulonami z lisa.

W swoim pokoju, w przytulnym świetle lampki w pośpiechu przebrała się, umyła i rozczesała włosy, aby jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Był środek tygodnia, więc Tadeusz zapewne nie odwiedzi jej w sypialni, zwykle jego potrzeba intymnych zbliżeń ujawniała się w soboty, ewentualnie w niedziele. Otuliła się więc puchową kołdrą i sięgnęła do przywiezionej przez kuzyna książki Prousta. Otworzyła na początku Du côté de chez Swann. Première partie. Combray i przeczytała pierwsze zdanie, rozpoczynające się od wyrazu Longtemps. Kropka kończyła je na dole strony. Podliczyła – zdanie miało osiemnaście wersów.

Nie, nie miała na to teraz siły. Odłożyła tom na szafeczkę i wzięła do rąk Dwa księżyce Kuncewiczowej, które zaczęła czytać tydzień temu. Po kilkunastu minutach zgasiła światło, myśląc o wiośnie i wycieczce do opisywanego tak poetycko przez autorkę Kazimierza nad Wisłą, gdzie znalazłaby się w towarzystwie młodego, ale już bardzo uznanego, przystojnego poety…

Rozdział 3

Styczeń 1934

Ciastko z niespodzianką

Nazajutrz po wizycie kuzyna Lilianna zdziwiła się bardzo, widząc go o dziewiątej rano w progu drzwi swojego mieszkania. Była jeszcze nieuczesana, wciąż w szlafroczku, zajęta planowaniem zakupów i jadłospisu na najbliższe dni.

W dziennym świetle Żorżyk wyglądał jeszcze gorzej niż poprzedniego wieczoru, a sińce pod oczami i bladość cery źle wpływały na jego niegdyś wspaniałą urodę.

Zaproponował kuzynce spacer i wizytę w cukierni. Lili co prawda zaplanowała już wizytę u kosmetyczki na Mazowieckiej, a potem spacer z córką do Ogrodu Saskiego, gdzie chciała z małą zobaczyć ślizgawkę. Jednak zbyt kusząca była perspektywa pokazania się na mieście w nowym futrze z soboli, prezencie od Tadeusza kupionym w modnym salonie na Krakowskim Przedmieściu. W dodatku w towarzystwie wciąż przystojnego prawie Francuza (Żorżyk swoją prezencją wyraźnie wyróżniał się na plus na tle warszawskich elegantów, a mówił z silnym francuskim akcentem). Miał jeszcze bardziej podkrążone oczy niż wczoraj, pocił się obficie i musiał co chwila przecierać czoło chustką. Nie wyglądał zdrowo.

− Interesuje mnie ten lokal, gdzie podawane są najlepsze babeczki marcepanowe! – powiedział Żorżyk, gdy po trzydziestu minutach czekania kuzynka zjawiła się wreszcie w salonie odpowiednio ubrana i gotowa do wyjścia, z torebką pod pachą i w zadziornie przekrzywionym kapelusiku z czarnego weluru.

− To kilkaset metrów stąd, w Adrii! – odparła, nieco rozczarowana faktem, iż spacer ma polegać na przejściu się ulicą, przy której mieszkała.

− Chodźmy więc! – zawołał z energią. Gdy wkładał na głowę kapelusz, zauważyła, że trzęsą mu się ręce.

Wyszli na dwór, gdzie było bardzo mroźno, a mdłe słońce oświetlało kopy świeżo odgarniętego śniegu.

− Ach, zapomniałem już, co to prawdziwa zima – uśmiechnął się kuzyn, okrywając szyję jedwabnym szalem i stawiając kołnierz. Dziesięć minut później zasiedli w kawiarnianej części Adrii, gdzie kilku gości czytało poranną prasę. Zajęli stolik pod wielkimi palmami ustawionymi w gigantycznych donicach, tuż obok klatki z kolorową papugą.

− Czegoś takiego jeszcze nie widziałem! Odgłosy ptaków zagłuszają rozmowę, a liście egzotycznych drzewek spadają do filiżanek. Co to jest? Oranżeria? – żachnął się Żorżyk.

Gdy podszedł do nich kelner, kuzyn zamówił dwie czarne kawy i ciastka marcepanowe, dwa razy w irytujący sposób podkreślając, iż chodzi o świeże, specjalne ciastka dla kogoś, kto bardzo tych ciastek potrzebuje.

− Dałby kuzyn spokój, ciastka tu zawsze dają wyborne, codziennie przywozi je samolot z Lwowa! – powiedziała Lili, rozglądając się wkoło z nadzieją na spotkanie z kimś znajomym, kto odnotowałby jej niebanalny komplet – spódnicę i żakiet z czarnego aksamitu, zdobione wokół nadgarstków i dekoltu białymi aplikacjami przypominającymi wijący się bluszcz.

− Porozmawiajmy o… Paryżu! – próbowała rozpocząć rozmowę.

− Co tu mówić… − Wzruszył ramionami. Widać było, że nie ma ochoty rozmawiać. – Wspaniałe miasto, wyjątkowe, wszystko się tam dzieje w zawrotnym tempie i żeby nie być w tyle, trzeba się mocno starać, bardzo mocno – dodał enigmatycznie, przypalając wąskie cygaro.

Kiedy podano im filiżanki z aromatyczną kawą i talerzyki ze słodkościami, Żorżyk zamiast zjeść ciastka, rozgrzebał je mało elegancko widelczykiem, po czym stwierdził, że nie ma apetytu.

− Gdzie tu jest jeszcze jakaś dobra cukiernia? Miałbym ochotę na coś innego – stwierdził, a Lilianna, widząc możliwość dłuższego spaceru ulicami, na które wyległo wiele osób spragnionych słońca, przystała na jego prośbę i skierowali swoje kroki do Ziemiańskiej.

Przeszli przez plac Napoleona ku Mazowieckiej. Kuzyn szedł tak szybko, że Lili ledwo za nim nadążała. W cukierni było już tłoczno i wszystkie stoliczki były zajęte.

− Chodź tam, na górę. – Żorżyk wskazał na puste pięterko.

− Nie, tam nie wolno siadać, to jest stolik zarezerwowany dla skamandrytów, dla najwspanialszych poetów.

− Aaa, dla poetów? Coś podobnego… − westchnął poirytowany kuzyn, po czym zatrzymał lawirującego między okrągłymi stolikami kelnera, szepcząc mu coś do ucha, a kelner popatrzył na Żorżyka z oburzeniem malującym się na twarzy. Lili nie wiedziała, o co chodzi, ale akurat zwolniło się miejsce tuż pod ścianą z kolorową malaturą przedstawiającą pory roku. Pociągnęła kuzyna za rękaw i usiedli przy mikroskopijnym stoliczku o marmurowym blacie.

Gwar rozmów, papierosowy dym, ścisk i tłok, wszystko to nie sprzyjało konwersacji. Milczący Żorżyk nerwowo stukał palcami o blat, co chwila zaciągając się papierosem. Lili również zapaliła, korzystając z okazji, jaką dawała wizyta w lokalu, gdy nie widział jej Tadeusz i nie mógł skrytykować ohydnego, w jego opinii, zwyczaju palenia przez kobiety w miejscach publicznych. Zamówili po porcji faworków i herbatę.

Lilianna wpatrywała się w puste jeszcze pięterko, wyobrażając sobie, iż któregoś dnia będzie siedziała tam na górze, nie mniej elegancka niż Krzywicka, uznana za interesującą piękność, niczym Maryla Morska, będzie jej schlebiał Lechoń, Słonimski, może nawet Boy… Choć nie, Żeleński był już stary, Iwaszkiewicz też nie, lubił podobno chłopców, może ktoś nowy, młody, ale już dostatecznie znany i ceniony. Najprzystojniejszy był chyba Wierzyński, ale Lili wolałaby inną fizjonomię. Konkretne nazwisko nie przychodziło jej do głowy, szukała bezskutecznie w myślach, aż to bujanie w obłokach przerwał jej kuzyn. Sprawiając wrażenie kogoś, kto się śpieszy, Żorżyk zaproponował, aby wyszli na świeże powietrze.

− Potwornie tu dużo dymu, oddychać się nie da! – powiedział, zostawiając na blacie stolika pieniądze. Przeszli do szatni, gdzie podał Lili jej drogocenne, a teraz przesiąknięte wonią papierosowego dymu futro. Gdy wkładała kapelusz, wyraźnie się niecierpliwił, jakby czas niezbędny na odpowiednie dopasowanie nakrycia głowy był dla niego czymś dziwnym.

Nerwowo rozglądał się po lokalu i wówczas przyszło Lili na myśl, że może Żorżyk był jednym z tych pederastów, którzy interesowali się młodymi, pięknymi chłopcami, i to dlatego tak zależało mu na wizytowaniu różnych lokali. Może liczył na odnalezienie jakiegoś mężczyzny? Może szukał kogoś, ale nie chciał się do tego przyznać?

− Gdzie tu blisko są jakieś inne cukiernie? – zapytał, gdy tylko wyszli na ulicę. – Może wezmę taksówkę?

− Wie kuzyn, tutaj na najbliższych ulicach jest co najmniej kilkanaście cukierni, na Królewskiej dwie, na Marszałkowskiej, na Świętokrzyskiej, wszędzie niemalże… − zaśmiała się, zdając sobie sprawę z ogromnej liczby takich miejsc w Warszawie. Każdy mógł ubrać się wyjściowo i wstąpić na herbatę oraz ciastko, co dawało poczucie „bywania” poza domem, a nie wiązało się w czasach kryzysu z takimi kosztami, jak obiad czy kolacja w drogiej restauracji.

− Co za kraj… Co krok cukiernia! Kto zjada te wszystkie ciastka, litości! – syknął pod nosem Żorżyk, wyraźnie niezadowolony.

Szli Mazowiecką w stronę placu Napoleona, a gdy mijali witrynę księgarni, patrząc na wystawione za szybą artykuły piśmiennicze i oprawione w elegancką skórę notatniki, Lili pomyślała nagle, że musi koniecznie sprawić sobie taki piękny zeszyt, bo powinna zacząć prowadzić dziennik. Musi w końcu zacząć pisać pamiętnik – wchodzi w dojrzały rozdział życia, w tym roku skończy dwadzieścia pięć lat, ma męża, dziecko, stabilny los na należytym poziomie, ale chce czegoś więcej. Potrzebuje intensywności, zatrzymania gdzieś – choćby na kartach zeszytu – przebłysków zachwytu, momentów wyjątkowych, uniesień wywołanych lekturą poezji albo chwil, gdy patrząc na oprószone śniegiem drzewa, czuje nawał pragnień bycia kochaną, podczas gdy różowoperłowe niebo staje się tłem dla koronkowej korony gałązek drzew. Powinna dokumentować samą siebie, analizować proces dojrzewania kobiecości, który dopiero od niedawna zaczął się w niej rozwijać.

Idąc pod ramię z kuzynem przez Świętokrzyską ku ulicy Nowy Świat, Lili odnotowywała baczne spojrzenia, jakimi obrzucali ją mijani mężczyźni. Otaczający świat pełen był nieznanych jej istot męskich i żeńskich, z którymi kontakt mógł uruchomić potencjał zmysłów, o jakich istnienie jeszcze niedawno by siebie nie podejrzewała.

Teraz coraz częściej, leżąc nago w sypialni, otulona chłodną pościelą, pieściła dłonią własne przedramiona, uda i piersi, czując pewną przyjemną bolesność między nogami. Niekiedy tym dotykiem rozgrzewała się dla Tadeusza, który pojawiał się w jej łóżku nie częściej niż raz w tygodniu i rozpoczynając zbliżenie od wypowiadanych dobrotliwym tonem komplementów pod jej adresem, całował ją, wsuwając zawsze niewygodny, sztywny język do jej ust, czego wcale nie lubiła. Wystarczało, że zginając kolana, szeroko rozwarła nogi, a poza ta była tak lubieżna dla jej męża, iż szepcząc: Och! Uwielbiam, jak się dla mnie otwierasz, z łatwością wnikał do jej wnętrza i zaczynał miarowo poruszać się, sprawiając przy tym wrażenie nieprzytomnego. Jego twarz nabrzmiewała, usta zaciskały się, co sprawiało, że wydawał się Lili odrażający.

Ilekroć schodził z niej, dysząc, pozostawał po jego działaniach niedosyt, jakby coś więcej mogło między nimi zajść, jakby jej ledwie rozpoczynająca się przyjemność mogła się znacznie wzmóc. Coraz częściej powracała myślami do tych chwil w łóżku, zastanawiając się, czy obcowanie intymne z kimś innym niż jej mąż wiązałoby się z takimi samymi doznaniami. Czy z innym mężczyzną byłoby jej przyjemniej?

Żorżyk wyrwał ją z zamyślenia, pytając o cukiernię, w której podawane są ciastka z niespodzianką. Lili nie przychodziło do głowy nic konkretnego. Skręcili w pełen przechodniów Nowy Świat, gdzie przejeżdżający tramwaj potrącił jakiegoś chłopca. Tłum gapiów zablokował chodnik i uniemożliwiał im przejście.

− Żyje, nic mu nie jest! Tak to bywa, jak się nie patrzy na boki, zginąć mógł! – krzyczano.

Zniecierpliwiony Żorżyk pociągnął Lili za sobą, przeciskając się między ludźmi. Kilka kroków dalej natrafili na kawiarnię Bliklego, do której kuzyn koniecznie chciał wejść. Lilianna miała już dosyć ciastek, wzięła tylko czarną kawę, od której nadmiaru serce zaczęło jej niepokojąco kołatać. Siedziała smutna, nie chcąc okazywać niezadowolenia, chociaż żałowała, że zrezygnowała z wizyty u najlepszej kosmetyczki w mieście i spaceru po parku na rzecz tej bezsensownej eskapady. Ponadto żołądek zaczynał domagać się obiadu.

Tymczasem kuzyn zniknął na dłuższy czas w toalecie, a kilka chwil później widziała, jak zagaduje do kelnera, i przyszło jej na myśl, że Żorżyk musi po prostu szukać zaginionego kochanka, dla którego przyjechał tu do Warszawy. Nie było innego wytłumaczenia.

− Musimy się pożegnać, kuzynie, nie mam już czasu ani siły. Nie wiedziałam, że jesteś aż takim amatorem słodkości… Chyba że chodzi tu o słodycz innego rodzaju i to jej poszukujesz wśród bywalców czy obsługi cukierni… − powiedziała z przekąsem, starając się nadać swojej twarzy wyraz świadczący o tym, iż domyśliła się tajemnicy kuzyna. Żorżyk spojrzał na nią spod brwi, zafrasowany, ale nadal ostrożny.

− Wynagrodzę kuzynce ten stracony czas, przysięgam! Czego kuzynka by sobie życzyła? Zaproszę na wytworny obiad, jaki lokal jest tu najlepszy? Co kuzynka lubi? Dają tu gdzieś świeże małże?

− Owszem, u Simona – odparła od niechcenia, okazując mu zniecierpliwienie.

− To tam zaproszę kuzynkę na kolację albo, jak kuzynka woli, możemy, rzecz jasna z Tadeuszem, pójść na dancing, pokażę jak tańczy się w Paryżu swing! Co o tym myślisz? Będziemy pić szampana i tańczyć do białego rana! Ale zrymowałem…

− Czemu nie? Dawno nie chodziłam potańczyć, Tadeusz umie, znaczy lubi tylko walca – odparła Lili, zainteresowana perspektywą wyjścia do nocnych lokali, które były tak blisko, a jednak niedostępne z powodu postawy męża, który zdecydowanie wolał spędzać wieczory na brydżu albo słuchaniu nadawanych w radiu koncertów.

− Tylko błagam cię, Lili, pomyśl, gdzie tu mogą dawać takie nietypowe ciastka, ciastka z zamówioną, specjalną niespodzianką? Proszę, skup się, to dla mnie bardzo ważne, zaraz wytłumaczę dlaczego.

− Nie wiem – wzruszyła ramionami – o jaką niespodziankę chodzi? Może w kawiarni Swann? Nie wiem… To blisko stąd, trzeba przejść do skrzyżowania z Alejami Jerozolimskimi.

− Więc chodźmy, proszę, to już ostatnie miejsce! Stamtąd wezmę dorożkę i odwiozę cię do domu! – Żorżyk poderwał się z krzesła, pocałował kuzynkę w dłoń i podał jej futro.

Kiedy wyszli na zalaną słońcem ulicę, wzrok Lili padł na wystawy ulokowanego po przeciwnej stronie ulicy salonu z najpiękniejszymi butami w Warszawie. Przypomniała sobie pantofelki widziane kilka dni wcześniej w witrynie nieczynnego wtedy sklepu. Wykonane ze skóry aligatora, ze złotą klamerką, wydawały się idealne do jej wizytowej sukienki z szarej organdyny, którą zakładała na przyjęcia brydżowe u znajomych Tadeusza.

− Kuzyn poczeka chwilę, skoro tu jestem, muszę coś zobaczyć! – To mówiąc, bez wahania wbiegła na ulicę i przedostała się na drugą stronę. Pantofle stały w szklanej gablocie na wystawie.

− Och, cudo! – westchnęła.

− Droga Lili, kupię ci te buty, w podziękowaniu za twój czas! Chodźmy – nerwowo powiedział Żorżyk i wtargnął do sklepu, od razu wzrokiem wyszukał sprzedawcę i wykrzyknął, iż pani chciała mierzyć pantofle z aligatora. Lili zawstydzona pragnęła już tylko uciec z salonu, czując spojrzenia klientek bacznie przypatrujących się eleganckiemu, lecz zachowującemu się dość dziwnie panu. Mimo mroźnego powietrza na dworze pot zraszał mu czoło, oczy miały zagubiony wyraz, były, jak u bardzo chorego człowieka, mocno przekrwione.

− Jaki nosisz numer? – rzucił w kierunku kuzynki.

− Trzydzieści siedem – odparła.

− Pan raczy podać buty w tym rozmiarze! – Żorżyk niemal krzyknął do sprzedawcy, który wywracając oczami, zniknął na zapleczu, aby zaraz przynieść pantofelek do mierzenia.

Ledwo Lili zdołała założyć buty i zrobić w nich dosłownie krok po pasie dywanu, Żorżyk zawołał: „Biorę, ile płacę?!” i wyciągnął z kieszeni spodni elegancki portfel. Usłyszawszy bajońską sumę osiemdziesięciu złotych, ani drgnął, dokładając do odliczonych już wcześniej banknotów cztery kolejne.

− Ceny wręcz paryskie – mruknął tylko pod nosem.

− Bardzo dziękuję, ale to chyba niestosowne, aby kuzyn kupował mi buty… − powiedziała zakłopotana Lili, gdy chwilę potem pośpiesznie wychodzili na ulicę.

Żorżyk nie odpowiedział, tylko z całych sił parł do przodu, w kierunku pasażu Italia, gdzie mieściła się Café Swann. Niegrzecznie i mocno pociągnął Lili za rękaw futra, gdy ta tylko na moment przystanęła przed podświetlonymi gablotami kina Majestic, gdzie umieszczono plakaty filmowe z bieżącego repertuaru. Wpatrzona w afisz filmu Prokurator Alicja Horn Lili chciała sprawdzić, czy rolę tytułową gra lubiana przez nią Smosarska, ale nie miała szans, bo jej kuzyn, sprawiający teraz wrażenie szalonego, warknął, aby się pośpieszyła.

− Co się z tobą dzieje?! – krzyknęła Lilianna, mając ochotę odwrócić się na pięcie, zostawić go na ulicy i czym prędzej wrócić do domu. Niania zapewne już się niepokoiła, czemu nie ma jej tak długo. A potem jak zwykle niechcący napomknie o jej nieobecności Tadeuszowi.

Trzymany przez nią w dłoni pakunek z pantoflami z widoczną nazwą znanego i bardzo ekskluzywnego sklepu Władysława Rychtera pohamował jednak jej złość, potulnie ruszyła więc za Żorżykiem, który przeciskał się między przechodniami.

Dotarli do kawiarni, ciężko oddychając. Lili padła na krzesło, czując potworny ucisk i ból małych palców u stóp. Była głodna i coraz bardziej podenerwowana długą nieobecnością w domu. Niania pewnie już wydzwaniała do kancelarii Tadeusza, gotowa jeszcze narobić zamieszania!

Żorżyk, ledwo przekroczywszy próg kawiarni, od razu skierował swoje kroki do kontuaru i nie zwracając uwagi na gabloty pełne apetycznych ciasteczek i pucharków z deserami, spojrzał przeszywającym wzrokiem na sprzedawcę i powiedział, że życzy sobie zamówić ciastko z niespodzianką.

− C-i-a-s-t-k-o z n-i-e-s-p-o-d-z-i-a-n-k-ą – cedził ponownie słowa, coraz bardziej zniecierpliwiony.

Sprzedawca z kamienną twarzą odparł, iż podane zostanie do stołu.

− Czego szanowny pan się napije?

− Kawa i koniak do tego!

Suma, jaką podał sprzedawca, była na tyle wygórowana, iż Żorżyk z nadzieją i błyskiem w oku drżącą ręką wyjął ze swojego portfela całą znajdującą się w nim gotówkę.

Lili przypatrywała mu się z wyraźnym niepokojem. Po chwili kuzyn usiadł obok niej, odetchnął jakby z ulgą i zaczesując do tyłu opadające mu na spocone czoło kosmyki włosów, szepnął:

− Jeśli nie dostanę tego, czego potrzebuję, będzie mnie musiała kuzynka chyba przywracać do życia metodą usta-usta…

− Koniak o trzeciej po południu? Kuzyn oszalał?

− Och, droga Lili, koniak jest dla ciebie, żebyś się rozgrzała, trochę odprężyła. To nic złego, naprawdę – powiedział, ujmując jej dłoń w swoją i podnosząc do ust.

Kelner przyniósł do stolika filiżankę z kawą i kieliszek z bursztynowym płynem.

− Wypij, Lili, proszę, muszę ci powiedzieć, dlaczego ze mną jest tak źle…